Conan Barbarzyńca - Robert E. Howard - ebook
lub
Opis

Drugie, poprawione wydanie zawierające szesnaście opowiadań, jedną powieść i obszerny esej, opisujące przygody Conana z Cymmerii, uzupełnione o obszerne posłowie poświęcone autorowi, bohaterowi, historii powstawania dzieła i dyskusjom jakie wokół niego się toczą.

Teksty, z pewnymi wyjątkami, zostały umieszczone w takiej kolejności, w jakiej ukazywały się w czasopiśmie „Weird Tales”. Tłumaczenie i opracowanie literackie zostało oparte na oryginalnych, pierwszych opublikowanych wersjach Conana, nad którymi Howard miał pieczę i ukazywały się one z jego błogosławieństwem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1567


Projekt okładki: Joanna Plakiewicz

Ilustracja na okładce: Wojciech Chełchowski

Ilustracje w książce: Karol Kalinowski, Michał Myszkowski

Mapa świata Ery Hyboryjskiej: Gravite DTP, na podstawie

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/d/d4/Mapa_de_la_Edad_Hiboria.jpg

autor Cimmerio

Tłumaczenie z języka angielskiego: Agata Bąk

Redakcja oraz korekta pierwszego wydania: Studio Wydawnicze Katarzyna Maćkowiak, Olsztyn

Opracowanie oraz redakcja tekstu do niniejszego wydania: Andrzej Olejnik

Korekta: Danuta Piętka oraz Agencja Wydawnicza Synergy (opowiadania: Cienie w Zambouli, Czerwone ćwieki, Godzina smoka)

Wydanie drugie, 2016

Copyright © Wydawnictwo REA, 2012, 2015; REA-SJ Sp. z o.o., 2015

ISBN 978-83-7993-145-3

Wydawnictwo REA-SJ Sp. z o.o.

Dział Handlowy

ul. Kościuszki 21, 05-510 Konstancin-Jeziorna

tel. 22 631 94 23; fax: 22 632 21 15

e-mail:[email protected]

www.rea-sj.pl

Skład i łamanie wersji drukowanej: Gravite DTP, Olsztyn

Druk i oprawa: Drukarnia SKLENIARZ, Kraków

Wszelkie prawa zastrzeżone. Każda reprodukcja, adaptacja całości lub części niniejszej publikacji, kopiowanie do bazy danych, zapis elektroniczny, mechaniczny, fotograficzny, dźwiękowy lub inny wymaga pisemnej zgody Wydawcy i właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej: Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

OD WYDAWCY

Drugie, na nowo opracowane wydanie szesnastu opowiadań, jednej powieści i obszernego eseju opisuje przygody Conana z Cymmerii współczesną polszczyzną, jednakże zachowując wszelkie smaczki i niuanse howardowskiej prozy. Poszczególne utwory, z wyjątkiem Ery hyboryjskiej i Godziny smoka zostały umieszczone w takiej kolejności, w jakiej ukazywały się w czasopiśmie „Weird Tales”. Wiemy, że Howard miał pieczę nad ich redakcją i że ukazywały się z jego błogosławieństwem. Tłumaczenie i opracowanie literackie tekstów zostało oparte na oryginalnych, pierwszych opublikowanych wersjach. Świadomie Wydawca zrezygnował z publikowania utworów, które ukazały się już po śmierci Howarda, bowiem trudno dociec, jak poważnym zmianom redaktorskim były poddawane i jak bardzo te zmiany odeszły od zamierzeń samego autora. Wyjątek stanowiły tu Era hyboryjska i Czerwone ćwieki, które wprawdzie zostały wydane po śmierci pisarza ale we wcześniej zaakceptowanej przez niego wersji.

ZAMIAST WSTĘPUERA HYBORYJSKA

Żadna część tej opowieści nie powinna być traktowana jako alternatywna wersja obowiązującej historii, ponieważ jest jedynie fikcyjnym tłem dla serii opowiadań. Kiedy zacząłem pisać o przygodach Conana, na swoje własne potrzeby spisałem dzieje owego uniwersum, by w ten sposób nadać snutym przeze mnie opowieściom więcej realizmu i dbać o logiczną spójność następujących po sobie wydarzeń. I zdałem sobie sprawę, że dzięki tym zapiskom łatwiej mi było kreować mojego barbarzyńcę jako pełnokrwistą postać osadzoną w konkretnych realiach, a z kolei dzięki temu uniknąłem koszmaru wielu pisarzy – tworzenia niewiarygodnych, papierowych postaci przeżywających swe przygody w niedorzecznych krainach. Spisując kolejne przygody Conana, których akcję osadzałem w najróżniejszych miejscach, zawsze starałem się wiernie trzymać przedstawionym poniżej „dziejom”. Podążałem za nimi tak wiernie, jak pisarz parający się twórczością historyczną podąża za ustalonymi faktami. Była mi niezbędnym przewodnikiem przy spisywaniu wszystkich opowiadań o Conanie z Cymmerii.

O epoce znanej nemedyjskim kronikarzom jako Era Przed Kataklizmem wiadomo bardzo mało, nieco szerszą wiedzę posiadamy natomiast o jej schyłkowym okresie, ale i ten skrywa mgła tajemnicy. Pierwsze i w jakimś stopniu wiarygodne przekazy historyczne dotyczą właśnie owego okresu, kiedy to w ówczesnym świecie dominowały cywilizacyjnie królestwa Kamelii, Valuzji, Verulii, Grondaru, Thule i Commorii. Ich mieszkańcy mówili podobnymi językami, co świadczy o ich wspólnych korzeniach. Oczywiście istniały wtedy i inne cywilizacje o podobnym stopniu rozwoju, tworzone przez odmienne rasy, niż wyżej wspomniane, ale, na co jednak dowodów nie ma, znacznie starsze.

Barbarzyńcami w tamtych czasach nazywano Piktów żyjących na dalekich wyspach gdzieś na Oceanie Zachodnim; Atlantydów, którzy zasiedlili mały kontynent pomiędzy Wyspami Piktyjskimi a Kontynentem Thurańskim, czyli tak zwanym Głównym, oraz Lemurian, zamieszkujących archipelag dużych wysp na półkuli wschodniej.

Szerokie połacie lądu pozostawały niezbadane. Cywilizowane królestwa, chociaż ogromne, tak naprawdę zajmowały stosunkowo niewielką część całej planety. Najdalej na zachód wysuniętym królestwem na Kontynencie Głównym była Valuzja, na wschód zaś – Grondar, którego mieszkańcy stali na niższym szczeblu rozwoju cywilizacyjnego niż ich pobratymcy z innych królestw. Dalej na wschód rozciągały się zabójcze, niezamieszkane i spalone słońcem pustynie. W rejonach, gdzie mniej jałową glebę porastały dżungle, a także w majestatycznych górach, zamieszkiwały rozrzucone na znacznej przestrzeni dziesiątki prymitywnych plemion dzikusów. Na odległym Południu kwitła inna tajemnicza cywilizacja, jak się podejrzewa – nieludzka, która nie miała nic wspólnego z kulturą thurańską. Na wschodnich rubieżach Głównego Kontynentu swe miasta wznosiła mało poznana rasa ludzka, także nie thurańska, z którą od czasu do czasu handlowali Lemurianie. Niewykluczone, że owa rasa przybyła z owianego mgłą legendy i mitów, nienazwanego kontynentu, leżącego gdzieś na wschód od Wysp Lemuryjskich.

W opisywanej tutaj epoce cywilizacja thurańska wolno, ale nieubłaganie, chyliła się ku upadkowi. W znacznej liczbie szeregi thurańskich armii zasilali barbarzyńscy najemnicy, by z czasem piastować wysokie funkcje polityczne i militarne, zdarzało się nawet, że przedstawiciele barbarzyńskich ras Piktów, Lemurian czy Atlantydów zasiadali na tronach thurańskich królestw. O ciągłych sporach między królestwami, o ciągnących się latami wojnach pomiędzy Valuzją a Commorią, a wreszcie o atlanckim podboju części Głównego Kontynentu i założenia na zajętych przez nich ziemiach własnego państwa, w późniejszych czasach krążyły głównie opowieści i legendy, w których było tyle prawdy, co kot napłakał. Wiarygodne przekazy historyczne dałoby się policzyć na palcach jednej ręki.

A potem wielki Kataklizm zdmuchnął z powierzchni planety wiele cywilizacji i zabił setki tysięcy ludzi. Atlantydę i Wyspy Lemuryjskie pochłonął ocean, zaś Wyspy Piktyjskie zostały wydźwignięte wysoko ponad poziom wód oceanicznych i stały się górskimi łańcuchami nowego kontynentu. Wielkie obszary Kontynentu Thurańskiego zniknęły w oceanie, zatonęły także znaczne tereny i w głębi lądu – tak powstały wielkie śródlądowe morza i jeziora. Na porządku dziennym były gigantyczne erupcje wulkaniczne, a niszcząca potęga trzęsień ziemi wstrząsnęła fundamentami najświetniejszych królewskich miast. Wyginęły całe narody.

Rasy barbarzyńców miały więcej szczęścia niż ludzie cywilizowani. Co prawda mieszkańcy Wysp Piktyjskich zginęli w oceanie co do jednego, ale wielka piktyjska kolonia założona wśród gór na południowej granicy Valuzji, jako pierwszy bastion w przypadku wrogiego najazdu, pozostała nietknięta. Kataklizm obszedł się również łagodnie z kontynentalnym królestwem Atlantydów, będąc teraz schronieniem dla tysięcy ich rodaków uciekających na statkach z pogrążającego się pod falami kontynentu. Stosunkowo mało zniszczone przez Kataklizm wschodnie wybrzeże Głównego Kontynentu, zamieszkane przez starożytną rasę, stało się nowym domem dla tysięcy Lemurian, a właściwie bardziej piekłem i więzieniem, bo popadli tam w straszną i okrutną niewolę na tysiące lat, o czym do dzisiaj śpiewa się smutne pieśni.

W zachodniej części kontynentu zmieniające się warunki sprzyjały niczym nie skrępowanej ewolucji roślin i zwierząt: gęste i niezmierzone dżungle porosły równiny, wielkie rzeki w swej wędrówce do mórz i oceanów żłobiły opasłe gardziele kanionów, wypiętrzały się nowe łańcuchy górskie, a wielkie jeziora przykrywały falami ruiny starożytnych miast położonych w żyznych dolinach. W tym czasie kontynentalne królestwo Atlantydów doświadczyło masowego najazdu na niespotykaną dotąd skalę tysięcy najdziwniejszych zwierząt i dzikich plemion – małp i małpoludów, uciekających w popłochu z zalewanych terenów. Atlantydzi zostali zmuszeni do desperackiej walki o przetrwanie, ale ostatecznie udało im się zachować niewielkie pozostałości swej zaawansowanej w rozwoju barbarzyńskiej cywilizacji. Ponieważ nie mieli już dostępu do rud metali, musieli na nowo nauczyć się obrabiać kamień, tak jak ich przodkowie. Kiedy już opanowali tę sztukę do perfekcji, doszło do nieuniknionego ich starcia z kwitnącym państwem Piktów, którzy także byli zmuszeni okolicznościami, by powrócić do obróbki i produkcji krzemiennych narzędzi, a trzeba pamiętać również o tym, że w rzemiośle wojennym rozwijali się znacznie szybciej niż Atlantydzi. Byli rasą niezwykle płodną, ale prymitywniejszą, nie zachowały się dla przyszłych pokoleń żadne ich malowidła czy wyroby z kości słoniowej, jak po Atlantydach, ale za to pozostawili po sobie setki przykładów wykonanej z niespotykaną maestrią krzemiennej broni. Tak więc w wyniku wieloletniej wojennej pożogi Piktowie zepchnęli ostateczne Atlantydów w otchłań pierwotnego barbarzyństwa, sami zaś zatrzymali się na wieki w rozwoju cywilizacyjnym.

I taki był efekt wielkiego Kataklizmu, który zmienił oblicze ówczesnego świata. Po pięciu wiekach po barbarzyńskich królestwach pozostały jedynie ruiny, a dwa ostatnie plemiona toczą ze sobą nieprzerwane boje. Piktowie mają znaczną przewagę liczebną i bardziej rozwinięte struktury społeczne, z kolei Atlantydzi stanowią klany połączone dość luźnymi związkami plemiennymi. Taki był ówczesny Zachód.

Tereny na Dalekim Wschodzie zamieszkują Lemurianie, odcięci od reszty świata sięgającymi nieba pasmami górskimi i łańcuchami olbrzymich jezior, ciągle zniewoleni przez pierwotnych mieszkańców tych ziem – starożytną i tajemniczą rasę.

Niewiele natomiast wiadomo o tym, co się działo w owym czasie na głębokim południu. Z całą pewnością wielki Kataklizm oszczędził te tereny, ale dopiero w przyszłości region ten odegra jakąś bardziej znaczącą rolę w dziejach ludzkości.

A potem wielki Kataklizm zdmuchnął z powierzchni planety wiele cywilizacji i zabił setki tysięcy ludzi. Atlantydę i Wyspy Lemuryjskie pochłonął ocean…

Na południowym wschodzie, pośród niskich wzgórz, przetrwały niedobitki jednej z nie valuzyjskich ras Kontynentu Thurańskiego – każą się zwać Zhemri.

Tu i tam na całym świecie zamieszkują liczne plemiona dzikusów bardziej podobnych do małp niż do ludzi. Nie zdają sobie nawet sprawy, że kiedyś istniały wielkie cywilizacje i że pochłonął je wielki Kataklizm. Ale na północy powoli dojrzewa inna pierwotna rasa, by wkroczyć w końcu na ścieżkę cywilizacyjnego rozwoju.

W czasach kataklizmu nieokreślona grupa dzikich, nie bardzo wyprzedzająca w rozwoju neandertalczyka, uciekając przed zagładą udała się na północ. Dotarli do pokrytych wiecznym śniegiem krain, zamieszkanych przez wielkie, białe, mocno owłosione istoty – pewien gatunek wojowniczych małp, które idealnie dostosowały się do miejscowego klimatu. Rozgorzała długotrwała wojna o to dzikie i nieprzyjazne środowisko, skutkiem której małpy zostały wyparte aż za Koło Podbiegunowe na pewną – jak się zdawało przybyszom z Głównego Kontynentu – zagładę. Ale małpoludy nie wyginęły, wręcz przeciwnie: zaadoptowały się do nowych warunków i przetrwały, kładąc podwaliny pod nowe państwo.

Po tym, jak zmagania Piktów z Atlantydami obróciły w niwecz zaczątki nowej cywlizacji, nastąpił kolejny kataklizm, zwany Mniejszym, który bardzo mocno przeobraził dawny kontynent, pozostawiając na miejscu długiego łańcucha olbrzymich jezior jedno, wielkie śródlądowe morze, w wyniku czego Wschód jeszcze bardzej oddzielił się od Zachodu. Ciąg katastrof naturalnych: trzęsienia ziemi, powodzie i wybuchy wulkanów doszczętnie zgładziły ocalałe resztki barbarzyńców, których los, jak się zdaje, i tak był przesądzony z chwilą, gdy rozpoczęli długoletnie wojny.

Szacuje się, że jakieś tysiąc lat po Mniejszym Kataklizmie Zachód porastała gęsta dżungla, przecinana żyłami rwących rzek i pasmami wielkich jezior. Na północnym zachodzie, wśród porośniętych lasami wzgórz, wegetują koczownicze plemiona wielkich małpoludów, nieznające ani ognia, ani narzędzi, ani mowy – jakkolwiek trudno w to uwierzyć, są to potomkowie dumnej rasy Atlantydów, którzy ponownie stoczyli się w otchłań zezwierzęcenia, z której to w takim trudzie i znoju przed wiekami wydźwignęli się ich przodkowie. Z kolei na południowym zachodzie nędzny żywot wiodą rozproszone plemiona dzikusów zamieszkujących jaskinie, władających dość prymitywnym językiem – ciągle zwą się „Piktami” – i trzeba zauważyć, że nazwa ta oznacza teraz pojęcie „człowiek” dla odróżnienia ich od małpopodobnych bestii, z którymi konkurują o przetrwanie. Ale w rzeczywistości tylko to miano łączy piktyjskie plemiona z ich historią. Ani zdegenerowani Piktowie, ani małpokształtni Atlantydzi nie mieli żadnego kontaktu z innymi ludzkimi rasami.

W tym czasie na Dalekim Wschodzie los Lemurian nie był godny pozazdroszczenia. Zepchnięci niemal na skraj zupełnego zezwierzęcenia przez katorżnicze warunki niewoli w końcu wzniecili krwawe powstanie i wyrżnęli swych oprawców do nogi. Od tej pory zamieszkują wśród ruin zniszczonej przez siebie cywilizacji. Ci z ciemiężycieli, którym udało się uciec z rzezi, podążyli na zachód, podbili tajemnicze, dość prymitywne królestwo, przejęli tam władzę i tak rozpoczął się proces ich asymilacji, skutkując głębokimi zmianami w kulturze i obyczajach. To był początek królestwa Stygii. Wiadomo prawie na pewno, że przetrwała niewielka grupka pierwotnych mieszkańców tych ziem, i że byli oni przez najeźdźców darzeni dużym szacunkiem.

Obserwując ówczesny świat widzimy, że tu i ówdzie małe plemiona i szczepy dzikusów wydają się powoli ewoluować w kierunku rozwoju cywilizacyjnego, ale są one jednak nieliczne i niewiele o nich wiadomo.

Zupełnie odmiennie rysuje się sytuacja na Północy, gdzie miejscowe plemiona z dnia na dzień rosną w siłę. Nazywają się Hyboryjczykami lub Hyborianami. Wyznają wiarę w boga Bori – mity i legendy opowiadają, że w zamierzchłej przeszłości był ich wodzem i miał większe poważanie niż sam król, bowiem wyprowadził ich w czasie Wielkiego Kataklizmu z ognia zniszczenia ku ocaleniu.

Cywilizacja Hyboryjczyków rozwijała się bez przeszkód na Północy, skutkiem czego w końcu podjęli niespieszną, ale konsekwentą ekspansję na Południe. W jej toku nie napotykali na inne cywilizacje, tak zatem jedyne konflikty zbrojne prowadzą między sobą. Surowy klimat panujący na Północy przez ponad tysiąc pięćset lat nie pozostał bez wpływu na ich wygląd – teraz to wysocy, jasnowłosi ludzie o ognistym temperamencie, wielkim zacięciu do bitki i wysokiej inteligencji. Mimo że ich kultura stoi dopiero na nienajwyższym poziomie rozwoju, to już cechuje się interesującymi skłonnościami poetyckimi i artystycznymi. Ciągle jeszcze są cywilizacją łowiecką, ale południowe plemiona od kilkuset lat hodują bydło.

Wiemy, że rozwijali się w całkowitej izolacji od reszty świata, ale zdarzył się raz pewien wyjątek. Pewnego razu powrócił z dalekiej wyprawy na Północ mężczyzna, który opowiadał, jakoby widział tam, na smaganych śnieżnymi wichurami i skutymi wiecznym lodem terenach, uznawanych za niezamieszkałe, liczne i silne plemiona wielkich małpoludów, wywodzących się w prostej linii od małp zepchniętych w te rejony wieki temu przez przodków Hyboryjczyków. Mężczyzna nalegał, by natychmiast posłać tam odpowiednio silny oddział zbrojnych, by eksterminować ten lud, bowiem, jak twierdził, małpoludy coraz bardziej zbliżają się w swojej ewolucji do ludzi. Oczywiście, wyśmiano go, ale jego słowa przekonały do czynu niewielką grupkę młodych, żądnych przygód wojowników, którzy wyruszyli za Koło Podbiegunowe. Żaden nie powrócił, a i pamięć o nich szybko się zatarła. Tymczasem hyboryjskie plemiona parły na południe, a wraz ze wzrostem liczby ludności, ruch ten przybierał na sile.

Kolejne stulecie było czasem nieustających migracji, podbojów, wojen i anektowania kolejnych terenów. Przez karty wielkiej księgi dziejów świata przemykają setki, jeśli nie tysiące, plemion i szczepów w ciągłym ruchu, tworząc wiecznie zmieniający się obraz.

Spójrzmy teraz na świat w pięćset lat później.

Ekspansja terytorialna Hyboryjczyków trwała w najlepsze, posunęli się w swych podbojach daleko na południe i na zachód, po drodze niszcząc wiele małych, nieznanych bliżej nawet z nazwy plemion. Naturalną koleją rzeczy, ludzie z pierwszych fal hyboryjskiej migracji mieszali swą krew z podbitymi ludami, wykształcając nowe cechy rasowe. Na nich zaś napierają kolejne fale Hyboryjczyków czystej krwi, spychając przed sobą podbite narody na podobieństwo szczotki niedokładnie wymatającej śmieci. W rezultacie w wielorasowym tyglu, Hyboryjczyków czystej krwi, półkrwi i resztek pokonanych plemion, ewolucja zamieszała, jak w wielkim garze, tworząc nowe plemiona, narody i rasy. I jak do tej pory ekspansywni Hyboryjczycy nie spotkali na swej drodze ras starszych od swojej.

Zerknijmy teraz na południowy wschód. Tutaj potomkowie ludu Zhemri, zmieszawszy swą krew z jakimś bliżej nieznanym plemieniem, starają się wskrzesić, choć w najmniejszym stopniu, swą prastarą kulturę.

Na zachodzie małpokształtni Atlantydzi właśnie rozpoczynają mozolną wspinaczkę po ewolucyjnej drabinie, kończąc tym samym odwieczny cykl rozwoju – dawno już zapomnieli, że kiedyś ich przodkowie byli ludźmi i wznieśli okazałą cywilizację. Wyruszają oto w nową podróż nieobarczeni bagażem sukcesów i porażek swych starożytnych przodków, by na nowo stać się ludźmi.

Na południe od nich Piktowie wciąż tkwią w stanie półdzikim, będąc jakby żartem z praw natury, bo nie rozwijają się, ani nie cofają w rozwoju, tylko trwają w ciągłej stagnacji. Patrząc jeszcze dalej na południe widzimy kwitnące, uznawane za starożytne, królestwo Stygii, którego wschodnie rubieże przemierzają koczownicze, nomadyjskie plemiona, już wtedy znane pod mianem Synów Shemu. Pod nosem Piktów, w żyznej dolinie Zinng, odcięte wyniosłymi szczytami, bezimienne plemię, uznawane za spokrewnione z Shemitami, wytworzyło zaawansowaną kulturę rolniczą.

Hyboryjskiej migracji na wielką skalę sprzyjał jeszcze jeden, bardzo ważny czynnik: jedno z plemion odkryło sekret budowania z kamienia i nie minęło wiele czasu, jak świat ujrzał pierwsze hyboryjskie państwo, mianowicie prymitywne i ze wszech miar barbarzyńskie królestwo Hyperborei, którego początki sięgają niezdarnie wzniesionej z kamienia twierdzy, będącej bastionem w licznych plemiennych wojnach. Twórcy tej budowli szybko porzucili koczowniczy tryb życia i zamienili namioty z końskich skór na toporne, ale solidne domostwa z kamienia. Czując się bezpiecznie szybko stali się militraną potęgą na miarę ówczesnego świata.

Trzeba pamiętać, że w historii świata niewiele było bardziej dramatycznych wydarzeń, niż powstanie tego silnego i wojowniczego państwa, którego mieszkańcy dosłownie z dnia na dzień odrzucili koczowniczy tryb życia na rzecz osiadłego, budując domy z nieociosanych kamieni, otoczone wyniosłymi murami, a dokonała tego rasa wychodząca dopiero z mroków epoki kamienia gładzonego i to przez czysty przypadek poznając elementarne zasady sztuki budowlanej.

Powstanie królestwa Hyperborei było brzemienne w skutki dla wielu innych hyboryjskich plemion, które, albo pokonane w wojnach, albo też odmawiając składania hołdów lennych wobec swych współplemieńców mieszkających w twierdzach, zmuszono do podjęcia długich wędrówek po niemal całym świecie. Na dodatek plemiona zasiedlające północ kontynentu coraz dotkliwiej zaczęły odczuwać, zrazu słabe i rzadkie, a z czasem przybierające na sile, najazdy olbrzymich, jasnowłosych dzikusów, zaawansowanych w rozwoju niewiele bardziej niż małpoludy.

Opowieść o następnym tysiącleciu to historia wzrostu potęgi Hyboryjczyków, których skore do wojaczki plemiona zdominowały cały Zachód. To wtedy powstają pierwsze prymitywne królestwa. Jasnowłosi najeźdźcy napotkali na swej drodze Piktów, pokonali ich i zepchnęli na jałowe ziemie zachodnie. Zamieszkujący północny-zachód potomkowie Atlantydów powoli ewoluują z małp w prymitywne dzikie plemiona i jak na razie nie starli się jeszcze z Hyboryjczykami.

Na Dalekim Wschodzie Lemurianie rozwijają własną, dziwną cywilizację, zaś hyboryjskie plemiona tworzą na południu królestwo Koth, graniczące z krainą pasterzy, zwaną Ziemiami Shemu, którego mieszkańcy powoli zrywają z barbarzyńskimi tradycjami i zwyczajami pod wpływem, z jednej strony kultury hyboryjskiej, a z drugiej – stygijskiej, bardziej wojowniczej, bowiem królestwo Stygii całymi latami nękało pasterskie plemiona ciągłymi najazdami.

Jednocześnie lud jasnowłosych dzikusów z dalekiej północy tak bardzo urósł w siłę, że północne plemiona hyboryjskie zmuszone były ruszyć na południe, spychając przed sobą klany swych współplemieńców. Ostatecznie jedno z północnych plemion podbija starożytne królestwo Hyperborei, ale jego nazwa pod nową władzą nie ulega zmianie.

Równie ciekawe rzeczy mają miejsce w innych częściach ówczesnego świata. Na południowym wschodzie od Hyperborei królestwo Zhemri, pod wpływem różnych czynników, zmienia się w państwo zwane Zamorą. Na południowym zachodzie Piktowie najeżdżają żyzną dolinę Zinng i pokonując bez większego trudu miejscową rolniczną społeczność, osiedlając się pośród nich. W rezultacie powstała mieszana rasa, która z kolei została podbita przez plemię Hyboryjczyków – z tego tygla trzech różnych ras ostatecznie powstanie nowe królestwo – Zingara.

Pięć stuleci później granice królestw są już ściśle wytyczone. W świecie zachodnim prym wiodą Akwilonia, Nemedia, Brythunia, Hyperborea, Koth, Ofir, Argos, Corynthia i Królestwo Pograniczne. Na wschód od niech leży Zamora, a na południowy zachód Zingara – ich mieszkańcy nie są ze sobą w jakikolwiek sposób spokrewnieni, jedyne co ich łączy to ciemna skóra i egzotyczne zwyczaje.

Daleko na południu, jakby w półśnie, trwa Stygia. Co prawda los oszczędził jej wrogich najazdów, ale granice ma już nieco inne, bowiem ludy shemickie zerwały łańcuchy stygijskiej niewoli, dostając się pod uciążliwy protektorat Koth i przepędzając ciemnoskórych ciemiężycieli za dwie wielkie rzeki, zwane Styks i Nilus, bądź Nil. Ta druga bierze początek gdzieś w niepoznanych rejonach południowych, po czym zakręca niemalże pod kątem prostym i wartkim nurtem toczy swe wody prosto na zachód, nawadniając żyzne pastwiska Shemu, by wielką deltą uchodzić do oceanu.

Na północ od Akwilonii, tego najbardziej wysuniętego na zachód hyboryjskiego królestwa, leży Cymmeria, której mieszkańców nikt jeszcze nie zmusił do uległości wobec jakichkolwiek agresorów. Są potomkami Atlantydów i dzięki rozlicznym i bardzo intensywnym kontaktom z kulturą hyboryjską rozwijają się znacznie szybciej niż ich odwieczni wrogowie – Piktowie, którzy osiedlili się w dzikich dżunglach na zachód od Akwilonii.

Upływa kolejne pięćset lat, w trakcie których cywilizacja hyboryjska osiągnęła taki stopień rozwoju, że już sam kontakt z nią powoduje wydźwignięcie się dzikich plemion z mroków barbarzyńsywa, jeśli tylko tego chcą. Najpotężniejszym królestwem jest wtedy Akwilonia, ale ma wielu równie potężnych, co ona, wrogów. Hyboryjczycy stali się rasą mocno skażoną obcą krwią. Tak naprawdę to tylko mieszkańcy Gunderlandii, północnej prowincji Akwilonii, mogą poszczycić się najbliższym pokrewieństwem ze wspólnymi przodkami. Jednak dopływ krwi w żadnym stopniu nie osłabił Hyboryjczyków – stanowią oni dominującą siłę w świecie zachodnim, choć na horyzoncie już pojawia się nowy gracz: nieustające w rozwoju dzikie ludy stepowe.

Na północy złotowłosi i niebieskoocy potomkowie jasnowłosych dzikusów z Arktyki wyparli hyboryjskie plemiona ze śnieżnych krain, jeszcze tylko królestwo Hyperborei w morderczych zmaganiach opiera się napierającej z północy sile. Krajem rodzinnym najeźdźców z północy jest Nordheim. Dzielą się na miedzianowłosych Vanirów z Vanaheimu i blondwłosych Aesirów z Asgardu.

A teraz na kartach wielkiej księgi dziejów znów pojawiają się Lemurianie, ale tym razem już jako Hyrkanie. Całe stulecie nieustannie parli na zachód, by w końcu osiągnąć południowe wybrzeże wielkiego, śródlądowego morza Vilayet i na jego południowym krańcu powołać do życia nowe królestwo – Turan. Pomiędzy owym morzem a wschodnimi granicami miejscowych księstewek rozciągają się dzikie i niebezpieczne stepy, zaś bardzej na północy i na południu niepodzielnie rządzą wielkie pustynie. Mieszkańcy tych ziem, w żyłach których nie płynie hyrkańska krew, są rozrzuconymi na wielkich przestrzeniach ludami pasterskimi. O ich północnym odłamie nie wiemy nic, południowy zaś zdaje się wywodzić z tubylczych Shemitów o niewielkiej domieszce krwi hyboryjskiej, pochodzącej od wędrownych wojowniczych plemion. Wypada jeszcze wspomnieć, że pod koniec tego okresu inne hyrkańskie klany prą na zachód i okrążając północny kraniec morza wchodzą w konflikt z wysuniętymi na wschód placówkami Hyperborejczyków.

Przyszła teraz pora na poznanie ludzi owego okresu.

Dominujący w świecie Hyboryjczycy nie są już wszyscy jasnowłosi i szaroocy, ponieważ zmieszali swą krew z wieloma innymi rasami. Wśród mieszkańców Koth bez trudu wypatrzymy ludzi z silnie zaznaczonymi cechami shemickimi, a w niektórych wypadkach – nawet stygijskimi. Podobnie rzecz się ma w królestwie Argos, gdzie jednak silniej wyeskponowana jest domieszka krwi zingaryjskiej. Brythuńczycy ze wschodu spokrewnili się z ciemnoskórymi Zamorianami, a ludność południowej Akwilonii przemieszała się ze smagłolicymi Zingaryjczykami do tego stopnia, że czarne włosy i brązowe oczy zaczęły dominować w Poitain, tej najbardziej na południe wysuniętej akwilońskiej prowincji. W żyłach mieszkańców starożytnego królestwa Hyperborei, choć najbardziej odizolowanych od różnych wpływów, i tak płynie wiele obcej krwi, co spowodowane jest cudzoziemskimi niewolnicami przywożonymi gromadnie z Hyrkanii, Asgardu, czy też Zamory. W zasadzie nieskażona obcymi domieszkami pozostaje jedynie krew mieszkańców Gunderlandii, a to z tego powodu, że nie ma tam zwyczaju kultywowania handlu i trzymania niewolników.

Za to ludy barbarzyńskie zachowały czystość rasy. Cymmeryjczycy są postawni, silni, czarnowłosi, a oczy mają koloru szarego bądź niebieskiego. Mieszkańcy z Nordheimu to także postawni ludzie, ale skórę mają białą, oczy niebieskie, włosy rude lub złotawe. Piktowie zaś nie zmienili się wcale, trwając w swej ewolucyjnej stagnacji – są krępi, niscy, śniadzi, oczy i włosy zazwyczaj mają czarne. Hyrkańczycy o ciemnej karnacji skóry to lud szczupły, wysoki, choć trzeba przyznać, że coraz częściej zdarzają się tam osobnicy o krępej budowie ciała i skośnych oczach, co jest pokłosiem hyrkańskiego podboju, w czasie marszu na zachód, pewnej wysoce inteligentnej rasy, zasiedlającej górskie tereny na wschód od morza Vilayet.

W większości wypadków Shemici to ludzie średniego wzrostu, ponieważ jednak w ich żyłach płynie niewielka domieszka krwi stygijskiej, zdarzają się wśród nich mężczyźni potężni, masywnie zbudowani, z szerokimi barami, z ciemnymi oczami, haczykowatymi nosami i kruczoczarnymi włosami. Co do Stygijczyków, to są wysokimi ludźmi o śniadej karnacji skóry i proporcjonalnej budowie ciała. Ich twarze cechują się prostymi, aczkolwiek szlachetnymi rysami. Ale to jest portret stygijskiej arystokracji. Niższe warstwy społeczne są zadziwiającą mieszanką wielu ras: stygijskiej, shemickiej, a nawet hyboryjskiej. Na południe od Stygii odnajdziemy imponujące wielkością królestwa czarnoskórych ludów Amazonii, Kush, Atlajan, a także zamieszkane przez różne nacje cesarstwo Zimbabwe.

Pomiędzy Akwilonią a puszczą piktyjską znajduje się Pogranicze Bossońskie. Jego mieszkańcy pochodzą od miejscowego plemienia podbitego i zasymilowanego przez jeden z hyboryjskich szczepów już w pierwszych wiekach wędrówki Hyboryjczyków na południe. Bossończycy nad wyraz skutecznie opierali się jakimkolwiek wpływom ras bardziej cywilizowanych od nich, skutkiem czego zostali w końcu zepchnięci na skraj cywilizowanego świata. Charakteryzują się średnim wzrostem i średnią budową ciała, oczy zwykle mają szare lub brązowe, a utrzymują się głównie z rolnictwa, mieszkając w dużych osadach, otoczonych potężnymi murami. Formalnie należą do poddanych króla Akwilonii. Ich kraj rozciąga się od Cymmerii na północy aż po Zingarę na południowym zachodzie, tym samym stanowiąc solidne przedmurze dla akwilońskiego królestwa w razie zbrojnego najazdu czy to Cymmeryjczyków, czy to Piktów. Bossończycy w boju wyróżniają się nieugiętością, a nauczeni wieloletnim doświadczeniem wojen z barbarzyńcami z północy, jak i zachodu, opanowali do perfekcji wszelkie strategie defensywne, tak że przełamanie ich formacji obronnych jest w praktyce mało możliwie, o ile w ogóle.

Pięć stuleci później cywilizacja hyboryjska zniknęła z powierzchni ziemi, a jej upadek był wydarzeniem szczególnym w dziejach świata, bowiem nie został spowodowany walkami wewnętrznymi, lecz wzrastającą potęgą plemion barbarzyńców i Hyrkańczyków. Rozległe imperium Hyperborejczyków legło w gruzach, będąc u szczytu swego rozwoju cywilizacyjnego, ale pośrednią przyczyną tej katastrofy była też nie znająca miary chciwość i zachłanność kolejnych władców Akwilonii. Nigdy nie mieli dość nowych ziem i kolejnych podbojów, dlatego prowadzili nieustające wojny ze wszystkimi sąsiadami. Zingara, Argos i Ofir zostały po prostu anektowane, a podobny los spotkał zachodnie miasta shemickie, które dopiero co, podobnie jak i miasta wschodnie, zrzuciły niewolnicze jarzmo Koth, któremu samemu nie udało się uniknąć akwilońskiej ekspansji, w rezultacie czego zmuszone było, razem z Koryntią i wschodnimi plemionami shemickimi, do płacenia wielkich danin, jak i udzielania bezwarunkowej pomocy w wojnach prowadzonych przez władców Akwilonii.

Nie ma co ukrywać, że pomiędzy Akwilonią i Hyperboreą istniał odwieczny spór, który w końcu przerodził się w ostry i otwarty konflikt zbrojny. Szerokie równiny Królestwa Pogranicznego stały się sceną krwawej i zajadłej bitwy, w wyniku której pokonane armie Hyperborejczyków musiały uciekać do skutych wiecznym lodem fortec na swym terytorium. Syci odniesionym zwycięstwem Akwilończycy nie byli zainteresowani ściganiem odwiecznego wroga.

Nemedejczycy, którzy przez całe wieki skutecznie opierali się zachodniemu sąsiadowi, postanowili raz na zawsze rozwiązać akwiloński problem. W tym celu powstało przymierze Nemedii, Brythunii i Zamory a także, w tajemnicy, i Koth. Cel był prosty: położyć kres imperialnym zapędom Akwilończyków. Ale nim udało się wcielić w życie militarne scenariusze, z zachodu nadciągnął nowy i niespodziewany wróg. To Hyrkańczycy dokonali pierwszego w historii tak potężnego uderzenia na świat zachodni. Turańska armia zasilona dzikimi plemionami, zasiedlającymi tereny na wschód od Vilayet, niemal z marszu podbiła Zamorę, splądrowała wschodnią Koryntię i na zielonych równinach Brythunii zwarła się z Akwilończykami, doznając sromotnej porażki w nieprawdopodobnie krwawej bitwie. W tej sytuacji zdziesiątkowane hyrkańskie oddziały, nieustająco nękane przez zwycięzców, musiały w popłochu i panice uciekać na wschód.

Najazd ten miał poważne konsekwencje dla zachodniego świata, bowiem zawarty antyakwiloński pakt nie miał dość militarnej siły, by podjąć jakiekolwiek skuteczne działania. Tak więc Nemedia w kolejnych wojnach ograniczała się do obrony swych granic, nie prowadząc żadnych działań zaczepnych, czasem wspomagana nielicznymi oddziałami z Brythunii i Hyperborei oraz, jak zwykle w tajemnicy, z Koth.

Klęska Hyrkańczyków była namacalnym dowodem potęgi militarnej Akwilonii. Szeregi jej armii w dużej liczbie zasilali różnej maści najemnicy, w tym głównie Zingarczycy, a także barbarzyńscy Piktowie i Shemici. To wielonarodowościowe wojsko bez problemów wypędziło z Zamory Hyrkańczyków. Miejscowa ludność, na początku przekonana o końcu okupacji najeźdźców ze wschodu, szybko zrozumiała, że wpadła z deszczu pod rynnę, bowiem akwiloński korpus ekspedycyjny niemalże od razu zamienił się w korpus okupacyjny. Wznoszone w niesłychanym tempie liczne garnizony służyły nie tylko obronie militarnej wyczerpanego królestwa Zamory, ale przede wszystkim całkowitej kontroli wszystkich mieszkańców.

Hyrkańczycy okazali się jednak narodem upartym i bezkompromisowym, bowiem jeszcze trzykrotnie uderzali na zamoriańskie granice, za każdym razem ponosząc klęskę, choć szeregi turańskiej armii stale rosły w siłę dzięki ciągłemu napływowi zakutych w stal wojowników, prących na zachód dookoła południowego krańca morza Vilayet.

Ale to na zachodzie powoli dojrzewała siła, której przeznaczeniem było obalenie władców Akwilonii…

Spoglądając na północ zobaczymy nieustające walki, wojny, podjazdy i awantury. Wzdłuż cymmeryjskiej granicy czarnowłosi barbarzyńcy niemalże stale krzyżowali swe miecze z wojownikami z Nordheimu. W pewnym momencie armia Aesiru, wykorzystując chwilowe zawieszenie broni podczas wojny z Vanirem, niespodziewanie napadła na Hyperboreę i krok po kroku, przesuwając granice własnego państwa, puszczała z dymem miasto za miastem. Cymmeryjczycy nie wtrącali się do tej wojny, mając w głowie własne pomysły na wzrost znaczenia ich królestwa, czyli walczyli z kim popadnie, także z Piktami i Bossończykami, kilka razy zapędzając się nawet na akwilońskie terytorium. Prawda była jednak taka, że owe wypady miały raczej charakter wypraw łupieżczych niż dobrze przygotowanych i planowo przeprowadzonych inwazji w celu aneksji określonych ziem. Po prostu w tym wypadku Cymmeryjczycy chcieli sobie pograbić akwilońskie skarbce, a nie podbijać akwiloński tron.

Tymczasem Piktowie w błyskawicznym tempie zaczęli rosnąć w siłę, czego jednym z powodów był wysoki przyrost naturalny. Nieprzewidywalnym zrządzeniem losu w tej właśnie chwili wkroczyli na ścieżkę ku utworzeniu własnego imperium, a stało się to za sprawą tylko jednego człowieka i to na dodatek dla nich obcego. Tym człowiekiem był Arus, nemedyjski kapłan i nawiedzony reformator. Do dzisiaj nikt nie wie, dlaczego to Piktowie stali się celem jego życiowej misji. Wiarygodne źródła historyczne nie pozostawiają wątpliwości – pewnego dnia Arus ruszył w głąb zachodniej puszczy, niosąc ze sobą kaganek oświaty i szaloną, jak się później okazało, wizję, że dzikich Piktów można ucywilizować, wprowadzając wśród nich wysublimowany kult Mitry. Nie przeraziły go liczne opowieści o tym, co Piktowie zwykli robić z kupcami lub podróżnikami, którzy lekkomyślnie postanawiali zwiedzać ich ziemie. I aż trudno w to uwierzyć, musiał być największym szczęściarzem pod słońcem, bo gdy w końcu natknął się na tych, których szukał, sam, bez broni, zbroi i w podartych sandałach, nie został przez nich na miejscu zaszlachtowany.

Piktowie odnosili wiele korzyści dzięki kontaktom z hyperboryjską cywilizacją, ale, o ironio, zawsze zaciekle się przed nimi bronili. Nauczyli się niezbyt wyszukanej obróbki miedzi i cyny, których niewielkie złoża mieli u siebie, a gdy potrzebowali tych surowców więcej to zdobywali je albo poprzez szybkie wypady łupieżcze do Zingary, albo kupowali, oferując skóry, fiszbiny, kły morsów i tym podobne rzeczy, jakie może posiadać dzikie i niecywilizowane plemię. Nie mieszkali już w jaskiniach i na prymitywnych platformach budowanych na drzewach, lecz wznosili namioty ze skór i szałasy, podpatrzone u Bossończyków. W dalszym ciągu wiedli wędrowny tryb życia, gdyż w ich puszczach roiło się od wszelkiej zwierzyny, a i w rzekach oraz morzu ryb nie brakowało. Niby nauczyli się uprawiać ziemię i mieli szczątkową wiedzę o rolnictwie, to i tak woleli kraść ziarno od swych sąsiadów: Bossończyków i Zingarczyków. Ich struktura społeczna miała charakter klanowy, a charakteryzowała się jedną cechą szczególną: klany z ochotą i wielką determinacją wyrzynały się wzajemnie. Z wierzeniami i tradycjami było podobnie: piktyjscy bogowie uwielbiali zapach świeżej krwi o poranku, a obyczaje mogły u cywilizowanego człowieka wywołać odruch wymiotny, co też na pewno spotkało i Arusa z Nemedii. Piktowie z Hyperborejczykami nie mieli bezpośredniego kontaktu, bowiem barierą nie do pokonania dla smagłolicych barbarzyńców były bossońskie forty, które, co już wcześniej było zaznaczone, stanowiły znakomite przedmurze królestwa Akwilonii. Arus sądził, że Piktowie, jeśli tylko dać im sposobność, mogą się szybko i skutecznie cywilizacyjnie rozwijać, a dalsze wypadki potwierdziły słuszność tego założenia, choć, co trzeba od razu zaznaczyć z całą mocą, niekoniecznie w sposób, jaki miał na myśli.

Arus, jak już wspomniano, musiał być w czepku urodzony, bo na swojej drodze spotkał wodza o nieprzeciętnej, jak na piktyjskiego wojownika, inteligencji. A wódz ten miał na imię Gorm i był człowiekiem pełnym sprzeczności i o tak skomplikowanej osobowości, że nigdy do końca nie uda się go w pełni zrozumieć, tak samo jak ma to miejsce w przypadku Dżyngis-chana, Otomana, Attyli czy któregokolwiek z innych wielkich wodzów, którzy zrodzeni na dzikich stepach pośród nieokrzesanych i prymitywnych pobratymców, mieli jednak naturalny i wrodzony talent do prowadzenia wielkich wojen i budowania legendarnych imperiów.

Gdy tylko Arusa postawiono przed obliczem Gorma, kapłan w łamanym narzeczu bossońskim wyjaśnił wodzowi cel swojej misji, a ten, choć w całym swoim życiu nie był tak zdziwiony, zamiast postąpić zgodnie z piktyjskimi obyczajami i kazać przybłędę zgładzić w jakiś spektakularny sposób, pozwolił mu się osiedlić w swoim plemieniu. A jak niesłychanie rewolucyjna to była decyzja, niech świadczy to, że zdarzyła się po raz pierwszy w długiej historii szczepu. W pierwszej kolejności Arus nauczył się języka piktyjskiego, a potem począł cywilizować swych nowych braci zaczynając od przekonania ich, że pielęgnowanie przynajmniej niektórych obyczajów, takich jak składanie ofiar z ludzi, ciągłe krwawe wojny plemienne czy radosne palenie żywcem pojmanych jeńców, jest błędem, barbarzyństwem i nie przystoi ludowi marzącemu o potędze. Gorm wykazywał się iście boską cierpliwością wysłuchując częstych i nieznośnie długich tyrad kapłana, ale trzeba przyznać, że słuchaczem był uważnym, choć wiecznie milczącym. By lepiej zrozumieć doniosłość tych wydarzeń, wystarczy wyobrazić sobie taką oto scenę: postawny i czarnowłosy wódz Piktów, odziany w tygrysią skórę i naszyjnik z ludzkich zębów dumnie zdobiący muskularną pierś, siedzi w kucki na brudnym klepisku prymitywnie skleconego szałasu i w najwyższym skupieniu słucha elokwentnych, jak na tamte czasy, peror Arusa, odzianego w jedwabne szaty nemedyjskich kapłanów i siedzącego na nieudolnie rzeźbionym, wyściełanym skórą jakiegoś drapieżnika mahoniowym ekwiwalencie tronu, naprędce skleconym na jego cześć. Żywo gestykulując szczupłymi i białymi dłońmi opowiada o odwiecznych prawach i sądach podarowanych ludziom przez samego Mitrę. Nie ma wątpliwości, że z przyganą w głosie wskazywał z odrazą na długie, zdobiące ściany szałasu rzędy czaszek i przekonywał Gorma, że oświecenia można dostąpić przebaczając występki wrogom, a nie kolekcjonując i eksponując ich szczątki. Arus był szczytowym osiągnięciem rasy o wrodzonych talentach artystycznych, osiągającej apogeum cywilizacyjnego rozkwitu na drodze wielowiekowego rozwoju. Gorm natomiast był człowiekiem zgoła lekko odmiennym, on mianowicie stanowił ukoronowanie trwającego bez mała sto tysięcy lat czystego i nieskażonego cywilizacją dzikiego oraz pierwotnego barbarzyństwa: kroki stawiał ciche jak skradający się tygrys, uścisk jego dłoni o czarnych paznokciach miał w sobie delikatność uścisku goryla, a w jego oczach płonął ten sam ogień zimnej bezwzględności, który widzą rozszarpywane ofiary w ślepiach rozwścieczonego lamparta.

Oczywiście Arus, choć kapłan Mitry, nie do końca był idiotą i wiedział, że tak naprawdę Piktom do wyobraźni, przynajmniej na początku, może przemówić tylko korzyść materialna, czyli, mówiąc krótko: skarby, splendor, sława, a za przykład niesłychanych łask Mitry wskazywał pozycję i rolę, jaką w ówczesnym świecie zajmowały hyperboryjskie mocarstwa, osiągając to wszystko przez wprowadzanie w czyn nauki wszechmocnego boga. W kółko opowiadał o wielkich miastach, żyznych równinach, marmurowych ścianach, żelaznych rydwanach, o majestatycznych i wysadzanych oceanem drogich kamieni kopułach świątyń, a także o zakutych w najlepszą stal rycerzach, każdego dnia szykujących się do walki. A Gorm, jak to barbarzyńca z dziada pradziada, puszczał mimo uszu tę gadaninę o bogach i, przynajmniej w jego oczach, smętnych oraz niedorzecznych naukach, skupiając całą uwagę na opisach wszelakich dóbr doczesnych, których nie szczędził mu Arus, wspinając się na wyżyny sztuki retorskiej. I to właśnie w tym szałasie ze śmierdzącym klepiskiem, gdzie smagłolicy wódz odziany w tygrysią skórę wysłuchiwał opowieści odzianego w jedwabne szaty kapłana, siedzącego na groteskowym mahoniowym tronie, początek miało jedno z największych imperiów w dziejach świata.

Wiemy już, że Arus nie był idiotą, a co więcej, miał wiele cech człowieka praktycznego. Spędzając kolejne dni pomiędzy Piktami odkrył, że inteligentny człowiek może wiele uczynić dla dobra ludzkości, nawet jeśli jej przedstawicielami jest zgraja dzikusów odziana w tygrysie skóry i przyozdobiona naszyjnikami z ludzkich zębów. Jak wielu innych kapłanów Mitry i jego nauczono wielu rzeczy przydatnych w misyjnej pracy. Błyskawicznie zorientował się, że niejedno wzgórze na piktyjskim terytorium skrywa bogate i łatwo dostępne złoża rud żelaza. Nauczył więc dzikusów wydobywania i obróbki minerałów, by potem wytapiać z nich metal i wykuwać dowolne narzędzia – w swej naiwności sądził, że głównie rolnicze. Był autorem i wielu innych rewolucyjnych zmian, ale jego najważniejszym osiągnieciem było rozpalanie w głowie Gorma żądzy zobaczenia reszty cywilizowanego świata, nauczenie Piktów obróbki żelaza i nawiązanie pierwszych, pokojowych relacji między piktyjskimi barbarzyńcami a światem zewnętrznym. Na usilne prośby wodza Arus przeprowadził jego i kilku wojowników przez Pograniczne Bossońskie do cywilizowanego świata, gdzie tym prawdziwym barbarzyńskim odludkom aż dech zapierało na widok całego bogactwa i splendoru.

Arus bez wątpienia myślał, że w każdej piktyjskiej osadzie, którą nawiedził, wszyscy nawracali się w okamgnieniu, bowiem zawsze mieszkańcy cierpliwie go wysłuchiwali i żadnemu z nich nie zaświtała w głowie światła myśl, by zarąbać go miedzianym toporkiem. Ale nie brali sobie do serca światłych przykazań Mitry, nakazującym im przebaczanie wrogom i porzucenie wojennej ścieżki na rzecz pokojowej koegzystencji z sąsiadami, o co trudno mieć do nich pretensje, bowiem Piktowie nie przejawiali duchowości artystycznej, tylko barbarzyńską, nastawioną na prowadzenie nieustannych wojen i ciągłe zabijanie. Kiedy Arus wygłaszał tyrady o wspaniałości i osiągnięciach cywilizowanych narodów, smagłolicy słuchacze chłonęli każde jego słowo, ale nie o kulcie Mitry i prawdach wiary objawionej, tylko o bajecznych łupach, które nieświadomie w swych opowieściach przedstawiał kapłan. Kiedy opisywał, jak Mitra dopomógł niektórym władcom pokonać ich wrogów, Piktowie puszczali mimo uszu fragmenty o cudach dokonanych przez boga, ale za to świeciły im się z pożądania oczy na myśl o formacjach bojowych, konnych rycerzach, manewrach pikinierów czy zawodach łuczniczych. Zawsze Arusa wysłuchiwali w najwyższym, niemal nabożnym skupieniu, zwłaszcza gdy prawił o obróbce żelaza i podobnych rzemiosłach. Twarze mieli nieprzeniknione, wzrok skupiony, a kiedy kończył swą kolejną opowieść, grzecznie i bez słowa rozchodzili się do swych szałasów i namiotów.

Przed jego przybyciem stalowe zbroje i oręż najczęściej podkradali Bossończykom i Zingaryjczykom, z rzadka wyklepując własną, niemiłosiernie prymitywną broń z miedzi lub brązu, ale teraz stanął przed nimi otworem nowy wspaniały świat, a dźwięki kowalskich młotów niosły się po całym kraju. Dzięki poznaniu tajników tej sztuki Gorm powoli, ale systematycznie, zaczął zdobywać dominującą pozycję nad coraz to kolejnymi klanami. Jego asem w rękawie była nowa broń, choć trzeba przyznać, że niejednokrotnie w podbojach wykazywał się nadzwyczajnym sprytem, a także odkrył możliwości dyplomacji. W tej ostatniej dziedzinie osiągnął prawdziwe mistrzostwo, prześcigając w niej w późniejszych latach wszystkich razem wziętych barbarzyńskich wodzów.

Za sprawą wpływów Arusa i dzięki dyplomatycznej ofensywie Piktowie mogli swobodnie podróżować po Akwilonii, podpatrując i ucząc się na potęgę, po czym powracali do piktyjskich wiosek bogatsi o nową wiedzę w kuciu zbroi, pancerzy i hartowaniu mieczy. Jakby tego było mało, zaczęli zaciągać się do akwilońskich najemniczych szwadronów, doprowadzając do wściekłości hardych Bossończyków. Królowie Akwilonii byli w niebowzięci, bo już oczami wyobraźni widzieli, jak ich najemne piktyjskie armie maszerują na Cymmerię, a dzięki temu sprytni władcy pozbyliby się dwóch zagrożeń za jednym zamachem na swojej zachodniej granicy. Faktem jest, że byli jednak zbyt zajęci kolejnymi krwawymi kampaniami na południu i wschodzie, by zawracać sobie głowę krainami zachodnimi, z których w coraz większej liczbie napływali piktyjscy wojownicy do ich zaciężnych szwadronów. A owi wojownicy po wygaśnięciu kontraktów powracali w rodzinne strony znając już tajniki i fortele armii, w których służyli oraz mając w tej specyficznej barbarzyńskiej pogardzie cały cywilizowany świat, bo wiele razy byli świadkami jego deprawacji, obłudy, chciwości, a nie raz i bezdennej głupoty.

W końcu nadszedł ten dzień, gdy bębny na wzgórzach zaintonowały wojenną pieśń, gdy na wzniesieniach rozpalono wielkie ogniska zwołujące wojowników, a piktyjscy płatnerze wykuwali zbroje i miecze na tysiącach kowadeł. Dzięki podbojom, intrygom i pułapkom tak licznym, że nie sposób ich tu wymienić i omówić, Gorm dokonał niemożliwego – został wodzem wszystkim wodzów, dzierżąc twardą ręką pełnię władzy, co w praktyce oznaczało jedno: Piktowie po raz pierwszy od tysiącleci mieli własnego króla. Długo czekał na ten moment, był już bowiem w wieku, jak na owe czasy, dość zaawansowanym, więc nie marnując czasu ruszył na bossońską granicę, ale tym razem nie po to, by handlować, ale po to, by zdobywać świat i budować imperium.

Arus dopiero teraz dostrzegł swą pomyłkę i zrozumiał, że nie wejrzał należycie w duszę barbarzyńcy, która pozostawała głucha na jego nauki, a w której mocnym płomieniem paliła się odwieczna żądza krwi. Jego elokwentne gadki, tyrady i przemowy nawet nie drasnęły piktyjskiej mentalności, sprowadzającej wszystkie dylematy świata do prostego mechanizmu: giń lub zabij. Gorm nie nosił już tygrysiej skóry. Porzucił ją na rzecz misternie wykutej, posrebrzanej kolczugi. Była to jednak zmiana pozorna, bo w głębi duszy Pikt będzie zawsze Piktem – wiecznym, dzikim barbarzyńcą, gardzącym filozofią czy teologią, nastawionym na grabież i rozbój.

Piktyjska nawałnica przelała się przez bossońską granicę, znacząc przebytą drogę ogniem i mieczem, a trzeba pamiętać, że nie była to już horda półnagich dzikusów w tygrysich skórach, pobrzękująca naszyjnikami z ludzkich zębów i wywijająca miedzanymi toporkami. Piktowie nosili mocne kolczugi, a broń mieli wykutą z najlepszej stali.

Jeśli zaś chodzi o Arusa, to w końcu poczuł na własnej skórze barbarzyńską dzikość, gdy jakiś kompletnie pijany Pikt rozłupał mu czaszkę, kiedy kapłan zmierzał do Gorma, by podjąć ostatnią próbę powstrzymania piekła wojny, do którego powstania sam się przyczynił. Król nie okazał się być zimnym niewdzięcznikiem – nakazał głowę zabójcy zatknąć na szczycie kurhanu, będącego miejscem wiecznego spoczynku kapłana. I jak tu nie mówić o szyderczym chichocie historii, skoro kamienie przykrywające doczesne szczątki Arusa zostały przyozdobione na typowo barbarzyńską modłę, a przecież pochowany pod ich stertą człowiek naprawdę gardził prawem ślepej zemsty i bezmyślnym rozlewem krwi…

Tymczasem piktyjska kampania mocno straciła na impecie, bowiem nowa broń i zbroje nie wystarczyły, by przełamać bossońską obronę. Granica płonęła całymi latami, a lepiej wyszkoleni, uzbrojeni i zdesperowani Bossończycy trzymali w szachu dzikie hordy. Od czasu do czasu dzielnych obrońców pograniczna wspierały doborowe akwilońskie oddziały. W tle prowadzonych działań wojennych na zachodzie ponownie dali o sobie znać Hyrkańczycy, ale zdobyli się tylko na niewielki rajd na przygraniczne terytoria i powrócili do siebie. Niedługo potem Akwilończycy złamali ostetcznie opór Zamory i przyłączyli to królestwo do imperium.

I gdy wydawało się, że Piktowie nigdy nie zdołają pokonać bossońskiego muru, w wojnie nastąpił niespodziewany przełom spowodowany zdradą z najmniej oczekiwanej strony. Nim jednak opowiemy o tym coś więcej, przyjrzyjmy się wpierw akwilońskiemu imperium.

Od niepamiętnych czasów było to królestwo opływające w bogactwa, ale z chwilą coraz to nowych podbojów stało się krainą wręcz pławiącą się w luksusie i zbytku. Miejsce zgrzebnego i prostego stylu życia zajął ostentacyjny przepych, choć trzeba przyznać, że daleko było Akwilończykom do degeneracji i upadku. Co prawda, kto mógł i było go na to stać, najchętniej nosił jedwabie i bogato wyszywane złotem aksamity, ale ciągle była to rasa żywotna i mężna. Niestety arogancja podszyta pychą zaczęła skutecznie wypierać ich dawną prostolinijność, a słabsze narody traktowali z wyniosłą pogardą, zrzucając na barki podbitych ludów coraz to większe podatki i daniny. Argos, Zingarę, Ofir, Zamorę i państwa shemickie uznawali właściwie za w pełni podporządkowane prowincje, co szczególnie drażniło dumnych Zingarczyków, którzy regularnie, i to mimo bezwzględnych represji, wzniecali bunty i rewolty. W niewiele lepszej sytuacji było Koth, bowiem pozostając pod „protekcją” Akwilonii na wypadek kolejnego hyrkańskiego najazdu, w praktyce stało się jej lennikiem. Jednym z nielicznych królestw, które stawiało bardzo skuteczny opór akwilońskiej żądzy dominacji była Nemedia, choć ograniczała się wyłącznie do obrony własnych granic i to głównie dzięki bitnej, dobrze wyszkolonej hyperborejskiej armii.

W tym okresie akwilońskie imperium doznało trzech porażek. O pierwszej wspomnieliśmy przed chwilą, drugą była klęska oddziałów ekspedycyjnych wysłanych do Cymmerii, a trzecią rozbicie w pył armii Akwilonii w wojnie z Aesirami. Tak, jak Hyrkańczycy nie potrafili poradzić sobie z szarżami ciężkiej jazdy akwilońskiej, tak te same doborowe oddziały imperialne w skutych wiecznym lodem i smaganych ciągłymi śnieżnymi zawieruchami krainach nordyckich były bezradne w ciągłych i krwawych walkach wręcz.

Z kolei na południu Akwilończykom wiodło się znacznie lepiej, bowiem wysłana armia dotarła aż do brzegów rzeki Nil, gdzie po zażartej i krwawej bitwie niemalże w pień wycięła stygijskie oddziały, a zdesperowany król Stygii, by zażegnać niebezpieczeństwo inwazji na swoje królestwo, złożył hołd lenny i wypłacił bajeczną wręcz daninę.

Po kilku krótkich, ale skutecznych wypadach militarnych Brythunia w końcu padła i Akwilończycy mogli już teraz ostatecznie rozwiązać dręczący ich problem – nieposkromioną Nemedię. Zabrali się do rzeczy ze znawstwem i determinacją, wzmacniając swą zakutą w lśniącą stal ciężką jazdę licznymi bossońskimi oddziałam zaciężnymi. Tak przygotowani ruszyli na wschód i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że dni wolności ostatniego niepodległego państwa na Zachodzie są już praktycznie policzone. I wtedy z potężną siłą wybuchła fala niesnasek w szeregach akwilońskiej armii. A sprawa wyglądała tak.

Rozochoceni dominującą pozycją na Zachodzie, niesieni sukcesami imperialnej ekspansji Akwilończycy stali się nietolerancyjni i pyszni. Z nieukrywaną przyjemnością poniżali i szydzili z prostackich i prymitywnych, przynajmniej w ich mniemaniu, Bossończyków, a to zaowocowało coraz częstszymi napięciami we wzajemnych stosunkach. Przy każdej nadarzającej się okazji poniżali jak tylko mogli Bossończyków, a ci zaś nie zamierzali chować głowy w piasek i odpłacali pięknym za nadobne. A gdy Akwilończycy obwołali się ich panami, żądając od najemnych bossońskich oddziałów ślepego posłuszeństwa, miarka się przebrała. Jakby tego było mało, trzeba pamiętać, że imperium nałożyło na mieszkańców Pograniczna Bossońskiego drakońskie podatki i siłą zaczęło wcielać w szeregi imperialnej armii całe rzesze młodych ludzi, by zaspokoić wieczny głód świeżej krwi do prowadzenia rozlicznych wojen ku wiecznej chwale Akwilonii, chwale, z której Bossończycy nic nie mieli. Na skutki takiej polityki nie trzeba było długo czekać. Pogranicze praktycznie było bezbronne, ledwie Bossończykom starczało oddziałów do strzeżenia własnych granic. Dlatego też, kiedy gruchnęła wieść o Piktach swobodnie wyrzynających bossońskie wsie i miasteczka, wszystkie najemne oddziały wycofały się z kampanii nemedyjskiej i z szybkością godną podziwu pośpieszyły do ojczyzny. Zdążyły w ostatniej chwili, by stoczyć wielką bitwę z Piktami, wygrać ją, a tym samym odepchnąć smagłolicych agresorów z powrotem do puszczy.

Dezercja ta okazała się brzemienna w skutki. Osłabiona akwilońska armia została rozbita przez zdesperowanych Nemedyjczyków, a to z kolei ściągnęło na Bossonię straszliwą zemstę pokonanych i upokorzonych Akwilończyków, zaślepionych i nietolerancyjnych swą pychą, co wcale nie jest takim rzadkim zjawiskiem w zauroczonych swą potęgą imperiach. W wielkiej tajemnicy podciągnięto do granicy z Bossonią liczne akwilońskie szwadrony, jednocześnie zapraszając bossońskich wodzów na uroczyste zgromadzenie. W tym samym czasie, tłumacząc się koniecznością przeprowadzenia kampanii przeciwko Piktom, sprowadzono shemickie hordy, które rozlokowano w bossońskich wsiach i miasteczkach. Jak się już można domyślać, wielkie zgromadzenie nie było niczym innym, jak tylko perfidną, ale skuteczną pułapką. Pojmanych wodzów od razu ścięto, a bandy Shemitów sprawiły bezbronnej ludności cywilnej krwawą łaźnię, niszcząc i paląc każdą osadę, wioskę czy miasteczko do gołej ziemi. W tym samym czasie pancerne hufce akwilońskiej jazdy uderzyły na zaskoczone i nieliczne bossońskie oddziały z łatwym do przewidzenia skutkiem. Cały kraj spłynął krwią tysięcy pomordowanych ludzi. Gdy imperialna armia wracała do swego kraju, zostawiła za sobą tylko trupy i zgliszcza.

I właśnie wtedy Piktowie zaatakowali ponownie z potworną siłą wzdłuż całej granicy. Nie była to zwykła wyprawa łupieżca, ale świetnie zaplanowana i przygotowana kampania, w której udział wzięły wszystkie niemal piktyjskie oddziały dowodzone przez wodzów wyszkolonych w czasie służby w akwilońskiej armii. O wszystkim decydował Gorm, to on był bowiem autorem planu ataku i choć już mocno posunął się w latach, jego wybujałe ambicje wcale się nie zmniejszyły. W przeciwieństwie jednak do lat poprzednich, tym razem na drodze Piktów nie stanęły świetnie bronione i dobrze ufortyfikowane osady, wioski i miasteczka, w których bossońscy łucznicy stawialiby zaciekły opór najeźdźcy do czasu kontruderzenia akwilońskich szwadronów. Niedobitki Bossończyków wyrżnięto niemal z marszu i żądni krwi barbarzyńcy, paląc i łupiąc, przekroczyli granice Akwilonii. Dowództwo imperialnej armii za późno zrozumiało, że nie zdąży na czas ściągnąć na zachód oddziałów znowu walczących z Nemedyjczykami.

Zingara od razu skorzystała z nadarzającej się sposobności do zrzucenia lenniczego jarzma, a za jej przykładem poszły Koryntia i Shemici. Całe najemnicze oddziały, jeszcze niedawno oficjalni poddani Akwilonii, buntowali się, dezerterowali i wracali do swych królestw, uprzyjemniając sobie drogę powrotną regularnym rabunkiem, plądrowaniem i mordowaniem każdego, kto im się nawinął pod miecz. Imperium spłynęło krwią.

Piktowie uparcie parli na wschód, miażdżąc i masakrując każdy akwiloński regiment, który stanął im na drodze. Imperialni stratedzy z przerażeniem odkryli, że bez osłony bossońskich łuczników ciężka jazda jest bezbronna, a chmury piktyjskich strzał niosą ze sobą deszcz śmierci. W popłochu i panice z każdego zakątka państwa ściągano pospiesznie coraz to nowe szwadrony, pułki, regimenty, legiony, bataliony, słowem każdego, kto był w stanie tylko udźwignąć miecz, ale tymczasem szeregi najeźdźców zamiast topnieć, z każdym dniem wydawały się powiększać, jakby Piktyjska Puszcza co rano rodziła następne dzikie i krwiożercze hordy. A jakby tego było mało, w sam środek tego chaosu wparowali ze swych wzgórz wściekli Cymmeryjczycy, wieńcząc dzieło zniszczenia wielkiego imperium. Obrócili w perzynę niezliczone miasta, wytłukli mieszkańców, zabrali ogromne skarby i wrócili do siebie. Piktowie zaś przejęli splądrowane przez nich ziemie.

Taki był koniec wielkiego i świetnego imperium, które przeszło do historii utopione we krwi własnych mieszkańców, splądrowane, spalone i upokorzone.

Świat teraz był inny, co też szybko wykorzystali Hyrkańczycy, którzy wielką armią nadciągnęli z błękitnego wschodu, zachęceni nagłym wycofaniem imperialnych oddziałów z Zamory. Podbicie niedawnego wasala Akwilończyków było formalnością, toteż niedługo potem największe miasto Zamory zostało oficjalnie mianowane nową stolicą państwa Hyrkańczyków.

Warto teraz przyjrzeć się nieco bliżej przebiegowi wspomnianego najazdu.

Inwazja wyszła z Turanu, starożytnego hyrkańskiego królestwa leżącego nad brzegami morza Vilayet. Jednocześnie z północy nadciągnęła druga, o wiele potężniejsza hyrkańska armia. Zakute w stal oddziały ciężkiej jazdy w błyskotliwym manewrze okrążyły północny kraniec morza śródlądowego, przemaszerowały przez skute wiecznym lodem pustynie, wkroczyły na rozległe stepy i pędząc przed sobą uciekającą miejscową ludność zaatakowały zachodnie królestwa. Nie od razu najeźdźcy z północy sprzymierzyli się z Turańczykami, staczając z nimi kilka krwawych bitew i odnosząc wiele znaczących sukcesów, podobnie jak w walkach z Hyperborejczykami. Nastały czasy, kiedy każdy walczył z każdym. Ostatecznie kres temu szaleństwu położył wielki król, który przybył ze swoją armią z odległych wybrzeży Oceanu Wschodniego, jednocząc walczące strony pod swoim przywództwem.

Gdy akwilońska armia przestała istnieć, Hyrkańczycy nie napotykali w swoich podbojach właściwie żadnego skutecznego oporu. Bez większych problemów zdemolowali i podporządkowali sobie Brythunię, obrócili w perzynę południowe tereny Hyperborei i Koryntię. Posiłkując się zastępami czarnowłosych barbarzyńców, pewni siebie i przekonani o własnej potędze, zaatakowali cymmeryjskie wzgórza. Popełnili jednak kardynalny błąd. Z dala od równin nie mieli jak wykorzystać swej ciężkiej konnicy, która w pełnym galopie zwykła przełamywać linie wroga, niczym wezbrana fala przełamuje skleconą z kilku desek tamę na rzece. Cymmeryjczycy rozumieli to doskonale i bezwzględnie wykorzystali. Tylko niemal paniczny i bezładny odwrót ocalił resztki hyrkańskich oddziałów od totalnej zagłady, gdy po całodniowej morderczej bitwie cymmeryjskie hordy były bliskie absolutnego zwycięstwa.

Tymczasem Shemici dokonali krwawej zemsty, podbijając ziemie swego niedawnego ciemiężyciela – królestwo Koth. Ale, gdy zaatakowali Stygię, zostali pokonani. Nie dane im było jednak długo cieszyć się zdobyczami terytorialnymi, bowiem nadciągnęły hyrkańskie armie i znów ludy shemickie dostały się pod obce panowanie. Panowanie, co trzeba koniecznie dodać, bardziej bezwzględne i brutalne od hyboryjskiego.

A Piktowie? Umacniali swą władzę na terenach dawnej Akwilonii, wyrzynając właściwie wszystkich jej mieszkańców, po czym zaatakowali Zingarę. Zingarczycy tysiącami uciekali w panice do Argos, oddając się pod panowanie sunących na zachód Hyrkańczyków. Nowi panowie osiedlili uchodźców w Zamorze.

Po ucieczce Zingarczyków Argos spłonęło w piktyjskim ogniu, a rzeziom i masakrze nie było końca, tak przecież postępowali Piktowie. Następnie nienasycona horda ruszyła na Ofir i na ziemiach tego królestwa doszło do pierwszych bitew z Hyrkańczykami. Ci ostatni po podboju Shemu rozgromili stygijską armię nad Nilem i opanowali rozległe terytoria aż po królestwo Amazon, skąd zaczęli tysiącami ściągać czarnych niewolników, osiedlając ich wśród Shemitów. Niewykluczone, że Hyrkańczycy ostatecznie zakończyliby swe podboje na Stygii, wcielając ją do swego imperium, ale musieli stawić czoła dzikim piktyjskim hordom na zachodzie.

W tragicznej sytuacji była Nemedia, która choć niepodbita przez Hyrkańczyków, musiała desperacko walczyć na dwóch frontach, ścierając się co chwila a to z jeźdźcami ze wschodu, a to dzikusami z zachodu. Wtedy niespodziewanie nadeszła pomoc z najmniej oczekiwanej strony, mianowicie jedno z plemion Aesirów prosto ze swej śnieżnej ojczyzny przekroczyło granice Nemedii i zgodziło się wstąpić do zaciężnych oddziałów. Już wkrótce udowodnili, że są tak doskonałymi wojownikami, że nie tylko powstrzymali hyrkańską ofensywę i odrzucili najeźdźców od granic Nemedii, ale także, co wcześniej wydawało się niemożliwe, powstrzymali Piktów nacierających z zachodu.

Spójrzmy teraz na sytuację geopolityczną ówczesnego świata.

Rozległe imperium Piktów, dzikie, prymitywne i barbarzyńskie, rozciąga się od wybrzeży Vanaheimu na północy aż po najdalej wysunięte na południe prowincje Zingary, na wschodzie obejmuje całą Akwilonię, za wyjątkiem najbardziej wysuniętej na północ prowincji – Gunderlandii, która jako mało znaczące dla akwilońskich panów górskie królestwo, przetrwała zagładę imperium i zachowała niepodległość. W skład imperium Piktów wchodzą także: Argos, Ofir, zachodnia część Koth i wysunięte na zachód prowincje Shemu. Imperium Hyrkańczyków nie jest wcale mniejsze. Jego północne granice wyznaczają górskie łańcuchy Hyperborei, a południowe wielkie pustynie leżące na południe od Shemu. Hyrkańczycy w pełni kontrolują Zamorę, Brythunię, Królestwo Pograniczne, Koryntię, znaczną część Koth, a także wszystkie wschodnie prowincje Shemu. Granice Cymmerii pozostały niezmienione, bowiem ani dzicy Piktowie, ani brutalni Hyrkańczycy nie potrafią podporządkować sobie tych bitnych barbarzyńców. Podobnie Nemedia skutecznie odpiera wszelkie przejawy agresji ze strony swych wielkich sąsiadów, a to za sprawą znakomitej zaciężnej aesirskiej armii.

Na północy Nordheim, Cymmeria i Nemedia rozdzielają walczące ze sobą rasy, a południowe terytorium Koth stało się nieustającym polem bitewnym dla piktyjskich i hyrkańskich armii. Czasem udaje się armiom ze wschodu wyprzeć zachodnich barbarzyńców z królestwa, ale oni i tak zawsze powracają – jeszcze silniejsi, bardziej bezwzględni i żądni krwi.

Na dalekim południu Stygia, osłabiona hyrkańską nawałnicą, zostaje napadnięta przez mało poznane królestwa czarnoskórych wojowników, a na północy nordyckie plemiona bez wytchnienia toczą boje z Cymmeryjczykami, od czasu do czasu robiąc sobie przerwę na niepokojenie hyperborejskich granic.

W tym czasie Gorm, wielki wódz Piktów, zginął zabity przez Hailmara, wodza nemedyjskich Aesirów. Starzec miał prawie setkę na karku, a od chwili, gdy po raz pierwszy usłyszał z ust Arusa opowieści o bogactwie Akwiloni minęło lat siedemdziesiąt pięć – w życiu pojedynczego człowieka to prawie cała epoka, ale dla historii całego narodu to tylko krótki epizod. Gorm jednak w ciągu swego życia dokonał wielkiej rzeczy: zbudował imperium, zaczynając jako wódz niewielkiego plemienia, a skończywszy na przewodzeniu całej rasie. Ten bezwzględny, prymitywny dzikus, na progu wielkości siedzący w nędznym szałasie ze śmierdzącym klepiskiem w otoczeniu rzędu zbielałych na słońcu czaszek swoich wrogów, pod koniec życia siadywał na złotych tronach, zajadając się wołowymi udźcami serwowanymi na złotych półmiskach przez nagie córki potężnych kiedyś królów. Podboje i zdobyczne skarby nie odmieniły mentalności Piktów, a z ruin zniszczonych cywilizacji nie powstała, niczym feniks z popiołów, żadna nowa kultura. Smagłe ręce, które zniszczyły wspaniały dorobek kulturalny podbitych narodów, nigdy nie próbowały go skopiować. Chociaż dzikie hordy zamieszkały w ociekających od przepychu pozostałościach po majestatycznych pałacach, a nawet zaczęły przyodziewać jedwabne i wyszywane złotem szaty, w głębi duszy Pikt pozostawał Piktem, czyli wiecznym barbarzyńcą, dzikim, prymitywnym, zainteresowanym zaspokajaniem najbardziej prymitywnych potrzeb życiowych, prowadzonym przez przeznaczenie na krótkiej smyczy nieomylnego instynktu, podpowiadającego, że mord i rabunek wystarczą do pełni szczęścia. Dlatego też Piktowie, mimo że zbudowali wielkie imperium, nie ulegli żadnym znaczącym zmianom, byli, jak zawsze, absolutnie głusi na sztukę czy rozwój kultury.

Odmiennie natomiast rzecz się miała z osiadłymi w Nemedii Aesirami. Ci błyskawicznie się zasymilowali, przyswajając sobie wiele zwyczajów od swych sojuszników, adoptując je jednocześnie na potrzeby własnej kultury.

Siedząc okrakiem na ruinach podbitego przez siebie świata przez pewien czas Hyrkańczycy i Piktowie obszczekiwali się wzajemnie, jak dwa wioskowe kundle w stojących naprzeciw budach. I wtedy rozpoczęła się epoka lodowcowa, czas wielkiej migracji ludów nordyckich.

Sunące na południe lodowce zmusiły północne plemiona do opuszczenia swych mateczników, a co za tym idzie, spychały one przed sobą spokrewnione z nimi klany. Aesirowie wymazali z map świata prastare królestwo Hyperborei i stąpając na gruzach pokonanego państwa ruszyli na spotkanie hyrkańskich armii. Nemedia od dawna już praktycznie była królestwem nordyckim, rządzona przez potomków aesirskich najemników. Świat czekały wielkie zmiany. Nawet Cymmeryjczycy musieli opuścić swoje górskie siedlisko, spychani przez kolejne fale nordyckiej inwazji. Każda armia, która stanęła im na drodze, została pokonana, każde miasto, które nie chciało się im podporządkować, niszczono do gołej ziemi. Przetoczyli się przez Gunderlandię, niszcząc ją przy tym kompletnie, po czym przemaszerowali przez Akwilonię, wyrzynając stojące im na drodze piktyjkskie oddziały. Pokonali nordyckich Nemedyjczyków, splądrowali wiele miast, ale wędrówki nie zaprzestali. Ciągle parli na wschód, przekraczając granice Brythunii i masakrując tam w wielkiej bitwie hyrkańskie zastępy. W zniszczone przez Cymmeryjczyków krainy wkroczyły nieustępliwe hordy Aesirów i Vanirów, co szczególnie mocno odczuło imperium Piktów, by następnie podbić Nemedię, skutkiem czego ucywilizowani Nordycy porzucili opustoszałe i zniszczone miasta, uciekając przed dzikimi krewniakami. Uchodźcy przyjęli nazwę od starego królestwa, dlatego od tej pory nazywano ich Nemedianami. Gdy dotarli do prastarego królestwa Koth wyparli z niego zarówno Piktów, jak i Hyrkańczyków, przyczyniając się tym samym do wyzwolenia spod niewolniczego jarzma ludów shemickich. Zresztą w całym zachodnim świecie Piktowie i Hyrkańczycy musieli ustępować miejsca młodszym, bardziej dzikim i wojowniczym plemionom.

Pewien odłam Aesirów wygnał hyrkańskie zastępy z Brythunii i osiadł tam, wznosząc nowe państwo i nazywając je mianem zdobycznego królestwa. Nordycy, którzy zdobyli Hyperboreę, tak skutecznie walczyli z wrogami ze wschodu, że ciemnoskórzy potomkowie Lemurian musieli w popłochu wycofać się na dzikie stepy, nieustannie spychani ku Vilayet.

Tymczasem w swojej wędrówce na południowy wschód Cymmeryjczycy splądrowali starożytne hyrkańskie królestwo Turanu i ostatecznie osiedlili się na południowo-zachodnim wybrzeżu morza śródlądowego.

Świetność militarna zdobywców ze wschodu przeszła do historii. Nieustannie nękani przez Nordheimów i Cymmeryjczyków, nie widząc szans na zwycięstwo w tym konflikcie, zniszczyli swe miasta, wyrżnęli wszystkich jeńców niezdolnych do długiego i mozolnego marszu i, pędząc przed sobą tysiące niewolników, wyruszyli z powrotem do okrytych mgłą tajemnicy krain na Wschodzie, okrążając Vilayet od północy. W ten sposób zniknęli z kart historii Zachodu, aż tysiące lat później, już jako Hunowie, Tatarzy, Mongołowie i Turcy znów nadciągnęli ze wschodu. Tym razem w ich szeregach ciągnęli także Zingarczycy i Zamoryjczycy, którzy, gdy osiedlili się razem daleko na wschodzie, przez pokolenia mieszali swą krew, aż powstała nowa rasa, znana w późniejszych epokach jako Cyganie.

Również w tym samym czasie awanturnicze plemię z Vaniru przeszło wzdłuż piktyjskiego wybrzeża z północy na południe, i plądrując starożytną Zingarę przekroczyło granice Stygii. Królestwo było w fatalnej sytuacji, bowiem z najwyższym trudem odpierało coraz bardziej natarczywe najazdy czarnoskórych ludów z południa kontynentu, a na dodatek mieszkańców bezwzględnie uciskała arystokratyczna klasa panująca. Rudowłosi Vanirowie wzniecili powstanie i przewodząc zbuntowanym niewolnikom, w serii krwawych bitew, obalili kastę panującą, a jako zdobywcy królestwa przejęli władzę. Potem podporządkowali sobie wysunięte na północ czarne królestwa i zbudowali potężne imperium południowe, które nazwali Egiptem. To od rudowłosych Vanirów wywodzili swe pochodzenie wszyscy egipscy faraonowie.

Zachodem teraz rządzili nordyccy barbarzyńcy. Piktowie nadal kontrolowali Akwilonię, część Zingary i zachodnie wybrzeże kontynentu, ale na wschód od Vilayet i od Kręgu Polarnego aż po terytoria Shemu jedynymi mieszkańcami byli Nordycy. Wyjątek stanowili Cymmeryjczycy, którzy mieszkali w dawnych granicach Królestwa Turan. Po wielkich miastach dawnych imperiów nie pozostał ślad – kolejne najazdy Piktów, Hyrkańczyków, Cymmeryjczyków, a w końcu i Nordyków, zniszczyły je doszczętnie. Ocalały jedynie miasta na terytorium Stygii i Shemu. Panujący kiedyś na kontynencie Hyrkańczycy przestali istnieć, pozostawiając niewielkie ślady krwi w żyłach swych katów.

Zaledwie kilka nazw ziem, plemion czy miast przetrwało w językach i dialektach barbarzyńców. Przekazywano je z pokolenia na pokolenie w coraz bardziej zniekształconej formie, aż cała historia Ery Hyboryjskiej stała się tylko legendą, a legenda – mitem. W taki właśnie sposób w języku Cyganów przetrwały nazwy Zingara i Zamora. Aesirowie, zdobywcy Nemedii, którzy sami siebie nazwali Nemedianami, pojawiali się później na kartach historii Irlandii, zaś Nordycy zasiedlający Brythunię byli znani jako Brythuńczycy, Brytowie lub Brytyjczycy.

W tych dniach nie istniało jedno imperium nordyckie pod panowaniem jednego władcy i z centralnym ośrodkiem władzy. Każde plemię miało własnego wodza czy króla, a z innymi walczyło zaciekle i brutalnie. Trudno przewidzieć, jaki czekał je los, bowiem po raz kolejny w dziejach świata karty rozdała sama Natura, znowu sprowadzając na kontynent zniszczenie i zagładę, czego wynikiem jest kształt lądów taki, jaki obecnie znamy. Olbrzymie tereny zachodniego wybrzeża pochłonęło morze, tak samo jak Vanaheim i zachodnią część Asgardu – będące od wieków lodowymi i niezamieszkanymi pustkowiami. Ocean zalał zachodnie łańcuchy gór zachodniej Cymmerii, i tak powstało Morze Północne, a wystające ponad fale szczyty stały się wyspami, znanymi dzisiaj pod nazwą Anglii, Szkocji i Irlandii. Gorszy los spotkał Pogranicze Bossońskie i puszczę zamieszkiwaną przez Piktów – na zawsze pochłonęło je morze. Na północy powstało Morze Bałtyckie, dzieląc Asgard na półwyspy, znane dzisiaj jako Norwegia, Szwecja i Dania, a na dalekim południu kontynent stygijski oderwał się od reszty lądu wzdłuż linii powstałej w jego zachodniej części przez rzekę Nil. Argos, zachodnie Koth i zachodnie ziemie Shemu skrywają teraz fale Morza Śródziemnego.

Jest jednak tak, że skoro jedne krainy zostają zalane przez wielką wodę, to inne wynurzają się spośród fal. Tak też się stało w zachodniej części Stygii, gdzie pojawił się rozległy ląd tworzący obecnie zachodnią część kontynentu afrykańskiego.

Zderzające się ze sobą ogromne masy lądów spowodowały wypiętrzenie się monumentalnych pasm górskich w środkowej części kontynentu północnego. Wiele plemion nordyckich zostało zniszczonych, te zaś, którym dane było ocaleć, musiały wycofać się na wschód. Terytoria wokół wysychającego powoli Morza Vilayet za bardzo nie ucierpiały, i tam, po długiej wędrówce, osiadły nordyckie plemiona, wiodąc spokojny, rolniczy styl życia, pozostając w zaskakująco dobrych relacjach ze swoimi sąsiadami – Cymmeryjczykami, z którymi zresztą po jakimś czasie całkowicie się zasymilowały.

Na zachodzie niedobitki Piktów, wskutek kataklizmu ponownie cofniętych w rozwoju do epoki kamienia łupanego, znowu zaczęły podbijać z typową dla siebie zawziętością okoliczne terytoria, aż do chwili, gdy nie natknęły się na kolejne fale migrujących na zachód Cymmeryjczyków i Nordyków. Zdarzenia te miały miejsce tak dawno po rozpadnięciu się kontynentów, że opowieści o prastarych, wielkich imperiach traktowano jedynie jako legendy.

Owa migracja, która powstrzymała piktyjską ekspansję, zwana jest wielką wędrówką ludów i jest częścią współczesnej historii, dlatego nie ma sensu opisywać tutaj dokładnie jej przebiegu. Należy wspomnieć, że spowodowana była znacznym wzrostem populacji stepowych, zamieszkujących na zachód od Morza Vilayet, które później, gdy znacznie zmniejszyło zajmowany obszar, nazwano Morzem Kaspijskim. Przyrost ten następował w takim tempie, że migracja była koniecznością ekonomiczną, tak zatem wielkie rzesze ludzkie ruszyły na północ, południe i zachód ku terenom, które dzisiaj nazywamy Indiami, Azją Mniejszą, a także środkową i zachodnią Europą. Wędrujące nacje przybyły na owe terytoria jako Aryjczycy, ale pamiętajmy, że pomiędzy nimi istniały znaczne różnice. Niektóre z nich zachowały się do dzisiaj, a niektóre zniknęły i o nich zapomniano. Na przykład jasnowłosi Achajowie, Galowie i Brytowie pochodzili od Aesirów czystej krwi, a Nemedianie z irlandzkich podań to też Aesirowie, tyle że nemedyjscy. Danowie wywodzili się w prostej linii od rodowitych Vanirów, zaś Goci, protoplaści innych skandynawskich i germańskich plemion – w tym i Anglosasów, pochodzili od mieszanej rasy, w której żyłach płynęła krew Vanirów, Aesirów i Cymmeryjczyków. Celtowie, przodkowie Irlandczyków i szkockich górali, wywodzili swój rodowód od pierwotnych cymmeryjskich klanów. Walijskie plemiona z Wysp Brytyjskich były mieszaną rasą nordycko-cymmeryjską, która pojawiła się na Wyspach poprzedzając rdzennych Nordyków, kładąc tym samym podwaliny pod liczne legendy, że Gaelici są rasą starszą. Ta sama krew płynęła w żyłach Cymbrów dzielnie walczących z Imperium Rzymskim. Ten sam mechanizm odnosił się do Gimmerów poprzedzających Asyryjczyków i Greków oraz Gomerów poprzedzających z kolei Hebrajczyków. Inne cymmeryjskie klany powędrowały na wschód od wysychającego Morza Vilayet, by kilka stuleci później, po zmieszaniu się z Hyrkańczykami, powrócić na zachód już jako Scytowie.

Od prawdziwych przodków Gaelitów, czyli Celtów, zwanych także Cymrami, wzięła się nazwa Krym.

Starożytni Sumeryjczycy nie mieli nic wspólnego z prastarymi rasami z Zachodu. W ich żyłach płynęła zarówno hyrkańska, jak i shemicka krew, będąca spadkiem po najeźdźcach, którzy uciekając pozostawili za sobą wiele podbitych plemion. Niejedno shemickie plemię uniknęło niewoli i z tej krwi, czystej, a czasem zmieszanej z hyboryjską czy nordycką, wywodzą się Arabowie, Izraelici i inni klasyczni Semici. Kannanejczycy i mieszkający w górach Semici pochodzili od shemickich protoplastów, ale spokrewnionych z Kuszytami, osiedlonych wśród nich siłą z woli hyrkańskich panów. Do typowej rasy tego pokroju należą Elamici.

Etruskowie, przodkowie Rzymian, byli potomkami ludu, w żyłach którego płynęła mieszana krew stygijska, hyrkańska oraz piktyjska i pierwotnie żyli w starożytnym królestwie Koth.

Hyrkańczycy, wycofując się ku wschodnim rubieżom kontynentu, zmienili się w plemiona znane później jako Tatarzy, Hunowie, Mongołowie i Turcy.

Pochodzenie innych ras współczesnego świata można prześledzić w podobny sposób – niemal w każdym przypadku ich historia jest dużo starsza, niż się wydaje, i sięga daleko w przeszłość, prosto ku zapomnianej Erze Hyboryjskiej…

Esej opublikowany po raz pierwszy w 1936 roku w czasopiśmie „Phantagraph” pod tytułem The Hyborian Age