By a Thread. Komedia (nie)romantyczna - Lucy Score - ebook + audiobook
BESTSELLER

By a Thread. Komedia (nie)romantyczna ebook i audiobook

Score Lucy

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

160 osób interesuje się tą książką

Opis

Ally Morales od jakiegoś czasu miała ciężko. Wydawało się jej, że w Nowym Jorku poradzi sobie bez trudu, rzeczywistość jednak okazała się brutalna. Mimo że pracowała w kilku miejscach, ledwo co mogła się utrzymać. Być może gdyby była łagodną, miłą dziewczyną, byłoby jej łatwiej. Ally jednak miała tak zwany charakterek. Była dość odważna, aby głośno, nie przebierając w słowach, wyrażać swoje zdanie. Nawet jeśli była to wyjątkowo niepochlebna opinia o bardzo wpływowym i bogatym człowieku.

Dominic Russo jak mało kto zasługiwał na niepochlebne opinie. Był aroganckim dupkiem, który nie cierpiał pomyłek, nie lubił nikogo o nic prosić i uważał się za kogoś znacznie lepszego od innych ludzi. A przy tym kompletnie nie nadawał się do pracy jako dyrektor kreatywny jednego z najbardziej prestiżowych magazynów mody. O czym zresztą sam dobrze wiedział.

I dla Ally, i dla Dominica byłoby lepiej, gdyby się nigdy nie spotkali - ale złośliwy los zdecydował inaczej. Oczywiście skończyło się katastrofą. Dominic poczuł się urażony (o co zresztą nigdy nie było trudno), a Ally za jego sprawą straciła posadę. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło - dziwnym splotem okoliczności Ally wkrótce dostała pracę w nowym miejscu.

A tam jej szefem był nie kto inny jak... Dominic!

Tyle że irytująca Ally poza ciętym językiem ma niewytłumaczalnie pociągającą osobowość i ukrywa jakieś tajemnice, co wystarczająco działa na nowego szefa...

Lucy Score wychowała się w Pensylwanii w rodzinie z tradycjami literackimi. Dziś jest autorką bestsellerów Amazona i "Wall Street Journal". Pisze współczesne komedie romantyczne, które dotychczas przetłumaczono na kilkanaście języków. Jeśli akurat nie tworzy ani nie wylewa siódmych potów w sali gimnastycznej, pewnie zagłaskuje swoją kotkę Cleo i czyta kolejną książkę o miłości.

On był ponad zasadami. I jeszcze nikt nigdy nie nazwał go pajacem!

Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 640

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 44 min

Lektor: Czyta: Kamila Brodacka

Oceny
4,5 (557 ocen)
367
117
42
20
11
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
nextplayer

Nie oderwiesz się od lektury

Wszystko w tej książce jest dobre, styl, fabuła, proza życia, dowcip i bohaterowie. Można napisać pikantną książkę lekkim językiem, bez wulgaryzmów, optymistyczną i radosną, chociaż dotykających ważnych spraw społecznych. Lubię Lucy 💖
131
Izuczek

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo pozytywne zaskoczenie. Bałam się, że przy tak dużej ilości stron drama będzie gonić dramę. Jednak było wręcz przeciwnie, książkę czyta się płynnie,wręcz nie mogłam oderwać się od niej.
102
rmalw1

Z braku laku…

Przynajmniej połowa treści mogłaby spokojnie być wycięte z książki.
61
bozenasup

Z braku laku…

To mógł być fajny, uroczy, lekki romans. Niestety nie był... Początek książki bardzo mi się spodobał, polubiłam bohaterów i byłam ciekawa, jak dalej potoczy się ta historia. Niestety, autorka postanowiła niemiłosiernie wręcz rozwlecz całą akcję. Miałam wrażenie, że wciąż czytam tą samą scenę, tylko miejsce się zmienia, a dialogi między bohaterami wciąż krążą wokół tych samych tematów. Zabrakło pomysłu, jak interesująco poprowadzić fabułę do końca. To, co mnie zachwyciło na początku, po prostu się gdzieś rozmyło. Średnia książka.
50
Crazyyygirl

Nie oderwiesz się od lektury

Slow burn, ale wart każdej strony tej książki, polecam każdemu jest świetna !
62

Popularność




0

Lucy Score

By a Thread

Komedia (nie)romantyczna

Przekład: Agnieszka Górczyńska

Tytuł oryginału: By a Thread: A Grumpy Boss Romantic Comedy

Tłumaczenie: Agnieszka Górczyńska

ISBN: 978-83-283-8826-0

Copyright © 2020 Lucy Score

Published by arrangement with Bookcase Literary Agency and Booklab Agency.

Polish edition copyright © 2023 by Helion S.A.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Materiały graficzne na okładce zostały wykorzystane za zgodą Shutterstock Images LLC.

Drogi Czytelniku! Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adreshttps://editio.pl/user/opinie/byathr_ebookMożesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion S.A. ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 230 98 63 e-mail: [email protected]: https://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Tobie. Za zaufanie okazane zarówno sercem, jak i kwotą wydaną na tę książkę.

Rozdział 1

Dominic

Młodsza redaktorka ćwierkała mi do ucha coś o kanarkowożółtych sukienkach i kubańskich sesjach, podczas gdy styczniowy wiatr muskał mnie lodowatymi palcami i przeszywał na wylot. Pokonałem krawężnik przysypany potężną zaspą czegoś, co kiedyś było śniegiem, a teraz szarą, brudną, zmrożoną i wyglądającą absolutnie depresyjnie grudą.

W pełni się z nią utożsamiałem.

Niedaleko był też facet, bezdomny, sądząc po jego zdartych butach i płaszczu mocno nadgryzionym zębem czasu. Siedział skulony w kącie opuszczonego sklepu. Miał ze sobą psa otulonego w jeden z tych tanich polarowych kocyków, które hipermarkety praktycznie oddawały półdarmo na Boże Narodzenie.

Niech to szlag. Nienawidziłem, kiedy mieli psy.

Nigdy nie miałem swojego, za to miałem kilka wspomnień czarnego labradora Fonziego, który był pupilem mojej dziewczyny z liceum. Ten labrador to jedyne dobre wspomnienia z tamtego związku.

Obróciłem głowę w kierunku faceta, a mój kierowca, Nelson, już wiedział, co ma robić. Znał te manewry. Nie wynikały one bynajmniej z dobroci mojego serca. Nie miałem w sobie ani krzty dobroci, ani serca.

Traktowałem to raczej jako rodzaj pokuty za to, że jestem dupkiem.

Nelson zniknął z tyłu SUV-a i otworzył klapę. On zajmował się niezbędnymi zakupami i ich „dystrybucją”, ja zaś pokrywałem koszty tej operacji.

Gdy tu wrócę, ten biedak będzie miał nowy płaszcz, kieszeń pełną kart podarunkowych oraz namiary na najbliższą noclegownię akceptującą zwierzęta. A ten sierściuszek patrzący na swojego pana z takim uwielbieniem dostanie jakieś ciepłe psie wdzianko.

Poszedłem na tę cholerną pizzę, na którą tak nalegała moja matka. Przyjazd z Midtown do Village, w taki parszywy i przeszywający zimnem do szpiku kości wtorek, nie był moim wymarzonym pomysłem na dobrą zabawę.

Natomiast najlepszym sposobem mojej matki na ubaw po pachy było zmuszanie mnie do robienia rzeczy, na które zupełnie nie miałem ochoty.

Jeśli istniał na świecie ktokolwiek, dla kogo gotów byłem się tak irracjonalnie zachowywać, to tylko ona, Dalessandra Russo. Miała naprawdę ciężki rok. Mógłbym jej zaoferować potężną pizzę i całą swoją uwagę, zanim Nelson zabierze mój tyłek do Upper West Side, do domu, w którym zapewne spędzę kolejne trzy godziny na gapieniu się w ekran monitora, zanim się zorientuję, że już środek nocy, i pójdę spać.

Sam.

Uratowanie dobrego imienia rodziny, a także biznesu nie pozwalało mi na jakiekolwiek inne zajęcia. Zastanawiałem się, czy nie powinienem sobie kupić psa.

Mój płaszcz powiewał na lodowatym wietrze, gdy podszedłem do obskurnego, pomarańczowego szyldu restauracji, a dyrektor artystyczna włączyła się ze swoimi przemyśleniami o pomysłach projektantów na majową okładkę.

Zima na Manhattanie była okropnie depresyjna. Nie byłem typem faceta, który uwielbia sweterki i kubek gorącej czekolady. Jeździłem na nartach tylko dlatego, że tak po prostu robią wszyscy ludzie, którzy urodzili się w zamożnej rodzinie. Tak naprawdę to zamiast śmigać w zaspach śniegu, w styczniu wolałem spędzić dwa tygodnie gdzieś na Karaibach.

Przynajmniej w poprzednim życiu.

Otworzyłem zaparowane szklane drzwi pizzerii George’s Village Pizza. Nade mną zadźwięczał dzwoneczek, oznajmiający moje przybycie. Na początku poczułem wszechogarniające ciepło. Dopiero potem do mojego nosa dotarły zapachy czosnku i świeżo wypieczonego ciasta. Może to wcale nie był taki zły pomysł, że mama wywlekła mnie tutaj.

— Co pan o tym sądzi, panie Russo? — dopytywała młodsza redaktorka.

Nie znosiłem, kiedy mówiło się do mnie per panie Russo. Nie lubiłem też tego, że nie mogłem nikogo objechać z powodu mojego niezadowolenia. To było najgorsze. Nie mogłem na nikim wyładować całego wzburzenia i emocji, które narosły we mnie przez ostatni rok.

Moją uwagę przykuły krągłości i loki.

Kobieta wyprostowała się nad stolikiem najbliżej drzwi, wpychając napiwek do utytłanego mąką fartucha. Spojrzała na mnie i poczułem coś… interesującego. Jakby znajomego. Zupełnie jakbym już ją gdzieś widział.

A przecież byliśmy nieznajomymi.

— Brzmi świetnie — rzuciłem do telefonu.

— Mogę to wszystko razem złożyć, jeśli chcesz — zaoferowała młodsza redaktorka.

— Byłbym wdzięczny — powiedziałem, czując ulgę, że tym razem sama to zaproponowała i nie musiałem o nic prosić.

Wszyscy jakoś przyzwyczaili się do myśli, że muszę zobaczyć projekt w ostatecznej wersji, aby zdecydować, czy zadziała. Nie byłem, kurwa, moim ojcem i mam nadzieję, że w końcu do tego przywykną.

Krągłości i loki należały do kelnerki, sądząc po napisie GVP na koszulce termicznej z długim rękawem. Miała na sobie zwykłe dżinsy. Buty przynajmniej od dwóch lat nie nadawały się do noszenia. Mimo to wykonała twórczą pracę flamastrem i przywróciła im nieco bieli. Była sporo niższa i nieco bardziej zaokrąglona tu i ówdzie niż większość kobiet, z którymi ostatnio miałem do czynienia.

W ostatnim roku dość dobrze uodporniłem się na długonogie, wychudzone i przypominające modelki dwudziestoparolatki. Cóż, jeśli miałbym być szczery, to była najwyższa pora, zwłaszcza że miałem już czterdzieści cztery lata. Było coś fascynującego w tej kobiecie patrzącej na mnie i pokazującej mi umieszczoną na tablicy korkowej tuż przy drzwiach tabliczkę informującą o zakazie używania telefonów komórkowych.

Interesująca twarz. Pogodniejsza i bardziej zaokrąglona niż te wszystkie zdobiące okładki kolorowych magazynów twarze z wystającymi kośćmi policzkowymi. Pełne usta i duże brązowe oczy, które sprawiały wrażenie ciepłych. Niczym miód. I te włosy, kasztanowobrązowe, sięgające do brody i układające się w luźne, niedbałe fale i loki. Powodowały, że miałem nieodpartą ochotę włożyć w nie dłonie, podczas gdy ona pode mną szeptałaby bez tchu moje imię.

Nie mogłem przestać się na nią gapić.

— Będę to mieć dla ciebie na rano — mądrzyła się młodsza redaktorka.

Nie pamiętałem jej imienia — fakt, byłem dupkiem — za to dość dobrze utkwiła mi w pamięci jej poważna i bardzo gorliwa twarz. Była typem pracownika, który bez szemrania chętnie zostawał po godzinach, nawet do nocy, jeśli tylko go poproszono.

— Na jutro do południa będzie dobrze — powiedziałem jej, ciesząc się, że Panna Świetne Loki posłała mi spojrzenie, które oczywiście kompletnie zignorowałem.

Panna Świetne Loki teatralnie odchrząknęła i sięgnęła po ulotkę obok mnie, po czym zaczęła mocno nią stukać. Miała na nadgarstku trzy tanie kolorowe bransoletki. Kiedy się nachyliła, pachniała radosnymi, słonecznymi cytrynami.

— Wyjdź z tym na zewnątrz, kolego — powiedziała gardłowym, rzeczowym tonem.

Kolego?

Najwyraźniej nie wystraszyła się dupka ubranego od stóp do głów w Hugo Bossa, z fryzurą kosztującą więcej niż wszystko, co miała na sobie. Pławiłem się w tej jej pogardzie. To było dla mnie o wiele ciekawsze niż te przerażone spojrzenia i ciągle powtarzane „oczywiście, natychmiast, panie Russo”, które nieustannie słyszałem na korytarzach w pracy.

Zakryłem mikrofon telefonu (nie znosiłem tych wkładanych słuchaweczek).

— Jest zimno. To zajmie tylko minutkę — powiedziałem stanowczo i dobitnie, nie pozostawiając miejsca na debatę.

— Nie ja odpowiadam ani za pogodę, ani za zasady używania telefonów. Na. Zewnątrz — powiedziała, zupełnie jakbym był zbuntowanym, niesfornym trzylatkiem, i pokazała mi palcem drzwi.

— Nie — odpowiedziałem. Nie zabrzmiałem przy tym jak płaczliwy sraluch. Raczej jak wkurzony klient, który ma prawo oczekiwać szacunku.

Odsłoniłem telefon i kontynuowałem rozmowę. Byłem złośliwym sukinsynem.

— Odłóż ten durny telefon albo pożałujesz — ostrzegła.

Ludzie zaczęli się na nas gapić. Żadne z nas się tym nie przejęło.

— Nie masz stolików czekających na obsługę? — zapytałem. — A może specjalizujesz się w dyscyplinowaniu i prześladowaniu klientów?

Jej oczy były niemalże złote w tym świetle i mógłbym przysiąc, że prawie się uśmiechały.

— Och, sam się o to prosiłeś, kolego. — Ponownie się pochyliła, zbyt blisko, jak na nowojorskie zwyczaje. Nowojorczycy cenili sobie przestrzeń osobistą. Czubek jej głowy znalazł się na wysokości mojego ramienia.

— Proszę pana, czeka pan na wyniki testów na obecność chorób wenerycznych czy hemoroidów? — wykrzyknęła niedaleko mikrofonu mojej komórki.

Ty zołzo.

— Oddzwonię — powiedziałem do telefonu i się rozłączyłem.

Panna Świetne Loki rzuciła mi czarujący, najbardziej promienny i jednocześnie sztuczny uśmiech, na jaki tylko było ją stać.

— Witamy w George’s Village Pizza. Jak rozumiem, samotna kolacja dziś wieczór?

— To był telefon z pracy — powiedziałem lodowato.

— To wspaniałe, że potrafisz mieć pracę i jednocześnie być tak niegrzeczny.

Minęło sporo czasu, odkąd zmiażdżyłem nieokazującego szacunku podwładnego. Miałem ochotę zrobić to samo z nią. Wyglądała na taką, która nie tylko potrafiłaby to znieść, ale jeszcze dobrze się przy tym bawić.

— Dominic.

Spojrzałem Pannie Świetne Loki przez ramię i zauważyłem matkę machającą z zielonej loży w kącie. Wyglądała na rozbawioną.

Kelnerka patrzyła to na mnie, to na moją mamę.

— Jest dla ciebie zdecydowanie za dobra — oznajmiła, ciskając menu na moją pierś i odchodząc.

— Mamo — przywitałem się i pochyliłem, aby ją pocałować w nieskazitelny policzek, zanim wsunąłem się do loży naprzeciwko niej.

— To było niezłe wejście — powiedziała, opierając podbródek na dłoni.

Była okazem pewności siebie w wydekoltowanym swetrze w kolorze kości słoniowej i czerwonej skórzanej spódnicy. Jej włosy naturalnie się srebrzyły i były modnie obcięte dość krótko. Fryzura — podobnie jak masywny szmaragd na środkowym palcu prawej dłoni — były jej własnym prezentem dla siebie, który sobie sprawiła dzień po tym, jak wykopała mojego ojca z ich kamienicy na Upper East Side. Zrobiła to o kilka dekad za późno.

Moja matka była piękną kobietą. Od zawsze. Karierę modelki rozpoczęła jako długonoga piętnastolatka o sarnich oczach, zanim odkryła i zdecydowała, że woli się zająć biznesową stroną mody. Obecnie ma sześćdziesiąt dziewięć lat i już dawno temu porzuciła przewracanie sarnimi oczyma na rzecz bystrego umysłu i ciętego języka. W branży czuła się najlepiej, gdy jednocześnie budziła strach i była uwielbiana.

— Była niewiarygodnie niegrzeczna — tłumaczyłem się, patrząc, jak Panna Świetne Loki ucinała sobie pogawędkę z klientami przy stoliku naprzeciwko.

— To ty byłeś niesamowicie nieprzyjemny — upierała się moja matka.

— Jak zwykle — skwitowałem, po czym otworzyłem menu i zacząłem je przeglądać. Próbowałem jakoś powstrzymać emocje, które buzowały we mnie niczym przebudzony smok. Od trzynastu miesięcy starałem się być najlepszą wersją siebie, szczególnie pod względem zachowania, i powolutku coś zaczynało we mnie pękać.

— Nie zaczynaj znowu z tą śpiewką pod tytułem „jestem dupkiem” — westchnęła i założyła z powrotem okulary do czytania.

— Wcześniej czy później będziesz musiała porzucić nadzieję, że gdzieś w środku jestem człowiekiem o złotym sercu.

— Nigdy — oznajmiła z zawadiackim uśmiechem.

Poddałem się.

— Dlaczego tutaj jesteśmy?

— Ponieważ chciałam spędzić trochę czasu z moim jedynym synem, światłem w mroku mojego życia, z dala od biura.

Nasze stosunki były tak samo nowe jak jej fryzura.

To nie był przypadek.

— Przepraszam — powiedziałem i naprawdę to właśnie miałem na myśli. — Byłem zajęty.

— Kochanie — powiedziała cierpko, co było jak najbardziej uzasadnione.

Nikt nie był bardziej zajęty niż Dalessandra Russo, była modelka i obecna redaktorka naczelna w „Labela”, magazynie o modzie, który nie tylko przetrwał nadejście ery cyfrowej, ale także stał na czele tej transformacji. Co miesiąc moja mama nadzorowała setki stron poświęconych modzie, reklamom, wywiadom oraz poradom. Już nie wspominając o treściach publikowanych online. Następnie dostarczała te wszystkie informacje czytelnikom na całym świecie.

Jeśli została sfotografowana w jakichś butach albo okularach przeciwsłonecznych, wyprzedawały się w ciągu kilku godzin. Jeśli pojawiła się na jakimś pokazie, kolekcja tego projektanta była rozchwytywana przez wszystkich obecnych na sali potencjalnych nabywców. Moja matka sprawiała, że projektanci, modelki, pisarze i fotografowie stawali się ważni i odnosili sukcesy. Tworzyła kariery lub je niszczyła, gdy okazywało się to konieczne.

I nie prosiła się o zeszłoroczny chaos ani na niego nie zasłużyła.

Za to też musiałem odpokutować.

— Przepraszam — powiedziałem ponownie, wyciągając rękę przez stół, żeby uścisnąć jej dłoń. Szmaragd mrugnął do mnie w świetle.

— Czy mogę państwu zaproponować coś do picia? — Panna Niegrzeczne Świetne Loki powróciła.

— Nie wiem. A co macie?

— Świeżo tłoczoną krew niewiniątek, Szatanie. To chyba napój, który najlepiej pasuje do twojej osobowości — powiedziała te słowa miłym tonem. Nawet słodkim.

— Wezmę…

— …niesłodzoną mrożoną herbatę — dokończyła za mnie.

Gorzkie. Nudne. Mdłe.

— Czy to jedno z tych miejsc, w których płaci się kelnerkom za to, żeby były zołzami dla klientów? — zapytałem matkę.

— Och, kochany. Robię to absolutnie za darmo. — Panna Świetne Loki zamrugała gęstymi rzęsami w moją stronę.

Już otworzyłem usta, żeby ją zmiażdżyć, normalnie walcem przejechać.

— Weźmie wodę. Może być z kranu — wtrąciła się mama.

— Oczywiście. A co na kolację? — Panna Świetne Loki rzuciła mojej mamie szczery uśmiech.

— Słyszałam plotki o tym, jak fenomenalną macie tutaj pizzę — powiedziała mama nieśmiało.

Panna Świetne Loki pochyliła się niczym przyjaciółka dzieląca się sekretami.

— Wszystko się zgadza — powiedziała. — Jest idealna.

Znowu poczułem zapach cytryn.

— W takim razie wezmę pizzę z zieloną cebulką i czarnymi oliwkami.

— Świetny wybór — oznajmiła pyskata kelnerka. — A ty, Panie Czarujący? — zapytała.

— Dla mnie pepperoni. — Zamknąłem menu i odłożyłem, nie patrząc na nią.

— Bardzo kreatywnie — skwitowała.

Może to było nie fair z mojej strony. Ona oczywiście nie miała pojęcia, że mnie zupełnie nieświadomie uruchomiła. Wciąż miałem problem z poczuciem pewności siebie i kreatywności w pracy, czego oczekiwała ode mnie moja matka. A teraz kelnerka wypowiedziała te słowa. Miarka się przebrała i zareagowałem.

— Czy w twoim wieku nie należałoby już mieć prawdziwą pracę, Czarownico? Zresztą akurat ta ci jakoś nie wychodzi.

Nagle zrobiło się cicho. Inni klienci zamarli, wpatrując się w nasz stół. Panna Świetne Loki spojrzała na mnie przeciągle. Boże, dobrze było dać trochę ujścia tym wszystkim emocjom, które od tak dawna dusiłem w sobie.

— Skoro tak ładnie prosisz, poświęcę twojemu zamówieniu szczególną uwagę — obiecała. Mrugnęła przy tym tak bezczelnie, że omal nie wyszedłem z loży, żeby ją pogonić do kuchni.

— Nie waż się — powiedziała mama, przytrzymując mnie za rękę.

— Nie ujdzie jej to płazem. To my płacimy i jesteśmy klientami.

— Będziesz tu siedział i będziesz uprzejmy. I zjesz wszystko, co uzna za stosowne ci przynieść — zarządziła mama.

— Świetnie. Ale jeśli mnie otruje, pozwę ją i całą jej rodzinę. Jeszcze kolejne pokolenia odczują mój gniew.

Mama westchnęła teatralnie.

— Ktoś cię zranił, kochanie?

To był żart. Jednak oboje wiedzieliśmy, że odpowiedź nie była zabawna.

Rozdział 2

Ally

Dekorowanie pizzy dla Pana Czarującego było największą frajdą, odkąd… Nieważne.

Powiedzmy, że życie mnie ostatnio nie rozpieszczało. A mówiąc precyzyjniej, było gówniane. Użeranie się z jakimś gburowatym gościem — a tak na marginesie, skąd ostatnio wzięło się na świecie tylu dupków? — który wyglądał, jakby właśnie wyskoczył z czasopisma o modzie dla facetów, było zdecydowanie punktem kulminacyjnym tego wszystkiego. To mówiło wiele o mojej obecnej sytuacji.

Nie miałam czasu, żeby zastanawiać się nad konsekwencjami stąpania po tym kruchym lodzie. To wszystko składało się na życiowy kryzys, przez który właśnie przechodziłam.

Kiedy to się wreszcie skończy, fundnę sobie wakacje na jakiejś plaży, gdzie moim jedynym zmartwieniem będzie to, czy moja słomka jest wystarczająco długa, aby sięgnąć dna szklaneczki z mrożonym koktajlem.

— Stolik dwunasty czeka na rachunek, Ollie — oznajmił George. Mój szef i zarazem najbardziej zrzędliwy włoski dziadek, jakiego w życiu spotkałam. Powiedział to takim tonem, jakbym ostatnie cztery godziny spędziła na ignorowaniu klientów zamiast im nadskakiwać. Nie wysilił się nawet, żeby zapamiętać, jak mam na imię, chociaż pracuję tutaj już od trzech tygodni. A ja nie zadałam sobie trudu, żeby go poprawiać. Facet zmieniał kelnerów i kelnerki jak rękawiczki.

Przynajmniej pani George wystawiała poprawnie rachunki. To się liczyło.

— Robi się — powiedziałam do niego.

Margarita mango, tak zdecydowałam, podnosząc talerze i przeciskając się przez wahadłowe drzwi kuchenne.

Zanim będę trzymała w ręku tego drinka, dobiję pewnie do sześćdziesiątki. To może trochę potrwać, zważywszy na to, że mam trzydzieści dziewięć lat — dziękuje za wytknięcie mi wieku, Panie Czarujący — ale musiałam zrobić to, co należało. Nie było innej możliwości.

Restauracja, choć wymagała pewnego odświeżenia i jakiejś zmiany, w sumie była przytulna.

Może za parę dodatkowych dolców mogłabym zaproponować sprzątanie po godzinach?

— Proszę bardzo — powiedziałam, stawiając przed nimi dwie pizze.

Kobieta w zabójczej skórzanej spódnicy i fryzurze „jestem twardzielką” uśmiechem odpowiedziała buźce uśmiechającej się z jej pizzy. Zrobiła to w sposób, w jaki czynią to bogato urodzeni ludzie. Subtelnie i bez parskania.

Pan Czarujący z kolei wyraźnie się skrzywił. Co jeszcze bardziej podkreślało jego już i tak wydatną żuchwę. Lodowate oczy, których kolor był trudny do określenia, niebieski albo szary, wyraźnie się zmrużyły.

Uhm. Miał niewielkie zmarszczki w ich kącikach.

Czy gburowaty i bucowaty dupek nagle okazał się też seksowny? Tak mi przynajmniej podpowiadała instynktownie moja kobieca natura.

Od dość dawna nie byłam aktywna na tym polu. I teraz okazało się, że moja kobiecość obudziła się na widok jakiegoś wymuskanego i wypindrzonego palanta. Świetnie. Dzięki Bogu, że w najbliższej przyszłości miałam w planach pracę od świtu do nocy i nie miałam czasu na takie głupoty.

— Czy mogę państwu coś jeszcze podać? — spytałam niewinnie, niczym chodząca uczynność.

— To wszystko — wycedził Pan Czarujący, rzucając serwetkę na stół i wysuwając się z ławki. — Myślę, że mamy do pogadania na temat, jak traktować klientów z szacunkiem.

Wstał i zacisnął długie palce na moim nadgarstku.

Wiedziałam, że też to poczuł. Nieoczekiwany wstrząs. Jak wypicie whisky jednym haustem lub włożenie palca do gniazdka. Albo jedno i drugie jednocześnie. Przez chwilę tego absolutnego szaleństwa zastanawiałam się, czy przełoży mnie przez kolano i czy mu na to pozwolę.

— Dominic, na litość boską. Zachowuj się — westchnęła zirytowana kobieta.

W odpowiedzi odwrócił pizzę tak, żeby jego matka mogła wyraźnie to zobaczyć.

Z kawałków pepperoni był tam ułożony klasyczny środkowy palec.

— Czy jest jakiś problem, proszę pana? — zapytałam słodko.

— O mój… — powiedziała kobieta, przyciskając palce do ust i próbując stłumić śmiech. Tym razem szczery.

— To nie jest śmieszne — warknął.

— Z mojego punktu widzenia jest — odparłam.

— Jesteś tu od obsługiwania klientów. I to właśnie powinnaś robić: obsługiwać klientów — powiedział.

Guzik. Prawda.

— Jesteś człowiekiem. I jak człowiek powinieneś się zachowywać — wypaliłam. Innym razem prawdopodobnie bym to odpuściła. Wiedziałam, że lepiej nie narażać wypłaty. Ale wróciłam po przerwie na lunch i zastałam dziewiętnastoletnią kelnerkę gdzieś na tyłach lokalu szlochającą w serwetki, bo jakiś pajac w garniturze odreagował na niej swój zły dzień.

Przeklęty palant George przyłapał mnie na próbie pocieszania jej i nawrzeszczał na mnie.

— Pizzeria to nie miejsce na urządzanie histerii.

— Chcę rozmawiać z kierownikiem — oznajmił Dupek numer dwa w garniturze.

— Dominic, czy naprawę musisz? — westchnęła kobieta.

— Chyba musi — powiedziałam.

Musiałam go przećwiczyć. Ten facet był przedstawicielem właśnie takich typów. Uważał, że wszyscy inni istnieją tylko po to, aby mu służyć. Założę się, że ma osobistych asystentów, o których nie ma pojęcia, że też są ludźmi. Prawdopodobnie wydzwania do nich o trzeciej nad ranem i każe biegać po najdziwniejsze sprawunki. Nie zdziwiłabym się, gdyby chodziło o lubrykant albo oko traszki.

— Cieszę się, że się zgadzasz — powiedział sucho. Wciąż trzymał mój nadgarstek. W moich żyłach nadal krążyło coś elektryzującego. Zmrużył oczy, gdy też to poczuł.

Przy stoliku numer dwanaście para dwudziestoparolatków wyglądała, jakby szykowała się do wyjścia. Niepewnie się rozglądali i wiercili.

— Pozwól mi tylko dać rachunek klientom przy tamtym stoliku i możemy wrócić do naszych przepychanek — zaproponowałam, wyrywając rękę.

— Siadaj — nalegała przyjaciółka Pana Czarującego, sadzając go z powrotem na ławce. — Robisz scenę.

Zostawiłam ich i wręczyłam rachunek klientom przy dwunastce. Nawiązałam z nimi poważny kontakt wzrokowy i podziękowałam za przybycie. Nie zanosiło się na dobry napiwek. Miałam nosa w tych sprawach, od kiedy kelnerowanie i stanie za barem stało się moim głównym źródłem dochodów. Ale przynajmniej nie zwiali bez płacenia.

— Mogą państwo od razu zapłacić, jeżeli są gotowi — powiedziałam.

Facet niechętnie wyciągnął portfel na łańcuszku.

— Proszę zatrzymać resztę — wycedził.

Dwa dolary. To było prawdopodobnie wszystko, na co mogli sobie pozwolić. Chętnie je przyjęłam. Ale potrzebowałam prawdziwej pracy… podobnie jak sześć miesięcy temu.

— Dzięki — powiedziałam radośnie i schowałam kasę do kieszonki fartucha.

Pan Czarujący siedział z założonymi rękoma, gapiąc się na swoją nietkniętą pizzę z imponującym środkowym palcem w jej centrum. Jego partnerka kroiła swoją na kawałki wielkości kęsa.

— George, ósemka chce z tobą rozmawiać.

— Co, do cholery, zrobiłaś? — warknął, wkładając widelec do podwójnej porcji makaronu primavera, którą sam zrobił. Zachowywał się tak, jakbym była jakąś awanturniczką, i rozważałam nawet zrobienie pizzy i dla niego. Zastanawiałam się tylko, czy dwunastocalowy placek jest wystarczająco duży, żeby pomieścić słowo „kretyn” ułożone z kiełbasek.

— Facet jest palantem — powiedziałam mu, doskonale wiedząc, że George’a i tak to nie obchodziło. Był po jego stronie. Każdy dupek lubi innego dupka.

Podniósł się z rozklekotanego stołka, który pewnego dnia podda się wreszcie i rozsypie pod jego ciężarem. Z tymi pięcioma i pół stopy wzrostu wyglądał jak pękata piłka plażowa.

— Chodźmy i bądź uprzejma, do diabła — powiedział, wycierając ręce w pobrudzony sosem fartuch. Wytoczył się przez wahadłowe kuchenne drzwi, a ja podreptałam za nim.

— Dziękujemy, że wybrali państwo George’s Village Pizza. Jestem George — powiedział wazeliniarskim tonem. Był dupkiem dla swoich pracowników, dostawców i, do licha, nawet dla swojej żony. Ale dla gości z przepastnym portfelem wręcz przyjacielski. — Rozumiem, że pojawił się problem.

Pan Czarujący bez słowa obrócił w jego stronę talerz z pizzą.

Oczy George’a zrobiły się wielkie i okrągłe. Niemal wyszły z orbit.

— Czy to ma być jakiś żart, Ollie?

Świetnie. Zobaczyłam, jak wyszła mu żyła na szyi.

To nie był dobry znak. Widziałam to już dwa razy. Pierwszy, gdy zwolnił dostawcę, kiedy ten się zatrzymał, żeby pomóc kierować ruchem po wypadku. Drugi, gdy kelnerka poślizgnęła się na plamie tłuszczu, upadła na plecy i złamała nadgarstek. Zwolnił ją natychmiast i dodał jeszcze, żeby nie próbowała zabierać służbowego komputera, bo spali dom jej matki.

Kelnerka była jego siostrzenicą. Jej matka była siostrą George’a.

Wzruszyłam ramionami.

— Może kiełbaski same się tak ułożyły.

— Taka obsługa klienta jest nie do przyjęcia — awanturował się Pan Czarujący.

— Oczywiście. Oczywiście — zgodził się George uniżenie i przepraszająco. — Obiecuję, że sytuacja zostanie naprawiona.

— Powinna zostać zwolniona — powiedział Pan Czarujący, posyłając mi lodowate spojrzenie. — Szkodzi pańskiej firmie. Nigdy tu nie wrócę.

I tak się stało.

Wiedziałam, że mogę zacząć się pakować.

— I dobrze — powiedziałam. — Powinieneś trzymać się z daleka od torturującej obsługi pizzerii.

— Ale nie mojej restauracji! — ryknął George. Jego trzeci podbródek drgał w nerwach. Gdybym zaraz nie wyszła, padłby na zawał. A nie chciałam mieć go na sumieniu. Ani robić mu oddychania usta-usta. Z premedytacją zacisnęłam więc wargi.

— Naprawdę uważam, że to przesadna reakcja — stwierdziła delikatnie kobieta.

— Nie sądzę — powiedzieli razem George i Pan Czarujący.

Powinni dostać koszulki z napisem Drużyna Dupków.

— Ollie, pakuj się. Zwalniam cię.

Skurczybyk nawet nie pozwolił mi dokończyć zmiany. Mogłam dostać jeszcze przynajmniej trzydzieści dolców napiwków.

Może powinnam podpalić dom jego matki. Ale kobieta robiła piekielne cannoli i pomogła mi w General Hospital, kiedy tylko się tam pojawiła. Nie. Powinnam raczej spalić dom George’a.

— Nie sądzę, żeby to było konieczne — powiedziała kobieta.

— Zdecydowanie jest — warknął Pan Czarujący.

— Ona jest zwolniona, a panu przyniosę nową pizzę. Na koszt firmy — nalegał George. — Dobrze?

Pan Czarujący nadal na mnie patrzył, jednak tym razem z lekkim uśmiechem zwycięstwa wykrzywiającym jego wargi. Energicznie skinął głową.

— Świetnie.

Znałam George’a na tyle, aby wiedzieć, że oczywiście „na koszt firmy” oznacza potrącenie kosztów tej kolacji z mojej pensji. Patafian.

Bez słowa ruszyłam do kuchni. Zdjęłam z wieszaka płaszcz, wyciągnęłam pieniądze z fartucha. Zatrzymałam sobie tylko swoją dolę i napiwki, a resztę rzuciłam na primaverę George’a. Niech się wypcha.

— Zwolnił cię? — zawołał kucharz zza nierdzewnego blatu, na którym wałkował ciasto.

— Tak — odpowiedziałam, wkładając płaszcz.

Pokiwał głową.

— Szczęściara.

Posłałam mu krzywy uśmiech.

— Tak. Trzymam kciuki, żebyś był następny. George z pewnością będzie zachwycony, mogąc samodzielnie wyrabiać i podawać pizzę.

Zasalutował mi dwoma palcami całymi umazanymi w mące, gdy założyłam plecak i skierowałam się do sali dla gości. Mogłam wyjść tylnymi drzwiami na alejkę, ale ponieważ i tak zostałam już zwolniona, to nic nie stało na przeszkodzie, żeby zrobić scenę.

— Wy dwaj powinniście podszkolić się z tego, jak należy traktować innych ludzi — powiedziałam, wskazując palcem w ich kierunku.

Fizycznie już nie mogliby być bardziej różni. Pękaty i niski George, z tymi swoimi przetłuszczonymi włosami i w przyciasnej koszulce. Z drugiej strony wysztyftowany i wypindrzony Pan Czarujący w dopasowanym garniturze i modnych butach. Pewnie chodzi do manicurzystki i kosmetyczki. Daje sobie nakładać maseczkę na twarz, a potem ma pretensje, że ktoś mu patrzy w oczy.

— Może to was obu zaskoczy, ale wszyscy jesteśmy ludźmi. Nie jesteśmy tutaj, żeby tylko wam służyć i was obsługiwać. Mamy też własne życie, rodziny i cele. A wasze życie może być znacznie lepsze, jeśli to zauważycie i będziecie o tym pamiętać.

— Wynocha stąd, Ollie — wysyczał George, machając tłustymi rękoma.

Pan Czarujący uśmiechnął się do mnie.

— Być może się myliłam. Całkiem możliwe, że nie ma już dla ciebie nadziei — powiedziałam do niego. Znałam ten typ. No, nie osobiście. Ale z bezpiecznej odległości, z której mogłam dobrze się przyjrzeć. — Bogaty, nieszczęśliwy i pusty w środku. Nikt i nic nigdy nie spełni twoich oczekiwań. Łącznie z tobą samym.

Wyrzeźbiona szczęka się zacisnęła, więc trafiłam w sedno. Dobrze.

— Wynocha! — wrzeszczał George. — I nie wracaj!

— Nawet nie myśl o potrącaniu rachunku z mojej pensji, koleś — powiedziałam mu. — Wiem, gdzie mieszka twoja matka.

Odwrócił się i zobaczyłam, że jego twarz robi się purpurowa. Zdecydowałam, że faktycznie czas na mnie. Ruszyłam w stronę drzwi i czułam się świetnie po swojej przemowie.

— To dla ciebie. Zasłużyłaś na to. — Dziewczyny ze stolika numer dwa wcisnęły mi do ręki dwadzieścia dolarów. — Też pracowałyśmy w tej branży.

Chciałam tego nie potrzebować. Chciałam wyjść z nienaruszoną godnością i podniesioną głową. Ale potrzebowałam każdego cholernego grosza.

— Dziękuję — powiedziałam cicho.

Młoda para z dwunastki przytrzymała mi drzwi.

— Proszę. Mieliśmy pójść do kina, ale zasłużyłaś na to — powiedział chłopak, wciskając mi kilka zmiętych banknotów.

— Weź to — nalegała dziewczyna. Uśmiechnęła się do mnie. I zrozumiałam, że nie mogę odmówić przyjęcia oddanych mi z potrzeby serca ostatnich siedmiu dolarów.

Nie mogłam sobie pozwolić na taką dumę.

— Dzięki.

— Podaj dalej — powiedział chłopak.

Przełknęłam wściekłość, strach i to, że nic nie zjadłam oprócz kawałka stromboli godzinę temu.

Podam dalej. Pewnego dnia.

Rozdział 3

Ally

Swoje miejsce na metalowej ławce w autobusie oddałam jakiemuś kudłatemu facetowi w czerwonej puchowej kurtce, na której ciągle jeszcze wisiała metka z ceną. Miał ze sobą śmiesznego psiaka w różowym wdzianku.

Musiałam jakoś wypełnić trzy godziny, które mi zostały do następnej zmiany. Nocna, dorywcza praca za barem w dość przeciętnym, ale popularnym klubie w Midtown. Bywali tutaj głównie turyści kupujący modne drinki za piętnaście dolarów, ale napiwki były niezłe. Było za mało czasu, żeby jechać do domu w Jersey i uciąć sobie małą drzemkę. A właśnie na to miałabym największą ochotę. Za to mogłabym pójść do biblioteki i poszukać jakiejś nowej dorywczej pracy jako kelnerka albo sprawdzić w serwisie dla freelancerów, czy nie pojawiły się nowe zlecenia lub projekty.

O tak, tak, proszę, proszę, Jezusku.

Kiedy przyjechałam tutaj po raz pierwszy, w swojej naiwności byłam przekonana, że szybko i bez większego problemu znajdę pracę jako graficzka. Prowadziłam własną, małą firmę w Boulder i dobrze sobie radziłam. Jednak bardzo prędko się okazało, że tutaj, w Nowym Jorku, jest inaczej. Firmy nie chciały ryzykować i zatrudniać graficzki samouczki, która potrzebowała elastycznych godzin pracy „w razie pilnych spraw rodzinnych”.

Za to bary i restauracje miały naprawdę w nosie, jakie się brało godziny, byle tylko zjawiać się na swojej zmianie. Jako wolny strzelec brałam więc projekty, kiedy tylko mi wpadały. Do tego miałam jeszcze pięć innych fuch w niepełnym wymiarze godzin.

A właściwie to cztery. Dzięki Panu Czarującemu i George’owi.

Oddałam się małej fantazji.

Jestem rekinem biznesu i wpadam szturmem do biura Pana Czarującego, bo oczywiście jakieś ma. Następnie z miejsca go zwalniam, ponieważ właśnie kupiłam jego firmę, po tym jak on mnie zwolnił. Gdybym była obłędnie bogata, mogłabym sobie pozwolić na tego typu fanaberie. Jasne, że dbałabym też o innych. Ratowałabym psy. Próbowałabym znaleźć lekarstwo na raka. Dbałabym o starszych. Kupowałabym ładne stroje na rozmowy kwalifikacyjne dla kobiet, które potrzebują lepszej pracy. Założyłabym spa, do którego kobiety mogłyby przychodzić na masaże, a także badania ginekologiczne, mammografie i pielęgnacyjne zabiegi stomatologiczne. Z barem.

A dla zabawy kupowałabym firmy i zwalniała dupków.

Założyłabym obłędną czerwoną sukienkę i szpilki, a ochronie kazałabym go wyciągnąć zza biurka. A potem dałabym każdemu dodatkowy tydzień płatnego urlopu tylko za to, żeby się nim odpowiednio zajęli.

Koniec fantazji. Teraz włożyłam całą swoją mentalną energię w znalezienie najlepszej trasy autobusowej do biblioteki. Jak najszybciej musiałam znaleźć źródło zastępczego dochodu.

Wiatr boleśnie muskał moją odsłoniętą skórę niczym tysiącem żyletek.

Było cholernie zimno. Mój ogromny gniew i buzujące emocje grzały mnie skutecznie od środka. Jednak styczeń na Manhattanie był arktyczny. I depresyjny. Ostatni śnieg był tutaj ładny tylko przez pięć minut. Potem ruch uliczny zamieniał śnieżną biel w szarą breję. No i dodatkowo mój dojazd do miasta stał się jeszcze większym koszmarem.

Przesunęłam paski plecaka, żeby go trochę podnieść. Mój niemal zabytkowy laptop swoje ważył.

— Przepraszam?

Postanowiłam udawać, że jej nie usłyszałam. Nowojorczycy nie nawiązywali rozmów na przystankach autobusowych. Ignorowaliśmy się nawzajem i udawaliśmy, że żyjemy w dźwiękoszczelnych, odpornych na kontakt wzrokowy osobistych bańkach.

Jednak rozpoznałam tę czerwoną skórę pod bardzo ładnym zimowym płaszczem z wełny w kolorze kości słoniowej.

— Ollie? — zapytała nieśmiało przyjaciółka Pana Czarującego. Była wysoka, i to wcale nie dlatego, że miała na sobie zamszowe buty na obcasie, za które pewnie sprzedałabym nerkę.

Długonoga. Z wysokimi kośćmi policzkowymi. Zabójczą fryzurą. I szmaragdem wielkości znaczka pocztowego na środkowym palcu.

— Ally — poprawiłam ostrożnie.

— Jestem Dalessandra — odpowiedziała, sięgając do niemożliwie eleganckiej torebki. — Proszę.

To była wizytówka. Dalessandra Russo. Redaktor naczelna „Label Magazine”.

O la, la. Nawet ja wcześniej czytywałam „Labela”.

— A po co? — zapytałam, wpatrując się w kartonik.

— Właśnie straciłaś pracę. Mam coś dla ciebie.

— Potrzebuje pani kelnerki? — zapytałam na wszelki wypadek, wciąż nie rozumiejąc.

— Nie. Ale jest mi potrzebny ktoś z twoją… osobowością. Przyjdź pod ten adres w poniedziałek rano. O dziewiątej. Powołaj się na mnie. Praca na cały etat. Wszelkie dodatki.

Moje głupie, optymistyczne serce zaczęło drzeć się wniebogłosy i fikać fikołki. Ojciec zawsze mnie ostrzegał, że jestem za bardzo Pollyanną. I nie mam co liczyć na pana Darcy.

— Mam się tylko pojawić i dostanę tę pracę? — naciskałam, starając się zdusić nadzieję, która we mnie zakiełkowała.

— Tak.

Cóż, to nadal było niejasne.

— Hej, proszę pani, może dla mnie też się coś znajdzie? — zapytał z nadzieją krzepki facet w bojówkach i pomarańczowej czapce narciarskiej. Miał imponującą brodę i policzki czerwone od wiatru. Jego uśmiech był dziwnie czarujący.

Zmierzyła go od góry do dołu.

— Czy umiesz szybko pisać na komputerze?

Skrzywił się i potrząsnął głową.

— A sortować paczki? I dostarczać je?

— No, to mogę robić! Pracowałem tak przez dwa lata w liceum.

Wyglądał, jakby skończył liceum ze trzydzieści lat temu. Rozpoznałam kolegę Pollyanny.

Dalessandra wyciągnęła kolejną wizytówkę i długopisem, który wyglądał, jak gdyby był zrobiony ze złota, naskrobała coś na odwrocie.

— Przyjdź w poniedziałek i daj im tę wizytówkę. Praca na pełny etat. Plus dodatki — powtórzyła.

Facet trzymał wizytówkę, jakby to była wygrana w lotto.

— Moja żona nie uwierzy! Jestem bez pracy od sześciu miesięcy — cieszył się, przytulając każdą osobę na przystanku, w tym naszą dobrodziejkę, a potem mnie. To wszystko było jak tort urodzinowy spełniający marzenia.

— Do zobaczenia w poniedziałek, Ally — powiedziała, zanim przeszła przez ulicę i wsiadła na tylne siedzenie SUV-a z przyciemnionymi szybami.

— Czy to nie jest najwspanialszy dzień? — zapytał facet będący męskim wydaniem Pollyanny, szturchając mnie w żebra.

— Najwspanialszy — powtórzyłam.

Nie wiedziałam tylko, czy to był szczęśliwy los na loterii, czy pułapka. Koniec końców ta babka była wtedy na randce z Czarującym Ważniakodupkiem.

Ale nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby odrzucić taką propozycję i szansę.

Rozdział 4

Dominic

— Dzień dobry, Greto — powiedziałem, wręczając swojej asystentce jej codzienne cappuccino.

— Dzień dobry — odparła i zrobiła to, co zawsze: przyjrzała mi się uważnie od stóp do głów.

Odchyliła się na krześle i skrzyżowała ręce.

— Co się dzieje? — zażądała odpowiedzi, unosząc nordycką brew. Była tuż po sześćdziesiątce, nie cierpiała głupców i cechowała ją wręcz nieugięta lojalność. Byłem w pełni świadomy tego, że nie zasługiwałem na nią.

Kiedy jeden, jedyny raz wspomniała coś o emeryturze, dałem jej tak ogromną podwyżkę, że zgodziła się pozostać, dopóki nie skończy sześćdziesięciu pięciu lat. Osiągnie ten wiek za niecałe pół roku. I dlatego teraz byłem gotów podwoić ofertę.

Nie chciałem żadnej nowej asystentki i tych wszystkich kłopotów z docieraniem się. Poznawaniem kogoś.

Miałem bardzo wąski, wręcz ścisły, krąg znajomych. Greta była jego częścią i trwała przy mnie na dobre i na złe. Trzymała mnie w pionie.

Pracowała dla mnie w mojej poprzedniej firmie — przyszła jeszcze z mojego poprzedniego życia, gdy miałem w zwyczaju oceniać ryzyko i krzyczeć na ludzi. Nikt nie brał tego do siebie. To było jak klasyczne stąpanie po cienkim lodzie. Ja byłem sobą. Oni byli… cóż, też sobą. I wszystko grało.

Teraz nic nie działało, a kawałki lodu były tak ostre, że po stopach spływała mi krew.

Na szczęście Greta też tu była. I z poczuciem, że jest tutaj ktoś, komu mogę bezgranicznie ufać, przedzierałem się przez meandry i zawiłości papierów na dawnym stanowisku mojego ojca. Starałem się całych sił, aby wszystkim udowodnić, że krew Paula Russo nie zatruwa mnie od środka.

— Nic się nie dzieje — najeżyłem się. Oprócz tego, że po incydencie w pizzerii matka rzuciła się na mnie i chciała mnie zasztyletować, a potem pokroić na kawałki. Krytykując, nie wypowiedziała niczego wprost, ale ja już wiedziałem, co sobie myślała.

Że to było coś, co miał w zwyczaju robić mój ojciec. Wykorzystywać swoją pozycję i władzę, żeby zwolnić kogoś, kto ośmielił się mu przeciwstawić.

Było jeszcze gorzej.

Chociaż nie czułem się z tym dobrze, to nie potrafiłem się powstrzymać. Tłumiona od roku frustracja znalazła wreszcie ujście. Nie chodziło o to, że tamta kobieta była niewinną ofiarą. Tak po prawdzie to nie było w tej krągłej Czarownicy nic z „ofiary”.

Pomijając wyrzucenie z pracy, to chyba nam obojgu podobał się ten sparing.

— Kłamca — powiedziała czule Greta.

Byliśmy blisko, ale nie tak blisko. Z reguły nikomu się nie zwierzałem. Ani matce, ani Grecie. Ani nawet najlepszym przyjaciołom. To była część bycia Russo. Robiliśmy wszystko, co tylko było konieczne, żeby chronić dobre imię rodziny.

Nawet jeśli to oznaczało nieprzyznawanie się do błędów.

Przytruchtała właśnie kobieta w świetnie dopasowanej sukience, z tacą pełną przyciągających wzrok napojów w jednej ręce i czterema torbami na zakupy od Hermèsa w drugiej. Zmierzała prosto do sali konferencyjnej, kiedy mnie zauważyła. Jej oczy zrobiły się szerokie, niczym oczy sarny w świetle reflektorów. A wszystko od nadmiaru adrenaliny. Potknęła się, gdy czubek jej buta musnął dywan.

Odwróciłem wzrok, gdy zgniłozielony sok wpadł do jednej z torebek.

Krzyknęła i odbiegła.

Kolejny dzień, kolejny przerażony pracownik.

Zakładałem, że wszyscy się do mnie przyzwyczają. Najwyraźniej było to błędne myślenie. Przy mojej uroczej matce byłem bestią. Potworem przy bohaterce. Kiedy na mnie patrzyli, widzieli tylko mojego ojca.

— Może gdybyś się uśmiechnął od czasu do czasu… — zasugerowała Greta.

Przewróciłem oczami i wyciągnąłem telefon.

— Kiedy się uśmiecham, myślą, że pokazuję im efekt nowych i drogich zabiegów stomatologicznych.

— Wrrr — wzdrygnęła się, drażniąc się ze mną.

— Truj się dalej tym świństwem, kobieto — powiedziałem sucho.

— Może któregoś dnia dorośniesz do tego, żeby się napić kawy — odparła, trzepocząc rzęsami.

— Prędzej piekło zamarznie. — Byłem zagorzałym zwolennikiem herbaty, a to upodobanie nie miało nic wspólnego z napojem. To był mój bunt przeciwko jednej z wielu jeszcze innych rzeczy.

Kiwnęła głową w stronę okna. Na zewnątrz Nowy Jork zamarzł i zamarł.

— Wygląda na to, że właśnie tak się stało.

Oparłem się o jej biurko, przeglądając pocztę w telefonie.

— Od czego dzisiaj zaczynamy?

— Masz reklamę o dziesiątej, odbitki próbne do zatwierdzenia jeszcze przed południem. Irvin pyta, czy nie mógłbyś go zastąpić na spotkaniu w sprawie budżetu o czternastej. A Shayla chciała, żebyś jej teraz poświęcił pięć minut.

Greta kiwnęła głową gdzieś za mną i już wiedziałem, że redaktorka działu urody już tam stoi. Wyczułem tę aurę irytacji, która ją otaczała.

Odwróciłem się.

Przemknęły mi przez głowę słowa „posągowa” i „surowa”. Shayla Bruno zdobyła w wieku siedemnastu lat tytuł Miss Ameryki Nastolatek. Cieszyła się krótką karierą modelki, zanim przeniosła się na drugą stronę kamery i aparatu fotograficznego. Była starsza ode mnie o kilka lat, miała wyśmienity smak w zakresie biżuterii, razem ze swoją żoną wychowywała trójkę dzieci i — przynajmniej moim zdaniem — marnowała swoje talenty na stanowisku redaktorki działu urody.

Tym gorzej dla niej, że miała chrapkę na stanowisko, które obecnie piastowałem.

— Dzień dobry, Greto. Czy to dobry moment, panie Russo? — zapytała tonem, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do tego, że ma w nosie, czy to jest, czy nie jest właściwa pora.

— Dominic — przypomniałem jej już chyba setny raz. — Oczywiście — wskazałem na swój gabinet.

Przynajmniej przy niej nie musiałem udawać kogoś, kim nie byłem. Miłego i opiekuńczego. Albo zainteresowanego w jakikolwiek sposób jej życiem. Od razu rozpoznała we mnie obojętnego drania, którym w istocie byłem.

Kiedy wieszałem swój płaszcz, Shayla podeszła do podświetlanych tablic w rogu i przypięła układ strony.

Czyli to miało być jedno z takich spotkań.

— To nie jest właściwe — powiedziała, kładąc hebanową dłoń o długich palcach na tablicy. Błyszczące złote pierścionki zalśniły na szkle.

— Dlaczego? — Dołączyłem do niej przy tablicy i założyłem ręce. To była seria zdjęć produktów reklamowanych przez dwie modelki w studiu. Coś tutaj nie grało, ale nie wiedziałem, o co chodziło. I nie zamierzałem popisywać się tutaj swoją ignorancją i bawić w zgadywanki.

— Ujęcie modelki. Za małe, za słabe. Musi być jakiś element spinający, na pewno nie kardigan i pasek. Zawsze najważniejszy jest człowiek, nawet jeśli chodzi o reklamę produktu — wykładała. — To ludzie są jakąś historią, opowieścią.

Wydałem z siebie jakiś niezobowiązujący dźwięk. Faktycznie szczegóły artystyczne pozostawiłem projektantowi strony i pozwoliłem mu się tym zająć, bo istotnie nie miałem o tym, do cholery, zielonego pojęcia.

Jeśli miałbym wskazać jedną rzecz, której nienawidziłem bardziej niż tego, że się myliłem, to z pewnością byłaby to sytuacja, gdy o czymś nie miałem zielonego pojęcia.

— To trzeba zrobić jeszcze raz. Dalessandra nie zaakceptuje tego w obecnej postaci — powiedziała.

— Masz jeszcze jakieś sugestie? — Zaryzykowałem.

— Mogłabym pomyśleć, że dyrektor kreatywny drugiego co do wielkości na świecie magazynu o modzie nie potrzebuje żadnych sugestii — nie powiedziała tego złośliwie. Nie musiała. To był fakt.

Patrzyliśmy na siebie gniewnie przez dłuższą chwilę.

— Powiedz, co masz do powiedzenia — zwróciłem się do niej.

— Nie powinieneś siedzieć w tym gabinecie — wypaliła. — Nie ogarniasz tego. Nie spędziłeś długich lat swojego życia, pracując w tej branży, czytając te magazyny, żyjąc i oddychając modą. Teraz ktoś inny musi wykonywać twoją robotę i prowadzić cię za rączkę.

— I tym kimś jesteś ty? — zapytałem chłodno. — Czy w zakresie obowiązków masz doradzanie w sprawie układu stron poświęconych modzie?

— Nie. Ale ty masz. A jeśli nie potrafisz tego zrobić, spada to na kogoś, kto się na tym zna.

Chciałbym, żeby się myliła. I nie trafiła w sam środek mojego i tak już nadwyrężonego ego. Walczyłem z tą pracą i irytowało mnie, że inni to widzieli.

Nienawidziłem nie być w czymś najlepszy.

Ani porażek.

A już naprawdę nie znosiłem być z tego rozliczanym.

— Robię w ciągu dnia tysiące rzeczy, których nie mam w swoim zakresie obowiązków. Wszyscy tak powinniśmy — kontynuowała, wylewając potok słów. Chłód ustąpił zapałowi. — Jesteśmy zespołem, którego celem jest to, żeby każdy kawałek treści był tak wartościowy i przyciągający wzrok, jak to tylko możliwe. Nie powinieneś podejmować tak ważnych decyzji, gdy nie jesteś do tego odpowiednio przygotowany i przekonany. Nie powinieneś siedzieć przy tym biurku.

To był ogień z lodem.

— Wezmę to pod uwagę. Czy coś jeszcze?

Odniosłem wrażenie, że Shayla fantazjuje o posadzeniu mnie na krześle i wyrzuceniu go przez okno znajdujące się za mną.

Ambitna. I słusznie zła. Ale wkurzenie niczego nie zmieni. Byłem dyrektorem kreatywnym „Labela”. I znalazłbym sposób na to, żeby wykonywać tę pracę.

— Przeprojektuj to, zanim twoja matka to zobaczy. — Specjalnie dodała „twoja matka”, aby wbić mi szpilę.

Wiedziałem, bo też bym tak zrobił.

Już miałem nalegać, żeby coś zasugerowała, a przynajmniej poleciła projektanta, który miałby lepsze wyczucie niż poprzedni, gdy rozległo się pukanie do drzwi.

— Dominic, mój chłopcze. Znajdziesz pięć minut dla pewnego starszego pana?

Redaktor zarządzający Irvin Harvey, w garniturze i pod krawatem, wszedł do mojego gabinetu. Z uśmiechem na twarzy. Ten człowiek był jedynym kumplem, który przetrwał bezceremonialne usunięcie ze stanowiska mojego ojca. Był w „Labelu” od piętnastu lat. Znalazł się tu po tym, jak moja matka — mocno pod wpływem mojego ojca — przejęła go z domu mody. W wieku sześćdziesięciu pięciu lat był stereotypowym kierownikiem z Manhattanu. Dobrze wynagradzany, był świetnym gawędziarzem i miłośnikiem golfa. A ponadto mistrzem w utrzymywaniu relacji. Znał w branży każdego, kogo warto było znać, od projektantów po fotografów, klientów i reklamodawców.

Mój ojciec był drużbą Irvina na jego trzecim ślubie.

Jedynym powodem, dla którego tutaj pozostał, był fakt, że nigdy nie złożono na niego skargi. A on przysiągł mojej matce, że nie miał pojęcia, co kombinował jego stary kumpel Paul.

Ja nie byłem taki skłonny wierzyć mu na słowo. Rozumiałem jednak, że zastąpienie kolejnej osoby na tak wysokim stanowisku przysporzyłoby mamie dodatkowych kłopotów.

— Skończyliśmy? — zapytałem Shaylę.

— Sherry, przynieś mi kawę, dobrze? — zwrócił się do niej Irvin.

— Shayla — sprostowała szorstko.

Aż ja poczułem gniew, który w niej wręcz buzował.

Facet zapewne w restauracjach pstryka palcami na kelnerki.

Na moment przemknął mi przed oczami obrazek z moją pizzą pepperoni i kobietą, która ją przyniosła. Skrzywiłem się.

— Nalej sobie — powiedziałem do Irvina, wskazując głową bar znajdujący się tuż za drzwiami. Jeszcze do niedawna jego podstawową funkcją było przechowywanie butelek szampana i szkockiej. Teraz stało tam mnóstwo przeróżnych herbat i ekspres do kawy. Jednak przez cały czas trzymałem tam butelkę ulubionego białego wina mojej mamy i butelkę bourbona na szczególnie frustrujące dni.

— Och, nigdy nie mogę sobie poradzić z tym okropieństwem — oznajmił radośnie Irvin, mrugając do Shayli, a potem uśmiechając się do mnie.

— Porozmawiamy później, Shayla — powiedziałem, odprawiając ją. Zrobiłbym tę cholerną kawę, jeśli tylko oznaczałoby to, że nie musiałbym się zastanawiać, jak pozbyć się plamy krwi z dywanu.

Skinęła nam obu chłodno głową i wyszła.

— Co mogę dla ciebie zrobić, Irvin? — zapytałem, zaczynając robić dla niego espresso.

— Wczoraj byłem na drinku z klientami z Barneys. Nadrabialiśmy zaległości, plotkowaliśmy jak nastolatki. — Patrzył na panoramę rozciągającą się z mojego okna. — Wiesz, jaki jest Larry — rzucił.

Nie miałem pojęcia, kim był Larry. Ale to był znak rozpoznawczy mojego układu z Irvinem od czasu, gdy objąłem stanowisko. Zastępowałem mu mojego ojca. Wyobrażałem sobie, że ci dwaj wypili niejedną szkocką w tym gabinecie.

Ale nie byłem moim ojcem i nie miałem czasu na plotki. Podałem mu kawę.

Irvin najwyraźniej sobie przypomniał, że nie byłem Paulem.

— W każdym razie po kilku martini z dżinem Larry się rozluźnia. Rozwiązuje mu się język. Wspomniał mi, że słyszał pewne plotki na temat twojej matki i rozwodu. Czy obecnie spotyka się z kimś nowym? — Uniósł sugestywnie swoje srebrne brwi.

Nie miałem pojęcia. Nie byłem pewny, czy powinienem wiedzieć, czy kogoś ma.

— Rozumiem — powiedziałem, wyraźnie ignorując pytanie. Nawet jeśli miałem takie informacje, pan Luźny Język Zgadnij Co Słyszałem niekoniecznie musiał o tym wiedzieć.

Mojej matce i temu magazynowi nie było potrzeba więcej szkód spowodowanych przez Paula Russo. Każde pytanie i każdy wywiad na temat zaistniałej sytuacji spotykały się ze stoickim spokojem i konsekwentnym milczeniem. To był modus operandi Russo. Chronić dobre imię bez względu na koszty.

Nawet jeśli to oznaczało chronienie złoczyńcy.

— W każdym razie pomyślałem, że chciałbyś wiedzieć. To tylko plotki — powiedział Irvin, popijając kawę. — Wszyscy o tym zapomną, gdy tylko pojawi się coś bardziej ciekawego i skandalicznego.

— Wezmę to pod uwagę — odparłem.

Rozdział 5

Ally

Dzięki Bogu za wi-fi. Dzisiaj w Foxwood był internet.

Triumfalnie wyciągnęłam zmarznięte palce z rękawów dwuwarstwowej bluzy i zalogowałam się do FBI Surveillance Van 4.

Był sobotni poranek i miałam trzy godziny do odjazdu pociągu, którym jechałam do miasta.

Spędziłam godzinę na wyrzucaniu gruzu przez okno z drugiego piętra do maleńkiego śmietnika, który znajdował się na podwórku mojego ojca.

Kolejną poświęciłam na zleconą mi pracę nad projektem logo dla rodzinnego sklepu mięsnego w Hoboken. Zapłacili mi w sumie dwieście dolarów.

Może i niewiele, ale te dolce oznaczały, że przez kilka dni mogłam podkręcić termostat o cały hedonistyczny stopień albo dwa. Dokładnie, panie i panowie, być może uda mi się rozebrać i chodzić w tylko jednej warstwie ubrania! Zatem sklep Frances Brothers Butcher Shop dostał najlepsze logo, jakie tylko byłam w stanie zaprojektować.

Korzystając z bezpłatnego hotspota, w wyszukiwarce internetowej wpisałam hasła „Dalessandra Russo” i „Label Magazine”. Przewinęłam wyniki, które już wcześniej widziałam. Okazało się, że magazyn „Label” przechodził ostatnio okres „przejściowy”. Było też całe mnóstwo informacji na temat wspaniałej Dalessandry. Była modelka została potentatką w branży modowej, a także redaktorką naczelną jednego z istniejących jeszcze na rynku i najbardziej poczytnych w kraju magazynów o modzie i urodzie. Jej mąż od czterdziestu pięciu lat, Paul, około trzynastu miesięcy temu zrezygnował z funkcji dyrektora kreatywnego tego magazynu.

Oficjalnie ogłoszono, że ich drogi zawodowe i prywatne się rozeszły. Jednak jeśli wierzyć portalom plotkarskim, stał za tym spory skandal, który w tym samym czasie zmiótł jeszcze kilku innych pracowników, głównie kobiet. Blogi żywiły się co rusz plotkami na ten temat, ale wszystkie tropy prowadziły do wniosku, że to pozamałżeńskie układy Paula odegrały główną rolę w rozpadzie ich wszelkich zawodowych i prywatnych relacji.

Pocieszyłam się, że nawet tak bystra i mądra kobieta jak Dalessandra dała się wykiwać.

Mój wzrok przesunął się z ekranu laptopa do olbrzymiej i ciężkiej wanny na szponiastych nogach wciąż tkwiącej na podłodze w salonie. Następnie do dziury w suficie.

Tak. Nawet sprytni i bystrzy dają się czasem wystawić.

— Puk, puk! — zaćwierkała wesoła kobieta z rumuńskim akcentem, przeciskając się przez drzwi.

Naprawdę powinnam wymienić zamek i zacząć go używać.

— Pani Grosu. — Zamknęłam laptopa, mentalnie rezygnując ze swoich wyszukiwań aż do powrotu z dwóch zmian za barem. Jeśli do tego czasu nie zniknie internet.

— Cześć, sąsiadko — powiedziała, krzątając się z żółtym naczyniem do zapiekania.

Pani Grosu była wdową, mieszkała obok w schludnym dwupiętrowym domu z cegły, który otoczony był tak precyzyjnie przyciętym żywopłotem, jakby użyto do tego lasera. Miała czworo dzieci i siedmioro wnucząt, które co tydzień przychodziły do niej na niedzielny obiad.

Uwielbiałam ją.

— Przyniosłam ci zapiekankę wiejską amiszów — oznajmiła wesoło. Moja kochana, przeurocza sąsiadka miała w życiu dwie miłości: karmienie ludzi i Pinterest. W tym roku eksperymentowała z kuchnią różnych kultur, a ja czerpałam z tego wszelkie korzyści.

— Ależ to miłe z pani strony — odpowiedziałam.

Chociaż wszystko inne w moim życiu było naprawdę do chrzanu, to wygrałam los na loterii, jeśli chodzi o sąsiadów mojego taty. Byli niesamowicie zabawni i nieprzyzwoicie wręcz wielkoduszni.

Cmoknęła.

— Kiedy wreszcie pozbędziesz się tego grzmota z salonu?

— Wkrótce — obiecałam. Ta wanna musiała ważyć z trzysta funtów. Dźwiganie jej na pewno nie było zajęciem dla jednej kobiety.

— Tylko daj znać, a przyślę ci moich synów do pomocy.

Synowie pani Grosu dobiegali sześćdziesiątki i nie nadawali się już do dźwigania takich ciężarów.

— Dam radę — upierałam się.

Przewróciła tylko oczami i podreptała do kuchni.

— Postawię to tutaj. Przepis jest na przylepnej karteczce — zawołała ze swoim mocnym akcentem.

— Dziękuję — wrzasnęłam za nią, wykopując się spod sterty koców.

— To ja chciałam podziękować tobie — powiedziała, wracając do salonu, gdy udało mi się wreszcie wstać z kanapy. — Przynosiłaś mi zakupy, gdy w zeszłym tygodniu nogi spuchły mi jak arbuzy.

W niekończący się sposób oddawałyśmy sobie wzajemnie przysługi, co, muszę przyznać, podobało mi się. Miło było dać coś komuś od siebie, cokolwiek, nawet gdy zasoby się wyczerpywały.

Urwała, gdy spojrzała na termometr.

— Tu jest zimniej niż w lodówce — narzekała.

— Nie jest tak źle — upierałam się, grzebiąc przy ogniu w kominku z cegły, którego mój ojciec rzadko używał. Miałam jeszcze jedno polano na później. A potem zamierzałam włączyć piec, który ogrzewał dom do całych pięćdziesięciu stopni Fahrenheita, gdy byłam w pracy.

Nigdy wcześniej nie było mi tak ciężko w życiu, ale wydawało mi się, że jakoś sobie radzę.

— Dlaczego nie chcesz wziąć ode mnie pieniędzy? — Kobieta nadąsała się, krzyżując ręce na gigantycznych piersiach. Wszystko w pani Grosu było łagodne, z wyjątkiem jej matczynego tonu głosu.

— Już zapłaciła pani za śmietnik — przypomniałam jej.

— E tam! — wykrzyknęła, machając ręką, jakby wydanie kilkuset dolarów na paskudztwo, które w dodatku obniżało wartość jej posesji, było niczym.

— To jest mój bałagan. Ja się muszę z tym uporać — powiedziałam. — Potrzebuje pani pieniędzy na prezenty wielkanocne dla wnuków i na swoją wycieczkę.

— Mówiłam ci, że idziemy do męskiego kabaretu w Cozumel? — zapytała, odchylając głowę i wręcz rycząc ze śmiechu.

Mówiła. A ja nie mogłam wyrzucić z głowy tego obrazka. Pani Grosu i jej pięć najbliższych koleżanek na corocznej babskiej wycieczce. Aż dziw, że jeszcze ich nie aresztowano. Zawsze jednak tam jeździły.

— Myślę, że coś pani wspominała — powiedziałam, wkładając ręce do kieszeni bluzy.

— Okej. Dobrze. To chodźmy. — Objęła mnie ramieniem i pociągnęła w kierunku drzwi.

— Dokąd? — zapytałam. — Nie mam butów ani pieniędzy.

— Załóż buty. Nie potrzebujesz pieniędzy.

To dopiero było dobre. Właśnie że desperacko potrzebowałam pieniędzy.

— Mam trochę pracy — próbowałam się wymigać.

— Nie. Ty zawsze masz jakąś pracę. W kalendarzu na lodówce jest zaznaczone, że zaczynasz pracę o piętnastej. Dojazd do pracy zajmuje ci czterdzieści pięć minut. Dlatego masz czas, żeby pójść ze mną.

Spierałam się z nią już wcześniej i zawsze przegrywałam.

— To, co robisz dla swojego ojca, jest bardzo dobre, piękne i szlachetne. Nie pozwolimy ci przechodzić przez to samotnie — powiedziała, wpychając mnie w zimowy płaszcz.

Założyłam buty i poszukałam torebki.

— Nie wiem, co to znaczy — przyznałam. — I co to znaczy „my”?

— W poniedziałek zaczynasz nową pracę. Pan Mohammad i ja zabieramy cię do tego sklepu z używaną odzieżą, który tak lubisz. Musisz sobie kupić coś ładnego i odpowiedniego do biura.

Wbijałam obcasy w zniszczoną sklejkę, upewniając się, że omijam pasek pinezek tapicerskich od wykładziny.

— Nie, nie ma mowy.

Pani Grosu często opowiadała o swoich starszych braciach i ich zapaśniczych umiejętnościach. Widocznie musieli ją nauczyć kilku sztuczek, bo jakimś cudem jednak znalazłam się na zewnątrz. Pan Mohammad, etiopski imigrant, który przybył do Stanów kilka dekad przed moimi narodzinami, pomachał ze swojego dwudziestoletniego samochodu.

— Och, nie. On ma samochód — powiedziałam.

— Więc widzisz, jakie to jest ważne? — odpowiedziała pani Grosu.

Naprawdę było bardzo niewiele powodów, które mogłyby przekonać pana Mohammada do wyprowadzenia auta z garażu. Dwudziestoletni samochód był zaparkowany gdzieś w sąsiedztwie i miał przebieg tylko około ośmiuset mil. A to dlatego, że jego uśmiechnięty wąsaty właściciel uwielbiał chodzić. Zanim pan Mohammad przeszedł na emeryturę, codziennie pokonywał dwie mile do pracy — był kierownikiem sklepu spożywczego. Później też chodził. A teraz już tylko co niedzielę do kościoła i co środę na brydża do domu kultury.

Mój tata był jego partnerem do gry. Razem byli nie do pokonania, bo stosowali nieczytelną dla innych mowę ciała.

Tyle rzeczy się zmieniło w tak krótkim czasie. Teraz, zamiast opiekować się moim tatą, jego sąsiedzi troszczyli się o mnie.

— Nie opieraj się. Mamy niezłe emerytury, które w zupełności starczają nam na nasze potrzeby. A dzisiaj w sklepie z używaną odzieżą jest dzień seniora — powiedziała pani Grosu, wpychając mnie na tylne siedzenie.

— Cześć, Ally — zaświergotał pan Mohammad. Był najbardziej radosną i szczęśliwą osobą, jaką znałam.

— Panie Mohammad, nie mogę wam na to pozwolić.

— Po prostu wyluzuj, dziewczynko — nalegał. — Chcemy to zrobić.

To była prawda. Naprawdę chcieli. Całe sąsiedztwo taty zdawało się funkcjonować na zasadzie „kochaj bliźniego swego”. Kiedy sprzedam dom taty i będzie już po wszystkim, zwrócę im. I tak bardzo będę za tym tęsknić.

— Dobrze — westchnęłam. — Ale zwrócę wam wszystko.

Pan Mohammad i pani Grosu przewrócili tylko oczami.

— Nie wygłupiaj się, Ally — powiedział pan Mohammad i włączył kasetę z piosenkami Billy’ego Joela.

Rozdział 6

Ally

Biura „Labela” zajmowały czterdzieste drugie i czterdzieste trzecie piętro lśniącego biurowca w Midtown. To był nietuzinkowy budynek, w którym nietuzinkowi ludzie wykonywali nietuzinkową pracę.

Miałam na sobie ołówkową spódnicą kupioną po okazyjnej cenie i koronkowe legginsy, od których swędziały mnie nogi. Udało mi się dodać do tego stroju własny akcent w postaci dwóch grubych kolorowych gumek do włosów, które naciągnęłam na nadgarstki. Funkcjonalnie i modnie. A przy okazji również tańsze niż diamentowa bransoletka.

Kiedy ruszyłam windą do nieba, serce trzepotało mi jak oszalałe. Byłam zawodowcem w kwestii rozpoczynania nowej pracy. Świetnie sobie radziłam z ludźmi. Jednak wejście do tej windy z kobietami wyższymi ode mnie o głowę i sporo lżejszymi otworzyło mi oczy. Tak samo jak facet pchający wózek z dwoma tuzinami torebek z prezentami od Chanel.

Pachniało tutaj bardzo drogo, markowymi perfumami, luksusowymi kremami i balsamami. Tymczasem nade mną unosił się zapach szamponu cytrynowego z przeceny.

Gazela obok mnie balansowała tacą z filiżankami z kawą. Udało jej się ją utrzymać, za to spadł jej telefon.

Podniosłam go z podłogi, ponieważ byłam najbliżej. Pozostałym nimfom pewnie zajęłoby z dziesięć sekund, żeby zgrabnie zgiąć się z wysokości i dosięgnąć podłogi.

— Proszę — powiedziałam, podając jej telefon.

— Dzięki — wydyszała. — Jestem taka niezdarna, a tu wciąż każą mi biegać po kawę na dół.

W swoich rubinowych zamszowych szpilkach miała chyba z sześć stóp wzrostu. Miała urodę będącą chyba mieszanką indiańsko-japońską. W każdym klubie albo pubie w mieście zrobiłaby furorę. Tutaj parzyła kawę, zanosiła i odnosiła filiżanki. Właśnie zaczęłam się zastanawiać, czy aby przypadkiem moja nowa praca nie będzie polegała na szorowaniu toalet.

Miałam to w nosie. I tak jej potrzebowałam.

Poza tym żadna z tych osób prawdopodobnie nie jadła ani nie piła. Zatem nikt nie korzystał z toalet i pewnie były one bez skazy.

— Jesteś modelką, która podaje kawę? — zapytałam.

Spojrzała na mnie, zamrugała, a potem wybuchnęła śmiechem. Taca znowu niebezpiecznie się zachwiała.

Dla bezpieczeństwa wzięłam ją od niej.

— To miłe z twojej strony — odparła, uśmiechając się do mnie. — Pracuję w dziale administracyjnym „Labela”.

— Ale wyglądasz jak… — powiedziałam, machając wolną ręką w kierunku jej twarzy. — Czy „Label” ma nadwyżkę kobiet z okładek i przesuwa je do innych działów?

— Bardzo szybko piszę, a organizacja pracy jest wręcz moją religią. Gdyby ktoś postawił mnie przed obiektywem, chybabym zwiała. Poza tym nie umiem się uśmiechać na zawołanie. — Podniosła swój firmowy identyfikator. Na niewyraźnym zdjęciu wyglądała, jakby chciała schować głowę w piasek. — Pracujesz w tym budynku? — zapytała.

— Prawie. Pierwszy dzień.

— Świetnie. W jakiej firmie?

— W Labelu — odpowiedziałam.

— No to pracujemy razem — zaćwierkała. — A tak przy okazji, jestem Gola. Jaki dział?

— Jestem Ally. Nie jestem pewna, gdzie wyląduję. Dalessandra po prostu kazała mi przyjść i się na nią powołać.

Gola zamrugała.

— Dalessandra Russo? — wypowiedziała to nazwisko głosem pełnym podziwu i strachu zarazem.

— Tak.

— To ciekawe — wyznała.

— Też tak myślę.

Winda zadzwoniła i drzwi otworzyły się na czterdziestym trzecim piętrze. Obie wyszłyśmy.

— Tutaj, zaprowadzę cię do recepcji — zaproponowała, odbierając mi swoją tacę z kawami.

— Dzięki. To naprawdę miłe z twojej strony.

Otworzyłam jedne ze szklanych drzwi przed Golą.

— Lekcja pierwsza, nie wszystkie jesteśmy modelkami i nie wszystkie jesteśmy wredne. Ale niektóre z nas mają obie te cechy — powiedziała Gola, prowadząc mnie do blatu w kształcie podkowy z białego kwarcu. Stała tam rudowłosa kobieta o cerze w kolorze kości słoniowej ubrana w elegancką sukienkę w kratę.

Poczułam się, jakbym pojawiła się na balu maturalnym w piżamie.

— Ruth, to Ally. Przyszła tutaj w sprawie pracy z polecenia Dalessandry — powiedziała Gola, unosząc brew.

— Na jakim stanowisku? — zapytała Ruth, obejmując delikatnie dłonią podbródek.

— No i to jest najlepsze. Ona nawet nie wie!

— Z całą pewnością nie chodzi o fuchę modelki z okładki — zażartowałam. — Dała mi tę wizytówkę i powiedziała, żeby się na nią powołać. — Wyjęłam z kieszeni płaszcza wizytówkę Dalessandry i wręczyłam ją Ruth.

— To niesamowite! — ożywiła się rudowłosa. — Dzisiaj to już druga taka sytuacja. — Wskazała mi małą poczekalnię. Niskie krzesła z białej skóry wyglądały na bardziej modne niż wygodne. W złotych donicach przy oknach z widokiem na ponurą panoramę Midtown lśniły zielone paprocie.

Facet z przystanku autobusowego siedział ostrożnie na jednym z tych dziwadeł. Nerwowo bujał nogą. Przystrzygł włosy i brodę. Miał na sobie pomarańczowy sweter, który dość mocno go opinał, przez co przypominał dynię.

Sprawiał wrażenie tak szczęśliwego, że trochę bałam się o niego.

— Cześć, kumpelko z przystanku! — Pomachał do mnie.

— Hej. — Odmachałam i wysłałam mu tyle dobrej energii, ile tylko potrafiłam. Wredni ludzie zjadali takich jak on na śniadanie.

— Znacie się? — zapytała Gola. — To jeszcze bardziej intrygujące.

Odwróciłam się do kobiet.

— Czyli mówicie, że takie sytuacje nie zdarzają się tutaj często? — Ciekawiło mnie, czy to Dalessandra miała w zwyczaju być dobrą wróżką bezrobotnych.

— Nigdy — powiedziała Ruth. — Może to są oznaki kryzysu wieku średniego.

— Kobieta ma sześćdziesiąt dziewięć lat — przypomniała jej Gola.

— Jeśli ktokolwiek może dożyć stu czterdziestu lat i nadal świetnie się trzymać, to jest to właśnie Dalessandra — upierała się Ruth.

— Muszę iść — powiedziała Gola, żonglując kawami. — Ale może zjemy dzisiaj razem lunch? Musisz mi koniecznie opowiedzieć ze wszystkimi szczegółami, jak poznałaś Dalessandrę.

— Za bardzo nie ma o czym mówić. Facet, który był z nią na randce, doprowadził do zwolnienia mnie z pracy.

Gola i Ruth kolejny raz wymieniły się spojrzeniami.

— Była z kimś na randce? — wyszeptała radośnie Ruth.

— Mój numer wewnętrzny znajdziesz na liście firmowej. Jestem jedyną Golą.

— Do mnie też zadzwoń — powiedziała Ruth. — Muszę znać szczegóły randkowej kolacji!

Miałam już kumpele na lunch. Nieźle.

— Świetny pomysł.

Gola cofnęła się i wyszła przez szklane drzwi, a ja odetchnęłam z ulgą, gdy się okazało, że kawa przetrwała.

— Zadzwonię do biura Dalessandry poinformować, że jesteś — powiedziała Ruth, podnosząc słuchawkę telefonu.

Patrzyłam, jak posępna kobieta w gołębioszarej marynarce podchodzi do mojego kumpla z przystanku. Wstał i uśmiechnął się do niej. Zmarszczyła brwi.

— Proszę pójść za mną — usłyszałam, jak powiedziała zupełnie bez entuzjazmu.

Mój kumpel uniósł kciuk do góry. Drugą ręką przycisnął do piersi brązową torbę z lunchem.

— Proszę, niech nowe miejsce pracy będzie dla niego przyjazne — wyszeptałam.

— Ally, Dalessandra czeka na ciebie — powiedziała Ruth, odkładając słuchawkę. — Musisz tylko przejść przez tamte drzwi, a potem korytarzem dookoła. Ostatnie drzwi po lewej stronie. Zobaczysz dwoje przerażonych asystentów siedzących z przodu.

O, jak fajnie.

— Dzięki, Ruth.

— Powodzenia! Do zobaczenia na lunchu.

Jeśli dożyję.

***

Bez potrzeby pytania kogokolwiek o drogę znalazłam gabinet i dwoje asystentów, z których tylko jedno wyglądało na przerażone. Co było nie lada wyczynem, ponieważ każdy, kogo mijałam na tym korytarzu, wyglądał, jakby uciekał z pola bitwy. Całe piętro było w permanentnym pośpiechu. Wydawało się, że ludzie znajdują się na skraju wytrzymałości.

Być może to ja byłam przewrażliwiona i nadinterpretowałam wszystko, a znalazłam się w typowym środowisku biurowym. Za „Label Magazine” stała potężna firma, a to oznaczało dużo pieniędzy, władzy i wpływów. I prawdopodobnie duży odsetek cierpiących na wrzody żołądka.

— Cześć. Jestem Ally — powiedziałam, zaskakując siedzącego bliżej asystenta tak, że omal nie spadł z krzesła. Jakoś nie upadł, za to zgubił skuwkę od pióra.

Złapał się za klatkę piersiową.

— Jasna anielka.

— Och, na litość boską, John — poskarżyła się druga asystentka. — Wiedziałeś przecież, że recepcja przysyła tutaj kogoś. — Wstała, podczas gdy Skoczny Skoczek podskakiwał i uwijał się, szukając skuwki.

— Jestem Gina — powiedziała. — Proszę ze mną.

Poszła drogą prowadzącą do gabinetu o szklanych ścianach.