Czarny Wygon. Bisy II - Stefan Darda - ebook
Opis

Czwarta i ostatnia część cyklu powieściowego o przeklętej wiosce na Roztoczu. Przenikające z innego wymiaru zło łączy się z mocami, które w małej wiosce znalazły podatny grunt i błyskawicznie rosną w siłę. Witold Uchmann przekonał się już na własnej skórze, czym to grozi, więc postanawia stawić im czoła. Niespodziewanie otrzymuje wsparcie i wszystko wskazuje na to, że są szanse na pozytywny obrót spraw, gdy nagle z objętej klątwą zatajenia Starzyzny zaczynają do niego docierać coraz bardziej niepokojące wieści. Wygląda na to, że będzie musiał wrócić tam raz jeszcze, by stoczyć ostateczną walkę z Czarnym i jego sprzymierzeńcami. „Oto ostatnia części tetralogii Czarny Wygon Stefana Dardy. Powracają poznane wcześniej postaci, domykają się wszystkie rozpoczęte wcześniej wątki. Magiczne puzzle układają się w całość. Wydarzenia mają miejsce na pograniczu realnego świata i fantastyki, formowanej przez barwną mozaikę wyobrażeń chrześcijańskich, pogańskiej demonologii ludowej, snu i magii. Gra toczy się teraz o wysoką stawkę. Stefan Darda potrafi opowiadać historie. Fabuły jego książek rozwijają się początkowo powoli, niejako leniwie, by potem przyspieszyć, poprowadzić przez zaskakujące zwroty akcji, zwielokrotnione punkty kulminacyjne i dać rozwiązanie, które trzeba przemyśleć i dopowiedzieć. Czytelnik staje się współtwórcą opowieści. Tu nic się nie kończy definitywnie… Autor sprawia, że zapominamy o granicy, jaka dzieli literaturę od rzeczywistości”. dr hab. Dariusz Trześniowski, prof. nadzw., literaturoznawca

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Ilustracja na okładce

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Chorzów 2014

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2013

© Copyright by Stefan Darda

ISBN 978-83-7835-330-0

Są granice, przez które nie można wrócić.

Walenty Dobrowolski

Mojemu Siostrzeńcowi — Jędrzejowi

Rozdział pierwszy

1.

Zbliżając się do tonących w strugach deszczu zabudowań Bliżowa, zacząłem się zastanawiać, czy podła pogoda nie jest przypadkiem zwiastunem powtórki z roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego drugiego. Niewiele było mi wiadomo o mieszkańcach wioski, nie miałem pojęcia, co się w niej ostatnio wydarzyło, ale przecież nie mogłem wykluczyć, że potrójne morderstwo nie było jedyną dokonaną tutaj w ostatnim czasie zbrodnią.

„Skoro Czarny z Dobrowolskim kręcą się w pobliżu, to wszystko jest możliwe i historia Starzyzny może się powtórzyć w każdej chwili” — pomyślałem, a potem przyspieszyłem kroku, mając nadzieję, że to, co spotkało mnie i Jankę, gdy próbowaliśmy uciec z Roztocza — burza, padające i blokujące nam drogę drzewo, przewrócona cysterna pod Zamościem — to wszystko nie były zdarzenia przypadkowe. Jakaś siła chciała nas za wszelką cenę zatrzymać i nie miałem powodów, aby przypuszczać, że Czarny maczał w tym swoje brudne paluchy.

— Jesteś na to za cienki, stary pierdzielu — syknąłem. — Nie masz władzy nad pogodą, prawda? Pogodą zawiaduje ktoś mocniejszy od ciebie, ktoś, kto zesłał klątwę i sprawił, że przez całe dziesięciolecia nad Starzyzną ani razu nie zaświeciło słońce…

Dolinę, w której położony był Bliżów, na ułamek sekundy rozjaśnił ostry blask, a niedługo później przez okolicę przetoczył się mrukliwy, basowy odgłos grzmotu.

Przystanąłem i popatrzyłem do góry. Deszcz wciąż się wzmagał, a gęste czarne chmury sprawiały, że było ciemno jak tuż przed zapadnięciem zmroku. Spojrzałem na zegarek — było kilka minut po siedemnastej, więc do zmierzchu pozostawały jeszcze jakieś trzy godziny.

Miałem za sobą prawie nieprzespaną noc i dzień w większości spędzony na wyczerpujących poszukiwaniach Mateusza, ale wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na odpoczynek. Podejrzewałem, że w tej grze może się liczyć każda minuta. Jednocześnie byłem przekonany, że bardzo ważne będzie podejmowanie właściwych decyzji i już dosłownie kilka minut później przekonałem się, że zwłaszcza w tej drugiej kwestii miałem rację.

Miałem rację jak jasna cholera.

*

Jeden rzut oka na przecinającą wieś ulicę wystarczył, by zorientować się, że poszukiwania — przynajmniej na razie — zostały przerwane albo znacznie ograniczone. Prawdopodobnie mieszkańcy, którzy brali w nich udział, nieco ochłonęli po zderzeniu z pierwszą, histeryczną reakcją Teresy. Zapewne uważali, że skoro mały ostatni raz był widziany w towarzystwie wujka, to nic złego nie mogło mu się stać i byli przekonani, że pewnie niedługo Mateusz odnajdzie się cały i zdrów.

Gdyby w mijanym właśnie przeze mnie budynku ujrzeli skrępowane, powieszone na belce stropowej zwłoki żony wujka i jego córek, to ich punkt widzenia niewątpliwie uległby diametralnej odmianie.

Zatrzymałem się przy parkanie okalającym dom należący do Bielakowej. Obok mnie, głośno perkocząc, przejechał traktor ciągnący za sobą rozklekotaną metalową przyczepę. Zaraz potem minęły mnie dwie roześmiane nastolatki, a ja wciąż zastanawiałem się nad swoim następnym krokiem. Trzeba zawiadomić policję — to jasne. Teresa chciała to zrobić od razu, ale z wiadomych względów nikt przy zdrowych zmysłach nie potraktowałby jej zgłoszenia poważnie. Teraz sytuacja wyglądała inaczej, ale… jak miałbym wytłumaczyć mundurowym, że nie zgłosiłem od razu potrójnego morderstwa?

Krótko mówiąc — miałem szansę stać się głównym podejrzanym.

Wprawdzie patolog sądowy stwierdziłby najpewniej, że śmierć zamordowanych nastąpiła sporo czasu przed moją wizytą w sąsiednim domu (od porannego zaginięcia Mateusza minęło już dobrych kilka godzin, więc postępujące rigormortis robiło już swoje), ale procedury trwałyby zapewne dość długo. No i przy okazji zaraz zaczęłyby się pytania o to, co robiłem wcześniej, a na potwierdzenie swojego całonocnego pobytu w domu Adamowiczów nie miałem przecież żadnych świadków ani dowodów. Pewnie musiałbym też spróbować określić cel, sposób i termin mojego pojawienia się na Roztoczu. Pokiwałem więc głową, pomagając w ten sposób w przekonaniu samego siebie, że muszę znaleźć jakieś inne wyjście, niż zagranie z policją w otwarte karty. Przekonałem też sam siebie, że równie dobrze mogę o tym wszystkim pomyśleć, siedząc pod dachem, a nie stercząc w strugach ulewnego deszczu.

Zanim pchnąłem furtkę prowadzącą na podwórze, pomyślałem jeszcze o samochodzie, który zostawiłem jakieś pięćset metrów dalej. W tej akurat chwili nie był mi potrzebny, ale na pewno lepiej byłoby, gdyby stał pod domem, i to najlepiej zatankowany pod korek. Póki co jednak bak zionął pustką, a ja byłem przemoknięty i zmarznięty na kość, więc uznałem, że ta sprawa może poczekać. Pamiętam też, że pomyślałem tęsknie o suchym ubraniu, spoczywającym w torbie na tylnym siedzeniu, ale nie zdecydowałem się na próbę jego przyniesienia.

„Trudno, najwyżej jeszcze będę musiał wyschnąć drugi raz w ciągu tej doby” — pomyślałem, a potem żwawo pokuśtykałem w kierunku domu.

To, że w fordzie Adamowicza został też różaniec Pauliny, zupełnie mi nie przeszkadzało. Zdaje się, że wtedy kompletnie wyleciało mi to z głowy. Cóż, nie można wprawdzie cały czas mieć wszystkiego na uwadze, ale później i tak sam się dziwiłem własnej głupocie.

*

W kuchni zastałem siedzącą samotnie przy stole Jankę, która, gdy tylko mnie zobaczyła, natychmiast położyła palec na ustach, dając mi do zrozumienia, żebym zachowywał się cicho. Potem powiedziała prawie szeptem:

— Wzięła coś na uspokojenie, położyła się i natychmiast zasnęła jak kamień.

Bezszelestnie zamknąłem drzwi i usiadłem naprzeciw niej.

— Trochę snu dobrze jej zrobi. Bardzo to przeżywa… — odezwała się znów, ale nagle przerwała. Zdaje się, że dopiero wtedy się zorientowała, jak bardzo jestem przemoczony. — Boże święty, cały jesteś siny z zimna! Musisz zdjąć te mokre ciuchy. Może Teresa będzie coś miała odpowiedniego po mężu…

— Możesz mi najpierw zrobić coś gorącego do picia? — zapytałem. — Najlepiej herbatę z dużą ilością cukru…

Natychmiast wstała i chwyciła za czajnik, by napełnić go wodą.

— Zresztą, chyba nie ma sensu szukać ubrań na zmianę, bo pewnie i tak zaraz będę wychodził — dodałem.

— Zjesz coś?

— Nie, niczego bym nie przełknął po tym, co… — W ostatniej chwili ugryzłem się w język, ale Janka i tak popatrzyła na mnie uważnie. — Nie, dziękuję — skończyłem i uciekłem wzrokiem w stronę okna.

To jeszcze nie była odpowiednia chwila, by powiedzieć jej o siostrze Teresy i dziewczynkach, ale wciąż o nich myślałem i ze względu na dokuczliwy, niemal fizycznie wyczuwalny w gardle węzeł nie dałbym rady przełknąć niczego poza herbatą.

— Czy jest jakaś rzecz, o której powinnam wiedzieć? — Postawiła czajnik na piecu, odwróciła się, oparła biodrami o zlew i skrzyżowała ręce na piersiach. — Przecież widzę, że coś jest nie tak.

Znów spojrzałem jej prosto w oczy.

— Chyba lepiej, żebyś nie wiedziała. Sam nie mogę sobie z tym…

— Poczekaj chwilę — bezceremonialnie weszła mi w słowo. — Zdaje się, że już chciałeś mnie ochronić przed pewnymi informacjami i wiemy, jak się to skończyło. — Lekko podniosła głos. — Poza tym zdaje się, że jeszcze w Łęcznej oboje zrozumieliśmy, że nasze spotkanie nie było przypadkowe, że oboje siedzimy w tym gównie po uszy… A teraz znów zaczynasz przede mną mieć jakieś swoje tajemnice?! — Oparła dłonie o blat, pochylając się i przybliżając twarz do mojej. Jej policzki płonęły. — Myślisz sobie, że taki mądry jesteś? Że sam sobie dasz ze wszystkim radę?!

— Zaraz zbudzisz Teresę — powiedziałem cicho. — Chyba lepiej byłoby, gdybyśmy mogli porozmawiać bez niej?

Starałem się, aby moje słowa zabrzmiały pojednawczo, ale Janka wciąż oddychała ciężko i wpatrywała się we mnie z nieukrywaną złością. Z opresji wybawił mnie narastający dźwięk czajnikowego gwizdka.

Nalała herbatę i gdy stawiała ją przede mną, wyglądała już na nieco bardziej opanowaną.

— Dobrze, zatem porozmawiajmy spokojnie. — Usiadła naprzeciw mnie. — Ale życzyłabym sobie, żebyś już niczego przede mną nie ukrywał. Nie jestem małą dziewczynką, a zawsze co dwie głowy, to nie jedna.

Wziąłem do ręki łyżeczkę, ale ręka drżała mi tak mocno, że poprosiłem Jankę o pomoc w posłodzeniu herbaty, aby nie rozsypywać cukru po całym stole.

— W porządku. — Skończyłem mieszać i położyłem łyżeczkę na stole, tuż obok znanych mi już kluczy i stojącego na środku metalowego krucyfiksu. — Skoro chcesz, to dobrze, ale przygotuj się na bardzo złe wieści.

Zobaczyłem w jej źrenicach lęk, ale wtedy już chyba nie cofnąłbym się przed szczegółową relacją z ostatniej nocy i — co ważniejsze — przed opowiedzeniem jej tego, co zobaczyłem w sąsiednim domu.

„W końcu sama tego chciała. Zresztą — pomyślałem, przełykając pierwszy łyk herbaty — skoro od wydarzeń w Łęcznej mamy stanowić zgrany tandem…”.

— Mateusz został porwany przez Czarnego, prawda? — zapytała, nerwowo przełykając ślinę.

— Tak sądzę. Właściwie, to jestem tego pewien.

Przez chwilę przyglądała mi się uważnie, szukając wsparcia w postaci chociażby odrobiny nadziei.

Bezskutecznie.

— Boże! — Ukryła twarz w dłoniach. — Ale jak to się stało? Dlaczego?! Przecież poszedł z Tadeuszem, skąd mogłam wiedzieć…?! Mogłam go bardziej pilnować.

Wskazałem metalowy krzyż.

— Nic więcej nie mogłaś zrobić. Gdybym tu był, też pewnie niewiele bym pomógł.

Wpatrując się w krucyfiks, zastanawiała się przez moment.

— Gdyby Mateusz nie wyszedł z kuchni, to by nie został porwany, prawda?

— Tego nie możemy być pewni. Poza tym… jeśli nie w ten sposób, to mąż Bożeny spróbowałby w inny i w końcu by mu się udało.

Nic nie wskazywało na to, że moje słowa przyniosły jej jakąkolwiek ulgę. A przecież najgorsze było jeszcze przed nią.

— Janka… wiesz, wydaje mi się, że nikt nie mógł temu zapobiec, ale… — Dotknąłem jej przedramienia, a ona kurczowo chwyciła moją rękę, zauważając łzy w moich oczach. — …ale obawiam się, że mam dla ciebie… dla ciebie i dla Teresy, jeszcze więcej złych wiadomości.

*

Gdy skończyłem relację, która — zwłaszcza pod koniec — z trudem przechodziła mi przez gardło, Janka przez dłuższą chwilę siedziała tak, jakby nie zrozumiała ani słowa z tego, co powiedziałem. Jedyną zewnętrzną reakcją, jaką zauważyłem, była zmiana koloru jej policzków. Jakiś czas temu były prawie purpurowe, by w ciągu ledwie kilku minut zmienić barwę na trupiobladą. Wciąż ściskała moją rękę. Teraz już tak mocno, że ciężko było to wytrzymać.

Nagle uścisk zelżał. Poczułem drżenie dłoni Janki; tuż potem bezgłośny szloch wstrząsnął jej ciałem. W tym momencie patrzyła już na mnie tak, jakby właśnie wszystko stało się jasne.

— To… — Odchrząknęła, puściła moją rękę i złożyła dłonie na podołku. — To ja je zabiłam. Gdybym lepiej pilnowała Mateusza, gdybym…

— Janka…

— …nie zgodziła się na to, żeby Tadeusz…

— Janka! — prawie krzyknąłem.

Przerwała i przez moment wyglądała na zdziwioną tym, że siedzę naprzeciw niej.

— One prawdopodobnie nie żyły już w chwili, gdy tutaj przyszedł. Rozumiesz? Nie mogłaś ich uratować.

Skinęła głową.

— Rozumiem. To moja wina, że zginęły.

Wyglądało na to, że wpadła w jakiś rodzaj stuporu. W dodatku zaczęła ciężko oddychać przez szeroko otwarte usta, wyprostowała się i położyła dłoń na lewej piersi. Natychmiast przypomniałem sobie o jej problemach z sercem i kiedy sam zaczynałem wpadać w panikę, po jej policzkach zaczęły płynąć łzy. Trwało to może minutę, może półtorej, ale gdy otarła policzki, spojrzała na mnie już prawie zupełnie trzeźwo. Upiła kilka łyków mojej herbaty, a potem odetchnęła głęboko.

— Wszystko w porządku? — zapytałem.

— Nie, nic nie jest w porządku — odparła natychmiast. — Ale musimy spróbować jakoś uratować Mateusza, prawda? Bo coś chyba można zrobić, jakoś mu pomóc…?

— Chciałaś, żebym był z tobą szczery, to będę. Nie mam pojęcia.

— Musimy przynajmniej spróbować. — Powiedziała to tak spokojnym, a jednocześnie zdeterminowanym tonem, że aż trudno było uwierzyć w tę jej natychmiastową przemianę. — Teresą też musimy się zająć.

— No dobrze. Ale właśnie nie bardzo wiem, co można teraz zrobić. Zastanawiałem się już nad tym, zanim tu przyszedłem, no i… — Wzruszyłem ramionami. — No i pojęcia nie mam.

— Na pewno musimy jakoś zabrać stąd Tereskę. Nie może jej tu być, gdy… no wiesz…

— Wiem. Gdy okaże się, co miało miejsce w domu jej siostry.

— No właśnie. Dobrze byłoby też, żebyś miał jakieś alibi. Byłbyś głównym podejrzanym, dopóki…

— Tak, już o tym myślałem. Ale może na razie wstrzymać się z zawiadamianiem policji?

— Musimy to zrobić, i to jak najszybciej. Im później, tym w gorszym świetle cię to postawi. A przecież nie możesz teraz dać się zamknąć nawet na czterdzieści osiem godzin, prawda?

— Tak, nie mogę teraz pojechać na dołek.

— Na dołek?

— Tak. Tak właśnie Stanisławski powiedział do… Zresztą, teraz to nieważne. — Przypominanie mojego pierwszego spotkania z mężem Janki nie było chyba w tym momencie najlepszym pomysłem. — Posłuchaj! — Nagle mnie olśniło. — Muszę do niego zadzwonić!

Klucze od sąsiedniego domu wciąż leżały tak, jak je położyłem przed spacerem na pobliskie wzgórze. Sięgnąłem po nie i zapytałem:

— Komórka Adama jest wyładowana, Teresa — mówiłaś mi o tym w Łęcznej — nie ma tutaj telefonu. Ale u jej siostry jest, prawda? Wydaje mi się, że widziałem aparat w przedpokoju…

Popatrzyła na mnie zaskoczona.

— Chyba nie chcesz znów tam pójść?

— No pewnie, że nie chcę, ale nie mam wyjścia. Nie pójdę teraz przecież prosić nieznajomych o przysługę, zresztą, nie mógłbym wtedy spokojnie porozmawiać z Jankiem.

— To może ja…?

— Ty zostań z Teresą. A gdyby się obudziła, to spróbuj delikatnie podpytać o to, dlaczego się tak dziwnie zachowywała, jak rano przyjechaliśmy.

Wystarczyło tylko jedno spojrzenie w jej oczy, bym zorientował się, że doskonale wie, co mam na myśli.

2.

Chciałem to mieć jak najszybciej za sobą, a jednak drogę do sąsiedniego domu pokonałem dość powoli, uważnie rozglądając się wokół. Równie istotne jak telefon do Stanisławskiego było to, aby — przynajmniej na razie — nie wzbudzić niepotrzebnego zainteresowania mieszkańców Bliżowa. Po raz ostatni omiotłem wzrokiem otoczenie w momencie przekręcania klucza i kiedy nie dostrzegłem w pobliżu żywego ducha, nacisnąłem klamkę. Drzwi ustąpiły bezszelestnie.

Wewnątrz panował półmrok, więc odruchowo zacząłem szukać włącznika światła. Po chwili zastanowienia uznałem jednak, że lepiej będzie, gdy przyzwyczaję oczy do ciemności i nie zaryzykuję ewentualnego zainteresowania kogoś z zewnątrz.

Może po minucie zacząłem widzieć lepiej, więc ruszyłem w stronę telefonu, który był przymocowany do ściany po prawej stronie, obok wieszaków na wierzchnie ubrania. Minąłem drzwi prowadzące do pokoju, w którym wcześniej znalazłem wiszące zwłoki. Z całych sił starałem się nie patrzeć w tamtą stronę. Zdjąłem słuchawkę z aparatu, sięgnąłem do tarczy i… dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że nie znam numeru do Janka. Zanim zdążyłem sam siebie zrugać w myślach, zobaczyłem stojącą poniżej telefonu drewnianą szafkę na buty. Książka telefoniczna leżała obok sterty kolorowych magazynów dla kobiet, których pewnie już nikt nie będzie czytał. Wyglądała na dość sfatygowaną, skoro jednak dotąd była używana, to istniała szansa, że dane w niej zawarte będą w miarę aktualne.

— Tym razem chyba ci się udało, kretynie — szepnąłem, po czym rozpocząłem gorączkowe poszukiwania numeru. Nerwowo przerzucałem kartki, aż wreszcie znalazłem nazwisko Janka. Sprawdziłem jeszcze kierunkowy i zacząłem wykręcać numer. W momencie, gdy mój palec utkwił w dziurce oznaczonej czwórką, zamarłem. Uświadomiłem sobie, że od mojego ostatniego pobytu w domu coś się tutaj zmieniło. Poczułem, jak coraz mocniej krew pulsuje mi w skroniach, a słuchawka zaczyna niebezpiecznie ciążyć. Dwiema rękami jakoś udało mi się ją odwiesić.

Jednocześnie przyszło mi do głowy coś, o czym wcześniej zupełnie nie pomyślałem. Wcześniej, kiedy pojawiłem się tu po raz pierwszy, automatycznie założyłem, że skoro drzwi były zamknięte na klucz, a klucz nie tkwił w zamku, to ktoś po prostu zamknął dom od zewnątrz. Zbyt wiele emocji towarzyszyło mi w tamtym momencie, bym mógł całą sytuację rozkładać na czynniki pierwsze, zwłaszcza gdy w pokoju odkryłem…

— Drzwi — szepnąłem, rozumiejąc już. — Przecież drzwi na pewno zostawiłem otwarte… Tak, jak je zastałem.

Korytarz był dość długi, jego drugą część, położoną teraz na prawo ode mnie, skrywała ciemność. Wrażenie, że nie jestem sam, że ktoś stoi w mroku i obserwuje moje poczynania, z każdą wlokącą się w nieskończoność sekundą było coraz bardziej dojmujące. Odruchowo sięgnąłem do kieszeni, w której zwykłem nosić różaniec Pauliny.

„Zostawiłeś go w aucie — pomyślałem. — Podobnie jak nóż… Jak mogłeś tego nie przewidzieć?!”.

Ale zaraz potem wspomniałem uczucie niepohamowanej złości, które zawrzało we mnie na wzgórzu, i odwróciłem gwałtownie głowę, oczekując ujrzenia świecącej w głębi korytarza pary oczu.

Nikogo.

Tym razem się pomyliłem.

Pozostawał jednak zamknięty pokój, z którego — nagle słuch mi się wyostrzył na tyle, że aż trudno było uwierzyć, że nie słyszałem tego wcześniej — dobiegał cichy dźwięk, przypominający odgłos wprawionego w ruch, lekko skrzypiącego bujanego fotela.

Zrobiłem kilka kroków, stanąłem przed drzwiami, kładąc dłoń na chłodnej klamce. Chwila zawahania. Powróciły doskonale wryte w pamięć zdarzenia związane z trupami rodziców Anielki, które pod wpływem zapadającego zmierzchu przemieniały się w ożywione nieznaną siłą upiorne postaci. W mgnieniu oka przez głowę przemknęło mi też opisane w brulionie przez Rafała ocknięcie się na Czarnym Wygonie małej dziewczynki, która otworzyła ślepe oczy tuż po samobójstwie. Jedna z siostrzenic Teresy była mniej więcej w wieku tej dziewczynki…

Pchnąłem drzwi, spodziewając się najgorszego, jednak pomimo obrazów, które nagle przemknęły jak klatki filmowej taśmy, wciąż było we mnie więcej złości niż strachu.

Ustąpiły lekko, uderzając z hukiem o ścianę.

Padające przez okno światło nie było zbyt mocne, ale wystarczające, bym zobaczył trzy wiszące ciała, które kołysały się z boku na bok, okręcając się równocześnie wokół własnej osi. Wyraz ich twarzy nie zmienił się — wciąż wykrzywiało je bezbrzeżne przerażenie, ale na twarzy młodszej z córek Bożeny dostrzegłem coś jeszcze — coś jakby zdziwienie, a może lekki uśmiech. Kto wie — może tuż przed szarpnięciem liny przeszło jej przez myśl, że tatuś wymyślił jakąś nową, dziwaczną zabawę…? Słyszalne z korytarza skrzypienie było spowodowane tarciem sznura, na którym została powieszona siostra Teresy, o stropową belkę.

Oparłem się o framugę i odetchnąłem ciężko. Po chwili zastanowienia stłumiłem w sobie chęć zdjęcia ciał. Ważniejsze było, aby nie pozostawić po sobie śladów, które mogłyby niepotrzebnie wzbudzić podejrzenia policji, gdy już śledczy zaczną dochodzenie. A najważniejszy teraz był telefon do Janka i prośba, aby zechciał mi po raz kolejny pomóc.

Ruszyłem z powrotem w stronę aparatu.

„Może powinieneś przeszukać dom? — zapytałem sam siebie w myślach. — Przecież ktoś przed chwilą był w tym pokoju…”.

— Telefon do Janka przede wszystkim — powiedziałem głośno i w tej samej chwili usłyszałem za plecami rumor.

Odwróciłem się, odruchowo osłaniając twarz ramieniem, ale korytarz wciąż był pusty. Potem stwierdziłem, że hałas dobiegł z pokoju, i faktycznie — miałem rację.

Wróciłem.

Sznur najwidoczniej się przetarł, a kobieta leżała teraz na dywanie, patrząc zmętniałymi oczyma dokładnie w kierunku mojej twarzy. Głowa nie opierała się o podłogę. Wiedziałem, że najpewniej jest to wynik stężenia pośmiertnego, ale i tak dreszcze przebiegały po moich plecach we wszystkie możliwe strony.

— Nic się nie bój, Bożenka. Damy im jakoś radę… — powiedziałem. — Obiecuję to tobie i dziewczynkom.

A potem zamknąłem drzwi.

*

Nie przeszukałem domu. Gdyby ukrywał się w nim Czarny i tak byłbym wobec niego bezbronny jak dziecko. Na wyprawę do samochodu po różaniec potrzebowałbym na pewno około pół godziny, a czułem, że dla Mateusza ważna może być każda minuta. Poza tym zakładałem, że jeśli Czarny chciałby mnie dorwać, to przecież tego dnia miał już co najmniej dwie okazje.

Janek odebrał po trzecim sygnale. Po tym, gdy się przedstawiłem, milczał przez moment, a kiedy się wreszcie odezwał, trudno było się doszukać w jego tonie chociażby cienia radości.

— Skąd ty dzwonisz? I czego znowu chcesz? Mam nadzieję, że chcesz mi poopowiadać, jaka pogoda jest w Warszawie.

Biorąc pod uwagę fakt, że jak do tej pory moje pojawienie się na jego horyzoncie zwiastowało problemy, jakoś nie potrafiłem mieć mu za złe, że nie skakał z radości przy telefonie.

— Janek, nie jestem w Warszawie.

— To gdzie? W Zamościu? Bo do Zamościa miał cię odwieźć Bogdan, gdy widzieliśmy się ostatnim razem, prawda? — Był niespokojny i wcale nie zamierzał tego ukrywać. — Zostałeś jeszcze na parę dni? Ładne miasto, prawda?

— Długa historia. Później ci opowiem, jak zechcesz, ale teraz potrzebuję twojej pomocy.

Sapanie w słuchawce.

— Jestem w Bliżowie. Mógłbyś tu przyjechać?

— Witek, kurwa, co ty znowu…?

Przerwałem mu:

— Znasz Bożenę…? — Przez moment zastanawiałem się, czy znam jej nazwisko, ale nawet jeśli tak było, to nie potrafiłem sobie go przypomnieć. — Zresztą nie ma znaczenia, jak się nazywała. Nie żyje ona, nie żyją jej dwie małe córeczki. Zostały zamordowane.

Nie odezwał się nawet słowem, więc ciągnąłem:

— Pamiętasz, jak opowiadałem ci o Starzyźnie, uwierzyłeś mi, prawda? Ty mi uwierzyłeś i Krzysztof też. Nie czas teraz na to, bym wyjaśniał szczegóły. W każdym razie… — Przełknąłem ślinę, bo nagle zrobiło mi się sucho w gardle. — W każdym razie wygląda na to, że to się zaczęło też tutaj.

— Czekaj, Witek, ale że niby… że co się zaczęło? Co ty w ogóle pieprzysz? Przecież… przecież ostatnio mówiłeś, że on nie wróci…

— Mówiłem, że tak mi się wydaje. I jeśli chodzi o niego, nie zmieniłem zdania.

— No więc…?

— Tyle że teraz nie chodzi o dużego faceta, który zamordował tę parę młodych ludzi i któremu odciąłem głowę saperką niedaleko Starzyzny. Obawiam się, że jest gorzej. O wiele gorzej…

— To znaczy? — Już się nie złościł, a jego głos w słuchawce był ledwo słyszalny.

— To znaczy, że być może wszystko może się powtórzyć tu i teraz. W Bliżowie, w Bondyrzu, w Guciowie… Oni zaczynają przechodzić do naszego wymiaru, Janek. Przysięgam, nie wiem jeszcze jak i dlaczego, ale tak się dzieje… I zdaje się, że są jeszcze gorsi, bardziej niebezpieczni, niż ten, którego udało mi się unieszkodliwić.

— Czekaj, czekaj! — Jego głos nagle zabrzmiał o wiele żywiej. — Może coś piłeś i… no wiesz…?

— Mówiłem ci ostatnio, że już nie będę pił. Słuchaj, nie ma zbyt dużo czasu. Nie dość, że mam tu trzy ciała, do tego jeszcze został porwany mały chłopiec i obawiam się, że jeśli nie weźmiemy się do roboty, to może się stać kolejne nieszczęście.

— Mamy wziąć się do roboty? A masz chociaż jakiś plan działania?

— No pewnie! — Wcale nie byłem co do tego przekonany. — Ale potrzebuję twojej pomocy, więc przyjedź. Najlepiej zaraz.

— Dobrze, Witek. Mam nadzieję, że to jakieś nieporozumienie i…

— Na twoim miejscu bym się nie trzymał tej nadziei zbyt kurczowo, no ale, daj Boże, obyś miał rację.

— Okej. Gdzie jesteś?

— Będę na ciebie czekał przy głównej drodze, koło domu Teresy Bielak w Bliżowie. Wiesz gdzie?

— Tak, wiem, gdzie mieszka. Czegoś będziesz potrzebował?

— Będę. Jeśli masz, to weź ze sobą kanister z paliwem…

— Co?!

— Masz kanister z paliwem? Pięć litrów chociaż.

— Ale z jakim paliwem?

— Jak to z jakim? Z takim do samochodu.

— Ropa czy benzyna? Na pewno nie jesteś pijany?

Usiłowałem zebrać myśli i przypomnieć sobie tankowanie przed Krasnymstawem.

— Benzyna. Masz?

— Mam.

— To weź i przyjeżdżaj jak najszybciej.

O tym, że będę potrzebował też jego fałszywych zeznań, postanowiłem powiedzieć mu dopiero nieco później.

*

Odetchnąłem z ulgą, wychodząc na zewnątrz i zamykając za sobą drzwi na klucz. Już nie rozglądałem się w poszukiwaniu ciekawskich oczu sąsiadów — najważniejsze było opuszczenie tego miejsca, bez względu na to, czy prócz trzech ciał znajdował się w nim ktoś jeszcze.

Początkowo planowałem zajrzeć na chwilę do Janki, by sprawdzić, co z Teresą, lecz ostatecznie postanowiłem zrobić to dopiero po przyjeździe Stanisławskiego. Jeśli Bielakowa wciąż spała, lepiej było jej nie budzić.

Miałem więc jakieś dwadzieścia minut. Skierowałem się w stronę drewnianej, pokrytej falistym eternitem stodoły. Deszcz wciąż padał, a mnie nie było w smak moknąć znów w jego lodowatych strugach. Okazało się, że przysadzisty, dwudrzwiowy budynek służył też jako garaż dla stojącego tuż za szerokimi wrotami malucha oraz dla wyglądającego na wysłużony żółtego ciągnika ursus C-330.

Domyślałem się, że w tego typu budynkach można znaleźć zapas jakiegoś paliwa (świadczył o tym także charakterystyczny zapach), niemniej jednak ostatecznie z tego zrezygnowałem. Janek wkrótce miał je przywieźć, więc wolałem do tego czasu trochę odpocząć. Znalazłem przewrócony pieniek do rąbania drewna i usiadłem na nim ciężko, opierając plecy o belkę biegnącą w poprzek stodoły. W trakcie tej dość prostej operacji udało mi się zaplątać w długi na kilka metrów zwój grubego sznura, sięgnąłem więc po niego, by natychmiast odrzucić go z obrzydzeniem. Zaraz potem wstałem, pochyliłem się i znów wziąłem go do ręki. Nie było wątpliwości — miałem w dłoni fachowo wykonaną, zwieńczoną solidnym węzłem pętlę wisielczą.

Spojrzałem do góry, a potem na ścianę stodoły. Z przylegającej do niej belki zwisał drugi, o wiele krótszy kawałek powrozu niż ten, który trzymałem. Wyglądało więc na to, że znacznie zbliżyłem się do rozwiązania zagadki. Najpewniej w tym miejscu samobójstwo popełnił mąż Bożeny, po czym obudził się już jako postać, u której nie zobaczyłbym źrenic, odciął sznur przy ścianie i poszedł mordować najbliższych. Potem udał się do sąsiedniego domu i okłamał Teresę, po czym porwał jej syna.

Niby wszystko było jasne, ale jednak coś nie grało. Nie to, że Teresa nie zauważyła zmiany, której uległ jej szwagier, bo przecież w hotelu w Łęcznej Janka też nie zobaczyła nic dziwnego w wyglądzie Weroniki.

Stanąłem w miejscu, gdzie znalazłem pętlę i przewrócony pieniek, a potem odliczyłem krokami odległość od ściany. Cztery, a więc około trzech metrów. Krótszy kawałek sznura mierzył co najwyżej metr. Nie było szans, aby sięgnąć ręką z jednego miejsca do drugiego. Jeśli założyć, że mąż Bożeny po targnięciu się na własne życie miał ważniejsze rzeczy na głowie, niż turlanie pieńka i przenoszenie powrozu…

— Nie był sam — szepnąłem, a potem poczułem potężne uderzenie w okolice nerek, które zwaliłoby mnie z nóg, gdyby nie to, że stałem tuż przy ścianie stodoły i mogłem się o nią oprzeć wolną ręką.

— Cóż za przenikliwość — dobiegło zza moich pleców. W tym samym momencie poczułem dwa bolesne ukłucia na szyi, które nieco przygłuszyły rwanie dobiegające z okolicy lędźwi.

Głos wydał mi się znajomy, ale — co trochę mnie zdziwiło — nie należał on do Czarnego. Jego rozpoznanie utrudniał ulewny deszcz, który wciąż bębnił o dach. Gdyby nie to, być może usłyszałbym zbliżające się kroki, niewykluczone jednak, że byłem zbyt zaabsorbowany swoim odkryciem, by zwrócić na nie uwagę. Teraz, kiedy ostre szpikulce prawie przebiły skórę na moim karku, nie miało to już specjalnego znaczenia.

— Jakie to szczęście, że takiś dociekliwy — powiedział. — Już myślałem, że się nie doczekam. Milicję zawiadomiłeś?

Rozmawiałem z nim ledwie kilka chwil przed kościołem w Starzyźnie, a później zdarzyła się nam tylko krótka wymiana zdań na Czarnym Wygonie, ale wtedy jego głos brzmiał zupełnie inaczej. Wtedy to ja byłem katem, teraz był nim on, a przecież głos kata zawsze się będzie różnił od głosu ofiary. Poznałem go więc bardziej po treści pytania. Milicji w Polsce nie było już od ładnych kilkunastu lat, ale w pięćdziesiątym drugim, gdy Dobrowolski wbijał nóż w serce Pauliny Podolak, formacja ta miała się nadzwyczaj dobrze.

— Oczywiście. Jadą już z psami tropiącymi. Będzie ci się trudno odganiać od nich jedną ręką.

Ból na szyi stał się jeszcze silniejszy.

— To już mój kłopot, dowcipnisiu. Do tego czasu zdążę się z tobą porządnie zabawić.

— Myślałem, że wolisz młode dziewczyny, które możesz bezkarnie wykorzystać, a potem…

— Milcz!

Jeden ze szpikulców przebił skórę. Poczułem strużkę krwi spływającą po plecach, a zaraz potem nacisk zelżał.

— Odwróć się — odezwał się Dobrowolski. — Chcę zobaczyć, jak umierasz.

Zrobiłem, co mi kazał.

Środkowe szpikulce czterozębnych wideł, które trzymał w lewej ręce, dotknęły tym razem mojej grdyki. W półmroku widziałem jego fosforyzujące bielą oczy, ale ponieważ kaptur był lekko odchylony, a przez jedną ze szpar w ścianie, o którą się teraz opierałem, wpadało do stodoły pionowe pasmo światła, po raz pierwszy zobaczyłem też jego twarz. Szczerzył zęby jak wściekły pies, czym przypomniał mi spotkanie z Czarnym w piwnicy Adamowiczów. Jednak wtedy miałem do czynienia z cynicznym wyrachowaniem i okrucieństwem przykrytym cienką warstewką okrągłych, starannie dobieranych słów, a tym razem naprzeciw siebie widziałem szaleńca dyszącego żądzą zemsty.

Po raz kolejny żałowałem, że nie mam ze sobą różańca. Gdybym miał więcej oleju w głowie, zapewne moja sytuacja nie byłaby tak beznadziejna. Uśmiechnąłem się z niedowierzaniem na myśl o swojej lekkomyślności, co Dobrowolski natychmiast zauważył.

— Wesoło ci? — spytał.

— Zastanawiam się, czy w pakiecie z widłami dostałeś też kopytka i czarny ogon…

— Ty sukinsynu. Zaraz pożałujesz dnia, w którym się urodziłeś — wyrecytował swoje znane mi już dobrze z brulionu Gielmudy powiedzonko. — Będziesz zdychał w męczarniach.

— Urodziłem się w dniu, w którym zamordowałeś Paulinę. Wiedziałeś o tym?

Przez chwilę na jego twarzy zagościło zdziwienie, ale zaraz potem odparł.

— Nie ma to znaczenia. Szykuj się… — Poczułem mocniejszy nacisk na grdykę.

— Poczekaj chwilę. Ostatnie życzenie skazanego… — wycharczałem.

— Tylko szybko. Chętnie zabawiłbym się z tobą dłużej, ale milicja jest już pewnie w drodze. — W jego głosie zabrzmiała nuta żalu.

— To ty zabiłeś dziewczynki i siostrę Teresy?

Zawahał się, ale potem, uznawszy zapewne, że jego odpowiedź i tak już nic nie zmieni, odparł:

— Nie, to było zadanie dla głowy rodziny.

— Wiedzieliście, że Bielakowa pilnuje syna i musieliście się uciec do podstępu?

— To swoją drogą, ale Tadzik przecież sam z siebie i za darmo nie wywinął takiego numeru. Coś za coś.

— Co dostał w zamian?

— Wykonał zadanie, udowodnił, że można mu zaufać, a w nagrodę dostał coś, na czym bardzo mu zależało. Zdziwiłbyś się, za jakie drobiazgi ludzie są w stanie robić innym krzywdę. — Popatrzył na mnie uważnie, a na jego gębie pojawił się krzywy, lubieżny uśmiech. — W sumie to mogę ci powiedzieć, bo niby czemu nie. Od dawna spotykał się z taką jedną w Zamościu, teraz będą już mogli wić sobie gniazdko bez przeszkód. Przeszkody nie są groźne, gdy dyndają na stryczku. — Roześmiał się, zadowolony ze swojego żartu. — Poza tym pieniędzy też będą mieli pod dostatkiem…

Nie chciałem już dłużej słuchać.

— To ty byłeś przed chwilą w domu, prawda? — przerwałem mu. — Czekałeś na mnie i miałeś nadzieję, że zaskoczysz mnie, gdy przyjdę i zobaczę, że się ruszają? Nie byłeś pewien, czy będę miał ze sobą różaniec, bo Czarny cię ostrzegł, że mogę mieć i kazał ci uważać.

— Jak dla ciebie, to pan Czarny. Bardzoś domyślny. Szkoda, że to nie ty dołączyłeś do naszej drużyny, byłoby nam wtedy łatwiej, no ale cóż… Jak widzisz, ze znalezieniem innych sojuszników nie będzie kłopotu… — Uśmiechnął się jeszcze szerzej, a potem lekko cofnął rękę, by zadać ostateczny cios.

Niektórzy twierdzą, że warto zachować sznur, na którym ktoś się powiesił, bo to przynosi szczęście. Ten, który przed chwilą znalazłem, wciąż spoczywał w mojej dłoni, więc postanowiłem sprawdzić, ile w tym prawdy. Gdy ucisk zelżał, zamachnąłem się i starałem się uderzyć Dobrowolskiego. Początkowo wyglądało na to, że grubo przestrzeliłem, ponieważ pętla nie trafiła w głowę, zaraz potem okazało się co innego — sznur gwałtownie wprawiony w ruch zawinął się za szyją, nabrał rozpędu, okrążając czaszkę na wysokości prawego ucha i okalając czoło tuż nad oczyma, a ciężki, twardy jak kamień węzeł stryczkowy z ogromną siłą uderzył przeklętego klechę w lewą skroń. Jednocześnie uchyliłem się, unikając wideł, które, minimalnie spóźnione, wbiły się w ścianę dokładnie w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą było moje gardło.

Dobrowolski zachwiał się, ale jakimś cudem zdołał utrzymać równowagę, jednak chwilę potem, gdy wolną ręką z całej siły walnąłem go w szczękę, bezwładnie runął do tyłu, uderzając potylicą w pieniek, na którym wcześniej przysiadłem. Pomimo chromej nogi i palącego plecy bólu, skoczyłem do przodu jak nastolatek, zerwałem kaptur habitu i zarzuciłem pętlę na szyję mojego niedoszłego oprawcy. Gdy była już mocno zaciśnięta, drugi koniec sznura przerzuciłem przez biegnącą w poprzek stodoły belkę, a następnie pociągnąłem go z całych sił w dół. Stało się to dokładnie w chwili, gdy Dobrowolski zaczął odzyskiwać świadomość.

Pamiętając o nadludzkiej sile, którą dysponowały upiorne postaci w Starzyźnie, zacząłem zastanawiać się, czy nie jest w stanie podciągnąć się na jednej ręce, ale nawet gdyby mu się to udało, nie zdołałby oswobodzić szyi z ciasno zaciśniętej pętli. Pozostawało więc tylko wytężyć wszystkie siły i czekać, aż sczeźnie, bo przecież drugą rękę miał odstrzeloną nieco poniżej barku. Na pytanie, czy na zawsze, czy też może następnego dnia znów się obudzi w jakimś przypominającym Czarny Wygon miejscu, odpowiedź poznałem już po upływie kilku minut.

*

Okazało się, że uduszenie Dobrowolskiego będzie trudniejsze, niż mi się na początku wydawało. Zdołałem wprawdzie spionizować ciało, ale podniesienie rosłego mężczyzny w taki sposób, by przestał dotykać ziemi palcami stóp, przekraczało moje możliwości. Mało tego — gdy ramiona zaczęły mi mdleć z wysiłku, a on zaczął się gwałtownie szarpać, byłem przekonany, że sznur zaraz zostanie wyrwany z moich dłoni.

W ostatniej chwili dostrzegłem metalowy hak wkręcony w pionową belkę konstrukcyjną. Udało mi się przeciągnąć pod nim powróz i dzięki uzyskanej w ten sposób dźwigni utrzymanie liny stało się o wiele łatwiejsze. Z satysfakcją patrzyłem, jak Dobrowolski rzuca się na wszystkie strony. Nie potrafiłem wzbudzić w sobie nawet krztyny litości. Zresztą wcale tego nie chciałem, pamiętając dobrze, z kim mam do czynienia.

Nagle przyszedł mi do głowy iście szatański pomysł. Wyczekałem chwili, gdy ciało po drugiej stronie sznura zamarło na chwilę i wtedy udało mi się zawiązać na haku prowizoryczny węzeł. Nie był on zbyt skomplikowany, jednak w zupełności wystarczył do utrzymania Dobrowolskiego. Wtedy przeszedłem kilka kroków i stanąłem naprzeciw niego. Zauważył mnie dopiero po chwili, a wtedy jego twarz znów nienawistnie się wykrzywiła. Chyba chciał coś do mnie zagadać, ale sznur skutecznie mu to uniemożliwił.

— Jak się bawisz, gnoju? — zapytałem. — Podobają ci się takie igraszki?

Zamiast odpowiedzi usłyszałem stłumiony charkot.

— Mogę skrócić tę twoją szamotaninę.

Zrobił to, czego się spodziewałem wcześniej. Sięgnął lewą ręką za głowę, złapał za węzeł i podciągnął się lekko.

— Sssspie… eee… — Na więcej nie było go stać, nie mógł tak wytrzymać zbyt długo, puścił więc sznur, a gardłowy głos przeszedł w bezgłośne syczenie. I tak domyśliłem się, co miał mi do zakomunikowania.

— Wystarczy, że odpowiesz na dwa proste pytania. Po pierwsze: gdzie jest Mateusz Bielak?

Pokręcił głową, ale to chyba nie był dobry pomysł, bo zaraz potem wykrzywił twarz z bólu.

Wzruszyłem ramionami.

— Jak wolisz — powiedziałem, a potem przeturlałem pieniek i usiadłem naprzeciw. — Ja mam czas. Masz może papierosa?

Tym razem nawet nie próbował odpowiedzieć. Z najwyższym trudem łapał powietrze i przypatrywał mi się bez słowa.

— Proste pytanie, krótka odpowiedź.

Gdyby miał źrenice, pewnie co chwila uciekałyby mu one pod powieki. Zacząłem się zastanawiać, jak długo tak wytrzyma, zanim się udusi na amen. Zamknął oczy.

— Może potrzebujesz ostatniego namaszczenia? Ach, zapomniałem, jesteś przecież księdzem, więc sam go sobie możesz udzielić. Wyspowiadać się też możesz sam przed sobą.

Tym razem chwycił za węzeł z tak dużym wysiłkiem, że aż zacząłem wątpić, czy uda mu się po raz kolejny podciągnąć.

— U… u Bi… eee… sów.

— U biesów? Coś chyba zaczynasz bredzić albo nie wiesz…? No ale może z drugim pytaniem pójdzie ci lepiej. W jaki sposób Czarny dostaje się do Starzyzny?

Zauważyłem, że ciało Dobrowolskiego zaczęło zwisać bezwładnie, a po chwili wstrząsnęły nim konwulsje. Poderwałem się z miejsca.

— Czekaj, jeszcze nie, muszę poznać odpowiedź przynajmniej na to drugie pytanie! — krzyknąłem i poturlałem pieniek w jego stronę, pamiętając jednak, by pozostać poza zasięgiem jego ręki. Wtedy usłyszałem stanowcze:

— Zostaw go! Popuść linę i go natychmiast zostaw. — Odruchowo rozejrzałem się wokół, ale dźwięczny, tym razem dobrze mi znany głos dobiegał z góry.

Podniosłem głowę.

Twarz Dobrowolskiego, która — nie miałem co do tego wątpliwości — nie należała już w tej chwili do niego, patrzyła na mnie z lekkim zniecierpliwieniem, a w kąciku jej ust czaił się lekki uśmiech.

— Och, mój drogi Witku, ależ ty jesteś nieznośny. Słyszałeś chyba, co powiedziałem? Masz w tej chwili odwiązać tego kretyna. — Mówił bez najmniejszego wysiłku, a pętla w rytm posłusznie poruszała się na jego grdyce.

— Co ty nie powiesz — odparłem, cofając się o dwa kroki.

Pokręcił głową Dobrowolskiego, wykrzywiając jego rysy w wyrazie niezadowolenia.

— Coś ci się pomyliło, przyjacielu. — Tym razem zaprezentował wilczy, pobłażliwy i pełen wyższości uśmiech, który dobrze pamiętałem z piwnicy domu Adamowiczów. — Po pierwsze, nic się nie zmieniło i wciąż nie możesz się do mnie zwracać po imieniu…

— A pieprz się, stary dziadu!

— Po drugie, jest tu w pobliżu mnie pewien bardzo młody człowiek. Jeśli nie spełnisz mojego żądania w ciągu minuty, to skręcę mu kark.

— Nie zrobisz tego! — krzyknąłem.

— Doprawdy? — Tym razem odchylił głowę do tyłu i roześmiał się szczekliwie. — Może się założymy?

— Jaką mam pewność, że…?

— Och, wy z tą swoją zasraną pewnością! Najpierw Teresa, potem Tadeusz, a teraz ty… Nie masz żadnej pewności, rozumiesz? Ale masz moje słowo i ono ci będzie musiało wystarczyć.

Zacząłem się wahać.

— Masz ochotę podjąć takie ryzyko? — zapytał, znów czytając w moich myślach.

— Dotrzyma pan słowa?

— Ja zawsze dotrzymuję słowa — odparł.

Ruszyłem w stronę haka, by rozwiązać węzeł.

— Poczekaj jeszcze chwilę — rozkazał. — Z wezwaniem policji masz zaczekać do zmroku, żeby księżulo zdążył się bez przeszkód oddalić, rozumiesz?

Nie odpowiedziałem.

Chwilę potem ciało Dobrowolskiego głucho uderzyło o podłoże. Podszedłem bliżej. Leżał na boku, więc z łatwością wymierzyłem mu solidnego kopniaka w klatkę piersiową.

— Masaż serca — powiedziałem.

Drgnął i łapczywie nabrał powietrza, a ja powoli, nie odwracając się ani razu, wyszedłem na zewnątrz.

3.

Przestało padać. Podczas szamotaniny z Dobrowolskim, co oczywiste, nie zwracałem uwagi na odgłosy deszczu, ale tuż przed nią przecież jeszcze porządnie lało. Niebo nad Bliżowem zaczęło się przejaśniać, a nad odgradzającymi dolinę od zachodu wzgórzami spomiędzy chmur wystrzeliwały słoneczne promienie, tnące wilgotne i mgliste powietrze niczym złocistoczerwone lancety. W położonych nieopodal krzewach hałaśliwie rajcowało stado wróbli, nie zwracając uwagi na czarnego kocura, który skradał się, by na nie zapolować. Od położonego po drugiej stronie drogi gospodarstwa dobiegał miarowy dźwięk rąbania, a z oddali słychać było zniecierpliwiony kobiecy głos, najpewniej przywołujący niesforne dzieci na obiad lub podwieczorek.

Przybycia Stanisławskiego można było się spodziewać lada chwila, więc przysiadłem na ławeczce ustawionej przy domu od podwórza, starając się spośród otaczających mnie dźwięków wyłowić odgłos silnika zbliżającego się od Guciowa samochodu. Opierając się ciężko o chłodną fasadę budynku, czując jednocześnie ból w plecach i ramionach (skaleczenie na karku na szczęście nie było zbyt głębokie, a krew zaczęła już zasychać), uświadomiłem sobie kilka faktów.

Życie w Bliżowie toczyło się swoim rytmem, podczas gdy w stojącej naprzeciw stodole dochodził do siebie bezwzględny zabójca, któremu miałem obowiązek zapewnić bezpieczną ewakuację pod osłoną nocy. Nie był to fakt, który mnie cieszył, niemniej jednak pozytywne w całej sytuacji było to, że z pewnością mogłem go zabić. Gdyby było inaczej, Czarny nie włączyłby się przecież do gry, ratując w ostatniej chwili jego skórę.

Zatem życie w Bliżowie toczyło się swoim rytmem, odmiennym od tego, z jakim miałem do czynienia w Starzyźnie. Wyglądające nieśmiało spośród chmur słońce i rozświergotane stadko ptaków były na to kolejnym dowodem. Cokolwiek miało się stać w przyszłości, jakkolwiek losy wioski i jej mieszkańców miały się dalej potoczyć, byłem przekonany, że warto podjąć walkę. Nie wiedziałem na razie, jak miałaby ona wyglądać, nie wiedziałem, co można zyskać, a co stracić, ale na pewno nie było jeszcze za późno.

Dotarła do mnie jeszcze jedna kwestia i ona skutecznie zatarła wszelkie pozytywne aspekty, których próbowałem się doszukać — znajdujących się w domu za moimi plecami dziewczynek mama nigdy już nie zawoła późnym popołudniem na obiad. Ani na obiad, ani na kolację, ani na rozpoczynającą się w telewizji wieczorynkę. Żadna z nich nie zobaczy, jak podczas zbliżającej się wiosny zakwitną sady, nie usłyszy w maju śpiewu słowika, nie skosztuje czerwcowych czereśni…

A ten skurwiel, który odebrał im życie, będzie teraz bujał się gdzieś w Zamościu ze swoją nową panienką, szastając na lewo i prawo zakrwawionymi, śmierdzącymi parszywymi łapami Czarnego pieniędzmi. Ona nie zauważy niczego, nie spostrzeże pustych ślepi i będzie sądziła, że wszystko jest jak dawniej, z tą różnicą, że „Tadzik jej kochany” porzucił dla niej swoje dotychczasowe życie. Pewnie jeszcze potem jej nakłamie o tym, że ktoś zamordował jego rodzinę, a ona będzie mu współczuć…

Miałem właśnie wstać i po raz kolejny udać się do stodoły, by z gardła Dobrowolskiego wyszarpać więcej informacji na temat tego, gdzie można znaleźć tego sukinsyna, gdy usłyszałem samochód.

„Jeszcze cię dopadnę, przysięgam” — pomyślałem, po czym wstałem, stękając z bólu, i pokuśtykałem w stronę furtki.

*

Nie wiedziałem, jaki samochód ma Janek, ale ponieważ srebrny ford mondeo przemknął obok domu Teresy, nawet nie zwalniając, uznałem, że będę musiał jeszcze chwilę poczekać na Stanisławskiego. Podobne auto pamiętałem wprawdzie z innego, odległego o lata świetlne życia, ale nie miałem zamiaru zastanawiać się, gdzie mogłem je widzieć. W tamtej chwili najważniejsze było, by wrócić do stodoły, w której dochodził do siebie Dobrowolski. Ten plan musiałem jednak odłożyć na później, ponieważ samochód kilkadziesiąt metrów dalej zahamował z piskiem opon.

Zobaczyłem, że drzwi po stronie kierowcy się otwierają. Zaraz potem ktoś wysiadł i najpierw niepewnie, a potem niemal biegiem ruszył w moją stronę. Lekko przygarbiona sylwetka i posrebrzone siwizną włosy przywołały dawne wspomnienia. Gdy go rozpoznałem, zakręciło mi się w głowie tak bardzo, że aż musiałem oprzeć się o drewniany parkan.

Przystanął jakieś trzy metry przede mną.

— Witek, Boże Święty, to naprawdę ty?!

Od Guciowa nadjeżdżało kolejne auto. Kierowca bordowego passata kombi mrugnął długimi światłami, wrzucił lewy migacz i przeciął linię jezdni, zatrzymując się naprzeciw furtki prowadzącej do domu Teresy, oddalonej ode mnie o kilkanaście metrów.

Uścisnąłem jego wyciągniętą dłoń. W przeciwieństwie do mojej była miękka i delikatna; nie taka, jak pamiętałem ją sprzed dwóch lat. Nie wiem, czy to przez to, że moje ręce przez ten czas stały się o wiele bardziej szorstkie, czy też może jego wydelikatniały. Może i jedno, i drugie.

Popatrzyliśmy sobie w oczy. Tak dobrze mi znany nerwowy tik na milisekundę wykrzywił prawą część pooranej zmarszczkami twarzy. Kosmyk przydługich, prawie całkiem siwych włosów obsunął mu się na czoło. Poprawił go niezgrabnym ruchem.

— Skąd się tu wziąłeś? — Nie potrafiłem wydusić z siebie niczego bardziej sensownego.

Milczał przez moment, jakby zastanawiając się, czy to wszystko przypadkiem mu się nie śni. Wreszcie odparł, wyrzucając z siebie słowa szybko, trochę nieskładnie:

— Przyjeżdżamy czasem z Gorzowa do Krasnobrodu, między innymi na święta, a ja mam tu, w Bliżowie znajomych, którym zawdzięczam życie. Bieda u nich aż piszczy, więc im pomagam jak mogę… Przepraszam cię, ale teraz muszę pędzić do Zamościa. Ich sąsiad potrzebuje natychmiast dostać się do szpitala, więc poprosili, żebym go jak najszybciej tam zawiózł. — Odwrócił głowę w kierunku swojego samochodu, a potem obdarzył mnie ciężkim, pełnym niepewności spojrzeniem. — Poczekasz tu na mnie?

Skinąłem głową. Gdy się oddalał, krzyknąłem jeszcze:

— Co z Paulinką?!

Odwrócił się w moją stronę.

— Później opowiem! Teraz naprawdę nie mogę… — odparł, biegnąc do auta.

— O, niedawno o niego u mnie pytałeś, a widzę, że już się znaleźliście. — Usłyszałem za plecami. Janek trzymał w ręku pięciolitrowy plastikowy kanister i z wyrazem niechęci na twarzy patrzył w ślad za odjeżdżającym fordem. — Ale jak chcesz, żebym się znowu z wami włóczył nocą po lasach, to ja odpadam.

— Nie wiem jeszcze. Być może będzie to konieczne. A spotkaliśmy się przed chwilą z Rafałem po raz pierwszy od dwóch lat i na dodatek zupełnie przypadkowo…

Zainteresowała go tylko pierwsza część mojej wypowiedzi.

— Jak to nie wiesz? Mówiłeś przecież, że masz plan.

— Bo mam, ale na razie tylko krótkoterminowy. Chodź, podrzucisz mnie do samochodu. Paliwo mi się skończyło.

— Do jakiego samochodu? A co z potrójnym morderstwem, co z porwanym chłopcem…? — Z każdym zadawanym pytaniem podnosił głos coraz bardziej. — Jeśli to wszystko prawda, to trzeba policję zawiadomić!

— Zawiadomimy, ale dopiero za jakiś czas — odpowiedziałem cicho, biorąc go za łokieć. — Musimy poczekać do zmroku, bo inaczej chłopak zginie. Zaraz ci to mogę wyjaśnić, ale jeśli postoimy tu jeszcze trochę na widoku, to ktoś z sąsiadów może się zainteresować i wszystko weźmie w łeb.

Jakby na potwierdzenie moich słów ucichł odgłos rąbania drewna, a zaraz potem skrzypnęły drzwi od komórki w położonym po drugiej stronie drogi gospodarstwie.

— Widzisz? — dodałem, wskazując głową w tamtą stronę. — Już się ktoś zainteresował twoimi krzykami. Miałeś mi pomóc, a nie przeszkadzać, prawda?

Dłużej nie