Wydawca: Prószyński Media Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 398

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 3 min Lektor: Ireneusz Załóg

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 3 min Lektor: Ireneusz Załóg

Opis ebooka Ciekawe czasy - Terry Pratchett

„Obyś żył w ciekawych czasach” - starożytna klątwa

Kiedy kurierski albatros przybywa z żądaniem przysłania „Wielkiego Maga”, Rincewind zostaje wezwany do trapionego niepokojami Imperium Hongów, Sungów, Fangów, Tangów i McSweeneyów, gdzie decydują się losy tronu. Rincewindowi pomaga Cohen Barbarzyńca, a także napędzany mrówkami komputer HEX, fraktalny motyl pogody ze skrzydełkami Mandelbrota oraz przerażająca, choć dość powolna armia, złożona z sześciu staruszków - Srebrna Orda. Ich misją jest albo obronić, albo zdobyć Zakazane Miasto Hunghung. Niestety, instrukcje nie są jasne...

Książce Terry Pratchetta „Ciekawe czasy” przyznano tytuł Asa Empiku 2003, w kategorii Fantastyka Zagraniczna.

Opinie o ebooku Ciekawe czasy - Terry Pratchett

Fragment ebooka Ciekawe czasy - Terry Pratchett

TerryPratchett

Ciekawe Czasy Świat Dysku

Przełożył Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Jest taka klątwa.

Mówią:

Obyś żył w ciekawych czasach!

Na powierzchnię wypłynęło kilka bąbli powietrza; tratwa zakołysała się lekko. Po chwili wynurzyły się kawałki skóry rekina.

Rincewind westchnął i odłożył wędkę. Wiedział, że pozostała część rekina zostanie wyciągnięta na brzeg nieco później. Nie miał pojęcia dlaczego. Przecież rekiny nie nadawały się zbytnio do jedzenia – smakowały jak stare buty rozmoczone w urynie.

Sięgnął po zaimprowizowane wiosło i popłynął do brzegu.

Wysepka nie była zła. Sztormy jakoś ją omijały, podobnie jak statki. Rosły tu palmy kokosowe i drzewa chlebowe. Nawet eksperymenty z alkoholem okazały się udane, choć potem przez dwa dni nie mógł chodzić prosto. Laguna dostarczała krewetek, ostryg, krabów i homarów, a w głębokich zielonych wodach poza kręgiem raf srebrzyste ryby walczyły o przywilej ugryzienia kawałka wykrzywionego drutu na końcu długiej linki. Po sześciu miesiącach na wyspie Rincewindowi brakowało tylko jednego. Właściwie nigdy wcześniej tego nie dostrzegał. Teraz myślał o tym – a dokładniej: o nich – przez cały czas.

To dziwne. W Ankh-Morpork nawet o nich nie pamiętał – zwyczajnie były na miejscu, kiedy tylko miał na nie ochotę. Teraz, kiedy ich brakło, pragnął ich.

Tratwa uderzyła o brzeg mniej więcej w tej samej chwili, gdy wielkie kanoe okrążyło rafę i wpłynęło do laguny.

Ridcully siedział przy biurku, otoczony przez starszych magów, którzy usiłowali wytłumaczyć mu różne rzeczy. Nie zwracali uwagi na dobrze znane ryzyko związane z próbami tłumaczenia Ridcully’emu czegokolwiek – takie mianowicie, że wybierał tylko fakty, które mu odpowiadały, i oczekiwał, że pozostali nadrobią dystans.

– Czyli – rzekł – to nie jest rodzaj sera.

– Nie, nadrektorze – zapewnił kierownik studiów nieokreślonych. – Rincewind jest rodzajem maga.

– Był – poprawił wykładowca run współczesnych.

– Nie ser. – Ridcully nie chciał zrezygnować ze swojej teorii.

– Nie.

– Brzmi to jak nazwa, która kojarzy się z serem. Znaczy: funt dojrzałego rincewinda... dobrze się układa na języku.

– Na wszystkich bogów, Rincewind nie jest serem! – krzyknął dziekan, na moment tracąc cierpliwość. – Rincewind nie jest jogurtem ani też żadnym produktem ze skwaśniałego mleka! Rincewind to prawdziwe utrapienie! Całkowita i nieodwracalna hańba dla wszystkich magów! Dureń! Nieudacznik! Poza tym nie widziano go od czasu tych... nieprzyjemności z czarodzicielem przed laty.

– Doprawdy? – zdziwił się Ridcully z pewną złośliwą uprzejmością. – Słyszałem, że spora grupa magów fatalnie się wtedy zachowała.

– Istotnie – przyznał wykładowca run współczesnych, zerkając gniewnie na dziekana, który obruszył się tylko.

– Nic o tym nie wiem, wykładowco. Nie byłem wtedy dziekanem.

– Nie, ale zajmowałeś niezłe stanowisko.

– Być może, ale dla twojej informacji, akurat przypadkiem byłem wtedy z wizytą u ciotki.

– O mało co nie zburzyli całego miasta.

– Ciotka mieszka w Quirmie.

– Quirm także był zaangażowany, o ile pamiętam.

– Pod Quirmem. W pobliżu. Ale właściwie wcale nie tak blisko. Spory kawałek drogi wzdłuż wybrzeża...

– Ha!

– Nawiasem mówiąc, jakoś dziwnie dobrze jesteś poinformowany, wykładowco – zauważył dziekan.

– Ja... co? Ja wtedy... studiowałem księgi. Bardzo intensywnie. Właściwie nie zauważyłem nawet, że coś się dzieje...

– Połowa uniwersytetu legła w gruzach! – Dziekan opanował się nagle. – To znaczy... tak słyszałem. Później. Kiedy już wróciłem od ciotki.

– Tak, ale mam bardzo grube drzwi...

– A przypadkiem wiem, że pierwszy prymus był tutaj, ponieważ...

– ...z takim sukiennym obiciem, że prawie nic nie słychać...

– Drzemkę moją na czas już chyba.

– Zamknijcie się w tej chwili!

Ridcully spojrzał na kolegów czystym, niewinnym wzrokiem człowieka, który u narodzin został pobłogosławiony całkowitym brakiem wyobraźni i który podczas niedawnych, krępujących rozdziałów historii uczelni rzeczywiście znajdował się setki mil stąd.

– Dobrze – powiedział, kiedy wszyscy się uspokoili. – Ten Rincewind. Trochę idiota, tak? Ty mówisz, dziekanie. Reszta milczy.

Dziekan nieco stracił pewność siebie.

– No więc, tego... To nie ma sensu, nadrektorze. On nawet nie potrafił rzucać zaklęć. Na co mógłby się komuś przydać? Poza tym... gdziekolwiek idzie Rincewind... – zniżył głos – ...podążają za nim kłopoty.

Ridcully zauważył, że magowie skupili się ciaśniej.

– To chyba dobrze – zauważył. – To najlepsze miejsce dla kłopotów: za tobą. Nikt raczej nie chce mieć kłopotów przed sobą.

– Nie rozumie pan, nadrektorze. Kłopoty podążają za nim na setkach maleńkich nóżek.

Uśmiech nadrektora pozostał w miejscu, ale cała reszta twarzy stężała na kamień.

– Dobrałeś się do pigułek kwestora, dziekanie?

– Zapewniam cię, Mustrum...

– Więc nie opowiadaj bzdur.

– Oczywiście, nadrektorze. Ale zdaje pan sobie chyba sprawę, że odnalezienie go może nam zabrać całe lata?

– Ehm... – wtrącił Myślak. – Gdybyśmy odszyfrowali jego sygnaturę thaumiczną, HEX poradziłby sobie z tym w jeden dzień.

Dziekan rzucił mu gniewne spojrzenie.

– To nie jest magia – burknął. – To... mechanika!

Rincewind przeszedł po płyciźnie i ostrym kamieniem odciął czubek orzecha kokosowego, który chłodził się w dogodnie ocienionej kałuży. Przytknął orzech do ust.

Wtedy padł na niego cień.

– Eh... – powiedział Rincewind. – Witaj?

Jeśli mówiło się do nadrektora przez kilka godzin, istniała możliwość, że pewne fakty się przecisną.

– Chcecie powiedzieć – rzekł w końcu Ridcully – że ten Rincewind był ścigany przez właściwie wszystkie armie świata, rzucany po powierzchni życia jak groszek na bębnie, że jest prawdopodobnie jedynym magiem, który wie cokolwiek o Imperium Agatejskim, gdyż przyjaźnił się... – zerknął w notatki – ...z „dziwnym niskim człowieczkiem w okularach”, który to człowieczek właśnie stamtąd przybył i podarował mu ten zabawny przedmiot z nóżkami, do którego wciąż robicie jakieś aluzje. I zna ich język. Jak dotąd się zgadza?

– Absolutnie, nadrektorze – potwierdził dziekan. – Może mnie pan nazwać idiotą, ale nie rozumiem, na co mógłby się przydać.

Ridcully raz jeszcze zajrzał do notatek.

– To znaczy, że sam zdecydowałeś się tam polecieć?

– Nie, oczywiście, że nie...

– Myślę, że czegoś tu nie dostrzegasz, dziekanie. – Ridcully uśmiechnął się z satysfakcją. – Czegoś, co mógłbym nazwać wspólnym mianownikiem. Ten chłopak jakoś uchodzi z życiem. Ma talent. Odnajdźcie go. I sprowadźcie tutaj. Gdziekolwiek jest. Biedak mógł się przecież znaleźć twarzą w twarz z czymś potwornym.

Kokos pozostał nieruchomy, ale oczy Rincewinda przesuwały się szaleńczo tam i z powrotem.

Trzy postacie wkroczyły w pole jego widzenia. Były w oczywisty sposób kobiece. Były bardzo obficie kobiece. Nie miały na sobie zbyt wiele odzieży i wydawały się trochę za dobrze uczesane jak na kogoś, kto przed chwilą jeszcze wiosłował w wojennym kanoe, ale tak często bywa z pięknymi wojowniczkami Amazonek.

Cienka strużka mleczka kokosowego pociekła Rincewindowi po brodzie.

Prowadząca kobieta odgarnęła długie złote włosy i uśmiechnęła się promiennie.

– Wiem, że brzmi to niewiarygodnie – powiedziała – ale ja i moje obecne tu siostry reprezentujemy nieodkryte dotąd plemię. Wszyscy nasi mężczyźni zostali unicestwieni przez śmiertelną, lecz krótkotrwałą i wysoce specyficzną zarazę. Teraz przeszukujemy te wyspy, by znaleźć mężczyznę, który pozwoli nam przedłużyć naszą linię.

–Jak myślicie, ile on waży?

Rincewind uniósł brwi. Kobieta skromnie spuściła wzrok.

– Zastanawiasz się pewnie, dlaczego wszystkie jesteśmy blondynkami o jasnej skórze, podczas gdy inni mieszkańcy wysp w okolicy są smagli – powiedziała. – Wydaje się, że to po prostu jakiś genetyczny kaprys.

– Jakieś sto dwadzieścia, może sto dwadzieścia pięć funtów. Dorzućciena stos jeszcze funt czy dwa śmieci. Ehm... Czy wykrywacie... no wiecie... TO?

– Coś takiego na pewno się nie uda, panie Stibbons. Po prostu wiem.

– Jest zaledwie sześćset mil stąd, wiemy, gdzie się znajduje, i to jest odpowiednia połówka Dysku. Zresztą sprawdziłem z pomocą HEX-a i nic nie może się nie udać.

– Owszem, ale czy ktoś zauważył... to... wie pan... na nóżkach?

Rincewind poruszył brwiami. Z jego krtani dobiegł zduszony odgłos.

– Nie widzę... tego. Przestańcie chuchać na moją kryształową kulę!

– I oczywiście, jeśli popłyniesz z nami, możemy ci obiecać... cielesne i zmysłowe rozkosze, takie jak te, o których dotąd śniłeś...

– No dobrze. Na trzy...

Kokos upadł na piasek. Rincewind przełknął ślinę. W jego oczach pojawiło się wygłodniałe, rozmarzone spojrzenie.

– Mogą być purée? – zapytał.

– JUŻ!

Najpierw wystąpiło wrażenie ucisku. Świat otworzył się przed Rincewindem i wessał go do środka.

Potem rozciągnął się i brzęknął. Rozmyte prędkością chmury pomknęły ze wszystkich stron. Kiedy odważył się wreszcie otworzyć oczy, daleko przed sobą zobaczył maleńką czarną plamkę.

Powiększała się.

Po chwili zmieniła się w obłok lecących blisko siebie przedmiotów. Były tam dwa ciężkie rondle, duży mosiężny lichtarz, kilka cegieł, krzesło i wielka mosiężna forma do galaretki, w kształcie zamku.

Trafiały go kolejno, a forma galaretkowa wydała zabawny dźwięk, odbijając się od jego głowy. Potem, wirując, odleciała w tył.

Zaraz potem zobaczył ośmiokąt. Wyrysowany kredą.

Uderzył w niego.

Ridcully przyjrzał się uważnie.

– Odrobinę mniej niż sto dwadzieścia pięć funtów – stwierdził. – Ale poza tym... dobra robota, panowie.

Rozczochrany strach na wróble pośrodku kręgu wstał chwiejnie i zgasił jeden czy dwa płomyki na ubraniu. Potem rozejrzał się mętnym wzrokiem.

– Hehehe? – powiedział.

– Może być trochę zdezorientowany – mówił dalej nadrektor. – W końcu to ponad sześćset mil w dwie sekundy. Unikajmy gwałtownych ruchów.

– Jak z lunatykami, chce pan powiedzieć? – upewnił się pierwszy prymus.

– Jak to z lunatykami?

– Jeśli obudzi się nagle lunatyka, odpadają mu nogi. Tak twierdziła moja babcia.

– Jesteście pewni, że to Rincewind? – spytał dziekan.

– Oczywiście, że to Rincewind – zapewnił pierwszy prymus. – Szukaliśmy go przez parę godzin.

– Ale to może być groźna kreatura okultystyczna – upierał się dziekan.

– W takim kapeluszu?

Kapelusz był spiczasty. W pewnym sensie. Przypominał rodzaj szamańskiego nakrycia głowy z rozszczepionych gałązek bambusa i liści palmy kokosowej, i powstał zapewne w nadziei ściągnięcia przelotnej magowatości. Na nim, ułożone z muszelek mocowanych trawą, widniało słowo MAGGUS.

Właściciel kapelusza patrzył poprzez magów, jakby ich nie dostrzegał. Pchnięty nieoczekiwanym wspomnieniem, utykając, pospiesznie wyszedł z ośmiokąta i ruszył do drzwi.

Magowie ostrożnie poszli za nim.

– Nie jestem pewien, czy można jej wierzyć. Ile razy widziała coś takiego?

– Nie wiem. Nie mówiła.

– Kwestor lunatykuje prawie każdej nocy.

– Naprawdę? Kuszące...

Rincewind, jeśli takie imię nosiła ta istota, wyszedł na plac Sator.

Plac był zatłoczony. Powietrze falowało nad piecykami sprzedawców kasztanów i pieczonych ziemniaków; rozbrzmiewały tradycyjne uliczne okrzyki Ankh-Morpork[7].

Istota zbliżyła się do chudego mężczyzny w za dużym płaszczu, który podpiekał coś nad palnikiem olejowym ustawionym na szerokiej, zawieszonej u szyi tacy.

Być-może-Rincewind chwycił brzeg tacy.

– Masz... może... ziemniaki? – wycharczał.

– Ziemniaki? Nie, szefuniu. Mam kiełbaski w bułce.

Być-może-Rincewind znieruchomiał. A potem zalał się łzami.

– Kiełbaska w buuułce! – zajęczał. – Kochana kiełbaska w buuułce! Daj mi kiełbaskę w buuułceee!

Porwał z tacy trzy sztuki i próbował zjeść je równocześnie.

– Wielcy bogowie... – szepnął Ridcully.

Istota odbiegła, potykając się. Kawałki bułki i fragmenty produktów wieprzowych sypały się kaskadą ze splątanej brody.

– Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś zjadł aż trzy kiełbaski w bułce Gardła Dibblera i wyglądał na tak zachwyconego – rzekł pierwszy prymus.

– Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś zjadł aż trzy kiełbaski w bułce Gardła Dibblera i wyglądał tak pionowo – stwierdził dziekan.

– Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś zjadł cokolwiek od Gardła Dibblera i zdołał odejść bez płacenia – zauważył wykładowca run współczesnych.

Istota zataczała się radośnie po placu, a łzy spływały jej po twarzy. Krętą trajektorią dotarła w pobliże wylotu zaułka, skąd wyskoczyła jakaś niewielka postać i z pewnymi kłopotami uderzyła ją w tył głowy.

Zjadacz kiełbasek osunął się na kolana.

– Au! – zwrócił się do świata jako takiego.

– Nienienienienienienie! – Starszy mężczyzna wynurzył się z zaułka i stanowczo wyjął z niewprawnych dłoni młodzieńca pałkę. Tymczasem ofiara bełkotała coś na klęczkach. – Powinieneś przeprosić tego biednego pana. Nie wiem, co sobie pomyśli. Popatrz tylko na niego: ułatwił ci zadanie, jak tylko potrafił, i co go za to spotkało? Znaczy, niby co to było, twoim zdaniem?

– Mru-mru-mru-mru, panie Boggis – odpowiedział chłopiec, wpatrując się w czubki swoich butów.

– Co takiego? Głośniej!

– Trzaśnięcie znad Ramienia, panie Boggis.

– To miało być Trzaśnięcie znad Ramienia? Coś takiego nazywasz Trzaśnięciem znad Ramienia? To... przepraszam pana uprzejmie, postawimy pana na nogi, tylko chwila... O, to jest Trzaśnięcie znad Ramienia!

– Au! – krzyknęła ofiara, po czym, ku zdumieniu wszystkich zainteresowanych, dodała: – Cha, cha, cha, cha!

– A ty zrobiłeś coś takiego... przepraszam, że się narzucamy, szanowny panie, to potrwa najwyżej minutkę... zrobiłeś tak...

– Au! Cha, cha cha, cha!

– Wszyscy się przyjrzeli? Chodźcie no tu, stańcie bliżej...

Pół tuzina młodych ludzi wyszło z zaułka i utworzyło nierówny krąg wokół pana Boggisa, pechowego studenta i ofiary, przypadkowego człowieka, który zataczał się wkoło, wydawał z siebie ciche „umf, umf”, ale wciąż z jakiegoś powodu wydawał się niezwykle rozradowany.

– Słuchajcie uważnie – rzekł pan Boggis tonem starego, doświadczonego fachowca, który stara się przekazać swą wiedzę niewdzięcznej potomności. – Kiedy z klasycznego wylotu zaułka sprawiacie kłopot klientowi, właściwa procedura... Och, dzień dobry, panie Ridcully, nie zauważyłem pana.

Nadrektor przyjaźnie skinął mu głową.

– Nie chcielibyśmy przeszkadzać, panie Boggis. Szkolenie Gildii Złodziei, tak?

Boggis wzniósł oczy.

– Nie wiem, czego ich uczą w szkole – westchnął. – Nic tylko czytanie i pisanie, bez przerwy. Kiedy ja byłem takim dzieciakiem, w szkole uczyliśmy się czegoś pożytecznego. No dobrze... Ty, Wilkins, natychmiast przestań chichotać, twoja kolej, przepraszam na moment, drogi panie...

– Au!

– Nienienienienienienienie! Moja babcia staruszka lepiej by sobie poradziła. Patrz na mnie. Podchodzisz sprężystym krokiem, kładziesz dłoń na ramieniu dla zachowania kontroli... no już, rób, co mówię... a potem elegancko...

– Au!

– Czy ktoś może mi powiedzieć, co Wilkins zrobił źle?

Boggis zaczął na Wilkinsie demonstrować bardziej wyrafinowane frazy głownej perkusji. Tymczasem ofiara odczołgała się, niezauważona przez nikogo prócz magów.

Podniosła się chwiejnie i pobrnęła przed siebie ulicą. Poruszała się jak zahipnotyzowana.

– On płacze – zauważył dziekan.

– Nic dziwnego – powiedział nadrektor. – Ale dlaczego równocześnie się uśmiecha?

– Zdziwniej i zdziwniej – stwierdził pierwszy prymus.

Posiniaczona, a możliwe że i otruta postać skierowała się na powrót do bramy Niewidocznego Uniwersytetu. Magowie szli za nią.

– Na pewno chodziło ci o „dziwnie i coraz dziwniej”, prawda? A nawet wtedy nie ma to właściwie sensu.

Postać minęła bramę, ale tym razem chwiejnie przeszła przez korytarz do biblioteki.

Bibliotekarz już czekał. Trzymał – z zadowolonym uśmieszkiem na twarzy, a orangutany naprawdę potrafią wyrazić zadowolenie – pognieciony kapelusz.

– Zadziwiające – uznał Ridcully. – To prawda! Mag zawsze wróci po swój kapelusz!

Postać chwyciła kapelusz, eksmitowała kilka pająków, odrzuciła smętną imitację z liści i wcisnęła go sobie na głowę.

Rincewind zamrugał, patrząc na zaskoczonych profesorów. Po raz pierwszy w głębi jego oczu błysnęło światełko, jak gdyby aż do tej chwili funkcjonował wyłącznie dzięki odruchom.

– Tego... co przed chwilą zjadłem?

– No... trzy sztuki najlepszych kiełbasek Dibblera – odparł Ridcully. – Z tym że kiedy mówię „najlepsze”, chodzi mi o „najbardziej typowe”, to chyba jasne?

– Rozumiem. A kto mnie uderzył?

– Uczniowie Gildii Złodziei na praktyce terenowej. Rincewind mrugnął. – To Ankh-Morpork, prawda?

– Tak.

– Tak myślałem. – Rincewind znów zamrugał, powoli. – No to – powiedział, padając na twarz – wróciłem.

Pan Hong puszczał latawca. Była to czynność, którą wykonywał w sposób doskonały.

Pan Hong wszystko robił w sposób doskonały. Jego akwarele były doskonałe. Poezje były doskonałe. Kiedy składał arkusik papieru, doskonała była każda krawędź – twórcza, oryginalna i skończenie doskonała. Pan Hong już dawno zaprzestał pogoni za doskonałością, gdyż trzymał ją zakutą gdzieś w lochu.

Pan Hong miał dwadzieścia sześć lat, był szczupły i przystojny. Nosił bardzo małe, bardzo okrągłe okulary w stalowych oprawkach. Kiedy go opisywali, ludzie używali określenia „gładki” albo wręcz „śliski”[8]. Osiągnął przywództwo jednego z najbardziej wpływowych rodów Imperium Agatejskiego dzięki nieustępliwym staraniom, całkowitej koncentracji umysłu i sześciu dobrze zrealizowanym skrytobójstwom. Ostatnią ofiarą był jego ojciec, który umierał szczęśliwy, wiedząc, że syn podtrzymuje rodzinną tradycję. Szlachetne rody szanowały swych zmarłych przodków i nie widziały nic złego w szybszym powiększaniu ich grona.

A teraz jego latawiec – czarny, z wymalowaną parą wielkich oczu – zanurkował z nieba. Hong starannie obliczył kąt; nie trzeba chyba dodawać, że doskonale. Sznurek latawca, pokryty klejem i tłuczonym szkłem, przeciął linki współzawodników, a ich latawce odfrunęły, wirując.

Widzowie zaklaskali uprzejmie. Ludzie z łatwością odkrywali, że oklaskiwanie pana Honga dowodzi rozsądku.

Hong oddał sznurek służącemu, uprzejmie skinął głową pokonanym współzawodnikom i wszedł do namiotu.

Tam usiadł i spojrzał na swego gościa.

– Wysłaliśmy wiadomość – poinformował go przybysz. – Nikt nas nie widział.

– Wręcz przeciwnie – poprawił go pan Hong. – Widziało was dwudziestu ludzi. Czy wyobrażasz sobie, jak trudno jest strażnikowi patrzeć prosto przed siebie i niczego nie zauważać, kiedy ktoś się przekrada w pobliżu, robi tyle hałasu, co cała armia, i jeszcze szepcze, żeby być cicho? Szczerze powiem, że twoi ludzie chyba nie mają rewolucyjnych talentów. Co ci się stało w rękę?

– Albatros mnie dziobnął.

Hong uśmiechnął się. Przyszło mu do głowy, że ptak mógł wziąć jego rozmówcę za anchois, i nie bez powodu. Miał takie samo rybie spojrzenie.

– Nie rozumiem, panie – poskarżył się gość, którego imię brzmiało Dwa Ogniste Zioła.

– To dobrze.

– Przecież oni wierzą w Wielkiego Magga, a ty chcesz, żeby tu przybył?

– Ależ oczywiście. Mam swoich ludzi w... – próbował wymówić obce sylaby – ...Ankh-Morep-ork. Ten, którego tak naiwnie zwą Wielkim Maggusem, rzeczywiście istnieje. Ale, mogę ci to wyznać, znany jest ze swojej niekompetencji, tchórzliwości i uległości. Są wręcz przysłowiowe. Dlatego uznałem, że Czerwona Armia powinna dostać wytęsknionego przywódcę, nie sądzisz? To... podniesie ich morale. – Uśmiechnął się znowu. – To polityka.

– Aha.

– A teraz odejdź.

Kiedy gość wyszedł, pan Hong sięgnął po książkę. Choć trudno byłoby ją nazwać prawdziwą książką: kartki papieru związano sznurkiem, a tekst wpisano ręcznie. Hong czytał ją już wiele razy, wciąż jednak go bawiła – autor zdołał pomylić się w tak wielu kwestiach.

Teraz, za każdym razem, gdy kończył stronę, wyrywał ją i czytając następną, starannie składał arkusz w kształt chryzantemy.

– Wielki Mag – powiedział głośno. – W samej rzeczy, bardzo wielki.

Rincewind się przebudził. Leżał w czystej pościeli i nikt nie mówił niczego w stylu „Przeszukajcie mu kieszenie”, co uznał za obiecujący początek.

Nie otwierał oczu na wypadek, gdyby w pobliżu znalazł się ktoś, kto – widząc, że już nie śpi – postarałby się utrudnić mu życie.

Słyszał dyskusję podstarzałych męskich głosów.

– Pomijacie to, co najważniejsze. Przecież on ciągle jest żywy. Powtarzacie ciągle, jakie miał straszne te przygody, a jednak ciągle żyje.

– O co panu chodzi, nadrektorze? Przecież jest cały w bliznach!

– To właśnie miałem na myśli, dziekanie. A większość blizn ma na plecach. Zostawia kłopoty za sobą. Ktoś tam na górze chyba go lubi.

Rincewind skrzywił się lekko. Od dawna zdawał sobie sprawę, że ktoś tam na górze ma coś do niego. Nigdy by nie podejrzewał, że chodzi o sympatię.

– Nie jest nawet prawdziwym magiem! Na egzaminach nigdy nie przekroczył dwóch procent!

– Chyba się ocknął – powiedział ktoś.

Rincewind poddał się i otworzył oczy. Pochylały się nad nim liczne brodate, mocno rumiane twarze.

– Jak się czujesz, mój drogi? – spytała jedna z nich, a pod nią wysunęła się ręka. – Jestem Ridcully, nadrektor. Jak się czujesz?

– Wszystko źle się skończy – oznajmił spokojnie Rincewind.

– O co ci chodzi, mój drogi?

– Po prostu wiem. Wszystko pójdzie źle. Wydarzy się coś potwornego. Tak właśnie myślałem, że to zbyt piękne, by mogło potrwać dłużej.

– Widzicie? – odezwał się dziekan. – Setki nóżek. Mówiłem. Ale czy ktoś mnie słucha?

– Nie próbujcie nawet być dla mnie mili – rzekł Rincewind. – Nie proponujcie winogron. Jeszcze nigdy nikomu nie byłem potrzebny do czegoś przyjemnego.

Przez jego umysł przepłynęły niewyraźne wspomnienia niedawnych wydarzeń i doświadczył ulotnej chwili żalu, że ziemniaki – choć w owej chwili zajmowały poczesne miejsce w jego marzeniach – nie miały podobnej pozycji w myślach tamtej młodej damy. Zaczynał sobie jednak uświadamiać, że nikt, kto tak się ubiera, nie myśli raczej o żadnej z roślin bulwiastych.

– No dobrze. – Westchnął. – Co teraz?

– Jak się czujesz?

Rincewind potrząsnął głową.

– To na nic – stwierdził. – Nie znoszę, kiedy ludzie są dla mnie mili. To znaczy, że zaraz stanie się coś strasznego. Czy mógłby pan krzyknąć?

Ridcully miał już tego dosyć.

– Wstawaj z łóżka, ty paskudny leniuchu! I za mną, bo pożałujesz!

– O, tak już lepiej. Od razu czuję się jak w domu. Teraz przynajmniej wszystko jasne – stwierdził smętnie Rincewind. Spuścił nogi na podłogę i wstał ostrożnie.

Ridcully zatrzymał się w połowie drogi do drzwi, gdzie ustawili się pozostali magowie.

– Wykładowco?

– Słucham, nadrektorze – odpowiedział wykładowca run współczesnych głosem ociekającym niewinnością.

– Co takiego chowasz za plecami?

– Nie rozumiem, nadrektorze.

– Wygląda mi to na jakieś narzędzie – zauważył Ridcully.

– Ach, to... – Wykładowca run współczesnych zdziwił się, jakby dopiero teraz zauważył trzymany w ręku ośmiofuntowy młot. – Coś takiego... To chyba młotek, prawda? Zadziwiające. Młotek. Musiałem chyba... skądś go zabrać. Wie pan. Żeby sprzątnąć.

– Trudno też nie zauważyć – mówił dalej Ridcully – że dziekan stara się ukryć topór bojowy.

Coś brzęknęło melodyjnie zza kierownika studiów nieokreślonych.

– A to brzmiało mi jak piła – uznał Ridcully. – Czy jest tu ktoś, kto nie ma przy sobie jakiegoś narzędzia? No tak... U demonów, może ktoś by mi wytłumaczył, co wyprawiacie?

– Ha! Nie ma pan pojęcia, co to takiego – mruknął dziekan, unikając spojrzenia nadrektora. – W tamtych czasach człowiek bał się na pięć minut odwrócić plecami. Mógł usłyszeć tupanie tych przeklętych stóp i...

Ridcully nie zwracał na niego uwagi. Objął chude ramiona Rincewinda i poprowadził go w stronę Głównego Holu.

– Wiesz, Rincewindzie – powiedział – słyszałem, że nie jesteś zbyt dobry w magii.

– To prawda.

– Nigdy nie zdałeś żadnych egzaminów ani nic?

– Obawiam się, że ani jednego.

– Wszyscy jednak nazywają cię magiem Rincewindem.

Rincewind spojrzał na czubki własnych butów.

– No bo... tak jakby pracowałem tutaj, jako niby taki zastępca bibliotekarza...

– Druga małpa – wtrącił dziekan.

– ...i wie pan, załatwiałem różne rzeczy i w ogóle tak jakby pomagałem...

– Powiedziałem coś! Czy nikt nie zauważył? Druga małpa? Dość zabawne, moim zdaniem.

– Ale tak naprawdę to nigdy nie miałeś uprawnień, by nazywać siebie magiem? – upewnił się Ridcully.

– Formalnie chyba nie.

– Rozumiem. No to mamy problem.

– Mam taki kapelusz z wyszytym słowem „Maggus” – przypomniał z nadzieją Rincewind.

– Obawiam się, że to nie na wiele się zda. Hm... Sytuacja może nam sprawić pewne trudności. Pozwól, że zapytam: jak długo potrafisz wstrzymywać oddech?

– Nie wiem. Parę minut. Czy to ważne?

– Owszem, zwłaszcza w kontekście przybicia głową w dół do jednej z podpór Mosiężnego Mostu na okres dwóch przypływów, a następnie ścięcia głowy. Niestety, to statutowa kara dla kogoś, kto udaje maga. Sprawdziłem. Nikomu nie będzie bardziej przykro niż mnie, mogę cię zapewnić. Ale prawo jest prawem.

– Nie!

– Naprawdę przepraszam. Nie mam wyboru. Inaczej wszędzie roiłoby się od ludzi w spiczastych kapeluszach, do których nie mają żadnego prawa. To straszne. Nic nie mogę poradzić, choćbym chciał. Kodeks mówi, że można zostać magiem, jedynie kończąc w normalny sposób studia na Niewidocznym Uniwersytecie albo spełniając jakąś usługę z wielką korzyścią dla magii, a mam wrażenie...

– Czy nie moglibyście mnie zwyczajnie odesłać na moją wyspę? Podobało mi się tam. Było nudno!

Nadrektor ze smutkiem pokręcił głową.

– Nic z tego, niestety. Wykroczenie było popełniane w sposób ciągły przez wiele lat. A że nie zdałeś żadnego egzaminu ani nie... – lekko podniósł głos – ...spełniłeś żadnej usługi z wielką korzyścią dla magii, niestety będę musiał polecić pedlom[9], żeby przynieśli kawał sznura i...

– Ehm... Wydaje mi się, że kilka razy ocaliłem świat – wtrącił Rincewind. – Czy to coś pomoże?

– Czy ktoś z Niewidocznego Uniwersytetu widział, jak to robisz?

– Nie, raczej nie.

Ridcully pokręcił głową.

– Prawdopodobnie zatem to się nie liczy. Fatalnie. Gdybyś bowiem SPEŁNIŁ JAKĄŚ USŁUGĘ Z WIELKĄ KORZYŚCIĄ DLA MAGII, wtedy z radością pozwoliłbym ci zatrzymać ten kapelusz, a także coś, na czym mógłbyś go nosić, ma się rozumieć.

Rincewind był załamany. Ridcully westchnął i spróbował jeszcze raz.

– Czyli – rzekł – ponieważ najwyraźniej nie zdałeś egzaminów ani nie SPEŁNIŁEŚ USŁUGI Z WIELKĄ KORZYŚCIĄ DLA MAGII, to...

– Myślę... Mógłbym spróbować spełnić usługę – zaproponował Rincewind z miną człowieka, który wie, że światełko na końcu tunelu to nadjeżdżający pociąg.

– Naprawdę? Hm... to jest jakiś pomysł.

– O jakie usługi chodzi?

– Och, zwykle należy... to tylko przykład, naturalnie... wyruszyć z misją albo znaleźć odpowiedź na bardzo starożytne i ważne pytanie... Co to jest to z nogami?

Rincewind nawet się nie obejrzał. Wyraz twarzy zerkającego przez ramię nadrektora był całkiem znajomy.

– Ach, to – powiedział Rincewind. – Chyba go znam.

Magia jest inna niż matematyka. Jak całym światem Dysku, rządzi nią raczej zdrowy rozsądek niż logika. Jest też inna niż gotowanie. Ciasto to ciasto: trzeba zmieszać odpowiednie składniki, upiec je w odpowiedniej temperaturze, a ciasto samo się pojawia. Żadna zapiekanka nie wymaga promieni księżycowych. Żaden suflet nigdy nie żądał, żeby mieszała go dziewica.

Mimo to ci, których natura obdarzyła umysłem badawczym, często się zastanawiali, czy istnieją jakieś reguły magii. Znane jest ponad pięćset różnych zaklęć gwarantujących miłość innej osoby; ich zakres sięga od sztuczek z zarodnikiem paproci o północy, do robienia czegoś raczej nieprzyjemnego z rogiem nosorożca o dowolnej porze, choć prawdopodobnie nie zaraz po posiłku. Czy jest możliwe (zastanawiały się umysły badawcze), że analiza wszystkich tych zaklęć wykryje jakiś niewielki, ale potężny wspólny mianownik, swego rodzaju metazaklęcie, jakieś niewielkie równanie, które doprowadzi do pożądanego celu o wiele prościej? A przy okazji przyniesie wielką ulgę nosorożcom?

Bu szukać odpowiedzi na takie pytania, zbudowano HEX-a. Co prawda Myślak Stibbons był trochę niepewny co do poprawności użycia w tym kontekście słowa „zbudowano”. On i kilku inteligentnych studentów złożyli HEX-a własnoręcznie, to fakt, ale... no cóż... czasami wydawało się, że jego części – jakkolwiek dziwnie by to brzmiało – po prostu się pojawiają.

Na przykład był całkiem pewien, że nikt nie projektował generatora faz księżyca, ale był tam – najwyraźniej jako element całości. Zbudowali natomiast zegar czasu nierzeczywistego, choć nikt dokładnie nie wiedział, jak działa.

Podejrzewał, że mają tu do czynienia z bardzo specyficznym przypadkiem samokształtującej przyczynowości, zawsze groźnej w takich miejscach jak Niewidoczny Uniwersytet, gdzie rzeczywistość ulegała rozciągnięciu i stawała się bardzo cienka, a zatem podatna na liczne niezwykłe podmuchy. Jeśli tak było naprawdę, to właściwie niczego realnie nie budowali. Okrywali tylko fizycznością ideę, która już tam była – cień czegoś czekającego na zaistnienie.