Człowiek z blizną - Jerzy Edigey - ebook + audiobook

Człowiek z blizną ebook

Jerzy Edigey

4,5
24,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Szajka złodziei od roku plądruje podwarszawskie wsie, brawurowo wywodząc w pole stróżów prawa. Pewnego razu bandyci dokonują kradzieży i zabijają właścicielkę sklepu w Ciechanowie. Do śledztwa włącza się sierżant Chrzanowski. Wiejski glina nie posiada wykształcenia, bardziej niż umysłem kieruje się intuicją i doświadczeniem życiowym, rozbraja poczuciem humoru. Dopiero jego ingerencja zmieni układ sił w rozgrywce między złoczyńcami a Milicją Obywatelską.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 245

Oceny
4,5 (38 ocen)
26
5
6
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Nodali123

Dobrze spędzony czas

Książka spoko,ale błędów cała masa ☹️
10
grazyna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
Miroska561

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo ciekawa historia....
00
Dzidudzidu

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia :)
00
DoDonik345

Nie oderwiesz się od lektury

Edigey jest niesamowity! Kazda książka jest inna, każda z bardzo dużą znajomością realiów danej branży. Świetne portrety psychologiczne!
00



Jerzy Edigey

Człowiek z blizną

Saga

Człowiek z blizną

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Copyright © 1970, 2021 Jerzy Edigey i SAGA Egmont

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728049563

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

ROZDZIAŁ DRUGI Na miejscu zbrodni

Domy wsi Grabienice Małe rozsiadły się wzdłuż drogi na prawie kilometrowym odcinku. Na zachodnim krańcu osady, tym położonym najbliżej sąsiedniej, dużej wsi Niedżbórz, gminna spółdzielnia Samopomocy Chłopskiej wybudowała przed trzema laty dość duży sklep, połączony z pokaźnym magazynem na opał i nawozy sztuczne. W lecie magazyn ten służył także jako punkt skupu zboża. Budowa sklepu w Grabienicach, o wiele mniejszych od Niedźborza, była przez długi czas solą w oku mieszkańców tej miejscowości. Musieli się jednak pogodzić. Po prostu grabieniczanie ubiegli swoich najbliższych sąsiadów i ofiarowali nie tylko plac pod budowę sklepu, ale również włożyli w ten obiekt sporo pracy społecznej. Żeby skończyć sąsiedzkie waśnie, powiat zadecydował, że kolejna nowa szkoła — tysiąclatka powstanie właśnie w Niedźborzu. O sklep — orzeczono — nie ma się co targować, bo od krańca Grabienic do pierwszych domów Niedźborza jest niecały kilometr, a zatem nawet mniej niż niektórzy grabieniczanie mają do swojego geesu.

Kiedy Kacperek przejeżdżał motorem przez wieś, we wszystkich prawie oknach paliły się światła.

— Już wiedzą o napadzie — stwierdził sierżant.

— A co komendant myślał? Założę się, że cała wieś zebrała się przed sklepem.

Kapral nie mylił się. Już z daleka reflektor motocykla oświetlił spory tłumek, kręcący się wokół białego budynku. Obaj milicjanci zsiedli z motoru i nie bez trudu przepychali się w stronę wejścia.

— Ludzie, rozejdźcie się! — nawoływał sierżant. — Tu nie ma nic ciekawego! Nie widzieliście umarłego, czy co? Jutro rano przecież trzeba iść do roboty, w pole.

Tłumek rozstępował się, przepuszczając przybyłych, ale nikt się nie kwapił do domu. W izbie sklepowej tak ciasno, że o wejściu tam jeszcze dwóch osób nie mogło być nawet mowy.

— Natychmiast opuścić sklep! — powtórzył energiczniej sierżant.

Wezwanie nie odniosło najmniejszego skutku. Chrzanowski, stojąc przed drzwiami, powtórzył je, a widząc, że nic nie pomaga, po prostu złapał za kołnierz dwóch chłopaków i zdecydowanym ruchem wyciągnął ich ze sklepu. Za przykładem szefa poszedł i kapral, który wypchnął następnych paru ciekawskich. Reszta, widząc, że milicja nie żartuje, acz niechętnie, zaczęła wychodzić ze sklepu. Kiedy zostało w nim tylko kilka kobiet i dwóch mężczyzn, Chrzanowski mógł się nareszcie rozejrzeć po miejscu zbrodni.

Całą tylną ścianę zajmowały, jak to zwykle bywa w każdym sklepie, sięgające aż pod sufit półki zapełnione rozmaitymi towarami. Na ladzie, obok wagi uchylnej, ułożone były arkusze papieru i spora kupka bilonu, przeważnie pięciozłotówki. Na ławce pod ścianą leżała na wznak Michalakowa. Ktoś przysłonił twarz zmarłej białą chustką. Sierżant zbliżył się do zabitej i zdjął to nakrycie.

Michalakowa miała około pięćdziesiątki. Była rosłą, dość tęgą kobietą. Czarne włosy starannie zaczesane, jak gdyby prosto od fryzjera. Na twarzy zmarłej ciągle jeszcze malował się wyraz ogromnego zdziwienia. Zdawałoby się, że nawet po śmierci nie może uwierzyć w swój zgon. Niebieski sweterek poplamiony był z lewej strony piersi zastygającą już krwią. Sołtys Paweł Majorek nie mylił się. Napadnięta zginęła natychmiastową śmiercią. Morderca miał pewną rękę i umiał celować. Strzelał, żeby zabić.

Starszy sierżant dobrze znał energiczną sklepową i jej historię. Wdowa po wójcie z Krasnego nie chciała siedzieć na łaskawym chlebie u dorosłej córki, która przejęła ojcowską gospodarkę. Skończyła jakieś kursy dla sprzedawców i następnie pracowała przez dwa lata w Ciechanowie, w sklepie przy ulicy Pułtuskiej. Przed trzema laty objęła nowo uruchomiony sklep w Grabienicach Małych. Tutaj spotkała ją śmierć.

— Tak ją znaleźliście? — zapytał sierżant jedną z kobiet. Znał ją. Była to żona sołtysa.

— Ale skądże! — oburzyła się sołtysowa. — Leżała, biedaczka, przy kontuarze. A oczy miała otwarte, jak żywa. Ale już była martwa, kiedy tu przybiegłam za moim starym.

— To dlaczego ją ruszaliście? — oburzył się milicjant.

— Jak to? Trzeba było dać pomoc chrześcijańskiej duszy. Przenieśliśmy ją na ławę i zamknęli oczy.

— A przy tym zatarli wszystkie ślady.

— O, co to, to nie! — oburzyły się kobiety — żadnych śladów tu nie było. U nas, w Grabienicach, bruki są dobre, błota nie ma. Także samo zebrałyśmy porozrzucane po całej podłodze papiery i pieniądze i położyłyśmy na blacie kontuaru. Możemy przysiąc, że ani żaden grosz, ani jeden świstek papieru nie przepadł. I nic innego ze sklepu nie zginęło, odkąd tu jesteśmy.

Sierżant złapał się za głowę. Prowadź dochodzenie w takiej sytuacji!

— Pani była pierwsza? — zwrócił się do Majorkowej.

— Tak — kobieta była dumna, że udziela informacji. — Kiedy tylko Feliksiak przybiegł do mojego starego, że Michalakową zabili, zaraz tu przyszłam. Chciałam ją ratować, niebogę. Ale nic nie mogło jej pomóc.

— Jak wyglądał sklep?

— Ona leżała na podłodze przy kontuarze. Koło niej te papiery. Jak upadła, to pewnie się zsunęły. Krzesło przewrócone, a szuflada, w której zawsze trzymała pieniądze, wyciągnięta i porzucona na środku sklepu. Naokoło niej i w szufladzie te drobniaki. Kiedy zobaczyłam, że Michalakowa oddała ducha, to przenieśliśmy ją na ławkę i pozbieraliśmy papiery i pieniądze. Szufladę włożyłam na swoje miejsce. Ale nie wiedziałam, czy schować te papiery...

— Dobrze, że nie zdążyliście Michalakowej pochować — mruknął pod nosem kapral Kacperek, a głośno zapytał: — A dlaczego wpuściliście tu tyle ludzi?

— A miałam im zabraniać? Michalakową każdy szanował, bo porządna kobieta była, więc też jak się po wsi rozniosło, że nie żyje, to każdy chciał ją zobaczyć. Widoku im żałować?

— No dobrze — zgodził się sierżant — ale proszę, niech teraz wszyscy wyjdą. Zaraz tu przyjadą z komendy w Ciechanowie.

Kiedy ostatnia z kobiet, a była nią oczywiście pani sołtysowa, opuściła sklep, sierżant zwrócił się do swojego podwładnego.

— Zdążyli nie tylko ślady zatrzeć, ale jeszcze i posprzątali. Co za ludzie! — westchnął. — Zdaje się, że będę oczyma świecił ekipie z Ciechanowa, bo kto winien? Naturalnie Chrzanowski, ponieważ nie dopilnował dochodzenia.

— Może by pogadać z tym Feliksiakiem? On pierwszy tu był.

— Słusznie — sierżant podszedł do drzwi. Tłumek przed sklepem ani myślał się rozejść. Przeciwnie, ludzi było teraz chyba więcej niż przed półgodziną.

— Jest tu Feliksiak? — zawołał Chrzanowski.

— Jestem — odpowiedział jakiś głos.

— Chodźcie tutaj — polecił sierżant.

Z grupki stojącej przed sklepem wysunął się wysoki, szczupły mężczyzna. Jasne włosy miał nieco rozwichrzone nad czołem. Nosił ciepłą popielatą kurtkę, sięgającą prawie do kolan, ciemne spodnie i wysokie buty z cholewami. W ręku, nie wiadomo dlaczego, trzymał bicz.

— Jak to było, panie Feliksiak?

— Ano wracam z Ciechanowa i przejeżdżam koło sklepu. Było już dobrze ciemno. Prawie po dziewiątej, ale na zegarek nie patrzyłem. Widzę, że w sklepie pali się światło i drzwi są otwarte, tak jak teraz.

— Jechaliście z Ciechanowa od tej strony? — zdziwił się sierżant. — Przecież na Ciechanów jedzie się przez Modłę, Chotum i Gąski.

Chłop nieco się zmieszał, ale zaraz wyjaśnił.

— Można i tak, a można szosą do Czeruchów, a stamtąd przez Niedźbórz. Dalej, ale droga lepsza. A poza tym miałem interes do jednego z Niedźborza.

— Do kogo?

— Do Adama Olszewskiego.

— A jaki to był interes?

— Jego grunta leżą koło moich. Chciałem, żebyśmy od poniedziałku razem zaorali. W dwa konie łatwiej i prędzej.

— Co było dalej?

— Kiedy zobaczyłem światło, myślę sobie: Michalakowa jeszcze w sklepie, to wstąpię i kupię papierosy, bo swoich zapomniałem u Olszewskiego. Podchodzę do drzwi, a tu na środku sklepu leży szuflada i naokoło niej pieniądze.

— Bilon czy papierki?

— Bilon. Papierków nie było. Myślałem, że ktoś włamał się do sklepu, jak w przeszłym roku w Budach Sułkowskich. Dopiero kiedy zrobiłem dwa kroki, zobaczyłem Michalakową za ladą. Krew na piersi. Dotknąłem, jeszcze ciepła była, ale już bez życia. Wskoczyłem na furmankę, zaciąłem konia batem i pojechałem do sołtysa. Potem konia na podwórze wprowadziłem i sam przybiegłem tu z powrotem.

— Co robiliście w Ciechanowie?

— Odstawiłem tam dwa wieprzki i brałem wysłodki z cukrowni. Bo buraki już zdałem w przesztym tygodniu.

— Tak od rana do nocy zeszło wam przy tych wysłodkach?

— Ee, tyle to nie... — zgodził się Feliksiak.

— Kiedy przyjechaliście do Niedźborza, do Olszewskiego?

— Jeszcze za widna. Było koło piątej.

— Długo namawialiście go na to wspólne oranie?

Chłop się uśmiechnął.

— Sierżant sam rozumie, sprzedało się dwa wieprzki, trzeba było wypić kapinkę.

— Z Olszewskim?

— To mój krewniak. Przez żonę. Zasiedziałem się, a tu noc już przyszła.

— Jak jechaliście tutaj, spotkaliście kogo?

— Na szosie dużo. Nawet by nie zliczył. A od Czeruchów chyba nikogo.

— Chyba czy nikogo? Przecież na tej drodze zawsze duży ruch.

— Ja tam nie wiem — przyznał szczerze Feliksiak. — Koń zna drogę, to sam jechał, a mnie trochę zmogło. Obudziłem się, kiedy wóz wjechał na bruk w Niedźborzu.

— A z Niedźborza do Grabienic też spaliście?

— Nie spałem, ale nikogo nie widziałem. Słyszałem tylko, jak ktoś jechał na motorze. Cisza była, to daleko niosło.

— Z której strony?

— Jakby jechał na Łebki.

— Od Grabienic?

— Chyba tak, bo głos się oddalał. Kiedy podjeżdżałem do wsi, już go nie słyszałem.

Sierżant Chrzanowski znowu podszedł do drzwi sklepu. Tłumek ciekawskich cierpliwie czekał. Nikt nie poszedł spać.

— Czy ktoś z mieszkańców Grabienic jeździł dzisiaj motorem po zmierzchu?

— Ja jeździłem — młody człowiek stanął w świetle padającym od otwartych drzwi.

— Kiedy i dokąd?

— Do jednej dziewczyny z Czarnocinka.

— Kiedy wróciłeś?

— Przed ósmą byłem w domu. Ojciec może zaświadczyć.

— Pewnie, że mogę. Był w domu, panie władzo — odezwał się ktoś z tłumu.

— A wy, Feliksiak, słyszeliście ten motor przed ósmą?

— Nie, z godzinę potem. O ósmej byłem jeszcze u Olszewskiego. Dobrze pamiętam, bo słuchaliśmy w radiu dziennika. Wyjechałem po wiadomościach sportowych. A poza tym wyraźnie słyszałem motor od strony Łebków. Droga na Czarnocinek jest dalej. Bardziej na południe. Tam zaraz rośnie las. Motoru by nie było słuchać.

Błysnęły światła reflektorów. Za chwilę przed sklepem zatrzymała się warszawa. Wysiadł z niej porucznik Lewandowski, za nim lekarz z Ciechanowa i dwóch milicjantów z ekipy śledczej, fotograf i daktyloskopograf; obaj z potrzebnymi przyborami.

Porucznik rozejrzał się po sklepie i wysłuchał raportu starszego sierżanta. Lekarz pochylił się nad zmarłą.

— Dwie kule — powiedział. — Jedna na pewno musiała przebić lewą komorę serca. Zgon natychmiastowy. Resztę będę mógł powiedzieć dopiero po sekcji. Zginęła między ósmą a dziesiątą wieczorem.

— Dlaczego nie dopilnowaliście, sierżancie — złościł się porucznik — żeby tu nikt nie wchodził i niczego nie ruszał? Teraz szukaj wiatru w polu.

— O przestępstwie zostałem zawiadomiony dopiero za dziesięć dwunasta. Od razu przekazałem meldunek do komendy powiatowej i przyjechałem do Grabienic Małych. Ale jak ustaliłem, zbrodnię popełniono około dziewiątej. Obywatel Feliksiak wykrył przestępstwo po dziewiątej. Zawiadomił sołtysa. Ludzie przybiegli ratować Michalakową, a dopiero później, kiedy przekonali się, że sklepowa nie żyje, sołtys pojechał mnie zawiadomić. Z Grabienic do Dąbrowy Zakościelnej jest prawie siedem kilometrów ciężkiej, piaszczystej drogi. Ze dwa kilometry trzeba rower prowadzić. Motorem też nie wszędzie mogliśmy przejechać. Kiedy tu dotarłem, w sklepie było pełno ludzi, a zmarła została przeniesiona i ułożona na ławce. Pozbierano rozrzucone na podłodze pieniądze i papiery.

— W tej sytuacji — zauważył technik daktyloskopii — nie mam tu nic do roboty.

— W takim razie ja zrobię jedynie fotografię zabitej i wnętrza sklepu — uzupełnił fotograf.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.