Czyste zło - Lisa Gardner - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Czyste zło ebook i audiobook

Lisa Gardner

4,6

122 osoby interesują się tą książką

Opis

W górach Georgii odnaleziono szkielet kobiety. Ale prawda o tej zbrodni wciąż owiana jest tajemnicą.

Sprawa psychopatycznego porywacza Jacoba Nessa wciąż pozostaje otwarta, choć on sam od dawna nie żyje. Agentka specjalna FBI Kimberly Quincy i detektyw bostońskiej policji D.D. Warren nieustannie szukają śladów, które pozwolą ujawnić prawdziwą skalę jego zbrodni.

Wydaje się, że makabryczne odkrycie w Appalachach ma związek z działalnością Nessa. Do małej mieściny w górach przyjeżdżają więc obie, Kimberly i D.D., i zabierają ze sobą jedyną osobę, która ma szansę poskładać nowe dowody w całość: Florę Dane, ocalałą ofiarę psychopaty.

W miasteczku wydarzyło się coś naprawdę złego. To, co z początku przypominało gotycką tajemnicę, staje się jeszcze bardziej przerażające, kiedy okazuje się, że najgorsze sekrety Nessa wciąż kryją się w mroku.

Agentka specjalna FBI i policyjna detektyw będą musiały wykorzystać wszystkie umiejętności, by poprowadzić najbardziej makabryczne dochodzenie w swojej karierze, a Flora jeszcze raz zmuszona będzie sięgnąć do swoich mrocznych wspomnień, by spróbować rozliczyć się z przeszłością i – być może – uratować innych. Nie wie jeszcze, że czeka ją zadanie znacznie niebezpieczniejsze, niż sądzi. Bo Czyste zło przez lata wcale nie zasnęło i jest bliżej, niż komukolwiek się wydaje.

Łańcuch morderstw, wybuchowy zespół FBI i dziewczyna, która od dawna milczy, ale od dawna też pragnie zemsty.

Karin Slaughter

Thriller psychologiczny, który szokuje zwrotami akcji i zmusza do przewracania kolejnych stron. Ta fabuła i postaci nie pozwolą ci przestać czytać. Lisa Gardner jest u szczytu kariery!

Kathy Reichs

Ta książka to prawdziwa torpeda, którą w stronę czytelników wystrzeliła Lisa Gardner, to kulminacja jej talentu. Zaczyna się spokojnie, od intymnego, osobistego punktu widzenia, a potem dodaje gazu i eksploduje, zostawiając czytelnika bez tchu.

Gregg Hurwitz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 486

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 51 min

Lektor: Anna Szawiel

Oceny
4,6 (297 ocen)
200
74
18
5
0
Sortuj według:
Milenaq

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna
00
aluleo

Nie oderwiesz się od lektury

Jak wszystkie poprzednie książki Lisy Gardner tak i tę czyta się jednym tchem.
00

Popularność




W GÓRACH GEORGII ODNALEZIONO SZKIELET KOBIETY.

ALE PRAWDA O TEJ ZBRODNI WCIĄŻ JEST POGRZEBANA.

Sprawa psychopatycznego porywacza Jacoba Nessa pozostaje otwarta, choć on sam od dawna nie żyje. Agentka specjalna FBI Kimberly Quincy i detektyw bostońskiej policji D.D. Warren nieustannie szukają śladów, które pozwolą ujawnić prawdziwą skalę jego zbrodni.

Wydaje się, że makabryczne odkrycie w Appalachach ma związek z działalnością Nessa. Do małej mieściny w górach przyjeżdżają więc obie, Kimberly i D.D., i zabierają ze sobą jedyną osobę, która ma szansę poskładać nowe dowody w całość: Florę Dane, ocalałą ofiarę psychopaty.

W miasteczku wydarzyło się coś naprawdę złego. To, co z początku przypominało gotycką tajemnicę, staje się jeszcze bardziej przerażające, kiedy okazuje się, że najgorsze sekrety Nessa wciąż kryją się w mroku.

Jedynej pomocy śledczym może udzielić pewna młoda dziewczyna, która wprawdzie nie mówi, ale jej milczące wołanie o sprawiedliwość jest głośniejsze od krzyku.

LISA GARDNER

Amerykańska autorka powieści kryminalnych. Urodziła się i wychowała w Oregonie, studiowała na Uniwersytecie Stanu Pensylwania. Po opublikowaniu debiutanckiej książki, Mąż doskonały, która okazała się niesamowitym sukcesem, zajęła się pisaniem na pełny etat. Dotychczas do księgarni trafiło dwadzieścia jej powieści, z których większość miesiącami zajmowała czołowe miejsca na liście bestsellerów „New York Timesa”. Sąsiad został uznany przez International Thriller Writers za Thriller Roku 2010 i nagrodzony francuską Grand prix de lectrices de Elle. Książki Lisy Gardner ukazały się w ponad 30 krajach.

Autorka obecnie mieszka New Hampshire i kiedy nie pisze, zajmuje się ogrodem i zwierzętami, podróżuje lub wybiera się na piesze wędrówki.

lisagardner.com

Tej autorki w Wydawnictwie Albatros

POWIEM TYLKO RAZ

CZYSTE ZŁO

Wkrótce

SAMOTNA

Tytuł oryginału:

WHEN YOU SEE ME

Copyright © Lisa Gardner, Inc. 2020All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2021

Redakcja: Joanna Kumaszewska

Zdjęcie na okładce: © Miguel Sobreira/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8215-591-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla mojej pięknej mamy, mimo że na wieczorach autorskich opowiada, jak to wysadzała mnie na nocnik. Dzięki, że wierzysz w moje powieści, mamo, i dajesz mi odwagę, żebym próbowała. Kocham Cię!

Prolog

MOJA MAMA LUBI NUCIĆ pod nosem. Stoi przy kuchni, miesza jakąś potrawę albo jej próbuje i bez przerwy nuci, nuci, nuci.

Siedzę na krześle przy stole. Mam do wykonania zadanie. Ucieram ser. To łatwe. Queso blanco kruszy się przy pierwszym dotyku. Ale i tak jestem dumna, że biorę udział w przygotowywaniu posiłku.

Mama twierdzi, że nie trzeba być wcale bogaczem, by jeść po królewsku. Mówi tak pewnie dlatego, że bardzo lubi gotować. Wszyscy przychodzą do naszej kuchni, żeby zjeść jej domową salsę, jej niepowtarzalny sos mole albo moje ulubione małe cynamonowe churros oblane czekoladą.

Mam pięć lat, dosyć, by mieszać czekoladę, która topi się w garnku na kuchni. Lentamente, mówi mama. Ale też nie za wolno, bo się przypali.

Roztopiona czekolada jest gorąca. Za pierwszym razem wsadziłam do garnka mały palec, bo chciałam jej spróbować. Sparzyłam najpierw palec, a potem usta, gdy go oblizałam. Mama pokręciła głową, kiedy wybuchłam płaczem. Otarła mi fartuchem policzki i powiedziała, że ze mnie głupiutka chiquita i muszę dorosnąć i zmądrzeć. I nigdy już mam nie wsadzać ręki do garnków, w których coś się gotuje.

Ja to jej chiquita. Ona to moja mamita. Tak na siebie mówimy. Uwielbiam patrzeć, jak mamita krząta się po kuchni. Kiedy to robi, jest szczęśliwa. Na jej twarzy nie kładzie się cień. Wydaje się wyższa. Wygląda znów jak moja mama, a nie smutna kobieta, która wychodzi rano z domu w szarym uniformie pokojówki. Albo, co jeszcze gorsze, jak wystraszona kobieta, gdy wraca czasem w środku dnia, wciska mnie do szafy i ostrzega, żebym nawet nie pisnęła.

Zawsze słucham mamy. To znaczy, raz jej nie posłuchałam. Pobiegłam za brązowym szczeniakiem, bo chciałam go pogłaskać, i jakiś samochód przejechał obok mnie tak szybko, że poczułam wiatr we włosach. Chwilę później mama złapała mnie za ramię i na mnie nakrzyczała. Nie, nie, nie! Tak nie wolno! Dała mi klapsa i to zabolało. Potem siadła ze mną na czerwonej ziemi i płacząc i kołysząc się, trzymała mnie w objęciach. A to zabolało jeszcze bardziej. Jednocześnie kłuło mnie w brzuchu i piersiach.

– Musisz mnie słuchać, kochanie. Mamy tylko siebie. Więc musimy na siebie bardzo uważać. Ty jesteś moja, a ja jestem twoja, na zawsze.

Tamtego dnia otarłam łzy z policzków mamy. Oparłam czoło o jej drżące ramię i obiecałam, że zawsze będę grzeczna.

Teraz, kiedy mam pięć lat, sama chodzę do szkoły i sama z niej wracam. A potem siedzę sama przez całe popołudnie i to jest, jak mówi mama, nasz sekret. Innym mogłoby się to nie spodobać. Mogliby mnie zabrać.

Nie chcę, żeby mnie zabrali. Dlatego jestem dzielną dziewczynką. Wracam do domu, włączam nasz mały telewizor, oglądam kreskówki i czekam. Czasami rysuję. Uwielbiam kolorować i malować. I zawsze pamiętam, żeby po sobie posprzątać. Moja mamita ciężko pracuje, szorując i sprzątając po innych. Codziennie wychodzi w uprasowanym uniformie i wykrochmalonym białym fartuszku. I codziennie wieczorem wraca zmęczona i pozbawiona sił. A to są te dobre dni. Kiedy indziej wraca do domu smutna i przerażona i musi ściągnąć z siebie szary strój, włożyć kolorową spódnicę i ruszyć prosto do kuchni, by móc się znowu uśmiechnąć.

Teraz jest wieczór. Jemy burritos z gotowaną na wolnym ogniu czarną fasolą i kawałkami kurczaka. To musi być wyjątkowy wieczór, bo nie zawsze jemy kurczaka. Mięso dużo kosztuje, a my musimy oszczędzać.

Mama jest jednak szczęśliwa i miesza w garnku fasolę. W piekarniku pieką się tortille. Nasza kuchnia jest mała, ale jasna. Czerwone kafelki, niebieskie i zielone ściany. Garnki odziedziczone przez mamę po swojej matce, którą musiała opuścić dawno temu i której nigdy już nie zobaczy. Ale dostała je właśnie od niej, więc jej mama będzie z nią zawsze, a pewnego dnia będzie i ze mną.

– Człowiek nie potrzebuje wielu rzeczy – lubi powtarzać moja mama. – Potrzebuje tylko tych właściwych.

Słyszę dobiegające z oddali wycie. To kojoty, które do siebie śpiewają. Mamą wstrząsa dreszcz, gdy je słyszy, ale mnie się to podoba. Chciałabym odrzucić do tyłu głowę i wydać taki sam żałosny krzyk.

Zamiast tego nucę pod nosem jak mama. A potem bawię się z nią w moją ulubioną grę.

– Mamita – mówię.

– Chiquita – odpowiada ona.

– Bonita mamita – mówię.

Mama się uśmiecha.

– Linda chiquita – odpowiada.

– Muy bonita mamita.

– Muy linda chiquita.

Chichoczę, bo jesteśmy jedną drużyną, małą dwuosobową drużyną, i to my teraz śpiewamy do siebie.

– Ale z ciebie głupiutka chiquita – mówi mama, a ja znowu chichoczę, kradnę kawałek queso blanco i przebieram pod krzesłem nogami z radości.

– Kolacja – ogłasza mama, wyjmując z piecyka tortille.

Kojoty znów wyją. Mama robi znak krzyża. Chyba cieszę się, że ja jestem jej, a ona jest moja.

ZŁY CZŁOWIEK PRZYCHODZI PO kolacji. Mama stoi przy zlewie i zmywa naczynia. Ja stoję obok i je wycieram.

Zły Człowiek puka do drzwi, mocno i głośno. Mama zastyga przy zlewie. Na jej twarzy pojawia się cień, lecz ja nie wiem, o co chodzi.

Wiem tylko, że się boi. A jeśli ona się boi, ja boję się także.

– Do szafy – szepcze do mnie.

Ale jest już za późno. Mężczyzna otwiera na oścież tylne drzwi i włazi do środka. Zajmuje prawie całe wolne miejsce. Kuchnia, zawsze w sam raz dla naszej dwuosobowej drużyny, teraz wydaje się strasznie mała.

Nie ma się w niej gdzie ukryć.

Widzę jego padający na ścianę wielki mroczny cień, który wydaje się bardziej cieniem bestii niż człowieka.

– Coś ty zrobiła? – pyta od razu mamę. Nie krzyczy. Mówi spokojnym, zimnym głosem. Słysząc go, cała się trzęsę i mam ochotę się przeżegnać.

– N…n…nic – odpowiada łamiącym się głosem mama.

Ona też cała się trzęsie. Wiem, że kłamie, i wie o tym także Zły Człowiek.

– Naprawdę myślałaś, że się nie dowiem? Naprawdę myślałaś, że mnie przechytrzysz?

Mama nie odpowiada. Wpatruję się bardzo długo w jej twarz. Jest nieprzenikniona i gładka, ale uświadamiam sobie, że rzeczywiście zrobiła to, o co oskarża ją ten mężczyzna. A on to odkrył. I teraz wydarzy się coś strasznego.

Jesteśmy dwuosobową drużyną. Chcę ją wziąć za rękę. Chcę być dzielną dziewczynką. Nie mogę jednak opanować drżenia nóg. Siedząc na moim małym taborecie, nie mogę się poruszyć.

Mama wstawia nagle garnek do zlewu. Grobową ciszę przerywa głośny brzęk.

– Może coś zjesz? – pyta mama. – Mamy na kolację burritos. Usiądź, proszę, zaraz ci podam. – Mówiąc o jedzeniu, odzyskuje spokój. Daje krok do przodu, stając między mną i mężczyzną.

– Jasne – odpowiada Zły Człowiek, ale coś w jego głosie sprawia, że znów przechodzi mnie dreszcz.

Żałuję, że nie ukryłam się w szafie. Ale teraz nie mogę już do niej wskoczyć. Nie mogę się poruszyć tak, żeby tego nie widział. Poza tym ta tkwiąca we mnie głupia, uparta, wsadzająca palec do gorącej czekolady dziewczynka nie chce nigdzie iść, nie chce zostawiać tej bestii w ludzkiej skórze sam na sam z mamą.

Mama bierze talerz, który przed chwilą wytarłam, i podchodzi do kuchenki, na której stoi garnek z zimną fasolą i niezjedzone przez nas tortille. Nie spieszy się. Bierze tortillę. Nakłada na nią łyżkę fasoli. Dodaje szczyptę tartego sera. Zawija tortillę i wkłada ją do piekarnika. Bierze z półki salsę i stawia ją na stole.

– Piwo – rzuca mężczyzna.

Mama podchodzi do małej lodówki i wyjmuje jedną ze stojących z tyłu puszek.

Wydaje się bardzo opanowana, ale bez przerwy miętosi palcami swoją jaskrawoczerwoną spódnicę.

– Siadaj ze mną – mówi mężczyzna, kiedy mama wyjmuje burrito z piekarnika.

– Muszę dokończyć zmywanie.

– Siadaj ze mną.

Mama siada. Zerka na mnie. Widzę po jej oczach, że próbuje mi coś przekazać. Siedzę na swoim taborecie i nie mam pojęcia co. Nie wiem, dokąd pójść, co zrobić. Musimy na siebie uważać, mówiła. Ale nie wiem, jak mam na nią teraz uważać.

Chcę po prostu, żeby Zły Człowiek sobie poszedł i żebyśmy znów były same w naszej kuchni.

Mężczyzna je burrito. Kęs po kęsie. Pije piwo. Nic nie mówi i od tego milczenia zaczyna mnie boleć brzuch.

Kiedy ostatni kęs burrito znika w ustach Złego Człowieka, mama wypuszcza z płuc powietrze. Opadają jej ramiona. Podjęła jakąś decyzję, ale nie wiem jeszcze jaką.

Mężczyzna zerka w moją stronę.

– Jest bardzo ładna – mówi.

– To jeszcze dziecko – rzuca chłodnym tonem mama i wstaje. – Wyjdźmy na zewnątrz.

On unosi brew.

– Co, próbujesz się stawiać?

– Chcesz pogadać? To wyjdźmy na zewnątrz.

– No, nie wiem. Podoba mi się w twojej kuchni. Jest tak przytulnie. Może powinnaś posprzątać ze stołu. Moglibyśmy pokazać twojej córce, w czym jesteś naprawdę dobra.

Mama wpatruje się w Złego Człowieka. I nagle obchodzi stół dokoła i rusza prosto na niego. Mężczyzna wzdryga się zaskoczony, a ja jestem dumna z mojej mamy, że się przed nią cofnął. Nie zwalniając kroku, mama trąca biodrem jego rękę, jakby chciała mu dać coś do zrozumienia. A potem otwiera na oścież tylne drzwi i zanim mężczyzna ma czas zareagować, wychodzi na zewnątrz.

Zły Człowiek w końcu wstaje. Długo mi się przygląda. Nie podoba mi się to, co widzę w jego oczach.

– Jak masz na imię, mała? – pyta.

Otwieram usta, ale nie pada z nich żadne słowo. Nadal za bardzo się trzęsę.

Mama woła go.

Mężczyzna rzuca mi ostatnie spojrzenie, po czym rusza w stronę drzwi.

– Głupia dziewczyna – mruczy.

Trzymam w ręce ściereczkę. Siedząc sama w kuchni, wpatruję się w nią, żałując, że nie zostało już nic do wytarcia. Żałując, że nie można cofnąć czasu i że nie mogę znów siedzieć przy stole, trąc ser i słuchając, jak mama nuci pod nosem.

Słyszę kolejne dźwięki. Głos mężczyzny, tubalny i wściekły.

Głos mojej mamy. „Nie!”, powtarza raz po raz. Najpierw stanowczo, potem uparcie, wreszcie błagalnie. Słyszę trzask i plaśnięcie. Kulę się. Rozpoznaję te dźwięki. Zły Człowiek ją bije. Mama znów się odzywa, ale mówi tak cicho, że prawie jej nie słyszę. Łamie jej się głos. Zranił ją i coś w niej pękło.

Gniewne głosy milkną. Wszystko zamiera. Cisza przeraża mnie jeszcze bardziej niż wcześniejsze hałasy.

Jesteśmy jedną drużyną. Mamy tylko siebie. Musimy na siebie…

Ostrożnie schodzę z taboretu i zbliżam się do otwartych drzwi. Wyglądam na zewnątrz.

Mama klęczy. Mężczyzna stoi nad nią i trzyma coś w ręce. To pistolet. Celuje z niego w głowę mamy.

W ogóle nie myśląc, puszczam się sprintem w jej stronę. Chcę wierzyć, że pędzę jak wiatr, ledwie widać moje śmigające dłonie i stopy. Podbiegam do mamy i rzucam się w jej ramiona.

– Nie! – krzyczy mama. – Uciekaj! Uciekaj, chiquita, uciekaj!

Odgania mnie, mimo że łapię ją za ręce. Odpycha mnie od siebie.

– Uciekaj! – woła. – Uciekaj!

Widzę, że łzy płyną jej po policzkach. Widzę w jej oczach przerażenie.

Nie uciekam. Nie mogę.

Wyciągam do niej ręce. Mamy tylko siebie. Musimy na siebie…

Zły Człowiek pociąga za spust.

Później będzie mi się to śniło noc w noc. Później ta jedna chwila będzie wszystkim, co mi pozostało. Ostatni raz, kiedy się odezwałam. Ostatni raz, gdy słuchałam nucenia mamy. Ostatni raz, gdy wyciągałam ręce do kogoś, kto mnie kochał.

Kula rozrywa szyję mamy. Tryska krew. Jej ręka poniewczasie podrywa się w górę.

Kula leci dalej i trafia mnie w skroń. Przewracam się do tyłu. Ląduję na czerwonej ziemi. Półprzytomna, ranna, oszołomiona.

Zły Człowiek podchodzi do mnie. Dotyka palcami mojej szyi.

– Niech to szlag – mruczy.

A potem, tuż nim stracę przytomność, podnosi mnie z ziemi. Nie opieram się. Krew zalewa mi oczy. Patrzę przez tę krew na ciało mamy. I czuję, jak pali mnie kula, która przeszła przez nią i mnie raniła. Która mnie z nią połączyła.

Nie ma już naszej dwuosobowej drużyny.

Rozdział 1

– WODA?

– Jest.

– Batoniki granola?

– Są.

– Jabłka? Kanapki z masłem orzechowym i galaretką?

– Są. Są. – Janet podniosła wzrok znad prowiantu ułożonego na pikowanej kołdrze w pensjonacie. – Ile wody?

– Powiedziałbym, że dwie butelki na osobę – odparł Chuck. Wkładał akurat trekkingowe buty, tupiąc przy tym energicznie w drewnianą podłogę, żeby ułożyły się w nich dobrze pięty.

– Na dworze jest naprawdę gorąco – zauważyła Janet.

Uciekli na weekend z gorącej Atlanty w góry tylko po to, by odkryć, że na północy wilgotność powietrza jest niewiele niższa niż w mieście, które zostawili za sobą. Tego właśnie potrzebowali: fali upałów w Appalachach.

Chuck przeanalizował sprawę.

– Włóż lepiej po trzy butelki na głowę – odpowiedział. – Żebyśmy się nie odwodnili.

– Jasne – mruknęła Janet, starając się, by nie usłyszał w jej głosie sarkazmu. Tak jakby wiedzieli dobrze, co robią. Jakby trekkingowe buty Chucka nie zostały dopiero co kupione w sportowym markecie, a plecaki wyciągnięte z czeluści garażu jego rodziców. Ona nie postarała się nawet o prawdziwe turystyczne buty, zadowalając się tenisówkami. Chuck ostrzegł ją, że na szlaku może sobie skręcić kostkę. Tak naprawdę zależało jej na romantycznym weekendzie w pensjonacie. Byli ze sobą od roku – na tyle krótko, że nadal się starali, i wystarczająco długo, by weekend za miastem wydawał się świetnym pomysłem.

Ale górska wspinaczka? Chuck chyba właśnie tak wyobrażał sobie miło spędzony czas. Ona wolałaby seks i posiłki do pokoju, ale biorąc pod uwagę, jak jej chłopak chodził teraz tam i z powrotem, głośno tupiąc i ciesząc się ze swoich nowych butów, nie wchodziło to raczej w grę. Może pod koniec dnia. Zakładając, że którekolwiek z nich będzie wtedy w stanie się ruszyć.

– Masz mapę? – zapytała, bo była miastową dziewczyną i wiedziała, że będą jej potrzebować.

– Tak. Szlak jest zaznaczony. Pętla o długości siedmiu kilometrów, różnica wysokości sześćset metrów. Pestka.

Chuck zatrzymał się na chwilę, by poruszyć śmiesznie brwiami i zaoferować jej krzepiącego całusa. Janet wychyliła się i cmoknęli się w usta. Potrafił być czarujący, ze swoją strzechą brązowych włosów, gęstymi rzęsami i ciemnymi jak u szczeniaka oczami. I był wysportowany: w nieodległej przyszłości asystent prokuratora hrabstwa, rozładowujący frustracje z sali rozpraw na trasach półmaratonów. Biorąc pod uwagę, jak bardzo lubiła każdy centymetr ciała tego długodystansowca…

Dobrze, pójdzie w góry. Ludzie robią gorsze rzeczy z miłości.

Cofnęła się, złapała pierwszy plecak i stęknęła cicho, uświadamiając sobie, jaki jest ciężki.

– Zasłużymy sobie na te butelki wody – stwierdziła.

Chuck zarzucił sobie na plecy drugi plecak, jakby ten ważył tyle co piórko.

– Damy radę.

– Obiecujesz, że będziesz mnie niósł?

– Nie chcę się przeforsować. Nadal mam pewne plany na wieczór. Słyszałem, że widoki w wyższych partiach gór są niesamowite. Ale zastanawiam się… – nachylił się jej do ucha – czy nie lepszy byłby seks na szczycie góry.

– W strugach potu i z sosnowymi igłami pod pupą – odparła, lecz zdecydowanie przykuł jej uwagę.

Górska wspinaczka. Hm. Nie lubiła nawet siłowni. Ale wspaniała wycieczka połączona z obietnicą właściwej nagrody…

– Damy radę – powtórzyła za nim schrypniętym głosem. A potem po krótkiej walce z paskami plecaka wyszła z pokoju za swoim szczupłym, wartym grzechu chłopakiem.

BŁĄD PIERWSZY: TO CHUCK narzucił tempo. Był maniakiem treningów kardio i kręte, strome ścieżki górskie nie stanowiły dla niego żadnego problemu. Janet dostała zadyszki i szybko przeszła od romantycznych uniesień do snucia morderczych planów. Uznała, że w składzie ławy przysięgłych będzie co najmniej jedna kobieta. To z pewnością wystarczy, by uniewinniono ją od zarzutu spowodowania śmierci Chucka, do której musiało dojść, jeśli zaraz nie zwolni kroku, by ulżyć cierpieniom swojej dziewczyny.

Błąd drugi: Chuck włożył nowe buty. Po przejściu pierwszego kilometra zaczął gubić krok. A wkrótce potem krzywić się z bólu.

Janet była technikiem weterynarii, co czyniło z niej specjalistkę również od ludzkiego zdrowia. I oznaczało, że to ona musi zakończyć ten marsz śmierci, kazać Chuckowi usiąść na głazie i domagać się, by ściągnął but.

Na pięcie lewej skarpety widać było plamy krwi.

– Jezu, a tak krytykowałeś moje gówniane tenisówki – skomentowała, bo nie mogła się po prostu powstrzymać.

Chuck spiorunował ją wzrokiem i widziała, że on również nie myśli już o seksie, ale o poważnych uszkodzeniach ciała. Niektóre rzeczy nie są wcale tak zabawne, jak się powszechnie wydaje. Janet uznała, że należą do nich również górskie wspinaczki.

Kazała Chuckowi ściągnąć grubą skarpetę trekkingową. Choć siedzieli w cieniu, oboje byli zlani potem i z trudem łapali oddech. Janet już nigdy w życiu nie miała zamiaru opuszczać klimatyzowanych pomieszczeń.

Przetrząsnęła swój plecak i znalazła apteczkę, kolejny dokonany w ostatniej chwili zakup. Przejrzała jej skąpą zawartość i wyjęła maść antybiotykową i plastry opatrunkowe.

Chuck skrzywił się, gdy dotknęła jego pięty, a potem zaczął wydawał ciche, piskliwe odgłosy. To tyle, jeśli chodzi o wizerunek bezwzględnego, niebiorącego jeńców asystenta prokuratora hrabstwa. On w tym związku miał być tym, który podchodzi do wszystkiego poważnie, ona – tą, która wniesie lekkość bytu.

Janet nie chciało się tłumaczyć mu, że nie wie, ile trzeba odwagi, by udzielać pomocy rannym zwierzętom, i jakim trzeba czasem być twardzielem, by uświadomić sobie, że dalsze leczenie nie ma sensu i tym spoglądającym na ciebie ufnie oczom możesz zaoferować tylko jedno ostateczne rozwiązanie.

Pozwoliła Chuckowi zachować resztki męskiej dumy, nakładając delikatnie maść antybiotykową na zdartą do żywego mięsa piętę, a potem nalepiając na nią plaster. Wiedziała, że nie jest to idealne rozwiązanie, bo sztywne buty dalej będą go obcierać.

– Powinniśmy wracać – zasugerowała.

– Nie ma mowy. Nie tak blisko szczytu.

– Do szczytu mamy jeszcze dwa kilometry, nie mówiąc o schodzeniu w dół.

– Poradzę sobie. To tylko głupi pęcherz.

– Nie mówiłeś kiedyś, że pęcherze to najgorszy wróg długodystansowca?

– To nie jest długi dystans.

– Jesteś szalony.

– Za to właśnie mnie kochasz.

– Myślałam, że za te twoje szczenięce oczęta.

– Nie mam szczenięcych ocząt! – Chuck wkładał już z powrotem skarpetę.

– To może za szczenięce włosy? – Wiedziała, że i tak przegrała już tę potyczkę. Schowała apteczkę do plecaka i odwróciła wzrok, kiedy jej chłopak wsuwał stopę w but. Zgrzytał przy tym mocno zębami.

Wstała i patrzyła, jak Chuck zawiązuje sznurowadło, a potem kuśtyka, jakby nagle, cudownym sposobem, poczuł się lepiej.

Wyciągnęła z bocznej kieszeni plecaka butelkę z wodą i pociągnęła długi łyk. Wcale jej to nie pomogło. Była zgrzana, spocona i miała zdecydowanie dosyć.

CHUCK RUSZYŁ DALEJ. MIAŁ zamiar poharatać sobie stopę na dobre, nie było co do tego wątpliwości. Zedrze z niej całą skórę i będzie długo cierpiał. A ona będzie musiała słuchać jego utyskiwań. Przez całe dni. Tak jak w przypadku męskiej grypy, tyle że tu będzie chodziło o stopę.

Nowy cel: zdobyć szczyt, obejrzeć widok, strzelić sobie selfie, zejść na dół i nigdy nie wspominać o tym dniu.

Jej chłopak coraz mocniej utykał. Janet dreptała za nim, czekając, aż…

W pewnym momencie zatrzymał się tak nagle, że o mało na niego nie wpadła.

– Potrzebuję kija – powiedział.

– Kija?

– Czegoś w rodzaju laski. Chyba mi się przyda.

– Jasne.

Kij miałby spowodować, że nowy but nie będzie mu obcierał pięty?

Ale Chuck był teraz facetem, który ma plan. Doszli do miejsca, gdzie szlak skręcał. Teren był bardziej płaski, ale na tej wysokości drzewa rosły niższe i Janet nie widziała żadnych leżących na ziemi gałęzi. Jej chłopak zsunął plecak z ramion. Ona, choć nie do końca wiedziała, o co chodzi, zrobiła to samo, zadowolona, że przez chwilę odpocznie.

Oparli oba plecaki o głaz i Chuck zszedł ze szlaku, podążając głębiej w cień drzew. Janet nie bardzo się to spodobało, ale ruszyła w ślad za nim.

Wszędzie rosły niskie liściaste krzaki. Nie miała pojęcia, jak się nazywają. Między zaroślami wiodła ledwie widoczna wąska ścieżka. Chuck kuśtykał nią, wypatrując odpowiedniego kija, gałęzi, czegokolwiek. Janet co chwila oglądała się za siebie, na miejsce, gdzie zostawili plecaki.

Czy nie tak właśnie giną w górach ludzie? Kiedy schodzą ze szlaku i znika po nich wszelki ślad?

Chuck dotarł do niewielkiej polany. Grunt był tutaj bardziej płaski i kamienisty. Znaleźli się zdecydowanie z dala od utartych szlaków, cały teren pokrywała gruba warstwa zbutwiałych liści. Janet poczuła zapach pleśni i zmarszczyła nos. Ale na wprost przed nimi rosło wielkie liściaste drzewo, a wokół niego – tak! – leżało na ziemi wiele patyków.

Jej chłopak dokuśtykał do pnia drzewa i zaczął go obchodzić. Janet została z tyłu, zerkając kątem oka na ścieżkę, którą mieli wrócić na szlak.

– Hej, popatrz na to! – Chuck wyłonił się z drugiej strony pnia, trzymając w ręce pobielały kij.

Janet zmarszczyła czoło.

– Nie jest za krótki? – zapytała.

– Tak, oczywiście. Ale po prostu mu się przyjrzyj. Zobacz, jaki ma srebrzystoszary odcień, jaki jest gładki. – Przesunął palcami po całej długości kija. – Ani śladu kory. Jest doskonale przesuszony, a mimo to twardy jak skała. Ciekawe, jak długo tu leżał? Ile trzeba lat, by osiągnąć taki stopień fosylizacji?

Podszedł do niej bliżej i na jego twarzy znów pojawił się ten uśmiech. Jak u szczeniaka, który ma nową zabawkę, pomyślała. I w tym momencie przyjrzała się uważnie znalezisku.

– Chuck…

– Co? – zapytał, stając obok niej.

– To nie jest kij.

Podniósł to coś. Było długie, wysuszone i gładkie, dokładnie tak, jak to opisał. Z dwoma wyraźnie zaokrąglonymi gałkami na końcach.

Janet nie miała ochoty mówić tego, co musiała powiedzieć.

– To?

– To jest kość, Chuck. Jeśli miałabym zgadywać, udowa. I biorąc pod uwagę jej długość i grubość, nie należy do żadnego znanego mi zwierzęcia. Co oznacza…

Chuck rzucił kość na ziemię. I kiedy jej nieustraszony chłopak wydał z siebie głośny wrzask, plany Janet na weekend legły nieodwołalnie w gruzach.

PEWNE RZECZY ZABIERAJĄ WIĘCEJ czasu, niż ludzie skłonni byliby sądzić. Najpierw miejscowe biuro szeryfa musiało wysłać ludzi w góry, żeby zabezpieczyli teren. Potem wezwano stanową antropolożkę sądową, by potwierdziła, że to rzeczywiście ludzkie szczątki, i przeprowadziła pracochłonną ekshumację.

Sporządzono szkice. Przesiano ziemię w poszukiwaniu dowodów. Kiedy stało się jasne, że szkielet rozwłóczyli padlinożercy, poszerzono teren poszukiwań. Nieco dalej odkryto kilka mniejszych kości. Wielu innych nie udało się odnaleźć.

Po jakimś czasie antropolożka sądowa zabrała szkielet do Atlanty, w zacisze swojego laboratorium. Tam złożono kości w osobnym pudle i nadano sprawie numer. Laboratorium odwiedziło kilku ekspertów, a także studentów medycyny z czwartego i piątego roku. Wszyscy byli pod wrażeniem jakości znaleziska. Nikt nie potrafił udzielić odpowiedzi.

Minęło kilka kolejnych tygodni. A potem kilka miesięcy, bo sprawa nie była świeża.

W końcu coś się ruszyło. Miejscowy artysta odtworzył w glinie twarz ofiary. Zrobiono fotografie, załadowano je do krajowej bazy danych – i nagle udało się trafić na ślad. Antropolożka sądowa przeprowadziła dodatkowe badania, porównała wiek, płeć, a także odniesiony w dzieciństwie uraz (złamanie ręki) z odnalezioną kością ramienną. Wszystko to zostało potwierdzone i szkielet zyskał ostatecznie nazwisko.

Dopiero wtedy zatelefonowano do agentki specjalnej Kimberly Quincy, bo to ją należało powiadomić w sprawie tej akurat zaginionej osoby. Według antropolożki sądowej, w górach Georgii odkryto szczątki zaginionej przed piętnastu laty Lilah Abenito. Przyczyna śmierci była nieznana, ale uszkodzenia kości gnykowej mogły wskazywać na uduszenie.

Kimberly zakończyła rozmowę. Przez chwilę przyswajała sobie tę informację. Zastanawiała się… Jeszcze przez moment przyswajała. Czekała na ten telefon od tylu lat, że nie mogła w to uwierzyć. Ale Lilah Abenito w końcu się odnalazła. A to oznaczało, że…?

Wzięła głęboki oddech, a potem wypuściła z płuc powietrze. I w tym momencie wiedziała już dokładnie, co powinna zrobić.

Rozdział 2FLORA

KIEDYŚ CHODZIŁAM NA RANDKI z chłopakami. PJN. Przed Jacobem Nessem. Pamiętam, jak czesałam moje lśniące w słońcu włosy, aż skrzyły się kalifornijskim złotem. Potem robiłam sobie rzęsy na fioletowo i nie żałowałam tuszu, by podkreślić głębię szarych oczu. Do tego kusa, ledwo zakrywająca uda sukienka. Czemu nie? Przez całe dzieciństwo biegałam po lasach Maine i miałam długie, kształtne nogi, którymi chciałam się pochwalić.

W tamtych czasach byłam ostrą laską. Nie wchodziłam tak po prostu do baru, ja do niego wkraczałam: olśniewająca, promienna, wiecznie na rauszu. Byłam młoda i arogancka. I głupia. Boże, jaka głupia. Nawet teraz, osiem lat później, żałuję, że nie mogę się cofnąć w czasie i pogadać przez dwadzieścia sekund ze swoim młodszym, głupszym „ja”.

Ale nie miałam takiego szczęścia. Więc zamiast tego moje olśniewające, promienne „ja” wybrało się na wiosenne ferie na Florydę. I podobnie jak tyle innych atrakcyjnych studentek włożyłam kusą sukienkę i ruszyłam na miasto z najlepszymi kumpelami, prawie tak samo jak ja skrzącymi się i rozchichotanymi, prawie tak samo jak ja gotowymi pójść na całość. Wychylałyśmy jeden po drugim kieliszki tequili. Pląsałyśmy na parkietach usłanych skorupkami orzeszków. Odrzucałyśmy przystojniaków na rzecz tych, którym zależało tylko na seksie.

A potem…

Wciąż roztańczona, odpłynęłam od bezpiecznych świateł baru i znalazłam się na prawie bezludnej mrocznej plaży, słuchając piosenki, którą, upojona tequilą, tylko ja słyszałam w swojej głowie.

I Jacob Ness, który, jak mi później powiedział, obserwował mnie od kilku godzin, zgarnął mnie z tej plaży. Zabrał mi moje życie, próżność ładnej dziewczyny, całą moją fanfaronadę i to, kim byłam. On się pojawił, ja zniknęłam. I w ciągu następnych czterystu siedemdziesięciu dwóch dni poznałam zupełnie inny rodzaj egzystencji. Egzystencji, w której tkwiłam w skrzyni wielkości trumny i spełniałam kaprysy okrutnego psychola od dawna marzącego o własnej seksualnej niewolnicy.

Gdybym tylko mogła pogadać przez dwadzieścia sekund ze swoją młodszą, głupszą „ja”… Ale pewnych błędów nie da się naprawić. I pewnych doświadczeń nie można się pozbyć.

Jest to, co było. A teraz jest to, co jest.

Wciąż jednak brakuje mi tamtej dziewczyny. Zwłaszcza w takie wieczory jak ten.

SPOTYKAMY SIĘ W RESTAURACJI. Keith dobrze wie, że nie powinien podjeżdżać po mnie do domu. To naprawdę głupie. Facet jest komputerowym nerdem i mógłby prawdopodobnie zhakować Departament Obrony. Na pewno zna mój adres. Kurczę, niewykluczone, że ma dokładny plan całego mojego budynku.

Ale chcę zachować złudzenia i na tym etapie naszego „związku” Keith nie zamierza mi ich odbierać. Na dzisiejszą randkę wybieramy się do popularnej w Bostonie knajpy z żeberkami z grilla. Znanej z wielkich porcji i problematycznego sąsiedztwa. Hipsterzy nie powinni się tam pokazywać. Turyści mają niewielkie szanse przeżycia. To mi pasuje.

Kiedy pozwoliłam mu się zaprosić poprzednim razem, Keith zabrał mnie do aspirującego do pięciu gwiazdek lokalu z wykrochmalonymi białymi obrusami i dwudziestoma dziewięcioma srebrnymi sztućcami przy każdym nakryciu. Miałam na sobie elegancką bluzę z kapturem, ale i tak czułam się trochę nieswojo.

– Jesteś piękna, dokądkolwiek i w czymkolwiek wejdziesz – zareagował tak jak trzeba Keith.

Zastanawiałam się, ile zdołam dokonać zniszczeń czterema dostępnymi nożami, zwłaszcza tym do ryb, który wydawał się nowym interesującym narzędziem. Niespecjalnie ostrym, ale przecież nie trzeba czegoś ostrego jak brzytwa, by wyłupić komuś oczy. Za to nóż do masła miał ciężką srebrną rękojeść, idealną, by kogoś ogłuszyć. Były tam także kryształowe szklanki, które łatwo stłuc i kogoś pokaleczyć, oraz porcelanowe talerze, którymi można ciskać w ludzi niczym krążkami frisbee…

Wyszliśmy stamtąd bardzo szybko.

W ubiorze preferuję określony styl. Nazywam go lumpenproletariackim. Składają się na niego glany ze stalowymi noskami, ciemne bojówki i dowolna liczba bluz z kapturem. Niektóre z moich bluz mają napisy – logo albo nadruk. Wszystkie były prane tyle razy, że napisy są nieczytelne.

Nie wydaję pieniędzy na ubrania, na imprezowe sukienki ani nawet na nowe bluzy. Zainwestowałam za to ostatnio w nóż motylkowy. Gdy stalowe rękojeści złoży się niczym wachlarz – albo skrzydła motyla – widać na nich naprawdę odjazdowy motyw smoka. Jeden ruch nadgarstka i rękojeści się otwierają, wyłania się spomiędzy nich ostrze i zaczyna się krwawa jatka. Uwielbiam mój nowy nóż, w nocy całymi godzinami otwieram go i zamykam, wodzę palcami po odjazdowym rysunku smoka, a potem znów otwieram i zamykam. Tego wieczoru wsunęłam go w cholewkę buta. To jeden z powodów, dla których wyszłam dziś na miasto. Chciałam się przekonać, jak się chodzi z ukrytą bronią.

Bo randkowanie… Dziewczyna taka jak ja z facetem takim jak on…

Keith Edgar jest analitykiem komputerowym pracującym na własny rachunek. Jest także pasjonatem autentycznych zbrodni i uważa się za jednego z najlepszych ekspertów od Jacoba Nessa. Spotkałam się z nim w grudniu tylko dlatego, że potrzebowałam kilku informacji na temat życia, które prowadził Jacob, zanim mnie porwał.

Byłam wtedy przekonana, że Keith okaże się mieszkającym w suterenie maniakiem, śliniącym się na widok fotografii z miejsc zbrodni w podobny sposób, jak inni ślinią się na widok pornografii. Że będzie miał oczy nietoperza, gębę okrągłą jak księżyc i słabość do chipsów Doritos oraz napojów energetycznych.

Tymczasem…

Jest wysoki, atletycznie zbudowany, ma gęste, ciemne włosy i niesamowicie błękitne oczy. Preferuje garnitury Toma Forda i – jak zgaduję w środku nocy, kiedy myślę o rzeczach, o których nie powinnam raczej myśleć – majtki Calvina Kleina. Jest niewiarygodnie bystry i potrafi przeanalizować policyjny raport albo profil seksualnego drapieżcy prawie tak samo szybko jak ja.

W tym momencie uważam, że jest czymś najlepszym, co przydarzyło mi się od długiego czasu. Albo seryjnym mordercą.

To stanowi jeden z wielu problemów, z jakimi borykam się w trakcie takich jak ten wieczorów. I nie wiem, czy mówi mi to coś o nim, czy jest jedną z rzeczy, których nie chcę o sobie wiedzieć.

Siedząc teraz przy narożnym stoliku w zatłoczonej knajpie z żeberkami, liczę wyjścia. Frontowe, tylne i do kuchni, która prawdopodobnie też ma tylne wyjście. A zatem trzy. Wolałabym pięć.

Siedzący naprzeciwko mnie Keith patrzy, jak bębnię palcami po lepkim blacie stolika, i kręci głową.

– Cztery – poprawia mnie, domyślając się, o czym myślę. – To znaczy w męskiej łazience jest okno dość duże, by można było przez nie dać nogę. Damską będziesz musiała sprawdzić sama.

Wskazuje głową toalety. Prowadzą do nich korytarze po obu stronach baru, który usytuowano pośrodku sali. Irytujący rozkład, gdyby ktoś mnie pytał. Sześć kroków w lewo albo sześć kroków w prawo i cholerna przeszkoda na samym środku. Tak czy inaczej, więcej wyjść to więcej wyjść.

– Myślałem o żeberkach z wędzoną papryką w polewie z syropu klonowego – mówi Keith, biorąc do ręki menu.

– Pojawienie się w kaszmirowym garniturze w knajpie z żeberkami to dowód odwagi – stwierdzam.

Nagrodą jest olśniewający biały uśmiech. Jednak seryjny morderca, myślę.

– Floro, dla wielu dowodem odwagi jest to, że siedzę z tobą przy jednym stoliku.

W dodatku uroczy. Niech to szlag.

– Kupiłam sobie nowy nóż – chwalę się.

– Do tego zamówiłbym frytki z batatów. A ty?

– Coleslaw – odpowiadam z ponurą miną.

– Naprawdę? Każdy woli frytki z batatów od coleslaw. Robisz to chyba z przekory.

Krzywię się.

Keith pokazuje mi swój smartfon.

– Jeśli chcesz, mogę ci pokazać odpowiednie studium: Coleslaw czy frytki, czyli o ludziach, którzy ukrywają swoje najgłębsze pragnienia. Nie każ mi pokazywać, jakim jestem nerdem. Wiesz, że i tak to zrobię.

Oczywiście, że to zrobi. Czarujący, uroczy i sprytny. Kawał sukinsyna.

Chowam z powrotem nos w menu. Jestem niespokojna i czuję się nieswojo. Mam wrażenie, że dłonie, w których trzymam kartę dań, nie należą do mnie. Są pokryte odciskami i zgrubieniami, paznokcie mam obcięte krótko, bez śladu lakieru. Mówię sobie, że mam praktyczne ręce. Praktyczne i wprawne. Ale praktyczne i wprawne w czym?

Nadal nie wiem, jak postępować z mężczyznami takimi jak Keith. Który jest mną w oczywisty sposób zainteresowany, ale także cierpliwy i wyrozumiały. Czasami mówi nawet to co trzeba, ja jednak, zamiast poczuć się lepiej, nabieram wtedy podejrzeń. Za bardzo zna się na rzeczy, za dobrze wszystko rozumie.

Mówią, że Ted Bundy też był bardzo przekonujący.

– Żeberka i frytki z batatów – odzywa się w końcu.

– Kurczak i coleslaw – mówię.

– Coś do picia?

Kręcę głową, wskazując swoją wodę. Rzadko pijam alkohol. On zamówi pewnie piwo, ale tylko jedno. Ze względu na moją abstynencję czy dlatego, że tak samo jak ja lubi mieć wszystko pod kontrolą? Na tym właśnie polega randkowanie. Na tym, żeby się bliżej poznać. Spróbować odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Kim on naprawdę jest? Kim ja naprawdę jestem? I co najbardziej intrygujące: kim możemy się stać razem?

Zdążyłam już, słowo honoru, spocić się pod bluzą, i kompletnie straciłam apetyt. Wiem, jak radzić sobie z seryjnymi psycholami. Ale ten wieczór może się dla mnie zakończyć klęską.

Dawno, dawno temu była sobie piękna dziewczyna o imieniu Flora, która śmiała się i flirtowała z chłopakami. A teraz?

Słyszę, jak wibruje moja komórka. Uratowana w ostatniej chwili. Wyciągam ją z kieszeni, rozpaczliwie pragnąc zająć się czymś innym. I chwilę później posyłam Keithowi zdumione spojrzenie.

– Musisz iść? – pyta, nie kryjąc rozczarowania.

– Oboje musimy iść – odpowiadam.

– Oboje? – Zaintrygowany, prostuje się na krześle.

Wyciągam komórkę i pokazuję mu otrzymanego esemesa.

– To od sierżant D.D. Warren. Chce się z nami spotkać. Natychmiast.

Keith rzuca na stolik gotówkę, łapie swoją skórzaną kurtkę i zrywa się, zanim mnie udaje się oprzeć dłonie o blat. W jego oczach widzę to samo, co skrzy się w moich. Błysk podniecenia.

Facet jest naprawdę idealny, myślę.

I kiedy wychodzę za nim z baru, jestem dziwnie pokrzepiona, czując, jak przy kostce uwiera mnie lekko mój nowy motylkowy nóż.

DETEKTYW SIERŻANT D.D. WARREN pracuje w wydziale zabójstw bostońskiej policji. Ma krótkie kręcone blond włosy, krystalicznie błękitne oczy i ostro zarysowaną szczękę. Nikt nie nazwałby jej pięknością, ale jest atrakcyjna na swój chłodny, nieco niebezpieczny sposób. W trakcie naszego pierwszego spotkania zrobiła na mnie wrażenie kobiety, która nie toleruje głupców i nie bierze jeńców. Do tej pory mnie nie rozczarowała.

Choć w okresie, gdy zostałam uprowadzona, studiowałam w Bostonie, w ogóle nie zajmowała się moją sprawą. Prowadziło ją FBI. Poznałam D.D. dopiero pięć lat po moim bezpiecznym powrocie, kiedy przestałam śnić na jawie i przeniosłam się do Bostonu, by ścigać groźnych seksualnych drapieżców.

Po raz pierwszy zobaczyłam ją, kiedy stałam skrępowana i naga nad niedoszłym gwałcicielem, którego unicestwiłam ogniem chemicznym. D.D. chciała przedyskutować ze mną moje kontrowersyjne podejście do zwalczania przestępczości. Ja chciałam, by z akt wynikało, że to on zaczął.

Nie określiłabym naszych relacji jako łatwych, ale przed rokiem poprosiła, bym została jej zaufaną informatorką. Sądzę, że powoli, lecz uparcie stara się nawrócić mnie na swoją wersję prawa i porządku. Szczerze mówiąc, w jej pracy jest za dużo papierkowej roboty. Odpowiadam, że to tylko kwestia czasu i ona dołączy do mojego świata samozwańczych stróżów prawa. Obie mamy być może rację.

Nie mam zbyt dużego grona przyjaciół. Podobnie jak wielu innych rozbitków zmagających się z zespołem stresu pourazowego, nikomu nie ufam i nikomu się nie zwierzam. Ale D.D. jest dla mnie kimś w rodzaju cenionej wspólniczki. I choć potrafi być wredna, mam czasami wrażenie, że mnie lubi. Odrobinę.

Dziewięć miesięcy temu współpracowałyśmy przy sprawie rodzinnego zabójstwa. D.D. znała zabójczynię – ciężarną żonę – ze sprawy, którą prowadziła szesnaście lat wcześniej. Ja rozpoznałam ofiarę – męża – jako faceta, z którym przesiadywał w barze mój porywacz, Jacob Ness. D.D. i ja musiałyśmy znaleźć odpowiedzi na wiele pytań.

W trakcie tego śledztwa dowiedziałam się wielu nieprzyjemnych rzeczy.

Po pierwsze: Jacob Ness, którego zabiłam własnymi rękami, był głównym podejrzanym w co najmniej sześciu innych sprawach zaginionych osób, które najprawdopodobniej nigdy nie zostaną rozwiązane, ponieważ sprawca nie odpowie już na żadne nasze pytanie.

Po drugie: Jacob Ness, na którego temat po tym, jak mnie uratowano, nie chciałam oficjalnie udzielać żadnych informacji, prowadził najwyraźniej o wiele bardziej zbrodnicze życie, niż nawet ja mogłam podejrzewać. Działał między innymi aktywnie w darknecie, co wymaga informatycznej wiedzy, której ktoś, kto nie ukończył szkoły średniej i nigdy nie przeczytał żadnej książki, raczej nie powinien posiadać. Miał również dostęp do jakiejś chaty, w której więził mnie na początku mojej niewoli i pewnie przetrzymywał tam inne ofiary. Mimo to FBI nigdy nie zdołało zlokalizować tej, jak ją nazywaliśmy, pieczary potwora, co było kolejną wskazówką, że znał dobrze metody śledcze, i kłóciło się z poziomem jego wykształcenia.

Po trzecie: wydawało mi się, że wiem wszystko, co trzeba wiedzieć, o tym złym, potwornym człowieku, który przez czterysta siedemdziesiąt dwa dni kontrolował każdy mój oddech. Okazało się, że nie miałam racji.

I tu wchodzi na scenę Keith Edgar. Ze względu na jego informatyczną biegłość i jak sam twierdził, rozległą wiedzę w temacie Jacoba Nessa, wydawał się kimś, z kim należało się skontaktować, by uzyskać więcej informacji o kryminalnej przeszłości mojego porywacza. Fakt, że Keith przypomina z wyglądu Teda Bundy’ego, jest czystym zbiegiem okoliczności, tak to sobie w każdym razie tłumaczę.

We współpracy z detektyw sierżant Warren i agentką specjalną Kimberly Quincy z FBI Keith i ja zdołaliśmy w końcu odkryć login i hasło Jacoba w darknecie. To pozwoliło nam odtworzyć osiem lat jego aktywności w sieci i rozwiązać zagadkę pewnego morderstwa. FBI odwdzięczyło się Keithowi, odbierając mu komputer Nessa. Quincy złożyła jakieś sztampowe przeprosiny: że takie obowiązują w FBI zasady, że takie są ich techniki kryminalistyczne, bla, bla, bla.

Wkurzyło mnie to na maksa. Keith był zdruzgotany. Ale nie aż tak bardzo, jak mogłam się spodziewać, więc zaczęłam się zastanawiać, ile wrażliwych informacji skopiował, zapamiętał albo zmapował, zanim Quincy zabrała mu jego zabawkę. Komputerowi maniacy potrafią być bardzo pomysłowi i z pewnością nie zawracają sobie głowy przepisami federalnymi.

W późniejszych miesiącach nigdy nie zapytałam otwarcie Keitha, co zrobił. Uznałam, że i tak mi nie powie, bo wygląda na kogoś, kto bardzo się pilnuje. Ale jestem pewna, że jeśli trafił na jakąś bombę, będę pierwszą osobą, którą o tym poinformuje; nie ujawni tylko swojego źródła.

Dobrze nam się współpracuje. Powtarzam to sobie, gdy kierowca Ubera podwozi nas pod komendę bostońskiej policji. Nawet o tak późnej wieczornej porze w szklanym budynku palą się światła.

Keith i ja wchodzimy w milczeniu do środka i widzimy stojącą w holu wejściowym – najwyraźniej na nas czekającą – D.D. Warren. Ma przy sobie małą torbę podróżną.

I w tym momencie wiem już, co jest grane.

Idący obok mnie Keith też się tego domyśla.

– Znaleźli coś – mówi szeptem.

– Znaleźli kogoś – poprawiam go.

I kimkolwiek jest ta biedna kobieta, której nigdy nie poznałam, ale z którą na zawsze będę połączona nieuchwytną więzią, już teraz jest mi jej strasznie żal.

Obie spotkałyśmy kiedyś na swojej drodze Jacoba Nessa.

I tak naprawdę żadna z nas nie wróciła do domu.

Rozdział 3D.D.

DETEKTYW SIERŻANT D.D. WARREN z bostońskiej policji była zakochana po uszy.

Nigdy by się tego nie spodziewała. Jej życie już od dawna dzieliło się na trzy starannie zaplanowane fazy: pracę, pracę i pracę. Od czasu do czasu pozwalała sobie skorzystać z bufetu, w którym można było zjeść tyle, ile dusza zapragnie, bo dziewczyna potrzebuje jakiegoś hobby. Choć jej prawdziwym hobby były buty. Tak czy inaczej, większość swego dorosłego życia spędziła, starając się skopać tyłki jak największej liczbie drani. Niektórzy koledzy z pracy uważali ją za osobę ogarniętą obsesją, a nawet wyniosłą. Nie jej problem. W następstwie urazu, który odniosła w czasie służby, powierzono jej nadzór nad wydziałem zabójstw – co oficjalnie oznaczało awans, ale zawsze wolała pracować w terenie niż za biurkiem. Jej dawni partnerzy, Phil i Neil (a ostatnio także mała, zadziorna i upierdliwa Carol) przywykli w końcu do tego, że chciała mieć wszystko pod kontrolą.

Dzisiejszy telefon od agentki specjalnej Kimberly Quincy – która zaprosiła D.D. do zespołu badającego na nowo kilka zamkniętych spraw związanych z cieszącym się złą sławą przestępcą – był czymś, o czym marzy chyba każdy prawdziwy policjant. D.D. powinna być podekscytowana i ożywiona, powinna podskakiwać z radości w swoich nowych, gładkich jak aksamit, czarnych skórzanych butach. Tyle że, niestety, była zakochana.

Wolałaby wrócić do domu. Jej mąż Alex, analityk kryminalistyczny i wykładowca w akademii policyjnej, rozumiał świetnie wymogi jej pracy. Sam też musiał im kiedyś sprostać. W obecnej fazie życia mógł już trochę zwolnić, podziwiać zaangażowanie żony i uśmiechać się do niej, jakby chciał mruknąć: „A nie mówiłem?”.

Co ją tak zniewoliło? Co zawładnęło jej sercem tak totalnie, że cierpiała katusze, wychodząc codziennie z domu? Mieli synka. Sześcioletniego, hiperaktywnego, cudownego Jacka. Który biegał po domu w piżamie z motywami Avengers ze swoją wierną psią przyjaciółką Kiką. Kiedy Jack podskakiwał, ich łaciata suczka podskakiwała jeszcze wyżej. Kiedy śmigał po ogrodzonym podwórku, Kika śmigała jeszcze szybciej. Jack nie miał słabości do butów, natomiast Kika zdecydowanie lubiła od czasu do czasu pogryźć jakieś drogie pantofle, musiał więc chować je szybko pod łóżkiem lub za sofą, by kryć swoją wspólniczkę.

Jack był głupiutki, dziki i zdecydowanie zbyt cudowny, by nie odbiło się to negatywnie na zdrowiu psychicznym D.D. i Alexa.

Dlatego tak trudno było stanąć pośrodku salonu i powiedzieć: „Mamusia musi na kilka dni wyjechać. Być może nawet na tydzień”.

Podszedł do sprawy sprytnie: w pierwszej chwili nie było fontanny łez. Zamiast tego odegrał rolę dzielnego młodego człowieka. Głowa w górę, ramiona wyprostowane.

– Dobrze, mamusiu. Jeśli musisz to zrobić, żeby złapać złych ludzi… – W tym momencie zadrżała mu dolna warga. Ukląkł na podłodze i objął siedzącą obok chudą Kikę. – Przynajmniej mam ciebie, mała. Wiem, że nigdy mnie nie opuścisz.

Zerknął szybko przez ramię, żeby sprawdzić, czy D.D. ogląda przedstawienie.

Stojący przy ścianie Alex zaczął bić brawo i pogratulował synowi udanego występu. Co sprawiło, że zarówno D.D., jak i Jack spojrzeli na niego spode łba.

– Twoja mama musi wyjechać – złajał syna Alex. – Więc uściskaj ją i przestań starać się o rolę na Broadwayu.

Sześciolatek wydał w końcu dramatyczne westchnienie, wstał i poklepał matkę po plecach.

– Będę za tobą tęsknił – oznajmił ze stoicyzmem. – Codziennie wysyłaj esemesy.

– Nie ogląda za dużo telewizji? – zaniepokoiła się D.D.

Jej mąż wzruszył ramionami.

– Tylu superbohaterów, tak mało czasu.

– Wrócę tak szybko, jak to możliwe – zapewniła syna.

– Jasne. – Jack pociągnął nosem.

Próbowała znaleźć moralne wsparcie u Kiki, naprawdę, u tej butożernej suki, lecz ta odwróciła się do niej zadem.

– Cóż… – westchnęła D.D. – Może chociaż ty będziesz odbierał moje telefony? – zwróciła się do męża.

– Zawsze – zapewnił ją Alex. – Mogę nawet rozmawiać z tobą na FaceTimie.

– Przynajmniej jest ktoś, kto mnie kocha.

Alex objął ją.

– Mali chłopcy potrafią złamać serce – szepnął jej do ucha.

– Rodzicielstwo nie jest dla mazgajów – mruknęła.

Mąż delikatnie ją pocałował.

– Za chwilę mu przejdzie. Dorwij ich, wojowniczko. Obaj jesteśmy z ciebie tacy dumni.

– Trzy do czterech dni – rzuciła. – Góra siedem.

– W federalnym zespole roboczym?

– Zgadza się.

– Złapiesz jakiegoś szubrawca? A może nawet sprowadzisz do domu zbłąkaną duszyczkę?

– Taką mam nadzieję.

– W takim razie nie musisz się nami przejmować. Twoi faceci dadzą sobie radę. Chociaż nie mogę nic obiecać w kwestii telewizji i Frosted Flakes na śniadanie.

Wzruszyła ramionami.

– Lubiłam Frosted Flakes na śniadanie.

– Doskonale, więc to będzie twoja wina.

Tak oto D.D. trafiła z powrotem do samochodu i z torbą podróżną na siedzeniu pasażera wracała na komendę, gdzie czekała ją jeszcze jedna trudna rozmowa. Miłość to coś skomplikowanego i potężnego. Może pokonać najsilniejszych, dopaść Bogu ducha winnych, zamieszać w życiu kobiety skoncentrowanej do tej pory wyłącznie na karierze.

Wszystko to wydawało się mieć sens, dopóki do komendy bostońskiej policji nie wmaszerowała Flora Dane z Keithem Edgarem u boku. Jedno spojrzenie na jej spięte ramiona, sprężysty krok i na to, jak na siebie zerkali, starając się na siebie nie zerkać, przypomniało D.D. o tej drugiej stronie miłości. O tej, która nie kwitnie i nie rośnie. I uświadomiła sobie gorzką smutną prawdę, że przez miłość można stracić wszystko.

I często się traci.

ZAPROWADZIŁA FLORĘ I KEITHA do wydziału zabójstw na piętrze. Oboje byli tu już wcześniej i choć chętnie oznajmiłaby, że awans na stopień detektyw sierżant oznacza, że może ich teraz gościć w wielkim gabinecie, to w rzeczywistości w jej klitce z trudem mieścili się dwaj funkcjonariusze. Zabrała więc Florę i Keitha do przeszklonej sali konferencyjnej, która podobnie jak reszta budynku, przypominała bardziej pomieszczenie z firmy ubezpieczeniowej, a nie komendy policji. Biurowe boksy i niebieska wykładzina podłogowa wydziału zabójstw kojarzyły się ze stateczną korporacyjną robotą. Niektórzy detektywi ozdobili ściany krwawymi zdjęciami z miejsc przestępstw i rozpięli przy nich policyjną taśmę – po prostu, żeby nie zwariować. W pracy śledczych poczucie humoru jest koniecznością.

– Oto co już wiemy – zaczęła bez zbędnych ceregieli D.D. – Dwa i pół miesiąca temu w górach w Georgii odkryto szczątki szkieletu.

– W Georgii – powtórzył za nią Keith, posyłając Florze znaczące spojrzenie.

– Dokładniej, w okolicach Niche – ciągnęła D.D. – niewielkiej miejscowości, której mieszkańcy zapewniają noclegi i wyżywienie turystom przemierzającym Szlak Appalachów. Za małej, żeby Jacob założył tam swoją bazę – dodała, spoglądając na Florę.

– Za bardzo by się wyróżniał – potwierdziła dziewczyna. – Kierowca ciężarówki nadużywający narkotyków i odznaczający się brakiem osobistej higieny. Niezbyt pasuje do małego miasteczka.

– Właśnie. Szczątki udało się zidentyfikować. To niejaka Lilah Abenito…

Keith wyciągnął nagle z torby laptop i go odpalił. Oczywiście notatki. D.D. teraz to sobie przypomniała. W trakcie wszystkich ich spotkań stukał w klawiaturę niczym wściekły dzięcioł. Zastanawiała się często, dlaczego Flora, która miała całkiem praktyczne podejście do rozwiązywania problemów, chciała się wiązać z tym informatycznym świrem.

Skończył uruchamiać komputer.

– Lilah Abenito zaginęła przed piętnastu laty – podjęła D.D. – Była jedną z pierwszych ofiar przypisywanych Jacobowi Nessowi. I dlatego agentka specjalna Kimberly Quincy tworzy federalny zespół roboczy, który ma zbadać zabójstwo Lilah Abenito i poszukać kolejnych dowodów przestępczej działalności Jacoba Nessa.

– Co do tej pory wiemy? – zapytała Flora, która nie usiadła; stała, zaciskając palce na oparciu krzesła.

– Niewiele. Ale ponieważ ze względu na powiązania z Jacobem Nessem sprawie nadano priorytet, wszystko zostanie ponownie sprawdzone, w tym także wstępne ustalenia antropolożki sądowej. Tymczasem my – D.D. spojrzała na Florę i Keitha – udamy się jako członkowie zespołu roboczego do hrabstwa Mosley. Naszym zadaniem będzie ponowne zbadanie miejsca, w którym odkryto szczątki… a także pobliskich szlaków, siedlisk ludzkich i tego, co się tam dzieje.

– Domyślam się, że nie można tam dojechać żadną autostradą – mruknęła Flora.

– Nie. Miejscowość leży wysoko w górach, z dala od utartych szlaków. Z pewnością z dala od dróg, którymi mógłby się przemieszczać swoją wielką ciężarówką Jacob Ness.

– Fakt, że szczątki leżały tam od dawna, oznacza, że trudniej będzie znaleźć dowody – zastanawiał się na głos Keith. – Z drugiej strony, piętnaście lat temu Jacob Ness zaczynał dopiero swój morderczy proceder. W związku z tym nie potrafił jeszcze tak dobrze zacierać śladów. Nie udoskonalił swojej techniki.

– To unikalna sposobność – zgodziła się D.D. – Agentka Quincy zaprosiła nas wszystkich do zespołu roboczego. Co jest, o czym nie muszę wam chyba mówić, nie lada honorem dla dwojga cywilów.

– Quincy mnie potrzebuje – stwierdziła bez ogródek Flora. – Nikt nie zna Jacoba tak dobrze jak ja. Nikt inny nie przeżył, żeby opowiedzieć, co go spotkało.

– W grudniu udało mi się całkiem nieźle rozpracować jego komputer – dodał Keith. – W ciągu czterdziestu ośmiu godzin dowiedziałem się więcej niż FBI w ciągu sześciu lat.

Oboje mieli rację i D.D. dobrze o tym wiedziała.

– Dziś wieczorem wylatujemy do Atlanty – poinformowała ich. – Pierwsze zebranie zespołu roboczego odbędzie się jutro z samego rana. Potem natychmiast przystępujemy do pracy.

Keith nie skomentował tego; po prostu zamknął laptop i wstał; najwyraźniej podjął już decyzję.

Co do Flory, to detektyw sierżant Warren wiedziała, że w ogóle się nie zawaha. Dokądkolwiek udał się Jacob Ness, Flora Dane zawsze podążała jego śladem, dając imponujący pokaz siły ducha i zarazem smutne świadectwo kompleksu ocalałej.

– Masz bilety? – zapytała.

– Samolot startuje z lotniska Logan o dwudziestej pierwszej.

– Do zobaczenia na lotnisku.

Rozdział 4

MASZ JAKIEŚ IMIĘ?

Nie potrafię sobie przypomnieć swojego. Unosi się gdzieś na obrzeżach mojej pamięci. Utraciłam je tamtej nocy, kiedy przyszedł Zły Człowiek i jego pistolet eksplodował ogniem. A potem straciłam matkę i w tym samym momencie głos.

Widzę obraz. Zamglony, połyskujący na brzegach. Czasami czuję zapach, podobny do zapachu kwiatów. Kiedy indziej obraz rozpływa się, staje się srebrzysty jak księżyc. Słyszę wtedy głos mamy, niski i cichy. Nucenie. Chodząc po domu, piorąc nasze ubrania, mieszając potrawy w garnku, mama zawsze nuciła pod nosem. Czasami ja też próbuję zanucić. Kładę palce na gardle i czekam, aż poczuję wibrację. Pamiętam dźwięki i słowa, wargi, które się poruszały, usta, które mówiły. Ale bez względu na to, jak bardzo skupiam się na nuceniu, jak bardzo pragnę poczuć szczęście mamy w moim gardle, nie wydobywa się z niego żaden dźwięk.

Zły Człowiek przyszedł do nas. Mama kazała mi uciekać, lecz jej nie posłuchałam. I nie ma już naszej dwuosobowej drużyny.

Dziewczyna. Tak mnie teraz nazywają. Dziewczyno, zrób to. Dziewczyno, pozmywaj tamto. Dziewczyno, chodź tutaj. Dziewczyno, zmykaj.

Złych ludzi widzę w postaci czarnych cieni z wąskimi oczami. Mężczyźni czy kobiety, wszyscy wyglądają tak samo: ciemne kształty, między którymi się przemieszczam, przynosząc i sprzątając to czy tamto. Z nisko pochyloną głową przemierzam bezszelestnie korytarze, powłócząc chorą nogą.

Mam bliznę. Długą, przecinającą skroń aż do linii włosów. Opada mi również prawa powieka i kącik ust; moja twarz wydaje się trochę rozpływać. Ale mnie ta blizna nie przeszkadza. W nocy wodzę długo palcami po jej nabrzmiałych brzegach. To moja mama. Jej ostatnia cząstka, którą będę miała w sobie zawsze. Podobnie jak ona miała te wyjątkowe garnki po swojej matce. Nie musisz mieć wielu rzeczy; wystarczy, że masz te właściwe.

„Uciekaj!”, zawołała mama.

Ale jej nie posłuchałam. Odwróciłam się i wyciągnęłam do niej ręce.

Huk wystrzału. Mama pada, ja też.

Zły Człowiek staje nade mną.

Przynieś to, dziewczyno.

Cicha jak myszka, wykonuję polecenia.

MAM SWÓJ POKÓJ. MAŁĄ klitkę z cienką matą do spania i dwoma wytartymi kocami. Śpię w ubraniu, bo kiedyś je zdjęłam i tego żałowałam. Poza tym mogą po mnie zadzwonić. Nie ociągaj się, nigdy się nie spóźniaj. Robię, co każą, i w nagrodę dostaję czasem arkusze białego papieru i moje ukochane kredki. Nie potrafię mówić, czytać ani pisać, ale umiem rysować. Szkice, obrazy, symbole. Kiedy nie zmywam, nie piorę i nie sprzątam, rysuję.

Niektóre rysunki są piękne i chowam je pod swoją matą, ale i tak prędzej czy później znikają. Wyobrażam sobie, jak mroczne bestie ciskają kipiące kolorami kartki w ogień, napawając się swoją władzą, tym, że pozbawiają świat kolejnego promyka światła. Ale ja znów rysuję zieloną trawę, błękitne niebo, czerwone i niebieskie kafelki, a także fontanny, przy których plusku słychać śmiech dzieci, bo wierzę, że choć bestie tego nie słyszą, moje rysunki umieją śpiewać. A potwory mogą karmić płomienie tak długo, jak chcą, bo wszystkie swoje rysunki mam w głowie i potrafię je bez końca odtwarzać.

Dziewczyna musi odnosić drobne zwycięstwa, gdzie tylko się da.

Niektóre rysunki przyprawiają mnie o płacz. A może płaczę już wtedy, gdy biorę do ręki świecowe kredki i kolorowy wosk płacze razem ze mną. Tych rysunków nigdy nie zachowuję. Zamazuję je na czarno, tak mocno, że rozdzieram papier i pęka kredka, którą trzymam w ręce. Mimo to zamazuję dalej, aż podłoga drży od mocy mego bólu.

A potem drę papier na drobne kawałki, takie, które da się połknąć. I wchłaniam z powrotem cały ten smutek w siebie, zmiatając z podłogi pokryte woskiem strzępy, bo nie chcę zostawiać śladów mojego bólu.

Nie chcę, by źli ludzie tyle o mnie wiedzieli.

Ale z ciebie głupia dziewczyna, mówią.

Nie kiwam głową. W ogóle nie reaguję. Niech wierzą w to, w co chcą wierzyć.

Cienie potrafią cię skrzywdzić. Potrafią pozbawić świat promyków światła i wniknąć w każde pęknięcie i szczelinę. Ale żaden cień nie trwa wiecznie.

Przyjeżdżają jacyś ludzie.

Bestie mamroczą natarczywie.

Nadstawiam uszu. Staram się usłyszeć coś więcej. Nie udaje mi się poznać szczegółów, ale coś się zmienia. Odkryto coś w górach i nie jest to dobra wiadomość dla bestii, więc może… więc może jest dobra dla nas?

Przyjeżdżają jacyś ludzie. To jedno jest pewne. I Zły Człowiek się niepokoi.

Muszę bardziej popracować nad sobą. Zakradam się do łazienki i w trakcie krótkiej spędzonej tam chwili wpatruję się w swoje odbicie nad umywalką, uderzam się palcami w wargi, wyciągam język. Poruszajcie się, obracajcie, mówcie. Ściągam usta w ciup i próbuję wypuścić przez nie powietrze. Puf, puf, puf. Przykładam palce do warg, żeby poczuć wydech, ale nic nie czuję.

Przyjeżdżają jacyś ludzie, a ja, po tylu latach, nadal jestem tą samą Głupią Niemową, którą byłam zawsze.

Wiem, co się teraz stanie.

Krzyki w środku nocy. Krzyki dziewczyn, które już nigdy więcej się nie odezwą. Ja też to czuję: coś jest, a potem znika, niczym łza we wszechświecie.

W nocy zawijam się szczelniej w koc w swojej klitce. I czekam, aż otworzą się drzwi. Wiedząc, że wkrótce przyjdzie kolej na mnie. I próbuję, bo muszę próbować. Bo gdzieś w głębi serca jestem córką swojej matki i czuję ją w sobie tak samo mocno jak kulę, która utkwiła w mojej czaszce.

Wyciągam kartki. Próbuję narysować te okropne znaki, które widuję na leżących to tu, to tam dokumentach. Gdybym tylko zdołała ustawić je we właściwym porządku, uformować z nich słowa, zdania, jakieś znaczenie. Są kodem, który rozumieją wszyscy oprócz mnie. Ustawienie ich we właściwej kolejności odblokowuje język, lecz ja najwyraźniej nie daję sobie z tym rady. Znaki mi umykają. Mają własny rozum, nie chcą stać tam, gdzie je stawiam.

Próbuję zacząć od prostych rzeczy. Od imion. Chcę zapisać imiona innych dziewczyn, bo każdy ma przecież jakieś imię. Każdy oprócz mnie, ale pewnego dnia zdołam odzyskać swoje. Do tego czasu mogę przynajmniej zapamiętać imiona tamtych, stworzyć rejestr wszystkich, które zginęły. Może ludzie, którzy tu przyjadą, zainteresują się, może pomogą. Gdybym tylko potrafiła mówić, pisać, choćby zakaszleć.

Próbuję więc zmusić rękę, w której trzymam kredkę, by nakreśliła linię wzdłuż i w poprzek, by odtworzyła kształt tych tajemniczych liter. Bez skutku. Linie się rozłażą. A potem zaczynają tańczyć, podskakiwać na kartce, pokazują, że nimi nie władam, że w ogóle ich nie rozumiem.

W końcu zaczynam rysować. Skomplikowane rozwibrowane obrazy z ukrytymi plamami ciemności. To dziewczyny, które tu były. Puste miejsca, które po nich zostały. Rysuję do późna w nocy.

Tyle mam do zapamiętania. Czuję, jak dom dygocze wokół mnie, i wiem, że jest w żałobie. To tylko dom, wcale nie taki zły. Zwykły stary dom, który nie prosił się o coś takiego.

Dom i ja płaczemy razem. Skończywszy rysować, podnoszę w górę kartkę. Zapamiętuję każdą linię, każdy kolor i zawijas. Tę plamę różu, tamtą smugę zieleni i tamten błękitny uśmiech. I te nowe mroczne cienie.

Przyjeżdżają jacyś ludzie.

Potrzebuję słów, liter, czegokolwiek. Ale mam tylko to. Obrazy mojego bólu. Zaczynam powoli drzeć kartkę na strzępy. Jak najmniejsze. Żeby dały się połknąć. Plamki różu, zieleni i błękitu. Większe plamy czerwieni i czerni.

A potem zaczyna się właściwa praca. Przeżuć i połknąć. Przeżuć i połknąć.

Zjadam wszystko. Nie zostaje żaden ślad po tamtych dziewczynach, żaden ślad mojego oporu. Tylko fragmenty imion, które połknęłam i noszę teraz w sobie razem z ostatnim tchnieniem mojej mamy.

Powinnam mieć lepszy plan.

Powinnam zacząć działać.

Już wkrótce.

Przyjeżdżają jacyś ludzie.

Rozdział 5KIMBERLY

AGENTCE SPECJALNEJ KIMBERLY QUINCY udało się dopaść wielu morderców, ujawnić fałszerzy sztuki i zwalczyć korupcję na rządowym szczeblu. Jej ojciec, Pierce Quincy, był jednym z legendarnych profilerów Biura, co oznaczało, że miała odpowiednią reputację i pochodzenie. Mimo to kierowanie międzyagencyjnym zespołem roboczym było wyzwaniem szczególnego rodzaju. Próbą zagonienia do zagrody stada lwów.

W pokoju było już kilku jej kolegów i szeryf hrabstwa. A teraz dołączyła do nich policjantka z Bostonu, a razem z nią ofiara porwania oraz komputerowy maniak i pasjonat zbrodni w jednej osobie. Agentkę Quincy lekko to zirytowało, ale śledcza Quincy była pod wrażeniem.

To Kimberly Quincy zidentyfikowała w końcu Jacoba Nessa jako seryjnego porywacza i seksualnego drapieżcę i pokierowała atakiem na motelowy pokój, w którym zaszył się z Florą Dane. W jej karierze było wiele pamiętnych chwil, ale wiedziała, że tamtego dnia nigdy nie zapomni. Tej chwili, kiedy Jacob Ness, krztusząc się i kaszląc od gazu łzawiącego, najpierw zaopiekował się Florą, owijając jej twarz mokrym ręcznikiem. Z czułością. Po czym podał jej swój pistolet. A ona wzięła broń i strzeliła mu prosto w głowę.

A potem odwróciła się i zmierzyła podbiegających do niej antyterrorystów najbardziej pustym spojrzeniem, jakie Kimberly w życiu widziała. Czym innym było czytanie o efektach długotrwałej traumy, a czym innym zobaczenie tego z bliska. Dopiero po godzinie Kimberly udało się sprawić, że Flora zareagowała na swoje imię. Ta godzina, w trakcie której agentka obawiała się, że uratowała nie młodą kobietę, lecz pustą skorupę, była jedną z najdłuższych w jej życiu.

Flora, która wmaszerowała teraz do sali konferencyjnej z wysoko podniesioną głową i wojowniczym błyskiem w oku, nie przypominała w najmniejszym stopniu zakrwawionego upiora, którego Kimberly wyciągnęła wtedy z motelowego pokoju. Agentka wiedziała jednak, że choć dziewczyna może być już silniejsza, nadal jest klinicznym przykładem stresu pourazowego. Rozmawiając wcześniej z D.D. Warren przez telefon, nie była pewna, czy włączenie Flory do tego śledztwa jest na pewno dobrym pomysłem.

Z drugiej strony, tej dziewczynie udało się nie tylko przeżyć Jacoba Nessa; ona go gruntownie przestudiowała, dostosowała się do niego, a nawet w pewnym sensie do niego zbliżyła. Była jego dziedzictwem i w nadchodzących dniach cały zespół roboczy będzie prawdopodobnie potrzebował jej opinii, by zrealizować swoje zadanie.