Opis

Diabli dykcjonarz (1911) to klasyka amerykańskiej satyry, leksykon przeszło półtora tysiąca haseł wyjaśnionych cynicznie, z obfitością diablego, czarnego humoru. Błyskotliwym, napisanym skrzącym stylem aforyzmom towarzyszy humorystyczna poezja, a erudycja, nieprzebrane literackie tropy i nawiązania do światowego kanonu czynią z książki barwną i za każdym razem odkrywczą lekturę. Diabli dykcjonarz prezentuje bezceremonialnie wywrotowe myślenie, obala schematy i obnaża hipokryzję ludzi. Niektóre z haseł weszły na stałe do użytku potocznego w języku angielskim, a sam pomysł na "słownik cynika" był później wielokrotnie powielany przez innych autorów. Fragmenty książki publikowano również w Polsce: hasła m.in. w "Cyruliku Warszawskim" przed wojną, a po wojnie w „Przekroju” i antologii No tak, ale… (1977). Ha!art po raz pierwszy prezentuje dzieło w całości, a zestaw haseł oparto o najbardziej kompletne wydanie, The Unabridged Devil's Dictionary pod redakcją S.T. Joshiego i Davida E. Schultza z 2000 roku, gdzie do pierwszego wydania z 1911 roku dodano wiele spośród wpisów rozproszonych po gazetach, pomijając te, których autorstwo w poprzednich zbiorczych edycjach niesłusznie przypisywano Bierce'owi. Niniejsze wydanie tłumacz opatrzył licznymi komentarzami, obszernym wstępem oraz szczegółową bibliografią autora.

***

Obok Marka Twaina i Henry’ego Jamesa, Bierce to najważniejszy sceptyk Ameryki, zaś Diabli dykcjonarz to zarówno jego najbardziej znane jak i i literacko najlepsze dzieło. Dostępność Diablego dykcjonarza w języku polskim jest nie tylko wydarzeniem literackim samym w sobie, ale w znaczący sposób przyczynia się do pełniejszej świadomości charakteru literatury amerykańskiej w Polsce.

Paweł Frelik

Diabli dykcjonarz Gorzkiego Bierce'a, dzieło cynicznego moralisty, dwudziestowieczny następca maksym La Rochefoucaulda, po latach oczekiwań wreszcie ubawi i zatruje polskich czytelników - w doskonałym przekładzie i drobiazgowym opracowaniu. Majstersztyk!

Maciej Płaza

***

Dykcjonarz, groźne narzędzie literackie do przyduszania języka, żeby przestał się rozwijać, stał twardy i nieelastyczny. Z drugiej strony niniejszy dykcjonarz to jak najbardziej pożyteczne dzieło.

Estetyka, to, co najbardziej tyka ludzkość.

Feruła,
Drewniany przyrząd podobny do kija,
Którym tabliczkę mnożenia się wbija
Uczniom pod czaszki, by małe zarazy
Zawsze wiedziały, jak liczy się razy.

Kanonizować, czynić świętym martwego grzesznika.

Powietrze, odżywcza substancja hojnie zsyłana przez Opatrzność na utuczenie biednych.

Śmiertelność, ta część nieśmiertelności, o której mamy trochę pojęcia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 604

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ambrose Bierce, Diabli dykcjonarz,tłumaczenie Mateusz Kopacz, Kraków 2019
Edition by permission of The University of Georgia Press. Polskie wydanie oparte jest na Ambrose Bierce, The Unabridged Devil’s Dictionary, S.T. Joshi i David E. Schultz Athens (eds.), Georgia: The University of Georgia Press, 2002.
Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2019 Copyright © for Polish translation by Mateusz Kopacz, 2019
Redaktor prowadzący Piotr Marecki
Wstęp i opracowanie Mateusz Kopacz
RedakcjaAdam Ladziński
KorektaFilip Matwiejczuk
Projekt okładki Michalina Mosurek
Projekt typograficzny Marcin Hernas
Skład i łamanie By Mouse | www.bymouse.pl
Tłumacz pragnie podziękować za pomoc: Gabrielowi Augustynowi, Wojciechowi Guni, Annie Hadale-Żołnik, Kindze Izdebskiej, S.T. Joshiemu oraz Donowi Swaimowi.
Wydanie I
ISBN 978-83-65739-91-9
Korporacja Ha!art ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków tel. 698 656 [email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Wprowadzenie

MATEUSZ KOPACZ

Jeśli istniałby sposób na obliczenie średniej z charakterów wszystkich ludzi w każdym punkcie dziejów homo sapiens, przypuszczalnie otrzymalibyśmy prostą na stałym poziomie. Oczywiście, jak w każdej większej zbiorowości, niektóre jednostki w ten czy inny sposób odbiegają od normy. Jedni są altruistami, inni egoistami; jedni geniuszami, inni imbecylami; furiatami albo flegmatykami – ale syntetycznie historia ludzkości to powtarzana do znudzenia telenowela z rolami głównymi obsadzonymi zawsze przez tych samych aktorów. Wokół mogą wypiętrzać się góry, ruszać płyty tektoniczne, wysychać oceany, wybuchać wulkany; mogą szaleć przełomowe zmiany cywilizacyjne, powstawać wieżowce do troposfery, możemy podbijać kosmos, ale wydaje się, że my sami na długo pozostaniemy bez zmian: popędliwi i mściwi; naiwni i zazdrośni; chciwi i skłonni do zwad; opanowani żądzą sukcesu i ambicjami przerastającymi nasze możliwości; małostkowi i pamiętliwi; i boleśnie wręcz – bo na przekór wszelkim żywionymi przez nas ideałom – przewidywalni.

A przez to zabawni.

Idealistyczna część ludzkiego ja pragnie wierzyć, że historia czegoś nas uczy, że z roku na rok – jako cywilizacja i jako każde ego z osobna – stajemy się bardziej współczujący i mądrzejsi, przedkładamy dobro ogółu nad własne doraźne pragnienia. Tymczasem wciąż dziwimy się, dlaczego, mając za sobą okropne rzezie wojenne, brniemy w kolejny krwawy konflikt; dziwimy się, że spełnianie kolejnych marzeń życiowych nie przynosi nam ukojenia i prowadzi do wyznaczania kolejnych marzeń... które pragniemy zrealizować nawet kosztem bliźnich; wściekamy się, że inni nie przyklaskują naszym poglądom i doktrynom jako jedynym prawdom objawionym, by po wielu latach samemu dziwić się własnym dawnym przekonaniom (o ile uległy zmianie). Jesteśmy zadziwiająco regularni w swojej naiwności, w bezkrytycznym powtarzaniu błędów przeszłości i powtarzaniu, że nie powinniśmy powtarzać błędów przeszłości.

Dlaczego to wszystko jest zabawne, skoro powinno być tragiczne i smutne? Z prostego względu, o którym pisał m.in. Arthur Schopenhauer:

[...] niepokrywanie się poznania naocznego i abstrakcyjnego [...] jest jednak powodem bardzo osobliwego zjawiska [...]: mam na myśli śmiech. [...] Śmiech powstaje za każdym razem nie inaczej niż z powodu nagle uprzytomnionej rozbieżności między jakimś pojęciem i realnymi przedmiotami, które pomyślano sobie w jakimś związku, i sam jest tylko wyrazem tej rozbieżności. Uwidocznia się ona często dzięki temu, że dwa lub wiele realnych przedmiotów pomyślanych jest w jednym pojęciu i tożsamość ich zostaje na nie rozciągnięta, ale potem uderza całkowita ich różność pod innymi względami i widać, że pojęcie pasowało do nich tylko od jednej strony [...]. Każdy śmiech powstaje zatem z powodu jakiegoś paradoksalnego i dlatego nie oczekiwanego podporządkowania [...][1].

Biorąc pod uwagę powyższą – choć ujętą w sposób pokrętny, to jednak dość oczywistą – definicję, zapytajmy sami siebie: czy jest możliwe znaleźć szerszą i bardziej wymowną „rozbieżność między jakimś pojęciem i realnymi przedmiotami” niż tą uwidaczniającą się między wzniosłym postrzeganiem siebie i swojego miejsca w świecie przez człowieka a świadczącymi przeciw niemu wstydliwymi faktami? Wyobraźmy sobie dodatkowo sytuację, gdy zestawienia takich rozbieżności sporządza osobnik o wielkiej inteligencji, diabolicznie pogłębiający kontrasty i dokonujący tego z literackim kunsztem.

Taki jest właśnie Diabli dykcjonarz Ambrose’a Bierce’a, dzieło w sposób hasłowy, zwięzły i uporządkowany obnażające ludzkie słabości. Przewrotna encyklopedia upokorzenia homo sapiens. Kodyfikacja rzeczywistości człowieka na jego hańbę i poniżenie. Ale i uciechę. Bo w cywilizacji od zarania dziejów rodzili się sceptycy i cynicy, dla których dyshonor ludzkości stanowił słodkie potwierdzenie ich racji, w myśl której przyszło im żyć w najgorszym ze światów, na dodatek objętym w posiadanie przez szczególnie godną pogardy istotę: człowieka. Jeśli ktoś jest w stanie dostarczyć im na to wszystko dowodów, przyjmują je z triumfalną radością. Tylko niektórzy z nich zauważą, że to wynoszenie się ponad innych to kolejny przejaw podłej natury człowieka, którą wyśmiewają. Zabawnie jest analizować w ten psychologiczny sposób Diabli dykcjonarz – jako miecz obosieczny. Autor z pewnością zamierzał uderzać we wszystkie strony konfliktów. Nie oszczędzał nawet sobie podobnych. Później wrócę do tego zagadnienia.

Podkreślmy tymczasem, że dykcjonarz jest dziełem mącicielskim pod wieloma względami. Szczególnie interesujące, że dokonuje w umysłach podwójnego przewrotu. Wiemy już, że aby powstał śmiech, nieodzowne jest odpowiednie uzmysłowienie rozbieżności między pewnym pojęciem w umyśle a rzeczywistością. Każdy słownik objaśnia pewien wycinek – umówmy się, że obiektywnej – realności. Natomiast w przypadku dzieła Bierce’a definicje pozornie nie zgadzają się ze stanem uznawanym za faktyczny. Inicjalne dostrzeżenie tej niezgodności stanowi pierwszy przewrót koncepcyjny w naszych umysłach. Niedługo później dochodzi do przewrotu drugiego, gdy okazuje się, że definicje jednak spełniają swoją rolę: wyciągają na światło dzienne ukrytego w każdym z nas cynika, zawiedzionego idealistę, który pojmuje, że istotnie otrzymaliśmy objaśnienie rzeczywistości, tyle że antyidealistyczne – w zasadzie bliższe prawdzie panującej poza bańką naszych złudzeń.

Diabli dykcjonarz, jeśli użyć słów autora, przedstawia biografię „typowego człowieka, tego nieśmiertelnego osła”[2]. Kim zaś był jej twórca, Ambrose Bierce? Mimo że w swoich czasach miał status osoby nieanonimowej, znanej, zadziwiająco wiele na temat jego życia jest obecnie niejasne, anegdotyczne, pokrętne, przeinaczone; przypomnijmy choćby, że do dziś nie ma i najprawdopodobniej nie będzie pewności w tak zasadniczej kwestii, jaką są miejsce i data jego śmierci. Inna rzecz: ponieważ często publikował w gazetach, nie opatrując swoich tekstów nazwiskiem, nie istnieje pełna bibliografia jego twórczości[3], nie ma ponadto szans na publikację faktycznego zestawu jego dzieł zebranych[4]. Można odnieść wrażenie, że dostępne na anglojęzycznym rynku biografie Bierce’a rywalizują w kreowaniu atrakcyjnego, tajemniczego wizerunku pisarza. Nawet jego córka, Helen Bierce, w swoim eseju Ambrose Bierce at Home dołożyła kilka warstw nieprawdy do mitu ojca, przytaczając sprzeczne z potwierdzonymi faktami informacje. Jeśli sięgać do rzetelnych źródeł, odmalujemy obraz człowieka szczerego do bólu, nieuginającego się pod dyktatem obłudnej codzienności; człowieka niezłomnego, towarzyskiego, ale o czarnym sercu; gorzkiego cynika na swój sposób walczącego o zdemaskowanie prawdziwych szkodników społecznych. Bierce to postać nadzwyczaj skomplikowana. Mało kto nie otrzymał od niego brutalnej chłosty słowami – nie szczędził krytyki, a zarazem brał w obronę słabszych. Nie dawał sobie schlebiać. Pochwalony przez wybitnego pisarza amerykańskiego realizmu, Williama Deana Howellsa, że jest jednym z trzech najlepszych pisarzy Stanów Zjednoczonych, odparł podobno: „Jestem przekonany, że pozostałe dwa miejsca zajmuje pan Howells”[5]. Z uwierzytelnianej niesamowitym polotem impertynencji uczynił swój znak rozpoznawczy. Jednocześnie został szczególnie doświadczony przez życie: bodaj jako jedyny z pisarzy o znacznej renomie brał udział w najkrwawszych bataliach wojny secesyjnej, w dodatku jako nieopierzony ochotnik; stracił w bolesnych okolicznościach dwóch synów, bezskutecznie próbował włączyć się w biznes związany ze słynną gorączką złota na Dzikim Zachodzie; książkowe wydania jego dzieł poniosły za jego życia finansowe i literackie fiasko.

Zgrabnie podsumowuje jego osobę pierwszy i pod wieloma względami najbardziej solidny biograf Bierce’a: „Należy powątpiewać, by w amerykańskiej literaturze istniała postać, na temat której napisano więcej nierzetelnych komentarzy. Przypinano mu najróżniejsze epitety: wielki, gorzki, idealistyczny, cyniczny, ponury, sfrustrowany, radosny, zły, sadystyczny, niezrozumiały, zepsuty, słynny, brutalny, życzliwy; mówiono o nim: diabeł, bóg, mizantrop, poeta, realista piszący fantazje, wybitny satyryk i poniekąd szarlatan. Tego typu niezrozumienie z pewnością nie należy do nieodzownych warunków bycia sławnym”[6].

Polskie źródła brutalnie skracają jego biografię i jedynie wypunktowują najważniejsze fakty, co w poczuciu moim oraz niektórych biografów[7], że największym dziełem Ambrose’a Bierce’a było jego życie, wydaje się krzywdzące. Na pewno nie powinno się rozdzielać jego charakteru od twórczości, zwłaszcza satyryczno-dziennikarskiej. Jestem przekonany, że bez zrozumienia podłoża, na którym wzrósł „diabli leksykograf”, nie uda się w pełni docenić również bogactwa Diablego dykcjonarza, jak bowiem pisał sam Bierce: „dobrego pisarza (zakładając wrodzony talent) nie tworzy oczytanie, ale obserwacja i doświadczenie”[8]. Czytelnik raczy zatem wybaczyć, że przedstawię tu odrobinę dokładniej doświadczenia Gorzkiego Bierce’a, które doprowadziły go do tajemniczego, owianego legendą końca.

*

Ponieważ Bierce gardził poszukiwaniami genealogicznymi i przywiązywał niewielką wagę do związków pokrewieństwa, ograniczmy się i my z opisem jego korzeni do skromnej konstatacji, że pochodził z rodu o silnych tradycjach religijnych, którego członków zawsze uczono poszanowania dla Boga, pracy i wojaczki. Natura jednak nie jest doskonała, w każdej rodzinie prędzej czy później zjawia się wyrodek. Marcusowi Aureliusowi i Laurze Sherwood Bierce’om, bogobojnym purytanom, przytrafiło się to 24 czerwca 1842 roku, gdy mieszkali w malutkiej osadzie Horse Cave w stanie Ohio. Mały Ambrose przyszedł na świat jako dziesiąte[9] z trzynaściorga dzieci, których wszystkie imiona zaczynały się na literę A.

Dorastał pod nadzorem surowych kaznodziejów oraz nie mniej surowych rodziców kongregacjonalistów. I chociaż w późniejszym czasie nieliczne jego wypowiedzi na temat tych ostatnich przybierały postać wyrażeń w rodzaju „niemyte dzikusy”[10] i pretensji o życie przez wiele lat w biedzie i długach, a w twórczości dorosłego Bierce’a znalazło się nawet miejsce dla cyklu opowiadań o tytule Klub Rodzicobójców, to trzeba rodzicielom Ambrose’a przyznać, że okazali się na tyle elastyczni, by dostrzec w buńczucznym i krnąbrnym młodzieńcu zdolności umysłowe. Oczywiście można się zastanawiać, na ile to upartość i nieprzejednanie samego chłopca sprawiły, że Marcus Aurelius udostępnił swój cenny księgozbiór z klasyką literatury zafascynowanemu Ambrose’owi oraz pozwolił mu uczyć się w szkole aż do czternastego roku życia, mimo że reszta jego braci w wieku nastoletnim pracowała już w polu, jasne jest jednak, że bez choćby cichego przyzwolenia rodziców oraz ich rezygnacji z oporu nie byłoby to możliwe. Chociaż starali się poświęcać uwagę chłopcu i dbać o jego dobrostan, trzymał się z boku i zdawał się traktować swoich karmicieli z pogardą.

Tak negatywne odczucia znajdowały odbicie w snach. Krążył w nich samotnie po opustoszałych terenach, by na sam koniec natykać się na zwłoki – bądź swoje, bądź nieznanych ludzi, zakrwawione, z wybałuszonymi oczami. Prawdopodobnie wariację na temat jednego z koszmarów możemy z przestrachem podziwiać w opowiadaniu Śmierć Halpina Fraysera, w którym zresztą między tytułowym bohaterem a jego matką dochodzi do relacji morderczo-kazirodczych – łakomy kąsek dla freudowskich psychoanalityków.

Mały Ambrose, jeśli chodzi o rodzeństwo, przestawał głównie z jednym bratem: psotnikiem Albertem, u boku którego będzie walczył w wojnie secesyjnej i który później zamieszka w Kalifornii i zostanie jedynym członkiem rodziny, z którym Bierce zachowa bliski kontakt. Ze zwierząt Ambrose upodobał sobie te, których nikt nie kochał: żaby, jaszczurki i węże. W wieku czterech lat przeprowadził się wraz z rodziną do hrabstwa Kosciusko w stanie Indiana, skąd codziennie maszerował trzy mile do szkoły w najbliższej miejscowości, Warsaw. W szkole miał niewielu przyjaciół. Nie interesowały go potańcówki, wycieczki, zawody sportowe, męczyła atmosfera położonej na odludziu wsi. Ostatecznie oficjalną edukację zakończył w wieku czternastu lat, by niedługo potem z błogosławieństwem rodziców opuścić dom i rozpocząć wieloletnią tułaczkę.

Ponieważ miał zamiłowanie do liter, w 1857 roku został domownikiem oraz pomocnikiem drukarza (tzw. „chochlikiem”) i redaktora w Warsaw, Reubena Williamsa, który dopiero co rozpoczął publikację abolicjonistycznej gazety „Northern Indianian”. Bierce niedługo u niego zabawił. Na początku 1859 roku, mając szesnaście lat, trafił na kilka miesięcy do stryja w Akron w stanie Ohio. Lucius Verus Bierce, dzięki swojej krótkiej, ale burzliwej wojskowej przeszłości, był człowiekiem o sporej renomie w Ohio; miał też epizody autorskie – tworzył wiersze, mowy i artykuły militarno-historyczne. Prawdopodobnie to on przekonał nastolatka, by podążył w jego ślady i został żołnierzem; zaszczepił w nim także poglądy abolicjonistyczne, które skłonią chłopaka do wstąpienia w szeregi armii na początku wojny secesyjnej. W ten sposób w drugiej połowie 1859 roku młody Ambrose Bierce trafił do Kentucky Military Institute we Franklin Springs.

Nie wiadomo dlaczego, ale jego szkolenie wojskowe nie potrwało długo. Być może nauki nie pozwoliły mu dokończyć zwykła młodzieńcza porywczość i niesubordynacja, niemniej przez ten krótki czas opanował kilka przedmiotów, które przysłużą mu się w późniejszych latach (choćby kartografię). Lato roku 1860 zastało go w rodzinnej Indianie (choć nie u rodziców). Kolejne dziewięć miesięcy tułał się i utrzymywał z podłych prac w takich miejscach jak cegielnia, gospoda czy pasmanteria.

Bezsens tej włóczęgi skończył się 19 kwietnia 1861 roku, tydzień po otwarciu jednego z najczarniejszych rozdziałów w historii Stanów Zjednoczonych – wojny secesyjnej. Na wieść o zaciągu ogłoszonym przez Abrahama Lincolna niespełna dziewiętnastoletni Ambrose Bierce, jako drugi człowiek w hrabstwie Elkhart, wpisał się na listę ochotników i został włączony do Dziewiątego Pułku Piechoty stanu Indiana po stronie Unii. Wysłał anonimowo wiersz pożegnalny do swojej dawnej miłości i rozpoczął przyspieszone, pięciotygodniowe szkolenie. Młodzieniec nie wiedział jeszcze, że już niebawem na własne oczy ujrzy wszystkie koszmary, jakie w dzieciństwie nawiedzały go w snach. Część znanych twórców, jak Henry James czy William Dean Howells, uniknęła mobilizacji, zaś reszta zdolnych literacko walczyła o przetrwanie. Oprócz niego koszmar wojny przeżyło zaledwie kilku ludzi, którzy później stali się zawodowymi pisarzami: Sidney Lanier, John William De Forest, Albion Tourgée i George Cable, ale żaden z nich nie zdobył takiego uznania jak Bierce. Dziś konflikt domowy Stanów Zjednoczonych uznaje się za pierwszą wojnę totalną, w której nadto wykorzystano nowe, udoskonalone modele karabinów i artylerii. Bierce zatem jako pierwszy pisarz widział zakrojony na tak szeroką skalę konflikt zbrojny i w dalszej karierze świadczył o nim w sposób przejmujący.

Pierwszą przelaną krew ujrzał w czerwcu w dość dziwacznej potyczce określanej „wyścigami pod Philippi”, która rozpoczęła się od ucieczki obu stron przed rozpętanym nazbyt wcześnie ostrzałem unijnych artylerzystów. Takie nieporozumienia i nietypowe okoliczności, zwłaszcza jeśli kończyły się makabrycznie, stanowiły dla Bierce’a gratkę i chętnie opisywał je w późniejszych wspomnieniach. Jednym z podobnych dziwnych zbiegów okoliczności była śmierć kolegi o nazwisku Abbott, który zginął od toczącej się kuli armatniej z wytłoczoną nazwą odlewni: „Abbott”.

Tym, czego Bierce nie opisywał lub co umniejszał, był własny heroiczny udział w walkach. Wypełniał swoje obowiązki z werwą, a nawet brawurą. Zmęczony nieskutecznym ostrzeliwaniem przeciwnika z lasów i okopów pod Laurel Hill, wraz z grupą towarzyszy bez rozkazu wybiegł zza zasłony, próbując szarży. W tej samej bitwie uratował sparaliżowanego od postrzału kolegę, niosąc go na plecach pod ciężkim ostrzałem przeciwnika. Za ten akt heroizmu uzyskał promocję na starszego sierżanta.

Po bitwie pod Camp Allegheny w grudniu 1861 roku, kiedy to Bierce napotkał, ku swemu zdegustowaniu i zaciekawieniu, stado świń ogryzające martwych żołnierzy, Dziewiąty Pułk Piechoty stanu Indiana udał się na zimową przerwę, w czasie której zyskał nowego, surowego dowódcę: pułkownika Williama B. Hazena – aroganckiego, wymagającego, odważnego, niesubordynowanego człowieka, którego, wydawałoby się, pokochał tylko Bierce, obdarzony wszakże podobnym charakterem. Musztrowani przez Hazena, żołnierze gotowali się do wiosennych działań.

Na początku kwietnia 1862 roku czekało ich najpoważniejsze do tej pory zadanie. Dowodzący armią Unii generał Ulysses Grant o świcie 6 kwietnia został zaskoczony przez wojska konfederatów nad rzeką Tennessee, pod domem modlitwy Shiloh Church, i wezwał na pomoc dywizje stacjonujące za rzeką. Najbliższą dowodził generał William „Byk” Nelson, w której skład wchodził pułk Bierce’a. Wojska Nelsona wieczorem przedostały się przez rzekę, napotykając spanikowanych, oszalałych z przerażenia uciekinierów z masakry. Na miejsce właściwej bitwy dotarli następnego dnia. Tam ujrzeli porażający widok: setki trupów i okaleczonych, konających postaci, morze krwi, jakiego żaden z nich dotąd nie widział. W tamtym czasie bitwa pod Shiloh była najkrwawszym starciem w amerykańskiej historii: szacuje się, że zginęło ponad trzy tysiące ludzi, nie mówiąc o łącznie kilkunastu tysiącach rannych i zaginionych. Doświadczenia tych dwóch dni Bierce przedstawił w eseju What I Saw of Shiloh, opisując między innymi wciąż żyjącego żołnierza z mózgiem wypływającym z przestrzelonej czaszki czy zwęglone ciała walczących, którzy spłonęli żywcem w lesie. Mimo że jego pułk procentowo w wyniku swojego heroizmu odniósł dużo większe straty niż pozostałe oddziały, Bierce cudem uniknął nawet zranienia: widać diabeł miał go pod opieką. I chociaż najstarsi weterani obu stron nie widzieli dotąd tak wielkiej i przerażającej rzezi, był to dopiero początek wojny. Bitwa pod Shiloh naznaczyła również przyszłego pisarza:

Bierce nigdy nie zapomniał swej pierwszej wielkiej bitwy. Wyryła się w sposób niezatarty w jego pamięci. Nigdy nie wyrwał się spod wpływu, jaki wywarło na jego duszy te piętnaście godzin. Pisał jedno opowiadanie wojenne za drugim oparte na tym czy innym epizodzie spod Shiloh. Bitwa stanowiła coś więcej niż wstrząsające doświadczenie. Wcześniej brał udział w wielu starciach, późniejsze lata także obfitowały w równie okrutne bitwy, Shiloh jednakże stanowiło punkt zwrotny w jego życiu. Pisał o tej batalii ze smutkiem, ale i czułością, jak gdyby na tym przesiąkłym krwią polu utracił kruche złudzenia młodości. W ciągu godzin bitwy ujrzał, jak wspaniałość heroizmu ponosi niewysłowioną porażkę wobec okrutnej bezmyślności przypadku. Przez płaskowyż przetoczyła się mroczna, niespokojna potęga losu. Mężczyźni i muły przemienili się w stosy płonącego, nierozróżnialnego mięsa; ramiona i nogi, odłamki stali, osmalone karabiny i przesiąknięte krwią mundury zniknęły pod popiołami wielkiej, ślepej bezstronności[11].

Po zwycięstwie wojsk Unii i wycofaniu się konfederatów z pobliskiego Corinthu, wojska Dziewiątego Pułku pogoniły w głąb stanu Mississippi, wkrótce jednak wysłano je z powrotem na północny wschód, aby wspomogły Tennessee w odparciu ofensywy przeciwnika. Bierce pod koniec roku uzyskał kolejny awans: w wieku dwudziestu lat został podporucznikiem. Sięgnąwszy po stopień tym razem nie przez akty heroizmu, a gotowość wojskową i wzorową postawę, spotkał się z krytyką ze strony kompanów. Czynił jednak dalej swoją powinność w kolejnej dużej bitwie – pod Stones River.

Zaciekłe starcie trwało trzy dni na przełomie lat 1862 i 1863, w środku mroźnej zimy. Ranni niezdolni do poruszania się tym razem zamarzali miast płonąć. Dziewiąty Pułk Piechoty z Indiany jak zwykle wykazał się męstwem, tracąc setki ludzi, w tym kilku oficerów. William B. Hazen, choć oszczędny w udzielaniu pochwał, twierdził, że największe zasługi jego ludzie zdobyli właśnie pod Stones River. Jeszcze przed zakończeniem wojny postarał się, aby na miejscu bitwy stanął monument upamiętniający poległych. Można go oglądać do dziś.

Dzięki temu, że jeden z oficerów nie umarł mimo ciężkich ran, zyskaliśmy szansę dowiedzieć się, że serce Bierce’a nie było z kamienia: znalazłszy rzeczonego oficera w ciężkim stanie, czekał wraz z nim na przybycie pomocy, trzymając go za rękę, wspierając na duchu i – według relacji rannego – „płacząc jak mała dziewczynka”[12].

Ze względu na straty w kadrze oficerskiej Dziewiątego Pułku i konieczność zastąpienia jej świeżą krwią, Bierce wiosną 1863 roku otrzymał awans na porucznika. Szkolony pod okiem Hazena, wykonywał sumiennie swoje nowe obowiązki, pośród których warto wymienić obecność podczas wojskowych egzekucji. Akurat w jego przypadku zadanie to wzbudzało ciekawość i nadzieję na makabryczne zbiegi okoliczności. W maju trafił do sztabu Hazena – wówczas już generała – i zajął się planowaniem topograficznym, sporządzając godne podziwu, szczegółowe i schludne mapy wojskowe.

Po zajęciu opuszczonej przez konfederatów Chattanoogi, wojska Unii wpadły 19 września w zasadzkę nad rzeczułką Chickamauga Creek. Ponieważ manewr okrążenia przeciwnika przez konfederatów nie w pełni się powiódł, nie doszło do jednostronnej rzezi – armie uderzały na przemian, a ukształtowanie terenu tylko sprzyjało wybijaniu jednych przez drugich. Posmak drugiej najkrwawszej bitwy wojny secesyjnej (zginęły prawie cztery tysiące ludzi, dalsze trzydzieści tysięcy zostało rannych lub zaginęło) dał nam poczuć Bierce w niewinnym z początku opowiadaniu Chickamauga, które kończy się makabrycznymi opisami. Sam, jako sztabowy skaut i topograf, miał tym razem doskonałą sposobność obserwowania bitwy z odrobinę dalszej perspektywy. Ostatecznie wojska Unii musiały uznać wyższość Południowców i wycofać się do Chattanoogi, gdzie, w obawie przed pogonią, naprędce wzniosły fortyfikacje. Do pościgu jednak nie doszło. Choć brakowało żywności, Jankesi odbudowywali siły.

23 listopada wojska Unii, wzmocnione posiłkami z północy, ku zaskoczeniu konfederatów przypuściły brawurowy atak na ich pozycje pod szczytem Lookout Mountain, a później na wzgórzach Missionary Ridge. Pułk Hazena jak zwykle ruszył ochoczo na samym czele (choć nie wiadomo, czy Bierce jako oficer brał udział w szarży). Sukces wojsk Północy był nie lada wyczynem i wymagał wielkiej determinacji. Starcia te, choć nie tak krwawe jak pod Shiloh czy Chickamaugą („zaledwie” tysiąc zabitych i dziesięć tysięcy rannych bądź zaginionych), miały istotne znaczenie strategiczne, gdyż zepchnęły wojska generała Braxtona Bragga i zakończyły kampanię w Tennessee.

Bierce dzięki temu mógł udać się na prawie trzymiesięczny odpoczynek. Powrócił do Warsaw w Indianie do swojej szkolnej miłości, Bernice Wright. Przyznał się do autorstwa wysłanego na początku wojny wiersza i spędzili razem beztroskie dni. Gdy w lutym 1864 roku wracał na front, stworzył akrostych, w którym pobrzmiewały gorycz rozstania i cichy lęk przed niewiadomym losem, jak gdyby przewidywał spotkanie ze śmiercią.

Wziął wtedy udział w kampanii mającej na celu zdobycie Atlanty, dużego miasta na południe od Chattanoogi. Przygotowani na przybycie wojsk Unii, konfederaci bronili kilku strategicznych punktów na wzgórzach wokół wsi Resaca przez trzy dni, aż w końcu przełamanie linii na rzece Oostanaula zmusiło ich do odwrotu. Również to starcie otrzyma w późniejszych latach konkretny opis w opowiadaniu Killed at Resaca. W owym czasie Bierce odczuwał coraz większą obawę, przeczucie, że wisi nad nim przeznaczenie. Wyraził to w jedynym zachowanym liście z czasu wojny, adresowanym do Clary, siostry ukochanej Berenice (którą nazywał Fatimą lub krócej – Timą). Warto zacytować z niego kilka akapitów:

Obecne życie męczy mnie coraz bardziej, żołnierska profesja nuży. Nie ze względu na związane z nią potworności i niebezpieczeństwa; nie dlatego, że mam dość jej trudów, ale dlatego, że pragnę być z tobą oraz mą ukochaną. Rozkoszne, przypominające sen tygodnie spędzone z wami niemal zepsuły we mnie żołnierza i zmieniły go w... melancholika.

[...]

Mimo wszystko powinienem być wdzięczny, że dostąpiłem z wami tyle szczęścia – nie zasłużyłem na taką ilość – miast skarżyć się na los, który odmawia więcej. Nie spodziewam się ujrzeć was ponownie, ale może to i lepiej. Codziennie ginie ktoś o wiele lepszy ode mnie. Od opuszczenia Cleveland, Tenn., jedna trzecia mojej brygady padła w walce lub została ranna.

Wśród nich było wielu dobrych ludzi, którzy mieli niewielkie szanse uniknąć armii oraz tego świata. A mimo to ja zostałem. Lecz i na mnie przyjdzie kolej. Och, jakże przyjemna byłaby śmierć za ciebie i Timę, a muszę ginąć za kraj – za sprawę może słuszną, a może nie. Sądzisz pewnie, że nie jestem patriotą, mówiąc w ten sposób? Niewykluczone. Żołnierze nie mają na co dzień takich rozterek[13].

Nierzadkie są relacje ludzi, których przeczucia zapowiadały zbliżające się nieszczęście. W przypadku Bierce’a było podobnie. Na początku wojny brawurowy, niebaczący na zagrożenia, teraz przewidywał spotkanie ze śmiercią. Zbliżył się do niej 23 czerwca 1864 roku w potyczce pod Kennesaw Mountain, tuż przed główną bitwą, która rozegrała się kilka dni później. Został trafiony w lewą skroń przez snajpera, kula utkwiła za uchem. Diabeł wciąż mu sprzyjał – mimo że większość postrzałów w głowę kończyła się wówczas śmiercią, ów „dzielny i waleczny towarzysz”[14], jak nazwał go Hazen, przeżył. Zawieziono go pociągiem do Chattanoogi, a potem, w sierpniu – na jego prośbę – do ukochanej w Warsaw. Tam jednak przeżył gorzkie rozczarowanie, bowiem z niejasnego dla biografów powodu związek z Berenice dobiegł końca. Bierce wrócił do rodzinnego domu, gdzie leczył obandażowaną głowę i pęknięte serce. Długo jednakże nie wytrzymał i opuścił Indianę, solennie przysięgając, że nigdy tam nie powróci.

Choć z pękniętą czaszką, wznowił służbę pod koniec września. Ponieważ wciąż cierpiał na omdlenia oraz zawroty i bóle głowy (czego nie wyleczy do końca życia), lekarz zakazał mu większego wysiłku. Bierce trzymał się blisko obozu, nie mógł jednak odmówić sobie żołnierskich przyjemności i w połowie października, podczas impasu pod Gaylesville w stanie Alabama, z nudów przeprawił się z kolegą porucznikiem przez pobliską rzekę. Na drugim brzegu natknęli się na oddział kawalerii konfederackiej i rzucili do ucieczki. Rozdzielili się, Bierce umknął przed pogonią w krzaki, by potem skryć się na drzewie. Na jego nieszczęście, został schwytany podczas próby przeprawy powrotnej przez rzekę. Wiedziono go już przed sąd wojskowy i na szubienicę, ale podczas noclegu na jednej z farm udało mu się uciec i ostatkiem sił dotrzeć do obozu swoich.

Od czasu powrotu po rekonwalescencji nadal służył jako topograf. Mimo że w połowie listopada wydobrzał na tyle, by brać udział w bitwach, jego brygady, inaczej niż dawniej, nie wysuwano na pierwszą linię ataku. Tak więc ani w druzgocącej dla konfederatów bitwie o Franklin (30 listopada), ani bitwie o Nashville (15 – 16 grudnia) nie brał większego udziału (szczególnie w tej drugiej, której przyglądał się z siodła z oddali). Ostatecznie w styczniu 1865 roku pozwolił się przebadać wojskowemu chirurgowi, który w obliczu kończącej się wojny uznał Bierce’a za niezdolnego do dalszej służby ze względu na wciąż poważną ranę głowy.

16 stycznia został oficjalnie zwolniony z powinności wojskowych, ponieważ jednak nie miał co ze sobą począć, a wracać do Indiany – tak jak sobie poprzysiągł – nie zamierzał, przystał na ofertę Departamentu Skarbu, by pomóc w gromadzeniu i konfiskowaniu beli bawełny, które ze względu na blokady Unii nie opuściły kraju. Choć zdawałoby się to niewinnym zadaniem, w tych niespokojnych czasach było ono równie niebezpieczne co walka zbrojna. Biznes roił się od oszustów pragnących zarobić nawet kosztem czyjegoś życia, złodziei (do których zaliczała się duża część współpracowników Bierce’a), bandytów napadających na transporty oraz południowych „lojalistów”, którzy prędzej padliby trupem, niż oddali zbiory bawełny znienawidzonym zwycięzcom z północy. Bierce, od zawsze uczciwy służbista i idealista, nie miał łatwo w tym podłym zawodzie, a niektóre jego oblicza opisał w eseju Way Down in Alabam’.

Ratunek nadszedł niespodziewanie jesienią 1865 roku, gdy otrzymał list od swojego byłego dowódcy, generała brygady Williama B. Hazena, z zapytaniem, czy nie zgodziłby się dołączyć jako topograf do wyprawy mającej na celu inspekcję oraz przegląd fortów na dziewiczych, niebezpiecznych terenach Montany i Wyomingu. Nie wahał się ani chwili, ale dłuższe przygotowania i formalności sprawiły, że w Omaha w stanie Nebraska kazano mu się stawić dopiero w lipcu 1866 roku. Na zachód od miasta przez ponad tysiąc trzysta kilometrów aż do osad w Utah, a nawet i dalej, rozciągał się słabo poznany pustynny teren, zamieszkały głównie przez Indian, którzy nie patrzyli przychylnie na gromadzących się na tych terenach poszukiwaczy złota i przygód.

Podróżowali przez niegościnny obszar we czwórkę: on, Hazen, kucharz i woźnica, od czasu do czasu otrzymując w kolejnych fortach eskorty. Bo niebezpieczeństwo było realne: na pustyni znajdowali ludzkie kości i wykopane naprędce groby, słyszeli historie o morderstwach dokonywanych przez Indian na niebacznych podróżnych oraz żołnierzach i omal sami stali się świadkami jednej z masakr pod Fort Phil Kearny. Spędzili na pustyni wiele czarnych i nieprzyjemnych nocy, paląc ogniska i próbując rozpoznać, czy wycie rozlegające się poza skrajem światła to na pewno kojoty. Zapewne echa tej wyprawy pobrzmiewały w głowie Bierce’a, gdy lata później pisał Nieznajomego, samą wędrówkę opisał zaś w autobiograficznym esejuAcross the Plains.

Przemierzywszy w końcu niegościnne terytoria, w Salt Lake City dowiedzieli się, że Hazen otrzymał stopień pułkownika nowej armii Stanów Zjednoczonych (zmiany stopni na niższe stanowiły naturalną cechę reformy), oficjalne pismo czekało na nich jednak dopiero w San Francisco. Bierce liczył na awans do stopnia kapitana, jakież więc było jego rozczarowanie, gdy w listopadzie 1866 roku w Kalifornii ujawniono, że w zreformowanej armii miałby wrócić do stopnia podporucznika. Czując smutek w obliczu tego – jego zdaniem – braku wdzięczności, odrzucił mianowanie i, rozstawszy się na zawsze z Hazenem (choć będzie z nim korespondował) i amerykańską armią, pozostał w San Francisco – bez pracy ani perspektyw. Wprawdzie latem Departament Wojny przyzna mu stopień majora za szczególne osiągnięcia, jednak wówczas będzie to niewczesne wyróżnienie.

Oficerowie z miejscowego garnizonu pomogli mu zdobyć posadę strażnika nocnego w urzędzie skarbowym (większość źródeł błędnie podaje, że w mennicy). Kolega z pracy, również weteran wojenny, bez jego wiedzy sprzedał lokalnej gazecie narysowane przez Bierce’a karykatury polityczne i podzielił się z nim pieniędzmi. Już wtedy Bierce rozważał pisanie dla którejś z licznych gazet w San Francisco. W związku z tym kształcił się na własną rękę, wypożyczając z bibliotek klasykę literatury angielskiej i wytrwale szlifując styl.

Jego pierwszymi utworami literackimi w druku były dwa wiersze, Basilica orazA Mystery, opublikowane jesienią 1867 roku w tygodniku „Californian”. Niebawem zaczął pisać także artykuły, już nie tylko do „Californian”, ale i do „New Era”. Największą regularność uzyskał, współpracując z „San Francisco News Letter and Commercial Advertiser”. Wreszcie, w grudniu 1868 roku zrezygnował z pracy dozorcy i objął posadę redaktora tej gazety. Przejął w niej rubrykę The Town Crier („herold miejski”), która przyniesie mu sławę cynika oraz zajadłego przeciwnika hipokryzji i religii. Chętnie podejmował tematy przestępstw, morderstw i samobójstw, wzbogacając wypowiedzi szatańską inteligencją i przekorą. Poza tym rugał popularne literackie beztalencia. W zasadzie miał do powiedzenia coś kąśliwego na każdy temat: patriotyzmu, świąt, kobiet (według dzisiejszych standardów uznano by go za najgorszy gatunek szowinisty), innych dziennikarzy. Z drugiej strony brał w obronę grupy niesłusznie pogardzane, na przykład chińskich imigrantów czy mormonów. Ogólnie: wzbudzał kontrowersje. Jego nazwisko szybko stało się w San Francisco rozpoznawalne, zyskał tyluż zwolenników, co przeciwników.

W lipcu 1871 roku w „Overland Monthly” ukazało się jego pierwsze opowiadanie: Nawiedzona dolina. Nie będzie ich pisał regularnie. Większość najbardziej znanych stworzy w przeciągu ostatniej dekady XIX stulecia, na ogół klecąc krótkie satyry lub bajki.

Bierce, znany z niewybrednych komentarzy na temat małżeństwa, kobiet i dzieci, kolejny raz zszokował San Francisco w pierwszy dzień Bożego Narodzenia 1871 roku, gdy ożenił się z Mary Ellen Day (zwaną „Mollie”) – ciemnowłosą, piękną córką bogatego górnika i oficera. Jako że sam był wysokim, przystojnym młodym mężczyzną o szarych oczach, bujnych jasnoblond włosach, obfitym, podkręconym wąsie i gładkiej cerze, stanowili imponującą parę.

W marcu 1872 roku Bierce zrezygnował z pracy w „News Letter”, aby zawojować szersze wody Londynu – sława jego ciętego pióra dotarła nawet tam. A że Anglicy za sprawą między innymi ekscentrycznego pisarza i dziennikarza Joaquina Millera byli ogarnięci gorączką Dzikiego Zachodu i wszystkiego, co z nim związane, Bierce uważał, że Londyn padnie mu do stóp, zwłaszcza że sukcesy literackie odnosił tam pokrewny mu w zgryźliwości Mark Twain. Po drodze do Nowego Jorku po raz ostatni odwiedził krewnych w Elkhart w Indianie. W rodzinne strony nie wróci nawet na pogrzeby rodziców.

Londyn zachwycił Bierce’a czystością i sędziwością. Niebawem zabrał się do pracy i jako „Dod Grile” jął pisać dla magazynu humorystycznego „Fun”. Organizował sieć kontaktów i przyjaźni. Nawiązał stosunki między innymi z powieściopisarzem George’em Augustusem Salą, poetą i pisarzem Walterem Thornburym, humorystą Tomem Hoodem oraz dziennikarzami: Henrym Sampsonem i Jamesem Mortimerem. To właśnie w brytyjskiej metropolii wymyślono mu przezwisko Gorzki Bierce. Opublikował tam trzy pierwsze książki: The Fiend’s Delight (1872), Nuggets and Dust Panned Out in California (1873) orazCobwebs from an Empty Skull (1874), kompilujące głównie jego dziennikarskie wybryki, zarówno te kalifornijskie, jak londyńskie. Publikacje zbierały przychylne recenzje.

Tymczasem państwu Bierce’om, mieszkającym obecnie poza Londynem, pod koniec 1872 roku urodził się syn Day, w kwietniu 1874 zaś drugi, Leigh. Ambrose przez cały czas miał mnóstwo pracy: pisał dla wielu gazet, tworzył również na zlecenie francuskiej cesarzowej Eugenii czasopismo „The Lantern” – wprawdzie tylko dwa numery, ale był w nich autorem każdego słowa. Stres nasilił męczącą go od końca wojny astmę, której nie pozbędzie się do końca życia. Pod koniec 1874 roku umarł jego najbliższy przyjaciel w Anglii, Tom Hood. Żona Mollie, tęskniąca za krajem, zmęczona samotnym życiem na przedmieściach, w maju 1875 roku postanowiła odwiedzić matkę w Ameryce. Bierce ciężko znosił samotność, był przygnębiony, źle się odżywiał. Wkrótce niespodziewanie okazało się, że Mollie, wyjeżdżając, była w ciąży z ich trzecim i ostatnim dzieckiem, Helen. Gdy Ambrose się o tym dowiedział, rzucił wszystko: pracę, kontakty i w październiku wrócił do pogrążonego w kryzysie ekonomicznym San Francisco, a właściwie do urokliwego miasteczka San Rafael na północy, za zatoką.

W redakcji „News Letter” nie zamierzali go ponownie zatrudniać, musiał więc szukać innego rozwiązania. Ostatecznie trafił do mennicy, a dokładniej do biura analiz próbek. Praca nie licowała z jego ambicjami, co wpędziło go w ciężką chandrę; ukojenia szukał w brandy, przez którą omal się utopił podczas jednej z podróży promem. Ostatecznie na początku 1877 roku podupadłego na duchu Bierce’a zatrudnił nowy na rynku San Francisco „The Argonaut”, powstały w celu zwalczania ksenofobicznej Partii Robotniczej z Denisem Kearneyem na czele. Bierce, choć chętnie bronił chińskich imigrantów, miał nieco inną wizję swojej kolumny Prattle (‘Ględa’) i skupiał się na kontrowersjach literackich i obyczajowych. Krytyka znanych lokalnie osób często kończyła się emocjonująco, na przykład gdy Bierce’a, spoliczkowanego przez dyrygenta orkiestry Baldwin Theatre, przed zastrzeleniem oponenta musiał powstrzymywać redaktor „The Argonaut”. W gazecie ukazały się także dwie kolejne „ględy” – opowieści niesamowite Nocne harce w Trupim Wąwozie orazSławetny testament Gilsona.

Latem 1879 roku postanowił spróbować sił w górnictwie. Od dawnego wojskowego kompana otrzymał propozycję objęcia posady agenta firmy górniczej, która planowała działać na terenach zamieszkałych przez Siuksów w Dakocie Południowej. Zmęczony politycznymi wojnami na łamach „The Argonaut”, nieznośną astmą oraz życiem rodzinnym, nie pytając nikogo o nic, zrezygnował z pracy redaktora – licząc, że nigdy już nie wróci do zawodu dziennikarza – i w czerwcu 1880 roku wyruszył do Deadwood, nowo powstałej osady poszukiwaczy złota, prostytutek, hazardzistów i bandytów.

Mimo że znał te tereny z wyprawy u boku Hazena oraz miał cenne doświadczenie z pracy w mennicy, sprawy od początku nie układały się jak powinny. Zatrudniającej Bierce’a Black Hills Placer Mining Company bank nie zamierzał udzielić kolejnej pożyczki, musiał więc działać z ograniczonymi zasobami. Do ochrony zatrudnił zabijakę, ponieważ okolica roiła się od bandytów. Co najmniej raz, podczas przewozu pieniędzy między Deadwood a Rockerville, skorzystał z okrutnych usług wynajętego draba. Najbliższe kilka miesięcy nie przyniosło ani odkrycia złota, ani nowych inwestorów. W grudniu porzucił zbankrutowaną firmę i wrócił do San Francisco, ciągnąc za sobą koszty sądowe i konieczność składania zeznań w rozpoczętym za jego urzędowania procesie przeciwko bankowi, który nie zamierzał wypłacić zbankrutowanej firmie zaległych trzech tysięcy dolarów.

Tak więc rozbrat Bierce’a z dziennikarstwem trwał krótko. „The Argonaut” nie zamierzał już korzystać z jego usług, przez jakiś czas działał więc jako wolny strzelec. W styczniu 1881 roku zaproponowano mu posadę w nowej satyrycznej gazecie, „The Wasp”, a w połowie lipca został jej redaktorem naczelnym. Wznowił tam swoją dawną kolumnę Prattle i co tydzień częstował czytelników znaną dobrze goryczą i cynizmem. Atakował zwłaszcza prezesów spółek Kolei Pacyficznej za bezwzględne i nieuczciwe wywłaszczanie osadników z terenów przeznaczonych pod linie kolejowe. Proceder ten doprowadził między innymi do tragedii w Mussel Slough, gdzie w strzelaninie między osadnikami a urzędnikami hrabstwa zginęło siedem osób.

W jednym z numerów Bierce wystosował oświadczenie, które można uznać za jego credo: „Nie zauroczył nas świat widziany dokoła. Jasnym jest dla nas, że przeszło tysiąc milionów jego mieszkańców to w większości durnie, a naszym zwyczajem jest ilustrować ten godny pożałowania stan rzeczy poprzez wskazywanie najbardziej wyróżniających się przypadków”[15]. W innym zwrócił się bezpośrednio do swoich ofiar: „Zważcie więc, łotry wszelkiej maści i uczeni głupcy z lśniącymi zębami w paszczękach pełnych bredni, będę między wami. Dopóki czytelnicy płacą za moje łajanie dwa razy więcej niż wy zarobicie swoimi pochlebstwami; dopóki mam sumienie nietknięte zepsuciem szerzonym przez religię, osąd niezaciemniony polityką i patriotyzmem, serce nieskażone kolesiostwem, a intencje niespaskudzone animozjami; dopóki czerpię radość z pisania, w moim dziennikarstwie nie zabraknie wielkich osobistości: tych godnych pogardy i tych godnych pochwały”[16].

To właśnie w „The Wasp” oficjalnie rozpoczął publikację większej liczby haseł do Diablego dykcjonarza – wtedy zresztą po raz pierwszy użył tego tytułu. O historii książki opowiadam nieco dalej.

Tymczasem rozluźniały się więzy między Bierce’em a resztą rodziny. Dziennikarz większość nocy spędzał w hotelach i szynkach. Zaś kiedy był w domu, zwykle spał, wędrował samotnie po okolicy lub zamykał się w bibliotece, żeby pisać. Dzieci, choć ubóstwiały i podziwiały ojca, z jego strony otrzymywały stateczną, niewzruszoną miłość, bez wylewności. Nie znosił teściowej, nie znosił szwagra. Ze względu na problemy z astmą w 1883 roku zamieszkał w Auburn pod San Francisco, z dala od rodziny.

W połowie 1885 roku właściciel sprzedał „The Wasp”, Bierce zaś zrezygnował z naczelnictwa. Mimo że wciąż udzielał się w gazecie, pod koniec lata 1886 roku porzucił i tę współpracę, ponownie stając się piórem do wynajęcia. Rodzinę tym razem ulokował w St. Helena, sam zaś zamieszkał samotnie jeszcze bardziej na północ – w pachnącym sosnową żywicą Angwin. Czas spędzał wśród przyrody, licząc na złagodzenie dręczących go duszności. Wspinał się, jeździł na rowerze, zbierał rośliny, szyszki, zaprzyjaźniał z dzikimi zwierzętami – „zapraszał” do domu wiewiórki, jaszczurki, leczył ranne gołębie; istnieją relacje córki i znajomych, że ptaki przylatywały na jego zawołanie. Z rodziną widywał się mniej więcej dwa razy w tygodniu. Niekiedy wybywał czasowo w inne ustronia. W marcu lub na początku kwietnia 1887 roku, w wynajętym mieszkaniu w Oakland, odwiedził go młody William Randolph Hearst, późniejszy magnat prasowy, wówczas bogaty już, ale początkujący redaktor. Zapytał Bierce’a, czy nie zechciałby raz na tydzień pisać kolumnę Prattle w jego „Examinerze”. Na odpowiedź Bierce’a nie musiał długo czekać, choć ten postawił twarde warunki: jego teksty miały być publikowane dokładnie tak, jak je napisał, bez zmian i złagodzeń, gażę miał otrzymywać pokaźną. Nie jest jasne, dlaczego Hearst tak łatwo zgodził się na te wysokie wymagania. Podejrzewa się, że po prostu wolał mieć Bierce’a po swojej stronie.

Dotychczasowe kalifornijskie tytuły, do których pisał Bierce, „The News-Letter”, „The Argonaut” oraz „The Wasp”, miały dużo mniejszy zasięg niż „The Examiner”. Choć „Examiner” w zamierzeniu był gazetą sensacyjną, czytali go wszyscy. Jego dziennikarze stawali na głowie, szukając nośnych historii, a jeśli takowych nie było, to je zmyślali. Hearst prowadził biuro wypełnione cudakami: pijusami, złodziejami, bajarzami. Dawał Bierce’owi swobodę w wyborze tematów. Mimo to mieli skomplikowane relacje. Wielokrotnie kłócili się, felietonista odchodził, szef osobiście go przekonywał do powrotu. To wszystko wydarzy się w ciągu najbliższych kilkunastu lat, na ten moment jednak Bierce dysponował swobodą. Owa niezależność sprawiła, że odżył twórczo i od marca 1888 do grudnia 1891 roku przy świetle świecy, nocą, w towarzystwie czaszki jednego z przyjaciół, napisał przeważającą większość swoich najbardziej znanych opowiadań, które utworzą trzon zbiorów In the Midst of Life. Tales of Soldiers and Civilians orazCan Such Things Be? Powstały wtedy między innymi Przy moście nad Sowim Potokiem, Środkowy palec prawej stopy czyŚmierć Halpina Fraysera.

Okrutny jako dziennikarz, jako głowa rodziny także był stanowczy i bezlitosny. Na przełomie lat 1888 i 1889 odkrył listy miłosne adresowane do żony. Mimo że z pewnością do niczego poważniejszego między nią a nadawcą nie doszło, wściekły mąż spakował swoje rzeczy i wyprowadził się. Wcześniej, w 1888 roku, piętnastoletni syn Bierce’a, Raymond Day, uciekł z domu, żeby jak rodziciel zostać dziennikarzem. Ojciec nie przejął się i zbył przerażenie Mollie, jak również całą sytuację. W lipcu 1889 roku narzeczona porywczego Daya uciekła dwa dni przed ślubem z jego przyjacielem i wyszła za niego zamiast za młodego Bierce’a. Upokorzony i wściekły Day czekał na nich w domu niedoszłej panny młodej. Rozpętała się strzelanina, w której śmiertelnie ranił rywala, by następnie samemu strzelić sobie w skroń[17]. Zmarł w wieku niespełna siedemnastu lat. Starszy Bierce, mimo że silił się na nieokazywanie rozpaczy i twierdził, że jego dziecko postąpiło godnie, dotkliwie przeżył stratę porywczego jak on syna. Tuż po pogrzebie po raz ostatni, nie licząc krótkiego epizodu za kilka lat, zobaczył się z żoną. Komunikował się z nią wyłączenie poprzez dzieci. Wprawdzie nie będzie chciał jej widzieć nigdy więcej, ale przyzna później córce: „Bib [tak ją pieszczotliwie określał], jest tylko jedna kobieta w moim życiu, którą kochałem, i tak się składa, że to twoja matka”[18]. Niedługo po tych wszystkich wydarzeniach napisał Przełęcz Coultera, gdzie tytułowy bohater, wypełniając rozkazy dowódcy, z pełną świadomością zabija swoją rodzinę.

Mimo że był tak stanowczy, dzieci i żona go kochali. Podobnie młodzi adepci dziennikarstwa oraz pisarstwa – wspierał ich bezpośrednimi, surowymi uwagami, ale widzieli w nim ojca i patrona. Pracując w hotelach najpierw w Sunol, potem ponownie w Angwin na górze Howell, Bierce stał się celem pielgrzymek wielbicieli i ambitnych twórców. Odwiedzali go zarówno mężczyźni, jak kobiety, które (mimo niepochlebnych komentarzy, jakie drukował o ich płci w prasie) traktował z respektem i poszanowaniem, o czym świadczą liczne zachowane listy. Szczególnie wzruszająca była jego krótkotrwała przyjaźń z głuchą Lily Walsh, której przed przedwczesną śmiercią pomógł uzyskać miejsce w szkole dla niepełnosprawnych. Do końca swoich dni będzie regularnie odwiedzał grób Lily, rówieśnicy jego zmarłego syna. Inną ciekawą podopieczną była córka biednych imigrantów z Europy, Carrie Christiansen. Skrajna bieda, w jakiej żyła jej rodzina, nieśmiałość Carrie oraz brak wykształcenia, a z drugiej strony wielkie serce, tak bardzo urzekły dziennikarza, że zorganizował jej porządną szkołę i nauczył wielu rzeczy. W późniejszym czasie Carrie zostanie jego sekretarką. Z pomocy literackiej Bierce’a korzystali między innymi znany z późniejszych wspólnych projektów z H.P. Lovecraftem Adolphe Danziger de Castro, George Sterling, William C. Morrow, Edwin Markham, Emma Frances Dawson, a później także Herman George Scheffauer.

W 1891 roku ukazał się pierwszy zbiór opowiadań Bierce’a, Tales of Soldiers and Civilians, zawierający teksty rozgrywające się w czasie wojny secesyjnej, ale niekoniecznie na jej frontach. Kilka miało charakter niesamowity, wszystkie zaś zarazem skrzyły się błyskotliwym stylem oraz ziały czarnym humorem i makabrą. Generalnie książka zebrała dobre recenzje. Dwa lata później wyszedł nie tak ciepło przyjęty Can Such Things Be?, zbiór już wyłącznie opowieści niesamowitych. Pomiędzy tymi dwoma publikacjami dał się namówić Adolphe’owi Danzigerowi na wydanie pod wspólnym nazwiskiem przekładu powieści gotyckiej Richarda Voßa, The Monk and the Hangman’s Daughter – Danziger książkę przełożył, Bierce natomiast wygładził styl. Dziennikarz prócz tego pożyczył mu pieniądze na założenie wydawnictwa, to jednak zdołało wypuścić ledwie wybór poezji satyrycznej Bierce’a, zatytułowany Black Beetles in Amber. Oba przedsięwzięcia skończyły się sporami prawno-finansowymi między panami, a także zakończeniem znajomości, które przypieczętowało symboliczne złamanie przez Bierce’a laski na głowie Danzigera.

W 1896 roku Bierce na prośbę Hearsta podjął się ostatniego poważnego wyzwania dziennikarskiego w życiu: walki z magnatem kolejowym Collisem Potterem Huntingtonem, który, stosując lobbing i przekupstwo, próbował potajemnie przeforsować w Kongresie przesunięcie na czas nieokreślony spłatę zaciągniętej przez Kolej Pacyficzną, której był prezesem, pożyczki w kwocie stu trzydziestu milionów dolarów (według dzisiejszego przelicznika ponad trzy miliardy dolarów). W rzeczywistości bogata, kontrolująca sądy, władze hrabstw i stanów oraz gazety Kolej Pacyficzna zamierzała po prostu uniknąć spłaty, przekonując, że Centralna Linia Pacyficzna uczyniła wiele dla rozwoju całego narodu. Bierce, od lat nienawidzący kalifornijskich magnatów kolejowych za pazerność i bezczelność, specjalnie w celu udaremnienia ich planów udał się do Waszyngtonu, gdzie znalazł się w swoim żywiole. Korzystając z pomocy ludzi Hearsta, przypuścił na Huntingtona agresywny atak, nagłaśniając sprawę i bezlitośnie obnażając wszystkie przewinienia magnata we wszystkich gazetach należących do Hearsta po obu stronach Ameryki. Znana jest historia, gdy Bierce po jednym z posiedzeń Kongresu napotkał Huntingtona na schodach waszyngtońskiego Kapitolu, a magnat głośno zapytał, ile ma zapłacić pisarzowi, by zrezygnował z walki przeciw niemu. Dziennikarz odparł głośno, że jego ceną jest kwota, którą jest dłużny państwu, i że pieniądze może przekazać Sekretarzowi Skarbu. Ostatecznie, po miesiącach walki, Kongres rozpisał spłatę długów firmy na raty obejmujące okres osiemdziesięciu lat. Dla Bierce’a tak długi okres spłaty był porażką, ale prasa i Hearst oficjalnie uznały przedsięwzięcie za zwycięskie.

Bierce wrócił do San Francisco, a właściwie na jego przedmieścia, do hotelu w Los Gatos, gdzie próbował łagodzić astmę z dala od miasta, w górskim klimacie. Stany Zjednoczone w tym czasie z wolna zmierzały ku wojnie z Hiszpanią, co bardzo odpowiadało Hearstowi – ten w swoich gazetach podżegał do rozprawy zbrojnej. Bierce, jako weteran krwawej batalii, przekonany o bezsensowności rozlewu krwi, nie chciał w tym brać udziału, a nawet starał się wyśmiewać starania wszystkich nawołujących do walki. Wprawdzie, kiedy wojna wybuchła w 1898 roku, komentował jej przebieg, ale preferował przyjmowanie w swojej ustroni kolejnych początkujących autorów.

Powoli się wypalał. Mając już dość zachodu Stanów, w 1899 roku pożegnał niektórych przyjaciół i wyjechał do Waszyngtonu. Na początku 1901 roku jego syn Leigh, obiecujący dziennikarz, z którym w ostatnich latach utrzymywał ścisły kontakt, zachorował na ciężkie zapalenie płuc – nadużywał alkoholu, a choroba była tego pokłosiem. Bierce czym prędzej udał się do niego do Nowego Jorku, by doglądać syna. Niestety, nie udało się zwalczyć choroby i 31 marca, w wieku niespełna pięćdziesięciu dziewięciu lat, Ambrose Bierce pochował swoje drugie dziecko. Już wcześniej pogrążony w zabójczej stagnacji, bezczynny, piszący niewiele, teraz popadł w jeszcze większe zniechęcenie. W 1904 roku rozwiódł się z żoną, która zmarła rok później na zawał serca. Do zniechęcenia i astmy Bierce’a doszedł w ostatnich latach stres związany z oskarżeniami o poduszczanie do mordu na prezydencie: we wrześniu 1901 roku William McKinley zginął od kuli zamachowca, a rzucona przez Bierce’a półtora roku przed incydentem w dosadnym wierszu fraza o pocisku zmierzającym w stronę McKinleya okazała się prorocza. Choć oskarżenia były absurdalne, dziennikarz przeżywał ciężkie chwile.

Ostatnim przejawem jego aktywności twórczej, nie licząc drobnych tekstów dziennikarskich, były opowiadania. W „Cosmopolitan” pojawiły się utwory „zainspirowane” śmiercią żony: Droga w świetle księżyca orazZa ścianą, a także kilka innych z duchami i wojną: A Baffled Ambuscade, The Other Lodgers, Troje i jeden to w sumie jeden orazOdzyskana tożsamość. Gdzieś pomiędzy kolejnymi publikacjami, w 1906 roku, wydawnictwo Doubleday, Page & Company wypuściło na rynek książkową wersję dotychczasowych diabelskich definicji Bierce’a. Jednym z warunków publikacji okazała się zmiana tytułu z Diablego dykcjonarza na Leksykon cynika, o której autor pisze w przedmowie do niniejszej książki. Niebawem Walter Neale wyraził chęć publikacji dzieł zebranych (The Collected Works of Ambrose Bierce) w ekskluzywnej odsłonie – książki miały być ręcznie zszywane, w twardych okładkach, na wysokiej klasy papierze, z obwolutami, złoceniami na brzegach i innymi zdobieniami. Widząc w tej propozycji nadzieję na umocnienie swojej reputacji i połechtanie próżności, pisarz potraktował ją jako świetny pretekst do ostatecznego zerwania współpracy z W.H. Hearstem i światem dziennikarskim. Szybko zabrał się za kompilowanie książek. Poza tym praca literacka odeszła na dalszy plan – mało czytał, jeszcze mniej pisał. Z drugiej strony dużo spacerował, pływał kajakiem, spędzał czas wśród przyrody.

Pierwsze dwa woluminy jego dzieł zebranych wydano w 1909 roku, całość zaś zamknięto do 1912 roku w dwunastu tomach. Niestety dla już i tak zniechęconego życiem Bierce’a, krytyka była miażdżąca i nawet przychylni mu recenzenci, którzy z szacunku dla jego dokonań starali się uwypuklić jak najwięcej pozytywnych cech serii, nie mogli nie podkreślić, że jego dorobek to w dużej mierze rzeczy drobne i błahe, które psują wrażenie z lektury wybornych osiągnięć. Pytano, czy dziennikarz, nawet tak wybitny jak Bierce, który tworzy mnóstwo tekstów niewielkich, często tracących aktualność tydzień po publikacji gazetowej, zasługuje na zestaw dzieł zebranych.

W 1910 roku powrócił na kilka miesięcy do San Francisco. Choć wiejskie ustronia w otaczających górach zdawały mu się rajem, nie poznał miasta zniszczonego przez trzęsienie ziemi cztery lata wcześniej, kiedy to ponad połowa mieszkańców straciła dach nad głową. Chętnie spotykał się ze starymi znajomymi, choć niektórzy zmienili się jego zdaniem na gorsze: wielu dołączyło do Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki albo zostało opętanych przez socjalizm, który Bierce utożsamiał z anarchią. Zawarł za to znajomość z Jackiem Londonem – zapewne ostatnią osobą, którą szczerze polubił, wymieniając z nim przy niejednej butelce opowieści i anegdoty dziennikarskie.

Rok 1911 znów zastał Bierce’a w Waszyngtonie. Pod jego koniec zmarł najbliższy mu przyjaciel na Wschodzie, Percival Pollard. Rzucało się w oczy, że Bierce traci ochotę do życia. Postarzał się, zaczął chodzić o lasce, a jednej ze znajomych przyznał: „chce mi się spać snem śmierci”[19]. Jedynej radości zaznawał, będąc w drodze lub odwiedzając okolice zajmujące wyjątkowe miejsce w jego wspomnieniach: pola działań wojennych z lat sześćdziesiątych. Jednak i te wrażenia za drugim czy trzecim razem się zacierały. Znów opuścił Waszyngton i zawitał do Kalifornii. Tym razem nie było żadnych dobrych wrażeń. Po drodze odwiedził Panamę, co skłoniło go do wyruszenia na południe, gdzie zamierzał oglądać nieznane rejony i odbudować ekscytację młodych lat, gdy niemal ciągle był w drodze. Pod koniec 1912 roku pożegnał się z przyjaciółmi – niektórzy mieli słuszne przekonanie, że na zawsze. Odwiedził żonę i dwóch synów na cmentarzu w St. Helena, wręczył dozorcy pieniądze za przyszłą opiekę nad grobami i opuścił Kalifornię już na zawsze.

Udał się do Waszyngtonu, skąd rozesłał listy do znajomych, na których mu zależało. Treść większości miała jedną cechę wspólną: ton finalnego pożegnania. Pisał, że zamierza wyjechać, prawdopodobnie do Meksyku albo Ameryki Południowej. Odwiedził córkę w stanie Illinois, przekazując wszystko, co miał: skrzynię pełną listów i innych dokumentów, a także kawałek ziemi na cmentarzu w St. Helena z grobami rodzinnymi. Uprzedził, że nie chce tam spocząć, ale żeby nie martwiła się, gdyż „wszystko jest przygotowane”[20]. Przekazał jej także swoje zamiary podróży na południe, ale nie potrafiła go od nich odwieść. Działa się rzecz zadziwiająca: im bliżej wyjazdu, tym więcej miał w sobie energii i zapału. Aż do października porządkował sprawy i odwiedzał znajomych na wschodnim wybrzeżu, każdemu mówiąc, że wyrusza do Ameryki Południowej przez pogrążony od siedmiu lat w wojnie domowej Meksyk i nie wie, czy wróci.

2 października 1913 roku opuścił Waszyngton i skierował się na południe. Jego trasa aż do granic Meksyku jest dobrze znana, gdyż informacje o postępach wysyłał sekretarce, Carrie Christiansen, w Waszyngtonie. Odwiedził miejsca wszystkich większych bitew wojny secesyjnej, w których brał udział pięćdziesiąt lat wcześniej. W Nowym Orleanie dziennikarz miejscowej gazety przeprowadził z nim ostatni wywiad, w którym Bierce potwierdzał, że pragnie na własne oczy zobaczyć walkę w Meksyku, a potem wyruszyć dalej na południe, w Andy. Dotarłszy do granicy w teksańskim mieście Laredo, dowiedział się, że lepiej wjeżdżać do Meksyku bardziej na zachód, jako że tamte tereny kontrolował już Pancho Villa, przychylny amerykańskim dziennikarzom i trzymający w ryzach krążące po Meksyku bandyckie oddziały. Bierce udał się więc pociągiem do El Paso. Pod koniec listopada przekroczył granicę, otrzymał pozwolenie na towarzyszenie armii Villi. Z Chihuahua 26 grudnia wysłał ostatni i jedyny list z Meksyku, jaki przetrwał[21]. Zdradził w nim, że zamierza wyruszyć na południe, w bliżej nieznanym kierunku. Z kolei dziennik jego sekretarki mówi, że dzień po 26 grudnia planował wyruszyć do Ojinagi.

Różne powstały teorie na temat zniknięcia Bierce’a. Najbardziej wiarygodna, tłumacząca najwięcej nieścisłości, stwierdza, że został zabity po cichu w Sierra Mojada przez miejscowych żołnierzy federalnych, gdy ci, słysząc, że wypytuje o buntownika Pancho Villę, uznali go za szpiega[22]. Teoria ta daje odpowiedź na jedno z głównych pytań dotyczących śmierci Ambrose’a Bierce’a: dlaczego pozostała niezauważona, skoro na terenie Meksyku działało wielu amerykańskich dziennikarzy i losem znanego pisarza szybko zainteresowałyby się odpowiednie osoby? Z drugiej strony nie jest jasne, dlaczego zapuścił się tak daleko na południe, z dala od terenów objętych wpływami Pancho Villi. Inna teoria powiada, że Bierce zginął w bitwie o Ojinagę w styczniu 1914 roku lub tuż przed nią. Jeszcze inna – że wyprawa do Meksyku była tylko zasłoną dymną i w rzeczywistości na granicy zawrócił na północ i zastrzelił się w którejś z jaskini Wielkiego Kanionu, by nikt nie odnalazł jego kości – o takiej perspektywie zakończenia życia pisarz wspominał kilka lat wcześniej swojemu wydawcy. Były też inne teorie, wykorzystujące schemat zasłony dymnej. Te najbardziej absurdalne suponowały, jakoby Bierce działał w porozumieniu z rządem amerykańskim i był szpiegiem, który wykradnie słynną kryształową czaszkę Majów. Temat śmierci Amerykanina podejmowało wielu badaczy. Jedni wypytywali członków kompanii Pancho Villi o Bierce’a i słyszeli tylko zarzekania, że nie wędrował z nimi żaden gringo o takim wyglądzie. Natomiast gdzie indziej można znaleźć wypowiedzi meksykańskich żołnierzy przekonanych, że spotkali Bierce’a podczas rewolucji. Amerykańscy konsule w Meksyku zapewniali, że nie mieli żadnej informacji o pobycie słynnego dziennikarza w kraju, a z pewnością wiedzieliby o jego bytności za południową granicą USA. Z drugiej strony jedyny istniejący list wysłany z Meksyku został spisany na papeterii charakterystycznej dla tamtych rejonów. Sprzecznych informacji jest mnóstwo i trudno w całym tym mętliku wskazać bardziej wiarygodne. Każde z pisemnych opracowań tematu to wspaniała opowieść detektywistyczna, a zebranie wszystkich oraz ich analiza porównawcza stanowiłyby materiał na sporą książkę. Pod hasłem disappearance of Ambrose Bierce można znaleźć w Internecie co najmniej kilkanaście artykułów, w tym chyba najbardziej ostrożną i skrupulatną analizę Leona Daya My Hunt for Ambrose Bierce[23], która – choć obszerna i dokładna – co najwyżej wyklucza kilka mylnych teorii i nieśmiało wskazuje najbardziej prawdopodobną.

Jedno w całym tym chaosie niedomówień i sprzeczności jest pewne: Ambrose Gwinnett Bierce podczas swojej ostatniej wyprawy uwolnił się od rozgoryczenia światem, jakie zaczęło się w trakcie narodzin – owego „pierwszego i najsroższego z nieszczęść”, jak pisze w Dykcjonarzu – i odnalazł upragniony spokój w śmierci.

Myślę, że zapoznanie się z tą biografią jest niezbędne do zrozumienia, że słownik nie stanowił dla Ambrose’a Bierce’a żadnej igraszki, odskoczni od udręk życia, próby wyżywania się na przeciwnikach literackich i politycznych czy wentylu hamowanych na co dzień emocji. Taki po prostu był i nie łagodził ani nie intensyfikował swoich poglądów, gdy ubierał je w formę haseł. Tak myślał, tak mówił, tak pisał – ku zgryzocie bliskich, znajomych i współpracowników. Należał do rozgoryczonych idealistów i skrajnych melancholików: częstował otoczenie żółcią, samemu karmiąc się czernią w ciszy.

*

Historia kształtowania się ostatecznej wersji Diablego dykcjonarza jest zagmatwana i rozciągnięta na dziesiątki lat, ale gwoli dziennikarskiego obowiązku i uzmysłowienia rozciągłości czasowej i koncepcyjnej przedsięwzięcia, nadużyję jeszcze cierpliwości Czytelnika, przedstawiając ważniejsze szczegóły.

Joshi i Schultz wyśledzili, że najstarsza stworzona przez Bierce’a definicja pochodzi z „Californian” (28 grudnia 1867, s. 8)[24] i stanowi część artykułu Concerning Tickets, nie została jednak wykorzystana w książce. Z kolei pierwszy zestaw większej liczby haseł pojawił się 30 stycznia 1869 roku w „San Francisco News Letter and Commercial Advertiser” jako Webster Revised [Poprawiony słownik Webstera]. Choć niepodpisany, niezaprzeczalnie został stworzony przez Bierce’a, jako że wykorzystano tam kilka pomysłów, które trafią później do Diablego dykcjonarza. Kolejne definicje zjawiać się będą przez najbliższe lata na łamach kolumny The Town Crier sporadycznie, lecz już w sierpniu 1869 roku w tym samym miejscu Bierce dumał nad koncepcją „słownika komicznego”. Oczywiście na ten moment zaledwie bawił się myślą, jednak warto rzecz odnotować dla pokazania, że rozważał pomysł, na długo zanim pojawiły się pierwsze książkowe imitacje jego gazetowych definicji.

Kolejny szerszy zestaw, opatrzony już bliskim współczesnemu tytułem The Demon’s Dictionary, ukazał się w tej samej gazecie 11 grudnia 1875 roku. Czterdzieści osiem haseł na literę „A”, ponownie niepodpisanych, niemniej pewne ich cechy (kilka wymieniam dalej) i podobieństwa z późniejszymi hasłami silnie wskazują, że także ich autorem jest Ambrose Bierce. Następne definicje pojawiały się nieregularnie również podczas jego pracy w „The Argonaut” i dopiero w marcu 1881 roku, w kolumnie Prattle magazynu „The Wasp”, w pełni ruszyła produkcja podszeptywanego przez diabła słownika – już pod zmienionym, dzisiejszym tytułem The Devil’s Dictionary. Co ciekawe, wcześniej w gazecie ukazywał się tak zwany Wasp’s Improved Webster [Ulepszony słownik Webstera w „Wasp”], autorstwa przypadkowego satyryka Salmiego Morse’a, nie tak cyniczna i zabawna imitacja dzieła Bierce’a. Morse ze swoim Ulepszonym Websterem dotarł do litery „R”, gdy jego miejsce w gazecie zajął prawdziwy „diabli leksykograf” i zmienił tytuł rubryki. Ku zaskoczeniu czytelników rozpoczął słownik na nowo, hasłem accuracy wznawiając wstrzymany sześć lat wcześniej The Demon’s Dictionary.

Dalszą zagmatwaną historię Dykcjonarza w „The Wasp” przedstawiają zwięźle Joshi i Schultz we wstępie do The Unabridged Devil’s Dictionary: „Rubryka pojawiała się co tydzień od 5 marca do 21 maja [1881 roku], co stanowi najdłuższy okres publikacji bez przerw w jej sześcioletniej historii. Pierwszy zestaw zawierał dwadzieścia cztery definicje, więcej niż każdy z późniejszych. W miarę jak w »Wasp« zwiększał się zakres obowiązków Bierce’a, autor znajdował coraz mniej czasu na Diabli dykcjonarz, choć wciąż nieregularnie uzupełniał rubrykę aż do zerwania współpracy z gazetą w 1886 roku. W latach 1882 – 1884 opublikował dwadzieścia jeden odcinków Diablego dykcjonarza, czyli mniej niż dwadzieścia pięć z samego 1881. Niektóre części dzieliły przerwy od piętnastu do nawet trzydziestu dwóch tygodni. Zdarzył się okres pięćdziesięciu siedmiu tygodni, kiedy Bierce dostarczył zaledwie trzy odcinki dykcjonarza. Rubryka odzyskała cząstkę pierwotnej żywotności w 1885 roku, gdy ukazało się dwadzieścia siedem części, oddzielonych między sobą minimalnie jednym, maksymalnie trzema tygodniami przerwy. Jednakże w 1886 roku rubryka pojawiła się jedynie sześć razy, autor zaś przed końcem roku zrezygnował z pracy w »Wasp«”[25]. Praca stanęła na literze „L”. Bierce nie był nazbyt pedantyczny: niektóre słowa pojawiały się poza kolejnością alfabetyczną, kilka wróciło w dalszych odcinkach i uzyskało nową definicję (niniejsza edycja zawiera wszystkie te warianty).

W 1887 roku rozpoczął pracę dla Williama Randolpha Hearsta i jego „Examinera”. W numerach z 4 września 1887 i 29 kwietnia 1888 roku pojawiły się dwa zestawy definicji podpisane „B.”, zawierające hasła na literę „L”, czyli stanowiące jakby kontynuację pracy przerwanej przed rokiem. Tym razem jednak rubryka nosiła tytuł The Cynic’s Dictionary, wymuszony przez redaktorów „Examinera”. Biorąc pod uwagę swobodę wypowiedzi, jaką miał Bierce w gazetach Hearsta, jest to dość zaskakujące. Z diabłem jednak nie ma żartów. Zapewne zniechęcony tymi restrykcjami, na kolejne szesnaście lat zaprzestanie drukowania nowych definicji.

Być może nowe środowisko i szersze grono odbiorców podczas pobytu Bierce’a w Nowym Jorku w 1904 roku sprawiło, że powrócił do „słownika cynika”. Co więcej, zaistniały perspektywy wydania dzieła w formie książkowej. W ten sposób od lipca 1904 do stycznia 1905 roku w „New York American” wydrukowano dwadzieścia pięć odcinków Słownika cynika, przedrukowywanych z opóźnieniem na zachodnim wybrzeżu w „Examinerze”. Do dzieła ponownie wkradł się kontrolowany chaos: Bierce zaczął od początku alfabetu, natomiast po dwóch zestawach definicji wrócił do haseł na literę „M”, czyli miejsca, gdzie skończył szesnaście lat wcześniej. Zdezorientowanym znajomym wyjaśniał, że zapodział gdzieś pierwsze hasła, więc gwoli uzupełnienia, na wypadek ewentualnej publikacji książkowej, wymyślił inne, ale obejmujące z grubsza zagubiony fragment leksykonu (jako że owo uzupełnienie miało ten sam zakres alfabetyczny, co anonimowy The Demon’s Dictionary z 1875 roku, jest to kolejna mocna poszlaka, że autorem tego ostatniego był Bierce).

Jesienią Doubleday, Page and Company zaoferowało mu wydanie dykcjonarza w formie książkowej. Wydawcy nie odstraszało, że będzie to słownik niepełny (do litery „L”). Liczył, że książka się sprzeda, a autor znajdzie czas na stworzenie drugiego tomu. Bierce zabrał się do pracy i w połowie roku 1906 do księgarni zawitał The Cynic’s Word Book, czyliLeksykon cynika. Równocześnie od lutego do lipca w „New York American” pojawiło się kilka nowych odcinków cynicznej rubryki – ostatnich, jakie opublikowano w prasie. Sięgnęły litery „R”. Aby kolumna korespondowała z dopiero co wydaną książką, w maju zmieniono jej tytuł z The Cynic’s Dictionary na The Cynic’s Word Book. W książce Bierce’a znalazło się kilkanaście nowych haseł, reszta stanowiła kompilację dotychczas drukowanych.

Mimo że to on jako pierwszy realizował ideę cynicznego słownika, rynek szybko zapełniał się imitacjami, z których kilka przyjęło formę książkową i wyprzedziło jego projekt dla Doubledaya. Przez jedną z nich, zatytułowaną The Cynic’s Dictionary, został wręcz zmuszony zmienić tytuł swojej publikacji, chociaż to on prowadził stałą kolumnę o tym tytule. Leksykon cynika, jak przyznaje sam autor w przedmowie, stał się publikacją jedną z wielu i nie znalazł należnego uznania wśród odbiorców, a możliwość wydania drugiego tomu przepadła.

Niebawem jednak pojawiła się szansa wypuszczenia na rynek dzieł zebranych Bierce’a w dziesięciu tomach (ostatecznie skończyło się na dwunastu). Autor szykował je w kolejności od najważniejszych i najwartościowszych do tych mniej ważnych, na wypadek bankructwa wydawcy lub wycofania się z umowy w trakcie publikacji serii. Ponieważ porażka Leksykonu cynika była dość świeżą raną, Bierce umieścił tytuł dopiero pod numerem siódmym.

RedakcjaDiablego dykcjonarza stanowiła wyzwanie. Leksykon cynika obejmował materiał od „A” do „L”, zaś świeższe publikacje gazetowe dobiegały do „R”. Resztę musiał dopisać i nie miał na to wiele czasu. Wprawdzie pewną liczbę haseł przygotował w przeszłości, lecz nie było ich wiele. Aby przyspieszyć prace, do nowych haseł dołączał wiersze napisane z innej okazji, istniejące pod samodzielnymi tytułami bądź przewijające się w większych artykułach; posuwał się nawet do wykorzystywania definicji z Leksykonu cynika, tyle że z zamianą na synonimy zaczynające się od pożądanych liter.

Diabli dykcjonarz, teraz pod swoim najwłaściwszym tytułem, przepadł w zestawie sprzedawanym jako całość, który zawierał inną satyryczną twórczość Bierce’a oraz opowiadania, które, chcąc nie chcąc, bardziej przykuwają uwagę niż najbardziej dowcipne, ale krótkie hasła. Nad słownikiem nie pochylili się na dłużej ani czytelnicy, ani recenzenci.

Zainteresowanie, jak to nierzadko bywa z twórcami nieprzystającymi do świata, przyszło dopiero po śmierci. W latach dwudziestych i trzydziestych krytycy, jak H.L. Mencken, przypomnieli Amerykanom o istnieniu jednej z największych pereł satyry powstałej w ich kraju. Diabli dykcjonarz wznowiono po raz pierwszy w 1925 roku, a kolejne dodruki pojawiały się i pojawiają do dziś średnio co kilka lat. Ostatecznie Dykcjonarz zyskał na tyle duże uznanie, że gdy na dwusetlecie podpisania Deklaracji Niepodległości przedstawiciele uniwersytetów stworzyli listę „100 arcydzieł amerykańskiej literatury”, książka Bierce’a znalazła się tam jako jedyny przedstawiciel satyry. Do dziś jest szeroko cytowany na całym świecie, nawet w Polsce, gdzie ukazywały się zaledwie jego fragmenty.

Tak mniej więcej rysuje się historia Diablego dykcjonarza. Oczywiście, jak każda idea, również pomysł komicznego leksykonu nie jest autorstwa Ambrose’a Bierce’a. Niektórzy upatrują początków tego typu literatury w dziele zatytułowanym Ta’rifat [Definicje] perskiego poety Ubajda Zakaniego z XIV wieku, lecz czasowo i językowo bliższymi krewniakami dzieła Bierce’a były A Dictionary of the English Language Samuela Johnsona oraz An American Dictionary of the English Language Noaha Webstera, w których nie wszystkie hasła objaśniane są całkiem poważnie[26]. Bierce zresztą wspomina obu panów w swoim dziele, tego drugiego z mniejszym uznaniem niż pierwszego. Również Wolter w Słowniku filozoficznym bywa żartobliwy. Mimo to żaden z nich nie pisał swych objaśnień intencjonalnie pokrętnie, z takim cynizmem i smoliście czarnym humorem jak Bierce. „Jest to jeden z najbardziej gorzkich dokumentów moralnego upadku człowieka w literaturze amerykańskiej”[27] – pisze jeden ze współczesnych badaczy. Trudno się dziwić tej opinii: na polu cynizmu i okrucieństwa w ujawnianiu najboleśniejszych ułud Bierce osiągnął straszliwą maestrię.

Taka postawa nie mogła mu zaskarbić wiernych zwolenników i wielbicieli, a każdego z życzliwych regularnie wystawiał na próbę cierpliwości i dobrej woli. Bierce nie miał litości dla ludzi o postawie niezbieżnej z jego poglądami, zwłaszcza literackich konformistów w dobie kapitalizmu. Jak sam przyznawał w jednym z aforyzmów: „Popularny autor pisze to, co ludzie myślą. Geniusz zaprasza, żeby myśleli inaczej”[28]. Choć o Biersie nie można powiedzieć, że był geniuszem, to z pewnością zapraszał do myślenia inaczej; zaproszenia te nie przyjmowały wszelako formy perfumowanych liścików, lecz brutalnych szyderstw na szorstkim papierze.

Smutne, że za życia Bierce’a najbardziej jego osiągnięcia doceniła armia Stanów Zjednoczonych. Surowość, karność, cierpkość i nieprzejednanie stanowiły doskonałe cechy żołnierza i dowódcy. Był jednym z niewielu ochotników, którzy w tak młodym wieku dosłużyli się stopnia oficerskiego. Kiedy po powrocie do cywilnego życia dokształcił się literacko, powstał amalgamat unikatowy w dotychczasowej literaturze, ale i trudny w odbiorze. Amerykańska powieściopisarka Gertrude Atherton, która znała Bierce’a osobiście, tak wyraziła się o opowiadaniach „diablego leksykografa”: „mogą stanowić wzorzec stylu i biegłości”, ale są „tak odczłowieczone, że nie można ich nazwać prawdziwą sztuką, nigdy też nie zaskarbią sobie większej liczby czytelników”[29]. Można by dyskutować nad stwierdzeniem, że prawdziwa sztuka musi być „uczłowieczona”, ale mimo wszystko prawdopodobnie wskazuje ono przyczynę trudności w odbiorze takich utworów.

Jest to opinia o tyle niesprawiedliwa, że postawa Bierce’a, zdającego się obojętnie przyjmować zło – niby stały i przeważający element świata, obserwowany co najwyżej z rezygnacją i kpiarskim dystansem – była tak naprawdę wyrazem smutnej bezsilności. Gdzie bowiem słychać tak głośne wołanie o pokój i skargę na bezsens wojny, jak nie w opowiadaniach Bierce’a o żołnierzach wojny secesyjnej? A czy z jego fabularyzowanych satyr nie wyziera zaangażowany moralista? Zauważył to również Julian Stawiński, w 1960 roku wymyślnie recenzując opowiadania Amerykanina: „Ukazanie symbolu romantycznych tęsknot w splugawionej postaci łakomego kąska na uczcie kanibalów to stały samobiczowniczy chwyt pisarza, który w ten sposób znęca się za nieziszczalność wzniosłych ideałów i ukazuje na samym spodzie oblicze boleśnie zawiedzionego idealisty”[30]. Trudno oprzeć się wrażeniu, że również w Diablim dykcjonarzu cynizm stanowi mechanizm obronny człowieka pragnącego porządku i dobra, ale niezamierzającego łudzić się, że drobne przejawy szlachetności wśród ludzi natychmiast uczynią ze świata zjawisko godne pochwały. Fakt, tytułowy diabeł podpowiada leksykografowi, jak bezlitośnie atakować religię, pomiatać autorytetami, obracać do góry nogami piramidy wartości, rozbijać ustalony porządek społeczny; ale to nikt inny jak romantyczny diabeł-burzyciel, który ostatecznie, niczym w Fauście, swoją wywrotowością czyni dobro. Bierce, jeśli posłużyć się chętnie przez niego samego używanymi odwołaniami do Biblii, przypomina syna właściciela winnicy z przypowieści w Ewangelii wg św. Mateusza, który zarzekał się, że nie będzie posłuszny, ale wolę ojca wypełnił bardziej niż brat. Autor zresztą nie ukrywał swojego podziwu i poparcia dla nauk Jezusa oraz Buddy, ubolewając, że dzisiejszy świat bardzo je wypaczył (patrz chociażby hasło chrześcijanin). W ten sposób przyjął najboleśniejszą pozycję, jaką człowiek żyjący w społeczeństwie jest w stanie przyjąć: stanął poza nim, wyrzekł się go, a jednocześnie był zawodowo i egzystencjalnie od niego zależny.

Czytając wnikliwieDiabli dykcjonarz, z pewnością zauważymy, że jest pełen sprzeczności. Bierce wojuje z krezusami, a jednocześnie popiera trusty i monopolizację rynku; wyśmiewa wierzących w usługi oferowane przez szarlatanów, a zarazem żywi przekonanie, że nauka to kolejny zbiór dogmatów dla naiwnych; zarzuca filistrom pruderię, a sam odnosi się krytycznie do Walta Whitmana czy Oscara Wilde’a. Doskonale podejście to streszcza hasło biały, wyjaśnione jako „czarny”. Można by zarzucić autorowi, że nie jest uczciwy w swoich poglądach, zmienia je w zależności od kontekstu, gotów świadczyć przeciwko temu, co przed chwilą głosił. Zwróćmy jednak uwagę, że jego podejście było podejściem prawdziwych sceptyków (ich też zresztą wyśmiewał – hasło pironizm): wszystko dla nich zlewa się w jeden wielki fałsz życia. Bo w zasadzie wszystko jest pozorem, czarne jest białym, idee wzniosłe są niskie w zależności od kontekstu. Co ma poradzić człowiek rozczarowany, gdy zawiódł się światem? Wyśmiać rzeczywistość, być cynikiem.

Każde hasło tej książki ma za zadanie namieszać w głowie czytelnika, zmusić do zastanowienia, a tylko przy okazji wywołać śmiech lub zaintrygowanie. Definicje pracują, ale i oczekują odrobiny – lub więcej niż odrobiny – pracy od odbiorcy. Zachęcam więc, by każdej dać nieco więcej czasu, przeczytać dwa razy, obejrzeć z różnych punktów widzenia – miejscami odkryjemy niesamowite zapętlenia logiczne, które uzmysłowią, jakim labiryntem były umysł i osobowość Bierce’a. Mam wrażenie, że, w przeciwieństwie do innych słowników, Diabli dykcjonarz jest odpowiedni do czytania ciągiem, niczym powieść (choć to porównanie ubodłoby autora). Pozdumiewajmy się więc nad aktualnością haseł, nawet jeśli ogólną ideę ilustrują niekiedy przestarzałymi kontekstami. Pozdumiewajmy się nad tym, jak bardzo duch występku w człowieku nie zmienia się i wystarczy podmienić nazwiska, tytuły i określenia na współczesne, by uzyskać nieprzedawnione przesłanie. Kusiło mnie, aby usunąć z polskiego przekładu hasło żyrafa – wówczas książka wymownie kończyłaby się definicją życia. Byłoby to doskonałe zwieńczenie słownika objaśniającego, jak naprawdę wygląda nasza egzystencja na tym świecie.

„Istnieją różnorodne rodzaje śmierci – w niektórych wypadkach ciało pozostaje; w innych znika ono całkowicie wraz z duszą. To zdarza się zwykle tylko na odludziu (taka jest wola boża), a my, nie widząc końca, powiadamy, że człowiek przepadł lub udał się w długą podróż – co istotnie uczynił”[31], pisał Bierce w Mieszkańcu Carcosy, jakby zapowiadając swoją tajemniczą śmierć. Nikt nie widział jego końca, nikt zatem nie stwierdzi, że jego ciało przepadło wraz z duszą. Ostatecznie jednak wierzę, że tak się nie stało, bowiem wielką część jego duszy odnajdziemy w niniejszej książce.

Wytłumaczenie się tłumacza

Diabli dykcjonarz miał, zdawałoby się, trudniejszy start niż inne dzieła Bierce’a. Wersja książkowa, skompilowana pośpiesznie i z trudem, od początku musiała przepychać się łokciami przez tłum plagiatów (ich autorzy dopuszczali się nie tylko kradzieży idei, ale także tytułu). Każda z imitacji była atrakcyjniejsza, bo lżejsza i bardziej szablonowa, niewymagająca od czytelnika wiedzy o historii powszechnej i historii literatury ani rozwikływania niebanalnych dowcipów. Szczęściem to, co schlebia gustom publiczności, rzadko kiedy jest w stanie przetrwać próbę czasu i dziś to dykcjonarz Bierce’a uzyskuje prawowite uznanie na całym świecie: od Hiszpanii i Serbii przez Turcję po Chiny i Japonię. Polacy także cenili Słownik diabelski (jak dawniej tłumaczono tytuł): po różnych publikacjach rozsiano ponad dwieście pięćdziesiąt haseł w różnych wariantach i przekładach, chociaż często skracanych i przeinaczanych.

Wydawać się może zadziwiające, że jak dotąd nie opublikowano u nas dzieła w całości. Koncepcja Diablego dykcjonarza to