Cudowna podróż - Selma Lagerlof - ebook + książka

Cudowna podróż ebook

Lagerlof Selma

4,1

Opis

Cudowna podróż jest powieścią fantastyczną szwedzkiej autorki Selmy Lagerlöf. Ta skandynawska książka została po raz pierwszy wydana w 1907 roku i szybko wpisała się do światowego kanonu literatury dziecięcej. Jej bohaterem jest czternastoletni Nils Holgersson, uwielbiający figle i psoty chłopak, wychowujący się na wsi. Pewnego dnia Nils odkrywa krasnoludka, którego próbuje złapać i zamknąć w klatce. Krasnoludek rzuca na niego czar i Nils zostaje zmniejszony do wzrostu skrzata. Musi uciekać na grzbiecie gąsiora Marcina przed wrogimi mu zwierzętami zagrodowymi, nad którymi wcześniej nieraz się znęcał. Dla Nilsa rozpoczyna się pełna przygód podróż inicjacyjna w kluczu gęsi lecących do dalekiej Laponii.

Lektura dla klasy VI

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 698

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału

Nils Holgerssons underbara resa genom Sverige

Przekład na podstawie wydania angielskiego

Adam Zabokrzycki

Projekt okładki

Sylwia Malon

Przygotowanie wydania elektronicznego

hachi.media

Na okładce wykorzystano reprodukcję portretu Selmy Lagerlöf z 1908 roku autorstwa Carla Larssona

LEKTURA DLA KLASY VI

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-914-9

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2018

CHŁOPIEC

ElfNiedziela, dwudziesty marca

Dawno temu żył na świecie pewien chłopiec. Liczył sobie – powiedzmy – coś około czternastu wiosen. Był długi jak patyk, a przy tym dość gibki. Czuprynę miał koloru morskiego piasku. Jedyne co robił dobrze, to jadł i spał. Uwielbiał też płatanie figli. Poza tym nieźle mu wychodziło zbijanie bąków.

Był niedzielny poranek i rodzice chłopca szykowali się do kościoła. Nasz bohater siedział na krawędzi stołu w samej koszuli i pomyślał jak to wspaniale, że ojciec i matka wychodzą, więc przez kilka godzin voila! droga wolna, by nieco podokazywać.

– Dobra nasza! – powiedział do siebie. – Można spokojnie sięgnąć po pukawkę, trochę postrzelać i nikt człowiekowi nie będzie z tego powodu robić niestosownych uwag.

Ale, co to? Ojciec, jakby czytając w jego myślach, zatrzymał się i stanąwszy na progu, odwrócił głowę i rzekł:

– Skoro nie chcesz iść z nami do kościoła, to bądź grzecznym chłopcem i przeczytaj kazanie w domu. Przyrzeknij, że to zrobisz!

– Nie ma sprawy. To mogę zrobić bez problemu – odrzekł chłopiec, a przecież pomyślał, oczywiście, że przeczyta tylko tyle, na ile będzie miał ochotę. A na czytanie raczej nie miał zbytniej ochoty.

Pomyślał, że nigdy nie widział jeszcze u matki takiej gorliwości. W sekundę znalazła się przy półce koło kominka, zdjęła z niej Komentarze Marcina Lutra, położyła je na stole naprzeciw okna i otwarła księgę na kazaniu na tę niedzielę. Otworzyła także Nowy Testament i umieściła go obok Komentarzy. W końcu przysunęła wielki fotel, kupiony rok wcześniej na aukcji parafialnej, na którym z reguły nie mógł zasiadać nikt inny poza ojcem.

Chłopiec usiadł, uważając w duchu, że mama zadaje sobie zbyt wiele trudu, rozkładając te pisma na stole, ponieważ on nie ma zamiaru przeczytać więcej niż stronę. Ale znów, już po raz drugi, było tak, jakby ojciec przejrzał go na wskroś. Podszedł do syna i powiedział surowym tonem:

– Tylko pamiętaj, że masz czytać uważnie! Bo jak wrócimy z mamą, odpytam cię dokładnie i jeżeli okaże się, że pominąłeś jakaś stronę, to nie wyjdzie ci to na dobre.

– Kazanie ma czternaście i pół strony – dorzuciła matka, jakby chciała go już całkiem pognębić. – Musisz zabrać się za czytanie natychmiast, bo inaczej nie uporasz się z nim na czas.

Po chwili wyszli. A chłopiec stał w drzwiach, odprowadzając ich wzrokiem i pomyślał, że tak oto schwytano go w pułapkę.

„No i poszli przekonani, gratulując sobie, że wymyślili coś tak sprytnego, co zmusi mnie do siedzenia i ślęczenia nad kazaniem przez cały czas ich nieobecności” – pomyślał.

Ale ojciec i matka na pewno nie gratulowali sobie niczego w tym rodzaju, ale – wprost przeciwnie – byli mocno przybici. Należeli do uboższych farmerów, a ich gospodarstwo było niewiele większe od przydomowego ogródka. Kiedy się w to miejsce sprowadzili, nie dało się tam hodować więcej niż jednej świni i pary kur, ale ponieważ byli ludźmi nieprzeciętnie zdolnymi i pracowitymi, mieli teraz zarówno krowy, jak i gęsi. Sprawy przybrały dla nich bardziej korzystny obrót i szliby tego pięknego poranka do kościoła usatysfakcjonowani i szczęśliwi, gdyby nie mieli na głowie takiego utrapienia jak ich syn. Ojciec narzekał, że chłopiec był niezbyt lotny, a do tego leniwy. Ani myślał przykładać się do nauki w szkole i, mówiąc najogólniej, był takim skończonym nicponiem, iż trudno by go nawet przyuczyć do pasania gęsi. Matka nie zaprzeczała, że to prawda, ale jeszcze bardziej bolało ją, że był niesforny i bez serca, okrutny dla zwierząt i wrogo usposobiony do ludzi.

– Oby Bóg natchnął jego serce dobrocią i sprawił, że nasz syn stanie się lepszym dzieckiem! – powiedziała matka. – W przeciwnym razie będzie nieszczęściem, zarówno dla samego siebie jak i dla nas.

Chłopiec stał przez dłuższy czas, zastanawiając się, czy powinien przeczytać, co mu nakazano, czy nie. W końcu doszedł do wniosku, że tym razem lepiej jednak być posłusznym. Usiadł w wygodnym fotelu i zaczął czytać. Ale po chwili, kiedy tak mamrotał pod nosem linijki tekstu, jego własny monotonny głos zaczął działać na niego usypiająco i głowa chłopca coraz bardziej chyliła się ku przodowi.

Na dworze panowała przepiękna pogoda! Był dwudziesty marca, a chłopiec mieszkał w miasteczku Zachodni Vemminghög w Skanii na południu Szwecji, gdzie wiosna była już w pełnej krasie. Nie było jeszcze całkiem zielono, ale wszystko wokół pączkowało i pachniało świeżością. Wszystkie przydrożne rowy wypełniała woda, a wszechobecny wzdłuż nich podbiał kwitł już na dobre. Wszystkie chwasty wyrosłe pomiędzy kamieniami błyszczały orzechowym odcieniem. Bukowe lasy w oddali zdawały się pęcznieć i gęstniały z każdą sekundą. Wysoko w górze niebo pyszniło się nieskazitelnym błękitem. Przez na wpół otwarte drzwi chaty do pokoju dolatywał śpiew skowronka. Kury i gęsi dreptały po podwórzu, a krowy w oborze, które czuły już wiosnę w powietrzu, przeciągłym rykiem co rusz wyrażały swe uznanie Matce Naturze.

Chłopiec czytał i choć głowa ciążyła mu jak ołów, walczył z ogarniającą go sennością.

„Nie! W żadnym wypadku nie mogę usnąć – pomyślał – bo przecież w ten sposób nie uporam się z kazaniem do południa”.

Niemniej – jakimś sposobem – udało mu się zasnąć.

Nie miał pojęcia, czy spał tylko chwilę, czy znacznie dłużej; ale zbudził go jakiś stłumiony hałas za jego plecami.

Na parapecie okna, na wprost chłopca, stało małe lusterko i widać w nim było niemal całą chatę. Gdy podniósł głowę popatrzył przelotnie do lusterka, a potem zauważył, że otwarta jest pokrywa matczynego kufra.

Jego mama miała wielki, ciężki, okuty żelazem dębowy kufer, którego nikomu poza nią samą nie wolno było otwierać. W nim przechowywała wszystkie rzeczy odziedziczone po swojej matce i obchodziła się z nimi z ogromnym pietyzmem. W nim znajdowało się kilka staromodnych wiejskich sukien z czerwonego sukna domowej roboty z krótkim stanem, kraciastą koszulą i wysadzaną perłami ozdobną spinką na piersi. Były tam nakrochmalone na sztywno, białe, lniane stroiki oraz ciężkie, srebrne ornamenty i łańcuchy. Ludzie już się tak nie ubierali w tamtym czasie i wiele razy jego mama myślała o tym, by pozbyć się tych staroci, ale jakoś nigdy nie miała serca, by to zrobić.

Teraz chłopiec widział wyraźnie – w lusterku – że wieko kufra jest otwarte. Nie mógł zupełnie zrozumieć, jak to mogło się stać, ponieważ mama zamknęła kufer przed wyjściem do kościoła. Nigdy nie zostawiłaby cennego kufra otwartego, kiedy syn miał zostać sam w domu.

Chłopiec poczuł się nietęgo, a ściślej, zawładnął nim strach. Obawiał się, że być może do chaty zakradł się złodziej. Bojąc się wykonać jakikolwiek ruch, siedział nieruchomo, gapiąc się w lusterko.

Kiedy tak siedział i czekał, aż złodziej w końcu się pokaże, nagle uwagę jego przykuł ciemny cień, który padał na krawędź kufra. Patrzył i patrzył, i aż nie chciał uwierzyć własnym oczom. A rzecz, która w pierwszej chwili prezentowała się tak mrocznie i tajemniczo, pomału wyłaniała się z cienia i przybrała realne kształty. Była to nie tyle rzecz, co elf siedzący okrakiem na krawędzi kufra!

Co prawda chłopiec słyszał opowieści o elfach, ale nigdy nie myślał poważnie, że takie małe stworzenia istnieją naprawdę. Elf, który siedział na krawędzi kufra, nie był wyższy niż szerokość dłoni. Miał starą, pomarszczoną twarz bez zarostu. Ubrany był w czarny surdut, bryczesy do kolan i czarny kapelusz z szerokim rondem. Był bardzo zadbany i elegancki z białymi koronkami pod szyją i mankietami tegoż koloru, a duże klamry przy trzewikach i kokardy na podwiązkach dopełniały stroju. Wyciągnął z kufra haftowaną chustkę i siedział, podziwiając staroświecką ręczną robotę z takim szacunkiem, że nie zauważył, iż chłopiec się obudził.

Chłopiec był trochę zdziwiony, widząc elfa, ale – z drugiej strony – niespecjalnie się go obawiał. Nie sposób było bać się kogoś tak maleńkiego. A skoro elf był tak pochłonięty własnymi myślami, że ani nie widział, ani nie słyszał, to chłopiec pomyślał, że będzie niezła zabawa, jeżeli spłata mu jakiegoś figla, na przykład wepchnie go do kufra i zamknie wieko lub coś w tym rodzaju.

Ale chłopiec nie był na tyle odważny, by ośmielić się dotknąć elfa rękami, zamiast tego zaczął rozglądać się za czymś, czym mógłby wepchnąć karzełka do kufra. Jego wzrok błądził od sofy do stołu z opuszczanym blatem i od stołu do kominka. Patrzył na imbryki, potem na termos na kawę stojące na półce obok kominka i wiadro na wodę przy drzwiach, a także na łyżki i noże, i widelce, spodki i talerze widoczne przez półotwarte drzwiczki. Popatrzył na dubeltówkę ojca wiszącą na ścianie obok portretu duńskiej rodziny królewskiej i na geranium i fuksje, które kwitły w doniczkach na oknie. W końcu wzrok jego padł na siatkę na motyle zwisającą z framugi okna. Ledwie na nią spojrzał, a już trzymał ją w ręku. Podskoczył do góry i przeciągnął nią wzdłuż krawędzi kufra. Sam się zdziwił, jak udanie przebiegła ta operacja – już w pierwszej próbie schwytał biednego elfa. Nieborak leżał teraz na dnie długiej siatki, twarzą w dół, bez szans, by się oswobodzić.

W pierwszej chwili chłopiec nie miał zielonego pojęcia, co począć z tą zdobyczą. Jedyne co przyszło mu do głowy, to kołysanie siatką w tył i w przód, żeby elf nie mógł stanąć na równe nogi i spróbować się wydostać. Schwytany zaczął mówić i błagalnym tonem prosić o litość. Przynosił rodzinie chłopca szczęście przez tak wiele lat, więc zasługuje na lepsze traktowanie. Powiedział też, że jeżeli chłopiec go wypuści, to dostanie od niego starą monetę, srebrną łyżkę i złoty pieniądz wielkości dewizki w srebrnym zegarku jego ojca.

Chłopiec nie uważał oferty za coś godnego uwagi, ale tak się dziwnie stało, że po tym, jak zdobył nad elfem władzę absolutną, zrodziły się w nim obawy. Czuł, że zawarł pakt z czymś dziwacznym i niezrozumiałym, czymś co zupełnie nie należało do jego świata i chciał pozbyć się tego najszybciej, jak tylko się da.

Z tego też powodu od razu przystał na zaproponowaną transakcję. Przytrzymał siatkę nieruchomo, żeby elf mógł się z niej wydostać. Ale gdy elf miał właśnie się z niej uwolnić, chłopiec doszedł do wniosku, że powinien domagać się korzystniejszych warunków umowy i otrzymać w zamian coś lepszego. Powinien przynajmniej postawić warunek, żeby elf przy pomocy swej magii wtłoczył mu do głowy to kazanie…

„Ale ze mnie dureń, żeby zgodzić się, by wyszedł z siatki!” – pomyślał i zaczął potrząsać nią gwałtownie, by skrzat znów spadł na dno.

Ale w chwili, gdy to zrobił, otrzymał tak siarczysty cios w ucho, iż miał wrażenie, że jego głowa rozleci się zaraz na kawałki. Rzuciło go najpierw na jedną ścianę, potem na drugą, aż wreszcie osunął się na podłogę i leżał tam bez przytomności.

Gdy się ocknął, w chacie nie było żywego ducha. Wieko kufra było zamknięte, a siatka na motyle wisiała na swoim miejscu. Gdyby nie nieznośne pieczenie policzka po tym piekielnym ciosie w ucho, to pomyślałby, że wszystko to mu się przyśniło.

„W każdym razie ojciec i matka na pewno będą twierdzić, że to nie mogło być nic innego – pomyślał. – A już na pewno nie popuszczą mi w sprawie kazania z powodu tego elfa nie-elfa. Najlepiej jak znowu zabiorę się za czytanie”.

Ale co to? Gdy szedł do stołu, który według wszelkich znaków na niebie i ziemi nie zmienił się na jotę, zauważył coś niezwykłego. Przecież nie mogło być tak, że chata nagle zrobiła się większa. Ale dlaczego musiał zrobić aż tyle kroków więcej niż zwykle, by dojść do stołu? I co się stało z krzesłem? Nie wyglądało na większe niż przed chwilą, ale teraz musiał stanąć najpierw na poprzeczce łączącej jego nogi, a następnie wspinać się z trudem, by sięgnąć siedzenia. Podobnie było ze stołem. Nie mógł spojrzeć znad jego blatu, dopóki nie wdrapał się na poręcz krzesła.

– O co u licha tutaj chodzi? – powiedział chłopiec na głos. – Wygląda na to, że elf zaczarował zarówno fotel, jak i stół… No i całą chatę.

Komentarz do Biblii leżał nadal na stole i najwyraźniej zupełnie się nie zmienił, a jednak działo się z nim coś naprawdę bardzo dziwnego. Chłopiec nie mógł przeczytać nawet jednego słowa, dopóki nie stanął na samej książce.

Przeczytał kilka wierszy i wówczas spojrzał znad książki. Jego wzrok padł na lusterko…

– Ki diabeł! – chłopiec aż zakrzyknął. – Patrzcie go! Jest następny!

Bo w lusterku ujrzał całkiem wyraźnie małego ludzika w kapturze i skórzanych bryczesach.

– No nie! Ten to ubrany jest zupełnie jak ja! – zawołał chłopiec i ze zdziwienia zacisnął dłonie. Ale natychmiast zobaczył, że ten w lustrze zrobił dokładnie to samo. Po chwili zaczął ciągnąć się za włosy, szczypać w ramiona, robić piruety, a ten w lustrze małpował każdy jego ruch.

Chłopiec raz po raz biegał za lusterko, by sprawdzić, czy nie ma za nim tego małego człowieczka, ale nie znalazłszy tam nikogo, zaczął się trząść ze strachu. Zrozumiał w końcu, że został zaczarowany przez elfa i ten mały ludzik, którego odbicie widział w lustrze, to był nie kto inny jak on sam.

Dzikie gęsi

Chłopiec po prostu nie mógł uwierzyć, że został przemieniony w elfa. „To nie może być nic innego jak tylko sen, dziwaczne urojenie – pomyślał. – Jeżeli tylko poczekam kilka chwil, to zostanę na powrót zmieniony w człowieka”.

Usadowił się przed lusterkiem i zamknął oczy. Otworzył je ponownie po kilku minutach, spodziewając się, że koszmar minął, ale nic z tych rzeczy. Był i pozostał tak mały, jak przed zamknięciem oczu. Pod innymi względami był taki sam jak wcześniej. Cienkie włosy koloru słomy, piegi na nosie, łaty na skórzanych bryczesach i pocerowane skarpetki, były takie jak wcześniej, tyle że pomniejszone.

Nie, bez sensu byłoby przyjęcie biernej postawy w oczekiwaniu. Akurat co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Musi spróbować czegoś innego. I pomyślał, że najmądrzejszą rzeczą, jaką może zrobić, to spróbować odnaleźć elfa i zawrzeć z nim ugodę.

Podczas gdy zajęty był szukaniem, płakał i modlił się, obiecywał wszystko, co tylko przyszło mu do głowy: nigdy więcej nie złamie raz danego przyrzeczenia, nigdy więcej nie będzie niegrzeczny i nigdy, przenigdy już nie uśnie podczas lektury kazania. Gdyby tylko na powrót mógł zmienić się w normalnego człowieka, byłby bardzo dobrym, pomocnym i posłusznym chłopcem. Ale bez względu na to, ile obiecywał, nie zmieniało to jego sytuacji nawet na jotę.

Nagle przypomniało mu się, jak mama mówiła, że wszystkie krasnoludki mają swoje domki w oborze i natychmiast doszedł do wniosku, że musi się tam udać i sprawdzić, czy nie odnajdzie w niej owego elfa. Szczęśliwym trafem drzwi do chaty były częściowo otwarte, bo inaczej w żaden sposób nie sięgnąłby zasuwy, nie mówiąc o jej przesunięciu, a tak mógł swobodnie wyśliznąć się z domu.

Kiedy był jeszcze w sieni, zaczął się rozglądać za swoimi drewniakami, bo w domu, a jakże, chodził w skarpetkach. Zastanawiał się właśnie, jak poradzi sobie w tych ogromnych, niezgrabnych butach, kiedy wzrok jego natknął się na parę maleńkich bucików na progu.

Kiedy uświadomił sobie, że elf był na tyle zapobiegliwy, by także zaczarować jego obuwie, poczuł się jeszcze podlej. Najwyraźniej elf zamienił go w karzełka na bardzo, bardzo długo.

Na ścieżce z dębowego bruku przed chatą skakał sobie dziarsko mały wróbelek. Ledwie skierował na chłopca wzrok, gdy zaćwierkał:

– Ćwir, ćwir! Patrzcie na Nilsa! Patrzcie na Paluszka! Patrzcie na Nilsa Holgerssona Paluszka!

Natychmiast zarówno gęsi jak i kury odwróciły się, gapiąc na chłopca, by po chwili już zanosić się panicznym gdakaniem.

– Kukuryku! – zapiał kogut. – Dobrze mu tak! Kukuryku! Za to że szarpał mnie za grzebień.

– Ko-ko-ko – dobrze mu tak – wtórowały kogutowi kury, gdakając nieprzerwanie. Gęsi zbiły się w ciasną grupkę, wyciągnęły razem szyje i spytały:

– Kto mógł to zrobić? Kto mógł to zrobić?

Ale najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że Nils rozumiał, co one mówią. Był tak zdumiony, że stał na progu jak wryty i słuchał.

– To na pewno dlatego, że zostałem zamieniony w elfa – powiedział. – Prawdopodobnie to dlatego rozumiem ptasią mowę.

Pomyślał, że to bardzo przykre, iż te kury powtarzają w kółko „dobrze mu tak”. Rzucił w nie kamyczkiem i wrzasnął na całe gardło:

– Zamknijcie się przekupki!

Ale do tej pory nie przyszło mu do głowy, że nie był już takim chłopcem, jakiego muszą bać się kury. Teraz cały kurnik ruszył na niego w szyku bojowym i otoczył go pierścieniem. Po chwili chór kurzych gardeł zaczął skandować:

– Ko-ko-kooo, dobrze ci tak! Ko-ko-kooo, dobrze ci tak!

Chłopiec starał się uciec, ale kury ruszyły za nim pędem, wrzeszcząc w niebogłosy, aż biedak myślał, że zaraz ogłuchnie. Bardziej niż prawdopodobne, że nigdy nie udałoby mu się zbiec, gdyby na horyzoncie nie pojawił się kot Mruczek. Jak tylko kury go zobaczyły, ucichły natychmiast, udając, że jedyne co mają na myśli, to grzebanie w ziemi w poszukiwaniu robaków.

Chłopiec natychmiast podbiegł do kota.

– Kochany koteczku! – zawołał. – Kto jak kto, ale ty na pewno znasz wszystkie dziury i kryjówki w gospodarstwie. Bądź tak dobry, mały śliczny kotku i powiedz mi, gdzie mogę znaleźć elfa.

Mruczek milczał przez chwilę. Rozsiadł się na ziemi, zwinął ogon wokół tylnych łap w zgrabny wianuszek i patrzył na chłopca bez słowa. Był to duży czarny kot z jedną białą plamką na piersi. Jego sierść, przylizana i miękka, lśniła w słońcu. Pazury miał schowane, a zmrużone powieki były mętnoszare z małym ciemnym wąskim pasemkiem źrenicy pośrodku. Kot sprawiał wrażenie istoty łagodnej i absolutnie niegroźnej.

– Wiem aż nadto dobrze, gdzie mieszka elf – powiedział cicho – ale to nie oznacza, że mam ochotę ci o tym powiedzieć.

– Kochany koteczku, musisz mi powiedzieć, gdzie mieszka ten elf! – powiedział chłopiec. – Czyż byś nie widział, jak mnie zaczarował?

Kot otworzył nieco oczy i przez szparki powiek błysnęła zielona niegodziwość. Wykonał obrót wokół własnej osi i mruknął przeciągle z satysfakcją, zanim odpowiedział.

– To może mam ci pomóc dlatego, że tak często łapałeś mnie za ogon? – wykrztusił w końcu.

To tak rozłościło Nilsa, że na chwilę zupełnie zapomniał, jaki jest teraz mały i bezradny.

– Och! Mogę znów pociągnąć cię za ogon. Zaraz się przekonasz! – wykrzyknął i ruszył biegiem wprost na kota.

W następnej sekundzie Mruczek zmienił się tak, że chłopiec zwątpił, czy to ten sam kot. Każdy pojedynczy włos z jego sierści stanął dęba. Grzbiet wygiął się w łuk, nogi mu się wydłużyły, pazury drapały w ziemi, ogon zrobił się krótki i gruby, uszy położył po sobie, na pysku widać było pianę, a oczy miał szeroko otwarte i świeciły się jak iskry czerwonego ognia.

Chłopiec postanowił, że nie da się Mruczkowi zastraszyć i zrobił śmiały krok do przodu. Reakcja kota była błyskawiczna: wykonał jeden skok i wylądował prosto na chłopcu, przewracając go na wznak. Szybko też stanął nad nim z przednimi łapami na piersi malca i z szeroko rozdziawionym pyskiem nad jego szyją.

Chłopiec poczuł, jak ostre pazury kota, przebiwszy kamizelkę i koszulę, utkwiły w jego ciele i jak górne kły muskały mu gardło. Zaskrzeczał po pomoc tak głośno, jak tylko mógł, ale nikt nie przyszedł mu z pomocą. Pomyślał, że tak oto nadeszła jego ostatnia godzina. Ale co to? Już po chwili poczuł, jak kot chowa pazury i puszcza jego gardło.

– No dobra! – powiedział. – Na razie wystarczy. Tym razem daruję ci przez wzgląd na moją panią. Chciałem tylko, żebyś wiedział, który z nas jest teraz górą.

I to powiedziawszy, odszedł, wyglądając znów tak lśniąco i niewinnie, jak wtedy gdy pierwszy raz pojawił się w naszej opowieści. Chłopiec czuł się tak sponiewierany, że nie powiedział ani słowa, tylko pospieszył do obory szukać elfa.

Były tam trzy krowy. Gdy chłopiec wszedł do środka, podniosły tak niesamowity harmider, że poprzez ich ryki i wierzganie można by pomyśleć, iż jest ich tam przynajmniej trzydzieści.

– Muu, muu, muu! – ryczała Mućka. – Jak to dobrze, że mamy sprawiedliwość na tym świecie.

– Muu, muu, muu – ryczały wszystkie trzy naraz unisono. Nie mógł zrozumieć, co mówią, bo każda z nich próbowała przeryczeć pozostałe.

Chłopiec chciał zapytać o elfa, ale jego głosik nie mógł przebić się przez tę kakofonię ryków. Zachowywały się dokładnie tak samo, jak wtedy gdy chłopiec poszczuł je bezpańskim psem. To wierzgały tylnymi kopytami, to pochylały i prostowały swe łby, jakby mierząc rogami odległość.

– Podejdź no tu! – rzekła Mućka – a dostaniesz takiego kopa, że go prędko nie zapomnisz!

– Podejdź no tu – ryknęła Krasula – a zobaczysz, jak fajnie tańczy się na moich rogach!

– Podejdź no tu, a poczujesz, co to za przyjemność dostać drewnianym chodakiem, którym rzuciłeś we mnie latem! – zawołała Gwiazdeczka.

– Podejdź no tu, a odpłacę ci za tę osę, którą wpuściłeś mi do ucha! – ryknęła groźnie Krasula.

Mućka była z nich najstarsza i najmądrzejsza, ale też i najbardziej wściekła.

– Podejdź no tu – zawołała – żebym mogła ci odpłacić za to, jak wyrywałeś matce wiaderko z mlekiem i za wszystkie pułapki, jakie stawiałeś na jej drodze, gdy szła, dźwigając mleko do domu i za wszystkie jej łzy, gdy tak stała, załamując ręce nad synem gamoniem!

Chłopiec chciał powiedzieć, jak żałuje, że był dla nich tak niemiły i że od tej pory nigdy, przenigdy nie będzie już taki, będzie tylko i wyłącznie dobry, jeżeli zechcą mu powiedzieć, gdzie jest elf. Ale krowy nie zwracały na niego uwagi. Nadal w oborze panował taki raban, że zaczął się obawiać, czy jedna z krów nie zerwie się z uwięzi. Doszedł do wniosku, że nic tu po nim i cichaczem wyniósł się na podwórze.

Gdy już wyszedł, był doszczętnie załamany. Zrozumiał, że nikt w gospodarstwie nie zechce mu pomóc odnaleźć elfa. A przecież znalezienie go najpewniej nic by mu nie dało.

Na dworze wdrapał się na szeroki żywopłot z dzikich róż pokrytych złotorostem ściennym, który okalał posesję. Siedząc na nim, zadumał się, co to dalej z nim będzie, jeżeli nigdy już nie odzyska ludzkich rozmiarów. Kiedy ojciec i matka wrócą z kościoła, to bardzo się zdziwią. Tak, będzie to nie lada zaskoczenie w całej krainie i ludzie będą ciągnęli tłumnie ze Wschodniego Vemminghög i z Torp, i Skerup. Całe miasteczko Vemminghög przyjdzie się na niego gapić. Być może ojciec i matka zabiorą go ze sobą do Kivik, by pokazywać na targu.

Nie, to było tak okropne, że wręcz nie do pomyślenia. Wolałby, żeby żaden człowiek nigdy go więcej nie zobaczył.

Jego położenie było doprawdy nie do pozazdroszczenia! Nikt na całym bożym świecie nie był tak nieszczęśliwy jak on. Nie był już człowiekiem, ale dziwolągiem.

Pomału zaczął sobie zdawać sprawę, co to oznacza nie być już człowiekiem. Teraz nic już nie było dla niego. Nie mógł bawić się z innymi chłopcami, nie mógł zajmować się gospodarstwem pod nieobecność rodziców i na pewno żadna dziewczyna nie wpadłaby na pomysł, by wyjść za niego za mąż.

Usiadł i patrzył na swój dom. Była to mała drewniana chata, która sprawiała wrażenie, jakby ciężki spadzisty dach przygniatał ją do ziemi. Zabudowania gospodarcze były także niewielkie, a miejsca pomiędzy nimi było tak mało, że z trudem mógł tam nawrócić koń. Ale chociaż było to niewielkie i ubogie miejsce do życia, było i tak obecnie za dobre dla niego. Nie mógł teraz prosić o żadne lepsze miejsce niż dziura pod podłogą w stajni.

Na dworze było przepięknie! Wszystko tętniło życiem, pączkowało, pluskało, szemrało i ćwierkało. Wszystko wokół niego. Ale on siedział tak sam z ciężkim sercem. Już nigdy niczym nie będzie się cieszyć.

Nigdy też nie widział, żeby niebo nad głową było tak niebieskie jak dzisiaj. Ptaki rozpoczęły właśnie swoje wiosenne przeloty. Przybyły tutaj z obcych krajów, podróżując nad wschodnią częścią Morza Bałtyckiego w okolicach portu Smygehuk w Skanii i leciały teraz na północ. Było tam wiele różnych gatunków, ale Nils znał tylko dzikie gęsi, które leciały w dwóch długich rzędach łączących się pod kątem, kreśląc w powietrzu literę „A”.

Wiele kluczy gęsi gęgawych minęło już gospodarstwo Nilsa. Leciały bardzo wysoko, a i tak słyszał, jak gęgały do siebie:

– Teraz w kierunku gór! Będziemy lecieć nad górami!

Kiedy dzikie ptaki zobaczyły udomowione gęsi chodzące po podwórzu, obniżyły znacznie lot i zaczęły wołać:

– Przyłączcie się do nas! Lećcie z nami! Tam daleko w kierunku gór!

Swojskie gęsi nie mogły oprzeć się pokusie, by zadrzeć głowy do góry i słuchać, ale odpowiedziały bardzo rozsądnie:

– Nam jest dobrze, gdzie jesteśmy. Nam jest dobrze, gdzie jesteśmy.

Był to, jak już mówiliśmy, niezwykle piękny dzień i powietrze tak czyste, że to musiała być prawdziwa przyjemność latać w przestworzach lekko i rześko. I z każdym kluczem dzikich gęsi, który przelatywał, swojskie gęsi stawały się coraz bardziej i bardziej niespokojne. Kilkakrotnie załopotały skrzydłami, jak gdyby chciały polecieć z dzikimi siostrami i braćmi. Ale stara gęś-matka za każdym razem im powtarzała:

– Nie bądźcie takie głupie. Te biedaczki będą zawsze cierpieć, głód i chłód.

Był jednak młody gąsior, u którego widok dzikich gęsi rozbudził tęsknotę za przygodą.

– Jeżeli będzie lecieć tędy następne stado gęsi, to dołączę do nich bez wahania – powiedział.

Wkrótce nadleciał kolejny klucz gęsi z tym samym krzykiem co poprzednio, a młody gąsior odpowiedział:

– Czekajcie chwilkę! Czekajcie! Lecę z wami!

Rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze, ale był tak nieprzywykły do latania, że po chwili opadł na ziemię.

Ale najwyraźniej dzikie gęsi usłyszały jego głos, bo zawróciły i poleciały z powrotem, by zobaczyć, dlaczego nie leci.

– Zaczekajcie, zaczekajcie – zawołał i podjął następną próbę.

Chłopiec słyszał to wszystko z miejsca, w którym leżał na żywopłocie. „Byłoby bardzo szkoda – pomyślał – gdyby ten rosły, młody gąsior odleciał. Byłaby to nieopisana strata dla ojca i matki, gdyby okazało się, że gąsior odleciał, kiedy oni byli w kościele”.

Gdy o tym pomyślał, raz jeszcze zupełnie zapomniał, że jest malutki i bezradny, wykonał skok w dół w sam środek stadka gęsi i zarzucił swe małe ramionka wokół szyi młodego gąsiora.

– Błagam cię! Nie odlatuj teraz, mój miły panie! – zakrzyknął.

Ale właśnie w tamtym momencie, gąsior zastanawiając się, co powinien zrobić, by skutecznie oderwać się od ziemi, pomału zbierał się do lotu. Nie mógł więc przerwać próby, by strącić chłopca i musiał wzbić się razem z nim w powietrze.

Polecieli do góry tak raptownie, że chłopiec miał trudności ze złapaniem oddechu. Zanim miał czas, by pomyśleć, iż powinien puścić się szyi gąsiora, był tak wysoko, że gdyby nadal chciał to uczynić, to zabiłby się, spadając na ziemię.

Jedyna rzecz, którą mógł zrobić, żeby leciało mu się trochę wygodniej, to spróbować dostać się na grzbiet gąsiora. I tak rozpoczął wspinaczkę, która w żaden sposób nie należała do rzeczy łatwych, tak jak samo tylko utrzymanie się na śliskim grzbiecie pomiędzy dwoma kołyszącymi się skrzydłami. Musiał obiema rekami trzymać się kurczowo piór, by zapobiec ześlizgnięciu się z grzbietu i upadkowi na ziemię.

Ogromny dywan w kratę

Chłopcu zaczęło się tak kręcić w głowie, że potrzeba było dłuższej chwili, aby doszedł do siebie. Zimne wiatry wyły, targając chłopcem na wszystkie strony, a szelest piór i pracujących wytrwale skrzydeł brzmiał w jego uszach jak wiosenna burza. Chłopiec leciał w stadku czternastu gęsi, łopoczących skrzydłami i gęgających do siebie przez całą drogę. Ich skrzydła tańczyły chłopcu przed oczami, a ich szum wypełniał mu uszy. Nie miał pojęcia, czy lecą nisko, czy wysoko, ani też w jakim kierunku się udają.

Po pewnym czasie odzyskał przynajmniej tyle przytomności umysłu, by starać się zorientować, dokąd gęsi go zabierają. Ale nie było to takie proste, ponieważ nie wiedział, jak zebrać się na odwagę, aby spojrzeć w dół. Był pewny, że zemdleje, jak tylko się na to zdobędzie. Dzikie gęsi nie leciały zbyt wysoko, ponieważ ich nowy towarzysz nie potrafił oddychać w nadmiernie rozrzedzonym powietrzu. Także ze względu na niego leciały nieco wolniej niż zazwyczaj. W końcu chłopiec przezwyciężył strach i spojrzał w dół. Wówczas wydało mu się, że tam w dole pod nim rozścielono gigantyczny dywan, składający się z niewiarygodnej ilości dużych i małych kratek.

„Gdzie, u licha, ja teraz jestem?” – zastanawiał się Nils.

Nie widział nic tylko jedną kratkę, a zaraz potem drugą. Niektóre były szerokie i układały się poprzecznie, a inne długie i wąskie – same kąty i rogi. Nic nie było okrągłe, nic nie było zakrzywione.

– Co to za ogromna połać materiału w kratkę tam w dole – powiedział chłopiec do siebie, nie spodziewając się bynajmniej odpowiedzi.

Ale natychmiast dzikie gęsi, które leciały wokół niego, odpowiedziały chórem:

– Pola i łąki! Pola i łąki!

Wówczas dotarło do niego, że ten ogromny dywan w kratę, nad którym przelatywał, to był równinny teren południowej Szwecji. Zaczął rozumieć, dlaczego wyglądał on, jak jedna wielka różnokolorowa szachownica. Jasnozielone pola, które rozpoznał od razu, obsiane były jesienną porą żytem i zachowały swoją zieleń przykryte zimowym śniegiem. Kratki żółtawoszare tworzyły rżyska po zebranym owsie, który rósł tam ubiegłego lata. Te brązowawe to stare łąki, na których rosła kiedyś koniczyna, natomiast czarne to opustoszałe pastwiska lub świeżo zaorane ugory. Kratki brązowe ze złotymi brzegami niewątpliwie stanowiły, lasy bukowe, bowiem w samym ich sercu można znaleźć rosnące zimą nagie, ogromne, rozłożyste drzewa, podczas gdy małe buki, które porastają obrzeża, utrzymują swoje żółte liście jeszcze do połowy wiosny. Były też ciemne kwadraty z szarymi środkami –duże zabudowane posiadłości, otoczone małymi chatkami z dachami z poczerniałej słomy i oddzielone murami działki. A zdarzały się także kratki zielone w środku i z brązowymi obramowaniami. Były to sady, gdzie kobierce z trawy zaczynały się zielenić, mimo że drzewa i krzewy wokoło nadal świeciły nagością brązowej kory.

Chłopiec nie potrafił powstrzymać się od śmiechu na widok tej wielobarwnej szachownicy na dole.

Ale kiedy dzikie gęsi usłyszały jego śmiech, zawołały z nutą przygany w głosie:

– Żyzna i dobra ziemia! Żyzna i dobra ziemia!

Ale chłopiec był już z powrotem zatroskany.

„Czyż to nie dziwne, że potrafisz się śmiać, ty którego spotkało najokropniejsze doświadczenie, jakie może w ogóle spotkać człowieka?” – pomyślał. I na chwilę zrobił się bardzo poważny, ale nie minęło wiele czasu, gdy śmiał się znowu, równie serdecznie.

Teraz, gdy już się przyzwyczaił do samej podróży i do prędkości na tyle, że mógł myśleć o czymś jeszcze poza trzymaniem się grzbietu gąsiora, zaczął dostrzegać, jak pełno było wokoło ptaków lecących na północ. Stada wymieniały się okrzykami i gęganiem:

– O, to wy dzisiaj też lecicie – zagęgały gęsi ze stada Nilsa.

– No tak – odpowiedziały im inne. – Jak sądzicie, jaka tam będzie wiosna?

– Zero liści na drzewach i lodowata woda w jeziorach – padła odpowiedź.

Gdy gęsi przelatywały nad jakimś miejscem, gdzie widziały udomowione, półnagie ptactwo, krzyczały:

– Jak nazywa się to gospodarstwo? Jak nazywa się to gospodarstwo?

A w odpowiedzi koguty zadzierały głowy i odpowiadały:

– W tym roku nazywa się Lillgarde, tak samo jak w zeszłym.

Wiele chat prawdopodobnie nosiło nazwę po ich właścicielach – co jest zwyczajem w Skanii. Ale zamiast mówić: to jest „Per Matssons” albo „Ola Bossons”, koguty wymyślały nazwy, które zgodnie z ich rozumowaniem były bardziej odpowiednie. Te, które mieszkały w małych gospodarstwach i należały do ubogich chłopów, wołały: – To miejsce nazywa się Małozbóż. Natomiast te należące do biedoty krzyczały:

– To miejsce nosi nazwę Zaułek Głodu, Zaułek Głodu, Zaułek głodu.

Wielkie, dobrze zadbane gospodarstwa otrzymywały od kogutów obiecująco brzmiące nazwy: Szczęśliwe Pola, Jajogórze czy Pieniądzowo.

Ale koguty w wielkich posiadłościach ziemskich były zbyt wyniosłe i nadęte, by zniżać się do czegoś takiego jak żarty. Jeden z nich zapiał z takim zapałem i wykrzyknął tak donośnie, że zabrzmiało to, jakby chciał być usłyszany na słońcu:

– To jest posiadłość Pana Dybecka; taka sama w tym roku, jak w zeszłym; w tym roku, jak w zeszłym.

Nieco dalej, kroczący dumnie po innym podwórzu kogut zapiał:

– To jest Łabędzia Wyspa, o czym na pewno wie cały świat.

Chłopiec zauważył, że gęsi nie lecą prosto przed siebie, lecz kluczą to tu, to tam po całym południu Szwecji, dosłownie jakby cieszyły się, że ponownie są w Skanii i chciały złożyć pokłony każdemu gospodarstwu z osobna.

Dolecieli teraz do miejsca, skąd było widać w dole kompleks nieforemnych budynków z wysoko sterczącymi w górę kominami, a całość otoczona była mrowiem niewielkich domków.

– To jest cukrownia w Jordberdze – zapiały koguty.

Chłopiec poczuł nagle na plecach zimny dreszcz. Powinien rozpoznać to miejsce. To przecież niedaleko jego domu.

Pracował tam nie dalej niż rok temu jako nieletni strażnik, ale z góry, gdy tak leciał na grzbiecie gąsiora, nic nie wyglądało dokładnie tak, jak wtedy na dole.

I pomyśleć. Tylko pomyśleć! Gęsiarka Osa i mały Mats, z którymi zaprzyjaźnił się w zeszłym roku! Z pewnością chłopiec chciałby wiedzieć, czy są nadal gdzieś tam w dole. Ciekawe co by powiedzieli, gdyby domyślili się, że leci teraz nad ich głowami!

Wkrótce Jordberga zniknęła z oczu, gdy lecieli w kierunku Svedali i jeziora Skaber, i potem ponownie nad klasztorem Görringe, i zamkiem Häckeberga. W ciągu jednego dnia chłopiec miał szansę zobaczyć więcej Skanii, niż widział do tej pory przez wszystkie lata, które już przeżył.

Ilekroć dzikie gęsi natrafiały na hodowlane, miały wspaniałą zabawę. Leciały wówczas bardzo wolno, wołając:

– Lecimy w góry! Zabierzecie się z nami? Zabierzecie się z nami?

Ale swojskie gęsi odpowiadały:

– Tam jest wciąż zima. Jesteście za wcześnie. Wracajcie! Wracajcie!

Dzikie gęsi zniżały wówczas lot, by było je lepiej słyszeć:

– No dalej, lenie! Nauczymy was, jak się lata i pływa.

Słowa te tak irytowały domowe ptactwo, że nie odzywały się więcej nawet jednym gęgnięciem.

Wówczas dzikie gęsi opadały jeszcze niżej, aż niemal dotykały ziemi, a wtedy szybko niczym błyskawica podrywały się do góry, jak gdyby coś je okropnie wystraszyło.

– Och, och, och! – wołały. – Te białe na ziemi, to nie były gęsi. To były tylko owce, to były tylko owce.

Gęsi na ziemi wręcz gotowały się z oburzenia i w odpowiedzi krzyczały:

– A niech was wszystkie wystrzelają! Co do jednej! Co do jednej!

Kiedy tak słyszał przekomarzające się gęsi, zbierało mu się na śmiech. Ale po chwili przypominał sobie, jak okrutnie obszedł się z nim los i wybuchał płaczem. A potem znowu było mu do śmiechu.

Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się podróżować z taką prędkością; pędzić tak szybko i tak nieostrożnie, co przecież zawsze tak lubił. I oczywiście, nigdy nie wyobrażał sobie, że latanie wysoko w górze może być tak świeże i ożywcze, a w powietrzu czuć zapach żywicy i ziemi. Nigdy też nie wyobrażał sobie, że kiedyś zdarzy mu się lecieć tak wysoko i jakie to będzie uczucie. Było to jak ratunek przed smutkiem, kłopotami i wszystkim, co tylko może dokuczyć człowiekowi.

AKKA Z KEBNEKAISE

Wieczór

Ten dorodny, swojski gąsior, który towarzyszył im w powietrzu, odczuwał nieopisaną dumę, że mógł lecieć w stadzie dzikich gęsi po całej południowej Szwecji i robić sobie żarty z oswojonych gęsi. Ale przyjemność i duma to jedno, a życie drugie. Gdy miało się już ku wieczorowi, młody gąsior zaczął odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia. Próbował robić głębsze oddechy i machać energiczniej skrzydłami, ale mimo tych wysiłków zostawał o kilka długości dzikiej gęsi z tyłu.

Kiedy ptaki lecące na końcu zorientowały się, że ten domowy gąsior nie może za nimi nadążyć, zaczęły wołać do prowadzącej klucz:

– Akka z Kebnekaise! Akka z Kebnekaise!

– A czego tam znowu chcecie? – spytała prowadząca.

– Ten biały zostaje z tyłu! Ten biały zostaje z tyłu!

– Powiedzcie mu, że łatwiej jest lecieć szybko niż wolno! – odkrzyknęła liderka, lecąc tak szybko jak do tej pory.

Biały gąsior oczywiście chciał posłuchać rady i przyspieszył, ale wkrótce był już tak wyczerpany, że zaczął raptownie opadać w kierunku płaczących wierzb, które odgraniczały od siebie pola i łąki.

– Akka, Akka, Akka z Kebnekaise! – wołały lecące na końcu, widząc, jakie problemy ma ten biały.

– A czego tam znowu chcecie? – spytała rozgniewana nie na żarty prowadząca.

– Biały pikuje na ziemię! biały pikuje na ziemię!

– Powiedzcie mu, że łatwiej jest lecieć wysoko niż nisko – odkrzyknęła liderka, nie zwalniając ani na jotę i machając skrzydłami jak do tej pory.

Biały gąsior i tym razem chciał posłuchać dobrej rady, ale gdy spróbował się wznieść, to tak raptownie zabrakło mu tchu, iż poczuł ból rozsadzający mu pierś.

– Akka, Akka! – zawołały znów te na końcu.

– Dacie wy mi wreszcie święty spokój! – krzyknęła przewodniczka stada. – Nie można normalnie lecieć. – A teraz jej głos brzmiał po dwakroć tak gniewnie jak poprzednio.

– Ten biały za chwilę spadnie na ziemię.

– Powiedzcie mu, że jeżeli ktoś nie ma sił, by lecieć ze stadem, to może wracać do domu! – zawołała prowadząca. Na pewno przez myśl jej nie przeszło, by zwolnić. Leciała tak, jak do tej pory.

– A więc tu leży pies pogrzebany – pomyślał biały gąsior. Zrozumiał natychmiast, że dzikie gęsi tak naprawdę nigdy nie zamierzały zabierać go do Laponii. Wywabiły go tylko z domu tak dla zabawy.

Czuł się nad wyraz podle. Że też musiały go właśnie teraz opuścić siły i nie może pokazać tym dzikuskom, że nawet domowa gęś do czegoś się nada. Ale najgorsze w tym wszystkim było to, że przyłączył się akurat do stada Akki z Kebnekaise. Choć był tylko zwyczajnym domowym gąsiorem, słyszał o tej gęsi przewodniczce imieniem Akka, która liczyła sobie ponad sto wiosen. Cieszyła się takim uznaniem, że nawet najlepsze dzikie gęsi na świecie pragnęły się do niej przyłączyć, ale nikt też nie darzył taką pogardą swojskich gęsi jak Akka i jej stado. Dlatego biały gąsior marzył o tym, by im pokazać, że spokojnie może się z nimi mierzyć.

Podążał wolno za resztą, zastanawiając się, czy lecieć dalej, czy zawrócić. W końcu ten mały człowieczek, którego wiózł na grzbiecie, przemówił:

– Drogi gąsiorze Marcinie, wiesz aż nadto dobrze, że to po prostu niemożliwe byś ty, który nigdy wcześniej nie latał, mógł dotrzymać kroku dzikim gęsiom w ich drodze do Laponii. Lepiej będzie, jak zawrócisz, zanim zginiesz z wycieńczenia.

Ale ten farmerski chłopiec był kimś absolutnie najgorszym, z kim zetknął się biały gąsior i jak tylko uświadomił sobie, że ten mały stworek podróżujący na jego grzbiecie nie wierzy, że on jest w stanie dolecieć do Laponii, postanowił się nie poddawać.

– Jeżeli piśniesz na ten temat choćby jeszcze słowo, to zrzucę cię do pierwszego rowu, nad jakim będziemy przelatywać! – zagroził, a równocześnie wściekłość dodała mu tyle sił, że zaczął lecieć niemal tak szybko jak pozostałe gęsi.

Nie wydaje się prawdopodobne, by mógł utrzymać to tempo przez dłuższy czas, ani też nie okazało się to konieczne, ponieważ właśnie wtedy słońce zaczęło się chować i o zachodzie gęsi osiadły na ziemi. Zanim chłopiec i gąsior uświadomili sobie, co się zdarzyło, stali na brzegu jeziora Vomb.

„Prawdopodobnie chcą, żebyśmy tutaj nocowali” – pomyślał chłopiec i zeskoczył z grzbietu gąsiora.

Stał na wąskiej plaży pokaźnego jeziora. Widok, jaki się przed nim rozpościerał, nie należał do najpiękniejszych. Niemal cała tafla skuta była skorupą lodu, miejscami przybrudzoną, nierówną, pełną spękań i dziur – jak to często dzieje się z wiosennym lodem.

Lód już pękał. Był luźny i unosił się oderwany od brzegów, a wokół niego lśnił ciemny pas wody. Jednak było go nadal tyle, że w całej kotlinie wiało od niego chłodem i zimową aurą.

Wyglądało na to, że po drugiej stronie jeziora rozciąga się sporadycznie zadrzewiona kraina, podczas gdy brzeg, na którym osiadły gęsi, był gęsto porośnięty sosną. Wydawało się, że sosnowo-świerkowy las był władny zatrzymać zimę na dłużej. W całej okolicy na świat wyglądała już naga ziemia, ale pod ostrymi gałęziami sosen leżał nadal śnieg, który topniał, zamarzał, to znów topniał, aż w końcu stawał się twardy jak lód.

Chłopiec pomyślał, że oto znajduje się już na arktycznym pustkowiu i był tak zrozpaczony, że chciało mu się płakać. Do tego był bardzo głodny. Przez cały dzień nie miał w ustach ani kęsa. Ale gdzież mógłby znaleźć coś do zjedzenia? Nic jadalnego nie rosło ani na ziemi, ani na drzewach, gdyż był to przecież marzec.

No tak! Gdzie miał znaleźć jedzenie i kto da mu schronienie, kto przygotuje mu łóżko do snu i kto obroni go przed dzikimi zwierzętami?

Bo teraz, kiedy słońce było już daleko i mróz przypełznął od strony jeziora, ziemię ogarnęły ciemności, a w ślad za zmierzchem pojawił się strach, zaś las ożył krokami i szelestem wyruszających na nocny żer zwierząt.

Obecnie dobry nastrój, jaki nie opuszczał go w górze, zniknął zupełnie i zrozpaczony chłopiec zaczął rozglądać się za towarzyszami podróży. Nie miał do kogo się zwrócić, nikogo, kto przejąłby się jego losem.

Wtem zobaczył, że jego gąsior przeżywa jeszcze gorsze chwile niż on sam. Biedak leżał plackiem w miejscu, w którym wylądował i wyglądał, jak gdyby żegnał się z tym światem. Jego szyja przylegała płasko do ziemi, oczy miał zamknięte, a oddech przypominał niemrawy syk węża.

– Drogi gąsiorze Marcinie – zaczął chłopiec – spróbuj wypić łyk wody. Do jeziora niecałe dwa kroki.

Ale biały gąsior nawet się nie poruszył.

Chłopiec z pewnością postępował dawniej okrutnie wobec wszystkich zwierząt w tym i wobec gąsiora, ale teraz czuł, że ten biały ptak był wszystkim, co mu pozostało i okropnie się bał go utracić.

Natychmiast zaczął pchać i ciągnąć biednego ptaka, by przysunąć go do wody. I choć zadanie było niemal ponad jego siły, bo gąsior był wielki i ciężki, to jednak w końcu się udało.

Gdy wreszcie biały gąsior znalazł się w wodzie, prze chwilę leżał nieruchomo w przybrzeżnym mule, ale po chwili uniósł łeb do góry, strząsnął wodę zalewającą oczy i pociągnął zdrowy łyk z jeziora. Już po chwili pływał dumnie wśród wodorostów i trzcin, wyraźnie w lepszej formie.

Dzikie gęsi znalazły się w wodzie przed nim. Niespecjalnie interesował je los białego gąsiora czy jego pasażera, za to po wylądowaniu natychmiast udały się do jeziora. Czas jakiś pławiły się i taplały w lodowatej wodzie, a teraz spokojnie zajadały na wpół zbutwiałą moczarkę i inne wodorosty.

W pewnej chwili zupełnie przytomny już biały gąsior wyśledził wśród podwodnej roślinności zwinnego okonia. Błyskawicznie pochwycił rybę w dziób i podpłynąwszy do brzegu, położył ją przed chłopcem na sczerniałej trawie.

– Z podziękowaniem za pomoc, bym dostał się do wody – powiedział.

Był to pierwszy raz, kiedy chłopiec usłyszał tego dnia przyjazne słowo. Tak go to uszczęśliwiło, iż gotowy był rzucić się gąsiorowi na szyję, jednak powstrzymał się, wyrażając swą wdzięczność słownie. W pierwszej chwili pomyślał zapewne, że nie da rady zjeść ryby na surowo, ale postanowił spróbować.

Sprawdził dłońami, czy u pasa wisi nadal jego kozik w pochwie – i na szczęście nożyk był na swoim miejscu, przyczepiony do guzika z tyłu spodni, choć, oczywiście zmniejszony, nie był teraz dłuższy niż zapałka. Ale od biedy dało się nim oskrobać i wyczyścić rybę, i nie minęło wiele czasu, a okoń został zjedzony niemal w całości.

Kiedy chłopiec zaspokoił głód, poczuł się trochę nieswojo, że oto zjadł mięso na surowo.

„Z tego wniosek, że nie jestem już człowiekiem, tylko prawdziwym elfem” – pomyślał.

Kiedy chłopiec jadł, biały gąsior stał w milczeniu za jego plecami. Ale kiedy przełknął ostatni kęs, ptak powiedział półgłosem:

– Prawda jest taka, że trafiliśmy na towarzystwo nadętych gęsi, które gardzą wszystkim ptakami z hodowli.

– Zgadza się, ja to też zauważyłem – odrzekł chłopiec po namyśle.

– Ależ byłby to powód do dumy, gdybym zdołał dolecieć za nimi do samej Laponii i pokazał, że nawet domowe gęsi stać na taki wyczyn!

– T-a-a-a-k – odrzekł chłopiec, przeciągając ten wyraz, bo przecież nie wierzył, że biały gąsior byłby w stanie tego dokonać, a mimo wszystko nie chciał mu robić przykrości, zaprzeczając.

– Ale nie sądzę, bym dał radę bez niczyjej pomocy w tak długiej podróży – powiedział biały gąsior. – Chciałbym cię spytać, czy nie mógłbyś lecieć ze mną i służyć mi pomocą?

Chłopiec, rzecz jasna, nie myślał o niczym innym, tylko o powrocie do domu tak szybko, jak to tylko możliwe, więc był tak zaskoczony, że odjęło mu mowę.

– Myślałem, że jesteśmy nieprzyjaciółmi, ty i ja – zdołał wydukać. Ale gąsior najwyraźniej zapomniał już dawne urazy. Pamiętał jedynie, że chłopiec uratował mu życie.

– Sądzę, że powinienem wracać do domu, do ojca i matki – odparł Nils.

– Och, spokojnie! Polecimy do nich na jesień. Moja w tym głowa – odrzekł biały gąsior. – Nie opuszczę cię, aż wylądujesz na progu swego domu.

Chłopiec pomyślał, że może mu to wyjść na dobre, jeżeli na jakiś czas zniknie rodzicom z oczu. Nie był przeciwny pomysłowi gąsiora i miał właśnie powiedzieć, że się zgadza, gdy usłyszał głośny łoskot za plecami. To dzikie gęsi wyszły z wody – wszystkie w tej samej chwili – i stały, strząsając wodę z grzbietów. Ustawiwszy się w długim szeregu z przewodniczką stada pośrodku, dzikie gęsi podeszły w ich kierunku.

Gdy biały gąsior przyjrzał się dzikim gęsiom, zrobiło mu się jeszcze bardziej nieswojo. Spodziewał się, że będą bardziej podobne do swojskich gęsi i że powinien odczuwać z nimi bliższą więź. Były jednak znacznie mniejsze od niego i żadna nie była biała. Wszystkie miały szare barwy, choć w upierzeniu ich trafiło się nieco brązu. W ich oczach było coś, co budziło w nim lęk. Były żółte i błyszczały, jak gdyby za nimi płonęły dzikie ogniki. Białego gąsiora całe życie uczono, że należy poruszać się wolno kołyszącym ruchem, ale te stworzenia w ogóle nie chodziły, one na wpół biegły. Kiedy spojrzał na ich łapy, to niemal się przestraszył. Były wielkie, z poszarpanymi i postrzępionymi podeszwami. Było jasne, że dzikie gęsi nigdy nie wahają się, gdzie postawić nogę i nie uznają drogi okrężnej. Były bardzo staranne pod innymi względami, ale po wyglądzie ich stóp widać było, że twardy grunt nie jest ich żywiołem.

Zanim gęsi były przy nich, biały gąsior zdążył tylko wyszeptać do chłopca:

– Nie kładź uszu po sobie, mów szybko i śmiało, ale nie przyznawaj się, kim jesteś!

Kiedy dzikie gęsi stanęły przed nimi, wykonały szereg uprzejmych pokłonów, a biały gąsior je odwzajemnił i to znacznie więcej razy. Jak tylko skończyła się ta ceremonia, przewodniczka stada powiedziała:

– Teraz, jak mniemam, dowiemy się, z kim mamy do czynienia.

– Cóż. Niewiele jest do powiedzenia o mnie – odrzekł biały gąsior. – Urodziłem się w Skanör zeszłej wiosny. Jesienią zostałem sprzedany do gospodarstwa Holgera Nilssona z Zachodniego Vemminghög, gdzie mieszkam od tamtej pory.

– Nie jest to rodowód, którym można się szczególnie chwalić – stwierdziła Akka, przewodniczka stada. – Z jakiego zatem tytułu uważasz się za godnego, by bratać się dzikimi gęśmi?

– Być może dlatego, by pokazać wam, dzikim gęsiom, że my, swojskie, też możemy się do czegoś nadać – ripostował biały gąsior.

– Tak, to byłoby z pewnością coś, gdybyś zdołał tego dokonać – odparła przewodniczka stada. – Zdążyłyśmy już zaobserwować, jak dajesz sobie radę w powietrzu, ale być może lepiej spisujesz się w innych dyscyplinach. Niewykluczone, że jesteś dobry w pływaniu?

– Nie, tym na pewno nie mogę się pochwalić – odparł biały gąsior.

Wydawało mu się, że przewodniczka podjęła już decyzję, by wysłać go do domu, więc niespecjalnie przykładał się do odpowiedzi:

– Nigdy nie pływałem dalej niż przez rów z wodą.

– Wobec tego może dałbyś radę w biegach… – powiedziała Akka.

– Nigdy nie widziałem, jak biega domowa gęś. Nigdy też sam nie startowałem w takich wyścigach – odrzekł biały gąsior, przedstawiając sprawy w gorszym świetle, niż miały się one faktycznie.

Teraz duży biały gąsior był niemal pewny, że Akka w żadnym wypadku nie zgodzi się zabrać go ze stadem. Jakież zatem było jego zdziwienie, gdy przewodniczka powiedziała:

– Odpowiadasz na pytania szczerze i odważnie, a ten kto ma odwagę, na pewno może zostać dobrym towarzyszem podróży, nawet jeżeli z początku jest zielony. Co byś powiedział na kilkudniowy popas tutaj z nami, aż zobaczymy, w czym jesteś dobry?

– Jestem za! – odparł biały gąsior niezwykle uradowany.

Po czym przewodniczka wskazała dziobem przed siebie i spytała:

– Zaraz, zaraz, ale co ty tam masz ze sobą? Nigdy czegoś podobnego nie widziałam.

– To jest mój druh – odrzekł biały gąsior. – Zajmuje się gęśmi od urodzenia. Na pewno się przyda podczas naszej wyprawy.

– W porządku, może się przydać domowej gęsi – odpowiedziała dzika gęś. – Jak on ma na imię?

– A-a-a, on ma kilka imion – odrzekł biały gąsior z wahaniem, nie wiedząc, co wymyślić pospiesznie, bo nie chciał ujawniać, że chłopiec ma ludzkie imię. – Och, on wabi się Paluszek – wydukał wreszcie.

– Czy on należy do rodziny elfów? – zapytała gęś przewodniczka.

– O której zazwyczaj idziecie spać? – spytał gąsior szybko, próbując uniknąć odpowiedzi na ostatnie pytanie. – O tej porze oczy zazwyczaj same mi się zamykają.

Bez trudu dało się zauważyć, że gęś, która rozmawiała z białym gąsiorem, była bardzo stara. Całe jej upierzenie było siwe jak lód bez żadnym ciemniejszych miejsc. Głowę miała większą, nogi bardziej zrogowaciałe, a łapy mocniej postrzępione niż u młodszych gęsi. Pióra miała sztywne, zdeformowane, sękate ramiona i cienką szyję. Wszystko to związane z wiekiem. Tylko jej oczy pozostały nietknięte upływem czasu. Błyszczały jaśniej, jakby należały do kogoś młodszego niż pozostałe gęsi!

Zwróciła się teraz do białego gąsiora:

– Zrozum panie, Domowa gęś, że ja jestem Akka z Kebnekaise! A ta gęś, która leci najbliżej mnie po prawej, to Iksi z Vassijaure, a ta po lewej, to Kaksi z Nuolja! Zrozum też, że druga od prawej to Kolmi z Sarjektjakko, a druga od lewej to Neljä z Svappavaara, a za nimi lecą Viisi z Oviksfjällen i Kuusi z Sjangeli! I musisz także wiedzieć, że one, tak zresztą jak i sześć młodych, które lecą na końcu, trzy po prawej i trzy po lewej stronie, to są wysokogórskie gęsi o najlepszym rodowodzie. Nie masz prawa brać nas za szczury lądowe, które zawierają przypadkowe znajomości, gdzie się da i z kim się da! I nie wolno ci myśleć, że pozwalamy komukolwiek dzielić nasze kwatery, jeżeli nie powie nam, kim byli jego przodkowie.

W pewnym momencie, gdy Akka, przewodniczka stada, mówiła te słowa, chłopiec energicznie wystąpił przed szereg. Szczególnie dotknęło go to, że biały gąsior, który mówił tak konkretnie na swój temat, tak kluczył, odpowiadając na pytania o nim.

– Nazywam się Nils Holgersson. Jestem synem farmera i aż do dzisiaj byłem człowiekiem, ale tego ranka…

Nie zdążył powiedzieć nic więcej. Jak tylko padło słowo człowiek, przewodniczka stada zrobiła trzy chwiejne kroki do tyłu, a pozostałe gęsi nawet dwa razy tyle. Wszystkie wyciągnęły szyje i zaczęły syczeć na niego, kipiąc ze złości.

– Podejrzewałam to od pierwszej chwili, gdy ujrzałam cię na brzegu jeziora – wycedziła Akka. – A teraz zmywaj się stąd. pókim dobra. Nie tolerujemy ludzi wśród nas!

– Nie mogę uwierzyć – zaczął biały gąsior pojednawczo – że wy, dzikie gęsi, możecie obawiać się kogoś tak niepozornego! Do jutra on oczywiście wróci do domu. Ale przecież możecie chyba pozwolić mu zostać tu z nami przez noc. Nikt z nas nie jest taki, by pozwolić tej maleńkiej istocie pętać się w środku nocy tam, gdzie pełno łasic i lisów!

Dzika gęś podeszła bliżej. Widać było jednak, że ma kłopoty z przezwyciężeniem strachu.

– Zostałam tak wychowana, by bać się wszystkiego, co ma choćby ludzki kształt czy to małe, czy duże – powiedziała. – Ale jeżeli ty zechcesz go pilnować i przysięgniesz, że on nie zrobi nam żadnej krzywdy, to masz moją zgodę. Niech zostanie z nami przez tę jedną noc. Ale nie jestem pewna, czy nasze noclegownie będą odpowiednie dla ciebie, czy dla niego, bo zamierzamy spać tu, na spękanym lodzie.

Akka sądziła, oczywiście, że biały gąsior przynajmniej zwątpi, gdy to usłyszy, ale nie dał nic po sobie poznać.

– Jakże mądry jest ten, kto wybiera tak bezpieczne miejsce na nocleg – powiedział gąsior z uznaniem.

– Jesteś odpowiedzialny za jego jutrzejszy powrót do domu.

– Wobec tego ja też będę musiał was opuścić – powiedział biały gąsior. – Przysięgałem, że nigdy go nie porzucę.

– Jesteś wolny jak ptak i możesz lecieć, gdzie tylko przyjdzie ci ochota – powiedziała przewodniczka stada.

Mówiąc to, uniosła skrzydła i poleciała na lód, a pozostałe gęsi za nią jak za Panią Matką.

Chłopiec całkowicie zmarkotniał na wieść, że nic nie wyjdzie z jego podróży do Laponii, a do tego nie uśmiechało mu się miejsce noclegu wybrane przez gęsi.

– Będzie już tylko gorzej i gorzej – powiedział. – Zacznie się od tego, że zamarzniemy na śmierć na tym lodzie.

Ale gąsior był w świetnym humorze.

– Nic nam nie grozi – oświadczył. – Tylko się pospiesz i proszę cię, nazbieraj tyle trawy i wszystkiego co nada się na ściółkę, ile zdołasz unieść.

– Kiedy chłopiec miał już całe naręcze suchej trawy, biały gąsior pochwycił go dziobem za listwę koszuli i poleciał na lód, gdzie dzikie gęsi spały już smacznie i głęboko z dziobami schowanymi pod skrzydło.

– Teraz rozściel trawę na lodzie, aby było na czym spać i nie zmarznąć na kamień. Pomóż mi, a i ja pomogę tobie – zakończył gąsior sentencjonalnie.

Chłopiec zrobił, o co go poprosił biały gąsior. A kiedy skończył, to ptak znów pochwycił go za listwę koszuli i wsadził sobie pod skrzydło.

– Myślę, że będziesz miał tu ciepło i wygodnie – powiedział, nakrywając malca skrzydłem.

Chłopiec tak się już umościł w swoim legowisku, że nie był w stanie odpowiedzieć, a faktycznie było mu ciepło i komfortowo. Ależ on był zmęczony. Po dwóch mrugnięciach powiek spał już jak suseł.

Noc

Nie ulega kwestii, że lód jest zawsze zdradziecki i nie należy mu ufać. W środku nocy ruchoma już tafla lodu na jeziorze Vomb zaczęła się przesuwać, aż jednym krańcem uderzyła w brzeg. Tak się złożyło, że lis, niejaki pan Smirre, zamieszkujący w tamtym czasie park przy zamku Övid Cloister po wschodniej stronie jeziora, zauważył podczas nocnych łowów, co się święci.

Lis Smirre widział wczesnym wieczorem dzikie gęsi i nawet nie śmiał mieć nadziei, że uda mu się upolować choćby jedną z nich, ale teraz, a jakże by inaczej, ochoczo wszedł na lód.

Gdy Smirre, jak to się mówi, witał się z gąską, pośliznął się na gładkiej powierzchni i dźwięk pazurów szorujących lód zbudził czujne ptaki. Natychmiast rozłożyły skrzydła gotowe do lotu. Ale Smirre był szybszy! Rzucił się do przodu niczym strzała wypuszczona z łuku i pochwycił jedną z gęsi za skrzydło, po czym niespiesznym truchtem udał się na ląd.

Ale tej nocy gęsi nie były na lodzie same, ponieważ wśród nich był człowiek, nieduży bo nieduży, ale zawsze. Gdy biały gąsior rozpostarł skrzydła, chłopiec nie miał innego wyjścia, jak tylko się obudzić. Stoczył się na zimny lód po piórach swego towarzysza. Przez moment siedział tam kompletnie otumaniony. Zupełnie nie rozumiał powodu całego zamieszania, dopóki nie zobaczył kątem oka dziwnego rudego psa uciekającego po lodzie z gęsią w pysku.

W jednej sekundzie chłopiec rzucił się w pogoń za tym psem, próbując mu wyrwać gęś. Musiał usłyszeć głos białego gąsiora, który wołał za nim:

– Uważaj, Paluszku! Uważaj!

Chłopiec owszem uważał, ale w innym sensie. Uważał mianowicie, że nie ma się co bać takiego niewydarzonego psa i ruszył jeszcze ostrzej.

Dzika gęś, którą lis Smirre ciągnął za sobą, usłyszała tupot drewnianych trepków malca uderzających o lód i nie mogła uwierzyć własnym uszom.

„Czy aby ten malec uważa, że potrafi mnie wyrwać temu lisowi z pyska?” – pomyślała. I pomimo rozpaczliwego położenia zaczęła gęgać na wskroś radośnie, gdzieś tam z głębi tchawicy. Brzmiało to tak, jakby faktycznie się śmiała.

„Pierwsza rzecz, jaka mu się przytrafi, to wpadnie w szczelinę między krami lodu” – przemknęło jej przez myśl.

Ale mimo iż było ciemno, chłopiec widział wyraźnie wszelkie szczeliny, które mijał po drodze i śmiało przeskakiwał nad każdą z nich. Działo się tak, ponieważ miał teraz przenikliwy wzrok elfa. Widział zarówno jezioro jak i brzeg, i do tego tak wyraźnie jak w dzień.

Lis Smirre zmierzał do miejsca, gdzie lód stykał się z lądem. I właśnie gdy miał wspiąć się na stromy brzeg, chłopiec krzyknął na całe gardło:

– Puść tę gęś, ty łajdaku!

Smirre nie miał pojęcia, kto to woła i nie marnując czasu na rozglądanie się, przyspieszył kroku. Pobiegł prosto do lasu, a chłopiec ruszył za nim, ani myśląc o niebezpieczeństwie. Jedyne o czym myślał, to pogardliwy sposób w jaki przyjęły go dzikie gęsi. Postanowił więc pokazać im za wszelką cenę, że człowiek to jednak brzmi dumnie i że potrafi zachować się lepiej niż inne stworzenia.

Paluszek nie przestawał krzyczeć na tego psa, by zmusić go do porzucenia zdobyczy.

– Co z ciebie za pies, który potrafi ukraść całą gęś i nie czuć przy tym wstydu? Rzuć ją natychmiast albo dostaniesz takie manto, o jakim ci się jeszcze nie śniło. Rzuć ją, mówię, albo twój pan dowie się, jaki z ciebie gagatek!

Kiedy do lisa dotarło, że został wzięty za tchórzliwego psa, był tak rozbawiony, że o mały włos nie upuścił gęsi. Smirre był nie lada rabusiem, który nie zadowalał się taką zdobyczą jak szczury czy gołębie na polach, ale lubił sobie wpaść na wiejskie podwórze po kurkę czy gąskę. Wiedział, że stanowi postrach całej okolicy i nie słyszał czegoś równie idiotycznego, jak porównanie go z psem, od czasu gdy był jeszcze oseskiem.

Chłopiec biegł tak szybko, że grube buki zdawały się mknąć obok niego do tyłu i wkrótce niemal zrównał się z lisem. Wreszcie był już tak blisko, że złapał Smirre’a za ogon.

– Mam cię teraz, wstrętny lisie i zaraz odbiorę ci gęś! – wołał, trzymając się z całych sił jego ogona, ale nie miał na tyle sił, by zatrzymać pędzące zwierzę. Lis ciągnął go za sobą, aż się kurzyło i wirowały za nimi zeschłe liście.

Ale teraz zaczęło docierać do Smirre’a, jak niegroźny był jego prześladowca. Zatrzymał się raptownie, położył gęś na ziemi, stając na niej przednimi łapami, żeby nie mogła odlecieć. Miał właśnie przegryźć jej szyję, ale nie mógł przecież odmówić sobie przyjemności, by podrażnić się nieco z chłopcem.

– No dalej, biegnij chłoptasiu na skargę do swojego pana, bo teraz zamierzam zagryźć tę gąskę na śmierć! – wykrzyknął.

Chłopiec zdziwił się mocno, kiedy zobaczył, jaki szpiczasty pysk, i usłyszał, jaki chropawy i gniewny głos ma ten pies, którego ścigał. Ale teraz był tak rozsierdzony tymi kpinami ze strony lisa, że nawet przez moment nie pomyślał o strachu. Chwycił mocniej za ogon, oparł się zdecydowanie o pień buka i w momencie gdy lis otworzył pysk, by zacisnąć zęby na szyi gęsi, pociągnął z całej siły. Smirre był tak zaskoczony, że nie mógł stawiać oporu i musiał zrobić kilka kroków do tyłu, a gęś zdołała w tym czasie uciec. Tylko z największym trudem i bardzo niepewnie wzleciała w górę. Jedno skrzydło miała tak poranione, że ledwie była w stanie nim poruszać. A co gorsza nic nie widziała w leśnych ciemnościach. Lecąc, musiała po omacku szukać drogi pomiędzy gałęziami. Ślepa jak nietoperz w żaden sposób nie mogła pomóc chłopcu, sama zaś dość szczęśliwie dotarła do jeziora.

Wówczas Smirre rzucił się na chłopca.

– Choć nie mogę mieć jednego, to przecież na pewno złapię drugie – wysapał i sam jego głos mówił, jaki jest wściekły.

– No nie! Nie wierzę! – zawołał chłopiec, nadal uradowany, że zdołał uwolnić gęś. Trzymał z całych sił ogon lisa i szarpał nim w jedną stronę, gdy zwierz próbował go dopaść.

W lesie powstała taka kotłowanina, że wszędzie fruwały suche bukowe liście! Smirre obracał się wokół własnej osi, a wraz z nim obracał się i ogon, czubek którego trzymał kurczowo Paluszek. Dlatego lis nie był w stanie go chwycić.

Chłopcu tak bardzo dopisywał humor po odniesionym sukcesie, że początkowo śmiał się w głos z niezdarnych poczynań lisa i nie szczędził rudzielcowi kpin. Ale Smirre, jak przystało na wytrawnego myśliwego, ani myślał dawać za wygraną, więc w chłopcu zaczęły budzić się obawy, że jednak w końcu może zostać złapany. Wówczas zauważył niewielkie, młode drzewko buka, cienkie i pnące się w górę niczym tyczka do fasoli, która może wkrótce przebić się do słońca, poprzez baldachim gałęzi rozpostarty przez stare buki.

Błyskawicznie puścił się lisiego ogona i wspiął na wiotki pień drzewka. Lis był tak zajęty kręceniem się wokół własnego ogona, że nawet nic nie poczuł.

– A kuku! Staruszku, po co ty wywijasz dalej te hołubce? – zawołał Paluszek.

Ale Smirre wprawdzie nie mógł znieść poniżenia, bo w końcu dał się ograć małemu brzdącowi, ale nie zamierzał podawać tyłów, więc położył się pod drzewkiem, żeby bacznie śledzić ruchy przeciwnika.

Z drugiej strony położenie chłopca też nie było do pozazdroszczenia. Przyszło mu oto siedzieć okrakiem na chybotliwej i kruchej gałązce. Młody buk, jak dotąd, nie sięgnął baldachimu gałęzi, więc chłopiec nie mógł wspiąć się na któreś z większych drzew, a o zejściu na dół nie mogło być nawet mowy. Był już tak zziębnięty i odrętwiały, że z trudem tylko trzymał się gałęzi i okropnie chciało mu się spać, ale nie ośmieliłby się zasnąć z obawy przed spadnięciem prosto w łapy drapieżnika.

Mój Boże! Ależ to była mordęga siedzieć w ten sposób przez całą noc w lesie! Nigdy wcześniej nie zdawał sobie sprawy, co oznacza słowo „noc”. A było tak, jakby cały świat skamieniał i nigdy już więcej nie miał powrócić do życia.

Później jednak zaczęło świtać. Chłopiec ucieszył się, że z powrotem wszystko zaczęło wyglądać tak jak wcześniej, chociaż chłód był jeszcze bardziej dotkliwy niż nocą.

W końcu, gdy słońce wstało nie było ono żółte, lecz czerwone. Chłopiec pomyślał, że wyglądało, jakby było zdenerwowane i zastanawiał się z jakiego powodu. Być może dlatego, że noc sprawiła, że gdy słońce poszło spać, na ziemi zrobiło się tak zimno i ponuro.

Promienie słoneczne zeszły na ziemię w niespotykanej liczbie, chcąc zobaczyć, jakież to klęski zesłała na nią miniona noc. Widać było, jak wszystko naokoło świeci, jak gdyby świeciło oczami z powodu nieczystego sumienia. Chmury na niebie, satynowe kończyny buków, małe splecione gałązki tworzące leśny baldachim, szron, który pokrywał opadłe liście na ziemi, wszystko to rumieniło się ze wstydu. Całe dywizjony promieni słonecznych zlatywały na ziemię, przebijając się przez chmury i wkrótce nocne strachy zostały przegonione na cztery wiatry, a ich miejsce zajęły cudowne oznaki życia. Dzięcioł czarny w gustownej czerwonej czapeczce zaczął bębnić w pień drzewa swym potężnym dziobem. Wiewiórka wyśliznęła się z gniazda z orzechem w pyszczku i przycupnęła na gałęzi, by rozgryźć twardą łupinę. Nadleciał szpak z dżdżownicą w dziobie, a na czubku buka rozśpiewał się gil.

Wówczas chłopiec zrozumiał, że słońce powiedziało do tych wszystkich małych stworzonek:

– Wstawajcie leniuchy i wychodźcie ze swych gniazd! Tutaj jestem! Ze mną nie musicie się niczego bać.

Teraz od strony jeziora rozległ się krzyk gęsi nawołujący do odlotu i wkrótce cała czternastka leciała już w uformowanym szyku nad lasem. Paluszek usiłował je wołać, ale były już tak wysoko, że jego głos w żaden sposób nie mógł do nich dotrzeć. Prawdopodobnie uznały, że został pożarty przez lisa i dlatego nie fatygowały się, by go odnaleźć.

Z żalu chłopiec był bliski płaczu, ale słońce czuwało – pomarańczowozłote i szczęśliwe, dodające animuszu całemu światu.

– Nie ma co się smucić i martwić o cokolwiek, Nilsie Holgerssonie, tak długo, jak ja tu jestem – powiedziało słońce.

Zabawa gęsiPoniedziałek, dwudziesty pierwszy marca

W lesie wszystko pozostało niezmienione przez mniej więcej tyle czasu, ile potrzebuje gęś, by zjeść śniadanie. Ale w momencie gdy ranek przechodził w przedpołudnie, nadleciała jedna gęś, zupełnie sama, pod gęstym baldachimem gałęzi. Poruszała się niepewnie, po omacku pomiędzy pniami i gałęziami drzew, lecąc bardzo wolno. Jak tylko zobaczył ją lis Smirre, opuścił miejsce pod młodym bukiem i zaczął skradać się w jej kierunku. Dzika gęś udawała, że nie może uciec lisowi, a on dawał się na to nabrać, skacząc jak głupi do góry, by ją pochwycić. Tymczasem ptak odciągał go w stronę lodu…

Wkrótce nadleciała kolejna gęś. Wybrała tę samą trasę co ta pierwsza, lecąc jeszcze niżej i wolniej. Także leciała przed samym nosem lisa Smirre’a i także skakał on do niej tak energicznie, że jego uszy otarły się o jej łapy. Ale ona także uciekła przed nim bez szwanku, lecąc cicho, jak makiem zasiał, w kierunku jeziora.