39,90 zł
Marysia, kobieta o wielu nazwiskach, genialnie uzdolniona – Krystyna Skarbek, Mata Hari, James Bond i Jason Bourne w jednej osobie, toczy osobistą wojnę z całą potęgą Trzeciej Rzeszy, a przy okazji również ze Związkiem Sowieckim. Przeżywa wiele niesamowitych przygód, ale niezmiennie pozostaje szlachetną „córką Polką” reprezentującą wszystko, co w naszej nacji najlepsze: odwagę, inteligencję, gotowość do poświęceń i niewzruszoną wiarę w potęgę dobra.
Jej szlak z sowieckiej Białorusi prowadzi przez Polskę do Włoch, później bohaterka działa w Paryżu, Teheranie, Moskwie i Smoleńsku… W Poczdamie omal nie zmienia losów świata. Poznaje smak miłości i zdrady. Fascynuje swą osobą Josepha Goebbelsa, Ławrientija Berię, Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego i Galeazza Ciana.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Projekt okładki i stron tytułowych: ThoT Redaktor techniczny: Marcin Adamczyk Korekta: Arie Books
Copyright © by Marcin Wolski, 2026 Copyright © by Dressler Dublin Sp. z o.o. 2026
All rights reserved
Wydawnictwo Bellona ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa tel. +48 22 457 04 02 www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18977-5
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Chodź dziewczyno, chodź na siano,
a nie będziesz starą panną,
nie zapytam cię o wiano,
gdyś jest dla mnie mgłą poranną.
Jesteś dla mnie wiatrem żniwnym,
jesteś dla mnie letnim deszczem,
a ja głupi i niewinny
będę wołać jeszcze, jeszcze!
(piosnka zasłyszana w okolicach Wasyliszcza)
Kim właściwie jestem? Ciekawe, nigdy dotąd nie zadawałam sobie tego pytania. Dziś muszę. Jutro rano czeka mnie przesłuchanie, a potem pewnie śmierć. Nawet jeśli niczego nie powiem im na temat swej tożsamości – powinnam przynajmniej zdefiniować ją sama dla siebie, bo pogubiłam się przez to ciągłe udawanie.
Na dobrą sprawę nie mam przecież jednego ustalonego nazwiska. I nie chodzi mi o te wszystkie personalia z paszportów, jakimi posługiwałam się przez pięć ostatnich lat. Jak nazywam się naprawdę? W aktach stanu cywilnego w Kojdanowie (Białoruska SRR) wpisano: Maria Andriejewna Pruska, urodzona 28 lutego 1921 roku. Tyle że redaktor Andrzej Pruski, którego trzy dni przed śmiercią na hiszpankę w odruchu litości poślubiła moja matka Wanda Zawratyńska, z całą pewności ojcem mym być nie mógł. Może więc jestem tylko Zawratyńska? Tak pewnie powinnam się nazywać, gdyby ojciec pozostał nieznany. Ale przecież poznałam jego tożsamość. Nazywa się Stanisław Solecki. To wielka miłość mojej mamy od chwili, gdy zobaczyła go na balu karnawałowym w warszawskiej Resursie Obywatelskiej w pamiętnym dniu krwawej niedzieli 1905 roku. Splot zdarzeń, który nazwać można tragedią omyłek, sprawił, że nie mogli być razem. Ona, ścigana przez Ochranę uciekła do Galicji, on ciężko ranny, przekonany iż został odrzucony, zdecydował się zostać katolickim księdzem.
Czy później mogli to naprawić? Nie wiem!
Kochankami zostali tylko raz, w burzową noc z 31 maja na 1 czerwca 1920 roku. Mama zabawiła się w biblijną kusicielkę Ewę, podając Stanisławowi środki nasenne. W nocy oboje stracili kontrolę nad sytuacją, a o efekcie początkowo nie mieli pojęcia. Następnego dnia Wanda Zawratyńska wyjechała na wschód za polską armią, która właśnie zdobyła Kijów. Zamierzała odwiedzić grób ojca i odszukać złoto, ukryte w rodzinnym majątku w Zawratyniu. On musiał zostać. Nigdy już się nie spotkali. Mamę ogarnęło „czerwone morze” i następne 17 lat przeżyła we wsi Wasiliszcze jako nauczycielka kołchozowych dzieci.
Stanisław odnalazł mnie trzy dni po jej śmierci, a potem w nieprawdopodobny sposób wydostał ze Związku Sowieckiego, w którym rozszalała się „operacja polska” NKWD. Zabito w jej trakcie od stu do dwustu tysięcy ludzi tylko za to, że byli Polakami. Hitler miał się na kim wzorować, podejmując parę lat później Holokaust.
Może jednak powinnam nazywać się Solecka? To nazwisko przyjął jeszcze w dziewiętnastym wieku mój dziadek Henryk Zalcman, geometra z Prus, ojciec dwóch synów. Staś zrodził się z mazurskiej chłopki, jeśli więc dobrze policzyć Żydówką byłam tylko w 25 procentach. Mój stryjeczny brat Józio żyjący gdzieś na polskiej wsi odziedziczył te same proporcje. Jego matka Nataszka była Rosjanką, która zmarła podczas porodu w bydlęcym wagonie pędzącym w stronę Gułagu. Niestety jego ojciec, a mój stryj, Józef Zalcman, żarliwy komunista, jeden z twórców rewolucji październikowej i minister w bolszewickim rządzie, nie mógł nas ocalić. Sam zginął jako odprysk „operacji polskiej” oskarżony o szpiegostwo i przynależność do tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Żart historii i prokuratora Wyszyńskiego!
Co do innych domieszek… Czy jakiś wpływ na mój charakter miał fakt, że po przybyciu do Zawratynia mama został zgwałcona przez trójkę miejscowych rabusiów i przez całą ciążę obawiała się, że mogę być dzieckiem któregoś z nich? Odetchnęła, gdy zobaczyła moje bląd oczy i ciemne, głęboko osadzone oczy Zalcmanów. Ale chyba przyjęłam coś z Zacharczuków – ich tatarską zaciekłość, czasem bezwzględność. Pierwszego człowieka zabiłam w wieku 16 lat w leśniczówce nad rozlewiskami Niemna, gdy usiłował przeszkodzić mi w ucieczce. Była to oczywista samoobrona, ale później różnie się zdarzało.
Jednak wówczas, kiedy łódką przepłynęliśmy na polską stronę Niemna i pan Rugajłło wziął ode mnie płaczącego Józia, a ksiądz Stanisław ucałował jak biblijny prorok ziemię ojczystą, wydawało mi się, że wszystko co najgorsze mam za sobą. Że czeka mnie zwykłe. szare życie w II Rzeczypospolitej, kraju wielkich możliwości, który zasłużył sobie na znakomitą przyszłość. Myliłam się!
Do mojej piwnicy dociera świergot ptaków, zapach kwiatów już niestety nie. Wyobrażam sobie, jak niebo nad jeziorem Como różowieje. I budzi się nowy dzień, jeden z ostatnich dni tej wojny. Duce został rozstrzelony wraz ze swą kochanką Clarettą Petacci, Führer jeśli jeszcze żyje, to jego świat ogranicza się pewnie do jakiegoś bunkra, przypominającego moją obecną norę. Kiepska pora żeby umierać. Nie przeżyłam wielkiej, spełnionej miłości, nie założyłam prawdziwej rodziny, a moja misja? Cóż, nie ułożyła się tak jak zamierzałam…
Wróćmy jednak do mojej opowieści. Po dniu spędzonym w Nieświeżu z rodziną Rugajłły, dawnego rządcy dóbr Zawratyńskich, który, jak wspomniałam, bardzo nam pomógł w przekroczeniu granicy, pociągnęliśmy ku Warszawie. Po drodze zajrzeliśmy do parafii mego taty w miejscowości Uciecha, jedynym z tych letniskowych przysiołków wokół Warszawy, których nazwy świadczą o prymacie rozkoszy ciała nad rozwojem ducha – Radość, Wygoda, Wesoła, Miłosna.
Warszawka wiedziała, gdzie jeździć, by pogrzeszyć! Na plebanii spotkaliśmy się z panią Jadwigę Mazur, która za młodu była ladacznicą, a później przez całe lata gospodynią księdza, a w wolnych chwilach także wróżbitką. Kobieta ta oszalała na punkcie małego Józia, załatwiła dla niego mamkę i powiedziała, że dziecka nie opuści nigdy, a ksiądz Stanisław powinien zrobić wszystko, aby zostać jego prawnym opiekunem.
– To może być trudne, Jadwigo – wahał się.
– A od czego ma ksiądz znajomości?
Myślę, że mój przyjazd do Uciechy i parodniowy pobyt, był przez Stanisława głęboko przemyślany. Ułatwiał moją adaptację. Tym bardziej, że różnica między sowieckim Wasyliszczem i podwarszawskim letniskiem nie była szczególnie wielka, poza tym, że ludzie w Polsce ogólnie wydawali się bogatsi, szczęśliwsi, a nade wszystko wolni. Niestety ów stan sielanki potrwał wszystkiego tydzień.
W sobotę ksiądz Solecki zwykł spowiadać chętnych, chociaż z racji upału wielu penitentów nie miał. Zamierzał już opuścić konfesjonał, kiedy za kratką zamajaczył jakiś potężny cień.
– Zdrastuwjte tawariszcz Solecki – dobiegły go słowa po rosyjsku, wsparte krótkim uderzeniem czegoś twardego o drewno spowiednicy. – Żadnych gwałtownych ruchów. Moja giwera wycelowana jest w wasz brzuch.
– Szybko mnie znaleźliście.
– Obserwowaliśmy was wcześniej.
– Chodzi o zemstę?
– Skądże znowu, zemsta jest rozrywką durniów i nie przystoi zawodowcom. Chcemy tylko z wami porozmawiać.
– O czym?
– O waszych wrażeniach z Rosji. O serii incydentów, których byliście świadkiem…
– Chodzi o masową akcję przeciw Polakom?
– Nie było żadnej masowej akcji. Poczytajcie prasę, polską, rosyjską, światową, posłuchajcie radia… Nic się nie działo i się nie dzieje. I niech tak zostanie. Ale gdyby chciał pójść wielebny do swoich przyjaciół w Sztabie Generalnym albo do prasy i dzielić się informacjami…
– To wtedy mnie zabijecie? Wiem! No cóż, po tym co przeszedłem ostatnio, nie boję się śmierci.
– Ale mamy waszego brata. Czeka na proces, ale może okaże się, że został niesłusznie oskarżony. A wasza doczka, wasz Bliubotył, taka piękna, inteligentna, niewinna, ma całe życie przed sobą…
Ksiądz zadrżał. Niewielu ludzi wiedziało, że przyjął od Michajłowej zwyczaj nazywania mnie „Bławatkiem”.
– Rozumiem zatem, że jesteśmy dogadani. Wy zapomnicie o swych przygodach w Rosji, my zapomnimy o was. Przynajmniej na razie.
– Odpuścicie?
– Są rzeczy dużo ważniejsze od prywatnych porachunków. Nasze państwa podpisały pakt o agresji. Wspólnie myślimy, jak przeciwstawić się Hitlerowi. Nie możemy sobie pozwolić na coś, co mogłoby zburzyć tę delikatną współpracę… A teraz nie wychodźcie przez trzy minuty, bo nie chcę was zabić. Pracowałem kiedyś pod towarzyszem Zalcmanem i mam wielki szacunek do jego rodziny.
Oczywiście mój papa, bo tak zwykłam nazywać Stanisława (a on żartował, że dzięki temu tytułowi czuje się prawie papieżem) nie opowiedział mi o tym incydencie. Przynajmniej nie od razu. Nie chciał mnie straszyć. W to, że jego brat żyje, też chyba nie uwierzył, ale postanowił mnie chronić.
Prawie natychmiast pojechaliśmy do Warszawy. Nie spotkało nas tam żadne wielkie powitanie, nie było wywiadów prasowych, których mogłam się spodziewać.
– Nie trzeba zwracać na siebie zbytniej uwagi Bławatku – tłumaczył.
– Przecież mieliśmy opowiedzieć całemu światu o wielkim głodzie, o akcji przeciw Polakom…
– I co potem zrobią nasze władze, wypowiedzą wojnę Rosji? I to w chwili kiedy za zachodnią granicą wyrasta prawdziwe zagrożenie. Zaryzykują walkę na dwa fronty? Ci, co maja się dowiedzieć, to się dowiedzą. A umarłym już nic nie pomoże…
Uznałam, że ma racje. Od pierwszego spotkania w Kojdanowie wierzyłam mu bezgranicznie.
Ostatniego dnia pobytu na plebanii, kiedy ksiądz odprawiał wieczorne nabożeństwo, pani Jadwiga postawiła mi kabałę.
Zrobiła to trzy razy i za każdym razem przecierała oczy.
– Nigdy czegoś podobnego nie widziałam – stwierdziła.
– Czyli co?
– Długie, ciekawe życie pełne wielkich niebezpieczeństw, wielkich zadań i wielkich miłości…
Z perspektywy mojej włoskiej piwnicy wyglądało to na ponury żart. Dożyłam 25 lat, ale żaden mój związek, żadna miłostka, nie kwalifikowała, by nazwać ją wielkim uczuciem. Czyżby mazowiecka Kasandra, która nader trafnie przewidziała losy mych rodziców i cud nad Wisłą, tym razem pomyliła się aż tak bardzo?
Nigdy nie byłam w wielkim mieście (bo trudno uznać za taki białoruski Mińsk), toteż Warszawa latem 1937 roku zrobiła na mnie wrażenie stolicy świata. Ten ruch, zgiełk i oszałamiająca witalność, zdolna pokonać wszystko i wszystkich. Taksówką pojechaliśmy pod dom mamy w Alejach Ujazdowskich, który na tle wszystkich kamienic, które zdarzyło mi się oglądać do tej pory, wydał się pałacem. Dozorca o aparycji dworzanina z filmów kostiumowych ucieszył się na widok Stanisława, którego widać uważał za martwego i zaczął powtarzać jak nakręcona pozytywka:
– Księże dobrodzieju, o księże dobrodzieju! – Po czym zobaczywszy mnie, omal nie upadł. – Na miły Bóg czyżby to młoda pani Zawratyńska?
Podałam mu rękę, którą ucałował z takim szacunkiem, jakbym była co najmniej kardynałem.
– A gdzie pani Wanda? – zapytał, orientując się, że kogoś tu brakuje.
– Umarła – odparłam. – Ale wielokrotnie opowiadała mi, jak świetnie naprawił jej pan zegar, który dostała od dziadka.
Zaczął płakać, jak u nas ludzie na wsi, gdy mogą czuć się szczerze i opanował się dopiero po dłuższej chwili.
– Dobrze, że państwo wrócili. Ostatkiem sił bronię waszego mieszkania.
– A co się dzieje? – spytał mój papa.
– Tyzenhauzowie wystąpili o uznanie pani Wandy za zmarłą i chcą przejąć majątek.
– To się trochę pospieszyli. A co z Panią Zytą, tak łatwo ustąpiła pola?
Pytał o dawną sekretarkę z redakcji „Kuriera”, ongiś kochankę Pruskiego, a potem serdeczną przyjaciółkę mojej mamy, która całe lata opiekowała się mieszkaniem, dzieląc czas między Los Angeles, gdzie mieszkał jej mąż, Bob Thompson, były lotnik eskadry „Kościuszko”, a Warszawą, z która łączyły ja wspomnienia i opieka nad kolejnymi wznowieniami powieści Wandy Zawratyńskiej Sanitariuszka spod Rarańczy.
– Pani Thompson musiała znowu wyjechać do USA. Jej syn ukończył kolejny rok na tamtejszej Akademii Wojskowej, zajmując pierwszą lokatę.
– Nasz mały Piotruś?!
– Faktycznie bardzo dawno ksiądz go nie widział! Kiedy odwiedził nas trzy lata temu, mierzył już metr dziewięćdziesiąt wzrostu, a z tego co pisała pani Zyta, ciągle rośnie… Ale, ale, zapomniałbym o najważniejszym. Klucze od mieszkania! Zaraz dam dwa komplety i zaprowadzę na górę, pewnie państwo utrudzeni…Proszę mi dać swoją walizkę!
Ciekawe uczucie wejść do mieszkania, w którym się nigdy nie było, a zna się je z opisu mamy niczym własną kieszeń. Rokokowy zegar, półka z książkami, których tytuły potrafiłabym wymienić zbudzona w środku nocy, biureczko z Galicji i maszyna do pisania, na której napisała Sanitariuszkę spod Rarańczy, komódka cioci, kiedyś ukrywająca skradzione listy, łóżko z błękitną narzutą, na którym zostałam poczęta i reprodukcja Madonny Rafaela ponad nim… Nie zdołałam się długo nacieszyć wspomnieniami, bo po godzinie zjawił się adwokat Tyzenhauzów, niejaki Richter, młody, arogancki, pewny siebie.
– Co tu robicie? – zaczął od progu.
– W odróżnieniu od pana jesteśmy u siebie – odparł spokojnie papa.
Troszkę stropił go duchowny strój, ale niewiele spuścił z tonu.
– A to niby kto? – wskazał palcem na mnie.
– Maria Pruska-Zawratyńska – odparłam – córka zmarłej właścicielki.
– Każdy tak może powiedzieć.
Chciałam sięgnąć po wywiezione z Rosji dokumenty, ale ksiądz Solecki nie wytrzymał.
– Synu, widzi mi się, żeś dawno w gębę nie dostał.
To mówiąc stanął między nami.
– Reprezentuje barona Tyzenhauza – wybełkotał prawnik.
– Jeśli baron Tyzenhauz ma jakieś do nas sprawy, to niech przyjdzie sam, a nie wysyła swoich oficjalistów. Drzwi są tam!
Przez resztę dnia mieliśmy spokój. Nazajutrz najpierw do mieszkania pan Franio wniósł kosz róż, a później przyszli obaj panowie Tyzenhauz, nienagannie ubrani, uśmiechnięci i ociekający uprzejmością niczym ul miodem lipowym. Trudno wyobrazić się braci o bardziej odmiennej urodzie. Zbliżający się do pięćdziesiątki Karol był ryży, wysoki, grubokościsty, o wyglądzie Niemca z dziada pradziada, zaś młodszy o dekadę Ignacy szczupły, delikatny, stanowił typowy przykład krótkowidza, intelektualisty i już tylko za to, polubiłam go od pierwszego wejrzenia. Przyszło mi to tym łatwiej, że to on wziął na siebie ciężar przeprosin, kondolencji, a potem komplementów pod moim adresem. Jego brat milczał, tylko rozbierał mnie wzrokiem niczym jajko ze skorupki. Odpowiedziałam im uprzejmie, stwierdzając, że mieli prawo uważać moja mamę za zmarłą, ale mam nadzieję, że teraz wszystko staje się jasne.
– Jak najbardziej, kuzyneczko! – Rozpromienił się Ignacy. – Pierwsze koty za płoty! Mam nadzieję, że niefortunny początek nie wpłynie na kształt naszych rodzinnych związków.
Tu zapewnił, że nie mają zamiaru poddawać w wątpliwość moich praw do majątku, po czym wspomnieli nawet od odnalezionym depozycie w szwajcarskim banku, który przetrwał Wielki Kryzys, a nawet mocno urósł, z którego, wedle rozporządzenia ich zmarłego ojca, należała mi się jedna trzecia zasobów.
Nie pytałam ile to wynosi, ale przy kolejnym spotkaniu Karol, który mimo arystokratycznego rodowodu miewał zachowania parweniusza, zdradził, że jest tego około stu tysięcy dolarów w złocie. Majątek!
Krygując się, czy mogę to przyjąć, nie miałam wówczas pojęcia, jaką rolę odegrają te pieniądze w moim życiu.
Dwa dni później, już bez asysty Stanisława, zaproszono mnie do ich rezydencji w Konstancinie. Wysłano po mnie szofera, czułam się więc co najmniej jak carewna. Wizyta w ich pałacyku kazała mi zastanawiać się, jak mogłaby wyglądać Rosja, gdyby nie rewolucja. Pięknie!
Podjęto mnie obiadem i poznałem też córki Ignacego i Simonetty, hrabiny Borsini – Anastazję i Antoninę, jednojajowe bliźniaczki, młodsze ode mnie o rok, doskonale ułożone, choć jak miało się okazać, były to tylko pozory. Na stałe obie panny mieszkały wraz z matką w Toskanii, a lato spędzały w Polsce (ze względu na „arystokratyczną” cerę, aby się zanadto nie opalić). Zaraz po posiłku Ignacy Tyzenhauz złożył mi propozycję.
– Nie zamierzamy oficjalnie występować o prawo opieki nad tobą, jednak w świetle obowiązujących przepisów, jesteśmy w tej chwili twoją jedyną rodziną i z przyjemnością zajmiemy się tobą, do czasu pełnoletności
Chciałam powiedzieć: „A mój tata?”, ale ugryzłam się w język.
– Rozmawialiśmy już z księdzem Soleckim i wstępnie wyraził zgodę, oczywiście po zasięgnięciu twojej opinii.
– Na co?
– Na twój wyjazd do Włoch. Tam odbierzesz wykształcenie należne twoje sferze, poznasz świat….
Chyba zakręciły mi się łzy w oczach.
– Nie pojadę nigdzie bez rozmowy z księdza Stanisławem! – zawołałam.
– Rozumiem twoje wahania, ale mam nadzieję, że osobiście cię przekona.
I rzeczywiście przekonał, mimo mych nieśmiałych protestów. Był zdania, że im dalej od bolszewickiej Rosji, tym dla mnie lepiej.
– Wykorzystaj ten czas, Bławatku! Naucz się języków, a za dwa lata i tak, jako osoba pełnoletnia, będziesz mogła decydować o sobie.
Tak więc nie pobyłam wiele w Warszawie, trzy dni spędzone z ojcem i długa wycieczka po mieście musiały mi wystarczyć. Pokazał mi miejsca, ważne dla naszej rodzinnej historii – dom na Nowym Mieście, w którym mieszkał jako licealista i dawne mieszkanie mamy na Królewskiej z kapliczką na podwórku. Kościół św. Krzyża, miejsce ich „przypadkowych” spotkań i klasztor Sióstr Wizytek, gdzie leżał ranny, przekonany, że umiera. Przed oczami przesunął mi się prawdziwy fotoplastykon wspomnień. Zaszliśmy pod Resursę Obywatelską, miejsce ich pierwszego spotkania, oraz do klasztoru kamedułów na Bielanach. Wpadliśmy na Bednarską, gdzie zabił Kozaka. Na odrobinę odpoczynku pozwoliliśmy sobie Ogrodzie Saskim i Dolinie Szwajcarskiej – dziś letnim saloniku Warszawy. Próbowałam sobie wyobrazić zimową ślizgawkę i poznanie mojej mamy ze Stanisławem i nie wiadomo dlaczego po policzku potoczyły mi się łzy.
W każdym razie maksymalnie wykorzystaliśmy krótki czas, który nam został. Jak to się nam udało – nie wiem. W każdym razie tata zdołał jeszcze nauczyć mnie wielu rzeczy przydatnych w moim kolejnym życiu, na przykład szyfru książkowego – bazą miała być jedyna wydana powieść mamy, a jeśli z jakiegoś powodu byłaby niedostępna, angielska Biblia Króla Jerzego. Nauczył także obchodzenia się z bronią, rzucania nożem, otwierania kajdanek spinką do włosów, zasad grania w brydża (pokera ćwiczyłam jeszcze z Antonim w Wasyliszczu i co tu ukrywać, byłam w tym niezła) pokera, a także używania jako broni sprzętów, które zwykle są pod ręką. Dorzućmy do tego umiejętność sporządzania sympatycznego atramentu, środków nasennych, a także trucizn z materiałów zazwyczaj nieprzeznaczonych do tego celu. W ramach tego szkolenia uczył mnie, jak dostrzegać czy jest się śledzonym i jak gubić ewentualny ogon. Te nauki, później oczywiście doskonalone, wielokrotnie ratowały mi życie. Jako płocha szesnastolatka zupełnie nie pojmowałam, na co mają mi się przydać podobne umiejętności? A gdy pytałam wprost, odpowiadał tajemniczo:
– Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Podejrzewam, że do tych szkoleń namówiła go Jadwiga, która nawet jeśli nie mogła całkowicie przewidzieć przyszłości, widziała wszelkie możliwe zagrożenia jakie ta niosła ze sobą.
Tymczasem ja byłam w wieku, w którym taką szczeniarę jak ja, przepełniała pewność, że ze wszystkim poradzi sobie sama. Na przykład ze stryjem Karolem. Tym samym, o którym opowiadała mi mama, że gdy miała objąć posadę guwernantki u Tyzenhauzów, złożył jej propozycją tak wysoce niemoralną, że rumieni się nawet teraz, kiedy ją wspomina. Trzydzieści pięć lat później pozostał tym samym obleśnym bawidamkiem, na jakiego się zapowiadał. Cały czas podczas moich dwóch wizyt patrzył na mnie niczym pies na kiełbasę, toteż wiadomość, że nie jedzie z nami do Włoch, tylko do przyjaciół w Niemczech, przyjęłam ze zrozumiałą ulgą.
Przedsmak przyszłych kontaktów miałam podczas wspólnego podwieczorku.
– Podobno zabiłaś kiedyś człowieka? – powiedział, kładąc mi, niby przypadkiem, rękę na udzie.
– I owszem – odparłam. – A pracując w kołchozie nauczyłam się nawet kastrować byki!
Cofnął rękę szybciej niż ją położył.
Gdybym tak jeszcze znała przyszłość…?
Ale co może wiedzieć szesnastolatka o mężczyznach. Przecież nie wiedziałam wtedy, że przynoszę im pecha. Choć mogłam już zacząć się domyślać. W ciągu ostatniego miesiąca zginęli dwaj bracia Bykowscy z mojej wioski, którzy podkochiwali się we mnie, i Kola Sokołow, czekista i wróg, ale wedle jego własnych słów zakochany we mnie na zbój. Z naciskiem na to ostatnie słowo – zabój. Stryjek Karol wydał mi się obleśny, ale na swój sposób zabawny. I należał do rodziny. Nie miałam pojęcia, że kiedyś będę naprawdę musiała go zabić!
Tymczasem zgrzytnął zamek w drzwiach mojej piwniczki, kładąc kres wspomnieniom. Najpierw zajrzał uzbrojony wartownik, omiótł światłem latarki niewielką przestrzeń, jakby myśląc, że zgromadziły się w niej wszystkie duchy z mej przeszłości.
– Wychodzić! – warknął…
Wstałam, gotując się na decydujące starcie. Zastanawiałam się, z iloma osobnikami przyjdzie mi się zmierzyć, zanim zdążę chwalebnie polec. Wczoraj doprowadziło mnie tu czterech. Teraz jednak wartownicy się zmyli, a przed wejściem oczekiwał mnie jedyne samotny oficer Abwehry, żar słoneczny sprawiał, że widziałam go bardzo niewyraźnie i musiałam czekać, aż mój wzrok się przyzwyczai.
– Przepraszam, że musiała pani czekać, baronowo von Preussen. Jednak, zanim mnie pani zabije, proszę mnie wysłuchać, wydaje mi się, że mamy sobie sporo do zaoferowania. Nazywam się Kross, Hans Kross.
Zadrżałam, znałam przecież ten głos!
Rezydencja Borsinich znajdowała się w Toskanii, w regionie Chianti, miejscu słynącym ze znakomitych win i słonecznej pogody. Autochtoni nazywali budowlę il castello (zamek), choć w istocie był to jedynie obronny dwór, wzniesiony w zamierzchłych czasach, kiedy Kosma Stary, założyciel dynastii Medyceuszów, jeszcze koszulę w zębach nosił. Być może kogoś innego temperatura i leniwy spokój tego miejsca skłoniłyby do słodkiego nieróbstwa, czyli jak mawiają miejscowi dolce far niente, ja wykorzystywałam każdą chwilę do poznawania świata. Zaczynałam od dworu, potem penetrowałam zabudowania gospodarcze i pawilony dla służby, za każdym razem natrafiając na coś nowego. Uczyłam się produkcji wina i wypiekania pizzy, jeszcze przed świtem biegłam na ochotnika doglądać inwentarza, a zwłaszcza koni, z którymi dobrze radziłam sobie i w siodle, i na oklep.
Szybko łapałam tutejszy język, śpiewny i melodyjny jak rosyjski, jednak bez owego fałszu, którym od zawsze zalatywała mi mowa Wielkorusa. O dziewiątej, po śniadaniu i przepłynięciu dziesięć razy basenu, zaczynałam lekcje, przeważnie sama, bo hrabianki rzadko budziły się przed jedenastą i na spotkanie z nauczycielami przychodziły naburmuszone. Ci, z tym większa radością poświęcali cały czas mnie, doceniając, że uwielbiam się uczyć i chłonę wiedzę wszystkimi porami mego ciała. Pani Letycja Perugino, fertyczna Włoszka uczyła mnie języka Dantego, a także podstaw historii i kultury – a znała taką ilość anegdot z życia artystów doby cinquecenta, że Giorgio Vasari mógłby się od niej uczyć. Pani Perugino, służąc jako guwernantka w paru arystokratycznych domach, zyskała też ogromną biegłość jeśli idzie o dobre maniery i etykietę. Dzięki niej potrafię radzić sobie z wszystkimi możliwymi sztućcami, wiem do czego należy podawać białe chianti. A co robi dama, gdy zdarzy się jej puścić bąka? Odpowiedź była prosta – dama ich nie puszcza.
Oczywiście signora Perugino nie zawsze była taka comme il faut, świadczył o tym jej syn, osiemnastoletni Tonino, owoc grzechu i temperamentu jednego z arystokratów, u których służyła. Dla wielu „coś takiego” wykluczało możliwość zatrudniania jej jako guwernantki, jednak jako nauczycielka była zbyt dobra, by marnować się w szkole publicznej, toteż kobiety wyzwolone, a niewątpliwie należała do nich Simonetta Borsini, zatrudniały ją mimo ryzyka i ostracyzmu, na jaki narażały się w towarzystwie.
Laura Laconte, madame od francuskiego i muzyki, bezdzietna wdowa w wieku mocno przejrzałym, reprezentowała zgoła odmienny typ niż pełna emocji Włoszka – oschła i wymagająca, zachowywała ogromny dystans do świata, trzymając swe namiętności i tajemnice mocno ukryte niczym klejnoty w sejfie pani Borsini, którego otwierania celem treningu umiejętności złodziejaszki zajmowałam z dużym powodzeniem. Ale to było później. Wtedy, jesienią 1937 roku, byłam jeszcze grzeczna, a może nawet za grzeczna. Ale kiedy zuchwały Tonino uczył mnie sztuki całowania, pragnąc na swe nieszczęście przenieść naszą znajomość na wyższy poziom zbyt gorliwie, musiałam niestety wywichnąć mu rękę.
Dieter Dreiser, pan od niemieckiego, nauk ścisłych i wychowania fizycznego, byłby zapewne ze mnie dumny, ale postanowiłam zachować incydent w tajemnicy, a i Tonino też się nie chwalił. Wedle wersji oficjalnej spadł ze stromych schodów wiodących na blanki castello. Może byłam głupia, trzymając się zasad, hrabianki bliźniaczki nie miały takich oporów i cnotę swa utraciły jeszcze przed szesnastymi urodzinami, podobno w odstępie kwadransa.
Co do mnie, to incydent z Tonim Peruginem zniechęcił mnie na dłuższy czas do mężczyzn, tak, że tolerowałem jedynie towarzystwo mego niemieckiego preceptora, trenującego mnie w szermierce, czy walce wręcz. Ten nie był groźny, stryj Ignacy określił go kiedyś, nie sądząc, że go słyszę: „Mężczyzna, ale nie fanatyk!”.
Co fakt, to fakt, z Dreiserem mogłabym się zmagać nago, jak w antyku spartańskie dziewczyny, ponieważ jedynym obiektem w zamku budzącym jego zainteresowania był Sergio, pomocnik kucharz, z którym parzyli się na małym dziedzińcu za kuchnią (widocznym z północnej baszty). Ich akrobatyczne zespolenie kojarzyło mi się z tutejszym pierogiem zwanym calzone, co z czasem przeszło w ogólną awersję do pizzy.
Nie wiem czy byłam tak zdolna, czy jedynie pracowita, w każdym razie po dwóch latach edukacji mówiłam całkiem nieźle trzema zachodnioeuropejskimi językami, a rosyjskiego też nie zapomniałam. Inna sprawa, że kiedy w następnych latach przychodziło mi mówić po francusku, na wszelki wypadek przedstawiałam się jako Alzatka, a w Niemczech z biedą mogłam uchodzić za Austriaczkę z Trydentu.
Nie zaniedbywałam też muzyki, ucząc się pilnie gry na fortepianie, pani Laconte twierdziła, że mam do tego „predylekcję”, a to mnie zawsze stymulowało. Może i miałam, chociaż cała moja dotychczasowa nauka ograniczała się do ćwiczeń z moją mamą, która wypatrzywszy w jakimś zapuszczonym dworze pod Kojdanowem stare pianino, załatwiła jego naprawę i przewiezienie do naszej szkoły. Do tej pory pamiętam, jak bardzo podobały mi się jej szlachetne palce śmigające po klawiszach.
Dodatkowym uzupełnieniem włoskiej edukacji były wizyty we florenckich muzeach i kościołach, co już zawsze kojarzyć mi się będzie z zapachem starych rękopisów, werniksu i malarskich olejów. Co do panien Borsini ich wrażenia ograniczały się raczej do smaku pysznych gelati na placu przed il Duomo.
Boże Narodzenie spędziliśmy w Rzymie. Mocno przejęta uczestniczyłam w pasterce w Bazylice św. Piotra, którą odprawiał mocno schorowany papież Pius XI. Następnego dnia w czwórkę, z ciocią Simonettą, oglądaliśmy w rzymskich kościołach szopki – których pomysłodawcą był podobno św. Franciszek z Asyżu. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie „szopka ruchoma” w kościele św. Kosmy i Damiana na skraju Forum Romanum. Cały świat się poruszał i był tak doskonale spokojny i poukładany, że zazdrościłam jego bohaterom, życia tam, dwa tysiące lat temu, a nie tu i teraz.
Na Sylwestra zostaliśmy zaproszeni do hrabiostwa Ciano. Polityką interesowałam się wtedy średnio, jednak wiedziałam, że pan domu, Galeazzo hrabia di Cortelazzo, jest aktualnie ministrem spraw zagranicznych rządu włoskiego. Zaskoczyła mnie jego aparycja, jak na taki urząd wydawał się zdecydowanie za młody, liczył sobie ledwie 35 lat i był chyba zbyt przystojny. (Nie dziwię się kobietom które za nim szalały). Jeszcze większe wrażenie sprawiał szacunek, jakim otaczano jego żonę Eddę, blondynkę o wydatnym nosie i wąskich ustach. Przestałam się dziwić, gdy dowiedziałam się, że jest córką samego Duce Benito Mussoliniego. Przyjęcie odbywało się we wspaniałej willi w pobliżu Tivoli, miejscowości, którą ongiś upodobał sobie cesarz Hadrian. Na mój gust było tam trochę sztucznie i staro. Poza naszą grupką nie sposób było wypatrzyć kogoś przed trzydziestką.
O północy wzniesiono toasty, z których pierwszy wygłosił sekretarz stanu przy Stolicy Piotrowej, kardynał Eugenio Pacelli. Toast brzmiał dość ogólnikowo, ale słyszałam, jak trącając się kieliszkiem z panią Eddą, powiedział do niej: „Za ostatni rok pokoju”.
Chyba go nie zrozumiano. Ja zresztą też, pomimo zimnego dreszczu, który mnie przeszedł. Trwały wprawdzie wojny, domowa w Hiszpanii i w Abisynii (w której sam minister Ciano wcześniej uczestniczył jako lotnik), jednak działo się to daleko od nas i nie wiele wskazywało, żeby za rok ł rozpęta się globalny kataklizm.
Wkrótce potem poczułam się senna, wyszłam więc do ogrodu. Było chłodnawo, a w powietrzu wirowały wielkie płatki śniegu, roztapiające się błyskawicznie po dotknięciu ziemi.
– Fraulin von Preussen! Fraulin Mario! – Usłyszałam za sobą. W pierwszej chwili nie zorientowałam się, że o mnie chodzi. Nawet stryj Karol miał wielkie trudności, aby skłonić mnie do używania „światowego” nazwiska, które jeszcze w XIX wieku nosił ojciec redaktora Pruskiego. Odwróciłam się i zobaczyłam hrabiego Ciano.
– Szukałem pani – powiedział po niemiecku.
– Sona un Polo – odparłam w jego języku. – Jestem Polką!
– Wiem – stwierdził z uśmiechem tym razem już po włosku. – Dotarły do mnie opowieści o pani niezwykłych przygodach związanych z opuszczeniem Rosji i wyznam, chętnie bym o nich porozmawiał.
– W pańskim gabinecie czy w sypialni? – zapytałam patrząc bezczelnie mu prosto w oczy.
Zmieszał się, ale szybko odpowiedział
– Najchętniej w jakiejś małej trattorii. I zaręczam, że plotki o moim niemoralnym prowadzeniu są wyłącznie dziełem żadnych sensacji dziennikarzy.
„Ciekawe, co powiedziałyby o tym pańskie zdobycze. Słynne aktorki czy Willis Simpson, dla której Edward VI porzucił tron brytyjski” – pomyślałam.
– Ach, tu jesteś Giani – usłyszałam wysoki głos Eddy, która pojawiła się nagle obok nas, obrzucając mnie nieprzyjaznym spojrzeniem. – Bernardo cię szuka.
– Jaki Bernardo? – minister wydawał się nieprzyjemnie zaskoczony.
– Twój ambasador w Berlinie, Attolico.
– Ach tak – Ciano błyskawicznie wrócił do rzeczywistości. Skłonił mi się z szacunkiem. – Przepraszam signorita. Obowiązki wzywają! Rozmowę dokończymy kiedy indziej.
Faktycznie mieliśmy ją dokończyć, ale w zgoła odmiennych okolicznościach.
Całe lato 1938 roku wykorzystałam na podróż po Europie. Wątpię, czy kiedykolwiek później udałoby się ją powtórzyć. Razem z kuzyneczkami popłynęliśmy statkiem do Marsylii, odwiedziliśmy Awinion i Dijon, spędziliśmy tydzień w Paryżu, potem nastąpił skok przez kanał by zwiedzić Londyn w trzy dni i przez trzy dni moknąć w deszczu w przereklamowanym Brighton. Tournée zakończyliśmy w Niemczech, by przez podbitą już Austrię wrócić do Toskanii. Hrabianki Borsini zajmowały przeważnie nieustanne flirty, z kim po padło, z boyami hotelowymi, z kelnerami, z młodym szulerem podającym się za torreadora, z trójką francuskich malarzy z Montmartre’u. To ostatnie spotkanie mogło skończyć się nieprzyjemnie. Rzekomi malarze okazali się zwykłymi naciągaczami, a tak zwana pracownia Picassa, do której nas zaprowadzili – pułapką. Na szczęście byli jedynie żałosnymi amatorami. W efekcie jeden stracił zęby, drugi ucho, które mu nadgryzłam ,a trzeci ogłuchł, kiedy dłońmi uderzyłam go w uszy i poprawiłam ciosem w splot słoneczny, tak, że zapewne na długo zapamięta, czym się kończą zakusy na panienkę z dobrego domu.
Moje kuzyneczki poza tym, że się zsikały w majtki, nie pomogły mi w żaden sposób, a przeciwnie, swymi krzykami i lamentami utrudniły mi działanie. Trudniejsze i chyba bardziej niebezpieczne było starcie z bojówką Hitlerjugend, która w Monachium na moich oczach napadła na trójkę małych Żydziąt wracających ze szkoły.
– A może spróbujecie za mną? – zapytałam w języku Goethego i Schillera, wtrącając się w awanturę.
Zaśmiali się tylko, a najstarszy (i najgrubszy) ruszył przeciw mnie. Może był silny i w dodatku dysponował pałką, która czyniła go „panem świata”, ale był też przeraźliwie wolny i całkowicie pozbawiony wyobraźni. Uchyliłam się i podstawiłam mu nogę. Kiedy upadał z łomotem, od którego zatrzęsły się szyby w pobliżu, upuścił broń, którą pochwyciłam i nim dobiegli pozostali, rozkwasiłam mu nos. Znokautowanie obu pozostałych nie zajęło mi więcej niż minutę. Pierwszego z nich, schylając się prawie do ziemi, rąbnęłam w kolano, tak że chrupnęła kość, pozbawiając zapewne szans na karierę piechura i eliminując szanse przyszłej zaszczytnej śmierci dla Vaterlandu, gdzieś na wschodzie. Drugiemu wytrąciłam nóż i pozwoliwszy sobie na chwilę boksu, sprałam go po świńskim ryju, a następnie wymierzyłam kopniaka w nazistowskie dupsko, pozwalając mu uciec.
Pytanie, gdzie się nauczyłam tak bić? Cóż, kiedy się jest dziewczyną w sowieckim kołchozie, próbującą pod każdym względem dorównać chłopakom, trzeba być lepszą od nich. Więc byłam. Po tym incydencie skłoniłam Antoninę i Anastazję do szybkiego wyjazdu z Rzeszy.
– Ale dlaczego?
– Bo nie mam zamiaru zwiedzać obozu w Dachau!
Podziałało.
Wróciłam z głową pełna arcydzieł sztuki i architektury, ale także z mnóstwem pożytecznych informacji, takich jak odmienność angielskich wtyczek do prądu, nie mówiąc już o kierownicy po prawej stronie, ciekawych obyczajach francuskich bukinistów i kloszardów czy atmosferze niemieckich kabaretów, oferujących żarty grube i tłuste, jak nie przymierzając golonka. Przetestowałam też swe dotychczasowe umiejętności samoobrony i wyciągnęłam praktyczne wnioski z sukcesów. Sprowadzały się one prawie zawsze do wykorzystywania lekceważenia, jakie okazują ci wrogowie, zaplanowania rozgrywki, zanim się ją zacznie i zachowywania w każdej sytuacji zimnej krwi.
W każdym razie w trakcie owych szczęśliwych dwóch lat z okładem nie zdarzyło mi się zachorować, zakochać ani stracić nad sobą kontroli.
W styczniu 1939 roku dotarła do mnie wiadomość o zamiarze przybycia do Włoch Stanisława Soleckiego. Radość z tej zapowiedzi i możliwość, że spędzimy razem moje osiemnaste urodziny, była ogromna. 5 lutego wyszłam po mego tatę na rzymską stacjęi Termini. Przybył o czasie. (Pociągi zgodnie z obietnicą Mussoliniego chodziły jak w zegarku!) Ledwie wysiadł, natychmiast chwyciłam go w ramiona, nie bacząc, co mogą pomyśleć postronni. o uściskach księdza z młodąa dziewczyną. Spodziewałam się, że natychmiast pojedziemy do Castello Borsini, ale Stanisław, poważny bardziej niż zwykle, zaskoczył mnie stwierdzeniem, że musimy pojechać do Watykanu.
– Całą drogę modliłem się, żeby zdążyć!.
– Zdążyć? Co masz na myśli, papo?
– Ojciec Święty jest w złym stanie, a koniecznie chce mnie widzieć.
Oczywiście wiedziałam od mamy, że w czasie kiedy Achille Ratti, obecny Pius XI, był nuncjuszem w Warszawie, ksiądz Solecki pełnił funkcję jego nieformalnego asystenta, razem przeżyli bitwę warszawską i tylko grzeszna namiętność (której byłam efektem) sprawiła, że odmówił towarzyszenia kardynałowi do Watykanu. W ciągu lat parokrotnie odrzucał propozycję przeniesienia się do Włoch, teraz jednak…
Okazało się, że mimo posiadanego odręcznego pisma dotarcie do jego świątobliwości nie jest łatwe, a zgraja prałatów nie dopuści do spotkania w nadzwyczajnym trybie nic nieznaczącego księżula z Polski. Na szczęście przypomniałam sobie numer telefonu kardynała kamerlinga Eugenia Pacellego. Na sylwestrowym spotkaniu podawał go Simonetcie Borsini, a ja mam już taką właściwość, że niczego nie zapominam, zwłaszcza gdy to nic uznam za ważne. I udało się. Pacelli umówił spotkanie obu duchownych w czwartek 9 lutego w ogrodach watykańskich. Beze mnie. Ja mogłam liczyć jedynie na spotkanie z papieżem po niedzielnej mszy.
Przebieg rozmowy znam z relacji papy, toteż nie mogą być pewna, czy powiedział mi wszystko. Po blisko dwudziestu latach od ich rozstania Pius XI wydał się nadzwyczaj starym i słabym choć niepozbawiony ognia w oku, który rozświetlał całe jego życie.
– Bardzo cię tu potrzebuje Stasiu – powiedział. – Osaczają mnie coraz bardziej, a ja nie wiem komu zaufać?
– Kto osacza Wasza Świątobliwość??
– Żebym wiedział kto? Mogę najwyżej podejrzewać kilka osób, którzy tym kierują, natomiast nie wiem, kto konkretnie mnie podsłuchuje, kto ogranicza kontakt ze światem, kto mnie truje…?
– Truje?! Na Boga, coś z tym trzeba zrobić?
– Zapewne tak, ale w jaki sposób? Namiestnik Chrystusa nie może ot tak po prostu zadzwonić na policję. Poza tym ujawnienie pewnych nazwisk mogłoby zatrząsnąć posadami Kościoła.
– Prawda nas wyzwoli.
– Przeto we właściwym czasie ci ją przekażę. Tak naprawdę wiedziałem, na co się narażam, już gdy w marcu dwa lata temu ogłosiłem encyklikę „Mit brennenden Sorge”.
– Doskonale znam! „Z palącą troską” była skierowana do katolików w Niemczech i krytykowała politykę tamtejszych władz.
– Chciałem pomoc, a jedynie rozdrażniłem bestię. Jej macki czekały aż do teraz, licząc, że cukrzyca i słabe serce wykonają robotę za nich. Jednak po nocy kryształowej i konferencji w Monachium raczej nie będę dłużej czekać. Potrzebuję twej pomocy Stasiu.
– Będę stał przy Tobie Ojcze, murem, dzień i noc. Od teraz.
– Od teraz nie da rady, ale myślę, że kardynał Eugenio załatwi wszystkie formalności w jeden dzień.
– Pacelli? Mówią o nim, że jest proniemiecki.
– Bo taką narrację propagują jego wrogowie, podpierając ją faktem, że przez wiele lat był nuncjuszem w Niemczech. Tyle że był tam moim okiem i uchem, być może nie wiesz, że nie kto inny jak on skłonił mnie do wydania antynazistowskiej encykliki. To wielki umysł, znakomity dyplomata i zapewne mój następca. A zatem jeśli się zgadzasz, pojutrze przyjdziesz do pracy.
Mój papa przypadł do ręki Namiestnika Chrystusa, a on go pobłogosławił.
– Błogosławię ciebie i twoja córkę – rzekł.
A więc wiedział również o mnie!
Solecki wstał z klęczek i zamierzał się oddalić, ale papież jeszcze go przytrzymał.
– Pamiętaj, że mamy wspólnych wrogów, szatanów, którzy się przeciw nam sprzysięgają.
– My, kogo Wasza Świętobliwość ma na myśli, mówiąc my?
– Kościół i twoją biedną ojczyznę. I pamiętaj, że wiele jest sposobów demoralizacji: przekupstwo, szantaż, ale najbardziej podstępny klucz, a właściwie wytrych, który może zgubić naszą wspólnotę od środka, to sodomia! A teraz już idź, widzimy się w sobotę.
Nie doszło do tego spotkania. Pontifex Maximus zmarł o 5.30 nad ranem 10 lutego 1939 roku. Za przyczynę śmierci uznano cukrzycę i chorobę serca. Rzecz dla 82 latka dosyć normalna. Toteż sekcji zwłok nie zarządzono. Pogrzeb odbył się też podejrzanie szybko, już po czterech dniach (byliśmy z mym papą na tej podniosłej uroczystości), a konklawe zwołane na 1 marca nad wyraz zgodnie, już po dwóch dniach obrad, wybrało nowym papieżem Eugenia Pacellego, który przybrał imię Piusa XII, co cały świat, poza Niemcami, skonstatował z zadowoleniem. I któż by pomyślał, że kiedyś przeróżni łajdacy będą go nazywać „Papieżem Hitlera”.
Tymczasem Pius XII otwarcie zamierzał kontynuować kurs poprzednika. Już po tygodniu wysłał swojego wysłannika do Castello Borsini, w którym ksiądz Stanisław przebywał razem z nami. Wysłannikiem okazał się bliski współpracownik papieża monsignore Alberto Sordi, prałat z sekretariatu stanu, którego don Stanislao poznał jeszcze w czasach, kiedy ksiądz bywał w warszawskiej nuncjaturze. Sordi nie był upoważniony do żadnych negocjacji, ale sugerował, że papież zapewne zechce zachęcić Soleckiego do kontynuowania misji, którą zaproponował mu jego poprzednik.
Z niejasnego powodu papa nie chciał, abym pojechała z nim do Watykanu. Może nie chciał się ze mną afiszować, a może trapiło go jakieś niejasne przeczucie i po prostu się o mnie bał.
– Pokłonię się Ojcu Świętemu i powrócę do was tak szybko, jak tylko będzie można.
Niezadowolona, ale posłuszna, odwiozłam go na stację kolejową w Arezzo (od dwóch tygodni byłam szczęśliwą posiadaczką prawa jazdy), pożegnałam go tam wróciłam do domu. I przeżyłam straszną noc. Śniły się koszmary. Dwukrotnie budziłam się zlana zimnym potem i rozdygotana jak osika, a rano poprosiłam o pomoc Tonina.
– Odwieziesz mnie na stację – zażądałam.
– Mogę – odparł z chytrym uśmiechem – ale pod jednym warunkiem.
– Jaki to warunek?
– Pokażesz mi swego prawego cycuszka.
– I nic więcej.
– Nic więcej, bo życie mi miłe.
Postanowiłam się potargować, rzecz normalna ze względu na moje pochodzenie.
– Nie mogę prawego, mogę lewy.
– Niech będzie.
Dureń, czy nie wiedział, że kobieta w potrzebie gotowa jest na wszystko?
Tymczasem ksiądz Stanisław przespał noc w małym hotelu dla księży i pielgrzymów na Zatybrzu i skoro świt wyruszył w stronę Placu Świętego Piotra. Uwielbiał iść Via del Concilazione i patrzeć, jak bazylika wyrasta przed nim, ogromnieje, aby na koniec zdominować cały świat. O ósmej rano miasto dopiero się budziło, brakowało jeszcze tłumów turystów, zamknięte były sklepy z pamiątkami i kawiarnie. Pod kolumnadą Berniniego grupa dzieciaków grała w piłkę, a obelisk na środku placu prężył się jak to miał w zwyczaju od setek lat.
Solecki wyszedł na plac i nagle usłyszał ryk silnika ciężarówki. Obrócił się za siebie i zobaczył potwora gnającego wprost ma niego. Widział skupioną twarz wąsatego kierowcy, przypominającego w tym momencie polującego myśliwego. Nie miał gdzie uskoczyć i wiedział, że to nic nie da. Wystarczył lekki skręt kierownicy i bestia by go dopadła.
Zdecydował los, a może palec Opatrzności. Wedle nielicznych świadków, kopnięta przez jakiego dzieciaka piłka wystrzeliła w niebo, a następnie spadła wprost na maskę pędzącej ciężarówki. Na ułamek sekundy szofer stracił panowanie nad kierownicą, mój papa rzucił się w prawo, toteż potężny zderzak tylko musnął go i wyrzucił w powietrze. Solecki przekoziołkował i zastygł na trotuarze. Kierowca nie miał czasu sprawdzać, czy ofiara żyje, a tym bardziej poprawiać, na placu byli karabinierzy i gwardziści papiescy. Pozostało mu zakląć i skręcić w stronę Via di Porta Angelica.
Do Rzymu przybyłam dopiero parę godzin później, grubo po południu. Pobiegłam do hoteliku. Portierka mocno poruszona słuchała radia. Od niej dowiedziałam się, że poszukiwanie nieznanych sprawców „nieszczęśliwego wypadku” posuwały się niemrawo, a ofiara incydentu, ksiądz z Polski, wprawdzie potłuczony, ze wstrząsem mózgu i złamaną ręką, znajdował się w pobliskim szpitalu Świętego Ducha. Miałam nadzieję, że jest tam bezpieczny. Nie wierzyłam w nieszczęśliwe wypadki, niestety, chyba byłam w mych obawach odosobniona. Ksiądz Solecki był wprawdzie w szpitalu, jego zdrowiem interesował się podobno osobiście Ojciec Święty, ale nie zadbano, by postawić przed jego izolatką przynajmniej jednego funkcjonariusza. A ja, nie będąc oficjalnie rodziną, nie mogłam go nawet odwiedzić. Rozwiązałam to po swojemu, z garderoby pielęgniarek ściągnęłam habit szarytki, fartuch, kornecik i ubrawszy się w taki kostium, natychmiast zrobiłam się dla personelu niewidzialna. Gdyby kto zaczął mnie pytać, co tu robię, wymyśliłam bajeczkę, że skierował mnie tu osobiście sekretariat papieski. I niech spróbują sprawdzać. Na wszelki wypadek dokleiłam sobie paskudną brodawkę, tak, że nikt bez obrzydzenia nie powinien mi się przyglądać. Skąd brała się moja ostrożność? Jeśli założyć, że zamach na mego tatę zleciły potężne siły, które nie zawahały się usunąć samego papieża, żadna czujność nie mogła być zbyt wielka. Z tego samego powodu zwinęłam z sali operacyjnej skalpel i schowałam do torby. Lepsza taka broń, niż żadna! Jednak w ciągu nocy nic się nie wydarzyło. Pielęgniarki dowiedziawszy się, że ktoś dyżuruje przed pokojem chorego, nawet tu nie zaglądały – dając mi czas pospać na krześle obok łóżka – a rano, na czas obchodu, wycofałam się przezornie. Z rozmów lekarzy wynikało, że papa naszpikowany środkami przeciwbólowymi powinien wybudzić się wkrótce, więc czekałam. Poszłam nawet na obiad do stołówki dla personelu.
Wracając zauważyłem wysokiego lekarza pośpiesznie opuszczającego izolatkę. Mam niezłą pamięć do twarzy, toteż byłam prawie pewna, że nie widziałem do tej pory tego postawnego mężczyzny o kroku marynarza. Wpadłem do środka. Tata nadal smacznie spał, oddychając równo, spokojnie, jednak zaskoczyło mnie ponowne zainstalowanie kroplówki. Była już niepotrzebna, zresztą powinna podać ją siostra, a nie lekarz. Natychmiast wyszarpnęłam igłę z ramienia taty, a oderwawszy ją od przewodu skierowałam cały płyn do zlewu. I pobiegłam w ślad za rzekomym lekarzem. W pierwszej chwili myślałam, że go zgubiłam, ale nie, te kilkadziesiąt sekund na jakie straciłam go z oczu, zużył, żeby pozbyć się kitla. Zauważałam go przy windzie już w cywilnym ubraniu. Zjechał windą, a ja zbiegłam na parter po schodach. Ściągnęłam zakonne przebranie, choć je zachowałam, wsadzając do torby. Z szatni zabrałam mój płaszczyk i wyszłam na ulicę. Czekałam. Pojawił się dopiero po długiej chwili. Coś go zatrzymało, szatnia czy toaleta? Chyba jedno i drugie. Przebrał się raz jeszcze. Ledwie go poznałam, był w sutannie. Udawał księdza, a może nawet nim był.
Ruszyłam za nim kryjąc się wśród przechodniów, starając się ani na chwilę nie spuścić go z oczu. Nie było to łatwe. Podejrzany osobnik szedł szybko, a gdyby nie spowolniało go kołysanie, poruszałby się pewnie jeszcze szybciej. Ja nie mogłam biec, bo to zapewne zwróciłoby uwagę, musiałam wyciągać nogi jak chodziarka, a i tak zostawałam coraz bardziej w tyle. Skręciliśmy w prawo przed Tybrem. Śledzony nie obejrzał się ani razu za siebie, aż do momentu wkroczenia na most Wiktora Emanuela. Wtedy odwrócił się raptownie. Miałam szczęście, idąc w grupie pensjonarek mogłam wyglądać na jedną z nich. Nie zauważywszy niczego podejrzanego mężczyzna nieco zwolnił, po czym skręcił w Via Paolo. Ostrożnie rzuciłam okiem w uliczkę, co wystarczyło, żeby zapamiętać dom do którego wszedł i nie zwalniając poszłam dalej. W trakcie naszego spaceru ściemniło się znacznie i w wielu domach poczęły zapalać się światła. Odczekałam kilka minut i zawróciłam, chwilę potem stanęłam przed domem, o secesyjnie, bogato zdobionej fasadzie. Drzwi oczywiście były zamknięte.
Budynek liczył pięć pięter i najwyraźniej brakowało w nim windy, bo widziałem jak zapalały się światła na kolejnych piętrach klatki schodowej, aż do czwartego. Piąte pozostało ciemne. Oczywiście coś mogło być zepsute, ale założyłam, że wszedł do lokalu na czwartym. Musiałam się tam dostać, ale nie uśmiechało mi się forsowanie drzwi. Na szczęście neobarokowa architektura ułatwiła mi zadanie. Nigdy nie odczuwałam lęku wysokości, a we wspinaniu się na drzewa byłam w Wasiliszczu niezrównaną mistrzynią. Toteż dzięki balkonom, gzymsom, rzeźbom, a także lince od piorunochronu, bez trudu dotarłam na gzyms okalający czwarte piętro. Paliły się tam dwa światła, które przyciągnęły mnie niczym ćmę. Wślizgnęłam się na balkon… Okno do pokoju było zamknięte, ale zasłony zaciągnięto jedynie do połowy. Mogłam zauważyć, że gospodarz był również osobą duchowną. Z wyglądu starszą i drobniejszą od przybysza.
Nie wiem o czym mówili. Gospodarz żywo gestykulował, a drągal słuchał potulnie. Wydawali się być zadowoleni, wypili po sznapsie (nie wiem dlaczego, ale ich sposób picia skojarzył mu się ze stryjkiem Karolem), a potem starszy odliczył kilkanaście banknotów, które wręczył specjaliście od mokrej roboty. Chyba mieli się żegnać, kiedy zadzwonił telefon. Starszy odebrał i zatrzymał wychodzącego władczym ruchem ręki. A po chwili zaczął wrzeszczeć. Szyby były grube, ale parę jędrnych, niemieckich przekleństw dotarło do mnie.
Domyśliłam się że przyszedł właśnie cynk ze szpitala. Stanisław żył, a wydawało się prosta robota, została ewidentnie spaprana.
Przez moment gospodarz zachowywał się jak ratlerek gotowy zagryźć wielokrotnie większego od siebie dobermana, natomiast olbrzym tylko potulnie kiwał głową, zapewne przepraszał i zapewniał, że „to już się nie powtórzy”. Po czym szybko wyszedł. Musiałam pobiec za nim, bo czułam, że tym razem, jeśli przede mną dotrze do szpitala, nie będzie bawił się w żadne subtelności.
Zsuwając się na dół, rozważałam najrozmaitsze możliwości. Zawiadomienie policji było może najsłuszniejszą opcja, ale wysoce niepewną. Znajdowałam już na wysokości pierwszego pietra, kiedy marynarz w habicie wybiegł z budynku. Przylgnęłam do ściany, modląc się, by nie uniósł oczu do góry. Ale chyba miał co innego na głowie.
Do szpitala Świętego Ducha pobiegłam skrótem przez most Księcia Amadeusza Sabaudzkiego, ale i tak dobiegłam na miejsce w momencie, gdy zabójca wchodził już do wnętrza bramą garażową. Nie miałam szans go dogonić, zresztą odgłos moich butów w pustym pomieszczeniu mógłby go zaniepokoić. Weszłam do recepcji, w korytarzu narzucając szpitalny kitel i kornecik, płaszcz zostawiłam, cisnęłam do jakiegoś kąta. Podeszłam do windy towarowej. Ona jedna chodziła aż do piwnicy i najwyraźniej tam została ściągnieta. Nacisnęłam guzik, winda zatrzymała się tak, że mogłam otworzyć drzwi.
„Matros” popatrzył na mnie chmurnie i burknął coś na moje uprzejme powitanie.
Nacisnął przycisk drugiego piętra… Później papa pytał mnie, jaki miałam plan.
– Wybacz, ale nie miałam żadnego planu – wyznałam – działałam instynktownie. Kiedy stanęłam obok zabójcy, zauważyłam, że jest ponad głowę ode mnie wyższy. Przez ułamek sekundy zastanawiałam się jak, to zniwelować. Łokciem nacisnęłam przycisk „stop”, szarpnęło, a jednocześnie z ręki wypadła mi zapalniczka (noszę ze sobą, choć nie palę) i upadła na podłogę. Czułam, że zabójca jeśli nawet jej nie podniesie, to przynajmniej na nią spojrzy. Zdecydował się i pochylił się, na moment jego szyja znalazła się na odpowiedniej wysokości. Pociągnęłam po niej z całych sił skalpelem. Ostatnie co zobaczyłam w jego oczach, to absolutne zdumienie, nie straciłam jednak zimnej krwi i przeszukałam kieszenie. Znalazłem przy nim pistolet – niezwykle poręcznego Lugera z krótką lufą, na osiem naboi. I buteleczkę z połową płynu, tego samego, który wlał do kroplówki. Postanowiłam ją zabrać. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów, wolałam zaś nie tracić czasu na staranniejsze przeszukiwanie. Jedno było pocieszające, zyskałam pewność, że nie zabiłam jakiegoś przypadkowego sługi Bożego.
Po wszystkim uruchomiłam windę, kierując ją na ostatnie piętro szpitala. Modliłam się, żeby nikt nie zatrzymał jej po drodze. Udało się. Korytarz na szczęście był pusty. Szybko pobiegłam do toalety. Zbierało mi się na wymioty, ale zapanowałam nad sobą. Pozbyłam się zakrwawionego kitla. Reszta ubrania wydawała się być w porządku. Stanęłam nad umywalką, w lustrze wody powinna odbić się moja twarz. Jednak zobaczyłem coś innego. Oblicza ludzi mi bliskich zabitych przez totalitarne reżimu, mamy, Nataszki, Antoniego, braci Bykowskich, stryja Rajkiewicza, a nawet stryja Józefa… Nagle opuściła mnie jakakolwiek empatia i chęć wymiotowania. Zrobiłam to, co po prostu powinnam zrobić.
Schodami zbiegłam na piętro, na którym leżał ksiądz Stanisław. Nie weszłam, usłyszałam natomiast głosy, lekarza pielęgniarki i mego ojca.
– Nareszcie się ksiądz obudził, księże Stanisławie. – Poznałam skrzypiący głos monsignore Sordiego.
Ogromnie chciałabym tam wejść, ale wolałam jak najszybciej zniknąć ze szpitala. A poza tym robota nie była jeszcze wykonana do końca. Jak mówił ktoś mądry, sprawa wykonana tylko w dziewięćdziesięciu pięciu procentach jest w stu procentach niezrobiona!
Przede wszystkim uspokoiłam emocje. Wyrównałam oddech i opracowałam plan. Z pokoju jakiegoś ani chybi umarlaka zwędziłam pustą kroplówkę wraz z przewodem i schowawszy ją do torby wyszłam ze szpitala, zostawiając za sobą nagłą wrzawę w recepcji, powstałą wskutek odkrycia trupa w windzie. Nie przyśpieszałam kroku, nie odwracałam się za siebie. Na Placu Świętego Piotra zauważyłam sporo turystów, a jeszcze więcej policjantów. Nie przeraziło mnie to. Miałam okazję sprawdzić moje talenty kieszonkowca w praktyce. W niecały kwadrans stałam się właścicielką dwóch par kajdanek.
Teraz mogłam przystąpić do działania. Ponieważ wyeliminowałam wykonawcę, wypadało porozmawiać z jego zleceniodawcą.
Spytacie, skąd brała się u mnie trzeźwość umysłu i jak to możliwe, żeby osiemnastoletnie dziewczątko, takie jak ja, działało niczym wyszkolona agentka sił specjalnych? Nie mam pojęcia. Twarda szkoła życia w ZSRS wszystkiego nie tłumaczy. Może po prostu w poprzednim wcieleniu byłam zawodową zabójczynią – wojowniczą królową Artemizją czasów wojen perskich albo Milady Winters, specjalistką od specjalnych poruczeń kardynała Richelieu? A może, jak wielu nowicjuszy, miałam po prostu sporo szczęścia.
Tym razem droga na czwarte piętro wydała mi się szybsza, choć wcale niełatwiejsza. Nie chciałam tłuc szyb, toteż wypatrzyłem otwarty lufcik prowadzący do sąsiedniego pokoju, przeszłam do niego po gzymsie (starając się nie patrzeć w dół) i wślizgnęłam do środka. Zleceniodawca (później dowiedziałam się, że monsignore Ruprecht Bauer należał do prałatów przy Kurii Rzymskiej) wydawał się czekać na wiadomości. Czas oczekiwania skracał, popijając koniak i czytając zapewne gwoli rozrywki Niedole cnoty markiza de Sade, po niemiecku. Nie grzeszył czujnością i niczego się nie spodziewał, aż do chwili, kiedy stanęłam tuż za nim i przeładowałam broń.
Bezbrzeżne zdumienie, które pojawiło się na jego twarzy, miało potem wielokrotnie towarzyszyć moim akcjom. W pierwszej chwili wziął mnie za zwykłą włamywaczkę, ale wyprowadziłam go z błędu, rzucając mu kajdanki.
– Chcę tylko porozmawiać – powiedziałam po niemiecku. – Dla twego własnego bezpieczeństwa załóż je grzecznie. Nie chcę ryzykować jakiejś zbędnej szamotaniny, która musiałaby się skończyć twoją śmiercią…
Nie wykazywał ochoty do współpracy, a zdanie zmienił dopiero wtedy, gdy strzeliłam mu w stopę. Huk był spory, a krzyk zranionego jeszcze większy, ale miałam nadzieję, że dzięki grubym murom żaden odgłos nie wydostał się na zewnątrz. Bauer jęczał, ale wyraźnie nieszkolony do znoszenia bólu przestał się stawiać. Potulnie założył kajdanki najpierw na lewą nogę (co było moim warunkiem opatrzenia prawej) i przykuł ją do łózka, a potem zrobił to samo z prawą ręką. Kiedy go obandażowałam, zdołał mi się przyjrzeć i trochę go to uspokoiło. Może uznał, że można mnie zlekceważyć?
– Nie masz pojęcia, z kim zadarłaś, dziecinko! – sapnął.
– I dlatego zmierzam się tego dowiedzieć – odparłam. – A także poznać wasze motywy.
– Że co?
– Dlaczego twój fagas dostał rozkaz zabicia nieprzytomnego polskiego księdza. I wziął od ciebie za to pieniądze. Powiesz mi to?
– Ja nic nie wiem. Jestem kasjerem. Tylko przekazuję pieniądze. O szczegóły zapytaj Vittoria.
Zapewne mówił o wynajętym zabójcy.
– Chciałabym, to zrobić, ale obawiam się, że w te chwili przesłuchuje go święty Piotr.
– Zabiłaś go? – wybełkotał.
– Musiałam.
Teraz naprawdę wpadł w panikę. Zaczął powtarzać w kółko, że jest tylko pośrednikiem, który nic nie wie. Z najwyższym przerażeniem przyglądał się moim rękom i mojej torbie, którą położyłam na stole.
– Chyba nie będziesz próbować mnie torturować, wasza instytucja nie zezwala…
– Nie reprezentuję Kościoła. – Nagle przeszłam na rosyjski. – I ja klianus, ty mnie wsio rasskażesz! (Przysięgam, powiesz mi wszystko!)
Mówiąc to wyciągnęłam z kąta wieszak i umocowałam na nim kroplówkę, do której wlałam resztkę płynu pochodzącego z buteleczki zabójcy.
Zaczął miotać się jak wściekły węgorz na kuchennym stole, spurpurowiał z wysiłku, żyły mu nabrzmiały.
– Nie, nie! Ratunku! Pomocy! – Jednak grube solidne mury doskonale spełniły swoje zadanie. Nikt się nie zainteresował, nie zapukał, nie zadzwonił do drzwi. – Litości!
– Wobec księdza jakoś nie okazaliście miłosierdzia!– Nadepnęłam stopą na jego szyję, co pozwoliło unieruchomić go na tyle, by spokojnie wbić igłę kroplówki.
– Dobrze, dobrze, wszystko powiem – wycharczał. – Tylko wyciągnij to…Nie chcę umierać!
Zdjęłam stopę, pilnie nasłuchując jego wyznań, ale już po chwili jego szept przeszedł w rzężenie, oczy wyszły z orbit. Nie minęła minuta, a zdałam sobie sprawę, że mam przed sobą trupa. Nie zabiła go trucizna – kroplówkę jeszcze nie zaczęła działać. Monsignore zmarł ze strachu, zanim na dobre zaczęłam przesłuchanie.
Przeszukałamć mieszkanie, ale nie znalazłam nic interesującego. Trochę książek o tematyce religijnej i czasopism po niemiecku. Niedomknięta kasa pancerna, krtyła w swym wnętrzu sporąa ilością ilość pieniędzy, która opróżniłam e skonfiskowałam „”na cele organizacyjne”. zZawierała też paszport na nazwisko Ruprechta Bauera z adresem w Norymberdze i wpisanym jako zawód Römisch–-katholischer Priester. Znajdowała się tam jeszcze jedna buteleczka podobna tej, której zawartość chciałaem mu zaaplikować. W szafce nocnej obok damskiej bielizny – której raczej wstydziłyby się kobiety przyzwoite – znalazłaem broszurkęa ociekającą pornografią, taką dla pederastów.
Poza tym nie było żadnej roni i w ogóle niczego, co mogłoby wskazywać prawdziwych mocodawców. Może mówił prawdę, że był tylko pośrednikiem. Zgarnęłam sprzęt i rozpoczęłam penetrację biurka, kiedy rozległo się opukanie do drzwi. Jednak ktoś musiał coś usłyszeć.
– Monsignore Baueri, monsignore Baueri! – dobiegł mnie stłumiony głos spoza drzwi.
Musiałam uciekać. Oczywiście znowu przez lufcik. Tym razem ciemności nie ułatwiły mi działania. Na wysokości drugiego pietra nogi moje straciły pod sobą oparcie, palce ześlizgnęły się z gzymsu i poleciałam. Na szczęście upadając udało mi się wprawić moje ciało w obroty, co sprawiło, że choć potłuczona nie straciłam przytomności i mogłam prawie natychmiast wstać. Nie zauważyłam żadnych świadków, a rozbawione towarzystwo wchodzące do pobliskiego pensjonatu La Residenza dell’Angelo nawet nie zwróciło na mnie uwagi. Na Corso Wiktora Emanuela złapałam taksówką i kazałam wieść się na Dworzec Termini, skąd nocnym pociągiem i okazjonalnymi podwodami dotarłam do rezydencji Borsinich.
– Na Boga dziewczyno! – zawołał na mój widok stryj Ignacy. – Gdzieś ty była?! Umieraliśmy wszyscy ze strachu. Tonino twierdził, że pojechałaś na dworzec.
– Tak ogromnie chciałam odwiedzić Sienę i jej zabytki, toteż wybrałam się na wycieczkę…
– To na pewno nie wiesz co się stało, kiedy cię nie było – wtrąciła się hrabina.
– A co się stało? – Udałam głupią.
– Nasz kochany padre Stanislao miał wypadek w Rzymie.
– Jak to?– Symulując lekkie omdlenie osunęłam się na kanapę.
– Ale już jest dobrze. – Ignacy podał mi wody – Przed dwiema godzinami dzwoniono do mnie ze szpitala, odzyskał przytomność, a rokowania są ze wszech miar pomyślne. Dziś odpocznij, a jutro, najdalej pojutrze, pojedziemy do niego i jeśli się zgodzi zabierzemy do nas. Tu też są lekarze.
„I słusznie! – pomyślałam. – Trzymajmy się jak najdalej od Wiecznego Miasta, księży agentów i hitlerowskich szpiegów”.
Na szczęście w Ospendale Santo Spirito nikt mnie nie zapamiętał. To oczywiste, wówczas starałam się wyglądać jak najpoważniej, teraz jak najmłodziej. Papa też nie poruszał tematu swego „wypadku” podczas całej drogi do krainy Chianti. Wcześniej musieliśmy wspólnie z monsignore Sordi zawieść go do Watykanu, gdzie w tamtejszych ogrodach rozmawiał prze dwie godziny z Piusem XII. Rozmowa wyraźnie podniosła go na duchu. Chyba jednak coś innego zaprzątało jego umysł.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
