Córka Polka - Marcin Wolski - ebook

Córka Polka ebook

Marcin Wolski

0,0
39,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Marysia, kobieta o wielu nazwiskach, genialnie uzdolniona – Krystyna Skarbek, Mata Hari, James Bond i Jason Bourne w jednej osobie, toczy osobistą wojnę z całą potęgą Trzeciej Rzeszy, a przy okazji również ze Związkiem Sowieckim. Przeżywa wiele niesamowitych przygód, ale niezmiennie pozostaje szlachetną „córką Polką” reprezentującą wszystko, co w naszej nacji najlepsze: odwagę, inteligencję, gotowość do poświęceń i niewzruszoną wiarę w potęgę dobra.

Jej szlak z sowieckiej Białorusi prowadzi przez Polskę do Włoch, później bohaterka działa w Paryżu, Teheranie, Moskwie i Smoleńsku… W Poczdamie omal nie zmienia losów świata. Poznaje smak miłości i zdrady. Fascynuje swą osobą Josepha Goebbelsa, Ławrientija Berię, Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego i Galeazza Ciana.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: ThoT Redak­tor tech­niczny: Mar­cin Adam­czyk Korekta: Arie Books

Copy­ri­ght © by Mar­cin Wol­ski, 2026 Copy­ri­ght © by Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 2026

All rights rese­rved

Wydaw­nic­two Bel­lona ul. Han­kie­wi­cza 2, 02-103 War­szawa tel. +48 22 457 04 02 www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl www.ksiazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18977-5

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

I. Początek i koniec

Chodź dziew­czyno, chodź na siano,

a nie będziesz starą panną,

nie zapy­tam cię o wiano,

gdyś jest dla mnie mgłą poranną.

Jesteś dla mnie wia­trem żniw­nym,

jesteś dla mnie let­nim desz­czem,

a ja głupi i nie­winny

będę wołać jesz­cze, jesz­cze!

(piosnka zasły­szana w oko­li­cach Wasy­lisz­cza)

Kim wła­ści­wie jestem? Cie­kawe, ni­gdy dotąd nie zada­wa­łam sobie tego pyta­nia. Dziś muszę. Jutro rano czeka mnie prze­słu­cha­nie, a potem pew­nie śmierć. Nawet jeśli niczego nie powiem im na temat swej toż­sa­mo­ści – powin­nam przy­naj­mniej zde­fi­nio­wać ją sama dla sie­bie, bo pogu­bi­łam się przez to cią­głe uda­wa­nie.

Na dobrą sprawę nie mam prze­cież jed­nego usta­lo­nego nazwi­ska. I nie cho­dzi mi o te wszyst­kie per­so­na­lia z pasz­por­tów, jakimi posłu­gi­wa­łam się przez pięć ostat­nich lat. Jak nazy­wam się naprawdę? W aktach stanu cywil­nego w Koj­da­no­wie (Bia­ło­ru­ska SRR) wpi­sano: Maria Andrie­jewna Pru­ska, uro­dzona 28 lutego 1921 roku. Tyle że redak­tor Andrzej Pru­ski, któ­rego trzy dni przed śmier­cią na hisz­pankę w odru­chu lito­ści poślu­biła moja matka Wanda Zawra­tyń­ska, z całą pew­no­ści ojcem mym być nie mógł. Może więc jestem tylko Zawra­tyń­ska? Tak pew­nie powin­nam się nazy­wać, gdyby ojciec pozo­stał nie­znany. Ale prze­cież pozna­łam jego toż­sa­mość. Nazywa się Sta­ni­sław Solecki. To wielka miłość mojej mamy od chwili, gdy zoba­czyła go na balu kar­na­wa­ło­wym w war­szaw­skiej Resur­sie Oby­wa­tel­skiej w pamięt­nym dniu krwa­wej nie­dzieli 1905 roku. Splot zda­rzeń, który nazwać można tra­ge­dią omy­łek, spra­wił, że nie mogli być razem. Ona, ści­gana przez Ochranę ucie­kła do Gali­cji, on ciężko ranny, prze­ko­nany iż został odrzu­cony, zde­cy­do­wał się zostać kato­lic­kim księ­dzem.

Czy póź­niej mogli to napra­wić? Nie wiem!

Kochan­kami zostali tylko raz, w burzową noc z 31 maja na 1 czerwca 1920 roku. Mama zaba­wiła się w biblijną kusi­cielkę Ewę, poda­jąc Sta­ni­sła­wowi środki nasenne. W nocy oboje stra­cili kon­trolę nad sytu­acją, a o efek­cie począt­kowo nie mieli poję­cia. Następ­nego dnia Wanda Zawra­tyń­ska wyje­chała na wschód za pol­ską armią, która wła­śnie zdo­była Kijów. Zamie­rzała odwie­dzić grób ojca i odszu­kać złoto, ukryte w rodzin­nym majątku w Zawra­ty­niu. On musiał zostać. Ni­gdy już się nie spo­tkali. Mamę ogar­nęło „czer­wone morze” i następne 17 lat prze­żyła we wsi Wasi­lisz­cze jako nauczy­cielka koł­cho­zo­wych dzieci.

Sta­ni­sław odna­lazł mnie trzy dni po jej śmierci, a potem w nie­praw­do­po­dobny spo­sób wydo­stał ze Związku Sowiec­kiego, w któ­rym roz­sza­lała się „ope­ra­cja pol­ska” NKWD. Zabito w jej trak­cie od stu do dwu­stu tysięcy ludzi tylko za to, że byli Pola­kami. Hitler miał się na kim wzo­ro­wać, podej­mu­jąc parę lat póź­niej Holo­kaust.

Może jed­nak powin­nam nazy­wać się Solecka? To nazwi­sko przy­jął jesz­cze w dzie­więt­na­stym wieku mój dzia­dek Hen­ryk Zalc­man, geo­me­tra z Prus, ojciec dwóch synów. Staś zro­dził się z mazur­skiej chłopki, jeśli więc dobrze poli­czyć Żydówką byłam tylko w 25 pro­cen­tach. Mój stry­jeczny brat Józio żyjący gdzieś na pol­skiej wsi odzie­dzi­czył te same pro­por­cje. Jego matka Nataszka była Rosjanką, która zmarła pod­czas porodu w bydlę­cym wago­nie pędzą­cym w stronę Gułagu. Nie­stety jego ojciec, a mój stryj, Józef Zalc­man, żar­liwy komu­ni­sta, jeden z twór­ców rewo­lu­cji paź­dzier­ni­ko­wej i mini­ster w bol­sze­wic­kim rzą­dzie, nie mógł nas oca­lić. Sam zgi­nął jako odprysk „ope­ra­cji pol­skiej” oskar­żony o szpie­go­stwo i przy­na­leż­ność do taj­nej Pol­skiej Orga­ni­za­cji Woj­sko­wej. Żart histo­rii i pro­ku­ra­tora Wyszyń­skiego!

Co do innych domie­szek… Czy jakiś wpływ na mój cha­rak­ter miał fakt, że po przy­by­ciu do Zawra­ty­nia mama został zgwał­cona przez trójkę miej­sco­wych rabu­siów i przez całą ciążę oba­wiała się, że mogę być dziec­kiem któ­re­goś z nich? Ode­tchnęła, gdy zoba­czyła moje bląd oczy i ciemne, głę­boko osa­dzone oczy Zalc­ma­nów. Ale chyba przy­ję­łam coś z Zachar­czu­ków – ich tatar­ską zacie­kłość, cza­sem bez­względ­ność. Pierw­szego czło­wieka zabi­łam w wieku 16 lat w leśni­czówce nad roz­le­wi­skami Nie­mna, gdy usi­ło­wał prze­szko­dzić mi w ucieczce. Była to oczy­wi­sta samo­obrona, ale póź­niej róż­nie się zda­rzało.

Jed­nak wów­czas, kiedy łódką prze­pły­nę­li­śmy na pol­ską stronę Nie­mna i pan Rugajłło wziął ode mnie pła­czą­cego Józia, a ksiądz Sta­ni­sław uca­ło­wał jak biblijny pro­rok zie­mię ojczy­stą, wyda­wało mi się, że wszystko co naj­gor­sze mam za sobą. Że czeka mnie zwy­kłe. szare życie w II Rze­czy­po­spo­li­tej, kraju wiel­kich moż­li­wo­ści, który zasłu­żył sobie na zna­ko­mitą przy­szłość. Myli­łam się!

Do mojej piw­nicy dociera świer­got pta­ków, zapach kwia­tów już nie­stety nie. Wyobra­żam sobie, jak niebo nad jezio­rem Como różo­wieje. I budzi się nowy dzień, jeden z ostat­nich dni tej wojny. Duce został roz­strze­lony wraz ze swą kochanką Cla­rettą Petacci, Führer jeśli jesz­cze żyje, to jego świat ogra­ni­cza się pew­nie do jakie­goś bun­kra, przy­po­mi­na­ją­cego moją obecną norę. Kiep­ska pora żeby umie­rać. Nie prze­ży­łam wiel­kiej, speł­nio­nej miło­ści, nie zało­ży­łam praw­dzi­wej rodziny, a moja misja? Cóż, nie uło­żyła się tak jak zamie­rza­łam…

Wróćmy jed­nak do mojej opo­wie­ści. Po dniu spę­dzo­nym w Nie­świeżu z rodziną Rugajłły, daw­nego rządcy dóbr Zawra­tyń­skich, który, jak wspo­mnia­łam, bar­dzo nam pomógł w prze­kro­cze­niu gra­nicy, pocią­gnę­li­śmy ku War­sza­wie. Po dro­dze zaj­rze­li­śmy do para­fii mego taty w miej­sco­wo­ści Ucie­cha, jedy­nym z tych let­ni­sko­wych przy­sioł­ków wokół War­szawy, któ­rych nazwy świad­czą o pry­ma­cie roz­ko­szy ciała nad roz­wo­jem ducha – Radość, Wygoda, Wesoła, Miło­sna.

War­szawka wie­działa, gdzie jeź­dzić, by pogrze­szyć! Na ple­ba­nii spo­tka­li­śmy się z panią Jadwigę Mazur, która za młodu była ladacz­nicą, a póź­niej przez całe lata gospo­dy­nią księ­dza, a w wol­nych chwi­lach także wróż­bitką. Kobieta ta osza­lała na punk­cie małego Józia, zała­twiła dla niego mamkę i powie­działa, że dziecka nie opu­ści ni­gdy, a ksiądz Sta­ni­sław powi­nien zro­bić wszystko, aby zostać jego praw­nym opie­ku­nem.

– To może być trudne, Jadwigo – wahał się.

– A od czego ma ksiądz zna­jo­mo­ści?

Myślę, że mój przy­jazd do Ucie­chy i paro­dniowy pobyt, był przez Sta­ni­sława głę­boko prze­my­ślany. Uła­twiał moją adap­ta­cję. Tym bar­dziej, że róż­nica mię­dzy sowiec­kim Wasy­lisz­czem i pod­war­szaw­skim let­ni­skiem nie była szcze­gól­nie wielka, poza tym, że ludzie w Pol­sce ogól­nie wyda­wali się bogatsi, szczę­śliwsi, a nade wszystko wolni. Nie­stety ów stan sie­lanki potrwał wszyst­kiego tydzień.

W sobotę ksiądz Solecki zwykł spo­wia­dać chęt­nych, cho­ciaż z racji upału wielu peni­ten­tów nie miał. Zamie­rzał już opu­ścić kon­fe­sjo­nał, kiedy za kratką zama­ja­czył jakiś potężny cień.

– Zdra­stuwjte tawa­riszcz Solecki – dobie­gły go słowa po rosyj­sku, wsparte krót­kim ude­rze­niem cze­goś twar­dego o drewno spo­wied­nicy. – Żad­nych gwał­tow­nych ruchów. Moja giwera wyce­lo­wana jest w wasz brzuch.

– Szybko mnie zna­leź­li­ście.

– Obser­wo­wa­li­śmy was wcze­śniej.

– Cho­dzi o zemstę?

– Skądże znowu, zemsta jest roz­rywką dur­niów i nie przy­stoi zawo­dow­com. Chcemy tylko z wami poroz­ma­wiać.

– O czym?

– O waszych wra­że­niach z Rosji. O serii incy­den­tów, któ­rych byli­ście świad­kiem…

– Cho­dzi o masową akcję prze­ciw Pola­kom?

– Nie było żad­nej maso­wej akcji. Poczy­taj­cie prasę, pol­ską, rosyj­ską, świa­tową, posłu­chaj­cie radia… Nic się nie działo i się nie dzieje. I niech tak zosta­nie. Ale gdyby chciał pójść wie­lebny do swo­ich przy­ja­ciół w Szta­bie Gene­ral­nym albo do prasy i dzie­lić się infor­ma­cjami…

– To wtedy mnie zabi­je­cie? Wiem! No cóż, po tym co prze­sze­dłem ostat­nio, nie boję się śmierci.

– Ale mamy waszego brata. Czeka na pro­ces, ale może okaże się, że został nie­słusz­nie oskar­żony. A wasza doczka, wasz Bliu­bo­tył, taka piękna, inte­li­gentna, nie­winna, ma całe życie przed sobą…

Ksiądz zadrżał. Nie­wielu ludzi wie­działo, że przy­jął od Michaj­ło­wej zwy­czaj nazy­wa­nia mnie „Bła­wat­kiem”.

– Rozu­miem zatem, że jeste­śmy doga­dani. Wy zapo­mni­cie o swych przy­go­dach w Rosji, my zapo­mnimy o was. Przy­naj­mniej na razie.

– Odpu­ści­cie?

– Są rze­czy dużo waż­niej­sze od pry­wat­nych pora­chun­ków. Nasze pań­stwa pod­pi­sały pakt o agre­sji. Wspól­nie myślimy, jak prze­ciw­sta­wić się Hitle­rowi. Nie możemy sobie pozwo­lić na coś, co mogłoby zbu­rzyć tę deli­katną współ­pracę… A teraz nie wychodź­cie przez trzy minuty, bo nie chcę was zabić. Pra­co­wa­łem kie­dyś pod towa­rzy­szem Zalc­ma­nem i mam wielki sza­cu­nek do jego rodziny.

Oczy­wi­ście mój papa, bo tak zwy­kłam nazy­wać Sta­ni­sława (a on żar­to­wał, że dzięki temu tytu­łowi czuje się pra­wie papie­żem) nie opo­wie­dział mi o tym incy­den­cie. Przy­naj­mniej nie od razu. Nie chciał mnie stra­szyć. W to, że jego brat żyje, też chyba nie uwie­rzył, ale posta­no­wił mnie chro­nić.

Pra­wie natych­miast poje­cha­li­śmy do War­szawy. Nie spo­tkało nas tam żadne wiel­kie powi­ta­nie, nie było wywia­dów pra­so­wych, któ­rych mogłam się spo­dzie­wać.

– Nie trzeba zwra­cać na sie­bie zbyt­niej uwagi Bła­watku – tłu­ma­czył.

– Prze­cież mie­li­śmy opo­wie­dzieć całemu światu o wiel­kim gło­dzie, o akcji prze­ciw Pola­kom…

– I co potem zro­bią nasze wła­dze, wypo­wie­dzą wojnę Rosji? I to w chwili kiedy za zachod­nią gra­nicą wyra­sta praw­dziwe zagro­że­nie. Zary­zy­kują walkę na dwa fronty? Ci, co maja się dowie­dzieć, to się dowie­dzą. A umar­łym już nic nie pomoże…

Uzna­łam, że ma racje. Od pierw­szego spo­tka­nia w Koj­da­no­wie wie­rzy­łam mu bez­gra­nicz­nie.

Ostat­niego dnia pobytu na ple­ba­nii, kiedy ksiądz odpra­wiał wie­czorne nabo­żeń­stwo, pani Jadwiga posta­wiła mi kabałę.

Zro­biła to trzy razy i za każ­dym razem prze­cie­rała oczy.

– Ni­gdy cze­goś podob­nego nie widzia­łam – stwier­dziła.

– Czyli co?

– Dłu­gie, cie­kawe życie pełne wiel­kich nie­bez­pie­czeństw, wiel­kich zadań i wiel­kich miło­ści…

Z per­spek­tywy mojej wło­skiej piw­nicy wyglą­dało to na ponury żart. Doży­łam 25 lat, ale żaden mój zwią­zek, żadna miłostka, nie kwa­li­fi­ko­wała, by nazwać ją wiel­kim uczu­ciem. Czyżby mazo­wiecka Kasan­dra, która nader traf­nie prze­wi­działa losy mych rodzi­ców i cud nad Wisłą, tym razem pomy­liła się aż tak bar­dzo?

* * *

Ni­gdy nie byłam w wiel­kim mie­ście (bo trudno uznać za taki bia­ło­ru­ski Mińsk), toteż War­szawa latem 1937 roku zro­biła na mnie wra­że­nie sto­licy świata. Ten ruch, zgiełk i osza­ła­mia­jąca wital­ność, zdolna poko­nać wszystko i wszyst­kich. Tak­sówką poje­cha­li­śmy pod dom mamy w Ale­jach Ujaz­dow­skich, który na tle wszyst­kich kamie­nic, które zda­rzyło mi się oglą­dać do tej pory, wydał się pała­cem. Dozorca o apa­ry­cji dwo­rza­nina z fil­mów kostiu­mo­wych ucie­szył się na widok Sta­ni­sława, któ­rego widać uwa­żał za mar­twego i zaczął powta­rzać jak nakrę­cona pozy­tywka:

– Księże dobro­dzieju, o księże dobro­dzieju! – Po czym zoba­czyw­szy mnie, omal nie upadł. – Na miły Bóg czyżby to młoda pani Zawra­tyń­ska?

Poda­łam mu rękę, którą uca­ło­wał z takim sza­cun­kiem, jak­bym była co naj­mniej kar­dy­na­łem.

– A gdzie pani Wanda? – zapy­tał, orien­tu­jąc się, że kogoś tu bra­kuje.

– Umarła – odpar­łam. – Ale wie­lo­krot­nie opo­wia­dała mi, jak świet­nie napra­wił jej pan zegar, który dostała od dziadka.

Zaczął pła­kać, jak u nas ludzie na wsi, gdy mogą czuć się szcze­rze i opa­no­wał się dopiero po dłuż­szej chwili.

– Dobrze, że pań­stwo wró­cili. Ostat­kiem sił bro­nię waszego miesz­ka­nia.

– A co się dzieje? – spy­tał mój papa.

– Tyzen­hau­zo­wie wystą­pili o uzna­nie pani Wandy za zmarłą i chcą prze­jąć mają­tek.

– To się tro­chę pospie­szyli. A co z Panią Zytą, tak łatwo ustą­piła pola?

Pytał o dawną sekre­tarkę z redak­cji „Kuriera”, ongiś kochankę Pru­skiego, a potem ser­deczną przy­ja­ciółkę mojej mamy, która całe lata opie­ko­wała się miesz­ka­niem, dzie­ląc czas mię­dzy Los Ange­les, gdzie miesz­kał jej mąż, Bob Thomp­son, były lot­nik eska­dry „Kościuszko”, a War­szawą, z która łączyły ja wspo­mnie­nia i opieka nad kolej­nymi wzno­wie­niami powie­ści Wandy Zawra­tyń­skiej Sani­ta­riuszka spod Rarań­czy.

– Pani Thomp­son musiała znowu wyje­chać do USA. Jej syn ukoń­czył kolejny rok na tam­tej­szej Aka­de­mii Woj­sko­wej, zaj­mu­jąc pierw­szą lokatę.

– Nasz mały Pio­truś?!

– Fak­tycz­nie bar­dzo dawno ksiądz go nie widział! Kiedy odwie­dził nas trzy lata temu, mie­rzył już metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, a z tego co pisała pani Zyta, cią­gle rośnie… Ale, ale, zapo­mniał­bym o naj­waż­niej­szym. Klu­cze od miesz­ka­nia! Zaraz dam dwa kom­plety i zapro­wa­dzę na górę, pew­nie pań­stwo utru­dzeni…Pro­szę mi dać swoją walizkę!

Cie­kawe uczu­cie wejść do miesz­ka­nia, w któ­rym się ni­gdy nie było, a zna się je z opisu mamy niczym wła­sną kie­szeń. Roko­kowy zegar, półka z książ­kami, któ­rych tytuły potra­fi­ła­bym wymie­nić zbu­dzona w środku nocy, biu­reczko z Gali­cji i maszyna do pisa­nia, na któ­rej napi­sała Sani­ta­riuszkę spod Rarań­czy, komódka cioci, kie­dyś ukry­wa­jąca skra­dzione listy, łóżko z błę­kitną narzutą, na któ­rym zosta­łam poczęta i repro­duk­cja Madonny Rafa­ela ponad nim… Nie zdo­ła­łam się długo nacie­szyć wspo­mnie­niami, bo po godzi­nie zja­wił się adwo­kat Tyzen­hau­zów, nie­jaki Rich­ter, młody, aro­gancki, pewny sie­bie.

– Co tu robi­cie? – zaczął od progu.

– W odróż­nie­niu od pana jeste­śmy u sie­bie – odparł spo­koj­nie papa.

Troszkę stro­pił go duchowny strój, ale nie­wiele spu­ścił z tonu.

– A to niby kto? – wska­zał pal­cem na mnie.

– Maria Pru­ska-Zawra­tyń­ska – odpar­łam – córka zmar­łej wła­ści­cielki.

– Każdy tak może powie­dzieć.

Chcia­łam się­gnąć po wywie­zione z Rosji doku­menty, ale ksiądz Solecki nie wytrzy­mał.

– Synu, widzi mi się, żeś dawno w gębę nie dostał.

To mówiąc sta­nął mię­dzy nami.

– Repre­zen­tuje barona Tyzen­hauza – wybeł­ko­tał praw­nik.

– Jeśli baron Tyzen­hauz ma jakieś do nas sprawy, to niech przyj­dzie sam, a nie wysyła swo­ich ofi­cja­li­stów. Drzwi są tam!

Przez resztę dnia mie­li­śmy spo­kój. Naza­jutrz naj­pierw do miesz­ka­nia pan Fra­nio wniósł kosz róż, a póź­niej przy­szli obaj pano­wie Tyzen­hauz, nie­na­gan­nie ubrani, uśmiech­nięci i ocie­ka­jący uprzej­mo­ścią niczym ul mio­dem lipo­wym. Trudno wyobra­zić się braci o bar­dziej odmien­nej uro­dzie. Zbli­ża­jący się do pięć­dzie­siątki Karol był ryży, wysoki, gru­bo­ko­ści­sty, o wyglą­dzie Niemca z dziada pra­dziada, zaś młod­szy o dekadę Ignacy szczu­pły, deli­katny, sta­no­wił typowy przy­kład krót­ko­wi­dza, inte­lek­tu­ali­sty i już tylko za to, polu­bi­łam go od pierw­szego wej­rze­nia. Przy­szło mi to tym łatwiej, że to on wziął na sie­bie cię­żar prze­pro­sin, kon­do­len­cji, a potem kom­ple­men­tów pod moim adre­sem. Jego brat mil­czał, tylko roz­bie­rał mnie wzro­kiem niczym jajko ze sko­rupki. Odpo­wie­dzia­łam im uprzej­mie, stwier­dza­jąc, że mieli prawo uwa­żać moja mamę za zmarłą, ale mam nadzieję, że teraz wszystko staje się jasne.

– Jak naj­bar­dziej, kuzy­neczko! – Roz­pro­mie­nił się Ignacy. – Pierw­sze koty za płoty! Mam nadzieję, że nie­for­tunny począ­tek nie wpły­nie na kształt naszych rodzin­nych związ­ków.

Tu zapew­nił, że nie mają zamiaru pod­da­wać w wąt­pli­wość moich praw do majątku, po czym wspo­mnieli nawet od odna­le­zio­nym depo­zy­cie w szwaj­car­skim banku, który prze­trwał Wielki Kry­zys, a nawet mocno urósł, z któ­rego, wedle roz­po­rzą­dze­nia ich zmar­łego ojca, nale­żała mi się jedna trze­cia zaso­bów.

Nie pyta­łam ile to wynosi, ale przy kolej­nym spo­tka­niu Karol, który mimo ary­sto­kra­tycz­nego rodo­wodu mie­wał zacho­wa­nia par­we­niu­sza, zdra­dził, że jest tego około stu tysięcy dola­rów w zło­cie. Mają­tek!

Kry­gu­jąc się, czy mogę to przy­jąć, nie mia­łam wów­czas poję­cia, jaką rolę ode­grają te pie­nią­dze w moim życiu.

Dwa dni póź­niej, już bez asy­sty Sta­ni­sława, zapro­szono mnie do ich rezy­den­cji w Kon­stan­ci­nie. Wysłano po mnie szo­fera, czu­łam się więc co naj­mniej jak carewna. Wizyta w ich pała­cyku kazała mi zasta­na­wiać się, jak mogłaby wyglą­dać Rosja, gdyby nie rewo­lu­cja. Pięk­nie!

Pod­jęto mnie obia­dem i pozna­łem też córki Igna­cego i Simo­netty, hra­biny Bor­sini – Ana­sta­zję i Anto­ninę, jed­no­ja­jowe bliź­niaczki, młod­sze ode mnie o rok, dosko­nale uło­żone, choć jak miało się oka­zać, były to tylko pozory. Na stałe obie panny miesz­kały wraz z matką w Toska­nii, a lato spę­dzały w Pol­sce (ze względu na „ary­sto­kra­tyczną” cerę, aby się zanadto nie opa­lić). Zaraz po posiłku Ignacy Tyzen­hauz zło­żył mi pro­po­zy­cję.

– Nie zamie­rzamy ofi­cjal­nie wystę­po­wać o prawo opieki nad tobą, jed­nak w świe­tle obo­wią­zu­ją­cych prze­pi­sów, jeste­śmy w tej chwili twoją jedyną rodziną i z przy­jem­no­ścią zaj­miemy się tobą, do czasu peł­no­let­no­ści

Chcia­łam powie­dzieć: „A mój tata?”, ale ugry­złam się w język.

– Roz­ma­wia­li­śmy już z księ­dzem Solec­kim i wstęp­nie wyra­ził zgodę, oczy­wi­ście po zasię­gnię­ciu two­jej opi­nii.

– Na co?

– Na twój wyjazd do Włoch. Tam odbie­rzesz wykształ­ce­nie należne twoje sfe­rze, poznasz świat….

Chyba zakrę­ciły mi się łzy w oczach.

– Nie pojadę ni­gdzie bez roz­mowy z księ­dza Sta­ni­sła­wem! – zawo­ła­łam.

– Rozu­miem twoje waha­nia, ale mam nadzieję, że oso­bi­ście cię prze­kona.

I rze­czy­wi­ście prze­ko­nał, mimo mych nie­śmia­łych pro­te­stów. Był zda­nia, że im dalej od bol­sze­wic­kiej Rosji, tym dla mnie lepiej.

– Wyko­rzy­staj ten czas, Bła­watku! Naucz się języ­ków, a za dwa lata i tak, jako osoba peł­no­let­nia, będziesz mogła decy­do­wać o sobie.

Tak więc nie poby­łam wiele w War­sza­wie, trzy dni spę­dzone z ojcem i długa wycieczka po mie­ście musiały mi wystar­czyć. Poka­zał mi miej­sca, ważne dla naszej rodzin­nej histo­rii – dom na Nowym Mie­ście, w któ­rym miesz­kał jako lice­ali­sta i dawne miesz­ka­nie mamy na Kró­lew­skiej z kapliczką na podwórku. Kościół św. Krzyża, miej­sce ich „przy­pad­ko­wych” spo­tkań i klasz­tor Sióstr Wizy­tek, gdzie leżał ranny, prze­ko­nany, że umiera. Przed oczami prze­su­nął mi się praw­dziwy foto­pla­sty­kon wspo­mnień. Zaszli­śmy pod Resursę Oby­wa­tel­ską, miej­sce ich pierw­szego spo­tka­nia, oraz do klasz­toru kame­du­łów na Bie­la­nach. Wpa­dli­śmy na Bed­nar­ską, gdzie zabił Kozaka. Na odro­binę odpo­czynku pozwo­li­li­śmy sobie Ogro­dzie Saskim i Doli­nie Szwaj­car­skiej – dziś let­nim salo­niku War­szawy. Pró­bo­wa­łam sobie wyobra­zić zimową śli­zgawkę i pozna­nie mojej mamy ze Sta­ni­sła­wem i nie wia­domo dla­czego po policzku poto­czyły mi się łzy.

W każ­dym razie mak­sy­mal­nie wyko­rzy­sta­li­śmy krótki czas, który nam został. Jak to się nam udało – nie wiem. W każ­dym razie tata zdo­łał jesz­cze nauczyć mnie wielu rze­czy przy­dat­nych w moim kolej­nym życiu, na przy­kład szy­fru książ­ko­wego – bazą miała być jedyna wydana powieść mamy, a jeśli z jakie­goś powodu byłaby nie­do­stępna, angiel­ska Biblia Króla Jerzego. Nauczył także obcho­dze­nia się z bro­nią, rzu­ca­nia nożem, otwie­ra­nia kaj­da­nek spinką do wło­sów, zasad gra­nia w bry­dża (pokera ćwi­czy­łam jesz­cze z Anto­nim w Wasy­lisz­czu i co tu ukry­wać, byłam w tym nie­zła) pokera, a także uży­wa­nia jako broni sprzę­tów, które zwy­kle są pod ręką. Dorzućmy do tego umie­jęt­ność spo­rzą­dza­nia sym­pa­tycz­nego atra­mentu, środ­ków nasen­nych, a także tru­cizn z mate­ria­łów zazwy­czaj nie­prze­zna­czo­nych do tego celu. W ramach tego szko­le­nia uczył mnie, jak dostrze­gać czy jest się śle­dzo­nym i jak gubić ewen­tu­alny ogon. Te nauki, póź­niej oczy­wi­ście dosko­na­lone, wie­lo­krot­nie rato­wały mi życie. Jako pło­cha szes­na­sto­latka zupeł­nie nie poj­mo­wa­łam, na co mają mi się przy­dać podobne umie­jęt­no­ści? A gdy pyta­łam wprost, odpo­wia­dał tajem­ni­czo:

– Strze­żo­nego Pan Bóg strzeże.

Podej­rze­wam, że do tych szko­leń namó­wiła go Jadwiga, która nawet jeśli nie mogła cał­ko­wi­cie prze­wi­dzieć przy­szło­ści, widziała wszel­kie moż­liwe zagro­że­nia jakie ta nio­sła ze sobą.

Tym­cza­sem ja byłam w wieku, w któ­rym taką szcze­niarę jak ja, prze­peł­niała pew­ność, że ze wszyst­kim pora­dzi sobie sama. Na przy­kład ze stry­jem Karo­lem. Tym samym, o któ­rym opo­wia­dała mi mama, że gdy miała objąć posadę guwer­nantki u Tyzen­hau­zów, zło­żył jej pro­po­zy­cją tak wysoce nie­mo­ralną, że rumieni się nawet teraz, kiedy ją wspo­mina. Trzy­dzie­ści pięć lat póź­niej pozo­stał tym samym oble­śnym bawi­dam­kiem, na jakiego się zapo­wia­dał. Cały czas pod­czas moich dwóch wizyt patrzył na mnie niczym pies na kieł­basę, toteż wia­do­mość, że nie jedzie z nami do Włoch, tylko do przy­ja­ciół w Niem­czech, przy­ję­łam ze zro­zu­miałą ulgą.

Przed­smak przy­szłych kon­tak­tów mia­łam pod­czas wspól­nego pod­wie­czorku.

– Podobno zabi­łaś kie­dyś czło­wieka? – powie­dział, kła­dąc mi, niby przy­pad­kiem, rękę na udzie.

– I ow­szem – odpar­łam. – A pra­cu­jąc w koł­cho­zie nauczy­łam się nawet kastro­wać byki!

Cof­nął rękę szyb­ciej niż ją poło­żył.

Gdy­bym tak jesz­cze znała przy­szłość…?

Ale co może wie­dzieć szes­na­sto­latka o męż­czy­znach. Prze­cież nie wie­dzia­łam wtedy, że przy­no­szę im pecha. Choć mogłam już zacząć się domy­ślać. W ciągu ostat­niego mie­siąca zgi­nęli dwaj bra­cia Bykow­scy z mojej wio­ski, któ­rzy pod­ko­chi­wali się we mnie, i Kola Soko­łow, cze­ki­sta i wróg, ale wedle jego wła­snych słów zako­chany we mnie na zbój. Z naci­skiem na to ostat­nie słowo – zabój. Stry­jek Karol wydał mi się oble­śny, ale na swój spo­sób zabawny. I nale­żał do rodziny. Nie mia­łam poję­cia, że kie­dyś będę naprawdę musiała go zabić!

Tym­cza­sem zgrzyt­nął zamek w drzwiach mojej piw­niczki, kła­dąc kres wspo­mnie­niom. Naj­pierw zaj­rzał uzbro­jony war­tow­nik, omiótł świa­tłem latarki nie­wielką prze­strzeń, jakby myśląc, że zgro­ma­dziły się w niej wszyst­kie duchy z mej prze­szło­ści.

– Wycho­dzić! – wark­nął…

Wsta­łam, gotu­jąc się na decy­du­jące star­cie. Zasta­na­wia­łam się, z iloma osob­ni­kami przyj­dzie mi się zmie­rzyć, zanim zdążę chwa­leb­nie polec. Wczo­raj dopro­wa­dziło mnie tu czte­rech. Teraz jed­nak war­tow­nicy się zmyli, a przed wej­ściem ocze­ki­wał mnie jedyne samotny ofi­cer Abwehry, żar sło­neczny spra­wiał, że widzia­łam go bar­dzo nie­wy­raź­nie i musia­łam cze­kać, aż mój wzrok się przy­zwy­czai.

– Prze­pra­szam, że musiała pani cze­kać, baro­nowo von Preus­sen. Jed­nak, zanim mnie pani zabije, pro­szę mnie wysłu­chać, wydaje mi się, że mamy sobie sporo do zaofe­ro­wa­nia. Nazy­wam się Kross, Hans Kross.

Zadrża­łam, zna­łam prze­cież ten głos!

II. Bella Italia

Rezy­den­cja Bor­si­nich znaj­do­wała się w Toska­nii, w regio­nie Chianti, miej­scu sły­ną­cym ze zna­ko­mi­tych win i sło­necz­nej pogody. Auto­chtoni nazy­wali budowlę il castello (zamek), choć w isto­cie był to jedy­nie obronny dwór, wznie­siony w zamierz­chłych cza­sach, kiedy Kosma Stary, zało­ży­ciel dyna­stii Medy­ce­uszów, jesz­cze koszulę w zębach nosił. Być może kogoś innego tem­pe­ra­tura i leniwy spo­kój tego miej­sca skło­ni­łyby do słod­kiego nie­rób­stwa, czyli jak mawiają miej­scowi dolce far niente, ja wyko­rzy­sty­wa­łam każdą chwilę do pozna­wa­nia świata. Zaczy­na­łam od dworu, potem pene­tro­wa­łam zabu­do­wa­nia gospo­dar­cze i pawi­lony dla służby, za każ­dym razem natra­fia­jąc na coś nowego. Uczy­łam się pro­duk­cji wina i wypie­ka­nia pizzy, jesz­cze przed świ­tem bie­głam na ochot­nika doglą­dać inwen­ta­rza, a zwłasz­cza koni, z któ­rymi dobrze radzi­łam sobie i w sio­dle, i na oklep.

Szybko łapa­łam tutej­szy język, śpiewny i melo­dyjny jak rosyj­ski, jed­nak bez owego fał­szu, któ­rym od zawsze zala­ty­wała mi mowa Wiel­ko­rusa. O dzie­wią­tej, po śnia­da­niu i prze­pły­nię­ciu dzie­sięć razy basenu, zaczy­na­łam lek­cje, prze­waż­nie sama, bo hra­bianki rzadko budziły się przed jede­na­stą i na spo­tka­nie z nauczy­cie­lami przy­cho­dziły nabur­mu­szone. Ci, z tym więk­sza rado­ścią poświę­cali cały czas mnie, doce­nia­jąc, że uwiel­biam się uczyć i chłonę wie­dzę wszyst­kimi porami mego ciała. Pani Lety­cja Peru­gino, fer­tyczna Włoszka uczyła mnie języka Dan­tego, a także pod­staw histo­rii i kul­tury – a znała taką ilość aneg­dot z życia arty­stów doby cinqu­ecenta, że Gior­gio Vasari mógłby się od niej uczyć. Pani Peru­gino, słu­żąc jako guwer­nantka w paru ary­sto­kra­tycz­nych domach, zyskała też ogromną bie­głość jeśli idzie o dobre maniery i ety­kietę. Dzięki niej potra­fię radzić sobie z wszyst­kimi moż­li­wymi sztuć­cami, wiem do czego należy poda­wać białe chianti. A co robi dama, gdy zda­rzy się jej puścić bąka? Odpo­wiedź była pro­sta – dama ich nie pusz­cza.

Oczy­wi­ście signora Peru­gino nie zawsze była taka comme il faut, świad­czył o tym jej syn, osiem­na­sto­letni Tonino, owoc grze­chu i tem­pe­ra­mentu jed­nego z ary­sto­kra­tów, u któ­rych słu­żyła. Dla wielu „coś takiego” wyklu­czało moż­li­wość zatrud­nia­nia jej jako guwer­nantki, jed­nak jako nauczy­cielka była zbyt dobra, by mar­no­wać się w szkole publicz­nej, toteż kobiety wyzwo­lone, a nie­wąt­pli­wie nale­żała do nich Simo­netta Bor­sini, zatrud­niały ją mimo ryzyka i ostra­cy­zmu, na jaki nara­żały się w towa­rzy­stwie.

Laura Laconte, madame od fran­cu­skiego i muzyki, bez­dzietna wdowa w wieku mocno przej­rza­łym, repre­zen­to­wała zgoła odmienny typ niż pełna emo­cji Włoszka – oschła i wyma­ga­jąca, zacho­wy­wała ogromny dystans do świata, trzy­ma­jąc swe namięt­no­ści i tajem­nice mocno ukryte niczym klej­noty w sej­fie pani Bor­sini, któ­rego otwie­ra­nia celem tre­ningu umie­jęt­no­ści zło­dzie­jaszki zaj­mo­wa­łam z dużym powo­dze­niem. Ale to było póź­niej. Wtedy, jesie­nią 1937 roku, byłam jesz­cze grzeczna, a może nawet za grzeczna. Ale kiedy zuchwały Tonino uczył mnie sztuki cało­wa­nia, pra­gnąc na swe nie­szczę­ście prze­nieść naszą zna­jo­mość na wyż­szy poziom zbyt gor­li­wie, musia­łam nie­stety wywich­nąć mu rękę.

Die­ter Dre­iser, pan od nie­miec­kiego, nauk ści­słych i wycho­wa­nia fizycz­nego, byłby zapewne ze mnie dumny, ale posta­no­wi­łam zacho­wać incy­dent w tajem­nicy, a i Tonino też się nie chwa­lił. Wedle wer­sji ofi­cjal­nej spadł ze stro­mych scho­dów wio­dą­cych na blanki castello. Może byłam głu­pia, trzy­ma­jąc się zasad, hra­bianki bliź­niaczki nie miały takich opo­rów i cnotę swa utra­ciły jesz­cze przed szes­na­stymi uro­dzi­nami, podobno w odstę­pie kwa­dransa.

Co do mnie, to incy­dent z Tonim Peru­gi­nem znie­chę­cił mnie na dłuż­szy czas do męż­czyzn, tak, że tole­ro­wa­łem jedy­nie towa­rzy­stwo mego nie­miec­kiego pre­cep­tora, tre­nu­ją­cego mnie w szer­mierce, czy walce wręcz. Ten nie był groźny, stryj Ignacy okre­ślił go kie­dyś, nie sądząc, że go sły­szę: „Męż­czy­zna, ale nie fana­tyk!”.

Co fakt, to fakt, z Dre­ise­rem mogła­bym się zma­gać nago, jak w antyku spar­tań­skie dziew­czyny, ponie­waż jedy­nym obiek­tem w zamku budzą­cym jego zain­te­re­so­wa­nia był Ser­gio, pomoc­nik kucharz, z któ­rym parzyli się na małym dzie­dzińcu za kuch­nią (widocz­nym z pół­noc­nej baszty). Ich akro­ba­tyczne zespo­le­nie koja­rzyło mi się z tutej­szym pie­ro­giem zwa­nym cal­zone, co z cza­sem prze­szło w ogólną awer­sję do pizzy.

Nie wiem czy byłam tak zdolna, czy jedy­nie pra­co­wita, w każ­dym razie po dwóch latach edu­ka­cji mówi­łam cał­kiem nie­źle trzema zachod­nio­eu­ro­pej­skimi języ­kami, a rosyj­skiego też nie zapo­mnia­łam. Inna sprawa, że kiedy w następ­nych latach przy­cho­dziło mi mówić po fran­cu­sku, na wszelki wypa­dek przed­sta­wia­łam się jako Alzatka, a w Niem­czech z biedą mogłam ucho­dzić za Austriaczkę z Try­dentu.

Nie zanie­dby­wa­łam też muzyki, ucząc się pil­nie gry na for­te­pia­nie, pani Laconte twier­dziła, że mam do tego „pre­dy­lek­cję”, a to mnie zawsze sty­mu­lo­wało. Może i mia­łam, cho­ciaż cała moja dotych­cza­sowa nauka ogra­ni­czała się do ćwi­czeń z moją mamą, która wypa­trzyw­szy w jakimś zapusz­czo­nym dwo­rze pod Koj­da­no­wem stare pia­nino, zała­twiła jego naprawę i prze­wie­zie­nie do naszej szkoły. Do tej pory pamię­tam, jak bar­dzo podo­bały mi się jej szla­chetne palce śmi­ga­jące po kla­wi­szach.

Dodat­ko­wym uzu­peł­nie­niem wło­skiej edu­ka­cji były wizyty we flo­renc­kich muze­ach i kościo­łach, co już zawsze koja­rzyć mi się będzie z zapa­chem sta­rych ręko­pi­sów, wer­niksu i malar­skich ole­jów. Co do panien Bor­sini ich wra­że­nia ogra­ni­czały się raczej do smaku pysz­nych gelati na placu przed il Duomo.

Boże Naro­dze­nie spę­dzi­li­śmy w Rzy­mie. Mocno prze­jęta uczest­ni­czy­łam w pasterce w Bazy­lice św. Pio­tra, którą odpra­wiał mocno scho­ro­wany papież Pius XI. Następ­nego dnia w czwórkę, z cio­cią Simo­nettą, oglą­da­li­śmy w rzym­skich kościo­łach szopki – któ­rych pomy­sło­dawcą był podobno św. Fran­ci­szek z Asyżu. Chyba naj­więk­sze wra­że­nie wywarła na mnie „szopka ruchoma” w kościele św. Kosmy i Damiana na skraju Forum Roma­num. Cały świat się poru­szał i był tak dosko­nale spo­kojny i poukła­dany, że zazdro­ści­łam jego boha­te­rom, życia tam, dwa tysiące lat temu, a nie tu i teraz.

Na Syl­we­stra zosta­li­śmy zapro­szeni do hra­bio­stwa Ciano. Poli­tyką inte­re­so­wa­łam się wtedy śred­nio, jed­nak wie­dzia­łam, że pan domu, Gale­azzo hra­bia di Cor­te­lazzo, jest aktu­al­nie mini­strem spraw zagra­nicz­nych rządu wło­skiego. Zasko­czyła mnie jego apa­ry­cja, jak na taki urząd wyda­wał się zde­cy­do­wa­nie za młody, liczył sobie led­wie 35 lat i był chyba zbyt przy­stojny. (Nie dzi­wię się kobie­tom które za nim sza­lały). Jesz­cze więk­sze wra­że­nie spra­wiał sza­cu­nek, jakim ota­czano jego żonę Eddę, blon­dynkę o wydat­nym nosie i wąskich ustach. Prze­sta­łam się dzi­wić, gdy dowie­dzia­łam się, że jest córką samego Duce Benito Mus­so­li­niego. Przy­ję­cie odby­wało się we wspa­nia­łej willi w pobliżu Tivoli, miej­sco­wo­ści, którą ongiś upodo­bał sobie cesarz Hadrian. Na mój gust było tam tro­chę sztucz­nie i staro. Poza naszą grupką nie spo­sób było wypa­trzyć kogoś przed trzy­dziestką.

O pół­nocy wznie­siono toa­sty, z któ­rych pierw­szy wygło­sił sekre­tarz stanu przy Sto­licy Pio­tro­wej, kar­dy­nał Euge­nio Pacelli. Toast brzmiał dość ogól­ni­kowo, ale sły­sza­łam, jak trą­ca­jąc się kie­lisz­kiem z panią Eddą, powie­dział do niej: „Za ostatni rok pokoju”.

Chyba go nie zro­zu­miano. Ja zresztą też, pomimo zim­nego dresz­czu, który mnie prze­szedł. Trwały wpraw­dzie wojny, domowa w Hisz­pa­nii i w Abi­sy­nii (w któ­rej sam mini­ster Ciano wcze­śniej uczest­ni­czył jako lot­nik), jed­nak działo się to daleko od nas i nie wiele wska­zy­wało, żeby za rok ł roz­pęta się glo­balny kata­klizm.

Wkrótce potem poczu­łam się senna, wyszłam więc do ogrodu. Było chłod­nawo, a w powie­trzu wiro­wały wiel­kie płatki śniegu, roz­ta­pia­jące się bły­ska­wicz­nie po dotknię­ciu ziemi.

– Frau­lin von Preus­sen! Frau­lin Mario! – Usły­sza­łam za sobą. W pierw­szej chwili nie zorien­to­wa­łam się, że o mnie cho­dzi. Nawet stryj Karol miał wiel­kie trud­no­ści, aby skło­nić mnie do uży­wa­nia „świa­to­wego” nazwi­ska, które jesz­cze w XIX wieku nosił ojciec redak­tora Pru­skiego. Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam hra­biego Ciano.

– Szu­ka­łem pani – powie­dział po nie­miecku.

– Sona un Polo – odpar­łam w jego języku. – Jestem Polką!

– Wiem – stwier­dził z uśmie­chem tym razem już po wło­sku. – Dotarły do mnie opo­wie­ści o pani nie­zwy­kłych przy­go­dach zwią­za­nych z opusz­cze­niem Rosji i wyznam, chęt­nie bym o nich poroz­ma­wiał.

– W pań­skim gabi­ne­cie czy w sypialni? – zapy­ta­łam patrząc bez­czel­nie mu pro­sto w oczy.

Zmie­szał się, ale szybko odpo­wie­dział

– Naj­chęt­niej w jakiejś małej trat­to­rii. I zarę­czam, że plotki o moim nie­mo­ral­nym pro­wa­dze­niu są wyłącz­nie dzie­łem żad­nych sen­sa­cji dzien­ni­ka­rzy.

„Cie­kawe, co powie­dzia­łyby o tym pań­skie zdo­by­cze. Słynne aktorki czy Wil­lis Simp­son, dla któ­rej Edward VI porzu­cił tron bry­tyj­ski” – pomy­śla­łam.

– Ach, tu jesteś Giani – usły­sza­łam wysoki głos Eddy, która poja­wiła się nagle obok nas, obrzu­ca­jąc mnie nie­przy­ja­znym spoj­rze­niem. – Ber­nardo cię szuka.

– Jaki Ber­nardo? – mini­ster wyda­wał się nie­przy­jem­nie zasko­czony.

– Twój amba­sa­dor w Ber­li­nie, Atto­lico.

– Ach tak – Ciano bły­ska­wicz­nie wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści. Skło­nił mi się z sza­cun­kiem. – Prze­pra­szam signo­rita. Obo­wiązki wzy­wają! Roz­mowę dokoń­czymy kiedy indziej.

Fak­tycz­nie mie­li­śmy ją dokoń­czyć, ale w zgoła odmien­nych oko­licz­no­ściach.

Całe lato 1938 roku wyko­rzy­sta­łam na podróż po Euro­pie. Wąt­pię, czy kie­dy­kol­wiek póź­niej uda­łoby się ją powtó­rzyć. Razem z kuzy­necz­kami popły­nę­li­śmy stat­kiem do Mar­sy­lii, odwie­dzi­li­śmy Awi­nion i Dijon, spę­dzi­li­śmy tydzień w Paryżu, potem nastą­pił skok przez kanał by zwie­dzić Lon­dyn w trzy dni i przez trzy dni mok­nąć w desz­czu w prze­re­kla­mo­wa­nym Bri­gh­ton. Tournée zakoń­czy­li­śmy w Niem­czech, by przez pod­bitą już Austrię wró­cić do Toska­nii. Hra­bianki Bor­sini zaj­mo­wały prze­waż­nie nie­ustanne flirty, z kim po padło, z boy­ami hote­lo­wymi, z kel­ne­rami, z mło­dym szu­le­rem poda­ją­cym się za tor­re­adora, z trójką fran­cu­skich mala­rzy z Mont­mar­tre’u. To ostat­nie spo­tka­nie mogło skoń­czyć się nie­przy­jem­nie. Rze­komi mala­rze oka­zali się zwy­kłymi nacią­ga­czami, a tak zwana pra­cow­nia Picassa, do któ­rej nas zapro­wa­dzili – pułapką. Na szczę­ście byli jedy­nie żało­snymi ama­to­rami. W efek­cie jeden stra­cił zęby, drugi ucho, które mu nad­gry­złam ,a trzeci ogłuchł, kiedy dłońmi ude­rzy­łam go w uszy i popra­wi­łam cio­sem w splot sło­neczny, tak, że zapewne na długo zapa­mięta, czym się koń­czą zakusy na panienkę z dobrego domu.

Moje kuzy­neczki poza tym, że się zsi­kały w majtki, nie pomo­gły mi w żaden spo­sób, a prze­ciw­nie, swymi krzy­kami i lamen­tami utrud­niły mi dzia­ła­nie. Trud­niej­sze i chyba bar­dziej nie­bez­pieczne było star­cie z bojówką Hitler­ju­gend, która w Mona­chium na moich oczach napa­dła na trójkę małych Żydziąt wra­ca­ją­cych ze szkoły.

– A może spró­bu­je­cie za mną? – zapy­ta­łam w języku Goethego i Schil­lera, wtrą­ca­jąc się w awan­turę.

Zaśmiali się tylko, a naj­star­szy (i naj­grub­szy) ruszył prze­ciw mnie. Może był silny i w dodatku dys­po­no­wał pałką, która czy­niła go „panem świata”, ale był też prze­raź­li­wie wolny i cał­ko­wi­cie pozba­wiony wyobraźni. Uchy­li­łam się i pod­sta­wi­łam mu nogę. Kiedy upa­dał z łomo­tem, od któ­rego zatrzę­sły się szyby w pobliżu, upu­ścił broń, którą pochwy­ci­łam i nim dobie­gli pozo­stali, roz­kwa­si­łam mu nos. Zno­kau­to­wa­nie obu pozo­sta­łych nie zajęło mi wię­cej niż minutę. Pierw­szego z nich, schy­la­jąc się pra­wie do ziemi, rąb­nę­łam w kolano, tak że chrup­nęła kość, pozba­wia­jąc zapewne szans na karierę pie­chura i eli­mi­nu­jąc szanse przy­szłej zaszczyt­nej śmierci dla Vater­landu, gdzieś na wscho­dzie. Dru­giemu wytrą­ci­łam nóż i pozwo­liw­szy sobie na chwilę boksu, spra­łam go po świń­skim ryju, a następ­nie wymie­rzy­łam kop­niaka w nazi­stow­skie dup­sko, pozwa­la­jąc mu uciec.

Pyta­nie, gdzie się nauczy­łam tak bić? Cóż, kiedy się jest dziew­czyną w sowiec­kim koł­cho­zie, pró­bu­jącą pod każ­dym wzglę­dem dorów­nać chło­pa­kom, trzeba być lep­szą od nich. Więc byłam. Po tym incy­den­cie skło­ni­łam Anto­ninę i Ana­sta­zję do szyb­kiego wyjazdu z Rze­szy.

– Ale dla­czego?

– Bo nie mam zamiaru zwie­dzać obozu w Dachau!

Podzia­łało.

Wró­ci­łam z głową pełna arcy­dzieł sztuki i archi­tek­tury, ale także z mnó­stwem poży­tecz­nych infor­ma­cji, takich jak odmien­ność angiel­skich wty­czek do prądu, nie mówiąc już o kie­row­nicy po pra­wej stro­nie, cie­ka­wych oby­cza­jach fran­cu­skich buki­ni­stów i klo­szar­dów czy atmos­fe­rze nie­miec­kich kaba­re­tów, ofe­ru­ją­cych żarty grube i tłu­ste, jak nie przy­mie­rza­jąc golonka. Prze­te­sto­wa­łam też swe dotych­cza­sowe umie­jęt­no­ści samo­obrony i wycią­gnę­łam prak­tyczne wnio­ski z suk­ce­sów. Spro­wa­dzały się one pra­wie zawsze do wyko­rzy­sty­wa­nia lek­ce­wa­że­nia, jakie oka­zują ci wro­go­wie, zapla­no­wa­nia roz­grywki, zanim się ją zacznie i zacho­wy­wa­nia w każ­dej sytu­acji zim­nej krwi.

W każ­dym razie w trak­cie owych szczę­śli­wych dwóch lat z okła­dem nie zda­rzyło mi się zacho­ro­wać, zako­chać ani stra­cić nad sobą kon­troli.

* * *

W stycz­niu 1939 roku dotarła do mnie wia­do­mość o zamia­rze przy­by­cia do Włoch Sta­ni­sława Solec­kiego. Radość z tej zapo­wie­dzi i moż­li­wość, że spę­dzimy razem moje osiem­na­ste uro­dziny, była ogromna. 5 lutego wyszłam po mego tatę na rzym­ską sta­cjęi Ter­mini. Przy­był o cza­sie. (Pociągi zgod­nie z obiet­nicą Mus­so­li­niego cho­dziły jak w zegarku!) Led­wie wysiadł, natych­miast chwy­ci­łam go w ramiona, nie bacząc, co mogą pomy­śleć postronni. o uści­skach księ­dza z mło­dąa dziew­czyną. Spo­dzie­wa­łam się, że natych­miast poje­dziemy do Castello Bor­sini, ale Sta­ni­sław, poważny bar­dziej niż zwy­kle, zasko­czył mnie stwier­dze­niem, że musimy poje­chać do Waty­kanu.

– Całą drogę modli­łem się, żeby zdą­żyć!.

– Zdą­żyć? Co masz na myśli, papo?

– Ojciec Święty jest w złym sta­nie, a koniecz­nie chce mnie widzieć.

Oczy­wi­ście wie­dzia­łam od mamy, że w cza­sie kiedy Achille Ratti, obecny Pius XI, był nun­cju­szem w War­sza­wie, ksiądz Solecki peł­nił funk­cję jego nie­for­mal­nego asy­stenta, razem prze­żyli bitwę war­szaw­ską i tylko grzeszna namięt­ność (któ­rej byłam efek­tem) spra­wiła, że odmó­wił towa­rzy­sze­nia kar­dy­na­łowi do Waty­kanu. W ciągu lat paro­krot­nie odrzu­cał pro­po­zy­cję prze­nie­sie­nia się do Włoch, teraz jed­nak…

Oka­zało się, że mimo posia­da­nego odręcz­nego pisma dotar­cie do jego świą­to­bli­wo­ści nie jest łatwe, a zgraja pra­ła­tów nie dopu­ści do spo­tka­nia w nad­zwy­czaj­nym try­bie nic nie­zna­czą­cego księ­żula z Pol­ski. Na szczę­ście przy­po­mnia­łam sobie numer tele­fonu kar­dy­nała kamer­linga Euge­nia Pacel­lego. Na syl­we­stro­wym spo­tka­niu poda­wał go Simo­net­cie Bor­sini, a ja mam już taką wła­ści­wość, że niczego nie zapo­mi­nam, zwłasz­cza gdy to nic uznam za ważne. I udało się. Pacelli umó­wił spo­tka­nie obu duchow­nych w czwar­tek 9 lutego w ogro­dach waty­kań­skich. Beze mnie. Ja mogłam liczyć jedy­nie na spo­tka­nie z papie­żem po nie­dziel­nej mszy.

Prze­bieg roz­mowy znam z rela­cji papy, toteż nie mogą być pewna, czy powie­dział mi wszystko. Po bli­sko dwu­dzie­stu latach od ich roz­sta­nia Pius XI wydał się nad­zwy­czaj sta­rym i sła­bym choć nie­po­zba­wiony ognia w oku, który roz­świe­tlał całe jego życie.

– Bar­dzo cię tu potrze­buje Sta­siu – powie­dział. – Osa­czają mnie coraz bar­dziej, a ja nie wiem komu zaufać?

– Kto osa­cza Wasza Świą­to­bli­wość??

– Żebym wie­dział kto? Mogę naj­wy­żej podej­rze­wać kilka osób, któ­rzy tym kie­rują, nato­miast nie wiem, kto kon­kret­nie mnie pod­słu­chuje, kto ogra­ni­cza kon­takt ze świa­tem, kto mnie truje…?

– Truje?! Na Boga, coś z tym trzeba zro­bić?

– Zapewne tak, ale w jaki spo­sób? Namiest­nik Chry­stusa nie może ot tak po pro­stu zadzwo­nić na poli­cję. Poza tym ujaw­nie­nie pew­nych nazwisk mogłoby zatrzą­snąć posa­dami Kościoła.

– Prawda nas wyzwoli.

– Przeto we wła­ści­wym cza­sie ci ją prze­każę. Tak naprawdę wie­dzia­łem, na co się nara­żam, już gdy w marcu dwa lata temu ogło­si­łem ency­klikę „Mit bren­nen­den Sorge”.

– Dosko­nale znam! „Z palącą tro­ską” była skie­ro­wana do kato­li­ków w Niem­czech i kry­ty­ko­wała poli­tykę tam­tej­szych władz.

– Chcia­łem pomoc, a jedy­nie roz­draż­ni­łem bestię. Jej macki cze­kały aż do teraz, licząc, że cukrzyca i słabe serce wyko­nają robotę za nich. Jed­nak po nocy krysz­ta­ło­wej i kon­fe­ren­cji w Mona­chium raczej nie będę dłu­żej cze­kać. Potrze­buję twej pomocy Sta­siu.

– Będę stał przy Tobie Ojcze, murem, dzień i noc. Od teraz.

– Od teraz nie da rady, ale myślę, że kar­dy­nał Euge­nio zała­twi wszyst­kie for­mal­no­ści w jeden dzień.

– Pacelli? Mówią o nim, że jest pro­nie­miecki.

– Bo taką nar­ra­cję pro­pa­gują jego wro­go­wie, pod­pie­ra­jąc ją fak­tem, że przez wiele lat był nun­cju­szem w Niem­czech. Tyle że był tam moim okiem i uchem, być może nie wiesz, że nie kto inny jak on skło­nił mnie do wyda­nia anty­na­zi­stow­skiej ency­kliki. To wielki umysł, zna­ko­mity dyplo­mata i zapewne mój następca. A zatem jeśli się zga­dzasz, poju­trze przyj­dziesz do pracy.

Mój papa przy­padł do ręki Namiest­nika Chry­stusa, a on go pobło­go­sła­wił.

– Bło­go­sła­wię cie­bie i twoja córkę – rzekł.

A więc wie­dział rów­nież o mnie!

Solecki wstał z klę­czek i zamie­rzał się odda­lić, ale papież jesz­cze go przy­trzy­mał.

– Pamię­taj, że mamy wspól­nych wro­gów, sza­ta­nów, któ­rzy się prze­ciw nam sprzy­się­gają.

– My, kogo Wasza Świę­to­bli­wość ma na myśli, mówiąc my?

– Kościół i twoją biedną ojczy­znę. I pamię­taj, że wiele jest spo­so­bów demo­ra­li­za­cji: prze­kup­stwo, szan­taż, ale naj­bar­dziej pod­stępny klucz, a wła­ści­wie wytrych, który może zgu­bić naszą wspól­notę od środka, to sodo­mia! A teraz już idź, widzimy się w sobotę.

Nie doszło do tego spo­tka­nia. Pon­ti­fex Maxi­mus zmarł o 5.30 nad ranem 10 lutego 1939 roku. Za przy­czynę śmierci uznano cukrzycę i cho­robę serca. Rzecz dla 82 latka dosyć nor­malna. Toteż sek­cji zwłok nie zarzą­dzono. Pogrzeb odbył się też podej­rza­nie szybko, już po czte­rech dniach (byli­śmy z mym papą na tej pod­nio­słej uro­czy­sto­ści), a kon­klawe zwo­łane na 1 marca nad wyraz zgod­nie, już po dwóch dniach obrad, wybrało nowym papie­żem Euge­nia Pacel­lego, który przy­brał imię Piusa XII, co cały świat, poza Niem­cami, skon­sta­to­wał z zado­wo­le­niem. I któż by pomy­ślał, że kie­dyś prze­różni łaj­dacy będą go nazy­wać „Papie­żem Hitlera”.

Tym­cza­sem Pius XII otwar­cie zamie­rzał kon­ty­nu­ować kurs poprzed­nika. Już po tygo­dniu wysłał swo­jego wysłan­nika do Castello Bor­sini, w któ­rym ksiądz Sta­ni­sław prze­by­wał razem z nami. Wysłan­ni­kiem oka­zał się bli­ski współ­pra­cow­nik papieża mon­si­gnore Alberto Sordi, pra­łat z sekre­ta­riatu stanu, któ­rego don Sta­ni­slao poznał jesz­cze w cza­sach, kiedy ksiądz bywał w war­szaw­skiej nun­cja­tu­rze. Sordi nie był upo­waż­niony do żad­nych nego­cja­cji, ale suge­ro­wał, że papież zapewne zechce zachę­cić Solec­kiego do kon­ty­nu­owa­nia misji, którą zapro­po­no­wał mu jego poprzed­nik.

Z nie­ja­snego powodu papa nie chciał, abym poje­chała z nim do Waty­kanu. Może nie chciał się ze mną afi­szo­wać, a może tra­piło go jakieś nie­ja­sne prze­czu­cie i po pro­stu się o mnie bał.

– Pokło­nię się Ojcu Świę­temu i powrócę do was tak szybko, jak tylko będzie można.

Nie­za­do­wo­lona, ale posłuszna, odwio­złam go na sta­cję kole­jową w Arezzo (od dwóch tygo­dni byłam szczę­śliwą posia­daczką prawa jazdy), poże­gna­łam go tam wró­ci­łam do domu. I prze­ży­łam straszną noc. Śniły się kosz­mary. Dwu­krot­nie budzi­łam się zlana zim­nym potem i roz­dy­go­tana jak osika, a rano popro­si­łam o pomoc Tonina.

– Odwie­ziesz mnie na sta­cję – zażą­da­łam.

– Mogę – odparł z chy­trym uśmie­chem – ale pod jed­nym warun­kiem.

– Jaki to waru­nek?

– Poka­żesz mi swego pra­wego cycuszka.

– I nic wię­cej.

– Nic wię­cej, bo życie mi miłe.

Posta­no­wi­łam się potar­go­wać, rzecz nor­malna ze względu na moje pocho­dze­nie.

– Nie mogę pra­wego, mogę lewy.

– Niech będzie.

Dureń, czy nie wie­dział, że kobieta w potrze­bie gotowa jest na wszystko?

Tym­cza­sem ksiądz Sta­ni­sław prze­spał noc w małym hotelu dla księży i piel­grzy­mów na Zaty­brzu i skoro świt wyru­szył w stronę Placu Świę­tego Pio­tra. Uwiel­biał iść Via del Con­ci­la­zione i patrzeć, jak bazy­lika wyra­sta przed nim, ogrom­nieje, aby na koniec zdo­mi­no­wać cały świat. O ósmej rano mia­sto dopiero się budziło, bra­ko­wało jesz­cze tłu­mów tury­stów, zamknięte były sklepy z pamiąt­kami i kawiar­nie. Pod kolum­nadą Ber­ni­niego grupa dzie­cia­ków grała w piłkę, a obe­lisk na środku placu prę­żył się jak to miał w zwy­czaju od setek lat.

Solecki wyszedł na plac i nagle usły­szał ryk sil­nika cię­ża­rówki. Obró­cił się za sie­bie i zoba­czył potwora gna­ją­cego wprost ma niego. Widział sku­pioną twarz wąsa­tego kie­rowcy, przy­po­mi­na­ją­cego w tym momen­cie polu­ją­cego myśli­wego. Nie miał gdzie usko­czyć i wie­dział, że to nic nie da. Wystar­czył lekki skręt kie­row­nicy i bestia by go dopa­dła.

Zde­cy­do­wał los, a może palec Opatrz­no­ści. Wedle nie­licz­nych świad­ków, kop­nięta przez jakiego dzie­ciaka piłka wystrze­liła w niebo, a następ­nie spa­dła wprost na maskę pędzą­cej cię­ża­rówki. Na uła­mek sekundy szo­fer stra­cił pano­wa­nie nad kie­row­nicą, mój papa rzu­cił się w prawo, toteż potężny zde­rzak tylko musnął go i wyrzu­cił w powie­trze. Solecki prze­ko­zioł­ko­wał i zastygł na tro­tu­arze. Kie­rowca nie miał czasu spraw­dzać, czy ofiara żyje, a tym bar­dziej popra­wiać, na placu byli kara­bi­nie­rzy i gwar­dzi­ści papie­scy. Pozo­stało mu zakląć i skrę­cić w stronę Via di Porta Ange­lica.

* * *

Do Rzymu przy­by­łam dopiero parę godzin póź­niej, grubo po połu­dniu. Pobie­głam do hote­liku. Por­tierka mocno poru­szona słu­chała radia. Od niej dowie­dzia­łam się, że poszu­ki­wa­nie nie­zna­nych spraw­ców „nie­szczę­śli­wego wypadku” posu­wały się nie­mrawo, a ofiara incy­dentu, ksiądz z Pol­ski, wpraw­dzie potłu­czony, ze wstrzą­sem mózgu i zła­maną ręką, znaj­do­wał się w pobli­skim szpi­talu Świę­tego Ducha. Mia­łam nadzieję, że jest tam bez­pieczny. Nie wie­rzy­łam w nie­szczę­śliwe wypadki, nie­stety, chyba byłam w mych oba­wach odosob­niona. Ksiądz Solecki był wpraw­dzie w szpi­talu, jego zdro­wiem inte­re­so­wał się podobno oso­bi­ście Ojciec Święty, ale nie zadbano, by posta­wić przed jego izo­latką przy­naj­mniej jed­nego funk­cjo­na­riu­sza. A ja, nie będąc ofi­cjal­nie rodziną, nie mogłam go nawet odwie­dzić. Roz­wią­za­łam to po swo­jemu, z gar­de­roby pie­lę­gnia­rek ścią­gnę­łam habit sza­rytki, far­tuch, kor­ne­cik i ubraw­szy się w taki kostium, natych­miast zro­bi­łam się dla per­so­nelu nie­wi­dzialna. Gdyby kto zaczął mnie pytać, co tu robię, wymy­śli­łam bajeczkę, że skie­ro­wał mnie tu oso­bi­ście sekre­ta­riat papie­ski. I niech spró­bują spraw­dzać. Na wszelki wypa­dek dokle­iłam sobie paskudną bro­dawkę, tak, że nikt bez obrzy­dze­nia nie powi­nien mi się przy­glą­dać. Skąd brała się moja ostroż­ność? Jeśli zało­żyć, że zamach na mego tatę zle­ciły potężne siły, które nie zawa­hały się usu­nąć samego papieża, żadna czuj­ność nie mogła być zbyt wielka. Z tego samego powodu zwi­nę­łam z sali ope­ra­cyj­nej skal­pel i scho­wa­łam do torby. Lep­sza taka broń, niż żadna! Jed­nak w ciągu nocy nic się nie wyda­rzyło. Pie­lę­gniarki dowie­dziaw­szy się, że ktoś dyżu­ruje przed poko­jem cho­rego, nawet tu nie zaglą­dały – dając mi czas pospać na krze­śle obok łóżka – a rano, na czas obchodu, wyco­fa­łam się prze­zor­nie. Z roz­mów leka­rzy wyni­kało, że papa naszpi­ko­wany środ­kami prze­ciw­bó­lo­wymi powi­nien wybu­dzić się wkrótce, więc cze­ka­łam. Poszłam nawet na obiad do sto­łówki dla per­so­nelu.

Wra­ca­jąc zauwa­ży­łem wyso­kiego leka­rza pośpiesz­nie opusz­cza­ją­cego izo­latkę. Mam nie­złą pamięć do twa­rzy, toteż byłam pra­wie pewna, że nie widzia­łem do tej pory tego postaw­nego męż­czy­zny o kroku mary­na­rza. Wpa­dłem do środka. Tata na­dal smacz­nie spał, oddy­cha­jąc równo, spo­koj­nie, jed­nak zasko­czyło mnie ponowne zain­sta­lo­wa­nie kro­plówki. Była już nie­po­trzebna, zresztą powinna podać ją sio­stra, a nie lekarz. Natych­miast wyszarp­nę­łam igłę z ramie­nia taty, a ode­rwaw­szy ją od prze­wodu skie­ro­wa­łam cały płyn do zlewu. I pobie­głam w ślad za rze­ko­mym leka­rzem. W pierw­szej chwili myśla­łam, że go zgu­bi­łam, ale nie, te kil­ka­dzie­siąt sekund na jakie stra­ci­łam go z oczu, zużył, żeby pozbyć się kitla. Zauwa­ża­łam go przy win­dzie już w cywil­nym ubra­niu. Zje­chał windą, a ja zbie­głam na par­ter po scho­dach. Ścią­gnę­łam zakonne prze­bra­nie, choć je zacho­wa­łam, wsa­dza­jąc do torby. Z szatni zabra­łam mój płasz­czyk i wyszłam na ulicę. Cze­ka­łam. Poja­wił się dopiero po dłu­giej chwili. Coś go zatrzy­mało, szat­nia czy toa­leta? Chyba jedno i dru­gie. Prze­brał się raz jesz­cze. Led­wie go pozna­łam, był w sutan­nie. Uda­wał księ­dza, a może nawet nim był.

Ruszy­łam za nim kry­jąc się wśród prze­chod­niów, sta­ra­jąc się ani na chwilę nie spu­ścić go z oczu. Nie było to łatwe. Podej­rzany osob­nik szedł szybko, a gdyby nie spo­wol­niało go koły­sa­nie, poru­szałby się pew­nie jesz­cze szyb­ciej. Ja nie mogłam biec, bo to zapewne zwró­ci­łoby uwagę, musia­łam wycią­gać nogi jak cho­dziarka, a i tak zosta­wa­łam coraz bar­dziej w tyle. Skrę­ci­li­śmy w prawo przed Tybrem. Śle­dzony nie obej­rzał się ani razu za sie­bie, aż do momentu wkro­cze­nia na most Wik­tora Ema­nu­ela. Wtedy odwró­cił się rap­tow­nie. Mia­łam szczę­ście, idąc w gru­pie pen­sjo­na­rek mogłam wyglą­dać na jedną z nich. Nie zauwa­żyw­szy niczego podej­rza­nego męż­czy­zna nieco zwol­nił, po czym skrę­cił w Via Paolo. Ostroż­nie rzu­ci­łam okiem w uliczkę, co wystar­czyło, żeby zapa­mię­tać dom do któ­rego wszedł i nie zwal­nia­jąc poszłam dalej. W trak­cie naszego spa­ceru ściem­niło się znacz­nie i w wielu domach poczęły zapa­lać się świa­tła. Odcze­ka­łam kilka minut i zawró­ci­łam, chwilę potem sta­nę­łam przed domem, o sece­syj­nie, bogato zdo­bio­nej fasa­dzie. Drzwi oczy­wi­ście były zamknięte.

Budy­nek liczył pięć pię­ter i naj­wy­raź­niej bra­ko­wało w nim windy, bo widzia­łem jak zapa­lały się świa­tła na kolej­nych pię­trach klatki scho­do­wej, aż do czwar­tego. Piąte pozo­stało ciemne. Oczy­wi­ście coś mogło być zepsute, ale zało­ży­łam, że wszedł do lokalu na czwar­tym. Musia­łam się tam dostać, ale nie uśmie­chało mi się for­so­wa­nie drzwi. Na szczę­ście neo­ba­ro­kowa archi­tek­tura uła­twiła mi zada­nie. Ni­gdy nie odczu­wa­łam lęku wyso­ko­ści, a we wspi­na­niu się na drzewa byłam w Wasi­lisz­czu nie­zrów­naną mistrzy­nią. Toteż dzięki bal­ko­nom, gzym­som, rzeź­bom, a także lince od pio­ru­no­chronu, bez trudu dotar­łam na gzyms oka­la­jący czwarte pię­tro. Paliły się tam dwa świa­tła, które przy­cią­gnęły mnie niczym ćmę. Wśli­zgnę­łam się na bal­kon… Okno do pokoju było zamknięte, ale zasłony zacią­gnięto jedy­nie do połowy. Mogłam zauwa­żyć, że gospo­darz był rów­nież osobą duchowną. Z wyglądu star­szą i drob­niej­szą od przy­by­sza.

Nie wiem o czym mówili. Gospo­darz żywo gesty­ku­lo­wał, a drą­gal słu­chał potul­nie. Wyda­wali się być zado­wo­leni, wypili po sznap­sie (nie wiem dla­czego, ale ich spo­sób picia sko­ja­rzył mu się ze stryj­kiem Karo­lem), a potem star­szy odli­czył kil­ka­na­ście bank­no­tów, które wrę­czył spe­cja­li­ście od mokrej roboty. Chyba mieli się żegnać, kiedy zadzwo­nił tele­fon. Star­szy ode­brał i zatrzy­mał wycho­dzą­cego wład­czym ruchem ręki. A po chwili zaczął wrzesz­czeć. Szyby były grube, ale parę jędr­nych, nie­miec­kich prze­kleństw dotarło do mnie.

Domy­śli­łam się że przy­szedł wła­śnie cynk ze szpi­tala. Sta­ni­sław żył, a wyda­wało się pro­sta robota, została ewi­dent­nie spa­prana.

Przez moment gospo­darz zacho­wy­wał się jak ratle­rek gotowy zagryźć wie­lo­krot­nie więk­szego od sie­bie dober­mana, nato­miast olbrzym tylko potul­nie kiwał głową, zapewne prze­pra­szał i zapew­niał, że „to już się nie powtó­rzy”. Po czym szybko wyszedł. Musia­łam pobiec za nim, bo czu­łam, że tym razem, jeśli przede mną dotrze do szpi­tala, nie będzie bawił się w żadne sub­tel­no­ści.

Zsu­wa­jąc się na dół, roz­wa­ża­łam naj­roz­ma­it­sze moż­li­wo­ści. Zawia­do­mie­nie poli­cji było może naj­słusz­niej­szą opcja, ale wysoce nie­pewną. Znaj­do­wa­łam już na wyso­ko­ści pierw­szego pie­tra, kiedy mary­narz w habi­cie wybiegł z budynku. Przy­lgnę­łam do ściany, modląc się, by nie uniósł oczu do góry. Ale chyba miał co innego na gło­wie.

Do szpi­tala Świę­tego Ducha pobie­głam skró­tem przez most Księ­cia Ama­de­usza Sabaudz­kiego, ale i tak dobie­głam na miej­sce w momen­cie, gdy zabójca wcho­dził już do wnę­trza bramą gara­żową. Nie mia­łam szans go dogo­nić, zresztą odgłos moich butów w pustym pomiesz­cze­niu mógłby go zanie­po­koić. Weszłam do recep­cji, w kory­ta­rzu narzu­ca­jąc szpi­talny kitel i kor­ne­cik, płaszcz zosta­wi­łam, cisnę­łam do jakie­goś kąta. Pode­szłam do windy towa­ro­wej. Ona jedna cho­dziła aż do piw­nicy i naj­wy­raź­niej tam została ścią­gnieta. Nacisnę­łam guzik, winda zatrzy­mała się tak, że mogłam otwo­rzyć drzwi.

„Matros” popa­trzył na mnie chmur­nie i burk­nął coś na moje uprzejme powi­ta­nie.

Naci­snął przy­cisk dru­giego pię­tra… Póź­niej papa pytał mnie, jaki mia­łam plan.

– Wybacz, ale nie mia­łam żad­nego planu – wyzna­łam – dzia­ła­łam instynk­tow­nie. Kiedy sta­nę­łam obok zabójcy, zauwa­ży­łam, że jest ponad głowę ode mnie wyż­szy. Przez uła­mek sekundy zasta­na­wia­łam się jak, to zni­we­lo­wać. Łok­ciem naci­snę­łam przy­cisk „stop”, szarp­nęło, a jed­no­cze­śnie z ręki wypa­dła mi zapal­niczka (noszę ze sobą, choć nie palę) i upa­dła na pod­łogę. Czu­łam, że zabójca jeśli nawet jej nie pod­nie­sie, to przy­naj­mniej na nią spoj­rzy. Zde­cy­do­wał się i pochy­lił się, na moment jego szyja zna­la­zła się na odpo­wied­niej wyso­ko­ści. Pocią­gnę­łam po niej z całych sił skal­pe­lem. Ostat­nie co zoba­czy­łam w jego oczach, to abso­lutne zdu­mie­nie, nie stra­ci­łam jed­nak zim­nej krwi i prze­szu­ka­łam kie­sze­nie. Zna­la­złem przy nim pisto­let – nie­zwy­kle poręcz­nego Lugera z krótką lufą, na osiem naboi. I bute­leczkę z połową płynu, tego samego, który wlał do kro­plówki. Posta­no­wi­łam ją zabrać. Nie miał przy sobie żad­nych doku­men­tów, wola­łam zaś nie tra­cić czasu na sta­ran­niej­sze prze­szu­ki­wa­nie. Jedno było pocie­sza­jące, zyska­łam pew­ność, że nie zabi­łam jakie­goś przy­pad­ko­wego sługi Bożego.

Po wszyst­kim uru­cho­mi­łam windę, kie­ru­jąc ją na ostat­nie pię­tro szpi­tala. Modli­łam się, żeby nikt nie zatrzy­mał jej po dro­dze. Udało się. Kory­tarz na szczę­ście był pusty. Szybko pobie­głam do toa­lety. Zbie­rało mi się na wymioty, ale zapa­no­wa­łam nad sobą. Pozby­łam się zakrwa­wio­nego kitla. Reszta ubra­nia wyda­wała się być w porządku. Sta­nę­łam nad umy­walką, w lustrze wody powinna odbić się moja twarz. Jed­nak zoba­czy­łem coś innego. Obli­cza ludzi mi bli­skich zabi­tych przez tota­li­tarne reżimu, mamy, Nataszki, Anto­niego, braci Bykow­skich, stryja Raj­kie­wi­cza, a nawet stryja Józefa… Nagle opu­ściła mnie jaka­kol­wiek empa­tia i chęć wymio­to­wa­nia. Zro­bi­łam to, co po pro­stu powin­nam zro­bić.

Scho­dami zbie­głam na pię­tro, na któ­rym leżał ksiądz Sta­ni­sław. Nie weszłam, usły­sza­łam nato­miast głosy, leka­rza pie­lę­gniarki i mego ojca.

– Naresz­cie się ksiądz obu­dził, księże Sta­ni­sła­wie. – Pozna­łam skrzy­piący głos mon­si­gnore Sor­diego.

Ogrom­nie chcia­ła­bym tam wejść, ale wola­łam jak naj­szyb­ciej znik­nąć ze szpi­tala. A poza tym robota nie była jesz­cze wyko­nana do końca. Jak mówił ktoś mądry, sprawa wyko­nana tylko w dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu pro­cen­tach jest w stu pro­cen­tach nie­zro­biona!

Przede wszyst­kim uspo­ko­iłam emo­cje. Wyrów­na­łam oddech i opra­co­wa­łam plan. Z pokoju jakie­goś ani chybi umar­laka zwę­dzi­łam pustą kro­plówkę wraz z prze­wo­dem i scho­waw­szy ją do torby wyszłam ze szpi­tala, zosta­wia­jąc za sobą nagłą wrzawę w recep­cji, powstałą wsku­tek odkry­cia trupa w win­dzie. Nie przy­śpie­sza­łam kroku, nie odwra­ca­łam się za sie­bie. Na Placu Świę­tego Pio­tra zauwa­ży­łam sporo tury­stów, a jesz­cze wię­cej poli­cjan­tów. Nie prze­ra­ziło mnie to. Mia­łam oka­zję spraw­dzić moje talenty kie­szon­kowca w prak­tyce. W nie­cały kwa­drans sta­łam się wła­ści­cielką dwóch par kaj­da­nek.

Teraz mogłam przy­stą­pić do dzia­ła­nia. Ponie­waż wyeli­mi­no­wa­łam wyko­nawcę, wypa­dało poroz­ma­wiać z jego zle­ce­nio­dawcą.

Spy­ta­cie, skąd brała się u mnie trzeź­wość umy­słu i jak to moż­liwe, żeby osiem­na­sto­let­nie dziew­czątko, takie jak ja, dzia­łało niczym wyszko­lona agentka sił spe­cjal­nych? Nie mam poję­cia. Twarda szkoła życia w ZSRS wszyst­kiego nie tłu­ma­czy. Może po pro­stu w poprzed­nim wcie­le­niu byłam zawo­dową zabój­czy­nią – wojow­ni­czą kró­lową Arte­mi­zją cza­sów wojen per­skich albo Milady Win­ters, spe­cja­listką od spe­cjal­nych poru­czeń kar­dy­nała Riche­lieu? A może, jak wielu nowi­cju­szy, mia­łam po pro­stu sporo szczę­ścia.

Tym razem droga na czwarte pię­tro wydała mi się szyb­sza, choć wcale nie­ła­twiej­sza. Nie chcia­łam tłuc szyb, toteż wypa­trzy­łem otwarty luf­cik pro­wa­dzący do sąsied­niego pokoju, prze­szłam do niego po gzym­sie (sta­ra­jąc się nie patrzeć w dół) i wśli­zgnę­łam do środka. Zle­ce­nio­dawca (póź­niej dowie­dzia­łam się, że mon­si­gnore Ruprecht Bauer nale­żał do pra­ła­tów przy Kurii Rzym­skiej) wyda­wał się cze­kać na wia­do­mo­ści. Czas ocze­ki­wa­nia skra­cał, popi­ja­jąc koniak i czy­ta­jąc zapewne gwoli roz­rywki Nie­dole cnoty mar­kiza de Sade, po nie­miecku. Nie grze­szył czuj­no­ścią i niczego się nie spo­dzie­wał, aż do chwili, kiedy sta­nę­łam tuż za nim i prze­ła­do­wa­łam broń.

Bez­brzeżne zdu­mie­nie, które poja­wiło się na jego twa­rzy, miało potem wie­lo­krot­nie towa­rzy­szyć moim akcjom. W pierw­szej chwili wziął mnie za zwy­kłą wła­my­waczkę, ale wypro­wa­dzi­łam go z błędu, rzu­ca­jąc mu kaj­danki.

– Chcę tylko poroz­ma­wiać – powie­dzia­łam po nie­miecku. – Dla twego wła­snego bez­pie­czeń­stwa załóż je grzecz­nie. Nie chcę ryzy­ko­wać jakiejś zbęd­nej sza­mo­ta­niny, która musia­łaby się skoń­czyć twoją śmier­cią…

Nie wyka­zy­wał ochoty do współ­pracy, a zda­nie zmie­nił dopiero wtedy, gdy strze­li­łam mu w stopę. Huk był spory, a krzyk zra­nio­nego jesz­cze więk­szy, ale mia­łam nadzieję, że dzięki gru­bym murom żaden odgłos nie wydo­stał się na zewnątrz. Bauer jęczał, ale wyraź­nie nie­szko­lony do zno­sze­nia bólu prze­stał się sta­wiać. Potul­nie zało­żył kaj­danki naj­pierw na lewą nogę (co było moim warun­kiem opa­trze­nia pra­wej) i przy­kuł ją do łózka, a potem zro­bił to samo z prawą ręką. Kiedy go oban­da­żo­wa­łam, zdo­łał mi się przyj­rzeć i tro­chę go to uspo­ko­iło. Może uznał, że można mnie zlek­ce­wa­żyć?

– Nie masz poję­cia, z kim zadar­łaś, dzie­cinko! – sap­nął.

– I dla­tego zmie­rzam się tego dowie­dzieć – odpar­łam. – A także poznać wasze motywy.

– Że co?

– Dla­czego twój fagas dostał roz­kaz zabi­cia nie­przy­tom­nego pol­skiego księ­dza. I wziął od cie­bie za to pie­nią­dze. Powiesz mi to?

– Ja nic nie wiem. Jestem kasje­rem. Tylko prze­ka­zuję pie­nią­dze. O szcze­góły zapy­taj Vit­to­ria.

Zapewne mówił o wyna­ję­tym zabójcy.

– Chcia­ła­bym, to zro­bić, ale oba­wiam się, że w te chwili prze­słu­chuje go święty Piotr.

– Zabi­łaś go? – wybeł­ko­tał.

– Musia­łam.

Teraz naprawdę wpadł w panikę. Zaczął powta­rzać w kółko, że jest tylko pośred­ni­kiem, który nic nie wie. Z naj­wyż­szym prze­ra­że­niem przy­glą­dał się moim rękom i mojej tor­bie, którą poło­ży­łam na stole.

– Chyba nie będziesz pró­bo­wać mnie tor­tu­ro­wać, wasza insty­tu­cja nie zezwala…

– Nie repre­zen­tuję Kościoła. – Nagle prze­szłam na rosyj­ski. – I ja klia­nus, ty mnie wsio ras­ska­żesz! (Przy­się­gam, powiesz mi wszystko!)

Mówiąc to wycią­gnę­łam z kąta wie­szak i umo­co­wa­łam na nim kro­plówkę, do któ­rej wla­łam resztkę płynu pocho­dzą­cego z bute­leczki zabójcy.

Zaczął mio­tać się jak wście­kły węgorz na kuchen­nym stole, spur­pu­ro­wiał z wysiłku, żyły mu nabrzmiały.

– Nie, nie! Ratunku! Pomocy! – Jed­nak grube solidne mury dosko­nale speł­niły swoje zada­nie. Nikt się nie zain­te­re­so­wał, nie zapu­kał, nie zadzwo­nił do drzwi. – Lito­ści!

– Wobec księ­dza jakoś nie oka­za­li­ście miło­sier­dzia!– Nadep­nę­łam stopą na jego szyję, co pozwo­liło unie­ru­cho­mić go na tyle, by spo­koj­nie wbić igłę kro­plówki.

– Dobrze, dobrze, wszystko powiem – wychar­czał. – Tylko wycią­gnij to…Nie chcę umie­rać!

Zdję­łam stopę, pil­nie nasłu­chu­jąc jego wyznań, ale już po chwili jego szept prze­szedł w rzę­że­nie, oczy wyszły z orbit. Nie minęła minuta, a zda­łam sobie sprawę, że mam przed sobą trupa. Nie zabiła go tru­ci­zna – kro­plówkę jesz­cze nie zaczęła dzia­łać. Mon­si­gnore zmarł ze stra­chu, zanim na dobre zaczę­łam prze­słu­cha­nie.

Prze­szu­ka­łamć miesz­ka­nie, ale nie zna­la­złam nic inte­re­su­ją­cego. Tro­chę ksią­żek o tema­tyce reli­gij­nej i cza­so­pism po nie­miecku. Nie­do­mknięta kasa pan­cerna, krtyła w swym wnę­trzu spo­rąa ilo­ścią ilość pie­nię­dzy, która opróż­ni­łam e skon­fi­sko­wa­łam „”na cele orga­ni­za­cyjne”. zZa­wie­rała też pasz­port na nazwi­sko Ruprechta Bau­era z adre­sem w Norym­ber­dze i wpi­sa­nym jako zawód Römisch–-katho­li­scher Prie­ster. Znaj­do­wała się tam jesz­cze jedna bute­leczka podobna tej, któ­rej zawar­tość chcia­łaem mu zaapli­ko­wać. W szafce noc­nej obok dam­skiej bie­li­zny – któ­rej raczej wsty­dzi­łyby się kobiety przy­zwo­ite – zna­la­złaem bro­szur­kęa ocie­ka­jącą por­no­gra­fią, taką dla pede­ra­stów.

Poza tym nie było żad­nej roni i w ogóle niczego, co mogłoby wska­zy­wać praw­dzi­wych moco­daw­ców. Może mówił prawdę, że był tylko pośred­ni­kiem. Zgar­nę­łam sprzęt i roz­po­czę­łam pene­tra­cję biurka, kiedy roz­le­gło się opu­ka­nie do drzwi. Jed­nak ktoś musiał coś usły­szeć.

– Mon­si­gnore Bau­eri, mon­si­gnore Bau­eri! – dobiegł mnie stłu­miony głos spoza drzwi.

Musia­łam ucie­kać. Oczy­wi­ście znowu przez luf­cik. Tym razem ciem­no­ści nie uła­twiły mi dzia­ła­nia. Na wyso­ko­ści dru­giego pie­tra nogi moje stra­ciły pod sobą opar­cie, palce ześli­zgnęły się z gzymsu i pole­cia­łam. Na szczę­ście upa­da­jąc udało mi się wpra­wić moje ciało w obroty, co spra­wiło, że choć potłu­czona nie stra­ci­łam przy­tom­no­ści i mogłam pra­wie natych­miast wstać. Nie zauwa­ży­łam żad­nych świad­ków, a roz­ba­wione towa­rzy­stwo wcho­dzące do pobli­skiego pen­sjo­natu La Resi­denza dell’Angelo nawet nie zwró­ciło na mnie uwagi. Na Corso Wik­tora Ema­nu­ela zła­pa­łam tak­sówką i kaza­łam wieść się na Dwo­rzec Ter­mini, skąd noc­nym pocią­giem i oka­zjo­nal­nymi pod­wo­dami dotar­łam do rezy­den­cji Bor­si­nich.

– Na Boga dziew­czyno! – zawo­łał na mój widok stryj Ignacy. – Gdzieś ty była?! Umie­ra­li­śmy wszy­scy ze stra­chu. Tonino twier­dził, że poje­cha­łaś na dwo­rzec.

– Tak ogrom­nie chcia­łam odwie­dzić Sienę i jej zabytki, toteż wybra­łam się na wycieczkę…

– To na pewno nie wiesz co się stało, kiedy cię nie było – wtrą­ciła się hra­bina.

– A co się stało? – Uda­łam głu­pią.

– Nasz kochany padre Sta­ni­slao miał wypa­dek w Rzy­mie.

– Jak to?– Symu­lu­jąc lek­kie omdle­nie osu­nę­łam się na kanapę.

– Ale już jest dobrze. – Ignacy podał mi wody – Przed dwiema godzi­nami dzwo­niono do mnie ze szpi­tala, odzy­skał przy­tom­ność, a roko­wa­nia są ze wszech miar pomyślne. Dziś odpocz­nij, a jutro, naj­da­lej poju­trze, poje­dziemy do niego i jeśli się zgo­dzi zabie­rzemy do nas. Tu też są leka­rze.

„I słusz­nie! – pomy­śla­łam. – Trzy­majmy się jak naj­da­lej od Wiecz­nego Mia­sta, księży agen­tów i hitle­row­skich szpie­gów”.

* * *

Na szczę­ście w Ospen­dale Santo Spi­rito nikt mnie nie zapa­mię­tał. To oczy­wi­ste, wów­czas sta­ra­łam się wyglą­dać jak naj­po­waż­niej, teraz jak naj­mło­dziej. Papa też nie poru­szał tematu swego „wypadku” pod­czas całej drogi do kra­iny Chianti. Wcze­śniej musie­li­śmy wspól­nie z mon­si­gnore Sordi zawieść go do Waty­kanu, gdzie w tam­tej­szych ogro­dach roz­ma­wiał prze dwie godziny z Piu­sem XII. Roz­mowa wyraź­nie pod­nio­sła go na duchu. Chyba jed­nak coś innego zaprzą­tało jego umysł.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki