Dawne błędy w Story Lake - Score Lucy - ebook + książka

Dawne błędy w Story Lake ebook

Score Lucy

4,4
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

96 osób interesuje się tą książką

Opis

On szuka idealnej żony, ona – idealnego partnera na jedną noc.

Agentka literacka Zoey Moody z hukiem opuszcza świat wydawniczy Manhattanu i przenosi się do małego miasteczka w Pensylwanii. Jej konto bankowe świeci pustkami. Aby jakoś związać koniec z końcem, zaczyna wyprzedawać designerską garderobę. Na szczęście ma też plan, aby ponownie wspiąć się na szczyt. I nic, ale to nic nie stanie jej na przeszkodzie poza… mierzącym sto osiemdziesiąt osiem centymetrów Gage’em Bishopem.

Gage jest inteligentny, poważny i seksowny. Pracuje w kancelarii prawniczej, a po godzinach wszystkie siły oddaje pracy w rodzinnej firmie budowlanej, tak jak i jego równie przystojni bracia. No i chce się żenić.

Zoey może być najpiękniejszą i najbardziej irytującą kobietą, jaką Gage kiedykolwiek spotkał, ale to za mało, by stworzyć związek. Ona ma alergię na zobowiązania i boi się zwierząt, nigdy nie mogłaby dać mu tego, czego pragnie. A on mieszka w przebudowanej stodole, z golden retrieverem, który nie rozumie, co to znaczy przestrzeń osobista.

Kiedy światem Gage’a wstrząsa druzgocąca rodzinna tajemnica, mężczyzna choć na chwilę chce o wszystkim zapomnieć. Ta jedna noc może wiele zmienić lub... wszystko zrujnować. Tak, to drugie jest bardziej prawdopodobne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 735

Oceny
4,4 (8 ocen)
3
5
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Weronika8608

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna, chociaż ciut za długa, z humorem, dobre dialogi, małe miasteczko, taki komfortowy romansik
00
malenka30
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

Trochę za długa, ale warta wydania 7,59 PLN, wciągnęła mnie bardziej niż pierwsza część 😀 Przeczytałam w dwa popołudnia. Już nie mogę się doczekać 3 części, szkoda, że planowane wydanie dopiero w przyszłym roku :( Spoiler: nie wiem kto tłumaczył opis, ale nie ma tam żadnej druzgocącej tajemnicy rodzinnej, jest tylko zwrot akcji w sprawie rodzinnej. Który też jest ciekawy 😊
00
informatyczka

Dobrze spędzony czas

Niesety ale ta część jest duzo gorsza od pierwszej. Spore rozczarowanie.
00



Tytuł oryginału Mistakes were made

Copyright © 2026 by Lucy Score Published by arrangement with Bookcase Literary Agency and Booklab Agency Copyright © 2026 for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Media Rodzina Sp. z o.o.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Ilustracja na okładce, projekt okładki, skład i łamanieAndrzej Komendziński

Grafiki rozdziałowe Night Foxsong / Shutterstock Tymofii Vector / Shutterstock

Mapa Camila Gray

Postaci i zdarzenia przedstawione w tej książce są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób – żyjących lub zmarłych – jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone przez Autorkę.

ISBN 978-83-68625-18-9

2026.1

Gorzka Czekolada jest imprintem Grupy Wydawniczej Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Poznańska 102, 60-185 Skórzewo tel. 61 827 08 [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Grupa Wydawnicza Media Rodzina popiera ścisłą ochronę praw autorskich. Prawo autorskie pobudza różnorodność, napędza kreatywność, promuje wolność słowa, przyczynia się do tworzenia żywej kultury. Dziękujemy, że przestrzegasz praw autorskich, a więc nie kopiujesz, nie skanujesz i nie udostępniasz książek publicznie. Dziękujemy za to, że wspierasz autorów i pozwalasz wydawcom nadal publikować książki.

Dla tych, którzy zawsze byli za bardzoi nigdy wystarczająco.

1

WĘŻEM W TWARZ

Zoey

Moja kuzynka miała szczęście, że dzielił nas cały stan i że morderstwo było srogo karane.

– Inez – powiedziałam, czując, jak kończy mi się cierpliwość. – Musisz trochę obniżyć poziom histerii. Nie jestem w stanie ci pomóc, kiedy tak zawodzisz bez ładu i składu.

– Dlaczego brzmisz tak, jakbyś była w jaskini? – zapytała Inez, tymczasem zapominając o dramie, z powodu której zadzwoniła do mnie w stanie paniki. – O matko, Zoey! Jesteś uwięziona w prawdziwej jaskini?

Przewróciłabym oczami, ale jako że leżałam na brzuchu i zaglądałam w ciemność pod łóżkiem, nie miałoby to sensu.

– Tak, Inez – odparłam cierpko. – Utknęłam w jaskini, ale taka ze mnie altruistka, że kiedy zadzwoniłaś, nie chciałam cię martwić moją zagrażającą życiu sytuacją.

– O Boże! – Pisk mojej łatwowiernej kuzynki niemal przebił mi bębenki. – Dobra, wyślij mi pinezkę, a ja wezwę Mounties1 albo tych, którzy schodzą do jaskiń i ratują ludzi.

– Na litość boską. Nie uprawiam alpinizmu jaskiniowego. Szukam pod łóżkiem buta. Odwołaj Mounties, którzy tak w ogóle są Kanadyjczykami. A ja przebywam w Pensylwanii.

Nadal świeciłam latarką z telefonu w ciemną czeluść pod wielkim hotelowym łóżkiem.

No to już wiem, co się stało z moimi ciepłymi podkolanówkami.

– Na pewno nie jesteś uwięziona w jaskini i nie zjedzą cię nietoperze?

– Na pewno.

Aha! Wypatrzyłam zaginiony kozak od Stuarta Weitzmana – był zakleszczony między rustykalną szafką nocną a nogą łóżka. Za jego uwolnienie zapłaciłam naciągnięciem sobie czegoś w szyi i guzem na głowie.

– No to dobrze. W takim razie wracajmy do mnie. Gdzie ja będę mieszkaaaaać?

My, rodzina Moodych, mieliśmy skłonność do przesady i dramatyzmu.

– Tak sobie myślę... – rzekłam, wysuwając się powoli spod łóżka. – Że może nadal w moim mieszkaniu? No wiesz. W tym z jedną sypialnią na drugim piętrze w budynku bez windy, które wspaniałomyślnie ci wynajmuję na czas mojej tymczasowej przeprowadzki do cukierkowej mieściny rodem z tandetnego filmu Hallmarka. Już porzucasz swoją karierę w modelingu łamane przez catering?

Inez zamieszkała na Manhattanie, marząc o założeniu firmy oferującej catering topless. Ale, jak to ujęła, miał to być „artystyczny catering topless”. Z tego, co pamiętałam, po niefortunnym epizodzie z gorącą pomidorówką przeszła na serwowanie wyłącznie zimnych przekąsek.

Ciężko dysząc i masując obolałą szyję, rzuciłam się na materac i przyjrzałam się tej katastrofie przebranej za mój pokój hotelowy. O miejsce na podłodze walczyły sterty czystego i brudnego prania. Moje „sprawy służbowe”, czyli laptop i mnóstwo rozrzuconych kartek, opanowały łóżko i niewielki stolik pod oknem z widokiem na jezioro. Mała szafa doświadczyła odzieżowej apokalipsy i od tamtej pory nie dawała się zamknąć.

Na dłuższą metę mieszkanie i praca w pokoju hotelowym wcale nie były tak zachwycające, jak to sobie wyobrażałam. I mimo hojnej zniżki, jaką mi zaoferowano, było to nadal cholernie drogie lokum – o czym boleśnie zaczynałam się przekonywać.

O kilka tygodni za późno zajrzałam na konto i przekonałam się, że moje oszczędności niemal się wyczerpały. Trzeba podjąć drastyczne kroki, jeśli miałam przetrwać do momentu, gdy po publikacji książki mojej jedynej klientki otrzymam procent od jej zaliczki... czyli dopiero za siedem tygodni.

– No właśnie o to chodzi, Zoey. Nie masz już mieszkania – jęknęła Inez, podczas gdy ja uniosłam wysoko nogę i wsunęłam stopę w kozak.

– Nie przyjęłaś od piekarza z szóstego piętra ciasteczek z marihuaną i nie przegrałaś mojego mieszkania w pokera, co? Ostrzegałam cię, madame Reneski jest karcianym rekinem. Ma zakaz wstępu do czterech kasyn w Las Vegas.

– Co? Nie! Przegrałam z nią tylko twój sweter od Chanel.

– Oby to nie był ten czerwony, bo na rodzinnym zjeździe cię zamorduję.

– Zoey, czy możesz się w końcu skupić? Próbuję ci powiedzieć, że nasze mieszkanie nie jest już na wynajem, lecz do kupienia.

Poderwałam się do siadu jak wyskakująca z pudełka zabawka na sprężynie.

– Co powiedziałaś?

– Budynek przechodzi na system własnościowy. Dali ci trzydzieści dni na wykupienie tego mieszkania albo wyprowadzkę.

– Kto dał, Inez? – zapytałam ostro.

– Nie wiem, Zoey. Ludzie, którzy dwa tygodnie temu przysłali powiadomienia i przemawiali na zebraniu lokatorów.

Pacnęłam się ręką w czoło.

– Czemu wcześniej mi o tym nie powiedziałaś?

– Myślałam, że to zrobiłam. Nie zrobiłam?

Jako osoba, którą przez większość życia określano mianem „lekkomyślnej”, zawsze uważałam, że etykietka „zbyt głupia, żeby żyć”, którą branża romansów tak chętnie przypina bohaterkom, jest jednak trochę niesprawiedliwa. Aż do tej chwili.

– Nie – odparowałam. – Powiedziałaś mi, że ten włochaty koleś, którego poznałaś na pilatesie, zapchał odpływ pod prysznicem, i że wydawało ci się, że widziałaś, jak zwycięzca RuPaul’s Drag Race kupuje w Quick Stop hot dogi.

– Och. No nie. To było dużo wcześniej. Może powiedziałam innej kuzynce?

– Wiesz co, Inez? Oddzwonię do ciebie.

I rozłączyłam się, zanim poddałam się narastającej chęci, aby jej ubliżyć.

Irytujący dźwięk alarmu w telefonie oznajmił, że do spotkania z Hazel zostały dwie minuty.

– Jasny gwint – mruknęłam i z jednego z krzeseł przy oknie ściągnęłam względnie czystą marynarkę, jednocześnie wybierając numer w telefonie.

– Zoey! Jak miło cię słyszeć. Co tym razem zrobiła ta twoja durna kuzynka?

Pani Newville była osiemdziesięcioparoletnią emerytowaną gwiazdą Broadwayu, obecnie amatorską krytyczką kulinarną, która mieszkała naprzeciwko mnie na Manhattanie.

– Nie powiedziała mi, że budynek przechodzi na system własnościowy.

Na moment zapadła znamienna cisza.

– Cholera!

– Jak to się mogło stać? – zapytałam, wciskając rękę w rękaw marynarki.

– Właściciel budynku wplątał się w szemrany przekręt w stylu piramidy finansowej i poszedł siedzieć. Nowa właścicielka zdecydowała, że nie chce się użerać z najemcami i wobec tego sprzeda wszystkie mieszkania. Wiesz, że masz tylko trzydzieści dni, tak?

– Trzydzieści dni na podjęcie decyzji, czy zamierzam wykupić swój lokal? – zapytałam z nadzieją, nakładając na usta mój drugi ulubiony błyszczyk.

Ten ulubiony tydzień temu gdzieś posiałam i zapomniałam zamówić nowy. Co oczywiście teraz było niemożliwe, biorąc pod uwagę wcześniej wspomnianą finansową katastrofę.

– Trzydzieści dni na podpisanie umowy kupna albo wyniesienie się – sprostowała pani Newville.

– Cholera! – mruknęłam.

Rozległo się radosne pukanie do drzwi. Dałam susa ponad tacą po wczorajszej kolacji i je otworzyłam.

Hazel, moja najlepsza przyjaciółka i jedyna klientka, stała przede mną zadowolona, promienna i zakochana. Długie kasztanowe włosy związała w kucyk, na czoło opadała gęsta grzywka. Kudłaty pies u jej nóg rzucił mi spojrzenie, które uznałam za wyjątkowo oceniające. Meetcute był średniej wielkości czarno-białą kulą szorstkiej, sterczącej sierści i częścią zeszłorocznych przeprosin/oświadczyn ze strony Campbella Bishopa, wkrótce męża Hazel.

Pies pacnął łapą mój but, jakby ten był gryzakiem z niewyprawionej skóry. Wpuściłam ich do środka, starając się zachować stosowny dystans między moimi drogocennymi kozakami a paszczą pełną drobnych, ostrych jak brzytwa zębów. To nie tak, że nie lubiłam zwierząt. Wolałam po prostu oglądać je z bezpiecznej odległości – z dala od zębów, pazurów, sierści i śliny.

– Prześlę ci zaraz link – powiedziała pani Newville. – Tylko uprzedzam, że cena wyjściowa nie jest dla osób o słabych nerwach.

– Dzięki za ostrzeżenie. Pani zostaje? – Nie potrafiłam wyobrazić sobie tego budynku ani Nowego Jorku bez niej.

Prychnęła.

– Za taką cenę? W życiu. Razem z moim nowym chłopakiem przeprowadzam się do Portugalii. Słuchaj, muszę kończyć. Idę na karaoke z wiceprezesem do spraw finansowych i dwiema zakonnicami. No to pa, dzieciaku!

Mogłabym dożyć dwustu lat i moje życie nadal nie byłoby tak interesujące jak jej.

– Pa, pani Newville – odparłam ponuro.

To się nie mogło dziać naprawdę. To nie było częścią triumfalnego powrotu, nad którym pracowałam od czasu mojego zeszłorocznego, bezceremonialnego zwolnienia. To był potężny krok wstecz.

– Co tam u naszej ulubionej damy z Broadwayu? – zapytała Hazel, spuszczając Meetcute’a ze smyczy.

Ten uroczy postrach natychmiast zanurkował nosem w moje brudne pranie, wydając przy tym rozanielony pomruk.

– Przeprowadza się do Portugalii. Możliwe, że ja też tak zrobię, w zależności od tego, jakie są tam koszty życia. – Kliknęłam w link od pani Newville, przewinęłam w dół i gorąco pożałowałam, że nie mogę się cofnąć do szczęśliwszego, mniej bezdomnego okresu w życiu. Nawet kiedy byłam Agentką Literacką Ze Stajnią Dobrze Zarabiających Klientów, nie było mnie stać na kupno mieszkania. Zoey Posiadająca Jedną Klientkę i Żyjąca Z Kurczących Się Oszczędności miała przerąbane. – Szlag!

– Co się stało? – zapytała Hazel, zdejmując z jednego z krzeseł stertę korespondencji i siadając.

– Moja kuzynka...

– Ta świadcząca usługi gastronomiczne w stroju topless, hipiska prowadząca pensjonat czy biochemiczka hodująca alpaki? – weszła mi w słowo.

– Ta toplessówna z ptasim móżdżkiem, której podnajmuję mieszkanie, właśnie mnie poinformowała, że budynek przechodzi na system własnościowy, a ja mam trzydzieści dni na to, aby kupić mieszkanie albo się wynieść.

Hazel z całych sił starała się nie okazać triumfu. Mnie jednak nie zwiodła.

Oskarżycielsko wymierzyłam w nią palec.

– Przestań.

– Co mam przestać? – zapytała z udawaną niewinnością, otwierając szeroko brązowe oczy.

– Przestań triumfować.

– Wcale tego nie robię. Meetcute, czy ja triumfuję?

Pies podniósł łeb znad maltretowanej skarpetki i go przechylił.

– Mam różne opcje – upierałam się.

– Oczywiście.

– Mogłabym kupić to mieszkanie. – Gdybym obrabowała kilka banków albo odkryła, że zamożny zmarły krewny, o którego istnieniu nie miałam pojęcia, zapisał mi wszystko w testamencie. Ale to by pewnie zajęło więcej niż trzydzieści dni. – Albo mogłabym znaleźć coś innego. Może przenieść się do Village. Albo New Jersey. A może znaleźć jakieś miejsce ze... współlokatorami. – Pogratulowałam sobie, że nie zakrztusiłam się przy tych słowach.

– Jasne – odparła, układając porozrzucane na stole kartki w schludne stosiki.

– Nie rozgaszczaj się – rzuciłam ostrzegawczo. – Jestem gotowa do wyjścia.

– Jesteś tego pewna? – zapytała niewinnie Hazel, podnosząc jedną kartkę.

Patrzyła z niej na mnie pobrużdżona, pełna irytacji twarz pisarza Earla Wiggensa, mojego świętego Graala. Był większym bucem niż Elon Musk, ale gdybym pozyskała go jako klienta, mogłabym zapomnieć o problemach finansowych.

Wyrwałam jej z ręki kartkę i schowałam do swojej wielkiej torby na ramię.

– W stu procentach. Potrzebny mi płaszcz?

Wczesną wiosnę we wschodniej Pensylwanii w najlepszym razie można uznać za zmienną, a przez okno nie dało się ocenić kwietniowej temperatury ani prędkości wiatru.

Hazel nie ruszyła się z krzesła i spojrzała wymownie na moją torbę.

– Earl Wiggens to mizoginistyczny dupek starej daty. Kiedyś podczas koktajlu powiedział mi, że romanse to „oderwane od rzeczywistości bzdury”, ponieważ kobiety nie mogą mieć wielokrotnych orgazmów. Nigdy nie miał agentki kobiety, gdyż uważa je za genetycznie gorsze. Będzie ci potrzebny płaszcz. I mogłabyś przeprowadzić się tutaj.

Spojrzałam na nią spode łba.

W chwili, kiedy Hazel oficjalnie się zaręczyła ze zrzędliwym budowlańcem Camem, usilnie próbowała mnie przekonać, że Story Lake to idealne miejsce na odbudowanie mojego zawodowego imperium.

– Haze, cieszę się, że tak ci się podoba życie w małym miasteczku, gdzie każdy zna twoje imię. Ale nie mogę podbierać dupków z list bestsellerów „New York Timesa” narcystycznym bufonom pokroju twojego byłego męża i moich dawnych współpracowników, jeśli mieszkam kilka godzin od Nowego Jorku w zapyziałym miasteczku, które głosowało na slogan Story Lake: Miasteczko Cudów. Agenci muszą mieszkać tam, gdzie toczy się życie wydawnicze.

– Błagam – fuknęła. – Obecnie dziewięćdziesiąt pięć procent swojej pracy możesz wykonywać z domu. Większość agentów nie dojeżdża już nawet do biura. Pomyśl o tym, ile kasy zaoszczędziłabyś dzięki przeprowadzce tutaj choćby na jeden rok. – Wstała i położyła mi dłonie na ramionach. – Pomyśl o garderobie, którą mogłabyś tu mieć.

Taki właśnie był problem z najlepszymi przyjaciółmi. Doskonale wiedzieli, jak trafić w czuły punkt. Jako dumna i oddana miłośniczka ciuchów fantazjowałam przede wszystkim o przestronnych szafach. A to była jedna z niewielu rzeczy, których Nowy Jork nie mógł mi zapewnić w moim budżecie.

– Przemyślę to – obiecałam.

Tak, przedłużony pobyt w Story Lake był jedną z opcji. Ale miałam wrażenie, że zaakceptowałabym w ten sposób porażkę. Nie byłam stworzona do małomiasteczkowego życia. Byłam zajętą, odnoszącą sukcesy mieszkanką Manhattanu... albo przynajmniej wcześniej tak było. A jeśli zajdzie taka konieczność, pazurami wydrapię sobie powrót na szczyt. Musiałam jedynie przetrwać kilka nadchodzących miesięcy, wynieść książkę Hazel na orbitę sukcesu i pozyskać jako klienta umiarkowanie paskudnego Earla Wiggensa. Łatwizna.

– Możemy już iść? – zapytałam. – Masz do podpisania zamówione książki i musimy uzgodnić szczegóły preorderu.

– Jasne. Ale wiesz, że nie masz na sobie spodni, prawda?

– Cholera!

Gdy sytuacja ze spodniami została opanowana dzięki parze uroczych, dopasowanych szortów włożonych na wzorzyste rajstopy, z pyska Meetcute’a wyrwałam swój ulubiony stanik, po czym zeszłyśmy na dół. Leśne Ustronie usytuowane było na spokojnym, zalesionym wschodnim brzegu jeziora. Tworzył je rustykalny, trzykondygnacyjny budynek z białym sidingiem i dachem z zielonej blachy. W stronę kamienistego brzegu odchodziły dwa skrzydła.

Kiedy tu trafiłam, przez wiele tygodni byłam jedyną mieszkanką tego hotelu. Jednak w dużej mierze dzięki fascynacji czytelników prawdziwym „żyli długo i szczęśliwie” Hazel, zarówno hotel, jak i miasteczko odnotowały napływ kochających książki turystów. Znalazło się nawet kilku, którzy – co było doprawdy niepojęte – postanowili zapuścić korzenie w Story Lake.

Po wyjściu z windy w słonecznym lobby czekał na nas chaos.

– O rany – mruknęłam, uchylając się przed końcem rolki połyskującego tiulu, którą Hana, właścicielka i jednocześnie szefowa kuchni, niosła przerzuconą przez pokryte tatuażami ramię.

– Sorry, Zo. Przygotowania do ślubu! – zawołała, szybko nas mijając.

Za nią biegli dwaj krzepcy faceci, pchając wózki z tacami pełnymi brzęczącego szkła.

Billie, żona i partnerka biznesowa Hany, pomachała do nas łokciem zza recepcji, jednocześnie trzymając przy uszach dwa telefony i ruchem głowy wskazując dostawcy drogę do baru w lobby.

Odmachnęłam i prawie wylądowałam na tyłku, kiedy pod nogi wparowała mi kobieta z zarumienionymi policzkami i szczęściem w oczach. Miała na sobie oversize’ową bluzę z napisem PANNA MŁODA #2.

– Omójboże! – wykrzyknęła. – To naprawdę ty. To znaczy: wiedziałam, że tu mieszkasz. To dlatego my – ja i moja prawie żona, juhu! – postanowiłyśmy wziąć tutaj ślub. Przyjechałyśmy z Maryland na Święto Zimy i Mistrzostwa Mega Bingo właściwie po to, aby cię stalkować, a skończyło się tak, że zakochałyśmy się w tym miasteczku i zarezerwowałyśmy Leśne Ustronie na nasz ślub, który odbędzie się w ten weekend. Powinnaś się na nim zjawić! Kochamy cię!

Panna Młoda #2 powiedziała to wszystko na jednym wydechu ponad moją głową do mojej znacznie wyższej i bardziej sławnej najlepszej przyjaciółki.

Zrobiłam tę typową dla agentki pauzę, chcąc się upewnić, że rozentuzjazmowana panna młoda nie stanowi zagrożenia dla Hazel, po czym niechętnie przejęłam smycz i zeszłam z drogi.

– Bierzesz tu ślub? Ja też! Gratulacje! – zapiszczała moja przyjaciółka.

– OMG, biorę ślub w tym samym miejscu co Hazel Hart?

Zmiana oktawy sprawiła, że Meetcute żałośnie zapiszczał. Zrobiło mi się go żal, więc wyszłam przed pensjonat, na słoneczny, choć chłodny wiosenny dzień.

Pies obwąchiwał chodnik i zachowywał się tak, jakby miał do załatwienia coś bardzo ważnego.

– O Boże. Tylko nie rób kupy. Nie rób kupy – błagałam bóstwa zwierzęcej defekacji do czasu, aż dołączyła do nas Hazel. – Nieźle nakręcona panna młoda – rzuciłam, z wdzięcznością przekazując jej smycz.

– Urocza, no nie? Uprzedzam, że ja przed swoim ślubem będę totalnie nie do zniesienia – rzekła z rozmarzeniem.

Meetcute zrobił kółko na trawie i kucnął.

Ha! Dzięki wam, bogowie kupy! Chociaż coś poszło dzisiaj po mojej myśli.

– Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Rozczarowałabym się, gdyby było inaczej. A jak Cam reaguje na ślubne plany?

Z fikuśnego pojemnika przymocowanego do smyczy wyjęła woreczek na odchody.

– Ma zaskakująco dużo do powiedzenia w kwestii jedzenia, kwiatów i zaproszeń.

– A co mówi o sukni?

Choć Hazel sprzątała właśnie kupę, na jej ustach malował się figlarny uśmiech. Miłość robiła z ludźmi dziwne rzeczy.

– Powiedział, że musi być łatwa do ściągnięcia.

Westchnęłam.

– Gdybym tak bardzo cię nie kochała, pewnie bym cię znienawidziła.

– Rozumiem – odparła z zadowoleniem.

– Jak ci idzie pisanie?

Skrzywiła się.

– Na razie próbuję wyczuć bohaterów.

Co oznaczało więcej robienia zakupów w necie niż pisania.

– Wiesz, że jedyne, co jest lepsze na powrót niż jeden bestseller...

– Wiem. Wiem. Dwa bestsellery.

– Na czym utknęłaś?

– Nie wiem. Chyba po prostu na razie nie wiem, kim oni są. Co oznacza, że nie wiem, dlaczego nie mogą być razem.

– Powiedz Camowi, że musi ci podrzucić inspirację – zasugerowałam.

– Och, podrzucił. Dziś rano. W kuchni – powiedziała Hazel z pełnym samozadowolenia uśmiechem kobiety, która zaliczyła orgazm na kuchennym blacie.

– Miłość jest taka niehigieniczna.

Postanowiłyśmy, że pójdziemy do księgarni. Dzięki temu Meetcute miał możliwość obsikać każde mijane drzewo. A ja uchroniłam się przed połamaniem wszystkich paznokci podczas ściskania klamki, kiedy Hazel pokonywałaby tę ośmiusetmetrową trasę zdezelowanym SUV-em, który kupił jej Cam. Jej jazda stawała się coraz lepsza. Bardzo powoli. Sam rozmiar auta zapewniał jej bezpieczeństwo za kółkiem, czego nie dało się powiedzieć o krawężnikach w miasteczku i należących do sąsiadów kubłach na śmieci.

Słońce świeciło na bezchmurnym, błękitnym niebie i odbijało się od pozostałości śniegu na Lake Drive. Z ziemi wychylały się zielone łodygi żonkili i krokusy, obiecując nadchodzące piękno i ciepło. Nowy początek. Świeży start.

Aha. Wszyscy cieszyli się nowym rozdziałem. Mój był po prostu nieco mniej triumfalny niż innych. Utrata mieszkania stała się kolejnym metaforycznym chluśnięciem cytrynowego soku w oczy w mojej spirali niepowodzeń.

– Zgadnij, kto siedział dziś rano na stole śniadaniowym i zajadał kocie pożywienie, kiedy Cam i ja weszliśmy do kuchni? – rzuciła Hazel, poprawiając smycz, którą przypięła sobie do paska, no bo teraz była taką osobą, która przypinała do paska psie smycze.

– Zgaduję, że DeWalt.

DeWalt był grubym rudym kotem Hazel, który dotrzymywał jej towarzystwa na biurku, kiedy pisała. A przez dotrzymywanie towarzystwa miałam na myśli rozkładanie swojego wielkiego cielska na klawiaturze, dzięki czemu w jej manuskrypcie pojawiały się zbędne litery i znaki.

– DeWalt i Bertha – oświadczyła, podczas gdy Meetcute podreptał między drzewa, aby znaleźć idealny kijek, który mógłby zabrać do miasta.

Hazel w chwili paniki kupiła tę swoją różową potworność na nie do końca rzetelnej aukcji internetowej, a po fakcie się przekonała, że dom wymaga generalnego remontu i że... mieszka w nim spory, półudomowiony szop. Dla mnie Bertha była jak połączenie Liama Neesona i przeciwieństwa Houdiniego. Miała szczególne umiejętności pozwalające jej dostać się z powrotem do domu bez względu na to, ile „szopoodpornych” zabezpieczeń zastosował Cam.

– To znowu pośle Cama do króliczej nory, no nie? – zażartowałam.

– Raczej do szopiej nory. Przed moim wyjściem wisiał z braćmi na telefonie, omawiając z nimi taktyki monitoringu.

– Brzmi to jak inspiracja do drugiej książki.

– Zobaczymy. Pisanie nie jest proste, ale naprawdę nie mam ochoty szukać prawdziwej pracy.

– Napisałaś całą książkę inspirowaną tobą i Camem. Może musisz jedynie znaleźć nową parę, aby cię zainspirowała? – zasugerowałam.

– Nie najgorszy pomysł. Nic dziwnego, że się ciebie trzymam.

Meetcute wybiegł z lasu ze średniej wielkości patykiem w zębach. Dumnie uderzył mnie nim w piszczele.

– Ojej! Cutie! Świetna robota – zagruchała Hazel.

– Auć. Tak, to bardzo... sportowe z twojej strony. Wcale nie będziesz opóźniał naszego marszu – powiedziałam, klepiąc go niechętnie po głowie.

Wpadł w stan czystej radości, wywijając całym ciałem, ale nie wypuścił patyka z pyska.

Dalej szłyśmy w stronę miasteczka. W pewnym momencie Hazel wskazała na niczym niewyróżniającą się skrzynkę pocztową z drewnianą tabliczką z napisem BISHOP.

– Levi robi postępy z książką. Naprawdę poważnie do tego podchodzi. Dał mi przeczytać tylko kilka rozdziałów, ale serio są niezłe. Jeśli jesteś zainteresowana, mogłabym załatwić ci plik, kiedy już skończy pierwszą wersję.

– Jeśli do czasu, kiedy Levi będzie gotowy, nie złamię oporu Earla Wiggensa, przyjrzę się temu – obiecałam.

Hazel zmarszczyła nos.

– Serio, czego ty chcesz od tego starego ramola z podejściem „za moich czasów mężczyźni byli mężczyznami, a kobiety gotowały kolację”?

– Piętnaście ostatnich tytułów tego ramola trafiło na listy „New York Timesa” – zauważyłam. – Poza tym, kiedy twoja książka dotrze na szczyt listy najlepiej sprzedających się tytułów, a w dodatku uda mi się podebrać z mojej dawnej agencji jeszcze jednego autora bestsellerów, oficjalnie wygram życie.

– Głodna Zemsty Zoey to jedna z moich ulubionych wersji ciebie. Ale wiesz, co bym powiedziała, gdybyś była moją bohaterką?

– Nie jestem niczyją bohaterką – zaprotestowałam.

Hazel przyłożyła dłoń do serca.

– Byłabym tą piękną i utalentowaną najlepszą przyjaciółką, która przypomina pięknej i utalentowanej bohaterce, że zemsta nie jest najbardziej satysfakcjonującą misją w życiu.

– Czyżby? A co jest?

– Miłość – oświadczyła teatralnie.

– Dobrze w takim razie, że to prawdziwe życie, a nie jedna z twoich książek, bo nie muszę cię słuchać.

W tym momencie padł na nas cień. Meetcute jeszcze bardziej wybałuszył oczy, po czym upuścił kijek i zaczął ujadać na to, co się czaiło nad nami.

– Kurde, Gąsior – powiedziała Hazel, gromiąc wzrokiem bielika, który wylądował na nagiej gałęzi nad naszymi głowami.

Nadal nie oswoiłam się z faktem, że to miasteczko ma własnego orła. W Nowym Jorku mieliśmy jedynie gołębie. Ten ptak był ogromny i może nawet odrobinę majestatyczny. Był także zmorą piekielną. Jeśli można mieć zwierzęcą nemezis, Gąsior był moją. Kiedy przyjechałyśmy do Story Lake, powitał nas w taki sposób, że Hazel walnął w głowę, a na moje kolana upuścił wielką martwą rybę. Nadal nosiłam emocjonalne blizny.

– Nie nasraj na nas – nakazałam swoim najbardziej władczym tonem.

– Nie zjedz mojego psa – poprosiła Hazel.

– No tak, tego także nie zrób – dodałam szybko.

– Czy on coś trzyma w szponach? – zapytała Hazel, przechylając głowę.

Meetcute przerwał szczekanie i zrobił to, co ona.

Zmrużyłam oczy. Zdecydowanie coś się poruszało na tle szarej kory. Coś długiego i cienkiego.

Przysięgam na Boga, że ten ptak spojrzał mi prosto w oczy, kiedy rozłożył ogromne skrzydła.

– Czy to jest...? – Głos przerażonej Hazel uwiązł w gardle.

– Gąsior, nie rób tego – rzuciłam ostrzegawczo chrapliwym szeptem.

Ale było już za późno. Ptaszysko rozwarło szpony, a jego ofiara runęła w dół prosto na mnie.

Wąż – prawdziwy, cholerny, żywy wąż – trafił mnie w czoło i zaczął się zsuwać po moim ramieniu.

– Ja. Pierdolę. Ty pierzasty durniu! – krzyknęłam. Kontrolę przejął instynkt przetrwania, więc pognałam przed siebie, gorączkowo otrzepując włosy i ramiona. – Spadaj ze mnie! Spadaj!

Biegłam po asfalcie spanikowanym zygzakiem, byle dalej od tego cholernego orła i jego głupiego węża. Ale strach i adrenalina zawęziły mi pole widzenia. Kiedy Hazel krzyknęła moje imię, zdążyło mnie już oślepić słońce odbijające się od szkła i metalu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

1 Członkowie Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej. (Przypisy pochodzą od tłumaczki). ↩