Wydawca: Muza Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 890 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 24 godz. 21 min Lektor: Agata Kulesza

Opis ebooka Czerwony Pająk - Katarzyna Bonda

Córka Saszy Załuskiej zostaje uprowadzona przez nieznanych sprawców i mimo wzmożonych wysiłków policji nie udaje się jej odnaleźć. Prywatne śledztwo Saszy wykazuje, że porwanie dziewczynki jest powiązane z zagadkowym samobójstwem byłego oficera wywiadu, pseudonim Dziadek, niegdyś przełożonego Załuskiej. To w jego posiadaniu znajdowało się archiwum kompromitujące najważniejszych polskich polityków. Teraz jednak dokumenty zniknęły. W ich poszukiwaniach biorą udział wszystkie zainteresowane strony – zarówno mafiosi, jak i politycy oraz służby specjalne – a komuś niezwykle zależy na tym, żeby to właśnie Sasza je odnalazła. Porywacze wiedzą, że aby ocalić życie córki, Załuska zgodzi się na wszystko.

W starej torpedowni w Gdyni nurek znajduje zwłoki kobiety. Jeszcze zanim badanie DNA potwierdzi tożsamość ofiary, komendant Robert Duchnowski rozpoznaje ciało…

 

 

Opinie o ebooku Czerwony Pająk - Katarzyna Bonda

Fragment ebooka Czerwony Pająk - Katarzyna Bonda

CZTERY ‌ŻYWIOŁY SASZY ZAŁUSKIEJ

Tetralogia ‌kryminalna

tom ‌I

Pochłaniacz

POWIETRZE

tom II

Okularnik

ZIEMIA

tom III

Lampiony

OGIEŃ

tom ‌IV

Czerwony Pająk

WODA

Projekt ‌okładki: Paweł ‌Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: ‌Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja ‌techniczna: ‌Karolina ‌Bendykowska

Korekta: ‌Mariola Hajnus, ‌Katarzyna ‌Głowińska (Lingventa)

© ‌by ‌Katarzyna Bonda

All rights ‌reserved

© ‌for ‌this edition by MUZA ‌SA, Warszawa 2018

Fotografia ‌na okładce:

© Amanda Conley/Trevillion ‌Images

Ta książka ‌jest fikcją literacką.

Ewentualne ‌podobieństwo postaci, zdarzeń, okoliczności ‌nie jest zamierzone i może być ‌jedynie przypadkowe.

Natomiast niektóre elementy ‌intrygi pochodzą ‌z akt prawdziwych ‌spraw kryminalnych. Poza ‌tym historia opisana w powieści ‌zasadniczo nie odbiega ‌od realiów.

ISBN 978-83-287-0953-9

Warszawskie Wydawnictwo ‌Literackie

MUZA SA

Wydanie ‌I

Warszawa 2018

WSZYSTKO MA SWÓJ ‌KONIEC

Według Empedoklesa zasadę ‌bytu tworzą cztery korzenie ‌wszechrzeczy, nazywane też żywiołami, ‌elementami ‌lub pierwiastkami: powietrze, ziemia, ‌ogień i woda. Elementy ‌te są wieczne, ‌bo „to, co ‌jest”, ‌nie powstaje, nie ‌przemija ‌i jest niezmienne. ‌Z drugiej ‌strony ‌zmienność istnieje, bo nie ‌ma ‌powstawania ‌czegokolwiek, ‌co jest śmiertelne, ‌ani nie jest ‌końcem niszcząca ‌śmierć. Jest tylko mieszanie ‌się i wymiana tego, co ‌pomieszane.

Nie ‌ma złego,

co nie ‌wyjdzie ci

bokiem.

Po ‌dobroci

połamią ci

kark.

Marcin ‌Sendecki, ‌Lamety

Zastarzały gniew budzi strach, ‌że się ‌przegra, zanim otworzy się ‌usta. Oznacza, że wewnątrz ‌osiąga się ‌temperaturę ‌krytyczną, czy się to ‌okazuje na ‌zewnątrz, czy ‌nie. Zastarzały ‌gniew otacza murem ‌milczenia i poczuciem ‌kompletnej bezsilności. ‌Ale istnieje wyjście z tego ‌zaklętego kręgu, ‌a jest nim przebaczenie.

Clarissa Pinkola Estés, Biegnąca z wilkami przeł. Agnieszka Cioch

PROLOG (2016)

– Mama?

Sasza z trudem trzymała w dłoni telefon. Cała się trzęsła.

– Gdzie jesteś, kotku? – Uśmiechnęła się, choć po twarzy płynęły już łzy.

– U cioci.

– Cioci? – powtórzyła Załuska świszczącym szeptem. – Jakiej cioci?

– Zagranicznej. Jest tu jeszcze dwóch wujków. To znaczy nieprawdziwych, bo twojego brata nie ma. Ale cię znają. Są dosyć mili. – Po chwili dziewczynka zniżyła głos do szeptu. – Tylko trochę dziwni. Chyba pracują na wojnie.

– Na wojnie?

– Mają pistolety i spodnie, takie z ukrytymi kieszeniami, w których mieszczą się scyzoryk, latarka, pół bochenka chleba, a do tego jeszcze butelka z benzyną. Identyczne jak nosi wujek Duch, kiedy chodzi na szkolenia policyjne. Szkoda, że go tu nie ma. Byłoby pewnie wesoło.

Zamilkła. A potem szybko, ledwie słyszalnie, dodała:

– Ten młodszy ma ohydną bliznę na uchu. Jakby wpadł do ogniska. I nawet do jedzenia nie zdejmuje rękawiczek. Jedna jego ręka jest nieprawdziwa.

– Prawa? – upewniła się Sasza i głośno przełknęła ślinę.

Odganiała złe myśli: jej dziecka nie uprowadził Pochłaniacz, boss gangu obcinaczy palców, socjopata i protego­wany Dziadka. Blizny na uchu dorobił się podczas tej samej akcji, w trakcie której Sasza zyskała swój wzór na plecach. Rękę ucięto mu w odwecie. Dopóki ojczyzna nie zafundowała mu nowoczesnej protezy, lubił obnosić się ze swoim hakiem, który wykorzystywał do dręczenia ofiar.

– Nie wiem. Nie pamiętam – padło w odpowiedzi.

Załuska za wszelką cenę starała się zachować spokój. Nie zdradzić przed córką, jak bardzo się o nią boi. Żeby mała nie wyczuła w jej głosie nawet cienia paniki. Nie wolno jej. Nie teraz.

– Jak się czujesz, słonko?

– Nudzę się. Nie ma tu żadnych innych dzieci. Kiedy skończysz pracę?

– Już niedługo.

– Jak dadzą ci urlop? – domyśliła się dziewczynka.

– Wkrótce się zobaczymy. Bądź dzielna. Kocham cię, córciu.

– Nikt tutaj nie robi dobrej pomidorowej. Zawsze pływają w niej jakieś zielone badyle.

Nagle zapadła cisza. Jakby ktoś wyłączył głośnik lub wyjął kabel z gniazdka.

– Córeczko! Karolcia? Karo… Słyszysz mnie? – powtarzała do martwego aparatu Sasza. W końcu również umilkła.

Nabrała powietrza. Czekała na rozkazy, ale po drugiej stronie jakby nie było nikogo. Połączenia jednak nie przerwano. Na wyświetlaczu widziała zmieniające się sekundy. Chcieli, żeby się bała. By przejęta grozą zgodziła się na każde warunki. I Sasza była na to gotowa. Wokół przełyku zaciskała się jej pętla strachu. Nie była w stanie wydobyć głosu. Czyżby zmarnowała okazję? To był już trzeci kontakt z porywaczami. Pierwszy, kiedy pozwolili jej pomówić z małą. Tak długo na to czekała. Kręciło się jej w głowie z bezsilności. Zaciskała dłonie w pięści, aż zbielały jej knykcie. Nie czuła bólu, choć paznokcie wbijała sobie niemal do krwi. Mów, co ci przychodzi do głowy – pamiętała ze szkoleń. Zdobądź jak najwięcej detali. Odprysków danych, najdrobniejszych poszlak. Zmuś ich do rozmowy. Rzucaj groźby, kłam, blefuj. Wyprowadź z równowagi, uspokajaj. Byle nie odkładali słuchawki. Mów!

Nie mogła. Sytuacja ją przerosła. Emocje okazały się za silne. To nie taktyka przesłuchań całkiem obcej osoby. Uprowadzono jej jedyne dziecko. Wciąż jeszcze łudziła się, że córka jest w pobliżu. Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że odciągnęli ją od telefonu siłą. Nie wiedziała, czy to zniesie, ile jeszcze zniesie. Była gotowa kraść, zabijać, byle zwrócili jej Karo. Mówiła im to za każdym razem, kiedy się kontaktowali. I za każdym razem działo się to samo: telefon, krótka rozmowa dotycząca obietnicy wykupu małej, a potem długie okresy milczenia. Dziś było jej wyjątkowo ciężko. Spróbowała wziąć się w garść. Otarła łzy, wyprostowała się.

– Mam już wolne. Przyjadę najszybciej, jak tylko zdołam. Karolina, słyszysz mnie? – wyrzucała z siebie słowa jak pociski, choć była prawie pewna, że dziewczynki nie ma już po drugiej stronie. Teraz do jej uszu dochodziły tylko trzaski i szmery, jakby ktoś szybkim krokiem przemieszczał się z aparatem w podmuchach silnego wiatru. – Kocham cię! Najmocniej na świecie. Pamiętaj, córeczko. Kocham! Pobaw się teraz i daj mi ciocię albo wujka do telefonu.

Na chwilę, która zdawała się wiecznością, wiatr ustał i Sasza znów wsłuchiwała się w monotonną ciszę.

– Nie myślisz racjonalnie. Stałaś się sentymentalna – rozległ się damski głos. Niski, oleisty, uwodzicielsko słodki. Jakby rozmówczyni całe życie wylegiwała się na szezlongu.

Zawsze tak brzmiała, na każdej akcji. Znajome tony wwiercały się Saszy do serca i haratały je na strzępy. Rozpoznała ten głos bez trudu. Sama szkoliła tę agentkę i wiedziała, że jest znacznie lepsza, niż ktokolwiek by przypuszczał. Dlatego też przez lata trzymała ją blisko siebie. Oddana firmie, zdolna do wszystkiego dla sprawy, sprytna – osobiście napisała w raporcie, kiedy widziały się ostatni raz. Co gorsza, kobieta znała dokładnie życiorys Załuskiej. Jej wszystkie tajemnice i słabości. Teraz doskonale rozgrywała nimi tę partię. Sasza żałowała każdej sekundy przeznaczonej na naukę narowistej uczennicy, która lata temu zniknęła jej z pola widzenia, a teraz najwyraźniej grała w przeciwnej drużynie. Profilerka chciała krzyczeć, przeklinać, roztrzaskać telefon o ścianę, ale nie była w stanie zrobić nic. Jęknęła tylko bezgłośnie. Tymczasem do jej ucha wlewała się melasa.

– Podobno kiedyś szukałaś mnie, ale to ja znalazłam ciebie. – Sasza wyczuła w jej głosie triumf, bezgraniczną satysfakcję.

Wtedy tama wściekłości pękła.

– Gdzie ona jest? – ryknęła zrozpaczona. – Oddajcie mi ją! Co wam zrobiło niewinne dziecko?! Zabierz mnie. Zrobię, co zechcesz!

– Nie wątpię – zaśmiała się kobieta. – Tyle że to już nieaktualne. Nie słuchasz, jesteś niesubordynowana, za bardzo uwierzyłaś w siebie. To jest system naczyń połączonych. Czas samotnych wojowników minął. A ty nigdy nie przyjmowałaś tego do wiadomości. Zlekceważyłaś nas. Szkoda…

– Torbę wyrzuciłam na obwodnicy w ustalonym miejscu – weszła jej w słowo Sasza. – Była cała kwota. Co do złotówki. Pieniądze nieznaczone, nominały się zgadzały. Nikt się nie zgłosił.

– Widziałam. – Kobieta po drugiej stronie słuchawki westchnęła zrezygnowana. – Czekałyśmy z Karoliną na Kieleckiej. Potem zwiedziłyśmy dokładnie cmentarz witomiński. I już myślałam, że zakończę karierę niańki. Choć właściwie to polubiłam tę twoją małą. Jest dosyć rezolutna. W ciebie się chyba nie wdała. Namówiła mnie na nowe buty, bo zabraliśmy ją w kapciach.

– Pieniędzy nie chcecie – przerwała jej łamiącym się głosem Załuska. – Więc czego? Powiedz mi. Proszę – błagała.

Słodycz zniknęła. Głos stężał.

– Policjant od ciebie zgubił się w osiedlowych uliczkach. Przyjechał po kwadransie, jak już było po wszystkim. Przypadek?

Teraz ze słuchawki sączył się jad. Każde słowo bolało Saszę coraz bardziej.

– Nie powinnaś była informować swoich braci mundurowych. To nie było rozsądne. Zamiast córki miałabyś dziś do odbioru całkiem nowe adidasy w rozmiarze trzydzieści sześć.

Ostatnia groźba wypowiedziana była niskim, świdrującym tonem.

– To nie ja. Naprawdę. Oni… Ja nic… Nikomu. Policja nic nie wie.

– Nie tłumacz się.

Sasza zamarła. Czuła, jak ziemia usuwa się jej spod stóp.

– Na szczęście zmieniły się rozkazy. Przekonałam ich, że nie ryzykowałabyś życia jedynej córki. Zresztą to pewnie babcia. Ktoś ze znajomych został jej jeszcze w resorcie. Tak przy okazji, Laura czuje się już dobrze? Wyglądała na przestraszoną. Chyba nawet upadła.

– Jest po udarze – wyszeptała Sasza. Mocniej zacisnęła pięści. Paznokcie wbiły się w dłoń. Czuła piekący ból, który paradoksalnie dodawał jej sił. – Ale mówi. I rozpozna cię.

Kobieta po drugiej stronie zignorowała groźbę.

– Pieniądze się nie zgubiły? – Znów zimna kpina w głosie i udawana słodycz. – Bo może jeszcze się przydadzą. Dokumenty to czasem lepsza inwestycja niż bi­lety NBP. Ludzie jak głupi skupują nieruchomości. Tak między nami, stosunkowo tanio wyceniono takie słodkie dziecko.

– Mów, czego chcecie.

– Małą się nie martw. Jest bezpieczna. Do czasu.

– Nigdy ci nie ufałam.

– Bardzo słusznie – odparła rozbawiona kobieta. – Szkoda tylko, że to nieprawda.

– Nie mam tych papierów.

– To już wiemy.

– Ale mogę je zdobyć.

– Tylko dlatego jeszcze rozmawiamy.

– Wymienisz je na Karolinę? – W głosie Saszy wybrzmiała prośba, a nie taki efekt chciała osiągnąć, więc dodała: – Muszę tylko wiedzieć, czego potrzebujesz. Dokładnie. I ile mam czasu.

– To nie wystarczy. Potrzebny będzie komplet TW Calineczki.

– Za późno. Dziadek puścił to do obiegu.

– Ty nic nie wiesz!? – zdziwiła się kobieta. – Jak się uchowałaś w tej firmie? Wciąż wierzysz w bajki i czekasz na króla elfów? Dziadek odpalił się z broni służbowej.

– Kłamiesz! – wyszeptała Załuska. – Widziałam się z nim. Miał zupełnie inne plany. Dobrze wiesz, co trzymał w swoim archiwum.

– Trzy strzały. W drugiej połowie meczu, dlatego nie poszedł na okładki gazet. Warwara go znalazła. W garażu.

– On nigdy by tego nie zrobił!

– Zrobił, nie zrobił. Nie żyje – zirytowała się kobieta. – Czasy się zmieniły. Stawka wzrosła. Twoją tarczę ochronną trafił szlag i masz ogień przy dupie, bo dziecko nadal jest z nami. A ty się nie rozliczyłaś.

Odsunęła się od słuchawki i krzyknęła karcącym głosem:

– Zapytałaś, czy możesz?! No to przeproś. Ciocia nie lubi niegrzecznych bachorów. Milcz, kiedy dorośli rozmawiają! Co powiedziałam!

Sasza usłyszała płacz córki, a potem tupot stóp i trzaśnięcie drzwiami. Gdyby mogła, zaatakowałaby kobietę po drugiej stronie telefonu czymkolwiek, co znalazłoby się teraz w zasięgu jej ręki.

– Zostaw ją! – warknęła. – Jeśli coś jej się stanie…

Kobieta jedynie fuknęła i po rosyjsku zwróciła się do któregoś ze swoich towarzyszy:

– Zabierz ją. I niech Ludmiła weźmie to do prania. Za karę młoda ma siedzieć w kajucie. I żadnego komputera!

Po chwili znów odezwała się do Saszy. Była zimna, wypluwała z siebie słowa jak automat.

– Jest rozkaz zdetonowania Wilmora. Teraz rozumiesz, dlaczego jesteś potrzebna?

– On nie istnieje! – krzyknęła Sasza. – To postać stworzona przez Dziadka. Mam szukać jakiegoś cienia? Sama wiesz najlepiej. To szaleństwo!

– Jeśli zależy ci na córce, wypełnisz zadanie. Żywa lub martwa. Dobrze zrozumiałaś.

Rozległy się krzyki. Saszy zdawało się, że słyszy rosyjski i angielski, uderzono w gong, a potem połączenie zostało przerwane.

Sasza jeszcze długo siedziała bez ruchu, wpatrując się w wyświetlacz telefonu. Sięgnęła po papierosa, zaciągnęła się, ale nie czuła smaku tytoniu. Nie czuła właściwie nic.

Za oknem świeciło piękne słońce. Roześmiani ludzie spacerowali deptakiem, rozbrzmiewała wesoła muzyka. Jakaś para całowała się pod ogołoconym z liści kasztanowcem. Profilerka poczekała, aż minie fala gniewu i przyjdzie chłód, jaki zwykle ogarniał ją, kiedy pojawiały się złe wieści: jesteś spalona, zwolniona, umierasz. Właśnie tej sytuacji bała się latami. Ukrywała ten lęk pod maską chłodu i opanowania. Aż wreszcie jest. Moment, w którym z przeszłości tak skomplikowanej, że nie pamięta się wszystkich adwersarzy, pojawia się jeden z nich, który zapragnął wyrównać rachunki. Przecież wiedziała, że to się zdarzy. Po to wróciła z Anglii. W głowie kręciło się jej od domysłów: Wilmor. Karolina. „Seryjny samobójca” dopadł Dziadka. TW Calineczka. Duchy przeszłości.

– I tutaj się mylisz. Zawsze wszystko rozumiałam – mruknęła już spokojniej Załuska. – Żywa lub martwa? To się okaże.

Rozprostowała dłoń i zlizała kropelkę krwi. Zapięła suwak kurtki pod samą szyję, jakby zakładała zbroję, i przymk­nęła oczy. Koniec pościgu. Ulga. Od dawna nie myślała tak trzeźwo i nie była tak zdecydowana. Nie ten wygrywa wojny, kto jest silny, lecz ten, kto umie czekać.

ZAGINIONA DZIEWCZYNA (2000)

Deszcz zacinał prosto w twarz, kiedy Ludwik Kot wczołgał się wreszcie na pokład. Powinien rozpocząć wachtę dziesięć minut temu, ale nikt raczej nie przejął się jego spóźnieniem. Bujało przeokrutnie, żołądek znów podszedł mu do gardła. Kot z trudem trzymał się w pionie. Wyciągnął drżącą dłoń i już wymacał hak, żeby przypiąć karabinek zabezpieczający, ale stracił równowagę i padł jak długi we wzorowo sklarowane liny. Głową uderzył o burtę.

– O! Doktorek wylazł z wyra!

Dobiegł go tłumiony śmiech. Wszyscy członkowie załogi stałej mieli na sobie czerwone sztormiaki służbowe. I bez problemu utrzymywali się w pionie. Cholerni zawodowcy.

– Wyżelowana vagina dentata w rurkach. Tu ci się nie przydadzą!

Rozpoznał głos starszego bosmana. Marek Kryński zwany Kretem jako dzieciak nic praktycznie nie widział bez szkieł grubych jak denka od butelek. Przed laty mieszkali z Ludwikiem w jednej klatce na Chyloni. Matka Kota przygarniała młodego Kryńskiego, kiedy pijany ojciec skakał do niego z łapami. Opatrywała stłuczenia, Kret regularnie nocował u nich na sofie w przedpokoju, rano jadł jajecznicę i ryczał jak bóbr, prosząc Boga o niepowrót z morza ojca rybaka. Ojciec umarł dopiero dekadę później. Nie zabrało go morze, przez pomyłkę wypił w gdyńskim Pekinie flaszkę metanolu. A Kret, odkąd poddał się operacji oczu i wyrzucił okulary, chyba zanadto uwierzył w siebie.

W tym czasie Ludwik skutecznie o nim zapomniał. Skończył medycynę, dostał się na praktykę w miejskim szpitalu w Gdyni i zaręczył z ambitną Kasią, stomatologiem z dodatkową specjalizacją z medycyny estetycznej. To za jej sprawą znalazł się na „Darze Młodzieży”. Kasia wymarzyła sobie, aby w podróż przedślubną popłynąć na żaglowcu do Antwerpii. Nazywała go górnolotnie morskim ambasadorem Polski, opowiadała o spektakularnych rejsach po wszystkich oceanach świata, o tysiącach studentów Akademii Morskiej w Gdyni, którzy szkolili się na nim od 1982 roku. Roztaczała wizje: będą z Ludwikiem samodzielnie klarować żagle, wchodzić na reję bombrama, stać za sterem na psiej wachcie i śpiewać w mesie szanty. Ludwik był pewien, że tą podróżą Kasia chce zaimponować ojcu, pułkownikowi Bronisławowi Zawiszy, a przede wszystkim udowodnić, że jej narzeczony nie jest mięczakiem. Ludwik tymczasem, choć rodowity gdynianin, całe życie unikał statków, marynarzy i rybaków. Teraz jednak, czy to z miłości do ukochanej, czy po to, by przed samym sobą nie wyjść na tchórza, zdecydował się wyłożyć na tę wspólną przygodę po cztery tysiące od głowy i płynąć wraz z dzieciakami jako załogant.

Niestety, Kasia nie dotarła do portu. Wysłała za to rozkosznego esemesa: „Mam konferencję w Monako. To dla mnie szansa. Widzimy się po powrocie. Bądź zuchem, Lu. #załujeteskniekocham #ahoj”. Pół godziny później przyszedł mejl – buźka z serduszkiem i jej roześmiane zdjęcie na tle półki z nowymi preparatami do ostrzykiwania zmarszczek. Kasia była w kusym kitelku, obejmował ją jakiś grubas. Na plakietce miał napisane: Circo V. Morales. Udając, że musi załatwić niecierpiącą zwłoki sprawę służbową, Ludwik dorwał się do komputera kapitana i wyszukał w sieci dossier doktora. Dowiedział się, że Morales jest gwiazdą włoskiego programu telewizyjnego Idealne ciało. Więc to tak wygląda twoja szansa – pomyślał z przekąsem, po czym stracił zasięg.

Podniósł głowę. Wstyd palił go aż po czubki uszu. Płowe włosy opadły mokrymi strąkami na twarz. Gęsta, słona ciecz rozpylana przez porywisty wiatr mieniła się w promykach słońca i zaburzała widoczność. Ludwikowi kręciło się w głowie, przed oczyma latały mu mroczki. Z niepokojem wpatrywał się w główki portu. Gdańsk wyłaniał się z białej bryzy, bajkowy i monumentalny jak na filmie fantasy, a on myślał tylko o jednym: stanąć na twardym gruncie, uciec stąd jak najszybciej. Niech Kaśka sama spełnia żeglarskie marzenia.

Drobinki soli drażniły policzki, choć i tak były miłą odmianą po smrodzie panującym pod pokładem, gdzie spędził ostatnią wachtę, sprzątając cudze wymiociny. Ludwik pierwszy raz płynął po Bałtyku. Wiedział, że to morze płytkie, z krótką falą, a więc buja z większą częstotliwością. Zawsze sądził, że ma zaburzenia błędnika, bo nigdy nie wymiotował na łódce. Na morzu okazało się, że jest wręcz przeciwnie. Za to męska duma cierpiała w zderzeniu z prymitywnymi drwinami i serią upokorzeń.

Uderzono w gong. Na pokładzie zaroiło się od marynarzy. Minęli go rządkiem studenci Akademii Morskiej w szkolnych sztormiakach, którzy dziarsko ruszyli do zrzucania żagli. Fregata za pół godziny miała wejść do gdyńskiego portu, by zabrać delegację z NATO i ruszyć na szerokie morze do ojczyzny diamentów. Poza Ludwikiem wszyscy byli tą perspektywą zachwyceni.

– Przygotować się do brasowania! – ryknął pierwszy oficer. – Wzięli brasy! Brasujemy na trawers! Let go gejtawy i gordingi! Wzięli szoty! Na reje! Klar na portowo! Przygotować cumy. Szpringi!

Po chwili „Dar Młodzieży” przypominał już sopocki deptak w sezonie. Przy sterze Ludwik zauważył kobietę z kucykiem. Metr pięćdziesiąt wzrostu, perkaty nos, wąskie zaciśnięte usta. Twarz ogorzała od wiatru, piegi rozlane jak archipelagi na starej mapie piratów. Wcześniej nosiła na głowie bejsbolówkę, jej daszek przesłaniał stalowe oczy kobiety. Teraz Ludwik widział, że biją z nich siła i pewność, jakich nigdy nie czuł w sobie.

– Słynna Eva Rodriguez, potomkini ostatniego pirata dwudziestego wieku i pierwsza kobieta kapitan polskiej Marynarki Wojennej – szeptano o niej. – Ponoć postawiła się zwierzchnikom, kiedy nie dostała awansu. Zagroziła odejściem. Ma jaja ze stali.

Ludwik spojrzał na tę drobną żeglarkę i poczuł respekt. Jakimś cudem zdołał powstrzymać torsje, stanął niemal na baczność. Postanowił, że wytrwa, nie zachowa się jak tchórz, nie ucieknie. Kaśka i jego przyszły teść nie będą się z niego nabijali przez najbliższe lata.

– Kret, na stanowisko. Nie opierdalaj się – powiedziała łagodnie kobieta i spojrzała wymownie na Ludwika.

– Tak jest, kapitanie – odparł karnie Kret. I już go nie było.

Ludwik Kot podziękował jej wzrokiem. Zdawało mu się, że uniosła kącik ust w uśmiechu. Ale to była tylko chwila.

– Przejmij ster, doktorze. Trzymaj kurs – rozkazała i ruszyła na dziób.

– Suka się panoszy – skomentował któryś z kompanów Kreta, gdy tylko się oddaliła. – Baba z łajby, morzu lżej.

– Nie pomoże piękna łódka, gdy za ster posadzisz fiutka – dodał inny.

Ludwik położył dłonie na kole sterowym, obejrzał się dyskretnie. Postarał się zapamiętać twarze mężczyzn złorzeczących pani kapitan. Znał poglądy takich jak oni. Obcował z nimi od dziecka. Ojciec wciąż powtarzał: dowódca płci żeńskiej kala honor marynarza. Z tym większym zainteresowaniem przyglądał się filigranowej blondynce, jak wydaje rozkazy, podejmuje decyzje, płynnie przechodzi z angielskiego na hiszpański, bo jak się okazało, załoga była wielonarodowa.

Mimo narastającej ulewy udało im się sprawnie podejść do kei. Ludwik stał przy sterze do końca, do ostatniej cumy. Kiedy pół godziny później zszedł do swojej kajuty, by zadzwonić do Kaśki, czuł się jak młody bóg. Odebrał wiadomości – kolejne targowe wygibasy z dzióbkami i emotikonami. Zdecydował, że najlepszą karą dla wiarołomnej narzeczonej będzie jego milczenie. Położył się na koi i zamknął oczy. Odprężył się. Sam nie wiedział, kiedy zapadł w sen. Obudził go hałas, gong i syrena alarmowa. Zerwał się z poczuciem winy i wyjrzał na pokład. Załoga karnie stała w rzędzie i wpatrywała się w toń. Przez chwilę Ludwik słyszał tylko krzyki mew. Zbliżył się i tak jak pozostali wychylił się za burtę.

– Tam stała. – Pryszczaty student, wciąż w szelkach zabezpieczających, wskazywał policjantowi w mundurze dziób statku. – Wtedy widziałem panią kapitan ostatni raz.

– Jej rzeczy zniknęły – usłyszał szepty pozostałych. – Nie ma jej worka. Taki zielony, wojskowy klasyk. Mocno sponiewierany.

– Może zeszła na ląd? Przecież nie wypadła! Kiedy?

– Są nurkowie? – Mężczyzna w marynarce, ze skórzaną aktówką pod pachą zwrócił się do mundurowych. – Przeszukać akwen. Bez odwołania.

– To prokurator. – Do Ludwika podszedł Kret. – Wcięło ją – dodał z satysfakcją i wyszczerzył zęby w uśmiechu, jakby faktycznie miał co prezentować. Doktor z trudem powstrzymał się, by nie zaoferować mu wizyty u przyszłej żony. – Nie wypłyniemy przed jutrem. Twoja pani rycerz, Lu, zniknęła między Gdańskiem a Gdynią. Zapadła się pod ziemię. Co za wstyd przed delegacją NATO. I kto cię teraz obroni?

Ludwik już nie słuchał. Skołowany wpatrywał się w horyzont, nasłuchiwał rozpaczliwych plotek, a potem biegiem ruszył do swojej kajuty. W jednej chwili zmienił zdanie. Jednak zadzwoni do Kaśki. Pochylił się, by wyciągnąć walizkę, w której był telefon. Spod koi wysunął się zielony worek, faktycznie mocno obszarpany. Widać od razu, że nie należał do niedzielnego żeglarza. Kot zamarł. Były to niewątpliwie rzeczy pani kapitan. Pierwsze, co przyszło mu do głowy, to, że Kret je podrzucił. Pewnie zawiera kradziony towar. Może narkotyki? Prawie cała rodzina Ludwika mieszkała na „Zegarkowie”. Wiedział, że ludzie morza szmuglują wszystko i wszędzie. Czyżby z powodu wizyty policji na statku chcieli go w coś wrobić? Jedyny turysta na łajbie byłby idealnym kozłem ofiarnym. Obejrzał się strachliwie na drzwi. Nie miały nawet lichej zasuwki. Zablokował je kamizelką ratunkową i bosakiem, a potem rozsupłał węzły. Jednym ruchem wyrzucił zawartość worka na sąsiednią koję.

Nie było tego wiele. Kilka T-shirtów, dres, sterta bawełnianych majtek z odprutymi gumkami, co dziwne – różnych rozmiarów. Zawiniątko w reklamówce. Ludwik drżącymi dłońmi rozpakowywał pakiet. Oczyma wyobraźni widział już biały proszek albo kryształy, lecz ze zdziwieniem stwierdził, że to tylko erotyk dla kobiet obwiązany flanelową piżamą. Przewertował. Jako zakładki kapitan używała rysunku wykonanego dziecięcą ręką. Dwie kobiety trzymające się za rękę wpatrują się ze skarpy w morze. Na łódce siedzi pies albo wilk. Z wywalonym jęzorem wpatruje się w dwóch mężczyzn w wodzie. Wyglądają, jakby tonęli. Autorką rysunku ewi­dent­nie była dziewczynka. Dziwne, pomyślał. Odwrócił kartkę. Nie było podpisu. Tylko coś jakby fragment pieczątki z logotypem i numerem seryjnym, wykonanej czerwonym tuszem. Domyślił się, że to papier listowy jakiejś organizacji. Dalej pęk kluczy na zwykłym kółku, stara nokia oraz nowiutka portmonetka, a w niej monety euro i trochę funtów brytyjskich w banknotach. Poza tym dokumenty w laminacie: paszport, legitymacje, pieczątka z wizerunkiem pająka umazana czerwonym tuszem oraz łańcuszek z połową serduszka. Wyjął pieczęć, przyjrzał się jej, a potem jeszcze raz podniósł do oczu rysunek dziecka. Porównał odbitkę na kartce i kawałek drewna z gumką. Były identyczne. Tusz się rozmazał, ale można było dopatrzyć się kształtów odnóży pająka. Szukał dalej: kremy, maść na komary, dwie identyczne czapki z napisem EVA (jedna bardzo zniszczona, druga nowa), sprej przeciwgrzybiczy, prezerwatywy, lubrykant z aloesem i czerwona jedwabna sukienka. To było wszystko.

Obawiał się, że ktoś zastuka do drzwi, ale panowała absolutna cisza. Spakował dobytek do worka, zasupłał go, z trudem odtwarzając węzły żeglarskie, i wsunął pod niedoszłą koję Kaśki, po czym wyjął swoją walizę. Zamykał ją, kiedy pod łóżkiem dostrzegł drewnianą pieczątkę i telefon. Musiał je przeoczyć przy pakowaniu. Nie miał czasu znów rozwiązywać węzłów, więc schował przedmioty do kieszeni z postanowieniem, że wyrzuci je do ulicznego kosza na śmieci zaraz po zejściu na ląd. Odsunął prowizoryczną blokadę, obejrzał się na kajutę ostatni raz. Wyciągnął worek i zarzucił go sobie na plecy. Mesa była pusta. Znalazł pojemnik na śmieci i bez wahania ukrył w nim bagaż chwackiej pani kapitan. Kiedy chwilę później, odprowadzany szyderczym spojrzeniem Kreta, schodził z pokładu, taszcząc swoją walizę po trapie, zaczepił go jeden z mundurowych.

– Byłem już przesłuchiwany – oświadczył bardzo uprzejmie.

Zdołał się nawet uśmiechnąć. Sam był zdziwiony, jak kłamstwo gładko przeszło mu przez gardło. Wskazał prokuratora stojącego na dziobie żaglowca.

Policjant przyjrzał mu się badawczo.

– Pan nie wraca?

– Rozmyśliłem się – odparł szczerze Ludwik, po czym wręczył policjantowi wizytówkę z firmowymi danymi szpitala. – Nie widziałem nic podejrzanego, ale jeśli będzie trzeba, jestem do państwa dyspozycji – zapewnił.

Kiedy był już na lądzie, odetchnął z ulgą. Ojciec miał rację, mówiąc, że syn nigdy nie będzie żeglarzem. Mylił się natomiast, kiedy starając się go upokorzyć, twierdził, że Lud­wik boi się wody, trudnych warunków, zimna. Jego syn okazał się jednym z lepszych nurków amatorów w województwie. Na łajbie wytrzymywał z trudem, pod wodą natomiast czuł się doskonale. Powziął postanowienie, że nigdy już nie zrobi niczego wbrew sobie. Reszta była jedynie konsekwencją tej decyzji. Tak, zrywa z wiarołomną Kaśką – uśmiechnął się do siebie i doznał ulgi. Może i jest szczurem lądowym, ale on sam wie najlepiej, co czyni go mężczyzną. Przed odejściem przyjrzał się ostatni raz trzymasztowej fregacie. Dopiero stojąc twardo na ziemi, dostrzegał jej absolutne piękno.

MEDUZA (2016)

Ponton czekał w umówionym miejscu. Nocą nie był widoczny w tych zaroślach, ale kiedy wzejdzie słońce, z pewnością wzbudzi zainteresowanie jakiegoś służbisty. Krzysztof Zawisza wiedział, że choć teren jest ogólnie dostępny dla cywili, wojsko obserwuje tutaj każdy kąt. Nie było łatwo sprawić, by dzisiejszego poranka oślepło. Tanio tym bardziej nie. Ale od czego ma się dawnych przyjaciół z WSI. Zresztą nie o pieniądze chodziło. Ani też wcale nie o przygodę. W życiu Zawiszy działo się ostatnio zbyt wiele; nieustanny natłok myśli, moc zadań, długotrwały stres i potężna odpowiedzialność za podjęte decyzje, które rzutowały na życie setek ludzi.

Dziś wieczorem znów leciał do Warszawy. Czekała go trudna przeprawa. Wynajęto go, by zaprowadził porządek w koncernie farmaceutycznym. Miał zwolnić czterech dyrektorów, w tym CEO, i zrestrukturyzować firmę administracyjnie, zanim zamkną czwarty kwartał podatkowy. Wiedział, że to słuszna decyzja. Zdawał sobie też sprawę, że to na nim – człowieku do wynajęcia – a nie na zarządzie skrupi się cała nienawiść wyeliminowanych z gry tygrysów. Będą gryźć, szarpać się i podważać jego kompetencje. Mogą posunąć się do nieczystej gry, a faktury za swoje usługi wciąż jeszcze nie wystawił. Proces reorganizacji spółki trwa już czwarty miesiąc.

Do tego wszystkiego presja teściów i żony, by w końcu się rozmnożyć, nie pozwalała na złapanie dystansu. Wizyty u ginekologów, zabawa w in vitro i wciąż niewypełnione kwity z ośrodków adopcyjnych, korowód pań psycholog i konsultantów lustrujących każdy zakątek ich domu. Coraz częściej kłócił się z żoną. Jeszcze chwila, a przestaną ze sobą rozmawiać. O sypianiu w jednym łóżku w ogóle nie będzie mowy. Teść, który bada najmniejszy rachunek, nicuje każde wypowiedziane słowo, przewiduje najdrobniejszy ruch. Krzysztof potrzebował ciszy. Kasia miała swoją jogę, on choć na chwilę chciał zająć głowę jednym jedynym zadaniem: troską o własne bezpieczeństwo pod wodą. Tylko w ten sposób potrafił się zrelaksować.

Zmierzył wzrokiem poniemiecką torpedownię na Babich Dołach i próbował wzbudzić w sobie emocje, które towarzyszyły mu zawsze, kiedy w sieci oglądał zdjęcia budowli. Ale po ekscytacji, którą od miesiąca dzielili z Horacym, a z której naśmiewały się ich żony, gdy w najdrobniejszych szczegółach planowali ten wypad, nie został nawet ślad. Wszystko zniweczył wczorajszy telefon od przyjaciela.

– Dzidzia gorączkuje. Nie zostawię Misi samej. Sorki, Kris – usłyszał i już wiedział, że nie wolno mu powiedzieć nawet jednego słowa.

To naturalna kolej rzeczy. Rodzina, odpowiedzialność, zmiana priorytetów. Oni z Kasią wciąż mieli to jeszcze przed sobą. Tak naprawdę czuł jednak ogromny zawód i złość. Tyle starań po nic. Samotne nurkowanie to żadna frajda, a ponadto od pierwszego szkolenia, które odbył osiem lat temu, instruktorzy powtarzali mu, że podstawą jest asekuracja i tylko doświadczony płetwonurek może decydować się na pływanie w pojedynkę. Ale nie miał wyjścia. Odizolować się. Włączyć tryb samolotowy. Tylko to pomoże mu zachować higienę psychiczną.

Mroczne pozostałości poniemieckiej budowli nie sprawiały o tej porze wrażenia tak imponujących, jak za dnia, na zdjęciach z drona. Pamiętał jednak, że to, co najciekawsze, znajduje się pod wodą.

Zawsze to Horacy obsługiwał motor na ich wyprawach, ale kiedy zadzwonił wczoraj przed północą z przeprosinami, zapewnił, że przyjaciel spokojnie poradzi sobie z prostym napędem elektrycznym. Krzysztof rzucił na brzeg ciężką torbę i dokładnie obejrzał ponton. Zwykły wysięgnik zamiast steru, komplet wioseł. Silnik włączało się jednym przyciskiem. Łatwizna. Choć starał się wziąć jak najmniej sprzętu i zdecydował się na niepełną butlę z mieszanką tlenowo-azotową – głównie dlatego, że nie miał czasu jej nabić – ramię niemal mu zdrętwiało od spacerów z tym ładunkiem. Powinienem był zaparkować bliżej – zganił sam siebie w duchu. A potem zobaczył czerwoną łunę na linii horyzontu. Brzask detronizował właśnie królową nocy. Przez krótki moment zdawało się, że morze nabrało koloru wina. Krzysztof urzeczony wpatrywał się w burgundową toń i pomyślał, że teraz Zatokę Gdańską wypełnia po brzegi nie woda, lecz krew.

Rozmasował plecy, rozruszał ramiona. Miał tylko cztery godziny, z czego połowę zamierzał przeznaczyć na nurkowanie. Zainstalował butlę, dokręcił rurki, sprawdził ciśnienie. Na piankę włożył jacket. Wsunął cztery ołowiane obciążniki oraz dopiął do pasa wodoodporny olympus i nowe evolveo, którym w razie awarii mógł wezwać pomoc, wciskając jeden guzik. Przed zwodowaniem pontonu sprawdził zawór. Kiedyś miał już problem z drożnością i doskonale pamiętał, jak pod wodą, sparaliżowany strachem, doił butlę z tlenem bez skutku. Wtedy postanowił, że nigdy więcej nie pozwoli sobie na żadne zaniedbanie.

Silnik zaskoczył. Wiatr owiewał Krzysztofowi twarz, od chłodnej bryzy mężczyzna dostał gęsiej skórki. Kiedy zbliżał się do celu, czerwona kula słońca zdążyła wznieść się już nad horyzont i wrócił optymizm. Oranżowe światło zalało teraz torpedownię, odsłaniając każdy wyszczerbiony fragment betonu, każde ptasie gniazdo, pręt konstrukcyjny. Krzysztof poczuł niemal rozkosz, ale też i dumę z podjętej dziś rano decyzji. Może tak miało być? Czasami trzeba zmierzyć się z życiem absolutnie samodzielnie. Wsłuchiwał się w krzyk mew i czuł, że sprawy ziemskie przestają już mieć znaczenie. Nikną ich siła, zasięg, waga. Wraz z odległością pokonywaną w kierunku otwartych wód zatoki stawały się miałkie i coraz bardziej cudze.

Pomarańcza na niebie, plusk. Chłód wody otulającej ciało zimnym celofanem, kiedy ciecz wpływa między piankę a skórę. Wreszcie klik i cisza. Ziemię zostawił własnemu losowi. Wszechogarniająca woda niczym milczące porozumienie była teraz jego uniwersum. Każdy szmer słyszał zwielokrotniony, głuchy. Napawał się tym nowym światem bez barw, zapachów, głosów. Za to pełnym cieni. Chwilę jeszcze widział krawędzie. Jakaś rybka przepłynęła mu tuż koło nosa. Błysnęły żółć, szafir i zieleń. Ale może to tylko małe flesze istniejące wyłącznie w jego wyobraźni, bo w Bałtyku, a zwłaszcza na tej głębokości, kolorów już się nie widzi. Potem, w miarę jak schodził niżej i niżej, jakby zsuwał się do kieszeni olbrzyma, tracił kontakt ze wszystkim. Coraz mniej pamiętał ziemskie troski, kłótnie. Natłok emocji zelżał niemal do zera. Było tylko tu i teraz. Woda otulała go ciasno. Z radością oddał się we władanie jej łagodnej, kojącej, choć zaborczej siły. Zanurzasz się, znikasz w bezczasie, rezygnujesz z walki. Oddajesz się cały, gotowy absolutnie na wszystko. Tak właśnie smakuje prawdziwa miłość. Zawsze to powtarzał żonie.

Czarno. Gdzie góra, gdzie dół? Wypuścił kilka bąbelków. Nie widział już zupełnie nic. Czas włączyć latarkę. Pora na magic hour. Srebrny snop zatrzymał się na wyłomie fundamentów budowli. Kopniak adrenaliny. Obezwładniające piękno w czystej postaci. Może to, co na wierzchu faktycznie przypomina widoki ze starego francuskiego programu Fort Boyard, w którym uczestnicy chodzili na linie, żonglowali, dokonywali cudów à la surwiwal lat sześćdziesiątych. Dziś Krzysztof się z tych podniet śmiał. Pod wodą nie poradziliby sobie wcale. Dopiero teraz, w tej ciszy, bebechy torpedowni naprawdę oszałamiały. Dzieło godne mistrza horroru.

Pamiętał, że zostawił ponton od wschodu. Zerknął na komputer na ręku. Cztery metry, sześć, dziesięć. Dość. Nie miał uprawnień do penetrowania wraków ani ochoty na większe ryzyko. Tlenu starczy na dwie godziny, może ma jeszcze kwadrans rezerwy. Nie był pewien. Pęcherzyki powietrza idą w górę. Jest dobrze. Wszystko pod kontrolą.

Dwukrotnie dokonał przedmuchu. Złapał się za nos, by wyrównać ciśnienie atakujące bębenki. Starał się płynąć ostrożnie. Widoczność ograniczała się jedynie do srebrnego snopa światła latarki. Konstrukcja była betonowo-metalowa. Wyżarte przez rdzę pręty zbrojeniowe mogły wyrosnąć przed nurkiem znienacka, przeciąć piankę, rurki, zaatakować niczym krwiożercze rekiny, ale Krzysztof czuł się już tak dobrze, tak lekko, że włączył kamerę i postanowił opłynąć obiekt dookoła. Z daleka dochodziły go stłumione szmery nieubłaganie kruszonego przez morski żywioł betonu i żelastwa poruszanego przez fale. Gdyby w oddali pojawiła się motorówka lub choćby kajak, usłyszałby ich zwielokrotniony odgłos.

Przypomniał sobie pierwsze nurkowania w bazie na Lanzarote. I tę niedostępną Francuzkę, która pod wodą nieoczekiwanie chwyciła go za rękę. Potem kochali się na plaży każdego dnia o wschodzie słońca. Przez całe dziesięć dni. Nigdy więcej jej nie widział, nie miał od niej żadnych wiadomości. Telefon, który podała, nie działał, a czasy Face­booka przyszły lata później. Niezbyt dokładnie pamiętał jej twarz, nie był pewien nazwiska, ale ten dotyk na czterech metrach zanurzenia zapamiętał na zawsze. To wspomnienie było tak sugestywne, że aż się wzdrygnął. Jak dawno to było? Na pewno nie był jeszcze żonaty. Nie miał nawet pomysłu, kim zostać, czym się w życiu zajmować. Kto mógł przypuszczać, że zacznie robić wielkie pieniądze jako Harvey Keitel biznesu, jak go złośliwie przezywano, nawiązując do słynnej postaci sprzątacza trupów z Pulp Fiction? Czy w ogóle przewidywał wtedy, jak potoczy się jego życie?

Charlotte, tak chyba miała na imię ponętna paryżanka. Teraz już dokładnie widział w wyobraźni jej oczy i drobne zmarszczki wokół ust. Była od niego dużo starsza. Pewnie dlatego nie chciała kontynuować wakacyjnej znajomości. Mąż, dzieci, te sprawy.

Poczuł coś na płetwie. Z ciekawości przesunął snop światła w lewo. Coś czerwonego. Coś błyszczącego. Zawrócił. Czy to możliwe? Czerwień na tej głębokości? I wtedy zobaczył sukienkę rozpostartą w toni jak monstrualna meduza. Niżej drobne stopy. Pomarszczone palce niczym u praczki. Nienaganny lakier na paznokciach, krwiście czerwony, jak kreacja kobiety. A więc to nie złudzenie. Dotyk był prawdziwy. Drgnął odruchowo, wydało mu się, że topielica przesunęła nogę w jego kierunku, ale to była tylko fala. Latarka wysunęła mu się z rękawicy, spadła w toń, a on spanikował. Nagła ciemność i świadomość, że ona jest obok. Nieżywa? Tak całkiem martwa?

Atawistyczny strach był silniejszy od rozumu. Krzysztof nabrał nagle haust powietrza, kolejny i gwałtownie się zakrztusił, czując ucisk w płucach, gdy reduktor nie nadążył z podaniem wymaganej dawki tlenu. Spróbował wyregulować oddech. Jeszcze gorzej. Huśtawka. Zaraz się udusi, odpłynie w niebyt! Zostanie tutaj na zawsze, zapomni o wszystkim. Było to kuszące, ale reduktor jednak działał i wciąż podawał mieszankę. Oddech wrócił do normy.

Powoli. Spokojnie. Odsunął się od kobiety, zatrzymał bez ruchu. Pragmatyzm, zimna krew. Jak w pracy. Włączył latarkę zapasową, którą miał zaczepioną na ramieniu. Była mniejsza, ale dawała tyle samo światła. Co robić? Wersja A: Uciekać. Mogę mieć kłopoty. Niech ktoś inny ją znajdzie. Może wystarczy anonimowy telefon? Wersja B: Zostać bohaterem bulwarówek. Nurek znalazł ciało! Co najwyżej wlepią mi mandat. Wersja C: Ratować ją? Jestem dobrym człowiekiem. Czyżby? Powiedzcie to zwalnianym dyrektorom. A może trzeba ją jakoś wydostać? Jak? Dlaczego ja? Dlaczego dziś? A dlaczego nie? Kurwa.

Miotał się tak, jednocześnie opływając ją i oglądając z różnych stron z czystej ludzkiej ciekawości. Wróciło racjonalne myślenie. Rozejrzał się, czy nie ma tu nikogo więcej. Nie. Tylko on i ta kobieta w czerwieni. Musiała znajdować się w głębinie już jakiś czas. Skóra jej łydki w najbardziej miękkim miejscu nadgryziona była przez morskie żyjątka. Kostka opuchnięta, w tym świetle księżycowo biała. Wyżej ramiona rozpostarte jak do lotu. Czarna skórzana kurtka z naderwanym rękawem pełniła w tym obrazie rolę skrzydeł. To sprzączkę zamka widział wcześniej jako blik. Twarzy kobiety nie potrafił dostrzec. Podpłynął pełen obaw do góry, poświecił. Na głowie topielicy zakręcono czarny worek.

Znów spojrzał na komputer na ręku. I jeszcze raz. Niebywałe – zdziwił się. Tkwię tutaj tak długo? Tlenu zostało na trzydzieści dwie minuty. Już w tej chwili powinien wynurzyć się na cztery metry i zrobić sobie ośmiominutową przerwę, co daje mu jakieś dwadzieścia minut na wszystko, a jeszcze trzeba zaliczyć wynurzenie. Nie wolno tego zrobić zbyt gwałtownie. Zadbaj o siebie – podpowiadał instynkt. Nie ma na co czekać. Kiedy się wznosił, pojął, jakim cudem kobieta zawisła akurat tutaj i nie wypłynęła na powierzchnię ani nie opadła na dno. Kawałek niebieskiej cumy jednym końcem oplatał jej kostkę, a do drugiego przywiązany był solidny kamień. Krzysztof nie mógł się powstrzymać. Podpłynął do łącznika. Przyjrzał się blokadzie. Lina zaczepiła się o pręt. Pokryty rdzą i nieregularny, ale z jednej strony ostry niczym nóż. Sznur przetarty był już do połowy. Jeszcze kilka dni i pęknie. Wtedy kamień spadnie na dno, a topielica będzie wolna.

Przez chwilę zastanawiał się, czy jej w tym nie pomóc, ale nie miał już czasu. Podjął ostateczną decyzję o ewakuacji. Nagle poczuł na karku ucisk, a potem chrupnięcie. Obok zobaczył czerwoną mgiełkę. To krew. Oblał go zimny pot. Nic go nie bolało, a jednak bez wątpienia był ranny. Zaczął powoli wysuwać się spod pręta, ale szło opornie. Zakleszczył się. Szarpnął silniej. Teraz otaczały go już gęste strużki czerwieni. Słyszał tarcie, odgłosy pękania, wreszcie ucisk drutu zelżał. Ale wraz z uczuciem ulgi przyszedł lęk. Krzysztof nie miał pojęcia, jak bardzo uszkodzona została powierzchnia rury doprowadzającej mieszankę. Czy za chwilę zamiast powietrza nie otrzyma przez ustnik solidnej dawki słonej wody? Musiał mieć pewność. Zsunął rękawicę, by sprawdzić osprzęt. Spadła wprost na odsłonięty dekolt kobiety, a potem spłynęła w dół i w ciemności stracił ją z oczu. Poczuł się dziwnie, jakby dotknął martwej piersi, ale już po chwili o tym nie myślał, bo w ustach miał wodę. Ścisnął ustnik zębami, przedmuchał. Nie pomogło. Znów się napił, zadławił. Szybki rzut oka na komputer. Tlenu zostało na jedenaście minut. Wypuszczał bąbelki, by ustalić, gdzie jest powierzchnia wody, i błyskawicznie świat czerni zamieniał się w szarość. Wiedział, że idzie zbyt szybko, bo przeganiał pęcherzyki powietrza. Ale nie potrafił inaczej. Wola przetrwania była silniejsza.

Wypływał dwie minuty, wciąż wydychając powietrze. Zmniejszające się ciśnienie rozkurczało mu płuca, a zużyte powietrze musiało znaleźć ujście. Wreszcie zobaczył słońce błyskające pod taflą. Pamiętał o naciśnięciu przycisku alarmowego oraz wystawieniu ręki przed wyjściem nad poziom wody, ale gdy wynurzył głowę i nabrał powietrza, poczuł się tak, jakby do przełyku ktoś nalał mu gorącego żelaza. W piersi go piekło, drapało, czuł, jak płuca pękają niczym zbyt gwałtownie napompowany balon. Umieram – pomyślał z goryczą. Dobrze wiedział, że zgubiło go to, co niejednego przed nim człowieka morza. Zafascynowany syreną przestał uważać i wtedy właśnie zaatakował go tutejszy rekin. Nie spodziewał się tylko, że to tak dojmujący ból. Na to nie był zupełnie przygotowany.

Rzutka przeleciała tuż przed nosem Roberta Duchnowskiego i wbiła się centralnie w tarczę. Wypuszczono ją z niewielką siłą lub też z bardzo dużej odległości, bo zaraz odkleiła się i spiralnym ruchem spadła na podłogę. Duch zdjął czapkę, obejrzał, czy nie ma na niej uszkodzeń, a potem odwrócił się i zmierzył karcącym spojrzeniem salę, tropiąc dowcipnisia. Nie napotkał jednak żadnego spojrzenia wymierzonego w swoją stronę. Wyglądało na to, że wszyscy zajęci są rozmową.

Jeszcze kwadrans temu Robert w towarzystwie najważniejszych person polskiej policji asystował w zawodach przeciągania liny, gry w rzutki i innych konkurencji zespołowych. Na stole prezydialnym pomiędzy paterami pełnymi ciastek z marmoladą i pustymi szklankami po słonych paluszkach i gazowanych napojach wciąż stały nieodebrane nagrody. Jego ludzie pokonali dziś wszystkich rywali. Zgarnęli wszystko, co było do wzięcia. A on sam, by pokazać, jak świetną mają kadrę na Wybrzeżu, swoim trzem na­czelnikom: prewencji, kryminalnego i drogówki ufundował osobiście zaprojektowane statuetki walczących byków. Wręczył je publicznie, z honorami, dokładnie opisując zasługi i podpierając się danymi liczbowymi. Aplauz zdobył ogromny. Zadał bobu pozostałym komendantom wojewódzkim. Wiedział od swoich ludzi, którzy pozdejmowali już galowe mundury i rozpoczęli bibkę w wynajętym na ten cel domu wczasowym Czarna Chata w Piasecznie, że policjanci z innych komend zazdroszczą im takiego szefa.

Zamierzał dołączyć do imprezowiczów, jak tylko rozmówi się z szefem w sprawie swojej nominacji na komendanta. Miał już dosyć żartów z nieszczęsnego tytułu p.o. Poszukał w tłumie Konrada Waligóry i z niekłamaną zazdrością obserwował byłego szefa i przyjaciela. Wali czuł się w stolicy jak w domu, choć przenieśli go do Głównej zaledwie kwartał temu. Dlaczego więc dotąd nie wstawił się za moją nominacją? – rozmyślał Duchnowski. Papiery poszły pocztą już w ubiegłym miesiącu. Odpowiedzi żadnej. Leży widać na trzeciej kupce, tej do rozważenia na święty nigdy. Duch do tej pory nie miał drugiego zastępcy, a ten pierwszy i jedyny nie potrafił nawet obliczyć wskaźnika wykrywalności. Przed awansem ledwie rok przesiedział w dyżurce. Za to niezwykle często chodził do kościoła i świetnie sprawdzał się w zabezpieczaniu pielgrzymek. Koledzy szybko nadali mu przydomek „Papież”.

Policjanci nie mają poglądów politycznych? Gówno prawda. Duch zrozumiał to po trzeciej odprawie w stolicy. Niby był bardzo blisko najwyższego stołka w Trójmieście. Właściwie wszystkie karty trzymał w ręku: przed osiemdziesiątym dziewiątym nie było go w służbach, poglądy odpowiednie, plam na życiorysie żadnych. W każdym razie kwitów na niego nie mają. Ale przejadło mu się już przesiadywanie w firmie po godzinach i nadzorowanie osobiście każdej bzdury. Papiery, podpisy, pieczątki – do tego sprowadzało się jego życie. Zamierzał dziś zawalczyć o swoje albo wracać do kryminalnego. Tam przynajmniej cieszył się szacunkiem i miał odpowiednią dawkę adrenaliny. Chodzenie na pasku nie było jego mocną stroną, a o byciu notariuszem nigdy nie marzył. Wóz albo przewóz. Rybki albo akwarium. Zdegradować się nie da. W razie czego zagrozi, że pójdzie na emeryturę. Choć tej opcji właściwie nie brał pod uwagę, traktował ją raczej jako ostateczność. Odejść, rzucić raport o zwolnienie i kilka bluzgów na pożegnanie mógł zawsze. I wcale się do tego nie śpieszył.

Prawda była taka, że pragnął tego stołka jak nigdy w życiu żadnej baby. Zasmakował już we władzy, kupił na kredyt upragniony motocykl i nie tak łatwo mu go odbiorą. Zaparł się. Dlatego przedwczoraj oddał mundur do pralni, poszedł do fryzjera, kazał nawoskować buty i założył nowiutkie spinki od Zegny. A jeszcze rok temu uznałby takie zabiegi za przejaw śmiechu wartej próżności. Nie po to wreszcie tłukł się tyle godzin do Warszawy, żeby pić dereniówkę albo niebieski spiryt w podrzędnym ośrodku z kiblami na korytarzu, w towarzystwie swoich chłopaków, których notabene na co dzień gonił za picie w pracy.

Konrad stał pod oknem ze szklanką wody gazowanej w ręku i elektronicznym papierosem w butonierce, otoczony emerytowanymi generałami. Jako jedyny funkcyjny nie włożył munduru. Duch zachodził w głowę, co to za nowa moda. Średnia wieku jego towarzyszy nie przekraczała pięćdziesiątki. Jeden z nich żwawo emablował zgrabną Mulatkę w nieskazitelnie białych spodniach. Kobieta się nie odzy­wała. Stała na baczność, wyprężona jak struna i tylko nieznacznie kiwała głową, udając zainteresowanie. Duch dałby głowę, że wszyscy zgromadzeni myślą wyłącznie o jej pośladkach, których jędrność bezceremonialnie eksponowała śnieżna materia. Ściągnął chyba kobietę myślami, bo nagle podniosła głowę, założyła pukiel włosów za ucho, na którym zalśnił diament, i uśmiechnęła się do niego, jakby zachęcała, by uwolnił ją od nudnego rozmówcy. Ruszył więc zdecydowanie do ataku, ale drogę zastąpiło mu dwóch gości w pogniecionych garniturach, zasłaniając widok na karmelową piękność.

– Niezły pomysł z tym bykiem na statuetce, inspektorze – zagaił leniwie chudszy o wyglądzie filmowego esesmana. Był niewysoki, ale żylasty, jakby składał się wyłącznie z naciągniętych sprężyn. Kiedy mówił, jabłko Adama poruszało mu się niczym żywe stworzenie. Była w nim jakaś nieokreślona nerwowość, skryta energia, która nie miała nic wspólnego z sytuacją. Duchowi przyszło na myśl porównanie do silnika na jałowym biegu. W każdej chwili maszyna może zostać puszczona w ruch i pozorny spokój zniknie. – Sam pan inwestował?

– A ten zegarek też niekiepawy – dodał drugi mężczyzna, nieco lepiej odżywiony, wskazując zabytkową certinę, którą Duch dostał w ubiegłym roku na urodziny od Saszy Załuskiej.

Poza animowanym duchem zabawką, którego podaro­wała mu po pierwszej wspólnie rozwiązanej sprawie, był to jedyny prezent, jaki od niej otrzymał. Twierdziła, że zegarek należał do jej ojca. Miał dla niej głównie wartość sentymentalną, ale kiedy Robert zaniósł go do zegarmistrza, by wyregulować mechanizm, dowiedział się, że czasomierz wart jest pięć do siedmiu tysięcy. Nigdy nie powiedział o tym Saszy. Bał się – a nuż pomyśli, że chciał go zastawić? Nie byłoby to zresztą dalekie od prawdy, gdyż rozważał i taką opcję – był w tamtym czasie kompletnie spłukany. Ale też kiedy się rozstali, nie zwrócił cacka, mimo że był to bardzo drogi upominek. Ona zaś się tego nie domagała. Zakładał ten zabytkowy czasomierz wyłącznie na takie okazje jak ta – by zadać szyku lub wzbudzić zawiść u ludzi, którzy i tak nigdy nie będą jego przyjaciółmi.

– To certina Załuskiego – stwierdził nagle bez ceregieli ten sprężysty. – Pęknięte szkło, złoty cyferblat, pomarańczowy sekundnik wysadzany diamentami. Ten zegarek swego czasu owiany był legendą. Podobno zamiast mechanizmu miał wbudowany detonator.

– Raczej otwieracz do konserw – zażartował drugi, przaśniejszy agent. A potem nagle spoważniał. – W każdym razie, skoro ma pan ten zegarek, musiał być pan kimś ważnym dla konsula. I dla jego córki Saszy, jasna rzecz.

Robertowi nagle zrobiło się głupio. Wysunął z rękawów przepisowy centymetr mankietu, by policjantom zaparło dech w piersiach na widok jego ametystowych spinek, a następnie wyciągnął z kieszeni składany nóż z ząbkami, którym sprawnie porozkrawał leżące na półmiskach pomarańcze. Ku jego zdziwieniu były czerwone i soczyste. Sok spływał mu po rękach aż na mankiety niczym krew oprawianej zwierzyny. Chwycił ze stołu serwetkę i bardzo dokładnie wytarł w nią dłonie. Dopiero potem zajął się kozikiem.

– Postanowiłem zapomnieć o przeszłości – wycedził z wyższością. – Jeśli jestem wam winien pieniądze, przepraszam.

Flegmatyk zaśmiał się sztucznie i wyciągnął dłoń do powitania. Była zimna i wilgotna od potu.

– Nadkomisarz Filip Kryger, specgrupa do spraw porwań w celu wymuszenia okupu – przedstawił się. – Do Nowego Roku tajna.

– Widzę – mruknął Duch, po czym dyskretnie wytarł rękę o spodnie.

– Czyli normalnie robimy na swoich etatach, a to, co po godzinach, jest ku chwale ojczyzny. – Mrugnął zawadiac­ko do Ducha sprężysty i powstrzymał się od podania ręki do czasu, aż Duchnowskiemu uda się osuszyć swoją. – Maurycy Kwiatkowski. Dla przyjaciół MauMau albo normalnie po polskiemu – Moritz. Dobierają nas, jak pan zauważył, wedle dziwnych imion oraz miejsc pochodzenia. – Wskazał kolegę: – Biłgoraj. – A potem na siebie: – Głuchołazy. Dlatego tak się odjebaliśmy. – Zagrzmiał szczerym śmiechem. – Przyjechali my do stolycy, to się bawim.

Duch od razu go polubił.

– Robert Duchnowski. Gdańsk. – Odchrząknął. – Chyba się nie zakwalifikowałem.

– Będzie ciężko, Duchu – odparł z kolejnym mrugnięciem MauMau, po czym poprawił słuchawkę w uchu.

Poła marynarki się odchyliła i Duch dostrzegł czarne szelki oraz wysadzaną ćwiekami skórzaną kaburę. To w połączeniu z tanim garniturem zastanowiło go nie mniej niż dalsza część wypowiedzi żylastego agenta.

– Co innego, gdybyś miał na nazwisko Westyta i prowadził firmę transportową. Ale ty przecież, Duchu, jesteś resortowe dziecko. Matula z samej Warszawy. Pół życia przesiedziała na MDM-ie, co? Bonów do pewexu nigdy wam nie brakowało. Ja to nie wiedziałem wtenczas, że takie coś istnieje. Kiosk Ruchu był dla mnie szałem nad szały.

Robert z trudem powstrzymał się przed reprymendą wobec nieoczekiwanego przejścia na ty. Gryzło mu się też słownictwo agenta z jego ewidentną inteligencją i sprytem. Wietrzył w tym przypadkowym spotkaniu grubszy podstęp. Zanim jednak wybuchnie, wolał się najpierw upewnić, z kim ma do czynienia. Rzucił raz jeszcze okiem na wymięte marynarki agentów i nabrał powietrza. Niedawno sam używał takich kiepskich wód toaletowych. Żelazko zaś przydawało mu się wyłącznie do prasowania zalanych piwem dokumentów.

– Dobry jesteś w rzutki, Moritz? – Zmierzył zimnego blondyna podejrzliwym spojrzeniem.

– Słaby. – MauMau wzruszył ramionami. – Ale kolega Kryger jest niezły. A co? Zostało ci kilka byków do roz­dania?

– Tylko rozpłodowe. – Duch się rozejrzał. – Pali się tu gdzieś?

– Za śmietnikami – usłyszeli damski głos.

Robert się odwrócił. To samo uczynili pozostali. Już w półobrocie Duch poczuł, że nastrój mu się jednak poprawia. Zmierzała bowiem ku nim karmelowa bogini w bieli.

– To nasza szefowa – pośpieszył z szeptanym wyjaśnieniem MauMau. – Inspektor Claudine Morawska.

– Inspektor? – upewnił się Duch. – Ta czekoladka ma dwa stopnie wyżej ode mnie?

MauMau skinął niechętnie głową.

– I w tym roku może pójść wyżej. Radziłbym nie bagatelizować publicznie jej słów. Ani też nie komentować koloru skóry i rozmiaru dróg oddechowych oraz powstrzymać się przed zaglądaniem…

– Zrozumiałem – przerwał mu Robert. – Znaczy się: feministka?

– W pracy jest dosyć władcza. Nawet jak na kobietę, powiedziałbym gruboskórna. – Kwiatkowski przestrzegł Ducha dobrotliwie.

Ten jednak nie wziął sobie jego słów do serca i kiedy Mulatka ruszyła przodem, wpatrywał się w dolne partie jej ciała jak pies w kość. MauMau kontynuował:

– Grudziądz. Kalamata. Czasami Wiedeń. W Paryżu ma byłego męża.

– I podobno zamek – dorzucił Kryger świszczącym szeptem. – Z fosą.

– Posiadaczka fosy może być tylko szefową. – Robert uśmiechnął się do nowych kolegów. – A przy tym jest absolutnie bezkonkurencyjna w kwestii nazewnictwa.

MauMau podał Duchowi ogień. Kiedy Robert odpalał, agent przytrzymał jego dłoń dłużej, niż należało. Duch zaciągnął się tylko raz i zapobiegawczo odsunął się od Kwiatkowskiego na bezpieczną odległość. Mimo iż gromił go spojrzeniem, w niebieskich oczach MauMau zobaczył błysk zadowolenia. Przez chwilę agent wyglądał jak łobuz, któremu udało się zrobić kumplowi psikusa.

– Słyszeliśmy o uprowadzeniu córki waszej profilerki – zaczęła Claudine, kiedy wszyscy już zapalili.

Głos miała niski, chrapliwy. Idealnie dopasowany do jej drapieżnej urody. Robert nie miał wątpliwości, że to kawał suki, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

– Dobrze pani mówi po polsku – zdecydował się jej nieco schlebić.

– To niezbyt trudne, jeśli mieszka się w kraju od drugiego roku życia – odparowała kobieta.

Była nadzwyczaj poważna, co tylko przydawało jej zmysłowości. Duch z łatwością wyobraził ją sobie jako dzikiego kota. Z pewnością potrafi być naprawdę groźna. Strasznie go to brało. Z trudem koncentrował się na tym, co mówiła.

– Interesuje nas ta sprawa – ciągnęła inspektor Morawska. – Motyw, modus operandi sprawców. Jaki jest jej status?

– Nijaki. – Duch wzruszył ramionami. – Wyczerpaliśmy wszystkie środki. Przeszukanie terenu, przesłuchanie świadków i rodziny, media, fundacje, zdjęcia, plakaty, podsłuchy. I nic. Zero.

– A dlaczego?

– Sprawcy skontaktowali się z matką tylko raz. Pilotowaliśmy przekazanie okupu.

– Pół bańki papieru. Nikt się nie zgłosił. Wiemy – przerwała mu Claudine. – Co jeszcze?

– Była na kablu. Analiza głosu jest w aktach. Nieustalony mężczyzna. Akcent wschodni. Nie zdążyliśmy określić miejsca pobytu dziecka. Podejrzewamy łódź, statek. Przemieszczają się. Stąd trudności w namierzeniu. To był krótki kontakt. Raczej figurant.

– Liczyłam, że pani Załuska się tutaj pojawi. – Kobieta znów bezceremonialnie przerwała Duchowi, lecz tym razem policjant nie ukrywał zniecierpliwienia. Claudine dostrzegła to, spacyfikowała go gestem. – Firma jest winna swoim ludziom wykorzystanie wszelkich środków. Aleksandra Załuska to przecież nasz człowiek. Niedobrze jest, kiedy w takiej sprawie nie ma wyników. Wie pan, że przyjechaliśmy tutaj na polecenie pani generał?

– Byłej pani generał? – Duch nie mógł się powstrzymać od drobnej złośliwości. – Tej od spódnicy?

Claudine zignorowała niestosowny żart Ducha.

– Była tylko jedna kobieta na tym stanowisku – odezwał się MauMau.

Claudine spiorunowała go wzrokiem.

– Sasza Załuska się z nią kontaktowała. Opisała sytuację. Przesłała zebrany materiał. Oczywiście skany dokumentów.

– Doniosła na mnie? – Robert zaśmiał się nerwowo. Teraz zaczynał rozumieć, dlaczego pisma w sprawie jego awansu pozostały bez odpowiedzi. Załuska robi mu krecią robotę. Czuł narastające wzburzenie. Z trudem się hamował. – To żart?

Claudine zgasiła papierosa.

– Nie, nie skarżyła się na pana. Muszę jednak stwierdzić, że niektóre czynności wykonano dosyć pobieżnie. – Uśmiechnęła się. – I niech pan nie dopatruje się w działaniach zrozpaczonej matki ataku na własne stanowisko. Ma pan dzieci? – Nie poczekała na odzew. Mówiła dalej: – Trzy córki. Dziewczynki mieszkają z pana eks. Znamy się z jej nowym mężem. To dobry dyrektor administracyjny. Sumienny – dodała z przekąsem i przerwała, widząc lwią zmarszczkę na twarzy Roberta. – Jak by się pan czuł na miejscu Saszy?

Duch nie odpowiedział. Zaczynała go irytować ta kocica. Niby dlaczego tak się puszy? Bo ma dwie stokrotki więcej na pagonie? Pewnie i tak nigdy nie wkłada munduru.

– Nic nie wycieknie – zapewniła tymczasem pośpiesznie Claudine. – Może się pan czuć z nami bezpiecznie.

– Jak chuj w torcie. – Duch przybliżył się do Morawskiej na wyciągnięcie dłoni, aż dotarł do niego słodki zapach.

Nie odsunęła się. Poczuł respekt. Udał, że sięgał tylko do popielniczki. MauMau tymczasem nie spuszczał Roberta z oka. Duch rzucił więc wyzywająco, oglądając się kolejno na każdego z nowej ekipy: – Co jest grane?

– Sasza dostała pismo. Wezwanie przyszło na pana biurko. Nie podpisał go pan.

– Tak? – Duch przekrzywił głowę i zmrużył kpiąco oczy. – Nie pamiętam.

– Mimo to Załuska potwierdziła dzisiejszą obecność.

Teraz Duch się zaniepokoił.

– Niby gdzie i komu?

Claudine wyjęła srebrną papierośnicę i sięgnęła po kolejnego papierosa. Kryger natychmiast pośpieszył z zapalniczką.

– Pytam pana po ludzku, bo się martwię, jak się kobieta czuje. Dziecko jej wzięli pół roku temu. Śladów brak. Okupu nie odebrali. Jedno nagranie. Może z nią źle. Pije?

– Nic o tym nie wiem.

– Ale wiedział pan, że ma z tym kłopot?

Duch skinął głową.

– Wszyscy wiedzieli. I wiedzą.

– Takie sytuacje sprzyjają powrotom do nałogu. Nie chcielibyśmy, żeby do tego doszło.

– Z tego, co wiem, jakoś sobie radzi – zaczął Duch i zaraz przerwał. – Ale co ja i pani mamy do tego?

– Wie pan, pracowałyśmy kiedyś razem. To świetna agentka. Bardzo ceniona. Były różne sytuacje, absolutnie niebezpieczne. Nigdy się nie posypała. Ustawa o ochronie świadków koronnych ma dopiero dziewiętnaście lat. Wszyscy widzimy, co się teraz dzieje w kraju.

– A co się dzieje?

– Wychodzą na jaw różne sprawy. Czyszczony jest system. To dobrze, bardzo dobrze, że się sprząta, ale warto wtedy stawiać na zaufanych ludzi. A nie tylko werbować młodych. Doświadczenie jest ważne. Osobiście pożegnałam ze trzydziestu kolegów. Ich winą było to, że zatrudnili się przed przełomem. Wielu z nich pije, sam pan wie. Nie każdy dobrze znosi takie rewolucje.

– Chcecie ją ponownie zwerbować?

– Zaraz zwerbować – obruszyła się Claudine. – Po prostu martwimy się o nią, o jej sytuację, zaginione dziecko.

– I o to, co powie i komu, gdyby się nawaliła lub gdyby od tego zależało uratowanie dziecka – dokończył Duch.

Zapadło milczenie.

– Dziś w Belvedere jest zamknięte spotkanie – odezwał się MauMau i ponownie przysunął do Ducha.

Claudine dała mu jednak znak. Obaj tajniacy natychmiast wycofali się do budynku. Duch wyczuł napięcie między kobietą a Kwiatkowskim. Czyżby Mulatka odrzuciła kiedyś zaloty aryjskiego przystojniaka? Czy może raczej chodzi o stanowisko? Nie znoszą się, rywalizują – tego Robert był pewien.

– Będą tam wszyscy – wróciła do tematu Morawska, kiedy zostali już sami. – Nie musi pan liczyć na swojego kolegę. Waligóra, czy tak? Szef analityki kryminalnej. Gówno, nie stanowisko.

– Ciepła posadka – ucieszył się Duch. – W jego wieku to niezły stołek.

– Zwłaszcza że przed osiemdziesiątym dziewiątym był już w firmie. Dlatego nie jest tak mocny, jak mu się wydaje. Nabija sobie punkty przed odejściem. Siedem stów miesięcznie więcej to rocznie…

– Osiem tysięcy czterysta. Zawsze byłem dobry z matmy.

Teraz Claudine zbliżyła się nieznacznie. Zrobiła to jednak inaczej. Nie agresywnie, lecz miękko, jak kot. Nie była zbyt wysoka. Od Saszy niższa o jakieś piętnaście centymetrów, pomyślał instynktownie. Za to jak zbudowana! Z góry doskonale widział wgłębienie w jej dekolcie. Na jednej z obłęd­nych piersi miała uroczy pieprzyk. Przy każdym poruszeniu biust trząsł się niczym galaretka. Robert był pewien, że nie tknął go żaden konował plastyczny. Przełknął ślinę na samą myśl o tym, co jeszcze kryje się pod białą materią.

– Wali nigdy za panem nie stanie. Tego może być pan pewien.

– I cóż ja biedny pocznę…

Claudine nie spodobała się jego kpina.

– Widzę, że to, co o panu mówią, to wszystko prawda.

– Arogancki, lecz zabójczo przystojny?

– Pozostańmy raczej przy ambicji. – Jak zwykle weszła mu w słowo. Powoli zaczynał się do tego przyzwyczajać. – Chce pan dużo od życia: doświadczać, zdobywać, mieć. Osobiście popieram.

Nigdy tak o sobie nie myślał, ale poczuł się mile połechtany. Uśmiechnął się przepraszająco i odsunął na bezpieczną odległość.

– To jakieś niesprawdzone pogłoski.

– Może pan błyskawicznie załatwić swoją sprawę. A także sprawę pierwszego i drugiego zastępcy. To pestka. Ale najpierw znajdziemy córkę Załuskiej, bo ona nie powinna nikomu nic mówić. A już tym bardziej nie wolno nam dopuścić, by została wykorzystana do zdobycia czegoś, czego ujawnienie zagroziłoby bezpieczeństwu narodowemu naszego kraju.

Duch momentalnie spoważniał.

– Czy to jest propozycja nie do odrzucenia? – upewnił się.

Claudine uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając harmonię pięknych zębów. Przysłoniła dekolt. Pieprzyk ukrył się pod białą tkaniną.

– Będę szczera – zaczęła. Duch natychmiast pojął, że jest wręcz przeciwnie. – To jest szansa dla pana i dla nas. Bardzo źle, że nie przekazał pan Załuskiej służbowego wezwania. W razie kontroli to zaniedbanie obowiązków nie będzie miało większego znaczenia. Oczywiście jeśli ściągnie pan ją tutaj na wieczór. Choć przyznaję, było to całkiem sprytne posunięcie, bo negocjowalibyśmy teraz z nią. A pan – kto to może wiedzieć – być może z p.o. wkrótce trafiłby do swojego dawnego wydziału.

– To nie jest znów taka straszna perspektywa – odburknął Duch. – Adrenalina, zagadki kryminalne, skórzana kurtka, motocykl.

– Albo komenda rejonowa. Powiedzmy w Karwi. – Past­wienie się sprawiało jej wyraźną satysfakcję. – Niżej pan z pewnością nie spadnie z tym stopniem. Zresztą nie ode mnie to zależy. Bardzo wiele się teraz zmienia.

Mulatka już się nie uśmiechała. Duch był pewien, że ma do czynienia z rasowym drapieżnikiem. Dał się nabrać jak sztubak. Kręciła nim, jak chciała. Wpatrywał się w oczy tej kobiety, kimkolwiek naprawdę była, i myślał jedynie o tym, że chce ją poskromić. A ona to wiedziała. Dawno już się tak nie bał i nie pragnął jednocześnie żadnej kobiety. Wyjęła cielistą szminkę, pociągnęła nią usta i dyskretnie je oblizała. Duch obserwował jej kocie ruchy z ironicznym uśmiechem na twarzy, ale i milczącym zachwytem.

– A jeśli Sasza nie przyjedzie?

Przecież jesteś znakomitym szefem, wielbionym przez podwładnych, cenionym na szczycie. Przed tobą piękna perspektywa. Komendant wojewódzki załatwia takie sprawy jednym telefonem, czyż nie? A szykuje się nowe rozdanie. Pamiętaj o tym.

Przysunęła się. Pachniała ciastkami i dymem papierosowym. Jej skóra była jedwabista, lekko połyskliwa, zupełnie inna niż jej rodaczek czystej krwi słowiańskiej.

– Mój ojciec pochodzi z Ruandy. Mama z Grudziądza – wyznała i strzepnęła mu z munduru niewidoczny pyłek. – Najbliżsi mówią do mnie po prostu Klaudia.

– Szykuje się więc całkiem udany wieczór.

– To dopiero początek. – Złożyła usta w ciup, jak do pocałunku. – Chciałabym, żebyś kogoś poznał. Spodoba ci się. – Urwała.

– To niemożliwe.

Claudine się spięła, co bardzo go rozbawiło. A więc jesteś próżna, pomyślał. Tu cię mam. I dodał, z namysłem rozciągając sylaby:

– Nie może mi się dziś nikt bardziej spodobać od ciebie.

Dostrzegł w jej oczach iskierkę prawdziwego zainteresowania.

– Daj spokój. – Udała trzpiotkę, ale zaraz spoważniała. – Jest taka dziennikarka z Londynu. Rodzice byli Polakami, ona wychowała się w Anglii. Kręci z nami kolejny materiał.

– Z tajną grupą?! – Tym razem to on wszedł jej w słowo. Był ubawiony.

– Jeszcze tylko dwa miesiące. Potem szef nas ujawni. Razem z naszymi dokonaniami. Film dokumentalny zrealizowany dla BBC bardzo pomoże nam marketingowo. Pomyślałam, że może poza awansem chciałbyś wziąć udział i w fejmie.

– W czym? – Robert się skrzywił.

– Pokażesz swoją komendę, najlepszych ludzi.

– Muszę zapytać bossa. – Duch udawał obojętność, ale słabo mu to wychodziło. Chciał, bardzo chciał się popisać. Pokazać im wszystkim, że nie był jedynie p.o.

– Sandra ma już na taśmie twoje wystąpienie z bykami. – Mulatka mrugnęła do niego znacząco. – Niezłe na debiut w telewizji. Przemontuje, udzielisz jej wywiadu, pokręci się na twoich śmieciach, zrobi trochę przebitek. A jeśli chodzi o zgodę komendanta, to ja ci ją gwarantuję.

– Tak jak stanowisko? – roześmiał się drwiąco Duch. – Widzę, że wiele możesz.

Claudine nie zaszczyciła go tym razem uśmiechem.

– Sporo. Ale nie mów nikomu.

Zerknęła na zegarek.

– Mamy sześć godzin na ściągnięcie tutaj Załuskiej. W razie konieczności możecie ją dowieźć radiowozem. Choćby była pijana w sztok lub w inny sposób niedysponowana. Rozumiesz?

– Coś jej grozi?

Claudine sięgnęła do torebki i wyjęła rzutkę. Podała Duchowi.

– Chcemy tylko porozmawiać.

Jekyll podstępem wydostał się z domu i żwawym krokiem ruszył w kierunku dołu na tyłach ogrodu, w którym z doktorem Szymonem Konwerskim z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu osiemnaście dni temu uło­żyli truchło niedużego prosiaka. Tym razem nie przykryli zwłok brezentem, lecz ubrali je w spodnie i T-shirt. Całość przymocowali siatką, a we wszystkich czterech rogach dołu zakopali pułapki na owady biegające. Pierwsze na zwłokach pojawiły się oczywiście larwy muchówki, potem przyszły chrząszcze skórniki. Jekyll odwiedzał swoją świnkę każdego dnia i pieczołowicie rejestrował oraz oznaczał kolejne robaki. Nigdy przy Szymonie nie użyłby tego okreś­lenia, ponieważ entomolog był bezkompromisowy w doborze słownictwa i szkolił Jacka wyłącznie po to, by popularyzować metodę, a nie rozpowszechniać stereotypy. Obaj wiedzieli, że w Polsce nadal brakuje ekspertów do opiniowania. Wykształconych w tej dziedzinie biegłych sądowych wciąż jest mniej niż palców u obu rąk. A technicy kryminalistyki z braku wiedzy po prostu pomijają te ślady podczas oględzin. Jekyll chciał to zmienić. Od kilku lat wykładał w Szkole Policji w Pile i na innych uczelniach, gdzie poza pobieraniem odcisków, odbitek, śladów biologicznych uczył adeptów także analizy owadów, które przychodzą do zwłok.