Czarny Wygon. Tom II. Słowo Czarnego, Bisy, Bisy II - Stefan Darda - ebook
Opis

Cykl Czarny Wygon Stefana Dardy to jedno z najbardziej spektakularnych dzieł polskiej literatury grozy. Wydany wcześniej w czterech tomach, zdobył serca czytelników i recenzentów, był nagradzany i wyróżniany nominacjami w wielu prestiżowych plebiscytach. Zapraszamy do magicznego, wykreowanego z rozmachem świata, łączącego elementy słowiańskiej mitologii ludowej oraz głęboko zakorzenionych wierzeń religijnych z twardymi realiami początku dwudziestego pierwszego wieku; do świata urzekającego klimatycznymi krajobrazami Roztocza, ale też wywołującego niepokój i stawiającego przed bohaterami wiele trudnych wyzwań. Czarny Wygon to opowieść o walce z samym sobą, przyjaźni, miłości i odwiecznych zmaganiach ze złem, które czasem bywa bliżej, niż mogłoby się nam wydawać…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 744

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki

Marek J. Piwko {mjp}

Ilustracja na okładce oraz na stronach działowych

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład, łamanie i opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I w tej edycji, Chorzów 2014

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

© Copyright by Stefan Darda

ISBN 978-83-7835-366-9

1.

Ten strach był dla niej jak zaciskająca się coraz mocniej na szyi pętla.

Przed chwilą, gdy siedziała przy łóżku Mateusza i patrzyła w rozpalone gorączką jasnoniebieskie oczy, usiłowała nie dać po sobie poznać, że jej oddech również staje się coraz płytszy, a panika lodowatymi palcami uciska tłukące się w piersiach serce. Chłopiec szukał na twarzy matki spokoju, wypatrywał choć śladu nadziei, więc nie mogła go zawieść.

Kiedy wreszcie zasnął, bezszelestnie wymknęła się z pokoju, zostawiając zapaloną nocną lampkę i lekko uchylone drzwi. Zbliżała się już północ, a ona dopiero teraz przypomniała sobie o wypranej pościeli rozwieszonej rano na sznurach obok domu. Zarzuciła więc na plecy wełnianą chustę i wyszła na podwórze. Zmierzając w kierunku odbijających światło księżyca, poruszanych wzmagającym się wiatrem prześcieradeł i poszew, wierzchem dłoni otarła wilgoć z policzków. Obraz stał się ostrzejszy.

Noc była jasna, choć przepływające po atramentowym niebie chmury od czasu do czasu kradły trochę księżycowego blasku. Teresa podniosła głowę i spojrzawszy w niebo, uświadomiła sobie, że jest już po pełni. W ostatnich tygodniach czas miał dla niej tylko jeden wymiar, określony trudną do precyzyjnego oznaczenia, choć przerażająco nieuchronną datą. Jeszcze rok temu, w Wielki Piątek dwa tysiące szóstego roku, przygotowywałaby się na nadejście Wielkanocy, czuwając przy Bożym Grobie w miejscowym kościele. Teraz było jej wszystko jedno. Jeszcze kilka dni temu, przed wizytą w lubelskim szpitalu, błagała na kolanach o cud, ale teraz było jasne, że ten się jednak nie zdarzy.

Przystanęła, gdy do jej uszu od strony drogi prowadzącej z Adamowa dobiegły jakieś odgłosy, przeciskające się przez chłodną ciszę kwietniowej nocy. Otuliła się mocniej chustą i stanęła nieruchomo. Po chwili rozpoznała charakterystyczne skrzypienie nienasmarowanych łożysk znajomej dwukółki.

„Co on, do diabła, robi tu o tej porze, i to w taką noc? — zapytała samą siebie w myślach. — Chyba już mu się całkiem pomieszało w tej starej, siwej głowie”.

Wzruszyła ramionami i zaczęła zdejmować pościel. Odgłosy były coraz wyraźniejsze, a do zgrzytów i popiskiwania wydawanego przez koła starego wózka dołączyło miarowe szuranie podeszew o nawiewany na asfalt piach.

Pamiętała tego człowieka jeszcze z czasów, gdy był postawnym, wysokim mężczyzną z bujną, czarną brodą. Sprowadził się do Adamowa mniej więcej w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Ojciec Teresy wspominał, że Bobowicz początkowo budził wśród miejscowych nieufność, ale ponieważ na koniach znał się jak mało kto, a do pomocy zawsze był pierwszy, prędko zaskarbił sobie uznanie okolicznych gospodarzy. Niektórzy mówili, że to brat słynnego w swoim czasie na Zamojszczyźnie cygańskiego wójta — Romana Bobowicza z Grabowca. Ile w tym było prawdy, a ile zwykłego ludzkiego gadania, trudno powiedzieć, ale przybycie Czarnego, jak wszyscy nazywali go w okolicy, zgadzałoby się w czasie z przymusowym osiedlaniem Romów w grabowieckim pałacu.

Od kiedy konie ostatecznie zastąpione zostały przez maszyny, Czarny zaczął najmować się do pracy w lesie, a gdy z powodu artretyzmu i podeszłego wieku musiał zrezygnować i z tego zajęcia, zajął się zbieraniem złomu po wioskach w okolicy Adamowa. Lekko przygarbiona sylwetka, ciągnąca za sobą skrzypiącą dwukółkę, stała się nieodłącznym elementem lokalnego krajobrazu.

Był już na wysokości domu Teresy, kiedy skończyła zbierać pranie. Widok na drogę zasłaniał wysoki parkan, ale dochodzące zza ogrodzenia dźwięki nie pozostawiały wątpliwości co do miejsca, w którym znajduje się Bobowicz. Kobieta wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę domu. Co ją obchodzi jakiś stary wariat?

„Jak ma ochotę, to może sobie tak łazić nawet do Niedzieli Wielkanocnej albo i dłużej” — pomyślała.

Kiedy zamykała za sobą drzwi, skrzypienie wózka i kroki starego ustały; miała wrażenie, że dokładnie na wysokości jej furtki. Być może Czarny usłyszał ją i chciał zapytać o jakieś niepotrzebne metalowe sprzęty.

Po chwili jednak uświadomiła sobie, że coś jest nie tak. Przyzwyczaiła się do wizyt Czarnego w Bliżowie, ale ta dzisiejsza wyglądała jakoś… inaczej. Teresa stała przez chwilę na środku kuchni z naręczem pachnącej świeżością pościeli, po czym położyła ją na krześle i znów wyszła na zewnątrz.

Nic się nie zmieniło. Było całkowicie cicho, nie licząc szumu wiatru, który wciąż się wzmagał.

Wreszcie zrozumiała.

Za każdym razem, gdy Czarny zbliżał się do Bliżowa, dźwiękom wydawanym przez jego wózek towarzyszyło zawzięte ujadanie. Być może skrzypienie kół tak rozwścieczało miejscowe kundle, a może w nieznajomym człowieku wyczuwały one jakieś zagrożenie. W każdym razie przybycie Bobowicza do tej pory zawsze było przez nie sygnalizowane, zanim jeszcze mieszkańcy zauważyli go na opadającej ku wsi drodze.

Tym razem nie zaszczekał ani jeden pies.

2.

Mateusz w ciągu ostatnich dni przespał najwyżej kilkanaście godzin. Choroba wyniszczała go od środka, a bólu nie były w stanie zagłuszyć nawet silne medykamenty, więc tym bardziej każda kolejna godzina snu była dla chłopca na wagę złota. Stojąc przed drzwiami, Teresa z niepokojem oczekiwała pierwszego hałaśliwego szczeknięcia, które sprawi, że cała wieś zabrzmi kakofonią psiego ujadania. Już nie było jej wszystko jedno.

Ruszyła w stronę furtki.

Gdy ją uchyliła, zobaczyła Czarnego, który stał nieruchomo i patrzył w stronę kobiety. Czekał.

Kolor włosów i brody, od którego wzięło się jego przezwisko, dawno już zastąpiła siwizna. Oczy, płonące niegdyś ciemnym blaskiem, z czasem zostały zasnute bielmem, ale Bobowicz nie wyglądał na niedołężnego starca. Choć przygarbiony pod jarzmem upływającego czasu, i tak górował nad Teresą prawie o dwie głowy. Po plecach kobiety przebiegł dreszcz, mimo tego podeszła bliżej i odważnie spojrzała Czarnemu prosto w twarz.

— Panie Bobowicz, po co pan się tu kręci po nocy? — zapytała. — Przecież o tej porze i tak nie uda się panu niczego znaleźć, a tylko…

Zgubiła wątek. Jego osadzone w śniadej twarzy oczy niemal fosforyzowały bielą. Poruszane wiatrem siwe, długie włosy, w których tańczyło światło księżyca, sprawiały, że wyglądał wręcz upiornie. Teresa cofnęła się o krok.

— Zaraz pobudzi pan tym swoim wózkiem wszystkie psy we wsi, a mój syn bardzo potrzebuje snu.

Przyszło jej na myśl, że mógłby zostawić dwukółkę i wrócić jutro, ale zanim zdążyła to zaproponować, usłyszała:

— Tak, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, moja droga. To zdecydowanie zbyt późno wykryty mięsak Ewinga, nieprawdaż?

Zanim dotarła do niej treść pytania, zwróciła uwagę na to, że Bobowicz inaczej niż zwykle artykułuje słowa. Rozmawiała z nim wielokrotnie, gdy przychodził po stare rupiecie, lecz tym razem jego głos brzmiał zupełnie inaczej. Łagodnie, dźwięcznie, z trudnym do wychwycenia, ale słyszalnym obcym akcentem.

— Skąd pan wie? — zapytała po chwili.

Uśmiechnął się, odsłaniając dwa rzędy równych i zaskakująco białych zębów. Pierwszy raz widziała, jak Czarny się uśmiecha.

— Och, Teresko… Ja wiem więcej, niż mogłoby ci się zdawać.

— Ludzie gadają, prawda? Czasem mam wrażenie, że cieszą się z nieszczęścia, które nas…

— Ludzie przeważnie rozmawiają na serio o rzeczach zupełnie nieistotnych — przerwał jej — a po sprawach naprawdę ważnych prześlizgują się ledwie pobieżnie. Nie od nich wiem o twoim problemie i nie pytaj skąd, bo to akurat nie ma najmniejszego znaczenia.

Uśmiech zniknął z jego twarzy. Zasnutymi bielmem oczyma uważnie przypatrywał się kobiecie. Wreszcie znów się odezwał:

— Jestem tu, aby ci pomóc, moja droga. Wiem, czego potrzeba tobie i twojemu synkowi.

Teresa pokręciła głową.

— Lekarze nie dają żadnych szans, więc…

— Są inni lekarze. Są nowe metody leczenia, które mogą znacznie przedłużyć życie Mateuszowi. Oczywiście wymagają one dalekich wyjazdów, nawet za granicę, są kosztowne, ale dają nadzieję.

— Wiem, ale nie mam takich pieniędzy — powiedziała, spuszczając wzrok. — Brakuje mi nawet na lekarstwa, a co dopiero…

— Nie wyglądam na krezusa, ale pamiętaj, że pozory mogą mylić. — Podszedł do kobiety i położył dłonie na jej ramionach. — To jak, Teresko? Jeśli miałbym taką kwotę, przyjęłabyś ją ode mnie?

Ponownie na niego spojrzała, a zaraz potem skinęła głową.

— Zrobiłabym wszystko, by dać Mateuszowi szansę.

Mężczyzna znów się szeroko uśmiechnął.

— To właśnie chciałem usłyszeć — rzekł, a zaraz potem dodał: — Oczywiście, nie zrobię tego za darmo. Mam nadzieję, że to rozumiesz, moja droga?

Jeszcze raz skinęła głową.

— Będę cię wkrótce potrzebował. — Przez wełnianą chustę poczuł, jak kobieta zaczyna drżeć i dodał:

— Nie bój się, to nie jest to, o czym myślisz. Zresztą, jestem już na to za stary. — Nieprzyjemny śmiech, który przerwał jego słowa, zupełnie nie pasował do wcześniejszego, łagodnego tonu głosu.

Odsunęła się o kilka kroków.

— Więc co mam zrobić? — zapytała. — I jaką mam pewność, że mówi pan prawdę o tych…, o tym, że dostanę te pieniądze?

— Nie masz żadnej pewności — odparł, szczerząc zęby w fałszywym uśmiechu. — Masz za to moje słowo i ono na razie musi ci wystarczyć.

Rozpiął płaszcz i z jego wewnętrznej kieszeni wyjął białą, lekko pomiętą kopertę.

— Trzymaj. Na razie jest pusta, ale gdy zrobisz to, czego od ciebie oczekuję, znajdziesz w niej wystarczającą ilość pieniędzy. Wiedz jednak, że nie będzie to łatwe zadanie. Dlatego dam ci do namysłu dobę. Jutro o tej porze znów przyjdę i jeśli tutaj, pomiędzy deskami furtki, nie znajdę koperty, będzie to znaczyło, że nie zmieniłaś zdania.

Nie czekając na odpowiedź, chwycił za metalową rączkę dwukółki i ruszył w powrotną drogę. Wózek zaskrzypiał przeraźliwie, a Bobowicz odwrócił się i rzucił jeszcze przez ramię:

— Nie bój się, psy nie będą dziś szczekać. Możesz być o to spokojna, moja droga. Możesz być spokojna, bo Czarny zawsze dotrzymuje słowa.

3.

Wiatr ustał zupełnie, zanim jeszcze zdążyła dojść do domu.

Od strony drogi jeszcze przez długi czas dochodziły dźwięki hałasującego wózka Bobowicza, ale Teresa nie słyszała nic poza nimi. Gdy wreszcie i one ucichły, zamknęła za sobą drzwi na skobel, a potem zajrzała do Mateusza. Spał spokojnie, lekko się uśmiechając.

Przeszła do swojego pokoju, gdzie przylgnęła plecami do nagrzanego kaflowego pieca. Była zziębnięta, zmęczona, a do tego wytrącona z równowagi. Próbując zebrać myśli, obracała w dłoniach białą, pustą kopertę.

Nigdy by nie przypuszczała, że Czarny zna imię jej syna, a była niemal na sto procent przekonana, że podczas rozmowy to właśnie Bobowicz przywołał je po raz pierwszy. O ile jednak to akurat można wytłumaczyć jego zażyłością z niektórymi mieszkańcami Bliżowa, o tyle zupełnie nie mogła pojąć, skąd miał takie dokładne informacje o chorobie, na jaką cierpiał Mateusz. Tak naprawdę jej nazwę znała chyba tylko Teresa i lekarze zajmujący się chłopcem. We wsi mówiło się, że „mały Bielak ma raka” i „podobno już są przerzuty, nie wiadomo nawet, czy chłopak doczeka do lata”. Tyle wystarczało. Nikomu nie były potrzebne fachowe określenia. Nawet Bożena pewnie zdziwiłaby się, gdyby nagle usłyszała o mięsaku Ewinga, mimo że przecież to właśnie ona, jako chrzestna Mateusza i mieszkająca po sąsiedzku rodzona siostra Teresy, o jego chorobie wiedziała naprawdę sporo.

Wątpliwości po nocnej rozmowie było o wiele więcej. Czarny nie tylko brzmiał inaczej niż podczas wcześniejszych spotkań, ale mówił też w zupełnie innym niż kiedyś, kwiecistym stylu. Skąd ta nagła odmiana? Czy rzeczywiście mógł wspomóc Teresę tak dużą kwotą, że mogłaby dać ona jej synowi szansę na leczenie? Czy w ogóle istniały pieniądze dające nadzieję na przedłużenie życia albo przynajmniej ulżenie Mateuszowi w cierpieniu?

Im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiała, tym większy miała mętlik w głowie, jednak w końcu schowała kopertę do szuflady stołu i zatrzasnęła ją zdecydowanym ruchem.

„Zrobię wszystko, czego zażąda ode mnie Czarny. Każda matka na moim miejscu zachowałaby się dokładnie w ten sam sposób — pomyślała. — Nawet jeśli szansa jest tylko jedna na milion, nie potrafiłabym żyć ze świadomością, że nie spróbowałam”.

Gdy niedługo potem leżała na tapczanie w pokoju Mateusza i wsłuchiwała się w jego nieregularny, płytki oddech, wiedziała, że podjęła dobrą decyzję.

— Zrobię wszystko — szepnęła i natychmiast zapadła w sen.

4.

W Wielką Sobotę już od jedenastej wieczorem stała przed domem i niecierpliwie nasłuchiwała znajomego skrzypienia wózka. To, czego dowiedziała się w ciągu dnia od Bożeny, rzuciło na całą sprawę nowe światło, chciała więc jeszcze raz porozmawiać z nocnym przybyszem.

Jej serce zamierało za każdym razem, gdy od strony drogi dobiegał jakiś dźwięk. Wsłuchiwała się w odgłosy wiosennej nocy, przerywane od czasu do czasu leniwym ujadaniem psów. Trzy, może cztery razy w ciągu godziny mrok rozświetliły reflektory przejeżdżającego szosą samochodu, pozostawiając po sobie na jakiś czas jeszcze bardziej nieprzeniknioną ciemność. Księżyc tym razem skrywał się za szczelną kotarą chmur.

Co jakiś czas sięgała ręką do kieszeni kurtki, w której spoczywała biała, coraz bardziej pognieciona koperta. Była ona jedynym dowodem na to, że odbyta poprzedniej nocy rozmowa naprawdę miała miejsce. Ciągłe dotykanie papieru było dla Teresy ważne również z innego powodu. Pomagało jej trwać w przeświadczeniu, że nie postradała zmysłów.

W ostatnim czasie niemal nie wychodziła z domu, a jej kontakt z otoczeniem ograniczał się głównie do rozmów z siostrą. Stojąc w mroku, przypominała sobie ich ostatnie spotkanie, kilka godzin wcześniej. Bożena przyniosła święconkę i garść mało interesujących plotek. Już wychodząc, zapytała:

— Pamiętasz tego starego Bobowicza? Wiesz, tego Czarnego, co to chodził po wsiach z wózkiem i zbierał złom?

— Pamiętam — odparła Teresa. — Rozmawiałam z nim nawet ostatnio…

— Słuchaj, nie uwierzysz! Na jego pogrzebie były chyba ze dwie setki osób. Z całej okolicy się ludzie zjechali… Niby taki trochę włóczęga, a jednak szanowany był. Czekaj, czekaj… Mówisz, że z nim niedawno rozmawiałaś?

— Tak… może z tydzień temu — skłamała Teresa, siląc się na obojętność.

— No popatrz. U mnie też jakoś wtedy był. Albo trochę wcześniej… To na pewno było tydzień temu?

— Nie pamiętam dokładnie. A co mu się stało?

— No tak, ty przecież nic nie wiesz! Znaleźli go przedwczoraj powieszonego w stodole. Chowany był zaraz następnego dnia, żeby przez święta nie leżał. I dobrze, bo by jeszcze kogoś po niedzieli ze sobą zabrał… Mszy nie było, bo w Wielki Piątek liturgia słowa może być tylko odprawiana, ale gmina się postarała i chowali go jak sołtysa jakiego. Mój Władek był i opowiadał… Tereska, a co z tobą? Jakoś tak pobladłaś nagle…

— Nie, nic mi nie jest. Tylko… — Głos ugrzązł jej w gardle. Odchrząknęła. — Tylko wiesz, człowiek tak się trochę przyzwyczaił… A wiadomo coś o tym, dlaczego Czar… to znaczy świętej pamięci Bobowicz to zrobił?

— Nic nie wiadomo. Wszyscy się dziwią, bo twardy zawsze był, ciężko miał w życiu, a nie poddawał się łatwo losowi. Może na starość mu się coś w głowie pomieszało?

Po wyjściu siostry Teresa natychmiast poszła do pokoju i zajrzała do szuflady. Sama już nie wiedziała, czy chce znaleźć tam białą kopertę, ta jednak była na swoim miejscu i kobieta od tego momentu nie rozstawała się z nią nawet na moment.

Było wpół do pierwszej, gdy usłyszała chrzęst kroków na drodze. Po ubiegłej nocy nie pomyliłaby ich z innymi. To był ostatni moment na to, aby jeszcze zmienić zdanie. Mogła podbiec do furtki i zostawić w niej otrzymaną od Czarnego kopertę, jednak podjęta wczoraj decyzja wciąż wydawała się jedyną właściwą, więc, drżąc z emocji, stała bez ruchu, rejestrując dźwięki dobiegające zza bramy. Nocny wędrowiec zatrzymał się po drugiej stronie. Tym razem nie ciągnął za sobą hałaśliwej dwukółki.

Teresa w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Nie chciała go już o nic pytać, rozmowa nie była potrzebna, bo przecież wszystko było jasne. Najwyraźniej dla Czarnego również. Postał jeszcze na wysokości bramy może przez minutę, po czym zaczął się oddalać.

Nie pozostało jej nic innego, jak ukryć się w domu i czekać na dyspozycje. Włożyła wciąż jeszcze pustą kopertę do szuflady, po czym niemal odruchowo zajrzała do Mateusza. Był bardzo blady, ale najważniejsze było to, że spał. Poprawiła jego kołdrę i pocałowała chłopca w lekko zroszone chłodnym potem czoło.

„Jeszcze troszkę, synku, a może będę mogła ci pomóc” — pomyślała, po czym przeszła do kuchni i usiadła przy stole.

Wielkanoc wśliznęła się do Bliżowa bezszelestnie jak złodziej i czekała, aż jej przybycie oznajmi poranne, radosne bicie dzwonów.

Siedzącej przy stole kobiecie było to całkowicie obojętne.

5.

Obudził ją słaby głos Mateusza. Chłopiec wołał matkę, najwyraźniej zaniepokojony jej nieobecnością. Dopiero wtedy zrozumiała, że spędziła noc w kuchni. Natychmiast się podniosła, nalała do szklanki kompot i zaniosła do pokoju syna.

Podczas gdy malec pił łapczywie, Teresa przyglądała mu się z czułością. Gdy skończył, spojrzała na zegarek i powiedziała:

— Nie będzie mnie przez jakiś czas. Wrócę po południu. Ciocia Bożenka będzie do ciebie zaglądać, dobrze?

Sama była nie mniej zaskoczona tymi słowami niż Mateusz.

— Nie chcę, żebyś gdzieś szła, mamo — powiedział cicho. — Są święta, prawda? Nie chcę być sam w święta.

— Nie będziesz sam — odparła i pogładziła go po jasnych włosach. — Gdy wrócę, cały czas będę z tobą. Jesteś głodny?

Pokręcił przecząco głową.

— Spróbuj jeszcze pospać, to czas szybciej minie — dodała.

Zobaczyła w jego oczach łzy, ale musiała być silna, więc odebrała z jego wątłych dłoni pustą szklankę i wyszła z pokoju.

Miała w sobie mnóstwo energii i czuła się silna, jak nigdy dotąd.

Było wpół do jedenastej. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, że musi się pospieszyć.

Założyła wygodne dżinsy, flanelową koszulę w kratę i nieprzemakalną wiatrówkę. Chociaż nie wyglądała jeszcze przez okno, wiedziała, że pada drobny deszcz. Zeszła do piwnicy i z dna jednego z pudeł, spod niezliczonej masy rupieci wyjęła solidny, myśliwski nóż należący do jej nieżyjącego męża. Kiedyś był jej już potrzebny i spędziła wtedy kilka dni na bezowocnych poszukiwaniach. Teraz dokładnie wiedziała, gdzie leży. Wysunęła go ze skórzanej pochwy, sprawdziła palcem stalowe ostrze i skrzywiła się z niezadowoleniem.

Na doprowadzenie go do odpowiedniego stanu poświęciła kilkanaście cennych minut. Gdy skończyła, osełka była gorąca od tarcia, a nóż ostry jak brzytwa. Schowała go do pochwy i przytroczyła do pasa. Przed lustrem upewniła się, że wiatrówka dobrze maskuje białą broń.

Raz jeszcze zajrzała do Mateusza i ucieszyła się, bo mały znów zasnął.

Niedługo potem zapukała do drzwi położonego po sąsiedzku domostwa. Bożena była zaskoczona jej widokiem.

— Nie będzie mnie kilka godzin. Zajmiesz się przez ten czas moim synem.

Zabrzmiało to nie jak prośba, tylko nieznoszące sprzeciwu polecenie.

— To ważne — dodała. — Potem ci wyjaśnię. Może.

— Nie wejdziesz? Jemy akurat świąteczne śniadanie…

— Nie mam czasu. — Mówiąc to, wcisnęła Bożenie do ręki klucz. — Teraz śpi, ale jak się obudzi, może być głodny. Daj mu coś do jedzenia.

Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i zaraz potem była na drodze. Czuła, że jej siostra wciąż patrzy na nią zdziwiona, ale zupełnie jej to nie obchodziło.

W tej chwili najważniejsze było szybkie dotarcie do Guciowa.

*

Chciała przejść najkrótszą drogą — najpierw obok krzyża z rzeźbionym w drewnie Chrystusem, a potem obok kościoła, jednak ten banalnie prosty plan okazał się niewykonalny. Krzyż musiała obejść, nie podchodząc do niego bliżej niż na jakieś dziesięć metrów, a świątynię ominąć jeszcze szerszym łukiem, więc poszła piaszczystą drogą, biegnącą równolegle do asfaltu.

Na końcu wsi, tuż przed liczącym kilka zabudowań przysiółkiem Bisy, chroniony ramionami rozłożystej lipy stał jeszcze jeden, tym razem metalowy krzyż przydrożny. Do niego nawet już nie próbowała się zbliżać.

Z ostatniego podwórza wypadł Ares — średniej wielkości podpalany kundel, którego często podkarmiała. Zdarzało się, że czasem nawet nocował na jej podwórzu. Pies sadził do niej w podskokach, radośnie popiskując. Teresa przykucnęła, by go przez chwilę pogłaskać, jednak Ares stanął jak wryty w bezpiecznej odległości. Najpierw przez jakiś czas uważnie jej się przypatrywał, a potem zaczął się cofać. Na jego grzbiecie zjeżyła się sierść, wyszczerzył kły i głucho warczał.

Teresa podniosła się i sięgnęła do boku, chwytając za rękojeść noża. Precyzyjnym rzutem mogła w jednej chwili przerwać nienawistne warczenie. Wiedziała, że trafiłaby idealnie w szyję psa i naprawdę miała ochotę to zrobić. Ostatecznie jednak postanowiła zostawić sobie tę przyjemność na potem. Na razie miała ważniejsze sprawy na głowie. Piaszczysta droga w tym miejscu zmieniała się w asfaltową i wiodła do bardziej uczęszczanej szosy na trasie Zwierzyniec—Krasnobród. Szybkim krokiem ruszyła nią przez las w kierunku sąsiedniej wioski.

Czuła się jak wadera, która właśnie trafiła na świeży trop rannej zwierzyny.

6.

Za kwadrans dwunasta dotarła na parking położony naprzeciw gospodarstwa agroturystycznego w Guciowie. Stał na nim tylko fiat punto. Właśnie jego szukała.

Podeszła bliżej, rozglądając się czujnie. Nie mogła w takiej chwili pozwolić sobie na nieostrożność. Gdy nikogo nie dostrzegła, czterema mocnymi cięciami zniszczyła opony samochodu, a następnie spokojnym krokiem przeszła przez ulicę i ruszyła w stronę widocznego przed nią wzniesienia.

Była już blisko.

Wzgórze było dość strome, ale nawet po kilku minutach forsownego marszu pod górę Teresa nie miała najmniejszej zadyszki. Deszcz padał teraz już mocno, lecz nie przeszkadzało jej to w pokonywaniu kolejnych metrów. Na błotnistej ścieżce widziała ślady ciężkich butów. Ktoś bardzo niedawno musiał tędy iść.

Nagle z oddali usłyszała huk wystrzału. Ruszyła biegiem.

Kiedy dotarła na szczyt wzniesienia, zobaczyła przed sobą Słoneczną Dolinę, a na jej tle sylwetkę mężczyzny, zmierzającego w jej stronę chwiejnym krokiem. Trudno było stwierdzić, czy jest pijany, zmęczony, czy też po prostu ma problem ze sprawnym poruszaniem się. Wydawało się, że zza jego pleców dobiegają milknące dźwięki kościelnych dzwonów, ale to musiało być złudzenie. Znała to miejsce i była pewna, że w dolinie nie ma żadnego kościoła.

To jednak było w tym momencie najmniej ważne.

Interesował ją zbliżający się z trudem na oko pięćdziesięcioletni facet. Miał na sobie brudne, zabłocone ubranie.

„A więc to wszystko przez niego? — pomyślała ze zdziwieniem. — Przecież to bułka z masłem”.

Dzieliło ich może dziesięć metrów, może mniej, a on wciąż jej nie dostrzegł. Szedł, patrząc pod nogi, coś do siebie mamrocząc i raz po raz kręcąc głową. Uznała, że wystarczy jeden szybki ruch, cios w wychudzoną klatkę piersiową i będzie po sprawie. Dotknęła noża. Nie mogła się już doczekać.

Mężczyzna wreszcie ją zauważył, ale wzruszył tylko ramionami i wciąż zmierzał przed siebie, najwyraźniej licząc, że Teresa usunie mu się z drogi. Kiedy to nie nastąpiło, stanął przed nią i zmęczonym, trochę błędnym wzrokiem spojrzał jej w oczy.

To był ten moment. Właśnie teraz powinna uderzyć.

Zrobiłaby to bez najmniejszego wahania, gdyby nie fakt, że w twarzy nieznajomego dostrzegła coś, co poruszyło ją do szpiku kości. Na obliczu sporo starszego od niej mężczyzny malowało się coś, co od momentu zdiagnozowania nowotworu u Mateusza sama codziennie widziała w lustrze. Ból, poczucie straty, beznadzieja istnienia. U Teresy wszystko było świeże, zaś u niego zatarte przez mijający czas, ale dla niej wciąż doskonale widoczne…

— Pszpraszm — mruknął i głośno czknął.

Usunęła się ze ścieżki. Patrzyła, jak ją mija i wiedziała, że nie może go puścić wolno. Nadal trzymała dłoń na rękojeści noża i wciąż pamiętała o swoim synu, dla którego się tutaj pojawiła.

Nie potrafiła jednak zadać ciosu.

Obcy przeszedł kilka kroków, a potem się zatrzymał. Mruczał coś do siebie przez chwilę, gestykulował, aż wreszcie zawrócił i znów się zaczął zbliżać.

„Drwi ze mnie — pomyślała. — Muszę to zrobić!”.

Mimo to, kiedy znów był obok Teresy, ona nie potrafiła wywiązać się ze swojego zadania.

— Mam nieźle w czubie — oznajmił, popukał się w głowę, a następnie, zataczając się, ruszył w stronę Słonecznej Doliny. Po kilku krokach potknął się, upadł do przodu, a potem ułożył się wygodniej i znieruchomiał.

Teresa wyjęła nóż z pochwy i podeszła bliżej. Postała przez moment, po czym odrzuciła niedoszłe narzędzie zbrodni jak najdalej od siebie.

7.

Dotarcie do Bliżowa zajęło trzykrotnie więcej czasu niż droga, którą przebyła w przeciwną stronę. Wszystko ją bolało, była przemoczona i zmarznięta na kość. Nie mogła się już doczekać, aż dojdzie do domu, weźmie ciepłą kąpiel i położy do łóżka.

Z ulgą dojrzała pierwsze zabudowania. Po raz drugi tego dnia spotkała Aresa, który najpierw przyjrzał się jej nieufnie, a potem podbiegł, łasząc się i prosząc o pieszczotę. Później towarzyszył jej już do samego domu. Tym razem nie musiała też ani razu nadkładać drogi.

Weszła do środka i stanęła w progu pokoju Mateusza. Łóżko było puste.

— Tysiąc razy jej mówiłam, że może zarazić się od jej dzieci — mruknęła, ale nie miała siły, aby teraz iść do Bożeny i robić jej awanturę.

Musiała się położyć, chociaż na chwilę.

*

Obudził ją hałas dobiegający z kuchni.

— Bożena?

Siostra weszła do pokoju z uśmiechem.

— Jak samopoczucie? — zapytała.

— Gdzie Mateusz? Prosiłam cię przecież, żebyś go nie zabierała do siebie — powiedziała z wyrzutem Teresa.

— Daj spokój. Przecież grzecznie bawi się z dziewczynkami. Przy śniadaniu chyba obie przesadziłyśmy z winem. Mnie też głowa pęka. Chodź, napijemy się kawy, zjemy trochę ciasta. Czekam na ciebie w kuchni.

Teresa natychmiast się ubrała. Nie znalazła nigdzie mokrych ubrań, uznała więc, że siostra tymczasem pozbierała je z podłogi i zabrała do łazienki.

Usiadła naprzeciw Bożeny. Na zewnątrz się wypogodziło, przez okno wpadało do środka ciepłe, słoneczne światło. Nagle usłyszała tupot na schodach, a zaraz potem do pomieszczenia wpadł jej syn. Był zasapany, zgrzany i cały w skowronkach.

— Cześć, mamo! Pić mi się chce.

Jej serce wykonało gwałtownego koziołka. Poderwała się i złapała syna za rękę.

— Czyś ty oszalał? Przecież tak nie można! Jesteś chory, nie wolno ci biegać!

Spojrzał na nią zdziwiony.

— Przecież wczoraj mówiłaś, że całkiem już wyzdrowiałem. Prawda, ciociu? — zwrócił się do Bożeny.

— No pewnie. Tereska, daj spokój. Przecież po grypie musi nabrać trochę odporności i nałykać się świeżego powietrza. Chodź — powiedziała do chłopca — dam ci kompotu i wracaj do dziewczynek.

Swoim zwyczajem wypił łapczywie i już go nie było. Po chwili z dworu dobiegły odgłosy beztroskiej zabawy.

— Nic z tego nie rozumiem. — Teresa kręciła głową, szeroko otwartymi oczami patrząc na siostrę. — To na pewno piękny sen, ale nie chcę się z niego obudzić.

Wstała i wyszła na zewnątrz.

Dzieciaki bawiły się w łapanego. Wiosna powoli budziła się wokół do życia.

Gdy kobieta spojrzała na pobliskie wzgórze, na jego szczycie dostrzegła sylwetki dwóch mężczyzn. Jednym z nich był nieznajomy zakapturzony mężczyzna, odziany w zakonny habit. Drugiego znała aż nazbyt dobrze. Jego długie, tańczące w rytm podmuchów wiatru siwe włosy, brodę i śniadą twarz poznałaby na końcu świata.

Czarny wraz z nieznajomym mnichem, który z tej odległości zdawał się pozbawionym prawego ramienia kaleką, przypatrywali się jej przez dłuższy czas, a potem odwrócili się i niespiesznie zniknęli za wierzchołkiem wzniesienia.

„Czarny nie powiedział, co będzie, jeśli nie spełnię jego żądania — pomyślała Teresa. — I dobrze, bo jeśli byłaby to jakaś groźba, to z pewnością dotrzymałby słowa”.

Nie uspokoiło jej to całkowicie, ale gdy spojrzała na biegnącego co sił i śmiejącego się syna, nic już nie miało znaczenia.

— Boże, byleby to tylko nie był sen — powiedziała cicho i ruszyła w stronę domu. Nie chciała, aby Mateusz zauważył, że płacze.

Skoro twój przyjaciel odszedł na zawsze,

zapłacz nad jego mogiłą i trwaj w żałobie, bracie.

A potem wstań i żyj tak, żeby był z ciebie dumny,

filując stamtąd, z góry, na twoje poczynania.

Jerzy Szewczyk

Przedmowa

Kiedy piszę te słowa, mijają cztery lata od momentu, gdy na Targach Książki w Krakowie trzymałem po raz pierwszy w życiu książkę swojego autorstwa.

Dokładnie cztery lata, co do dnia.

Przez ten czas w moim życiu wiele się zmieniło.

Gdy zaczynałem pracę nad „Domem na wyrębach”, we wrześniu dwa tysiące szóstego roku, nie miałem pojęcia, jak moja przygoda z pisaniem się zakończy. Tekst, który początkowo szacowałem na około trzydzieści stron, zaczął się dość mocno rozrastać i w pewnym momencie zrozumiałem, że aby historia Marka Leśniewskiego była przedstawiona w satysfakcjonujący mnie sposób, muszę porwać się na przedsięwzięcie o wiele trudniejsze niż stworzenie średniej wielkości opowiadania.

Pamiętam, że zastanawiałem się wtedy, czy jestem na tyle zdeterminowany, by udźwignąć tego typu zadanie. Miałem co do tego wątpliwości, niemniej jednak postanowiłem spróbować.

Praca nad tekstem, z krótszymi lub dłuższymi przerwami, trwała niemal dokładnie rok. Świetnie się przy tym bawiłem, ale kwestia ewentualnego druku pozostawała sprawą otwartą. Powiedzmy sobie szczerze — szanse były niewielkie, zwłaszcza że wcześniej nie publikowałem na papierze, ale rzeczywistość okazała się dla mnie łaskawa i marzenie o własnej książce stało się rzeczywistością.

Jedną z chwil podczas powstawania „Domu na wyrębach” pamiętam wyjątkowo dobrze. Były to Święta Wielkanocne w dwa tysiące siódmym roku, które spędzałem w moim rodzinnym domu w Lubyczy Królewskiej. Opisywałem wtedy podglądany przez Leśniewskiego i Jaszczuka sejmik żurawi, na który po lekturze zwracało uwagę wielu Czytelników. Robiłem to późnym wieczorem, właściwie już nocą, gdy wszyscy w domu już spali i nikt z moich Bliskich nie domyślał się, co wyprawiam. Nikt z nich nie wiedział, że postanowiłem napisać powieść.

Główna oś fabularna książki, którą właśnie, drogi Czytelniku, trzymasz w rękach, rozgrywa się kilkadziesiąt kilometrów od Lubyczy Królewskiej, a akcja pierwszego rozdziału rozpoczyna się właśnie w Wielkanoc dwa tysiące siódmego roku.

Uświadomiłem to sobie całkiem niedawno. Ot, przyjemny, nieplanowany zbieg okoliczności.

Wiele przyjemnych zbiegów okoliczności wydarzyło się po premierze mojej debiutanckiej książki, ale większość z nich by mnie pewnie nie spotkała, gdyby nie to, że postanowiłem nie poprzestać na niej jednej. Uznałem bowiem, że pisanie sprawia mi tak wiele satysfakcji, że postaram się zająć nim na poważnie.

Nie miałem nigdy chwili zwątpienia, że obrałem słuszną drogę, chociaż czasami bywało ciężko. Rozterki na szczęście nie wiązały się z pytaniem, czy wybrałem dobry szlak, ale z kwestią, w jaki sposób mam nim dalej podążać.

Ostatnie dwa tomy „Czarnego Wygonu” postanowiłem zadedykować moim Siostrzeńcom — Tomaszowi i Jędrzejowi, którzy właśnie stoją przed wieloma dylematami dotyczącymi dorosłego życia, i którzy może coś z tych moich doświadczeń zechcą wykorzystać.

Drogi Tomku, Drogi Jędrku!

Wiedzcie, że trzymam za Was mocno kciuki. Życzę samych dobrych wyborów, teraz i w przyszłości, które sprawią, że będziecie po prostu szczęśliwi. To nie jest łatwe — podobnie, jak i trudne bywa czasem samo życie (o czym przecież wszyscy przekonaliśmy się w dwa tysiące czwartym roku), ale przecież możliwe.

Wiedzcie też, że jestem z Was dumny i cieszę się, że jesteście.

Podziękowania

Dziękuję wszystkim tym, którzy namawiali mnie do kontynuacji „Czarnego Wygonu”. Stawiając ostatnią kropkę drugiego tomu i będąc w pełni świadomym, że wiele furtek zostawiam niedomkniętymi, sądziłem, że to koniec tego właśnie cyklu powieściowego. Chciałem, żeby każdy, kto się z nim zapoznał, sam dopowiedział sobie ciąg dalszy. Później zatęskniłem trochę za roztoczańskimi klimatami, niemniej jednak, gdybym był jedynym tęskniącym, „Bisy” na pewno by nie powstały. Dziś bardzo się cieszę, że są i że Czytelnicy będą mogli przekonać się, czy dobrze domyślali się dalszych losów bohaterów.

Jestem wdzięczny tym osobom, które motywowały mnie do pracy nad „Bisami”, chociaż zdaję sobie sprawę, że trwała ona dość długo. Niemniej jednak uważam, że lepiej, jeśli książka pojawia się o rok za późno niż o dzień za wcześnie. Mam nadzieję, że powieść, którą trzymacie Państwo w rękach, ukazuje się we właściwym czasie.

Dziękuję osobom, które pomogły mi w poznaniu realiów Roztocza — zwłaszcza Aldonie, Monice i Panu Andrzejowi. Dzięki Wam ta książka jest pełniejsza i bardziej wiarygodna, co właśnie w przypadku literatury fantastycznej jest niezmiernie istotne, a także tym wszystkim Czytelnikom, którzy spotykali się ze mną podczas licznych spotkań autorskich, ponieważ to właśnie one są dla mnie nieocenionym dowodem na to, że to, co robię, ma sens.

Nie mogę też zapomnieć o Tobie, Drogi Czytelniku, który po raz kolejny sięgnąłeś po powieść mojego autorstwa. Tak naprawdę to właśnie Ty jesteś najważniejszym jej twórcą i za to Ci bardzo dziękuję. Literatura bez Ciebie jest tylko pustym, nikomu niepotrzebnym zlepkiem tysięcy wyrazów.

To właśnie Ty nadajesz jej wartość.

Mojemu Siostrzeńcowi — Tomaszowi

Prolog

24 marca 2005 (Wielki Czwartek)

Adamowicz z niechęcią wpatrywał się w miedziane wahadło przedwojennego zegara, otrzymanego od ojca w prezencie ślubnym.

„Kiedy to było?” — zapytał sam siebie w myślach, zmarszczył krzaczaste brwi i wykrzywił twarz w grymasie niezadowolenia. Miał w głowie zupełną pustkę.

Po kolejnej nieprzespanej nocy powinien się położyć, ale wiedział, że sen nie przyjdzie, jeśli nie zostanie przywołany garścią tabletek uspokajających.

— Dwadzieścia lat chyba już będzie… — oznajmił niepewnie wahadłu, które odpowiedziało głośnym, powolnym „tak… tak… tak…”. — Nie, chyba ze dwadzieścia pięć… — poprawił się po chwili, skubiąc w zamyśleniu mocno posiwiałe, przybrudzone papierosowym dymem wąsy, których głównym zadaniem było maskowanie blizny pozostałej po operacji zajęczej wargi.

— Tak… tak…

— Nie otumanisz mnie — rzekł, wodząc wzrokiem od lewa do prawa i z powrotem. — Czekaj, zaraz sobie przypomnę… Piotrka trzymałem do chrztu dokładnie dziesięć lat po ślubie z Janką. On teraz będzie miał… — Twarz Adamowicza stężała. Po chwili odezwał się dużo ciszej:

— W czerwcu kończyłby dziewiętnaście, to razem wychodzi…

— Bom… bom… — odezwał się zegar.

Bogdan podniósł wzrok wyżej i stwierdził, że właśnie mija dziewiąta.

— …to razem prawie trzydzieści. Prawie trzydzieści lat tu stoisz i żadnego z ciebie pożytku, przeklęty rupieciu. Dawno bym cię porąbał na wióry, gdyby nie Piotrek. Jemu się podobałeś, lubił cię słuchać, patrzeć na ciebie i trzymałem cię tylko dla niego. Byłby z ciebie dobry prezent weselny od chrzestnego, a teraz? — Wzruszył ramionami i westchnął już do siebie:

— Teraz zaczynasz rozum tracić, stary głąbie, bo gadasz z durnym zegarem. Weź się jakoś w garść.

Wstał i pomacał się po lewej kieszeni na piersi. Ostatniego papierosa z paczki wypalił przed chwilą, ruszył więc do kuchni po następną. Zaraz potem przystanął i stwierdził, że jednak lepiej będzie, jeśli zdecyduje się na tabletki. Musiał przecież trochę się zdrzemnąć przed kolejną nieprzespaną nocą.

W tym momencie od strony drogi dobiegł jakiś hałas, więc skierował się w stronę okna i stanął przy nim dokładnie w momencie, gdy rozklekotany granatowy volkswagen golf wtoczył się na podwórze przez otwartą na oścież bramę. Dopiero teraz Adamowicz przypomniał sobie o Bisach — z którymi umawiał się, że będą zaczynać robotę najpóźniej o ósmej.

— Jasna cholera! A to mendy francowate! — sapnął. — Trzej zafajdani muszkieterowie z Bliżowa…

Z rosnącą irytacją przyglądał się, jak niespiesznie przygotowują narzędzia, zakładają robocze ciuchy i coś tam grzebią przy silniku auta. Gdy wreszcie Mirek, najmłodszy z nich, wyjął z bagażnika trzy butelki piwa i foliowe torebki z drożdżówkami, tego było już za wiele.

— Czy ja wam, do jasnej cholery, płacę za kręcenie się po podwórzu i chlanie, czy za robotę?!

Siedzieli na deskach plecami do domu, a że wyszedł na zewnątrz cicho jak kot, uświadomili sobie jego obecność dopiero, gdy się odezwał.

— Wpół do dziesiątej dochodzi, a jeszcze nawet żeście palcem nie kiwnęli — Bogdan zaczynał wściekać się nie na żarty. — W takim tempie, to kwiecień was zastanie! Myślałem, że skończycie najpóźniej do Niedzieli Palmowej, a tu już Wielki Tydzień się kończy…

— Niech się szef nie denerwuje tak, bo jeszcze jaka żyłka szefowi się uszkodzi — przerwał mu beznamiętnie Maciek, kończąc przeżuwać kęs drożdżówki. — Nasza granatowa strzała nawaliła po drodze i trza było trochę ją podrychtować. Normalnie to żeśmy zawsze byli zgodnie z umową. Słowo harcerza! — mówiąc to, zadowolony z żartu mrugnął do Adamowicza i pociągnął z butelki. — No nie, chłopaki?

Mirek przytaknął leniwie i również przyłożył butelkę do ust.

Gospodarza zatkało. Poczerwieniał ze złości i warknął przez zęby:

— Zabierać mi się stąd, ale już! Cholerne, bezczelne pętaki… — Groteskowo zmieniony poprzez wadę wymowy głos wywołał u Maćka niezbyt starannie skrywany, drwiący uśmiech. — Wynocha! — Adamowicz zaczynał tracić panowanie nad sobą. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu kawałka solidnego drąga.

Jedynym, który wydawał się zmieszany całą sytuacją, był najstarszy z Bisów. Poderwał się, odstawił piwo i zaczął zakładać robocze rękawice. Adamowicz zauważył wcześniej, że nawet odruchowo próbował ukryć butelkę za plecami. Michał Bis miał już około czterdziestki. Od Maćka był starszy o sześć lat, od Mirka — o dziesięć, ale to właśnie on zachowywał się jak uczniak przyłapany na paleniu za rogiem szkoły.

— Przepraszamy, panie Adamowicz. Niech nam pan pozwoli skończyć robotę… To się więcej nie powtórzy. Wie pan, jaką mamy sytuację, każdy grosz dla nas się liczy…

Bogdan zaprzestał poszukiwań podręcznej broni i teraz tylko bez słowa przypatrywał się kolejno każdemu z trzech swoich pomocników od siedmiu boleści.

— Już się bierzemy do pracy. — Głos Bisa brzmiał niemal płaczliwie. — Trochę dziś później, ale nadgonimy. Na pewno. Słowo honoru!

— Z nimi to ci się chyba nie uda, Michał. — Gospodarz spojrzał mu w oczy, wskazując równocześnie głową na pozostałych. — Do niedzieli pewnie nawet nie zdążycie…

— Zdążymy! Obiecuję, może pan być spokojny! — zapewnił tamten żarliwie. — Do soboty może nawet…

Adamowicz machnął ręką z rezygnacją i podążył w stronę domu. Tuż przed drzwiami usłyszał głos Michała:

— A jak tam w nocy, proszę pana? Znów nic?

W odpowiedzi pokręcił przecząco głową i odparł, nawet się nie odwracając:

— Nic. Chyba nigdy go nie złapiemy.

— Pojebało cię, Michałku? — zapytał Maciek, gdy gospodarz zamknął za sobą drzwi. — Możemy od zawodnika wydusić jeszcze przynajmniej ze cztery dniówki, a ty…

— Zamknij się i do roboty — usłyszał w odpowiedzi. — Ty też, ale już! — zwrócił się do najmłodszego. — Ale żeśmy się, kurwa, dali podejść. Jak dzieci…

Nie chodziło mu o wstyd przed Adamowiczem. Miał gdzieś starego i jego złość, ale ostatnio coraz rzadziej mogli załapać jakąś fuchę; wiedział, że jak rozejdzie się po okolicy, że Bisom już całkiem nie chce się robić, to będzie kłopot. Od kiedy zostali nakryci na podprowadzeniu kantówek z budowanego przez nich letniskowego domku w Bondyrzu i tak rzadko kiedy ktoś brał ich do ciesielki, na której przecież można było zarobić o wiele lepiej, niż przy pracy w tartaku albo, jak tutaj, przy deskach. Był najstarszy i nie mógł pozwolić na całkowitą utratę dość mocno już nadszarpniętej reputacji. Musieli się przecież jakoś utrzymywać.

Wydawało się, że dwóm pozostałym jest zupełnie wszystko jedno, ale mimo tego z ociąganiem posłuchali brata.

— Musimy skończyć przed sobotą — dodał jeszcze, gdy zaczynali pracę. — Następnym razem, jak nas weźmie jeszcze kiedy, to będziemy ostrożniejsi i sobie odbijemy z nawiązką.

Maciek popatrzył na niego zimnym wzrokiem, a potem splunął w kierunku domu i syknął:

— Ale jak jeszcze raz ten stary, sepleniący pokurcz nazwie mnie pętakiem, to mu, kurwa, nie daruję. Jak Boga szczerze kocham.

Mirek uśmiechnął się pod nosem, ale znów nie odezwał się ani słowem. Przeszła mu przez myśl uwaga odnośnie do religijności starszego o cztery lata Maćka, ale zachował ją dla siebie. Od małego nie lubił strzępić jęzora po próżnicy, a nazwanie go małomównym i tak byłoby lekką przesadą.

Tabletki powoli się kończyły. Bogdan przeliczył je pobieżnie i uznał, że mogą mu nie wystarczyć do poświątecznego wtorku. Zaraz potem przypomniał sobie, że w sobotę będzie jechał do zamojskiego szpitala po Jankę, więc uspokojony wziął o jedno relanium więcej niż zwykle.

„Bylebym tylko nie zapomniał wstąpić do apteki i dokupić” — pomyślał i popił lekarstwo świeżym, jeszcze ciepłym mlekiem. Pamiętał, że w szufladzie leży niewykorzystana jeszcze po ostatniej wizycie u lekarza recepta.

„Przynajmniej o to nie muszę się już martwić”.

Rozebrał się, przykrył grubą pierzyną i zamknął oczy, a ostatnia myśl ciągle kołatała mu się w głowie. Chciałby mieć tylko takie zmartwienia, jak brak głupiego świstka od doktora.

Życie nigdy go nie rozpieszczało, do wszystkiego, co zdobył, musiał dojść sam, z niewielką, jak na miejscowe zwyczaje, pomocą żony. Gospodarstwo odziedziczył po ojcu zaraz po ślubie i z podupadającej zwykłej zagrody, jak dziesiątki innych, przez lata ciężkiej, chwilami wymagającej ponadludzkich sił pracy doszedł do majątku, któremu nie było równych w Guciowie; mało tego — ciężko byłoby znaleźć podobny w całej okolicy. Adamowicz nigdy nie nastawiał się nadmiernie na hodowlę, miał tylko tyle żywego inwentarza, aby wspólnie z Janką mogli bez większego wysiłku go oporządzić. Nie wypadało przecież kupować od innych kur na niedzielny rosół, czy wieprzka na święta, a i nabiał świeży zawsze się przydawał. Parę krów, kilka świń, trochę drobiu i to w zupełności wystarczało, a uwagę można było skierować na inne obszary gospodarowania.

W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym trafiła się okazja, by w okolicach Józefowa kupić niedrogo kilka hektarów ziemi, więc Adamowicz pojechał na miejsce, obejrzał i nie zastanawiał się długo. Choć od Guciowa był to kawałek drogi, uznał, że taka okazja może się więcej nie trafić. Zapożyczył się, gdzie tylko mógł, i kupił wszystko, co tylko było oferowane do sprzedania. W następnym roku obsadził prawie połowę areału tytoniem, a resztę obsiał pszenicą. Rok siedemdziesiąty dziewiąty był tak urodzajny, że inwestycja, pomimo sporych nakładów na wynajętych do pracy ludzi, prawie się zwróciła.

Kolejne lata nie były już wprawdzie tak dobre, ale udawało się nie tylko wyjść na swoje, ale też trochę odkładać. Gdy ogłoszono stan wojenny, Adamowicz uznał, że pieniądze mogą prędko stracić na wartości i trzeba byłoby rozejrzeć się za pewniejszą lokatą kapitału. Los sprawił, że akurat jego brat postanowił odsprzedać swoją część ojcowizny. W ten właśnie sposób w skład majątku Bogdana wszedł ponaddwuhektarowy sosnowy las, położony pomiędzy Guciowem a usytuowaną nieopodal niewielką wioską Bliżów.

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wcześniejsze inwestycje w zakup lasów okazały się strzałem w dziesiątkę. Kiedy szalała hiperinflacja, Adamowicz był właścicielem prawie dwudziestu hektarów leśnych ostępów różnej klasy na Roztoczu, w przydomowym tartaku zajmował się przerabianiem drewna na rozchwytywany materiał budowlany, pola w okolicach Józefowa rodziły całkiem przyzwoicie, a budynki lśniły bogactwem. Zadowolenie gospodarza przyćmiewała jedynie myśl, że nie będzie miał komu tego całego majątku zostawić.

Wieloletnie starania o dziecko nie przyniosły rezultatu, lekarze jednoznacznie orzekli, że nie ma żadnych szans na potomka. Nie pomogły ani msze w intencji szczęśliwego poczęcia, ani wizyty u różnych znachorów. Bezpłodność Janki, spowodowana powikłanym i niewłaściwie leczonym zapaleniem jajowodów we wczesnej młodości, przekreśliła marzenia Adamowiczów o własnych dzieciach. W pewnym momencie rozważali nawet adopcję, ale ostatecznie Bogdan uznał, że nie mogą przeciwstawiać się zrządzeniu niebios. Później wielokrotnie tego żałował. Aż do momentu, gdy w rodzinie jego młodszego brata pojawił się Piotrek.

Znajdujący się już na pograniczu snu i jawy gospodarz nagle usiadł, po czym opuścił nogi poza krawędź łóżka.

Podczas porannego obrządku nie zajrzał przecież do Szatana — ulubionego cielaka swojego bratanka. Wstał, by szybko naprawić to przeoczenie, ale po chwili ukrył twarz w dłoniach, kręcąc z niedowierzaniem głową.

„Jak mogłem znów zapomnieć?” — pomyślał.

Pod przymkniętymi powiekami widział Piotrka, który stoi przy nowo narodzonym, słaniającym się jeszcze na słabych nogach byczku i, śmiejąc się, mówi:

— Stryju, zobacz! Czarny jak diabeł, co nie? Może nazwiesz go Szatan? Fajne imię, prawda?

Zgodził się bez wahania. Niewiele było takich rzeczy, których odmówiłby bratankowi. Ale może nie powinien był wtedy ulec? Janka przez kilka dni suszyła Bogdanowi głowę, że nie uchodzi tak nazywać zwierząt, bo to może i nieszczęście jakie sprowadzić. Śmiał się z niej wtedy i pukał w czoło.

— Teraz też byś się śmiał, stary durniu? — spytał sam siebie stłumionym szeptem. — Teraz też byś się śmiał, śmieszku…?

Zegar zaczął wybijać dziesiątą. Wyrwany z zamyślenia gospodarz podszedł do niego, poczekał, aż odezwie się ostatnie uderzenie, a potem otworzył przeszklone drzwi i zatrzymał wahadło.

— Wyspać się chciałem, jasna cholera, dlatego nie będziesz mi tu tykał i bimbał.

Patrzył przez dłuższą chwilę na starą, patynowaną upływającym czasem tarczę, po czym sięgnął do niej dłonią. Położył opuszek palca obok dłuższej wskazówki i pchnął ją w lewą stronę. Tryby zaprotestowały cichym zgrzytem, ale wskazówka przesunęła się o kilka centymetrów.

— Za pięć dziesiąta? Może zrobimy, że stanie się wczoraj, stary druhu? — zapytał, a potem, coraz to szybciej, kolistym ruchem zaczął pchać wskazówkę w stronę, w którą nikt nigdy nie kazał jej podążać. — Najpierw zrobimy wczoraj, a potem pójdziemy do jedenastego. Albo nie! Pójdziemy nawet dalej, do dziesiątego, to i Szatana w ten sposób uda nam się uratować…

Adamowicz z zapamiętaniem kręcił wskazówką coraz szybciej, bezwiednie przygryzając wysunięty język. Jego oddech był coraz płytszy, oczy lśniły obłędem, a na czoło wystąpiły kropelki zimnego potu.

— Już dwudziesty! — krzyknął z satysfakcją. — Jeszcze trochę, jeszcze tylko dwieście czterdzieści okrążeń i będziemy w domu, bracie! Wreszcie się na coś przydasz! Cieszysz się?!

Z jakiegoś innego, bardzo odległego wymiaru do uszu Bogdana zaczął docierać nieprzyjemny, wysoki dźwięk. Adamowicz ocknął się z letargu i odsunął od zegara. Patrzył na niego jeszcze przez moment, a potem cicho, jakby wstydząc się tego, co przed chwilą miało miejsce, zamknął drzwiczki.

Westchnął ciężko, po czym wierzchem dłoni wytarł pot z czoła i podszedł do okna. Najstarszy z Bisów pracował gorliwie, sprawnymi ruchami tnąc sosnowe opoły piłą spalinową, a dwóch pozostałych braci krzątało się obok niego żwawo, składając prawie białe jeszcze deski w zgrabny sztapel.

„Jak wiele brakuje mi jeszcze do zupełnego obłędu?” — zapytał w myślach gospodarz. Chciał, aby jakiś wewnętrzny głos odpowiedział, że nie jest tak źle, że to wszystko jest wynikiem wielodniowego zmęczenia i niewyspania, jednak nawet gdyby tak się stało, Bogdan i tak by nie uwierzył.

Gdy po raz kolejny kładł się do łóżka, nieruchome wskazówki przedwojennego zegara nadal wskazywały kwadrans po czwartej i nie cofnęły się samoistnie nawet o pół minuty. Adamowicz przez chwilę przypatrywał się im z nadzieją, że może jednak zmienią zdanie, a potem odwrócił się twarzą do ściany i zasnął, tłumiąc w sobie pokusę, by obrócić głowę i spojrzeć na wielki cyferblat przynajmniej jeszcze jeden raz.

25 marca 2005 (Wielki Piątek)

Gdy nazajutrz o świcie wracał z nocnego dyżuru, przypomniał sobie zakończenie rozmowy odbytej poprzedniego dnia z najstarszym z Bisów. Na zadane przez Michała z wyraźną intencją załagodzenia napiętej atmosfery pytanie o rezultaty nocnych poszukiwań, Adamowicz odpowiedział z rezygnacją, która jego rozmówcę z pewnością mogła zmylić. Odpowiedział w tonie, w jakim od kilku dni przebąkiwała większość mężczyzn biorących udział w nocnych czatach.

— Skoro przez ponad dziesięć dni nie stało się nic złego, ba — poszukiwany nie był nawet widziany w okolicy, to może przeniósł się gdzieś w inne rejony? — Mówiąc takie mniej więcej słowa, każdy z nich podświadomie starał się zakląć rzeczywistość; w tubalnych męskich głosach brzmiała nadzieja, że im więcej razy coś się powtórzy, tym większa jest szansa, aby słowa stały się ciałem. Prawda była taka, że nikt z nich, pomimo że większość była uzbrojona w myśliwską broń palną, nie miał ochoty na nocne spotkanie z olbrzymem, który przez te ostatnie dni w opowieściach przekazywanych z ust do ust, zdążył już urosnąć do rozmiarów dwuipółmetrowego monstrum.

Mierzący niecałe sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu Bogdan, jeden z najstarszych wśród czatujących nocami w ukryciu, też miał nadzieję. Nadzieję, że wszystkie te zaklęcia są niewarte funta kłaków.

Oddałby wszystko za spotkanie z olbrzymem, nawet jeśli miałoby się okazać, że plotki odnośnie do potężnej postury oprawcy nie są przesadzone. Przez całe życie dość twardo stąpał po ziemi i, w przeciwieństwie do innych, niespecjalnie wierzył w istnienie „guciowskiego upiora”, o którym z upodobaniem godnym lepszej sprawy rozpisywały się lokalne gazety. Wierzył natomiast w istnienie ludzi, których należy jak najszybciej unieszkodliwić, by nie wyrządzili już więcej zła. W swoim przekonaniu był tym bardziej zdeterminowany, że bezsensowne, niczym nieusprawiedliwione okrucieństwo, dotknęło w sposób bezpośredni właśnie jego rodzinę.

Kiedy więc Adamowicz głośno wyrażał przekonanie: „nigdy go nie złapiemy”, to miał nadzieję, że los, który ostatnio tak bardzo go doświadczył, właśnie czujnie nadstawia uszu i zaciera swoje oślizgłe macki, z nikczemną satysfakcją na złośliwym pysku, szykując gospodarzowi kolejną przykrą niespodziankę.

Było jeszcze szaro, gdy Adamowicz wjechał na podwórze, ale już wystarczająco jasno, by mógł dostrzec, jak wiele Bisowie zrobili od minionego wieczora.

— Co, do diabła i jasnej cholery? — mruknął, wysiadając z auta.

Kręcąc z niedowierzaniem głową, obszedł podwórze, na którym piętrzyły się stosy okorowanej tarcicy. Większość materiału spoczywała na starannie ułożonych stosach, przeznaczone na drewno opałowe odpadki leżały jako wielka zgrabna pryzma, a sosnowa kora była starannie zgrabiona w jedno miejsce, tworząc cienką, przygotowaną do suszenia w słoneczne dni warstwę.

Adamowicz do tej pory prawie zawsze dyżurował w okolicy zagrody agroturystycznej Stanisławskiego i, ponieważ Bisowie w drodze powrotnej do Bliżowa przejeżdżali obok jego stanowiska, dokładnie wiedział, o której każdego dnia kończyli robotę. Ze względu na zbliżającą się Wielkanoc ostatniej nocy chętnych do patrolowania było nieco mniej i tym razem w udziale przypadła mu warta na przeciwległym końcu wioski, już prawie na granicy z Bondyrzem. Mógł się więc teraz co najwyżej domyślać, o której jego pomocnicy zakończyli pracę, ale założyłby się o spore pieniądze, że nie opuścili podwórza wcześniej niż o drugiej nad ranem.

„Do tej pory ani razu nie musieli jej świecić” — pomyślał i zwrócił wzrok w stronę silnej lampy sodowej zamocowanej na ścianie stodoły.

Podczas wykonywanego machinalnie obrządku Bogdan zastanawiał się, czy przypadkiem poprzedniego dnia nie nacisnął Bisów zbyt mocno. Faktem jest, że do tej pory bezczelnie się lenili, ale może nie powinien był na nich wrzeszczeć. Może wystarczyłoby powiedzieć kilka ostrzejszych słów i efekt byłby ten sam. Ze względu na to, że Janka pochodziła z Bliżowa i bywał tam po swoim ślubie dość często, znał przecież każdego z tych chłopaków od małego i — przynajmniej tak mu się wydawało — cieszył się u nich jako takim szacunkiem.

Przeszłości nie da się zmienić — wiedział to teraz aż nadto dobrze, więc postanowił, że jakoś Bisom wynagrodzi zarówno ich pracę, jak i swoje nerwy. Byle tylko skończyli przed niedzielą, bo przecież w Wielkanoc na podwórzu musi być bezwarunkowo porządek.

O ósmej Adamowicz był już gotowy do spania. Zastanawiał się, ile czasu jego pracownicy będą potrzebować na to, aby wypocząć. Nie miał raczej nadziei, że pojawią się punktualnie; tak naprawdę to cieszyłby się, gdyby robota ruszyła koło dziesiątej. Postanowił jednak spróbować swojej sztuczki.

— Na pewno teraz nie przyjadą — powiedział, uważnie wypatrując przez szybę. — Nie dadzą rady, przecież skończyli nad ranem, napracowali się i muszą trochę odpo…

W tym momencie granatowy golf pojawił się w bramie. Gospodarz uśmiechnął się z satysfakcją i położył do łóżka.

Leżąc na plecach, z dłońmi splecionymi pod głową mówił głośno:

— Nie uda mi się go dorwać. Na pewno nie będzie na tyle głupi, żeby się teraz kręcić w okolicy. Na pewno jest bardzo sprytny.

Powtórzył to kilkakrotnie i gdy już był pewien, że wiadomość dotarła do kogo trzeba, odetchnął z ulgą.

Tym razem zasypiał bez tabletek. Wystarczająco uspokajała go myśl, że noc z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę będzie z całą pewnością przełomowa. Był zadowolony ze swojego sprytu, a własne dziwaczne zachowanie zupełnie go nie martwiło.

Postanowił zająć stanowisko jeszcze za dnia, aby nie minęło go to, co niewątpliwie nadchodzi. Minął gospodarstwo Stanisławskiego i jak zwykle wjechał autem w odchodzącą od asfaltu wąską dróżkę. Samochód zawsze stawiał na tyle daleko od swojej czatowni, by przypadkiem nie spłoszyć tego, na kogo polował.

Wyjął z bagażnika foliowy worek wypełniony sianem, a następnie przewiesił przez ramię płócienną torbę z kanapkami i kawą w termosie. Zanim włożył pod pachę myśliwską, dwulufową strzelbę, uważnie sprawdził, czy jest naładowana. Po kilku minutach z ciężkim westchnieniem usiadł na worku wśród gęstych, przydrożnych krzewów.

Ogarnął wzrokiem otoczenie, przez chwilę przypatrując się baczniej parkingowi położonemu naprzeciw zagrody agroturystycznej, na którym stało kilka samochodów. W gasnącym świetle dnia i z dość znacznej odległości nie mógł dostrzec tablic rejestracyjnych, ale najpewniej pojazdy należały do przyjezdnych, goszczących się w karczmie Stanisławskiego. Nie podobało mu się, że są ludzie, którzy w Wielki Piątek odwiedzają restauracje, ale zdawał sobie sprawę z tego, że czasy się zmieniają i nic się na to nie da poradzić.

Niedługo po tym, jak zapaliły się przydrożne latarnie, przed drewnianą bramą gospodarstwa zatrzymał się biały opel kadett, z którego po kilku sekundach wygramolił się pasażer. Początkowo Adamowicz sądził, że kłopot z wysiadaniem wiąże się z podeszłym wiekiem mężczyzny, jednak gdy ten zrobił kilka kroków, okazało się, że chyba raczej chodzi o jakieś problemy z unieruchomioną w kolanie nogą.

Gdy kuśtykająca postać zniknęła za bramą, z auta wysiadł również kierowca, wyjął z wnętrza opla niewielką torbę i postawił ją na ziemi. Bogdan ze zdziwieniem obserwował, jak mężczyzna czyni znak krzyża, pochyla głowę i składa dłonie do modlitwy. Nie trwała ona dłużej niż kilka minut, niemniej jednak takiego widoku nie spotyka się często i trudno domyślić się, dlaczego ktoś na poboczu drogi, obok samochodu uznaje nagle, że właśnie teraz powinien porozmawiać z Bogiem.

„Pewno zmawia pacierz przed jakąś daleką drogą” — pomyślał Adamowicz. Poniekąd miał sporo racji.

Modlitwę przerwał powrót utykającego pasażera. Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i zamienili kilka słów, po czym opel odjechał, pozostawiając kuternogę na poboczu drogi.

Stał tam bez ruchu przez dobrych kilkanaście minut, więc Bogdan miał okazję uważnie mu się przyjrzeć. Choć odległość była dość duża, a światła latarni niezbyt mocne, czający się w ciemności gospodarz miał wrażenie, że gdzieś już widział tego człowieka. Przeświadczenie rosło z każdą minutą, ale olśnienie przyszło dopiero jakiś czas później.

Najstarszy z braci postanowił, że nie będzie zmieniał lepiących się od żywicy i upstrzonych trocinami ubrań na czyste. Był bardzo zmęczony po dwóch dniach wyczerpującej pracy, a w dodatku zrobiło się nadspodziewanie chłodno, więc pomysł, by po prostu przykryć siedzenie kierowcy jakąś w miarę czystą szmatą znalezioną w bagażniku, wydał się Michałowi o wiele atrakcyjniejszy, niż pospieszna zmiana przepoconych ciuchów.

Od kilkunastu minut siedział za kierownicą volkswagena i przypatrywał się, jak młodsi bracia doprowadzają podwórze Adamowicza do porządku. Przez dwa dni prośbą, groźbą i stekami przekleństw mobilizował ich, by zrealizować obietnicę daną gospodarzowi. Koniec końców dopiął swego, jednak teraz miał już wszystkiego serdecznie dosyć. Miał wrażenie, że jest zlepkiem nadwerężonych mięśni przyczepionych do nienaoliwionego, przeciążonego kręgosłupa. To już nie te lata, gdy mógł przez cały tydzień niemal do nieprzytomności pracować z ojcem, a po zakończeniu roboty brał tylko szybki prysznic, by zaraz potem ruszyć rowerem na sobotnią potańcówkę do Adamowa, bawić się prawie do rana, a później jeszcze pofiglować na sianie z jakąś kobitką. Dziś nie zaciągnęliby go na zabawę nawet wołami; marzył jedynie o ciepłym łóżku i długim, regenerującym śnie.

Pomimo że młodsi bracia sarkali na jego połajanki, okazało się, że to on miał rację. Adamowicz nie dość, że zapłacił za pracę zgodnie z wcześniejszą umową, to jeszcze dorzucił każdemu stówkę ekstra. Oprócz tego przed wyjazdem na nocny dyżur przyniósł z domu dwie litrowe wódki i pęto świątecznej kiełbasy na zakąskę. Wszystkim uścisnął serdecznie dłonie i podziękował tak, jakby już zapomniał o wcześniejszych — co by nie mówić — słusznych pretensjach.

Michał spojrzał na zegarek — dochodziła dwudziesta druga trzydzieści. Właśnie zaczął zastanawiać się, czy przed północą zdąży się położyć, gdy w jasnym świetle lampy zauważył zbliżającego się do auta Maćka.

— Skończyliście? — zapytał, otwierając drzwi.

— Jedną robotę skończyliśmy, ale teraz przydałoby się zacząć jeszcze tę drugą — odparł brat. — Zimno się robi i coś na rozgrzewkę by się zdało…

— W domu się napijecie. Zmęczony jestem i…

— W domu też nie zaszkodzi, ale jakiś symboliczny wianek, to trzeba na miejscu urządzić. Przynajmniej po setce. No, może co najwyżej po dwie.

— A nie pomyślałeś, że ja też może bym się napił i coś zjadł?

— A kto ci broni? — Maciek otworzył klapę bagażnika i wyjął z niej reklamówkę, którą wcześniej wręczył im gospodarz. — Zapierdalaliżeśmy dwa dni jak durnie, to i coś nam się teraz od życia należy.

Mirek w tym czasie siedział przy stodole, na świeżo złożonych kantówkach, paląc papierosa. Wyglądało na to, że młodsi uzgodnili sprawę między sobą i ciężko będzie ich przekonać. Ciepłe łóżko zaczęło się niebezpiecznie oddalać.

— Jak to, kto mi, kurwa, broni? — Michał próbował jeszcze raz zaprotestować. — Kto niby będzie prowadził, jak się z wami napiję, cepie jeden? Siądziemy w domu na spokojnie, w cieple…

— Nie świruj, bracie. Kto nas zatrzyma w Wielki Piątek? Psiarnia ma inne rzeczy dzisiaj na głowie i nawet jak się tu pojawi, to wiesz, że nie pijanych kierowców będzie szukać, a tego, co Piotrusiowi dodatkowy uśmiech na szyi nożem wydziergał.

— Aleś ty durny.

— Po starszym bracie to mam. — Maciek stanął przy uchylonych drzwiach. — Gówno mnie ten młody obchodzi. Trzeba mu było w domu siedzieć, a nie nocami łazić i gzić się z tą jego lafiryndą po krzakach. Idziesz czy siedzisz w samochodzie jak debil?

Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę jarzącego się w oddali ognika papierosa.

— Jak się tak srasz, to ja pojadę — rzucił jeszcze, nie odwracając się.

— Licz się ze słowami, gówniarzu, bo ktoś ci może wpierdol spuścić!

— Na przykład starszy brejdak?

— Na przykład.

— Chciałbym to zobaczyć — odparł Maciek i roześmiał się drwiąco.

Michał patrzył na oddalającą się barczystą sylwetkę młodszego o sześć lat, wyższego prawie o głowę brata. Wiedział dobrze, że w bójce z nim nie miałby najmniejszych szans, a czasy, kiedy pięściami mógł wyegzekwować swoje polecenia, już dawno odeszły do przeszłości.

Wysiadł z auta. Ssało go w żołądku i nie zamierzał patrzeć, jak tamci będą w najlepsze wpierdzielać swojską kiełbasę.

„Ale pił nie będę, bo mam już wyżej uszu przygód z sądami i policją” — pomyślał.

Noc była nadzwyczaj spokojna. Od momentu, gdy gospodarstwo Stanisławskiego opuścili ostatni goście, Adamowicz mógłby na palcach jednej ręki zliczyć przejeżdżające drogą samochody, a i przechodniów było jak na lekarstwo. Wielki Piątek w Guciowie rządził się swoimi prawami, zbliżająca się Wielkanoc nie sprzyjała dalszym podróżom, poza tym wciąż obecne w umysłach miejscowych poczucie realnego zagrożenia ze strony tajemniczego napastnika sprawiało, że nikt bez wyraźnej potrzeby nie ruszał się z domu.

Bogdan już przyzwyczaił się do nocnego czatowania. Mało tego — zaczynał je nawet lubić. Mógł bez przeszkód zatopić się w rozmyślaniach i przynajmniej próbować układać sobie w głowie to, co tak bardzo go dręczyło. Samotnie spędzany czas był dobrym lekarstwem, pozwalał na nabranie dystansu do tragicznych zdarzeń sprzed kilkunastu dni, dzięki czemu momentami jawiły się one koszmarnym snem, z którego być może uda się kiedyś obudzić.

Dziś w ten pozorny spokój klinem wbiły się myśli krążące wokół nieznajomego. Mimo że do północy zostały już niecałe trzy kwadranse, Adamowicz wciąż zastanawiał się, kim jest ten człowiek i czy dobrze zrobił, pozwalając mu bez przeszkód przejść obok swojego stanowiska.

Ponad dwie godziny minęły od chwili, gdy mężczyzna zniknął w ciemnościach, kuśtykając niezdarnie asfaltem w stronę Zwierzyńca. Bogdan nie zaczepił go tylko przez wzgląd na strzelbę, którą kuternoga niósł na ramieniu; uznał, że obcy jest sprzymierzeńcem miejscowych, z jakichś powodów biorącym udział w obławie. Niemniej jednak twarz, tak dobrze przez moment widoczna w świetle latarni, zdawała się znajoma i nieodparcie kojarzyła się ze śmiercią Piotrka. Po dłuższym zastanowieniu myśli wróciły do białego opla i wreszcie Adamowicz wszystko sobie przypomniał.

Miał od zawsze dobrą pamięć do twarzy, jednak tym razem nie dziwił się, że aż tyle czasu zajęło mu skojarzenie nieznajomego. Po raz pierwszy widział go przecież w sobotę dwunastego marca, a cały tamten dzień wciąż tkwił we wspomnieniach Adamowicza jako zbiór nieokreślonych wrażeń, mieszaniny wściekłości i rozpaczy, białych plam i rozmytych obrazów. Ludzie przychodzili wtedy tłumnie na miejsce zbrodni, niektórzy płakali, składając kwiaty i znicze, niektórzy głośno wyrażali żądzę odwetu, a jeszcze inni kręcili się przy drodze, kierowani zwykłą ludzką ciekawością.

Bogdan Adamowicz od momentu, gdy przyjechał na miejsce, po prostu stał bez ruchu. Wpatrywał się w połączone kałuże krwi, które wypłynęły z rozciętych krtani Piotrka i jego dziewczyny, nie mogąc pojąć tego, co stało się w nocy. Jego najdroższy chrześniak, ukochany bratanek, którego traktował jak syna, i z którym wiązał nadzieję na dalsze funkcjonowanie wypracowanego przez tyle lat majątku, został zamordowany? Dlaczego?! Cóż takiego zrobił, że trzeba go było skrzywdzić w tak bestialski sposób? Czy to w ogóle możliwe, że nigdy więcej nie wjedzie na podwórze rowerem, by wywołać uśmiech na twarzy stryja…? Z katatonicznego bezruchu pogrążony w pozostających bez odpowiedzi pytaniach Bogdan został wyrwany wtedy zaledwie kilka razy, między innymi w związku z zamieszaniem spowodowanym zatrzymaniem przez policję białego opla. Zdołał zarejestrować jedynie, że wysiadł z niego nieznajomy mężczyzna. Bogdan zapamiętał to, ponieważ zgromadzeni obok sąsiedzi głośno wyrażali niechęć wobec obcego, ktoś nawet stwierdził, że może to być morderca, bo „morderca przecież zawsze wraca na miejsce zbrodni”, ale tego, co się stało później Adamowicz już nie kojarzył. Zaczął dochodzić do siebie dopiero, gdy tuż przed zapadnięciem zmroku przyszła Janka i łagodnym, lecz zdecydowanym ruchem pociągnęła go w stronę domu.

Drogą przejechał powoli policyjny radiowóz. Bogdan wstał, ale zaraz potem znów zajął wcześniejszą pozycję. Uznał, że na razie nie powinien robić nic nieprzemyślanego. Przecież nie zastanowił się jeszcze dokładnie, czy w tej sytuacji warto zgłosić mundurowym, że przed chwilą widział mężczyznę, kręcącego się tamtego dnia po okolicy. Skoro go wtedy sprawdzali, to raczej nie miał z tym wszystkim nic wspólnego…

— A jeśli miał, to ja dowiem się o tym jako pierwszy — przerwał rozmyślania cichym szeptem, a zaraz potem dodał: — Poczekam tu sobie i jak będzie wracał, to się tak łatwo nie wywinie. Już moja w tym głowa.

Radiowóz zatrzymał się jakieś sto metrów dalej. Jeden z policjantów wysiadł i czerwoną latarką zatrzymał nadjeżdżający z naprzeciwka samochód. Adamowicz pokiwał głową.

— Tak, tak, wy robicie swoje, a ja będę robił to, co do mnie należy — mruknął z zadowoleniem i wyszczerzył zęby.

W jego oczach przez ułamek sekundy coś zalśniło, ale nawet baczny obserwator nie zdołałby ocenić, czy było to szaleństwo, czy też może odbity blask księżyca, świecącego tej nocy wyjątkowo jasno.

26 marca 2005 (Wielka Sobota)

Michał leżał na świeżo ułożonym sztaplu sosnowych calówek ze splecionymi za głową dłońmi i wpatrywał się w niebo. Czuł, że jest dość chłodno, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało, ponieważ skupiał się na wiszącej nad nim srebrzystej tarczy, spoglądając na nią to jednym, to drugim okiem; gdy patrzył oboma równocześnie, widział nad sobą dwa księżyce. Pamiętał, że opierał się braciom przez pierwsze dwie kolejki, ale zaraz potem odrobił stratę ze sporą nawiązką. W ciągu niecałej godziny pękła pierwsza flaszka. Zaraz potem zabrali się za kolejną, ale jej już nie dali rady.

— Chtórahozina? — spytał.

Ponieważ nie uzyskał odpowiedzi, podniósł rękę, przysunął nadgarstek do nosa i starał się odczytać czas na zegarku. Przez dłuższą chwilę marszczył w groteskowym skupieniu brwi, jednak ostatecznie poddał się, usiadł z wysiłkiem i ponowił pytanie.

— Twoja ostatnia. A co ja, zegarynka? — Siedzący obok Mirek mętnym wzrokiem obserwował poczynania starszego brata. Nie był aż tak pijany jak on, ale też porządnie kręciło mu się w głowie.

— Lisz się ze sowami szszeniaku… — Michał wstał i lekko się zatoczył, a potem rozejrzał wokół. — Dzie drugi szszeniak?

Odpowiedziało mu tylko obojętne wzruszenie ramion.

— Wstawaj młody, do domu jeziemy. — Kiwając się w przód i w tył wskazał samochód, a następnie podążył zygzakiem w jego kierunku.

Najmłodszy z Bisów także ruszył w stronę auta. Był na tyle przytomny, by wyjąć kluczyki ze stacyjki. Zanim to zrobił, sprawdził godzinę na desce rozdzielczej. Cyfrowy wyświetlacz pokazywał kwadrans po północy.

— O, w mordę… — Mirek był wyraźnie zaskoczony. Dałby głowę, że jest nie dalej niż wpół do dwunastej. — Faktycznie, późno się zrobiło. Idę poszukać Maćka i zaraz jedziemy.

Śpiącemu już na tylnym siedzeniu bratu było to najwyraźniej całkowicie obojętne.

O wpół do pierwszej swoim zwyczajem Adamowicz po raz drugi podczas nocnego czuwania nalał do kubka kawę z termosu. Pierwszy raz pił ją około dziesiątej, jeszcze w Wielki Piątek, więc była niesłodzona, przez co teraz, po kilku pierwszych łykach skrzywił się z niesmakiem. Żałował, że nie zabrał ze sobą kilku kostek cukru.

Policjanci wciąż monitorowali teren. Zmieniali wprawdzie co jakiś czas miejsce postoju, ale właśnie przed momentem radiowóz po raz kolejny pojawił się w pobliżu. Wjechał na położony naprzeciw zagrody Stanisławskiego parking, zawrócił na nim i zatrzymał się na wąskiej, prostopadłej do jezdni dróżce.

Ze względów oszczędnościowych latarnie we wsi zwykle wyłączano około dwudziestej trzeciej, jednak od nocy, podczas której zamordowano dwójkę młodych, paliły się one bezustannie od zmierzchu do świtu. Mimo tego, ponieważ wjazd na parking położony był prawie dokładnie pomiędzy dwiema z nich, granatowy policyjny opel astra stał się niemal zupełnie niewidoczny.

„Spryciarze — pomyślał Bogdan i z uznaniem pokiwał głową, uśmiechając się pod nosem. — Bisy mogą się zdziwić, jak będą wracać do Bliżowa”.

Zastanawiało go, dlaczego praca zajmowała im tyle czasu. Był przekonany, że jego pracownicy uporają się z robotą o wiele szybciej. Dokładnie w momencie, gdy doszedł do wniosku, że zapewne tym razem pojechali okrężną drogą przez Adamów, w oddali zobaczył zbliżające się od strony Bondyrza światła samochodu.

Bogdanowi doskwierało niemało związanych z wiekiem dolegliwości, ale wzrok miał jeszcze wyjątkowo dobry, więc już z odległości jakichś dwustu metrów rozpoznał markę. Stary pięciodrzwiowy volkswagen golf pędził przez Guciów ze zdecydowanie zbyt dużą prędkością; niewiele brakowało, a przemknąłby obok skrytego w półmroku radiowozu, jednak policjant w ostatniej chwili zdążył wybiec na skraj drogi i dać sygnał do zatrzymania pojazdu. Zaraz potem przeszywający pisk hamujących opon poniósł się echem po okolicy.

— Co tam chowasz?

Maciek drgnął i rozejrzał się mętnymi od wypitego alkoholu oczyma; jego prawa, ubrana w roboczą rękawicę dłoń wysunęła się zza pazuchy. Wreszcie zauważył najmłodszego z braci, który siedział na małej ławeczce usytuowanej parę metrów dalej pod ścianą budynku.

— Nic — mruknął w odpowiedzi. Był mniej pijany od Michała, ale, podobnie jak tamten przed chwilą, również chwiał się lekko na nogach.


realiów Roztocza — zwłaszcza Aldonie, Monice i Panu Andrzejowi. Dzięki Wam ta książka jest pełniejsza i bardziej wiarygodna, co właśnie w przypadku literatury fantastycznej jest niezmiernie istotne, a także tym wszystkim