11,99 zł
Imogen odnajduje na małej greckiej wyspie swojego zaginionego męża Zephyra Diamandisa. Odkrywa, że Zephyr miał wypadek i stracił pamięć. Nie poznaje jej, ale wraca z nią do Aten. Jest szczęśliwy, że nie uwierzyła w jego śmierć i go odnalazła. Imogen nie wie, jak mu powiedzieć, że nigdy się nie kochali, a ich małżeństwo było tylko biznesową umową na trzy lata. Taki był warunek Zephyra. Teraz jednak Imogen widzi w jego oczach pożądanie…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 144
Rok wydania: 2024
Maya Blake
Cud niepamięci
Tłumaczenie:
Adam Bujnik
Położona w zapomnianym zakątku Morza Egejskiego grecka wyspa Efemia cieszyła się wielką popularnością wśród turystów.
Także ze względu na niepowtarzalne piękno maleńkiego, uroczego kościółka położonego na szczycie wzgórza – skrzętnie obfotografowanego z zewnątrz przez zwiedzających, w środku zaś gromadzącego pobożne babcie, żarliwie przesuwające paciorki różańca.
Było to ostatnie miejsce, w które spodziewała się trafić Imogen Callahan – miejsce, w którym miały się zakończyć jej gorączkowe poszukiwania. Owładnięta pięknem krajobrazu, przez moment wpatrywała się w lśniąco białą budowlę, z niebieskimi kopułami i trochę nierówno rozmieszczonymi oknami, nie mogąc wciąż zrozumieć faktów, które ustalił zatrudniony przez nią prywatny detektyw.
Czyżby jej mężowi całkowicie już odbiło? A może to jakaś kolejna skomplikowana gra – w których był przecież mistrzem – niezrozumiała dla innych, a jemu, jak zwykle, pozwalająca zgarnąć pełną pulę nagród?
Z wnętrza kaplicy dobiegało crescendo głosów odśpiewujących ostatnie zwrotki greckiej pieśni religijnej. Pokonując ostatnie stopnie schodów, Imogen usiłowała przezwyciężyć drżenie rąk.
Sięgnęła po chłodną, masywną, żelazną klamkę. Biorąc głęboki oddech, szarpnęła ciężkie drzwi, a skrzypliwy odgłos starych zawiasów przyprawił ją o dreszcze.
Niewielką grupkę wiernych oświetlały różnokolorowe ukośne smugi promieni słonecznych wpadających przez ozdobione witrażami okna, ale stojącą przed ołtarzem parę nowożeńców spowijał mrok.
Nie sposób było jednak nie zauważyć wysokiej, barczystej sylwetki pana młodego, który, odwracając w stronę Imogen ostro wyrzeźbioną twarz, spojrzał na nią wzrokiem przenikliwym i władczym.
Zaraz po przekroczeniu progu świątyni, ze wzrokiem skierowanym na księdza stojącego w kręgu światła dwa stopnie wyżej niż para młoda, z rękami dobrodusznie złożonymi przed sobą, Imogen oznajmiła mocnym, niezachwianym głosem:
– Nie wiem, co się tu wyprawia, ale ta farsa musi się natychmiast skończyć!
Widząc oszołomione twarze, z każdą chwilą przejawiające pod jej adresem coraz więcej dezaprobaty i wrogości, Immie przełknęła ślinę.
Również spojrzenie księdza stawało się coraz mniej życzliwe.
Wtedy uświadomiła sobie, jakie wrażenie musi robić jej strój. Ekstrawagancka fryzura, na którą nie bez oporów namówił ją stylista, nosiła wyraźne ślady nocnej zabawy. Mocny makijaż uwypuklał każdy szczegół jej rysów, dając pretekst do tego, by tym mocniej lustrować mieniącą się w słońcu, usianą cekinami i bardzo krótką szmaragdową sukienkę. Po świętej posadzce głośno stukały wysokie szpilki na czerwonej podeszwie.
Mając świadomość, że jej wygląd nie licuje z miejscem, w którym się znalazła, Imogen starała się tym nie przejmować. Wiadomość od prywatnego detektywa dotarła do niej w chwili, gdy bawiła się w klubie nocnym w Atenach, co na przestrzeni ostatnich dziesięciu miesięcy robiła niezwykle rzadko.
Kierując się instynktowną, wszechogarniającą potrzebą, by jak najszybciej dowiedzieć się prawdy, natychmiast ruszała w drogę, nie rozważając nawet tego, by wrócić do domu i się przebrać.
Czując na sobie zgorszone spojrzenia, miała niemal potrzebę, by głośno oznajmić, że zwykle nie ubiera się w taki sposób… Ale przecież nikomu nie była winna żadnych wyjaśnień.
Szła więc główną nawą, z wysoko podniesioną głową, odważnie odpierając wzrokiem zgorszone spojrzenia, aż kolejni recenzenci jej ubioru spuszczali oczy.
Immie zmierzała prosto w kierunku pary młodej, która teraz całkowicie odwróciła się w jej stronę.
Przewodniczący uroczystości kapłan zszedł ze stopni ołtarza i, omijając parę młodą, stanął z rozpostartymi ramionami, jakby próbując osłonić nowożeńców przed potencjalną krzywdą, którą mogłaby im wyrządzić Imogen.
I choć z ust księdza posypała się lawina słów, ona dalej zmierzała w stronę ołtarza.
– Niestety nie mówię po grecku, ale mam głęboką nadzieję, że ksiądz zna angielski – rzekła, nie zwalniając kroku. – Jak już powiedziałam, tę ceremonię należy natychmiast przerwać, zanim dojdzie do poważnego błędu.
– Co ma pani na myśli, mówiąc o błędzie? – spytał chłodnym tonem pan młody, a Immie aż się zatrzymała w pół kroku.
Ten sam głos – głęboki, zgrzytliwy, władczy i hipnotyzujący.
To na dźwięk tego głosu ustępowali dyrektorzy wielkich firm, a pracownicy wpadali w panikę. To ten głos wpędził jej ojca w spiralę bankructwa, ostatecznie doprowadzając do tego, że musiał złożyć ją, Imogen, w ofierze.
To ten głos wywoływał w niej nawroty płaczu i wściekłości, gdy jego właściciel z lubością ignorował wszelkie odwołania do rozsądku i beznamiętnie odrzucał prośby, by ponownie rozważył haniebną cenę, jakiej zażądał od jej rodziny.
W ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy wielokrotnie zastanawiała się, gdy nie mogła usnąć, dlaczego tak bardzo dręczy ją myśl, że już nigdy więcej nie usłyszy tego głosu. Choć powinna czuć ulgę, że wreszcie będzie wolna.
Wiedziała jednak, że tylko ona sama może się od niego uwolnić. I chyba właśnie dlatego nigdy nie zrezygnowała z poszukiwań.
A teraz miała to, co chciała…
– Zadałem pani pytanie. Jeżeli przerywa pani mój ślub, to proszę mieć chociaż tyle przyzwoitości, żeby powiedzieć dlaczego.
To było już szaleństwo wyższego rzędu – pycha wykraczająca poza to, czego nawet ona mogłaby się po nim spodziewać. A podczas ich krótkiego, ale intensywnego czasu razem pokazał jej już naprawdę wiele…
Zanim ostatecznie zniknął z powierzchni ziemi.
Immie zrobiła ostatni krok, a zmieniający się kąt wpadania promieni słonecznych sprawił, że nagle ujrzała jego twarz w całej okazałości.
W co on, do cholery, gra?
Zadane cicho po grecku pytanie przeniosło wzrok Imogen na kobietę, która trzymała się jego ramienia.
Gdy podeszła jeszcze o krok bliżej, by lepiej się jej przyjrzeć, mężczyzna stanął przed nią, blokując do niej dostęp własnym ciałem.
Przejawy opiekuńczości w stosunku do innej kobiety raniły Imogen bardziej, niż chciałaby przyznać. Ich własny związek – zrodzony w klinicznie zimnych ścianach sali konferencyjnej, a potwierdzony w jeszcze zimniejszych murach ateńskiego urzędu stanu cywilnego – opierał się na czymś zupełnie innym.
– Doskonale wiesz, dlaczego przeszkadzam. Odrywasz własnego sobowtóra? A może masz brata bliźniaka?
Ze zdziwieniem zauważyła, że w jego oczach pojawił się ślad niepewności. Jednak po chwili rzucił jej kolejne gniewne spojrzenie.
– Nic mi o tym nie wiadomo – odparł.
– To po co ta cała szopka?
– Jedyna dziwna rzecz, jaka ma tu miejsce, to pani nieproszona obecność… Z kim mam wątpliwą przyjemność?
– To już przechodzi ludzkie pojęcie! – Imogen rozejrzała się po zaciekawionych twarzach uczestników ceremonii. – Jeżeli stroisz sobie ze mnie żarty, to wiedz, że to nie jest śmieszne.
– Zapewniam, że to pani sama robi z siebie pośmiewisko. Nie zamierza się nam pani nawet przedstawić? – spytał mężczyzna, tym razem znów znacznie ostrzejszym i bardziej władczym tonem, wywołując po tych słowach groźną ciszę.
Gdyby było to działanie celowe, Immie czułaby się dotknięta do żywego.
Ale, wraz z upływem czasu, wydawało się to coraz mniej możliwe.
– Nazywam się Imogen Callahan Diamandis. A ty, Zephyr Diamandis.
I na potwierdzenie swoich słów – by przeciąć wszelkie wątpliwości i przerwać toczące się gry – podniosła rękę, pokazując obscenicznie piękny diament pasujący do nazwiska osoby, która kiedyś wsunęła go jej na palec, choć w znacznie mniej urokliwych okolicznościach.
– I, gdybyś miał co do tego jakiekolwiek wątpliwości, jestem twoją żoną!
Zephyr Diamandis.
To ponad wszelką wątpliwość greckie – wręcz dobitnie i pompatycznie greckie – nazwisko.
Trudne do skojarzenia ze światem zwykłego Yiannisa, który dziesięć miesięcy wcześniej obudził się w nieznajomym łóżku.
Unieruchomiony fatalnym stanem zdrowia i szokiem, w jakim się znajdował, gorączkowo usiłował przypomnieć sobie cokolwiek. Ale każda próba kończyła się tylko pulsującym bólem w skroniach – zachęcającym do tego, by odpuścić. Zapomnieć na zawsze.
Zephyr Diamandis.
Dla niego brzmiało to równie obco jak Yiannis.
Yiannis Bez-nazwiska.
Zaakceptował to imię, choć w głębi serca nie był z niego zadowolony. Ale nie miał wówczas niczego, co mógłby uznać za swoje, poza podartymi łachami, w których go znaleziono. I poza tym, że mówił po grecku – musiał więc być Grekiem.
Od tamtego czasu kształt jego życia uległ istotnej poprawie. Mógł się już pochwalić garstką przyjaciół i życzliwych sąsiadów. Znalazł sobie zajęcie – pomagał Petrosowi w zarządzaniu pracą dziesięciu łodzi rybackich, których był właścicielem. Na tyle akceptował już swoje nowe życie, że w końcu uległ delikatnym, ale stanowczym namowom Petrosa, by poślubił jego córkę.
– Yiannis? – odezwała się kobieta, która trzymała go za rękę.
Odwrócił się do niej, trochę zaskoczony, że w ogóle o niej zapomniał w obliczu skąpo ubranej, odważnej, przebojowej i oszałamiająco pięknej nieznajomej, która… przekonującym tonem utrzymywała, że jest jego żoną.
Niedoszła panna młoda, Thea, położyła mu rękę na piersi.
Na jej twarzy malowały się emocje podobne do tych, których sam doświadczał – nieufność i zakłopotanie.
– On nie ma na imię Yiannis – zwróciła się do niej rozemocjonowanym głosem jego domniemana żona.
Patrząc, jak jej nozdrza płoną z zazdrości, niedoszły pan młody poczuł w sobie uderzenie głębokiej satysfakcji.
Przecież on też byłby skrajnie niezadowolony, gdyby się dowiedział, że jego żona chce wyjść za innego mężczyznę.
Ale miał na to tylko jej słowa.
– Jestem twoim mężem?
– Tak – odpowiedziała zdecydowanie Imogen.
W jego skroniach znów pojawił się ból.
– Udowodnij to – wycedził powoli.
– Co takiego?
– Udowodnij, że to nie jest jakiś żart. Ciągle mamy tu turystów szukających coraz bardziej niekonwencjonalnych sposobów, by się zabawić czyimś kosztem. Może przegrałaś jakiś zakład albo ktoś postawił ci takie wyzwanie…
– Nadal robisz sobie ze mnie żarty? – Pierś Immie unosiła się szybko w niedowierzaniu.
– Chyba nie spodziewasz się, że uwierzę ci na słowo? – odparł, widząc, jak Petros, mężczyzna, który powinien już być jego teściem, podnosi się z ławki.
– To nie jest żaden żart! – wykrzyknęła Immie, potrząsając głową.
Sięgnęła do mikroskopijnej kopertówki przewieszonej przez ramię na cieniutkim paseczku, co pozwoliło Yiannisowi… czy Zephyrowi wyobrazić sobie kształt jej radośnie sterczących piersi.
Zanim jednak zdołała wydobyć z torebki elegancki telefon, pojawił się obok nich Petros.
– Dobre wychowanie nie pozwala mojemu synowi powiedzieć wprost, że mamy już serdecznie dość naigrywania się z naszego prostego życia, tylko po to, żeby wrzucić sobie potem zdjęcie na Instagrama. Czego ty sobie właściwie życzysz, moja panno?
– Pańskiemu synowi? – poddała w wątpliwość te słowa Immie.
I ignorując resztę wypowiedzi, zwróciła się do męża:
– To nie jest twój ojciec.
W nim zaś podskoczyło serce, a nagłe pragnienie wiedzy sprawiło, że prawie poprosił, by natychmiast opowiedziała wszystko, co wie. W ostatniej chwili ugryzł się w język.
Petros odrzucił jej odpowiedź machnięciem ręki, wywołując w głowie Yiannisa dziwne niezadowolenie.
– We wszystkich ważnych aspektach życia jest moim synem. Czy to już koniec zabawy i możemy kontynuować ceremonię, czy też masz jakieś dowody do przedstawienia?
– Nie ma zasięgu – zawołała Immie, wpatrzona w telefon.
Jej domniemany mąż uśmiechnął się, by pokryć rosnące w nim rozczarowanie i wewnętrzną pustkę.
– Żeby wyświetlić zdjęcia w telefonie nie potrzeba zasięgu czy internetu, panno Diamandis. Czyżby nie miała pani w telefonie ani jednego naszego wspólnego zdjęcia? – spytał szyderczo.
– Jestem panią, a nie panną Diamandis – odparła z osobliwym wyrazem twarzy Imogen. – Ewentualnie panną Callahan, jeśli wolisz używać mojego panieńskiego nazwiska.
Wcale nie wyglądało na to, by mężczyzna tego właśnie pragnął. Z trudem powstrzymując się od omiatania wzrokiem jej zgrabnych nóg i tłumiąc w sobie silne pożądanie, powiedział:
– Jak powiedział już Petros, mamy ceremonię ślubną do dokończenia. Jeśli przyzna pani wreszcie, że to tylko kontynuacja nocnej zabawy, to wystarczą nam zwykłe przeprosiny.
– A jeśli nie przyznam? – spytała z ogniem w oczach, unosząc podbródek, Immie.
– Yiannis, proszę zrób z tym coś – zwróciła się do niego cicho po grecku Thea.
Spojrzał na jej łagodne oblicze. Córka Petrosa, i jego jedyne dziecko, była umiarkowanie piękna. W jej rysach utrzymywała się zawsze pewna doza melancholii, która po raz pierwszy pojawiła się trzy lata wcześniej, po stracie narzeczonego. Być może ze względu na jej delikatność, czy właśnie tę melancholię, Yiannis miał zawsze wrażenie, że Thea trzyma go na dystans.
Nigdy nawet jej nie pocałował, nie wspominając już o czymś więcej.
Po doświadczeniach, które go spotkały, nie zastanawiał się zbytnio nad tym, jaki typ kobiety odpowiadałby mu najbardziej. Ale jedno było pewne – Thei zdecydowanie brakowało tupetu i zadziorności, cech bez wątpienia charakteryzujących kobietę podającą się za jego żonę.
Yiannis skrzywił się w duchu, zdając sobie sprawę z tego, że niezależnie od tego, że lubił Theę Angelos, to nie była to miłość. Przyjaźnili się ze sobą, zachęcani do tego przez Petrosa, który widział w ich związku szansę na przedłużenie rodziny. Yiannis zaś czuł, że ma do spłaty dług wdzięczności za to, że Petros uratował mu życie.
Zwrócił się więc do Immie:
– Jeżeli nie zastosuje się pani do mojej grzecznej prośby, to będziemy musieli panią stąd wyprowadzić siłą.
Odwrócił się i skinął głową w kierunku księdza, który, odetchnąwszy z ulgą, wspiął się z powrotem na podwyższenie. Zanim jednak zdążył otworzyć usta, zabrzmiał ponownie silny głos Immie:
– Twój luksusowy jacht, Ophelia I, nazwany tak na cześć twojej matki, stoi zakotwiczony w odległości mniej więcej mili od brzegu. Jeżeli mi nie wierzysz, to po prostu wyjdź na zewnątrz. Widać go z kościelnego wzgórza. Na jachcie pracuje trzydzieści pięć zatrudnianych przez ciebie osób, a kapitana znasz od kilkunastu lat. Dziesięć miesięcy temu, przebywając na pokładzie tego jachtu, wyleciałeś za burtę i uznano, że utonąłeś. Każda znajdująca się na jachcie osoba może potwierdzić twoją tożsamość. Ale możesz też oczywiście za chwilę popełnić akt bigamii. Twój wybór.
Yiannis zesztywniał. Nie z powodu informacji, że jest tak bogaty, że stać go na posiadanie luksusowego jachtu, ale z powodu ewidentnej zbieżności w czasie. I samego wątku utonięcia – bo Petros i jego ludzie rzeczywiście wyłowili go z morza na wpół żywego.
Ale było coś jeszcze… Opowieść o potędze, sile, dynamizmie, aspektach życia, które drzemały w nim gdzieś głęboko, choć nie były obecnie dostępne.
Opowieść o cechach charakteru, które teraz świadomie w sobie tłumił, by nie wyszło na to, że jest niewdzięczny za okazane mu serce. Bo czuł się naprawdę wdzięczny, choć w jakiś sposób… pomniejszony.
Gdy zaczął się wahać, poprzez zgromadzonych w kościele ludzi przebiegł szmer podniecenia. Kilka osób podeszło do okna, usiłując na własne oczy przekonać się o istnieniu jachtu.
– Yiannis? – z namysłem zwrócił się do niego Petros, jakby przeczuwając zbliżającą się katastrofę.
Potem zaś, ze zwężonymi źrenicami, spytał intruza:
– Twierdzisz, że znasz tego mężczyznę. Powiedz nam, co miał na sobie, gdy go widziałaś po raz ostatni?
– Koszulę z długimi rękawami w kolorze morskim i jasnobrązowe bojówki. Miał też cienką skórzaną bransoletę z tytanowym zapięciem, choć mógł ją zgubić.
Petros westchnął w geście kapitulacji, jakby uszło z niego powietrze. Bo opis się zgadzał, chociaż w momencie akcji ratunkowej wymienione ubrania nie były już w najlepszym stanie. Skórzana bransoleta praktycznie rozpadła się na kawałki już po kilku tygodniach od wyschnięcia, a ponieważ Yiannis nie był w stanie odczytać z niej, kim był, wyrzucił ją na śmietnik.
Żal wypełniał mu serce, gdy patrzył na Petrosa.
– Przykro mi, przyjacielu. Ale wiesz, że muszę to sprawdzić.
Rysy starszego mężczyzny ściągnęły się bezradnie, bo wiedział, że nie może zaprzeczyć.
Większość zaproszonych na ślub gości stała już przy oknie.
– Jeśli to jednak jakiś żart, panno Callahan, to proszę się mieć na baczności.
Dalsza część dostępna w wersji pełnej
Tytuł oryginału: The Greek’s Forgotten Marriage
Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2023
Redaktor serii: Marzena Cieśla
Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla
© 2023 by Maya Blake
© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2024
Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.
Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.
Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.
Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.
HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.
Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.
Wszystkie prawa zastrzeżone.
HarperCollins Polska sp. z o.o.
02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A
www.harpercollins.pl
ISBN: 978-83-8342-567-2
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek