Czasami jestem morzem łez - Joya Goeffney - ebook

Czasami jestem morzem łez ebook

Joya Goeffney

3,9

Opis

Poruszający współczesny romans young adult dla wielbicieli powieści Do wszystkich chłopców, których kochałam Jenny Han, którzy pokochają tajemnice, chemię między bohaterami i motyw „enemies to lovers”.

Quinn robi listy wszystkiego – od dni, w których płakała, poprzez „rzeczy, których nigdy nie wypowiem na głos", aż po chłopców, których chciałaby pocałować. Jej listy utrzymują ją przy zdrowych zmysłach. Spisując swoje lęki na papierze, nie musi stawić im czoła w rzeczywistości. Aż do momentu, gdy jej dziennik znika...

Anonimowe konto publikuje jedną z jej list na Instagramie, tak że cała szkoła może się z nią zapoznać i szantażuje ją, by stawiła czoło swoim siedmiu największym lękom. W przeciwnym razie cały jej dziennik zostanie ujawniony.

Co wyniknie z próby zmierzenia się ze wszystkim, czego od zawsze obawia się dziewczyna? Czy Quinn znajdzie odwagę, by być szczerą, żyć chwilą i się zakochać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (15 ocen)
2
10
2
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
koktajlhere

Nie oderwiesz się od lektury

świetna historia!
00
Tynka8

Z braku laku…

Poprzednią książkę tej autorki oceniłam wysoko, tymczasem o tej wolałabym w ogóle zapomnieć... Infantylne opisy i niemożliwie irytujący bohaterowie to nie było dobre połączenie. Mam też wrażenie, że w tym przypadku polskie tłumaczenie bardzo spłaszczyło kwestię opisywania czarnego koloru skóry, a stanowiło to jeden z głównych wątków.
00
MKWielgosz

Dobrze spędzony czas

Przeczytane w jeden dzień.
00
Patrycja____

Całkiem niezła

„Czasami jestem morzem łez” to wgląd w zupełnie dla mnie obce realia czarnoskórych nastolatków. To nie jest zwykła młodzieżówka, a książka przeznaczona dla młodych osób o licznych walorach edukacyjnych. Pokazuje, jak NIE zachowywać się wśród osób o odmiennym kolorze skóry, ale też przedstawia odkrywanie własnej tożsamości rasowej i jak istotne jest to dla młodego człowieka. Oczywiście nie obyło się bez wpadek, jak zbyt zakłamana główna bohaterka, jednak jest to dobra, nie ogłupiająca, lektura na jesienny wieczór.
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nałuExcuse Me While I Ugly Cry
Co­py­ri­ght © 2021 by Joya Gof­f­ney Co­py­ri­ght © 2023 for the Po­lish trans­la­tion by Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o. Co­ver il­lu­stra­tion © Sa­rah Mad­den
Opra­co­wa­nie pol­skiej wer­sji okładki, skład i ła­ma­nieRa­do­sław Stęp­niak
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Prze­druk lub ko­pio­wa­nie ca­ło­ści albo frag­men­tów książki – z wy­jąt­kiem cy­ta­tów w ar­ty­ku­łach i prze­glą­dach kry­tycz­nych – moż­liwe jest tylko na pod­sta­wie pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
Me­dia Ro­dzina po­piera ści­słą ochronę praw au­tor­skich. Prawo au­tor­skie po­bu­dza róż­no­rod­ność, na­pę­dza kre­atyw­ność, pro­muje wol­ność słowa, przy­czy­nia się do two­rze­nia ży­wej kul­tury. Dzię­ku­jemy, że prze­strze­gasz praw au­tor­skich, a więc nie ko­piu­jesz, nie ska­nu­jesz i nie udo­stęp­niasz ksią­żek pu­blicz­nie. Dzię­ku­jemy za to, że wspie­rasz au­to­rów i po­zwa­lasz wy­daw­com na­dal pu­bli­ko­wać książki.
ISBN 978-83-8265-656-5
Must Read jest im­prin­tem wy­daw­nic­twa Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o. ul. Pa­sieka 24, 61-657 Po­znań tel. 61 827 08 50wy­daw­nic­two@me­dia­ro­dzina.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dla A-May; to wstyd, ale na­wet

w tak doj­rza­łym wieku my­śla­łam,

że to praw­dziwe imię. Za­słu­gu­jesz

na ogromne uzna­nie. To­bie de­dy­kuję

moją mi­łość i moje słowa.

Roz­dział 1

ZGU­BI­ŁAM SWÓJ DZIEN­NIK

– Frank Si­na­tra.

– Która pio­senka? – za­py­tał Au­den.

– Na­pisz po pro­stu „Frank Si­na­tra”.

– Ale pan Green wy­maga od nas kon­kre­tów.

Car­ter wzdy­cha. Sie­dzi na tra­wie na­prze­ciwko mnie, ko­lana oto­czył ra­mio­nami i kłóci się z Au­de­nem. Nie mogę się sku­pić, po­nie­waż ob­ser­wuję, jak Car­ter pod­wija rę­kawy swo­jej ko­szulki, a biały ma­te­riał kon­tra­stuje z jego ciemną skórą. Ni­gdy wcze­śniej nie pra­co­wa­łam z nim w jed­nej gru­pie. Te­raz na­to­miast nie mogę się skon­cen­tro­wać na ni­czym in­nym poza jego wy­glą­dem. Pa­mię­tam, że gdy prze­niósł się do nas w dru­giej kla­sie, wy­dał mi się tak inny w po­rów­na­niu z bo­ga­tymi bia­łymi chło­pa­kami, któ­rzy za­wsze mnie ota­czali. Oni w ber­mu­dach i ko­szu­lach z koł­nie­rzy­kiem, on – w wy­bla­kłych T-shir­tach i wor­ko­wa­tych spoden­kach ko­szy­kar­skich. Nie mo­głam ode­rwać od niego wzroku. Lecz gdy na­sze oczy w końcu się spo­tkały, od razu spu­ścił wzrok. Nie wiem, co o tym my­śleć. Z ja­kie­goś po­wodu by­łam prze­ko­nana, że mnie do­strzeże, że na­prawdę mnie zo­ba­czy, bio­rąc pod uwagę fakt, iż oboje mamy po­dobny ko­lor skóry. Było jed­nak ina­czej. Pa­trzył na mnie tak samo apa­tycz­nie jak na in­nych.

– Hej, Qu­inn?

Prze­staję się ga­pić na po­kryty za­ro­stem pod­bró­dek Car­tera i wi­dzę, że on rów­nież na mnie pa­trzy. Jego brwi są jed­nak zmarsz­czone, jakby się za­sta­na­wiał, czy ma do czy­nie­nia z osobą zdrową psy­chicz­nie.

Czuję cie­pło za­le­wa­jące po­liczki. Za­kry­wam dło­nią usta.

– Ja­kie było py­ta­nie? – zwra­cam się do Au­dena, zbyt spło­szona, by po­now­nie spoj­rzeć na Car­tera. Dzi­siaj już po raz trzeci przy­ła­pał mnie na ga­pie­niu się na niego.

Au­den prze­wraca oczami znie­cier­pli­wiony.

– Masz ja­kieś pro­po­zy­cje do­ty­czące ścieżki dźwię­ko­wej do na­szej sztuki o JFK? Cho­dzi o pro­jekt, nad któ­rym pra­cu­jemy od kilku go­dzin.

Prze­su­wam dłoń ku dol­nej czę­ści szyi. No tak. Prze­ły­kam ślinę i za­czy­nam szu­kać od­po­wie­dzi na bez­chmur­nym nie­bie.

– Ja­kie pio­senki wy­bra­li­śmy do tej pory? – Gram na czas, sku­biąc źdźbła trawy.

Au­den spo­gląda na li­stę le­żącą na jego ko­la­nach, wy­da­jąc przy tym pełne roz­draż­nie­nia wes­tchnie­nie. Taki wła­śnie jest Au­den – słodki, ale nie po­trafi się wy­lu­zo­wać. Już wcze­śniej pra­co­wa­łam z nim w gru­pie. Gdy tylko otrzy­ma­li­śmy pracę do­mową, za­czął roz­dzie­lać za­da­nia. Zwy­kle też robi wszystko sam, po­nie­waż nikt inny nie po­trafi spro­stać jego wy­ma­ga­niom. Lu­dzie to wy­ko­rzy­stują. Z ca­łych sił sta­ram się nie po­stę­po­wać jak oni, ale Car­ter...

Weź się w garść, Qu­inn!

Pod­czas gdy Au­den od­czy­tuje pio­senki z na­szego ze­sta­wie­nia, wy­cią­gam z ple­caka czer­wony no­tes. Prze­rzu­cam strony, na któ­rych za­pi­sa­łam li­sty rze­czy do zro­bie­nia oraz różne in­struk­cje, aż tra­fiam na ko­niec ze­szytu, gdzie znaj­duje się miej­sce na do­dat­kowe li­sty. Je­śli uda mi się wy­rzu­cić z sie­bie my­śli do­ty­czące Car­tera, może będę w sta­nie sku­pić się na za­da­niu do­ty­czą­cym JFK.

CAR­TER JEST...

1. Fajny. W każ­dym tego słowa zna­cze­niu.

2. Atrak­cyjny. Jak. Cho­lera.

3. „Praw­dzi­wym Czar­nym fa­ce­tem”, jak mówi się o nim na ko­ry­ta­rzach na­szej – w prze­wa­ża­ją­cej czę­ści bia­łej – szkoły pry­wat­nej. To z ko­lei spra­wiło, że za­czę­łam się za­sta­na­wiać nad au­ten­tycz­no­ścią mo­jej przy­na­leż­no­ści ra­so­wej. Ni­gdy nie sły­sza­łam, aby ktoś na­zwał mnie „praw­dziwą Czarną dziew­czyną”. Wła­ści­wie sły­sza­łam coś od­wrot­nego. Po­dej­rze­wam, że Car­ter nie musi wy­słu­chi­wać ka­wa­łów o Czar­nych opo­wia­da­nych przez bia­łych lu­dzi. Za­zdrosz­czę mu.

4. Uczniem sie­dzą­cym na ty­łach sali, nie­odry­wa­ją­cym oczu od swego blatu, co tylko wzmac­nia ta­jem­ni­czą aurę, która go ota­cza. Ni­gdy nie dzieli się w kla­sie swo­imi prze­my­śle­niami, po­dej­rze­wam więc, że moje zde­ner­wo­wa­nie wy­nika z faktu, iż nie­spo­dzie­wa­nie zy­ska­łam do nich do­stęp.

5. Nie­za­in­te­re­so­wany spra­wami ma­te­rial­nymi, w prze­ci­wień­stwie do in­nych chło­pa­ków z na­szej szkoły. Ma w no­sie marki. Je­śli coś na­daje się do uży­cia, jemu to wy­star­czy. Po­doba mi się to. Ja rów­nież nie po­trze­buję wiele do szczę­ścia.

6. Kon­se­kwentny w kwe­stii swo­jego za­pa­chu. Po­tra­fię wy­czuć go z miej­sca, w któ­rym sie­dzę. Za­pach ten różni się od wstręt­nych wód ko­loń­skich uży­wa­nych przez in­nych chło­pa­ków. Car­ter pach­nie czy­sto­ścią.

7. Nie­za­in­te­re­so­wany rand­ko­wa­niem z dziew­czy­nami z na­szej szkoły, co jest nieco de­pry­mu­jące.

8. Pod­ry­wa­czem? Sły­sza­łam plotki o nim i Emily Hayes. Po­dobno działo się mię­dzy nimi pod­czas jed­nego z ze­szło­rocz­nych przy­jęć. Nikt tego jed­nak nie po­twier­dził.

9. Tro­chę aspo­łeczny. Zwy­kle nie za­daje się z bia­łymi dzie­cia­kami w szkole, co ozna­cza, że nie ma zbyt wielu przy­ja­ciół. Za­uwa­ży­łam tylko, że roz­ma­wia z Oli­vią Tho­mas. Za każ­dym ra­zem gdy wi­dzę, jak ra­zem się śmieją, ża­łuję że sama nie mam Czar­nych przy­ja­ciół.

– Hi­lary.

Unio­słam wzrok znad mo­jej li­sty i na­po­tka­łam za­cie­ka­wiony wzrok Car­tera. – Wiesz, że każda grupa od­daje tylko jedną li­stę?

Nie wi­dzi kar­tek mo­jego dzien­nika, ale mam wra­że­nie, że wie, iż pi­szę o nim. Moje po­liczki płoną. Za­my­kam no­tat­nik.

– To coś in­nego. – Spo­glą­dam w dół na błysz­czącą czer­woną okładkę. – I, pro­szę, prze­stań mnie tak na­zy­wać. Nie je­stem do niej po­dobna.

Wy­my­ślił to prze­zwi­sko, gdy dziś po raz pierw­szy od­wie­dził mnie w domu. Wy­siadł z nis­sana versy na­le­żą­cego do Au­dena, spoj­rzał na mój dom ni­czym Will z Księ­cia z Bel-Air i po­wie­dział: „Wow, nie wie­dzia­łem, że masz taką chatę. Miesz­kasz jak cho­lerna Hi­lary Banks[1]

Moim zda­niem bar­dziej przy­po­mi­nam Ash­ley.

Spo­gląda na mnie roz­ba­wiony z ra­mio­nami opar­tymi na ko­la­nach.

– Pew­nie je­steś mą­drzej­sza od Hi­lary, ale za­łożę się, że je­steś tak samo roz­piesz­czona jak ona. Je­śli chcesz coś do­stać, wy­star­czy, że za­wo­łasz ta­tu­sia.

– Słu­cham? – mó­wię za­sko­czona. – Nie je­stem roz­piesz­czona.

– I na­wet mó­wisz jak ona! – wy­bu­cha śmie­chem, od­rzu­ca­jąc głowę do tyłu.

– Nie­prawda! – mó­wię nieco niż­szym gło­sem. – W ogóle nie brzmię jak ona.

Kręci głową, żar­to­bli­wie na mnie cmo­ka­jąc.

– Nie ma się czego wsty­dzić, Hi­lary.

Wy­wra­cam oczami, jak­bym była wku­rzona, ale tak na­prawdę cała drżę od po­świę­ca­nej mi uwagi. Za­zwy­czaj Car­ter je­dy­nie spo­gląda na mnie prze­lot­nie, a na­stęp­nie od­wraca wzrok.

– Kim jest Hi­lary? – pyta Au­den, przy­po­mi­na­jąc, że nie je­ste­śmy sami.

– Stary, nie było cię jesz­cze na świe­cie, gdy to le­ciało. – Car­ter wstaje i na­ciąga białą ko­szulkę do czar­nych ko­szy­kar­skich spode­nek. Robi krok w moim kie­runku, tak że za­sła­nia mi słońce. – Mu­szę szybko sko­rzy­stać z to­a­lety. Mo­żesz mnie za­pro­wa­dzić?

Rów­nie do­brze mogę mu po­wie­dzieć, jak tam tra­fić (przejdź przez przed­po­kój i sa­lon, pierw­sze drzwi na prawo), ale jego pro­po­zy­cja ozna­cza, że znajdę się z nim sam na sam. Jak więc mo­gła­bym od­mó­wić?

Gdy idzie za mną w kie­runku tyl­nego wyj­ścia, w uszach czuję pul­su­jące tętno.

– Prze­pra­szam, a wy do­kąd? – pyta moja mama. Przez całe na­sze spo­tka­nie sie­dzi na ta­ra­sie i prze­gląda wia­do­mo­ści w te­le­fo­nie, peł­niąc rolę „przy­zwo­itki”, jak­by­śmy nie byli już w ostat­niej kla­sie szkoły śred­niej, na dwa mie­siące przed jej ukoń­cze­niem.

– Chcę za­pro­wa­dzić Car­tera do ła­zienki.

Mama wraca do prze­glą­da­nia swo­jego te­le­fonu.

– Do­brze. Bądź za­raz z po­wro­tem, Qu­inn.

Po­wstrzy­muję wes­tchnie­nie. Oczy­wi­ście ro­zu­miem ją. Nie przy­wy­kła do tego, że od­wie­dza mnie inny chło­pak niż Matt, nasz są­siad. Zwłasz­cza gdy ten chło­pak jest wy­soki, przy­stojny i Czarny.

Kiedy drzwi się za nim za­my­kają, na­gle za­czy­nam bo­le­śnie od­czu­wać, jak wielka i pu­sta stała się kuch­nia. Je­ste­śmy tu­taj tylko my. Do­cho­dzi do mnie rów­nież, że pro­wa­dząc go przez sa­lon, nie mam po­ję­cia, gdzie kie­ruje swój wzrok. Prze­cze­suję włosy dło­nią i zbie­ram je z karku na jedno ra­mię.

– Masz ładny dom, Hi­lary.

Od­wra­cam się i idąc ty­łem, mi­jam nie­ska­zi­tel­nie białą ka­napę i drew­niane sto­liki.

– Dla­czego na­dal mnie tak na­zy­wasz? Chyba już usta­li­li­śmy, że je­stem od niej mą­drzej­sza? – mó­wię, uśmie­cha­jąc się przy tym iro­nicz­nie. Gram w jego grę.

On jed­nak pyta:

– Na pewno?

Ple­cami opie­ram się o fu­trynę drzwi do ła­zienki.

– Czy to żart?

– Cho­dzi o to – wzru­sza ra­mio­nami i idzie w moim kie­runku, spo­glą­da­jąc na me­ble w sa­lo­nie – że do­sta­nie się na Uni­wer­sy­tet Co­lum­bia nie ozna­cza, że je­steś mą­dra. Ozna­cza tylko, że je­steś bo­gata.

Mój żo­łą­dek kur­czy się na wspo­mnie­nie o Co­lum­bii. W jego to­nie nie sły­chać już żar­to­bli­wej nuty. Wy­raź­nie spo­waż­niał. Uśmiech znika z mo­jej twa­rzy, gdy Car­ter do­łą­cza do mnie w przej­ściu. Staje tak bli­sko, że wy­czu­wam za­pach jego my­dła.

– To oczy­wi­ste, że je­steś za­można – mówi, wska­zu­jąc na wart kilka ty­sięcy do­la­rów wa­zon sto­jący na półce nad sze­ścio­ca­lo­wym ścien­nym ko­min­kiem elek­trycz­nym. W jego gło­sie sły­chać roz­go­ry­cze­nie. Na­stęp­nie prze­suwa wzro­kiem po mo­jej syl­wetce, od stóp w ja­pon­kach po pu­szy­ste włosy. – Dziew­czyny ta­kie jak ty nie mu­szą pra­co­wać tak ciężko jak lu­dzie tacy jak ja.

Za­ci­skam mocno szczęki. On nie ma po­ję­cia, ile wy­siłku mnie to wszystko kosz­tuje. I choć moja ro­dzina jest za­można, je­stem jed­nym z pię­ciorga Czar­nych dzie­cia­ków w na­szej szkole. Mu­szę wy­słu­chi­wać tych sa­mych ra­si­stow­skich bredni, co on.

– Nic o mnie nie wiesz.

Mru­czy pod no­sem i unosi pa­lec wska­zu­jący.

– Wiem, że do­sta­łaś się na Uni­wer­sy­tet Co­lum­bia.

Ko­lejny skurcz w żo­łądku.

Car­ter mruży oczy i za­czyna mó­wić ści­szo­nym gło­sem:

– Wiem też, że masz pro­blemy z każ­dym przed­mio­tem.

Moje brwi uno­szą się z za­sko­cze­nia.

– Skąd o tym wiesz? – py­tam, nie sta­ra­jąc się na­wet ukryć przed nim faktu, że ma ra­cję.

– To oczy­wi­ste – od­po­wiada z uśmie­chem. – Poza tym je­stem do­brym ob­ser­wa­to­rem.

To oczy­wi­ste, że so­bie nie ra­dzę? Prze­cież nie re­kla­muję mo­ich mar­nych ocen, więc co on do cho­lery może wie­dzieć o mo­ich trud­no­ściach? Poza tym komu miałby o tym po­wie­dzieć? W kla­sie w ogóle się nie od­zywa, le­dwo pod­nosi dłu­go­pis, aby coś za­no­to­wać. Po­dej­rze­wam, że jego oceny nie są wcale lep­sze od mo­ich.

Kiwa głową, ro­biąc w my­ślach in­wen­ta­ry­za­cję wszyst­kich na­szych me­bli.

– Pew­nie twój tato za­spon­so­ro­wał bi­blio­tekę lub coś po­dob­nego. – Jego pro­tek­cjo­nalny wzrok pada na mnie. – Tylko w ten spo­sób ktoś taki jak ty mógł się do­stać na Uni­wer­sy­tet Co­lum­bia.

Spo­sób, w jaki wy­po­wiada słowo „ty”, świad­czy o tym, że zdaje so­bie sprawę z mo­ich prze­cięt­nych zdol­no­ści. Jego aro­gan­cja wpełza pod moją skórę i wije tam gniazdo.

– Po­słu­chaj, to­a­leta znaj­duje się tu­taj. – Ki­wam głową w lewą stronę. – Chcia­łeś z niej sko­rzy­stać – stwier­dzam i wy­mi­jam go w przej­ściu. Jest jak kurz pod mo­imi bu­tami. Tyle wła­śnie mnie w tym mo­men­cie in­te­re­suje.

Za­trza­skuję drzwi ta­ra­sowe, aż okna na ty­łach domu się trzęsą. Moja mama pod­rywa głowę do góry. W jej oczach wi­dzę py­ta­nie, czy po­stra­da­łam ro­zum.

– Prze­pra­szam – mó­wię za­po­bie­gaw­czo.

Gdy pod­cho­dzę do Au­dena, sie­dzi po­chy­lony nad li­stą pio­se­nek. Biorę mój dzien­nik i otwie­ram go na wol­nej stro­nie, by stwo­rzyć nową li­stę o Car­te­rze.

– Wszystko w po­rządku? – pyta Au­den.

– W jak naj­lep­szym.

CAR­TER JEST...

10. Kry­ty­ku­ją­cym dup­kiem.

11. Wszyst­ko­wie­dzą­cym, bar­dziej świę­tym od pa­pieża, pre­ten­sjo­nal­nym kre­ty­nem.

12. Nie tak wspa­niały, jak się wy­daje. Ża­łuję, że po­zna­łam jego okropne my­śli.

Za­sta­na­wiam się nad ko­lej­nymi obe­lgami, lecz w tym sa­mym mo­men­cie wi­dzę, jak z peł­nym za­do­wo­le­nia uśmie­chem na twa­rzy wy­cho­dzi ta­necz­nym kro­kiem przez tylne drzwi. Nie zwra­cam na niego uwagi, gdy siada na tra­wie.

– Twój tata wró­cił do domu – in­for­muje z uśmie­chem, który po chwili znika, jakby miał pro­blem z utrzy­ma­niem go na dłu­żej. – Gdy mnie zo­ba­czył, wziął mnie za wła­my­wa­cza. – Car­ter opusz­cza wzrok i mocno za­ci­ska wargi. – Chyba nie jest przy­zwy­cza­jony do wi­doku praw­dzi­wego Czar­nego w swoim domu.

Mój żo­łą­dek się kur­czy, a ciało ob­lewa zimny pot. Au­den spo­gląda w górę.

– Pójdę już. – Car­ter kiwa głową, zły, roz­cza­ro­wany i ura­żony. Wy­daje się, że nie ma już na­wet ochoty po­wie­dzieć: „A nie mó­wi­łem. Wiem do­kład­nie, kim je­steś”. Ale on się myli. To na pewno była po­myłka.

Od­kła­dam dzien­nik na trawę i ru­szam w kie­runku ta­rasu. Mama za­uważa hu­ra­ga­nowe po­dmu­chy spo­wo­do­wane przez moje gwał­tow­nie po­ru­sza­jące się ręce.

– Qu­inn, co się stało?

Znaj­duję tatę w kuchni w mo­men­cie, gdy wcho­dzi na schody z bu­tami w dłoni.

– Co po­wie­dzia­łeś Car­te­rowi?

Spo­gląda na mnie przez ra­mię, uno­sząc brwi ze zdu­mie­nia.

– Kim jest Car­ter? – Udaje głu­piego, a ja nie mam na to czasu.

Wska­zuję za sie­bie.

– To chło­pak który przed chwilą prze­szedł przez te drzwi. Uważa, że wzią­łeś go za wła­my­wa­cza.

– De­smon­dzie, na­prawdę? – sy­czy matka, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

– Nie wzią­łem go za wła­my­wa­cza. – Oj­ciec dra­pie się po twa­rzy. – W domu nie było ni­kogo poza ob­cym chło­pa­kiem, który wy­szedł z ła­zienki. Za­py­ta­łem go tylko, co robi w moim domu.

Wy­wra­cam oczami i kręcę głową. Wy­obra­żam so­bie całą tę sy­tu­ację: Car­ter wy­cho­dzi z ła­zienki w mo­men­cie, gdy mój tata prze­cho­dzi przez hol, zdjąw­szy uprzed­nio buty przy drzwiach. W mo­men­cie spo­tka­nia ich dwóch mój oj­ciec pod­nie­sio­nym gło­sem pyta: „Co tu­taj ro­bisz?”, a w jego oczach wy­raź­nie wi­dać za­rzut. Nie przy­zna się jed­nak do tego i nie prze­prosi. On ni­gdy za nic nie prze­pra­sza.

– Za­py­ta­łeś go, co robi w na­szym domu? Prze­cież to oczy­wi­ste, że cho­dzi ze mną do klasy – wy­ja­śniam.

– Spo­tka­łem wielu two­ich ko­le­gów z klasy, ale tego chło­paka wi­dzia­łem po raz pierw­szy.

– Nie wie­rzę, De­smon­dzie – do­daje mama.

Tata prze­nosi na nią wzrok.

– I kto to mówi, Wendy?

– Słu­cham? Ni­gdy nie wzię­ła­bym go za prze­stępcę. Na ja­kiej pod­sta­wie? Z po­wodu jego wy­glądu? Wy­cho­wa­łam się w Chi­cago...

Tata unosi ręce do góry, upusz­cza­jąc przy tym buty na pod­łogę.

– I znowu to samo. Po­cho­dzisz z Chi­cago. Już to wiemy, Wendy! Nie mu­sisz wspo­mi­nać o tym przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji.

Wspa­niale. Zna­leźli po­wód do kłótni.

W kuchni za­pada ci­sza, gdy otwie­rają się drzwi na ta­ras. Car­ter i Au­den wcho­dzą do środka z za­ło­żo­nymi ple­ca­kami. Do­brze wie­dzą, co wła­śnie prze­rwali. Stoję po­mię­dzy mo­imi ro­dzi­cami prze­ra­żona.

Mama zwraca się do mo­ich ko­le­gów z uro­czym uśmie­chem ho­stessy:

– Już wy­cho­dzi­cie?

– Tak, pro­szę pani – od­po­wiada Au­den. – Dzię­ku­jemy za go­ścinę.

– Może chcie­li­by­ście coś na drogę? Car­ter? – Py­ta­nie kie­ruje do niego, by za­ła­go­dzić nie­po­ro­zu­mie­nie z udzia­łem mo­jego ojca.

– Nie, pro­szę pani – od­po­wiada Car­ter, spo­glą­da­jąc przez ra­mię. Na­stęp­nie prze­cho­dzi obok mnie znie­sma­czony.

– Do zo­ba­cze­nia w szkole, Qu­inn! – woła Au­den. Car­ter w ogóle się nie od­zywa.

Drzwi wej­ściowe się za­my­kają, a ja już nie mogę w ża­den spo­sób go prze­ko­nać, by zmie­nił zda­nie na te­mat mo­jej osoby oraz mo­jej za­moż­nej, uprzy­wi­le­jo­wa­nej ro­dziny.

Mama sku­pia się na ta­cie.

– Ob­ra­zi­łeś tego chłopca. Po­wi­nie­neś go prze­pro­sić.

– Ni­kogo nie będę prze­pra­szał. Je­śli uważa, że wzią­łem go za prze­stępcę, to wię­cej mówi to o nim niż o mnie.

Mama wy­bu­cha śmie­chem w dro­dze do barku.

– Ni­gdy nie bie­rzesz od­po­wie­dzial­no­ści za emo­cje, ja­kie wy­wo­łu­jesz u lu­dzi.

– Nie mam wpływu na po­krę­cone wy­obra­że­nia in­nych. Za­py­ta­łem go tylko, co robi w moim domu. Nie zro­bi­łem nic złego!

– Ty ni­gdy nie ro­bisz ni­czego złego, De­smon­dzie!

Ta kłót­nia już nie do­ty­czy Car­tera.

Po­nie­waż sły­sza­łam już wy­star­cza­jąco dużo, wy­cho­dzę na ze­wnątrz i pró­buję wy­rzu­cić z głowy obrzy­dze­nie, które wi­dzia­łam w oczach Car­tera. Ja­kie on musi mieć o nas zda­nie? Nie do końca wiem, co się wy­da­rzyło, ale wstyd mi, że do­świad­czył tego w domu, w któ­rym miesz­kają Czarni. W moim domu.

Na­wet sto­jąc na pa­tio, sły­szę krzyki mo­ich ro­dzi­ców. Ni­gdy nie wy­star­cza wyj­ście na ze­wnątrz. Idę więc do domu Matta, który mieszka obok nas. Wcho­dzę na jego tram­po­linę, przy­trzy­mu­jąc przy tym su­kienkę. Wy­sy­łam do niego wia­do­mość: Przy­szłam do bazy. Gdzie je­steś?

Po kilku se­kun­dach otrzy­muję od­po­wiedź: Idę.

Wy­cią­gam nogi przed sie­bie i cze­kam. Na­pi­nam łydki i przy­glą­dam się la­kie­rowi na pa­znok­ciach u stóp. Każda se­kunda spra­wia, że moje serce bije co­raz moc­niej.

Na­gle otwie­rają się tylne drzwi jego domu. Wy­cho­dzi ubrany w czer­wono-czarną ko­szulkę z na­pi­sem Hay­worth Pri­vate School oraz w ja­skra­wo­żółte spodenki. Idzie boso. Ru­sza bie­giem, a jego ide­alne brą­zowe włosy fa­lują na wie­trze. Gdy do­ciera do kra­wę­dzi tram­po­liny, wy­ska­kuje w górę i lą­duje na jej brzegu. W re­zul­ta­cie uno­szę się w po­wie­trzu i zmu­szona je­stem przy­trzy­mać su­kienkę wo­kół mo­ich nóg. Mimo woli wy­bu­cham śmie­chem.

Siada przy mo­ich sto­pach.

– Qu­in­nly. – Uśmie­cha się do mnie i na jego wi­dok mój na­strój się po­pra­wia.

– Mat­tly – od­po­wia­dam, lecz mój uśmiech nie jest rów­nie ra­do­sny jak jego.

Za­uważa to, ką­ciki jego ust opa­dają.

– Co się stało? – Ła­pie mnie za stopy i przy­suwa się bli­żej. Po­chyla się i obej­muje ra­mio­nami moje łydki.

Lu­bimy ba­wić się w ten spo­sób – ja od­py­cham jego klatkę pier­siową sto­pami, a on na­piera na nie, po­chy­la­jąc się do przodu. Mówi, że to świetne ćwi­cze­nie na moje łydki, na­to­miast on może roz­cią­gnąć przy oka­zji mię­śnie ud. Jest pił­ka­rzem i wi­dać to po jego bu­do­wie ciała.

Nie po­trze­buję ćwi­czyć mię­śni ły­dek – nie­na­wi­dzę piłki noż­nej – ale na­sza za­bawa za­wsze spra­wia, że jest mi lżej.

– Moi ro­dzice znowu za­częli – mó­wię, za­nu­rza­jąc się w mięk­ko­ści i cie­ple jego ko­szuli oraz sprę­ży­sto­ści jego klatki pier­sio­wej.

– O co po­szło tym ra­zem?

– O to, co zwy­kle. – Na­prawdę nie mam ochoty wcho­dzić w szcze­góły in­cy­dentu z Car­te­rem. – Tata ni­gdy się nie przy­zna, że nie ma ra­cji, jed­nak jak wi­dać krzyki mo­jej mamy nie od­no­szą żad­nego skutku.

– Chyba le­piej, że na sie­bie krzy­czą. – Spo­gląda w górę, w jego nie­bie­skich oczach od­bija się pro­mień słońca. Ro­dzice Matta się nie kłócą – a ra­czej ro­bią to w mil­cze­niu. W po­rów­na­niu z krzy­kami mo­ich ro­dzi­ców ich za­cho­wa­nie na­ce­cho­wane jest równą in­ten­syw­no­ścią, a może na­wet jesz­cze więk­szą. – Po­win­naś się oba­wiać chwili, gdy prze­staną się kłó­cić. – Jego uśmiech jest pe­łen smutku.

– O co mia­ła­bym się mar­twić?

– O roz­wód.

Od­py­cham pal­cami u stóp jego klatkę pier­siową, wbi­ja­jąc pięty w tram­po­linę.

– Czy twoi ro­dzice...?

Kręci głową, a jego włosy opa­dają na czoło. Po­pra­wia je więc, prze­cze­su­jąc pal­cami.

– Nie roz­wiodą się, do­póki ja się nie wy­pro­wa­dzę.

– Skąd to wiesz?

– Sły­sza­łem, jak o tym roz­ma­wiali. My­śleli, że nie ma mnie w po­bliżu.

Roz­luź­niam mię­śnie ły­dek, po­zwa­la­jąc, by cię­żar jego klatki pier­sio­wej spo­czął na po­de­szwach mo­ich stóp.

– Przy­kro mi, Matt.

Wzru­sza ra­mio­nami.

– Bez­na­dzieja, ale nie bę­dzie mnie w po­bliżu, gdy do tego doj­dzie.

– A co z od­wie­dzi­nami pod­czas Święta Dzięk­czy­nie­nia i Bo­żego Na­ro­dze­nia?

Marsz­czy brwi.

– O tym nie po­my­śla­łem. – Po­syła mi spoj­rze­nie spod zmarsz­czo­nych brwi. – Dzięki, Qu­in­nly.

Wy­bu­cham śmie­chem.

– Prze­pra­szam!

– Udało ci się zbu­rzyć moją wi­zję. – On rów­nież wy­bu­cha śmie­chem.

Opie­ram ręce za ple­cami i wy­sta­wiam twarz do słońca.

– Będą mieli ta­kie wy­rzuty su­mie­nia, że do­sta­niesz dwa razy wię­cej gwiazd­ko­wych pre­zen­tów i po­dwójną ko­la­cję z oka­zji Święta Dzięk­czy­nie­nia.

– W moim domu tak to nie działa. Pre­zenty gwiazd­kowe stra­ciły na zna­cze­niu, gdy skoń­czy­łem czter­na­ście lat.

– Na­prawdę? – py­tam, choć trudno jest mi sku­pić uwagę na roz­mo­wie. Niebo jest tak błę­kitne i czy­ste. Po­wie­trze, które wcią­gam przez noz­drza, jest rów­nie go­rące jak to, które wy­la­tuje przez nie wraz z wy­de­chem.

– Nie mamy pie­nię­dzy na Uni­wer­sy­tet Co­lum­bia – dro­czy się ze mną.

Sztyw­nieję i prze­staję spo­glą­dać w niebo.

– Co wię­cej, nie mamy pie­nię­dzy na pre­zent gra­tu­la­cyjny w po­staci no­wiut­kiego mer­ce­desa.

Wzdry­gam się z po­wodu po­czu­cia winy.

– Boże, ża­łuję, że go ku­pili.

– Nie po­doba ci się nowe au­tko? – Wy­wra­cam oczami, jed­no­cze­śnie mocno po­py­cha­jąc pal­cami stóp jego klatkę pier­siową. Wy­bu­cha śmie­chem, po­chy­la­jąc się jesz­cze moc­niej. – Dla­czego?

– Po pro­stu... – Wzdy­cham i kładę się na plecy. Mama mnie za­bije, je­śli się do­wie, że po­ło­ży­łam głowę na tej brud­nej tram­po­li­nie. – Mam wra­że­nie, że na niego nie za­słu­ży­łam.

– Na mi­łość bo­ską, Qu­inn, do­sta­łaś się na Uni­wer­sy­tet Co­lum­bia. Oczy­wi­ście, że na niego za­słu­ży­łaś.

Za­my­kam oczy, za­ci­skam po­wieki z ca­łych sił.

– Nie­prawda. – Szep­czę te słowa po­śród szumu wia­tru, zbyt prze­ra­żona, by wy­znać, dla­czego nie za­słu­guję na ten pre­zent. Gdyby tylko wie­dział. Gdyby tylko moi ro­dzi­cie wie­dzieli. Bar­dzo szybko po­zby­liby się tego mer­ce­desa.

– A tak przy oka­zji, na­dal nie mia­łem oka­zji się nim prze­je­chać.

– Nikt jesz­cze nim nie je­chał.

– Kła­miesz. Gdy ro­dzice zro­bili ci nie­spo­dziankę, De­stany pierw­sza do niego wsia­dła.

Moje ciało za­mie­nia się w ka­mień na dźwięk jej imie­nia. Pro­szę, nie py­taj.

-À pro­pos...

O Boże, za­czyna się.

– Co za­szło mię­dzy wami? Co się wy­da­rzyło w po­przedni week­end pod­czas im­prezy u Chase’a?

Mil­czę. Mam oczy sze­roko otwarte i chłonę spoj­rze­niem ogromne, błę­kitne tek­sań­skie niebo.

– Qu­inn – po­na­gla Matt, kle­piąc mnie po łyd­kach.

– Nie chcę o tym roz­ma­wiać. – Nie mam ochoty o tym na­wet my­śleć.

– Sły­sza­łem ja­kieś pie­przone bzdury. – Matt ce­dzi prze­kleń­stwo przez zęby. Mój przy­ja­ciel zwy­kle nie prze­klina, chyba że musi.

– Co sły­sza­łeś? – py­tam, jak­bym jesz­cze tego nie wie­działa.

– Że po­kłó­ci­ły­ście się o mnie.

Moje po­wieki drżą, po­mimo iż mam za­mknięte oczy.

Matt pusz­cza moje łydki i od­chyla się w tył, od­su­wa­jąc swój tors od mo­ich stóp. Są te­raz chłodne, a moje kostki spra­wiają wra­że­nie nie­zwy­kle lek­kich. Prze­suwa się obok mnie i siada po tu­recku obok mo­jej głowy.

– Czy to prawda? – pyta.

Od­wra­cam twarz w jego kie­runku i spo­glą­dam w jego zmar­twione oczy.

– Nie kłó­cimy się o cie­bie. W tym mo­men­cie w ogóle już się nie kłó­cimy. Nasz roz­wód zo­stał sfi­na­li­zo­wany.

Pa­trzy na mnie po­nuro.

– Po­wie­dzia­ła­byś mi, gdyby ci prze­szka­dzało, że za­pro­si­łem ją na randkę?

– Matt, je­ste­śmy przy­ja­ciółmi. Mo­żesz się spo­ty­kać, z kim ze­chcesz.

Po­now­nie za­my­kam oczy. Czy mo­żemy wró­cić do za­bawy w prze­py­cha­nie i zmie­nić te­mat na­szej roz­mowy? Choć praw­do­po­dob­nie „prze­szka­dza mi”, że Matt za­pro­sił De­stany na randkę, nie je­stem na tyle ma­łost­kowa, aby to zruj­no­wało na­szą dzie­się­cio­let­nią przy­jaźń.

Unosi swoje nogi, ła­pie pa­smo mo­ich wło­sów i bawi się nim, kła­dąc je na ko­la­nach. De­ner­wuję się, po­nie­waż rano na­ło­ży­łam dużą ilość od­żywki na­wil­ża­ją­cej i za­sta­na­wiam się, czy on to za­uwa­żył. Wyj­muję pa­smo wło­sów z jego dłoni i prze­kła­dam je na dru­gie ra­mię.

Matt do­strzega wy­sy­łane przeze mnie sy­gnały. Dło­nie mu opa­dają, jest zre­zy­gno­wany.

– No to te­raz nie mogę jej już za­pro­sić. W prze­ciw­nym ra­zie stracę moją przy­ja­ciółkę.

Prze­krę­cam się na bok w jego stronę, pod­pie­ra­jąc się na łok­ciu.

– To prawda.

– Dla­tego za­słu­guję na to, by po­znać prawdę. – Jego nie­bie­skie oczy prze­śli­zgują się po mo­jej twa­rzy i wę­drują w dół ku mo­jej dłoni opar­tej na brzu­chu. Matt ła­pie mnie za palce.

W tym mo­men­cie tylne drzwi otwie­rają się ze skrzyp­nię­ciem. Po­ja­wia się w nich głowa mamy mo­jego przy­ja­ciela.

– Matt?

Wy­su­wam swoją dłoń z jego.

– O, Qu­inn. – Spo­gląda na nas i się uśmie­cha. – Cześć, ko­cha­nie.

– Dzień do­bry, pani Radd. – Sia­dam i wy­gła­dzam su­kienkę.

– Obiad go­towy. – Opiera głowę o drzwi. – Może do nas do­łą­czysz?

– Dzię­kuję, ale mu­szę się zbie­rać. Pew­nie mama też coś ugo­to­wała.

To wie­rutne kłam­stwo. Mama nie przy­go­to­wała dla mnie nic od wielu lat. By­łam jed­nak pewna, że nie chcę zo­stać u nich na obie­dzie, po­nie­waż Matt mógłby za­da­wać py­ta­nia o moje uczu­cia wzglę­dem niego oraz o De­stany, a nie by­łam go­towa, by po­ru­szać któ­ry­kol­wiek z tych te­ma­tów.

– Po­zdrów ode mnie Wendy.

Ki­wam głową z uśmie­chem na ustach. Na­stęp­nie rzu­cam okiem na Matta.

– Za­raz przyjdę, mamo – mówi.

– Do­brze. – Pani Radd od­suwa głowę od fra­mugi drzwi. – Miło cię było wi­dzieć, Qu­inn.

– Pa­nią rów­nież.

Matt od­wraca się do mnie, a w jego oczach do­strze­gam zmę­cze­nie.

– Mo­głaś zo­stać. Wiem prze­cież, że twoja mama nie go­tuje.

Uśmie­cham się.

– Po­win­nam wró­cić do domu, by spraw­dzić, czy na­dal stoi w nie­na­ru­szo­nym sta­nie.

– Czy mo­żesz mi cho­ciaż po­wie­dzieć, dla­czego ro­bisz z tego taką ta­jem­nicę?

– To dla two­jego do­bra. – Wstaję i pod­cho­dzę do kra­wę­dzi tram­po­liny.

– Więc jesz­cze bar­dziej chcę się wszyst­kiego do­wie­dzieć.

Spo­glą­dam na niego przez ra­mię.

– Mam na so­bie su­kienkę. Mógł­byś się od­wró­cić?

Spo­gląda na moje gołe nogi, a na­stęp­nie wzdy­cha i za­myka oczy.

Po­śpiesz­nie scho­dzę z tram­po­liny. W dłoni trzy­mam te­le­fon i ro­bię, co mogę, by utrzy­mać spód­nicę na miej­scu na wy­pa­dek gdyby jego mama ob­ser­wo­wała nas przez okno. Gdy na sto­pach mam już swoje ja­ponki, mó­wię:

– Pa, Mat­tly. Dzięki za spo­tka­nie.

– Do zo­ba­cze­nia w szkole.

Ist­nieje wiele po­wo­dów, dla któ­rych nie mogę mu po­wie­dzieć, co za­szło po­mię­dzy mną a De­stany. Wszyst­kie one wy­peł­niają moje my­śli w dro­dze po­wrot­nej do domu i spra­wiają, że ciężko mi się sku­pić i po­zbyć się ich z głowy.

Po pierw­sze, gdy­bym mu po­wie­działa, na nowo od­ży­łyby we mnie wspo­mnie­nia z po­przed­niego week­endu.

Po dru­gie, gdy­bym mu po­wie­działa, do­wie­działby się, jaka De­stany jest na­prawdę i wów­czas na za­wsze stra­ci­łaby w jego oczach.

Po trze­cie, je­śli to, co po­wiem, nie znie­chęci go do niej, wów­czas nie będę już mo­gła na niego spoj­rzeć.

Po czwarte, on może uznać, że prze­sa­dzam i sprawa nie jest tak po­ważna, jak mi się wy­daje.

Po piąte, je­śli i on mnie zrani, zo­stanę już cał­ko­wi­cie sama.

Mu­szę to za­pi­sać, aby po­zbyć się ob­se­syj­nych my­śli i na­glą­cej po­trzeby, by wszystko mu opo­wie­dzieć z na­dzieją, że zro­zu­mie.

Po szó­ste, ni­gdy w pełni nie zro­zu­mie mo­ich uczuć, po­nie­waż jest biały.

Gdy wra­cam do ogrodu, za­czy­nam szu­kać w tra­wie mo­jego dzien­nika. Leży obok ple­caka. Kiedy go pod­no­szę, za­uwa­żam na czer­wo­nej okładce plamy z czar­nego atra­mentu. Przez kilka se­kund wpa­truję się w nie zdu­miona.

Skąd wziął się ten atra­ment? Otwie­ram tylną część okładki, gdzie spo­dzie­wam się zna­leźć za­pi­sane tam moje imię. Moim oczom uka­zują się je­dy­nie tłu­ste plamy.

To nie mój dzien­nik.

Żo­łą­dek nur­kuje mi w je­li­tach. Nie­moż­liwe. To na pewno mój dzien­nik. To musi być mój dzien­nik. Prze­cież mia­łam go przed chwilą. Prawda? Pi­sa­łam li­stę na te­mat Car­tera, odło­ży­łam go na trawę przed wej­ściem do domu i oto on. Okładka w ja­kiś spo­sób mu­siała się po­bru­dzić atra­men­tem. Moje li­sty są bez­pieczne w środku. Na pewno.

Jed­nak gdy otwie­ram ze­szyt, za­miast mo­ich list wi­dzę... nie­czy­telne no­tatki Car­tera.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRZY­PISY

[1] Jedna z bo­ha­te­rek se­rialu Książę z Bel-Air (Wszyst­kie przy­pisy po­cho­dzą od tłu­maczki).