Opis

Powieść angielskiego pisarza Hugh Loftinga Cyrk Doktora Doolittle należy do światowego kanonu literatury dla dzieci. Opowiada o przygodach niezwykłego bohatera – doktora Johna Doolittle, zawsze pogodnego i życzliwego przyjaciela zwierząt, ikonki dziecięcej kultury i wyobraźni. Akcja powieści rozgrywa się bezpośrednio po powrocie głównego bohatera z podróży do Afryki, opisanej w Doktorze Dolittle i jego zwierzętach, powieści wpisanej przez MEN na listę lektur obowiązkowych dla klasy drugiej. Brak pieniędzy na zapłacenie za wynajęty statek, a także na utrzymanie gromadki zaprzyjaźnionych zwierząt, zmusza doktora Dolittle do podjęcia pracy w cyrku.

Początkowo doktor zamierza jedynie pokazywać w cyrku dwugłowca - bardzo rzadkie afrykańskie zwierzę o dwóch głowach przywiezione z Afryki. Jednak znajomość języka zwierząt pozwala doktorowi na przygotowywanie coraz to ciekawszych występów, wreszcie na wystawienie Pantomimy zwierząt z Puddleby, w której nie zabraknie papugi Polinezji, psa Jipa, świnki Geb-Geb, sowy Tu-Tu czy kaczki Dab-Dab. Doktor Dolittle odnosi ogromne sukcesy i zostaje mianowany dyrektorem cyrku. Pozwoli mu to działać na rzecz poprawy sytuacji zwierząt cyrkowych, dotąd fatalnie traktowanych przez właściciela cyrku, pana Blossoma.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 323

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

Doctor Dolittle’s Circus

Przekład:

Adam Zabokrzycki

na podstawie wydania angielskiego

Ilustracje:

Jacek Skrzydlewski

Okładka:

Jarosław Żukowski

LEKTURA DLA KLASY II

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-66251-60-1

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2019

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZYPrzy kominku

To jest historia tej części przygód doktora Dolittle’a, która wydarzyła się w czasie, gdy doktor przyłączył się do cyrkowej trupy i podróżował z nią po kraju. Początkowo nie planował spędzić w ten sposób zbyt wielu dni. Jego zamiarem było organizowanie pokazów dwugłowca tak długo, dopóki nie zarobi tylu pieniędzy, by zwrócić żeglarzowi za wypożyczenie statku, który uległ rozbiciu.

Trzeba przyznać, że uwaga, jaką zrobiła Tu-Tu, była w pełni prawdziwa. Doktor Dolittle łatwo stawał się bogaty – ponieważ w kwestii pieniędzy szybko można było go zadowolić – ale znacznie trudniej przychodziło mu pozostanie bogatym. Dab-Dab miała w zwyczaju powtarzać, że w czasie, kiedy go znała, to o ile pamięta, był całkiem zamożny pięć czy sześć razy, ale im więcej miał pieniędzy, tym prędzej można było się spodziewać, że na powrót będzie biedny.

Wyobrażenia kaczki o fortunie nie były, rzecz jasna, zbyt wygórowane. Ale faktycznie w czasie trwania tego doświadczenia z cyrkiem doktor raz po raz miał w kieszeniach tyle pieniędzy, że można było nazwać go zamożnym, i regularnie jak w zegarku pod koniec tygodnia lub miesiąca znów był bez grosza.

Ale tak na dobre zaczynamy naszą opowieść od momentu, kiedy to doktor i gromadka jego przyjaciół (pies Jip, kaczka Dab-Dab, sowa Tu-Tu, prosię Geb-Geb, dwugłowiec i biała myszka) wrócili nareszcie z niezmiernie długiej afrykańskiej wyprawy do małego domku w Puddleby nad rzeką Marsh.

Niełatwo było wykarmić tak liczną rodzinę, a doktor, którego kieszenie świeciły pustkami, miał niemały orzech do zgryzienia, w jaki sposób zdobyć środki na zakup żywności, nawet na ten krótki okres, zanim zawarta zostanie umowa na współpracę z cyrkiem. Jednakże, przezorna Dab-Dab kazała całej ekipie zabrać ze statku piratów tyle zapasów, ile zostało w spiżarni po zakończeniu podróży. A te, jej zdaniem, przy oszczędnym gospodarowaniu, powinny wystarczyć na dzień lub dwa.

Radość zwierzęcej gromadki z powrotu do domu odsunęła na bok wszelkie troski i myśl o dniu jutrzejszym u wszystkich z wyjątkiem Dab-Dab. Jak przystało na gospodynię z prawdziwego zdarzenia, udała się prosto do kuchni i natychmiast zabrała za szorowanie garnków i przyrządzanie obiadu. Pozostali, nie wyłączając doktora, poszli do ogrodu, by sprawdzić, jak prezentują się ich ulubione miejsca po tak długiej nieobecności. I w dalszym ciągu kręcili się w labiryncie alejek i ścieżek, odwiedzając wszystkie możliwe zakamarki swojego ukochanego domu, gdy nagle zostali wezwani na lunch przez Dab-Dab, uderzającą łyżką o dno patelni. Na ten sygnał kto żyw przygnał do domu. Wszyscy wpadli do starej kuchni, ciesząc się na samą myśl, że oto znów zasiądą razem do posiłku przy stole, gdzie w przeszłości spędzili razem tak wiele jakże miłych chwil.

– Wychodzi na to, że wieczór będzie chłodny i jak nic trzeba palić w kominku – zauważył Jip, sadowiąc się przy stole. W tym wrześniowym wietrze czuje się już taki powiew jesieni… Czy dziś przy kolacji opowie nam pan jakąś historię, doktorze? To już tyle czasu minęło, jak siedzieliśmy tu wianuszkiem wokół płonącego kominka.

– Albo niech nam pan poczyta z tych książek o zwierzętach – włączył się prosiak Geb-Geb. – Może o lisie, który ukradł królewską gęś.

– No dobrze – odparł doktor. – Zobaczymy. Ależ dobre sardynki mieli ci piraci! Sądząc po smaku to pewnie z Bordeaux. Naprawdę trudno pomylić z czymkolwiek innym prawdziwe francuskie sardynki.

W tym samym momencie doktor został wezwany do gabinetu, by zająć się pacjentem – łasicą, która złamała pazur. I ledwie się z tym uporał, gdy z sąsiedniej farmy zjawił się kogut z chorym gardłem. Miał tak zachrypnięty głos, że mógł piać tylko szeptem i rankami nie był w stanie nikogo obudzić. Następnie przybyła parka bażantów z wychudzonym pisklakiem, który od urodzenia nie potrafił prawidłowo dziobać.

Bo choć mieszkańcy Puddleby nie wiedzieli jeszcze o powrocie doktora, to wśród zwierząt i ptaków wiadomość ta rozeszła się lotem błyskawicy. Przez całe popołudnie doktor był zajęty bandażowaniem, udzielaniem porad medycznych i wypisywaniem leków, podczas gdy wciąż rosnący tłumek wielobarwnych pacjentów czekał cierpliwie przed drzwiami gabinetu.

– A niech to kaczka kopnie – westchnęła Dab-Dab. – Wróciły dawne czasy. Zero spokoju. Pacjenci walą drzwiami i oknami rano, w południe i wieczorem.

Jip się nie mylił. Zanim nadciągnął mrok, zrobiło się bardzo chłodno. W piwnicy znalazło się dostatecznie dużo drewna, by rozpalić wesoły ogień, który wkrótce buzował w wielkim kominie. Wokół niego rozsiadły się po wieczerzy zwierzęta, nie dając doktorowi spokoju i prosząc, by opowiedział im jakąś historię lub przeczytał rozdział z jednej ze swych książek.

– Czekajcie no, czekajcie – powiedział doktor. – A co z cyrkiem? Jeżeli mamy zarobić pieniądze, żeby zwrócić je żeglarzowi, musimy się wspólnie nad tym zastanowić. Jeszcze nawet nie znaleźliśmy cyrku, z którym można by zacząć współpracę. Nawet nie wiem, jak najlepiej się do tego zabrać. Wszystkie te cyrki są objazdowe. Występują to tu, to tam. Niech pomyślę, kogo by można spytać.

– Ciii – syknąła sowa Tu-Tu. – Czy to nie był dzwonek u drzwi frontowych?

– Dziwne – zauważył doktor, wstając z krzesła. – Goście? Tak szybko?

– Być może to ta starsza dama z reumatyzmem – powiedziała biała myszka, gdy doktor ruszył, by wpuścić dzwoniącego.

Doktor zapalił w korytarzu świecznik i otworzył drzwi frontowe. A tam stał na progu Handlarz Mięsem dla Kotów.

– Na miły Bóg, toż to Matthew Mugg! – zawołał. – Wchodź, wchodź, przyjacielu. Ale skąd wiedziałeś, że już wróciłem?

– Czułem to w kościach, doktorze – odrzekł Handlarz Mięsem dla Kotów, wchodząc niezgrabnie do hallu. – Nie dalej niż dziś rano mówię do żony: „Teodozjo, powiadam, coś mi mówi, że pan doktor wrócił. Wieczorem tam zajrzę, coby sprawdzić”.

– Tak czy owak, cieszę się, że cię widzę – powiedział John Dolittle. – Zapraszam do kuchni. Tam jest najcieplej.

Chociaż miał przyjść tylko po to, by sprawdzić, czy doktor już jest, Handlarz Mięsem dla Kotów przyniósł ze sobą prezenty: baranią kość dla Jipa, kawałek sera dla białej myszki, rzepę dla Geb-Geb i doniczkę kwitnącego geranium dla doktora. Kiedy gość usadowił się wygodnie na fotelu przy ogniu, doktor zdjął z gzymsu kominka słoik z tytoniem i zachęcił go do nabicia fajki.

– Dostałem pana list w sprawie wróbla – powiedział Matthew. – Przypuszczam, że pana odnalazł?

– Tak. I bardzo nam pomógł. Opuścił statek, gdy znaleźliśmy się u wybrzeży w okolicach hrabstwa Devon i odleciał na ląd. Bardzo się spieszył do Londynu.

– Czy pozostanie pan teraz w domu na dłużej?

– Jakby to powiedzieć… I tak, i nie – odrzekł doktor. – O niczym bardziej nie marzę niż o kilku spokojnych miesiącach w domu, by doprowadzić mój ogród do porządku. Panuje tam nieziemski bałagan. Ale niestety najpierw muszę zarobić trochę pieniędzy.

– Hmm – odrzekł Matthew, pykając z fajki. – Jażem sam próbował tego przez całe życie… Nigdy mi to nie szło za dobrze. Ale mam zaoszczędzone dwadzieścia szylingów, jeżeli by to panu mogło jakoś pomóc.

– Bardzo miło z twojej strony, Matthew, bardzo. Problem jednak w tym… w tym, że ja potrzebuję mnóstwo pieniędzy. Muszę spłacić pewne długi. Ale posłuchaj: mam teraz bardzo osobliwe, nowe zwierzę. Ono ma dwie głowy i stąd jego nazwa – dwugłowiec. Sprezentowały mi go małpy w Afryce na dowód wdzięczności, gdy wyleczyłem je z groźnej zarazy. Pomysł był taki, żebym wędrował z nim po kraju w jakimś cyrku i pokazywał, gdzie się da. Chciałbyś go zobaczyć?

– A pewnie, że chciałbym – odpowiedział Handlarz Mięsem dla Kotów. – Jestem bardzo ciekaw.

– Jest teraz na zewnątrz w ogrodzie – rzekł doktor. – Tylko nie przyglądaj mu się zbyt natarczywie, jeszcze do tego nie przywykł. Okropnie się peszy. Weźmy ze sobą wiaderko wody, że niby przyszliśmy tylko go napoić.

Kiedy rozpromieniony Matthew wrócił z doktorem do kuchni, nie krył najwyższego podziwu i entuzjazmu.

– Ależ doktorze – wykrzyknął – zbije pan ogromną kasę… To pewne jak dwa razy dwa dające cztery! Od początku świata nikt nie widział większego dziwoląga. A tak przy okazji, to zawsze uważałem, że w cyrku zrobiłby pan ogromną karierę… jako jedyny gość, który zna mowę zwierząt. Kiedy pan zamierza zacząć?

– Właśnie w tym sęk. Być może ty mógłbyś mi jakoś pomóc. Chciałbym mieć pewność, że w cyrku, z którym zamierzam podróżować, będą uczciwi ludzie. Myślę, że rozumiesz, o co mi chodzi.

Matthew Mugg pochylił się do przodu i stuknął doktora trzonkiem fajki w kolano.

– Znam właśnie taką ekipę, o jaką panu chodzi – powiedział. – Właśnie w tej chwili w Grimbledonie gości najlepszy cyrk, jaki pan w życiu widział. W tym tygodniu odbywają się tam targi i potrwają do soboty. Widzieliśmy ich z Teodozją pierwszego dnia występów. Cyrk może nie jest zbyt wielki, ale naprawdę świetny… sami fachowcy. A może bym pana jutro zabrał do Grimbledonu i pogadałby pan z ich szefem?

– Znakomity pomysł – odrzekł doktor bez chwili namysłu. – Ale w międzyczasie nie mów absolutnie nikomu o tym pomyśle. Chodzi o to, żeby nikt nie dowiedział się o istnieniu dwugłowca, zanim rzeczywiście pokażemy go na scenie.

ROZDZIAŁ DRUGISpotkanie po latach

Trzeba wam wiedzieć, że Matthew Mugg to był wyjątkowy jegomość. Uwielbiał próbować coraz to nowych zajęć, co zapewne było jedną z przyczyn, dlaczego nigdy się nie dorobił. Tak się zresztą działo, że jego próby znalezienia sobie nowego sposobu zarobkowania kończyły się powrotem do tego, co robił do tej pory, a były to: sprzedaż mięsa dla kotów i psów oraz łapanie szczurów na farmach i w młynach wokół Puddleby.

Matthew sam też próbował zatrudnić się w cyrku w czasie targów w Grimbledonie, ale bez powodzenia. Teraz, gdy dowiedział się, że doktor przymierza się do współpracy z cyrkiem – i do tego z tak niesamowitą atrakcją jak ten dwugłowiec – jego nadzieje ożyły ponownie. I gdy wieczorem wracał do domu, widział już siebie oczyma wyobraźni w roli partnera ukochanego doktora, prowadzącego największy cyrk na świecie.

Nazajutrz zameldował się w domku doktora z samego rana i gdy Dab-Dab zrobiła im kanapki z sardynką na drugie śniadanie, wyruszyli w drogę.

Na piechotę z Puddleby do Grimbledonu był jednak szmat drogi. Nasi wędrowcy nie uszli jeszcze mili, gdy uszu ich dobiegł tętent kopyt za plecami. Odwróciwszy się, ujrzeli farmera jadącego w ich kierunku dwukółką. Widząc dwóch piechurów na drodze, farmer najwyraźniej chciał ich podwieźć. Jednak jego żonie nie spodobał się wygląd Handlarza Mięsem dla Kotów i zabroniła mężowi się zatrzymać.

– No niech to gęś kopnie, jeżeli tak ma wyglądać chrześcijańskie miłosierdzie – powiedział wzburzony Handlarz Mięsem dla Kotów, kiedy wóz przemknął obok nich. – Żeby tak siedzieć sobie wygodnie i mieć w nosie tych, co idą pieszo! To Izydor Stilem, największy hodowca ziemniaków w tej okolicy. Nieraz zamawia mnie, żebym wyłapał mu szczury. Jego żoneczka udaje wielką damę, a mogłaby robić za stracha na wróble. Widział doktor, jak na mnie spojrzała? Że niby szczurołap to towarzystwo nie dla niej!

– Patrz, patrz! – zawołał doktor. – Zatrzymują dwukółkę i zawracają!

Sprawy miały się tak, że koń farmera znał doktora Dolittle’a bardzo dobrze, tak osobiście, jak i z relacji innych zwierząt. Gdy przebiegał obok, rozpoznał, że ten nieduży człowieczek podążający drogą to nie kto inny jak sławny doktor John Dolittle. Uradowany, że jego przyjaciel powrócił z zamorskich wojaży, z własnej inicjatywy wykonał powozem w tył zwrot i biegł żwawo – pomimo wysiłków woźnicy, by go powstrzymać – gdyż bardzo chciał przywitać się z doktorem i spytać o jego zdrowie.

– Dokąd to, doktorze? – spytał koń, gdy był już całkiem blisko.

– Idziemy na jarmark do Grimbledonu – odrzekł doktor.

– To tak jak my – ucieszył się koń. – No to siadajcie na koźle koło tej jędzy.

– Wiesz… nie za bardzo. Nikt nam nie zaproponował – odparł doktor. – Patrz, twój pan próbuje zawrócić w kierunku Grimbledonu. Lepiej go nie denerwuj. No, biegnij już. Nami się nie przejmuj. Jakoś sobie poradzimy.

Bardzo niechętnie koń w końcu usłuchał woźnicy, zawrócił, i raz jeszcze ruszył w kierunku jarmarku. Ale zanim przebiegł więcej niż pół mili, powiedział do siebie:

– Toż to okropny wstyd, żeby tak wielki człowiek szedł na piechotę, podczas gdy te kmiotki jadą sobie wygodnie w wozie. Niech mnie kule biją, jeżeli zostawię go tak na drodze!

Już po chwili, udając, że się czegoś przestraszył, zawrócił dorożkę gwałtownie i popędził galopem z powrotem po doktora. Żona farmera rozdarła się na całe gardło, a jej mąż z całych sił ściągnął lejce. Ale koń nie zwracał na nich najmniejszej uwagi. Dotarłszy do doktora, stanął dęba i zaczął wierzgać, dokazując jak rozbrykany źrebak.

– Niech pan wsiada na wóz, panie doktorze – wyszeptał. – Niech pan wsiada albo ci prostacy wylądują w rowie.

Obawiając się, że zaraz dojdzie do jakiegoś nieszczęścia, doktor pochwycił konia za uzdę i poklepał go delikatnie po pysku. Niemal natychmiast zwierzę zrobiło się łagodne jak baranek.

– Pański koń jest nieco narowisty – powiedział doktor do farmera. – Pozwoli pan, że przez chwilę ja będę powoził? Jestem doktorem weterynarii.

– Niech i tak będzie – zgodził się farmer. – Wydawało mi się, że mam o koniach jako takie pojęcie. Ale dzisiaj rano zupełnie nie daję sobie z nim rady.

Na te słowa doktor wdrapał się na siodło i chwycił lejce, a Handlarz Mięsem dla Kotów wgramoliwszy się za nim, usiadł obok naburmuszonej pani Stiles, chichocząc z zadowolenia.

– Ładny dzień mamy, droga pani – zagaił Matthew Mugg. – Jak tam szczury w stodole?

Do Grimbledonu dotarli około południa. W miasteczku było nader ludno, panował gwar i ogólna świąteczna atmosfera. Na targowisku zwierząt wystawiano w zagrodach dorodne bydło mięsne, świnie medalistki, tłuste owce i konie pociągowe pełnej krwi ze wstążkami w grzywach.

Wokół panowała atmosfera pikniku, a doktor i Matthew przedzierali się cierpliwie przez tłum w kierunku ogrodzenia, za którym znajdował się namiot cyrkowy. Doktor obawiał się nieco, żeby nie trzeba było tam płacić za wstęp, jako że jego kieszenie świeciły pustkami.

Ale u wejścia do cyrku zobaczyli wysokie podium, z tyłu którego wisiała kurtyna. Wyglądało to na jakiś teatrzyk pod gołym niebem. Na podium tym stał człowiek z ogromnym czarnym wąsem. Co jakiś czas zza kurtyny wychodzili ludzie w pstrokatych strojach, a wąsacz przedstawiał ich zgromadzonym gapiom i opowiadał, jakie to wspaniałe sztuczki potrafią robić. Kim by nie byli: klaunami, akrobatami czy zaklinaczami węży, mistrz ceremonii za każdym razem podkreślał, że są najlepsi na świecie.

Publika była pod ogromnym wrażeniem i co chwila ludzie pojedynczo lub parami przeciskali się przez tłum, płacili przy niewielkiej bramce i wchodzili za cyrkowe ogrodzenie.

– No i widzi pan, doktorze – szepnął mu do ucha Handlarz Mięsem dla Kotów. – A nie mówiłem panu, że to wspaniałe przedstawienie? Proszę tylko spojrzeć! Ludzie walą tam setkami.

– Czy ten gość z wąsami to dyrektor cyrku? – spytał doktor Dolittle.

– Tak, to on. To jest pan Blossom we własnej osobie, Aleksander Blossom. To właśnie z nim przyszliśmy się zobaczyć.

Doktor zaczął torować sobie drogę wśród tłumu, a Matthew ruszył za nim. W końcu dotarli przed podium i doktor zaczął dawać znaki wielkiemu wąsaczowi, że chce z nim mówić. Ale pan Blossom był tak zajęty głośnym zachwalaniem atrakcji, jakie oferuje cyrk, że doktor – maleńki człowieczek w ogromnym tłumie – nie był w stanie zwrócić na siebie jego uwagi.

– Niech pan wejdzie na podium – powiedział Matthew. – Proszę wejść i pogadać z nim.

I tak doktor zaczął gramolić się na scenę, ale speszył się niesamowicie, stając twarzą wobec tak wielkiej ciżby ludzkiej. Jednak gdy znalazł się już na górze, zebrawszy całą odwagę, poklepał mężczyznę po ramieniu i wydukał:

– Pan wybaczy.

Pan Blossom przestał zdzierać gardło, zachwalając „najwspanialszy show na ziemi”, i spojrzał w dół na małego i okrągłego jak piłka człowieczka, który wyrósł przed nim jak spod ziemi.

– Ten… tego… ee – zaczął doktor.

Potem nastąpiła cisza i z tłumu rozległ się nerwowy chichot.

Blossom, jak przystało na rasowego showmana, nigdy nie tracił rezonu i rzadko marnował okazję, by błysnąć poczuciem humoru cudzym kosztem. I podczas gdy John Dolittle nadal głowił się, jak zacząć, dyrektor obrócił się raptownie do tłumu i machając ręka w kierunku doktora, zawołał:

– A to, proszę pań i panów, jest autentyczny Humpty-Dumpty12 – ten sam, który przysporzył tylu kłopotów wszystkim konnym i dworzanom królewskim. Kupujcie bilety, zapraszam do środka, zaraz zobaczycie, jak spadnie z wysokiego muru.

Na te słowa tłum ryknął śmiechem i biedny doktor chyba nigdy w życiu nie czuł się tak skonfundowany.

– Niech pan coś do niego powie, niech pan powie! – darł się z dołu Handlarz Mięsem dla Kotów.

Po chwili, gdy śmiech nieco ucichł, doktor spróbował raz jeszcze. Ledwie jednak otworzył usta, gdy z tłumu rozległ się pojedynczy, przeszywający wrzask: JOHN!

Doktor odwrócił głowę w tamtym kierunku i patrząc na morze głów, próbował wyłuskać tę, która zawołała go po imieniu. Aż wreszcie na obrzeżach tłumu zobaczył kobietę, wymachującą zamaszyście zielonym parasolem.

– A kto to jest? – spytał zdezorientowany Handlarz Mięsem dla Kotów.

– Niech bóg ma nas w swej opiece! – jęknął doktor z zawstydzoną miną, gramoląc się ze sceny.

– Nie wiem, Matthew, co my teraz zrobimy… przecież to Sara!

ROZDZIAŁ TRZECIUmowa handlowa

– Kogo ja widzę! – wydobył z siebie John Dolittle, gdy wreszcie dopchał się do siostry. – Wyglądasz znakomicie. Jak pączek w maśle!

– Dobra, dobra, braciszku, takie teksty to nie do mnie – ofuknęła go Sara. – Powiedz mi lepiej, co niby ma oznaczać to błaznowanie na scenie? Czy nie wystarcza ci, że rzuciłeś najlepszą praktykę w Zachodniej Anglii, by poświęcić się białym myszkom, tresowanym żabom i temu podobnym paskudztwom? Ty naprawdę nie masz wstydu! Co ty w ogóle tutaj robisz?

– Myślałem właśnie o rozpoczęciu pracy w cyrku – wyjaśnił doktor.

Sara westchnęła głęboko i przyłożyła rękę do czoła, jakby miała za chwile zemdleć. Chwilę później podszedł do nich wysoki szczupły mężczyzna w stroju pastora, który stał za Sarą i wziął ją pod rękę.

– Coś się stało, kochanie? – spytał.

– Pozwól, że przedstawię ci mojego brata – powiedziała Sara słabym głosem. – To jest John Dolittle, jak już mówiłam, mój brat. A to jest Wielebny Launcelot Dingle, proboszcz parafii Grimbledon, mój mąż. Ale Johnie, ty chyba nie mówisz serio? Poza tym kim jest ten pan? – dodała, gdy Matthew Mugg utorował sobie drogę przez tłum i przyłączył się do nich.

– To jest Matthew Mugg – powiedział doktor. – Przecież nie mogłaś go zapomnieć.

– A fe… szczurołap – skrzywiła się Sara i przymknęła oczy z obrzydzenia.

– Nic podobnego. On handluje mięsem – oburzył się doktor. – Panie Mugg, to jest Wielebny Launcelot Dingle.

Doktor przedstawił swojego obdartego i brudnego przyjaciela z szacunkiem należnym królowi.

– Posłuchaj tylko, Johnie – zaczęła Sara. – Jeżeli faktycznie podejmiesz tę zwariowaną pracę, to obiecaj mi, że zrobisz to pod przybranym nazwiskiem. Nie masz pojęcia, jaką szkodę przyniosłoby to naszej pozycji w mieście, gdyby wyszło na jaw, że szwagier tutejszego proboszcza jest cyrkowym komediantem!

Doktor popadł w chwilową zadumę i zaraz też uśmiechnął się promiennie.

– Pełna zgoda, siostrzyczko, będę używać zmienionego nazwiska. Ale nic przecież nie poradzę, jeżeli ktoś mnie rozpozna, prawda?

Pożegnawszy się z Sarą, doktor i Handlarz Mięsem dla Kotów znów ruszyli poszukać dyrektora cyrku. Znaleźli go przeliczającego gotówkę koło bramki i tym razem udało im się z nim swobodnie porozmawiać.

John Dolittle opisał to wspaniałe zwierzę, które trzymał u siebie w ogrodzie, i powiedział, że chciałby razem z nim występować w cyrku. Aleksander Blossom oświadczył, że chciałby najpierw zwierzę zobaczyć i poprosił doktora, żeby z nim tutaj przyjechał. Ale John Dolittle stwierdził, iż byłoby lepiej, gdyby dyrektor wpierw przyjechał do Puddleby, by zapoznać się z dwugłowcem.

W końcu na tym stanęło. I gdy tylko doktor wytłumaczył dyrektorowi, jak dotrzeć do małego domku przy Oxenthorpe Road, kompani ruszyli w drogę powrotną, bardzo zadowoleni z tego, co dało się do tej pory osiągnąć.

– No dobrze, ale jeżeli zacznie pan pracę w cyrku Blossoma – zagadnął Matthew, gdy maszerowali drogą do Puddleby, pałaszując kanapki z sardynką – to znajdzie pan coś tam dla mnie? Na pewno bym się przydał. Zająłbym się wozem cyrkowym, karmił i czyścił zwierzaki.

– Nie ma sprawy, Matthew – odrzekł doktor. – Ale co z twoim dotychczasowym biznesem?

– A, to… – Matthew zmarszczył nos, zatapiając zęby w kolejnej kanapce z sardynką. – Z tego nie ma żadnej kasy. A poza tym, co to za sztuka, podawać przekarmionym pudlom skrawki mięsa na szpikulcu! Nie ma… nie ma… jak by tu powiedzieć (pomachał ku niebu ręką z kanapką)… nie ma w tym nic z przygody. Ja tam przepadam za ryzykiem, czymś nieco zwariowanym. Zawsze taki byłem, od kołyski. No a cyrk, samo życie. To jest praca dla mężczyzny.

– A co z twoją żoną? – spytał doktor.

– Teodozją? Och, ona pojechałaby ze mną. Tak jak i ja uwielbia przygody. Mogłaby cerować ubrania i robić, co tam akurat wypadnie. Co pan sądzi?

– Co ja sądzę? – powiedział doktor, bezwiednie gapiąc sie pod nogi, gdy tak szli do Puddleby. – Przepraszam, ale myślałem właśnie o siostrze.

– Dziwny facio, za którego wyszła, co nie? – zauważył Handlarz Mięsem dla Kotów. – Ten Wielebny Dangle.

– Dingle – poprawił go doktor. – Tak, on także uwielbia przygody. Dziwny jest ten świat… Biedna poczciwa Sara!… Biedny stary Dingle!… Dziwny ten świat.

Późnym wieczorem, gdy zamknęły się bramy na jarmarku w Grimbledonie, dyrektor cyrku pan Blossom zjawił się w domku doktora Dolittle’a w Puddleby przy Oxenthrope Road.

Tamże w ogrodzie mógł przyjrzeć się w świetle latarki posilającemu się trawą dwugłowcowi. Następnie mężczyźni udali się do biblioteki i pan Blossom powiedział:

– To ile pan chce za to zwierzę?

– To jakieś nieporozumienie. Dwugłowiec nie jest na sprzedaż – odparł doktor.

– No nie. Myślę, że jakoś się dogadamy. Przecież on panu jest – że tak powiem – psu na budę. Gołym okiem widać, że z pana żaden showman. Dam panu za niego dwadzieścia funtów.

– Nic z tych rzeczy – odparł doktor.

– Trzydzieści funtów – zawołał pan Blossom.

Doktor był nieugięty.

– Czterdzieści funtów… pięćdziesiąt funtów – powiedział dyrektor. Następnie oferował coraz to wyższe kwoty, w końcu tak wysokie, że Handlarzowi Mięsem dla Kotów, który był świadkiem rozmowy, oczy niemal nie wyszły z orbit ze zdumienia.

– To nie ma sensu za grosz – nie wytrzymał w końcu doktor. – Albo bierze pan mnie i jego do swojego cyrku, albo dwugłowiec zostaje tu, gdzie jest. Obiecałem, że osobiście będę pilnować, czy jest on należycie traktowany.

– Nie rozumiem – powiedział dyrektor. – Czy on nie jest pańską własnością? Komu pan obiecał?

– On jest swoją własną własnością – odparł doktor. – Przybył tutaj, aby mi pomóc. To jemu, dwugłowcowi złożyłem taką obietnicę.

– Co?! Człowieku, pan chyba zwariował – wykrzyknął dyrektor cyrku.

Matthew Mugg miał już wyjaśnić dyrektorowi, że doktor potrafi porozumiewać się ze zwierzętami w ich języku, ale ten ostatni powstrzymał go gestem ręki.

– A zatem, albo pan się zgodzi na mnie i dwugłowca, albo na żadnego z nas.

Na takie dictum dyrektor cyrku powiedział: nie. Oświadczył, że nie zgadza się na takie warunki i ku ogromnemu rozczarowaniu Handlarza Mięsem dla Kotów pochwycił swój kapelusz i wyszedł.

Nie minęło jednak dziesięć minut, gdy w drzwiach ponownie rozległ się dzwonek. Pan Blossom spodziewał się, że swoim wyjściem nakłoni upartego doktora do zmiany zdania. Skoro to nie poskutkowało, wrócił, by kontynuować negocjacje.

No cóż, finał całej sprawy był taki, że dyrektor w końcu zgodził się na wszystkie warunki postawione przez doktora. Dwugłowiec i osoby mu towarzyszące mają dostać do swojej dyspozycji jeden wóz i chociaż będą podróżować jako część cyrku, zachowają niezależność i będą mogły robić, co im się żywnie podoba. Zarobione pieniądze będą dzielone równo pomiędzy doktora i dyrektora. Ilekroć dwugłowiec zechce dzień wolnego, to będzie go dostawać i Blossom będzie spełniać każde jego życzenie odnośnie do jedzenia.

Gdy już wszystkie punkty porozumienia zostały uzgodnione, dyrektor powiedział, że nazajutrz przyśle po nich jeden z wozów, po czym zaczął zbierać się do wyjścia.

– Ale, ale – zawołał, będąc już na progu. – Jak właściwie się pan nazywa?

Doktor już miał mu powiedzieć, kiedy przypomniał sobie prośbę Sary.

– A, no tak, proszę mówić do mnie John Smith.

– W porządku, panie Smith – odrzekł showman. – Niech pańska ekipa będzie gotowa o jedenastej rano. Dobranoc.

– Dobranoc panu – odrzekł doktor.

Jak tylko zamknęły się drzwi wejściowe, Dab-Dab, Geb-Geb, Jip, Tu-Tu i biała myszka, które podsłuchiwały całej rozmowy ukryte w rozmaitych zakamarkach domu, wybiegły jak na komendę na korytarz i zaczęły na cały głos trajkotać jedno przez drugie.

– Hurra! – chrząknął Geb-Geb. – Hurra! Niech żyje cyrk!

– A niech to! – zwołał Matthew Mug. – Wychodzi na to, że pan nie jest w końcu aż tak kiepskim biznesmanem. Tak pan zakręcił tym dyrektorkiem, że dał panu wszystko, czego pan zażądał. Było jasne, że za skarby świata nie chce stracić takiej szansy. Widział pan, jak szybko wrócił, gdy przestraszył się, że z interesu nici? Założę się, że ma nadzieję zarobić na nas kokosy.

– Biedny, stary dom – westchnęła Dab-Dab, z czułością ścierając kurz z wieszaka na kapelusze – żeby tak szybko go znowu opuszczać.

– Hurra! – rozdarł się prosiak Geb-Geb, próbując stanąć na tylnych raciczkach i żonglować na ryjku kapeluszem doktora. – Hurra! Niech żyje cyrk! Jutro jedziemy do cyrku!

ROZDZIAŁ CZWARTYDoktor zostaje zdemaskowany

Nazajutrz z samego rana Dab-Dab postawiła cały dom na nogi. Zarządziła, że już przed siódmą śniadanie ma być zjedzone, stół uprzątnięty, a naczynia pomyte, jeżeli wszystko ma być gotowe do odjazdu o jedenastej.

Gwoli ścisłości należy odnotować, że za sprawą sumiennej gosposi dom był zamknięty i wszyscy czekali na schodkach frontowych kilka godzin wcześniej, niż pojawił się wóz cyrkowy. Ale przecież doktor nadal był zapracowany po łokcie. Do ostatniej minuty przyjmował pacjentów, którzy przybywali zewsząd, a ich dolegliwości wymagały interwencji lekarza. W końcu Jip, który przez cały czas siedział na czatach, przybiegł do oczekujących, którzy teraz przenieśli się do ogrodu.

– Wóz cyrkowy nadjeżdża – wyrzucił z siebie zdyszany. – Cały żółto-czerwony… Jest tuż za rogiem.

Wiadomość podziałała elektryzująco i wszystkich ogarnęła gorączka podróży. Kto żyw chwycił za swoje pakunki. Bagaż prosiaka stanowił worek pełen rzepy. Kiedy Geb-Geb pędził do wozu, sznurek, którym związana była rzepa pękł i okrągłe białe warzywa rozsypały się na wszystkie strony.

Wóz, gdy wreszcie ukazał się oczom oczekujących, prezentował się bajkowo. Wyglądał jak najprawdziwszy wóz cygański, miał okna, drzwi i komin. Pomalowany był niezwykle żywymi kolorami i był zupełnie nowy.

Odwrotnie niż koń, który był już staruszkiem. Doktor od razu stwierdził, że nigdy nie widział tak wynędzniałego i steranego życiem zwierzęcia. Rozmawiając z nim, dowiedział się, że koń pracuje w cyrku trzydzieści pięć lat. Wychodziło mu to już bokami. Na imię miał Beppo. Doktor postanowił, że porozmawia w jego sprawie z dyrektorem cyrku, bo to już najwyższy czas, żeby biedne zwierzę przeszło na emeryturę i pozwolono mu dożyć swych dni w spokoju.

Pomimo że pojazd był fabrycznie nowy, Dab-Dab zamiotła go starannie, zanim ułożyła w nim swoje pakunki. Przed wyjazdem kazała spakować pościel doktora i owinąć ją prześcieradłem jak pakunek z ubraniami do pralni. Bardzo przy tym uważała, żeby nic się nie zabrudziło.

Kiedy zwierzęta wraz z bagażem znalazły się na wozie, doktor nabrał poważnych obaw, czy rachityczny koń poradzi sobie z takim ciężarem. I nawet chciał pchać wóz, by mu pomóc. Ale Beppo zapewnił go, że nie ma takiej potrzeby. Jednakże doktor nie chciał wsiąść do pojazdu, by nie zwiększać jego ciężaru. I kiedy zaciągnięto zasłony w oknach, żeby nikt po drodze nie mógł zobaczyć dwugłowca, wyruszyli do Grimbledonu z woźnicą, który po nich przyjechał na koźle, podczas gdy doktor i Handlarz Mięsem dla Kotów szli z tyłu za powozem.

Gdy przejeżdżali przez targ w Puddleby, woźnica zatrzymał się na chwilę, by sobie coś kupić. A gdy wóz czekał przed bramą targowiska, wokół niego zebrał się pokaźny tłum ciekawskich, który chciał widzieć, dokąd zmierza i co kryje w środku. Matthew Mugg puszył się dumnie jak paw i świerzbiło go, by się pochwalić, ale doktor zabronił mu otwierać ust.

Około czternastej dotarli na targowisko w Grimbledonie i weszli bocznym wejściem na teren cyrku. W środku czekał na nich dyrektor Aleksander Blossom.

Nie krył zdziwienia, zobaczywszy towarzystwo, które przyjechało wraz z doktorem z Puddleby. Najbardziej zaskoczył go widok prosiaka. Niemniej był tak uradowany obecnością dwugłowca, że nie bardzo przejął się resztą menażerii.

Od razu też zaprowadził ich do miejsca, które określił mianem „boksu”, i które kazał zbudować dla nich tego ranka. Przypominał on doktorowi platformę, na której po raz pierwszy rozmawiał z dyrektorem. Miała ona blisko metr wysokości i widać było stamtąd scenę, a nad nią płócienne zadaszenie. Jednak od sceny, na którą prowadziły schody, oddzielała widzów kurtyna, więc nikt nie mógł nic zobaczyć, dopóki nie zapłacił, by móc wejść do środka.

Na przedzie widniał napis:

Żółto-czerwony wóz (w którym miała zamieszkać ekipa doktora, poza dwugłowcem) został zaparkowany za „boksem”. Dab-Dab natychmiast zabrała się za słanie łóżek i urządzanie wnętrza, by w wozie było tak przytulnie jak w domu.

Blossom chciał natychmiast wystawić dwugłowca na pokaz, ale doktor się nie zgodził. Powiedział z naciskiem, że każde dzikie zwierzę potrzebuje odpoczynku po podróży z Puddleby. Doktorowi zależało na tym, by płochliwy dwugłowiec miał czas na przywyknięcie do hałaśliwego życia w cyrku, zanim zjawi się żądna sensacji publiczność.

Blossom nie był, rzecz jasna, zadowolony, ale w końcu dał za wygraną. Następnie, ku uciesze wszystkich zwierząt, zaoferował się oprowadzić doktora po całym cyrku i przedstawić go swoim artystom. Zatem gdy ulokowano dwugłowca w jego nowym mieszkaniu na podeście i doktor przypilnował, by zwierzę dostało siano, wodę i odpowiednie posłanie, cała ekipa z Puddleby wyruszyła na zwiedzanie cyrku.

Główne przedstawienie odbywało się tylko dwa razy dziennie: o drugiej po południu i o szóstej trzydzieści wieczorem, pod kopułą olbrzymiego namiotu opasanego wysokim parkanem. Ale wokół głównego namiotu znajdowały się mniejsze, a także boksy, i w większości przypadków trzeba było zapłacić za wstęp. Dla doktora i jego ekipy przeznaczony był również jeden namiot. W pozostałych znajdowały się przeróżne atrakcje: strzelnice, namiot, gdzie odbywały się Zgaduj-Zgadule, w innych czekali na zwiedzających tubylcy z Borneo, kobiety z brodą, karuzele, siłacze, zaklinacze węży, całe menażerie dzikich zwierząt i wiele innych niespodzianek.

Blossom najpierw zabrał doktora i jego przyjaciół do cyrkowego zwierzyńca. To, co jednak zobaczyli, prezentowało się nader żałośnie. Większość zwierząt była okropnie zaniedbana i głęboko nieszczęśliwa. Doktora tak poruszył widok tych biednych istot, że gotów był zrobić dyrektorowi karczemną awanturę. Ale na szczęście powstrzymał go Handlarz Mięsem dla Kotów, który widząc, co się święci, szepnął mu do ucha:

– Nie ma sensu zaczynać od awantury, doktorze. Odczekajmy jakąś chwilę. Kiedy dyrektor przekona się, ile pan dla niego znaczy, jak pan daje radę z tymi zwierzakami, to będzie pan mógł wymóc na nim, co tylko pan zechce. Jeżeli zacznie pan od zadymy na wstępie, to może pan stracić pracę. I wówczas Święty Boże nie pomoże.

Doktor Dolittle potrafił docenić dobrą radę. Na razie zadowolił się więc szeptaniem do zwierzaków przez kraty ich klatek, mówiąc, że ma nadzieję, iż da się wkrótce ulżyć ich marnemu losowi.

Ledwie tam weszli, gdy jakiś niechlujnie odziany jegomość wprowadził do środka wycieczkę przybyłą ze wsi. Zatrzymawszy się przed klatką, w której uwięziony był jakiś mały zwierzak o wyleniałym futerku, zawołał:

– A to, szanowne panie i panowie, jest słynny hurri-gurri, mieszkaniec lasów Patagonii. Lubi zwisać z gałęzi, czepiając się na nich ogonem. Przechodzimy do następnej klatki.

Doktor, za którym podążał Geb-Geb, podszedł do klatki i przyjrzał się „słynnemu hurri-gurri”.

– Hej, bujać to my, ale nie nas – wymamrotał. – Przecież to jest zwyczajny opos z Ameryki. Jeden z nadrzędu torbaczy.

– Skąd pan wie, że to jest torbacz, doktorze, przecież nie ma żadnej torebki? – spytał Geb-Geb, starając się być dowcipny.

– A to – ryknął jegomość w obszarpanej odzieży, stając przed następna klatką – jest największy słoń trzymany w niewoli.

– Raczej najmniejszy, jakiego w życiu widziałem – mruknął doktor.

Później pan Blossom zaproponował, żeby przenieść się do kolejnego namiotu, gdzie występuje księżna Fatima, zaklinaczka węży. Jako pierwszy skierował się do wyjścia i z cuchnącego, ciasnego pomieszczenia wszyscy wydostali się na świeże powietrze. Doktor mijał szereg klatek, gdzie w środku były zwierzęta ze zwieszoną głową i smutną miną. Wielu ich lokatorów rozpoznając wielkiego Johna Dolittle’a, dawało mu znaki, żeby się zatrzymał i z nimi porozmawiał.

Kiedy weszli do namiotu zaklinacza węży, nie było tam nikogo z publiczności poza nimi samymi. Na małej scenie ujrzeli księżnę Fatimę, pudrującą swój olbrzymi nos i przeklinającą pod tym nosem w cockney’u22. Obok jej krzesła w dużym, płytkim pudle kłębiły się dziesiątki węży. Handlarz Mięsem dla Kotów zajrzał do środka, wydał okrzyk przerażenia i rzucił się do ucieczki.

– Spokojnie, Matthew – zawołał za nim doktor. – Nie ma powodu do paniki. One są zupełnie nieszkodliwe.

– Co ma znaczyć, że niby nieszkodliwe? – warknęła księżna Fatima, patrząc spode łba na doktora. – To so kobry królewskie z Indii. Majo najwięcej jadu ze wszystkich węży na świecie.

– Nic podobnego – odparł doktor. – To są północno amerykańskie czarne węże… niejadowite.

I doktor połaskotał jednego pod szyją.

– Zostaw pan tych węży w spokoju! – ryknęła Fatima, zrywając sie z krzesła. – Bo jak nie, to zdzielę przez ten kwadratowy łeb.

W tym momencie interweniował pan Blossom i przedstawił rozwścieczoną zaklinaczkę panu Smithowi.

Rozmowa, która nastąpiła później (Fatima była nadal zbyt poirytowana, by się w nią angażować), została przerwana przez chętnych do obejrzenia występu zaklinaczki. Dyrektor odciągnął doktora i jego towarzystwo do kąta i szepnął:

– Panie Smith, ona jest cudowna. Jedna z moich największych gwiazd. Zachęcam do oglądnięcia.

Za kurtyną, na zapleczu rozległy się dźwięki bębna i piszczałki. Zaraz też Fatima wstała i wyjąwszy dwa węże z pudła, owinęła je sobie wokół szyi i ramion.

– Panie i panowie żechcom siem troche przybliżyć – wabiła słodkim głosem przybyłych – a lepiej widżec będziecie!

– Dlaczego ona tak śmiesznie mówi? – wyszeptał Geb-Geb do doktora.

– Ciii! Przypuszczam, iż jej się wydaje, że tak brzmi wschodni akcent – wzruszył ramionami doktor.

– Dla mnie brzmi to jak akcent wyższych sfer – chrząknął Geb-Geb. – Tłusty, pokraczny babsztyl.

Zauważywszy, że doktorowi nie zanadto przypadły do gustu popisy księżnej Fatimy, dyrektor postanowił zaprowadzić go na inny pokaz.

Przechodząc w kierunku namiotu siłacza, Geb-Geb zobaczył scenkę z teatrzyku z Punchem i Judy32, która akurat była odgrywana. Sztuka doszła właśnie do momentu, w którym pies Toby gryzie pana Puncha w nos. Geb-Geb oniemiał z podziwu. Zafascynowanego prosiaka trudno było stamtąd odciągnąć. I tak już zostało przez cały ich pobyt w cyrku pana Blossoma. Geb-Geb nie opuścił ani jednego przedstawienia… I chociaż był to za każdym razem jeden i ten sam spektakl, i prosiak nauczył się go na pamięć, to nigdy mu się on nie znudził.

Następny namiot zgromadził pokaźną publiczność i stłoczeni kmiotkowie każdorazowo sapali z zachwytu, gdy potężnie zbudowany mocarz dźwigał w powietrze nieprawdopodobne ciężary. I nie było w tym żadnego oszustwa. Do grona podziwiających dołączył John Dolittle, klaszcząc i wzdychając z zachwytu.

Sam siłacz obdarzony nieziemskimi muskułami wyglądał na porządnego faceta. Doktor polubił go od pierwszej chwili. Jednym z jego popisowych numerów było ćwiczenie z ogromnym hantlem, który, leżąc na plecach, mocarz wypychał stopami do góry, prostując całkowicie nogi w kolanach. Wymagało to nie tylko siły, ale i zręczności, bo gdyby hantel spadł, mężczyzna z pewnością mocno by ucierpiał. Właśnie dzisiaj, kiedy siłacz uniósł nogi pionowo w górę, i tłum oniemiał z podziwu, nagle rozległ się głośny trzask. Jedna z desek na scenie nie wytrzymała. Hantel natychmiast zsunął się ze stóp mocarza i spadł mu prosto na klatkę piersiową.

Tłum podniósł okropny krzyk, a dyrektor cyrku wskoczył na scenę. Potrzeba było dwóch ludzi, by zsunąć hantel z ciała siłacza. Ale nawet wtedy siłacz nie próbował wstać. Leżał nieruchomo na deskach z zamkniętymi oczami, a twarz jego była trupioblada.

– Sprowadźcie lekarza – wrzasnął dyrektor do Handlarza Mięsem dla Kotów. – Szybko! On jest poważnie ranny. Nieprzytomny. Doktora, migiem!

Ale John Smith alias doktor John Dolittle był już na scenie, stojąc nad dyrektorem klęczącym przy rannym siłaczu.

– Niech pan zejdzie z drogi i pozwoli mi go zbadać – powiedział stanowczym tonem.

– Zaraz, zaraz… A co pan może tu wskórać? On jest ciężko ranny. Proszę patrzeć, z jakim trudem łapie oddech. Musimy sprowadzić lekarza.

– Ja jestem lekarzem – odparł John Dolittle. – Matthew, biegnij do wozu po moją czarną torbę.

– Pan jest lekarzem?! – zdziwił się dyrektor cyrku, wstając z kolan. – Zdawało mi się, że słyszałem „pan Smith”.

– Jasne, że to lekarz – rozległ sie głos z tłumu. – Swego czasu był to najlepszy doktor w Zachodniej Anglii. Znam go. Nazywa się Dolittle… John Dolittle z Puddleby nad rzeką Marsh.

ROZDZIAŁ PIĄTYDoktor traci zapał

Doktor stwierdził, że spadający hantel złamał siłaczowi dwa żebra. Jednak wyraził opinię, że mając tak silny organizm, pacjent powinien wyzdrowieć błyskawicznie. Rannego położono do łóżka w jego przyczepie, żeby tam dochodził do zdrowia. Doktor zaglądał do niego cztery razy dziennie, a Matthew spał w jego przyczepie, by się nim opiekować.

Siłacz występujący pod pseudonimem Herkules nie krył wdzięczności wobec doktora Dolittle’a i bardzo się do niego przywiązał, co – jak jeszcze zobaczycie – okaże się niezwykle przydatne.

Kiedy w pierwszą noc w cyrku doktor układał się do snu, pomyślał, że o ile z zaklinaczki węży Fatimy uczynił sobie wroga, to w Herkulesie na pewno zyskał przyjaciela.

Rzecz jasna, gdy już wyszło na jaw, że jest tym lekarzem-dziwakiem z Puddleby nad rzeką Marsh, dalsze ukrywanie swej tożsamości nie miało sensu. I bardzo szybko stał się znany wśród cyrkowej braci jako „Doktor” lub „Doktorek”. Wychwalany pod niebiosa przez Siłacza szybko zyskał takie uznanie w zespole, że wszyscy wzywali go do najdrobniejszych nawet dolegliwości, od kobiety z brodą do klauna.

Następnego dnia odbył się pierwszy pokaz dwugłowca. Jego występ zrobił ogromną furorę. Jeszcze nigdy w żadnym cyrku ludzie nie mieli okazji oglądać zwierzęcia o dwóch głowach i dlatego przed kasą utworzyła się gigantyczna kolejka chętnych na kupno biletu, by popatrzeć na ten dziw nad dziwy. Początkowo zwierzęciu o mało nie pękło serce ze wstydu i zakłopotania i stale chowało jedną ze swych głów pod stertą słomy, żeby tylko uniknąć ciekawskich spojrzeń tych wszystkich gapiów. Skutkiem tego wielu ludzi nie dawało wiary, że ma więcej niż jedną głowę. Widząc to, doktor poprosił go, by był tak dobry i zechciał trzymać obie głowy na widoku.

– Słuchaj, nie musisz patrzeć na ludzi – poradził wystraszonemu dwugłowcowi. – Chodzi o to, by mogli zobaczyć, że faktycznie masz dwie głowy. Możesz odwrócić się do publiczności plecami… obydwoma końcami.