Ciałość - Karolina Kaczyńska-Piwko - ebook + książka

Ciałość ebook

Karolina Kaczyńska-Piwko

0,0
34,90 zł

lub
Opis

Ciałość” to manifest, nie skarga. Opowieść, której końca nie znam, ciągle trwa. Trochę o tym, że mało wiemy sami o sobie, dopóki coś nie przyciśnie nas do ściany. Trochę o tym, że jak się chce, to można. Trochę o tym, że mało wiemy o akceptacji jako społeczeństwo, a już o cielesności nie wiemy niemal nic. O tym, że definiowanie kobiecości i ruch body positive to lekcja, jaką trzeba w końcu odrobić, bo nurt nie bierze pod uwagę ani choroby, ani niepodległości ciała.O tym, że żałoba to proces. O tym, że można się uprzeć na wszystko – na życie też. O tym, że żarówki w placówkach medycznych sprawiają, że każdy wygląda jak własny, pośmiertny portret za życia. I o tym, że ciało to dom, a nie misja do wykonania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 174

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Copyright © Wydawnictwo Nawias sp. j., 2021 Copyright © Karolina Kaczyńska-Piwko

redakcja:Magdalena Sitek

projekt układu typograficznego i okładki: Katarzyna Nita-Basa

ISBN 978-83-961117-4-6

Wydawnictwo Nawias sp. j.Zawodzie, ul. Długa 100, 42-262 Poczesna [email protected] www.nawias.com.pl

Rodzicom

Jak się dochodzi do ściany? Zwyczajnie. Tak samo zwyczajnie, jak idzie się rano wysikać. Nie ma żadnego dramatu, nie spada meteoryt, nie ma wielkiego krachu. Wszystkie złe rzeczy tego świata, trudne decyzje i wielkie emocje po prostu są. Nie czekają na ciebie z transparentem w korytarzu i nie witają oklaskami. Życie jest dość ciche w podkładaniu nowego, w stawianiu wyzwań i barier. No... chyba że chodzi o śmierć. Tutaj czasami bywa spektakularne, ale nadal jednak mniej niż przy narodzinach. Może to kwestia liczby czekających na jedno i drugie.

Był maj, słoneczny poranek. Rok 2015. Nie mogłam wstać z łóżka. Banał. Może zdrętwiało. Może puści. Dwadzieścia kilka lat. Może sobie dzisiaj umrę. Groteska. Salon czekał na otwarcie, zbliżało się lato, słońce przez szybę. Gdzie mi z tą śmiercią, gdzie moje nogi, gdzie moje ręce, późno już, muszę wyjść. Nie mogę wstać z łóżka. Wychodzę więc, jak umiem, z łoskotem spadam na podłogę, muszę zabawnie wyglądać, próbując ustawić się choćby na czworaka, muszę do toalety. Chce mi się śmiać i płakać naraz. Że to już? Skąd wiedziało, gdzie szukać? Jak na mnie trafiło i kim jest? Docieramy jakoś do łazienki, ja i to dziwne ciało, które w przeciągu jednej nocy nagle przestało mnie słuchać.

Tam jest jeszcze gorzej, wanna jest wysoko, sedes też. Teraz już nie wiem, czy te łzy to z radości, że droga u kresu, czy z zaskoczenia, że ktoś wysłuchał mojego „mam dość”. Boli. Do tej pory nie miałam pojęcia, jak bardzo skomplikowane jest moje ciało. Jak wiele ma zaułków i schowków, teraz czuję je wszystkie. Dam radę. Zawsze daję radę, mama mnie tego nauczyła razem z nauką lepienia pierogów. I daję radę. Na pewno nie jest tak bardzo źle, jak boli. To chwilowe, nie może się przecież tak nagle człowiek zepsuć, w ciągu kilku godzin zapomnieć, jak się chodzi normalnie i rusza rękami. Ciało przecież jest mądre, to tylko na moment, tłumaczę sama sobie, minie, przejdzie, skończy się i wszystko wróci do normy.

Piątek. Jest piątek. Leżę na kanapie w salonie i myślę o śmierci. Myślę, że ona teraz leży obok mnie. Mam dwadzieścia osiem lat i nie mogę utrzymać się na nogach. Uśmiecham się, są przecież klienci. Stopy wysoko. Zbliża się południe, maj za drzwiami na wolskim osiedlu, kwitną mirabelki. Jezu, jak pięknie. Cicho płyną mi łzy po policzkach, sama siebie nie oszukam.

Telefony odbierane przez pracowników przychodni każą czekać do poniedziałku. Boje się, że nie będzie ani tego poniedziałku, ani żadnego kolejnego, ani żadnych niedziel też już nie będzie. Nie mam władzy nad swoim ciałem, nie słucha mnie już, jest obok, jestem w nim, ale jesteśmy jak rozklejeni po silnym deszczu. Nie stykamy się już tak szczelnie i ciasno, coś nas dzieli. Czuję się jak owinięta watą, jakby w ciągu jednej nocy stępiło mi wszystkie zmysły naraz. Albo jakby padła płyta główna. Mrowienie.

Męski głos proponuje poniedziałek. Odpowiadam, że nie wiem, czy dożyję. Nie wiem, skąd we mnie nawet teraz zamiłowanie do odpowiedzi tak, żeby rozmawiać, a nie mówić. Głos odpowiada, że piątek, że poza miastem już, ale wraca. Że na osiemnastą może być na miejscu, że będzie czekał. Dotrę. Przecież świetnie umiem dawać sobie radę. I teraz, i wczoraj, i do końca świata, nawet jeśli będzie miał trwać tylko dziś, dam radę. Nie stać mnie na taksówkę, jeśli mam zapłacić za wizytę.

Jadę tramwajem, nogi mam zupełnie miękkie, nie mogę utrzymać poręczy. Wstyd mi przed sobą, że taki będzie koniec. Że taki zwykły, że nic wielkiego się nie wydarzyło, że nie kochałam nawet porządnie, a tu już z górki, i to w maju, przed trzydziestką, że bez zasług większych. Sama mam ochotę się opierdolić. Ktoś ustępuje mi miejsca. Nie czuję już, co mnie boli bardziej czy mniej, mam wrażenie, że wszystkie kabelki nerwów ktoś poprzecinał i złożył potem na chybił trafił. Nie czuję własnego ciała. Jest moje, znamy się tak dobrze, ale zupełnie mnie nie słucha. Na Grochowską jest daleko. Szczególnie w godzinach szczytu. Patrzę w okno, zaczyna się weekend. Zazdroszczę ludziom, że chodzą i się nie chwieją, mam mokre oczy i się boję. Muszę jakoś wysiąść, w wagonie są strome schody. Muszę poprosić o pomoc. Sama sobie nie poradzę, a świat jeszcze trwa.

Lekarz ma pewnie około pięćdziesięciu lat. Patrzy na mnie uważnie, kiedy nieporadnie próbuję usiąść na krześle. Chyba nie umiem dobrze grać twarzą, bo pyta, czy pomóc. Mnie? Dam radę. Pyta. Trochę jak na imieninach: o choroby w rodzinie, o rejon zamieszkania dziadków, o to, jak żyło mi się wcześniej. Opowiadam, że lekko dwadzieścia złamań. Że ciągle coś mi się przytrafia, że na Lindleya witają na ortopedycznym jak starą znajomą, że nawet technik na gipsowni pamięta moje imię i ostatnio pizzą częstował. Że to takie normalne przecież, zawsze mi powtarzają, że jestem nieuważna, za szybka, że jestem łamagą. Ale że się szybko zrasta, że przecież to żaden problem, tak mam, taka twoja uroda, dziecko, musisz być bardziej ostrożna, no kto to słyszał sobie palce połamać od składania życzeń.

Opowiadam, jak traci się dziecko w środku nocy, trzynastego sierpnia, we własnej łazience, i jak bardzo nikt nie umie odpowiedzieć, dlaczego znowu nie wyszło. O tym, jak w środku nocy w Szpitalu Bielańskim jest tylko jedna pielęgniarka i nie umie mi powiedzieć, jak długo będę czekać na lekarza z krwią, która zaczyna ściekać mi po udach. Jak wraca się na własne życzenie do domu, przecież ja to już znam, wiem, jak odchodzi dziecko, które jest i go nie ma naraz, chcę być u siebie, jak to się stanie znowu, chcę dać sobie szansę przeżycia tego jak człowiek z drugim, bliskim mu człowiekiem. O tym, jak wyje się w tej łazience, z kocem na plecach, bo kiedy ktoś odchodzi, to na żegnającym osiada straszny chłód. Tak wielki, że nie da się go wyciszyć. Nie da się ogrzać odchodzenia. Opowiadam, jak nikt nie widzi powodu, jest pani tak ładnie zbudowana, tylko rodzić, hormony w porządku. Opowiadam po kolei, o wadzie serca też, którą znaleźli, bo brakowało mi oddechu, gdy byłam dzieckiem.

Przeżyłam dużo końców świata, mówię w końcu do lekarza, bardzo dużo, ale zawsze okazywało się, że tych światów jest więcej, niż sądziłam.

Notuje wszystkie te liczby, robi jakieś dziwne tabelki. Złamania. Tkanki miękkie. Niepowodzenia położnicze. Około dwudziestu. Około trzydziestu. Ponad trzy. Ciemnieje w oczach, zawsze wolałam słowa, a zamknęli mnie w cyfrach na wieki wieków, amen. Wzrok ma tak przenikliwy, że mam ochotę wejść pod biurko, schować się przed tym laserem. Ogląda moje włosy i paznokcie, każdy staw. Jezu, przecież to jest moje ciało, co to za masa mięsa, przelatuje mi przez głowę, nie potrafię przykucnąć. On dalej mi się przygląda, jestem jak nieboszczyk z Lekcji anatomii u Rembrandta, ale ze świadomością, że ktoś właśnie się na mnie uczy. Ubieram się z trudem, próbuję się śmiać, jakiś dziwny mechanizm obronny, co mi zależy, lepiej z pogodą ducha odchodzić, jakoś grzeczniej wobec świata.

Pyta mnie, czy to moje zęby. Moje, ale zrobione, odpowiadam z dumą, bo przecież wiem, ile mnie to kosztowało pieniędzy i cierpienia. Podrywa się i każe otworzyć usta. Zagląda mi w twarz, przyłapuje mnie na tym, że tylko na górę starczyło mi samozaparcia. Tak, to mleczne, przytakuję tylko, tak. Znów rozbieram się na polecenie, kozetka, marszczę brwi, nie mogę sobie poradzić.

On już wie. Widzę, jak zmienia się napięcie w jego twarzy. Teraz patrzy na mnie z jakimś dziwnym rodzajem ciekawości, pomieszanym ze współczuciem. Wie, dobrze wie, co mi jest. Nigdy, nawet dziś rano, nie czułam się tak bezbronna jak teraz, jak wobec tej przewagi, którą ma. Znów się ubieram, patrzę na stare kowbojki leżące na podłodze, dociera do mnie, że świat właśnie pokazał mi język. Chuja, nie dasz rady, dzwoni mi gdzieś w głowie. Nie dasz, nie ma takiej opcji. Nie chce mówić, zamiast tego wypisuje badania. Mnóstwo badań. Nazwy są tak skomplikowane, że nie umiem nawet przeczytać ich bez pomyłki. Wypełnia druki recept. Tłumaczy, że nie może jako lekarz postawić diagnozy bez dowodów, że tak nie wolno, ale nie może mnie boleć, więc tutaj jest kwitek. Takie dla starszych osób. Pomoże na pewno, ale popchnięte paracetamolem, wtedy lepiej się aktywuje.

Wychodzę więc, apteka jest po drugiej stronie ulicy, stać mnie na jedno opakowanie, biorę od razu, jak kazał. Siedzę na murku przy przystanku na Grochowskiej i nie wiem, do kogo mam zadzwonić. Zamiast tego wyciągam papierosy, nie potrafię zapalić zapalniczki, palce nie słuchają. W końcu się udaje. Zatem tak wygląda kolejny koniec, przelatują mi przez głowę zlepki myśli ze wszystkimi odmianami śmiertelnych chorób, obrazy się nakładają, kręci mi się w głowie.

Badania, muszę zrobić badania, to na pewno błąd systemu, moje ciało lubi robić sobie żarty i tyle. Muszę bardziej uważać, tyle razy mi mówili, muszę bardziej uważać. To wszystko. Przecież tragedie nie dzieją się nam, zawsze dzieją się obok. A te nasze mijają. Minie, dasz radę. Zwlekam się z murku, wracam do domu. Nie chce mi się być, ból przechodzi w dziwne otępienie, zasypiam w ubraniu, skulona w rogu łóżka, dam radę, jestem dorosła. Nie takie tragedie ludzie mają.

Skąd bierze się pieniądze na takie badania? Sobota, świat jest za grubą i brudną szybą, jestem jak naćpana strachem, ile jeszcze jest odchodzenia w byciu? Nie umiem o tym mówić. Nie umiem szukać pocieszenia i wsparcia, nie umiem być słaba. Świat nie lubi tych, którzy mają problemy, sam ma wystarczająco dużo swoich, żeby dorzucać mu własne.

Kiedy opowiada się o tym, co nieprzyjemne, ludzie też stają się nieprzyjemni. Przyglądają ci się podejrzliwie, bo albo przesadzasz, albo umierasz, nic w tym fascynującego. Nikt się z tym nie liczy, lepiej wychodzi się na dawaniu sobie rady. Cierpienie to ograny motyw, kojarzy się z żenującymi nagłówkami w szmatławcach, z wyłudzaniem odszkodowań i wysoką potrzebą atencji. Nie chce się współczucia, bo zaburza faktyczny obraz. Nie ma przy nim sprawiedliwości, jest tylko skupienie, że się nie powiodło. Że zawsze będzie stało obok, jak wyrzut sumienia, nawet bez czynnego udziału.

W laboratoriach patrzą na mnie jak na wariatkę. Trzydzieści cztery badania, nie robimy wszystkich, o które pani pyta. Magiczne tabletki od reumatologa pomagają, mam siłę szukać dalej, po tygodniu moje ręce wyglądają jak durszlak po odcedzaniu śliwek, zacienione miejsca na przedramionach są jak mapa poszukiwania skarbu, zakodowane są w nich wszystkie podróże po Warszawie, wszystkie stania w kolejkach i kolejne pożyczki. Przyglądam się sobie uważniej niż do tej pory. Dopiero teraz znam na pamięć każdy fragment swojego ciała, umiem narysować z zamkniętymi oczami wszystkie pieprzyki i rozstępy, znam swój dom.

Zgodnie z umową po każdych odebranych wynikach dzwonię na prywatny numer do lekarza i referuję, a on dorzuca kolejne, usuwając z listy inne. Czas zlewa się w jakąś dziwną masę, płynie obok, zupełnie na mnie nie patrzy. Z całym stosem papierów i dziwnych oznaczeń wracam w końcu na Grochowską. W gabinecie na długo dzieli nas cisza. Widzę, jak medykowi marszczy się czoło, pociera kciukiem miejsce między brwiami. Kiedy kończy, patrzy na mnie, a mnie zaczyna się tłuc ser-ce.

Wyrok. Nie mówi od razu, szuka przez moment sposobu, jak zacząć. Słowa, które padają potem, zmieniają mnie już na zawsze. Stara się być serdeczny, opowiada, że to rzadkie, że nie ma lekarstwa, że geny, że dwie choroby. Padają nazwy, jakieś dziwne terminy, kiedyś wózek, utrata słuchu, nie będzie dzieci, nie wolno tramadoli, nie powinna pani, będzie z wiekiem gorzej, nie wiem, jakim cudem nikt tego wcześniej nie zauważył. Wie pani, takie historie są w książkach, uczą nas o tym, ale przypadki nie docierają do gabinetów, łatwo zapomnieć. Tyle lat praktyki, nie mogłem uwierzyć, jak przyszła pani pierwszy raz, nigdy nie widziałem. Dociera do mnie co drugie słowo, zastygłam w bezruchu i wysadziło mi korki. Pyta kilka razy, czy chcę wody, czy wszystko w porządku. Tak, jak zawsze, przecież dam radę. Mój własny głos brzmi jak głos automatu z telefonów z promocjami na tanią pościel, proszę mechanicznie, żeby opowiedział mi o tym jak dziecku. Tak, żebym rozumiała.

Stawia przede mną szklankę z wodą, której nie chciałam, i zaczyna snuć opowieść o domu, w którym prąd podłączono zgodnie z zasadami i wszystko działa. Potem rysuje mi na kartce drugi dom i tłumaczy, że tutaj sieć zamontowali na lewo, kombinując i wierząc, że będzie działać. I działa, tylko czasami coś wybucha, coś się przepala, iskry idą ze ścian. Pani jest tym drugim, dopowiada. Chcę wiedzieć, co mogę zrobić, zawsze da się przecież coś zrobić, zawsze jest wyjście. Nic, pada odpowiedź. Nie zmieni pani tego zapisu w genach. Nie może pani nic zrobić, nie umiem pani odpowiedzieć. Nie ma opisanych przypadków korelacji jednego z drugim, każdy organizm sam walczy o przetrwanie po swojemu. Jest w tym jakaś dziwna troska, opowiada o konsultowaniu mnie z Irlandią, o komórkach macierzystych, o szukaniu alternatyw.

Więc jestem. Mam dwadzieścia osiem lat, jest koniec maja, niebo spadło mi na łeb tym razem porządnie. Kiedy wychodzę z gabinetu, nie czuję zupełnie nic. Lekarz każe mi się trzymać i nie wydawać pieniędzy na wizyty, nie ma sensu, bo tego się nie leczy. Receptę może mi zaocznie, kiedy znów będzie potrzeba. Niech pani puści totka, przyciąga pani niemożliwe. Puszczam. Trafiam trójkę. Nie można być zawsze wyjątkowym.

Więc to tak. Jesteś zepsuta. Będziesz zepsuta. Będzie bolało. Będzie wózek i podcieranie tyłka. Nie będziesz matką. Nie będziesz już sprawna tak, jak powinnaś. Nagle przypomina mi się, ile mam tych powinnaś w swoim życiu. Dojeżdżam tramwajem tylko do Centrum, dalej idę piechotą. W dół, wzdłuż Łazienek, powoli robi się ciemno. Chcę iść. Chcę czuć moje nogi i im wierzyć. Im, nie lekarzom, kosmos się myli, ludzie tym bardziej. W końcu zaczynam płakać. Nikt mnie nie widzi, mogę w końcu płakać. Odpalam papierosa jednego od drugiego, łzy kapią bezwiednie, oto więc jestem. Żart loterii, wszystko już rozumiem, wcale nie jestem łamagą, mam ochotę krzyczeć. To nigdy nie była moja wina, nikt nie dał mi prawa wyboru. Rozgrzeszam się, ale dalej mi wstyd.

Dopiero na wysokości Dolnej wsiadam do autobusu, przy mieszkaniu kupuję dwie butelki wina. Pierwszą wypijam jeszcze z kieliszka, udając, że daję radę. Drugą piję z gwinta. Teraz płaczę już tak, że boli mnie cała klatka piersiowa, nie mogę złapać oddechu. Impreza stulecia. Ja, moje ciało, moje nowe życie. Nie mam kogo za to obwiniać, więc obwiniam siebie. Nie mam już żadnego powinnaś w zanadrzu. Mam pretensje do świata o to, że pozwolił mi cierpieć. Nie do tego, że cierpię. Że będę. O to, że przyglądał mi się ze spokojem, jak chciałam zakładać rodzinę. Przecież on doskonale wiedział, że nie jestem do tego zdolna, że nie da się zrobić niczego, mimo wszystko mi pozwalał. Uczynił mnie płodną jak cholernego królika, dał mi instynkt, zamiast zatrzymać mnie w tym wszystkim. Kiedy ja wpadałam w obłęd, on przyglądał mi się ze spokojem. Czasami sobie myślę, że może stał wtedy oparty plecami o lamperię z olejnej farby i mrużył oczy.

Za pierwszym razem miałam ledwo dwadzieścia lat i wierzyłam w to, że tak musi być. Siedem lat i siedem lat wia-ry, że w końcu się uda. Ile razy można zajść w ciążę w ciągu siedmiu lat? Nawet odliczając wszystkie te momenty, kiedy noga w gipsie, kiedy nie było z kim, kiedy choroba, grypa i inne nieszczęścia? Ile razy można sobie udowadniać w ciągu siedmiu lat, że jest się wyluzowanym?

Straciłam dziecko. Straciłam dzieci. Teraz dodatko-wo jeszcze nadzieję. To bardzo dziwne uczucie, kiedy jesteś pewien, że wszystko będzie dobrze, ale dobrze nie jest nic. Chyba tak naprawdę nic. Nie da się z tym pogodzić, bo jak pogodzić się z największą tragedią świata? Nieprawda, że za każdym razem jest prościej, nie da się porównać tego, która śmierć jest gorsza, bo najgorsze jest mówienie, że tak miało być. Jeszcze nie dziecko, już dziecko.

Patrzę na siebie w lustrze, zupełnie naga, nie poszłam jeszcze pod prysznic, żeby zmyć z sobie wczorajszą traumę. To ja. Załamania i wypukłości, niemal brak blizn. Zupełnie nie wyglądam na kogoś, kto zmaga się z wrodzoną łamliwością kości, nie wyglądam jak dzieci z reklam. Inna odmiana. Nie widać. Mam metr siedemdziesiąt trzy. Widoczne obojczyki i szerokie biodra. Mocne nogi. Nie, nie wyglądam na kruchą. Nie wyglądam na kogoś, kogo tak łatwo uszkodzić.

Dotykam się opuszkami palców. Skóra jest cienka jak pergamin, bardzo delikatna. Miejscami przebija przez nią siatka niebieskich żył. Znajduję dwa fragmenty, które są bardziej chropowate, może wielkości pięciozłotówki. Wahnięcie kolagenu? Tak nazywał to lekarz? Wyciągam brodę do przodu i obserwuję, jak napina się szyja. Jest ładna, długa, przypomina mi się, jak kilka lat wcześniej w pociągu do Bydgoszczy starszy pan powiedział mi, że mam szyję gotyckiej Madonny. Linia ramion jest prosta, same ramiona upstrzone są gromadą piegów, które wyraźnie odcinają się od jasnej karnacji. Wracam znów na górę, mam coraz jaśniejsze oczy. Kiedyś były ciemniejsze, bardziej niebieskie, dziś kojarzą mi się z podbarwioną farbą wodą w szklance. Usta są mocno wybarwione, pełne i kształtne. Przesuwam po nich palcem, odbicie w starym lustrze na tle z boazerii robi to samo.

Moje ciało. Dociera do mnie, że nie wykroję go już na wzór z magazynów. Niby nigdy tego nie chciałam, ale przecież... Może jutro, może być lepiej, może zrób coś z tymi cholernymi biodrami, może. Niby akceptacja, ale jednak wielkie kompleksy, maskowane pewnością siebie. Niby wyzwolenie, a jednak jakieś zażenowanie podczas dzielenia z kimś nagości. Podobno ponad siedemdziesiąt procent kobiet nie jest zadowolonych ze swojego wyglądu i przez to nie są w stanie uwierzyć w sie-bie.

Ha, no to teraz mam co robić. Mam od kogo uczyć się pokory. Mam od kogo odbierać lekcję, że ideały są przereklamowane, a nikt z nas nie jest kostką masła wyjętą z formy. Moje ciało. Nieprzewidywalne. Biorę głęboki wdech i patrzę, jak unoszą się piersi, a pod nimi rysuje się linia żeber. Obserwuję się trochę tak, jak patrzy się na dzikie zwierzęta. Są piękne, ale nigdy nie wiadomo, czego się po nich spodziewać. Teraz już się delikatnie głaszczę, gdzieś poza moją świadomością zaczynają kapać mi na podłogę łzy. Nie będzie nam łatwo, to jedyne, co wiem. Będzie się psuło. Któregoś dnia mogę nie wstać. Mogę stracić słuch. Może boleć, skoro już boli. Co miesiąc będzie mi przypominało o tym, że moje zostanie matką jest na granicy cudu. Z każdym słońcem straszyć mnie będzie udarem. Moje ciało, myślę sobie, moje ciało, na co mi przyszło? Nie chce mi się pytać, dlaczego ja, to banalne i pełne pretensji, a ja nie lubię wkurwiać się w eter. Trzeba Cię kochać, powtarzam sobie w myślach, oglądając już plecy w lustrze. Trzeba Cię kochać, bo nic innego nam już nie zostało. Jeśli coś nas może uratować, Ciebie przed degradacją, a mnie przed leczeniem w psychiatryku, to miłość, w którą chyba żadne z nas nie do końca dziś wierzy. Chodź, mówię cicho do lustra, chodź do wanny, jednak sobie poleżymy, spróbuję Cię przytulić tak, jak sama teraz tego potrzebuję.

Patrzę z zazdrością na ludzi. Nieważne, jak wyglądają. Żaden z nich nie żyje na tykającej bombie. Chyba. No właśnie, skąd mogę wiedzieć, że tak faktycznie jest... Nic nie wiem, nikt nic nie wie, nie mów, nie przyznawaj się, nie opo-wiadaj, nie wolno ci zawłaszczać uwagi w ten sposób. Nie mów matkom, że straciłaś dziecko. Nie mów, że niejedno. Słuchaj z pokorą, że następnym razem na pewno się uda, słuchaj, że o siebie nie dbasz, że na pewno lepsza dieta sprawi, że przestaniesz się łamać. Przytakuj wszystkim ekspertom od twojego życia, koniecznie! Zostaw to w rękach Boga, wyjedź z kraju, strzel sobie w łeb.

Opadają mi ręce na tę nieczułość części świata, nie mówię więc nic. Nie chce mi się już przytakiwać, nie chce mi się klikać w linki o magicznych ziołach na płodność i na suplementy kolagenu, których nie przyswoję w żaden sposób, nie chce mi się. Nie chce mi się.

Ciało to ogromna fabryka, połączone naczynia. Ubrane w delikatność istnienie, zasilane różnymi substancjami z zewnątrz i nastawieniem od wewnątrz. Nawet nie wiemy, jak wyglądamy. Zdjęcia robione przez innych ludzi przyjmujemy ze zdziwieniem, kim ona jest, kim jestem, kto do cholery? A to ty. Reżyserujemy się w lustrach i szybach samochodów, napinamy w windach i witrynach sklepowych. Kto to jest? Przecież ja wyglądam inaczej...

Nie wyglądasz. Odkrywam to dzień po dniu, kiedy odwiedzam kolejnych lekarzy. Światło jarzeniówek jest bezlitosne, każda tkanka wygląda na nim jak przygotowana do sekcji. Zasinienia wychodzą na pierwszy plan, przestrzenie skóry stają się zimne i nieprzystępne. Ciało umarlaka. Tylko w przychodniach i poradniach można sprawdzić, jak będzie wyglądało się tuż po śmierci, zanim jeszcze plamy opadowe i wylewy. Świeży trup. Jeszcze ostatnie ruchy zastawek, jeszcze pozorny ruch klatki piersiowej, dziwny moment przejścia.

Patrzę na siebie w pękniętym lustrze w łazience na Lindleya. Zawsze byłam blada, córka młynarza, mimo że córka policjanta. Zawsze jednak wyglądałam na żywą, oczy mi błyszczały jak dwa guziki u nowego misia. Dziś nie. Dziś mój wzrok jest mętny, tafla ma na tej wysokości zaśniedziały fragment, cerę mam zielonkawą jak kafelki dookoła mnie. Portret pośmiertny, który mogę sobie sama namalować, jestem przecież plastykiem. Namalowała sobie na trumnę, zanim umarła, myślę sobie, to byłoby dobre. Prekursorka. Tyle tylko, że zaraz przecież zrobiliby remonty we wszystkich łazienkach i nurt by upadł.

Wyglądam jak po przyjęciu ogromnej dawki nieszczęścia, a przecież założyłam nawet sukienkę. Mam nawet wory pod oczami, których nigdy nie miałam i które znikną, jak tylko stąd wyjdę. Strasznie poważnie będę wyglądać, gdy już odejdę, przelatuje mi przez głowę. Zaczynam nawet rozumieć lekarzy, że czasami są tacy nieprzyjemni. Jarzeniówki budują dystans, a trupy też dobrze trzymać z daleka, szczególnie te żywe, bo tylko takie są przecież inwazyjne. Żarówka wydaje cichy, ale niepokojący dźwięk. Kojarzy się ze sprzętem monitorującym funkcje życiowe. Przybytki służby zdrowia działają ozdrowieńczo w strasznie pokrętny sposób – jesteś sobą tak przerażony, że chęć życia staje się najsilniejszym, co czujesz.

Jestem z pokolenia, które czuje się nieśmiertelne. Czas płynie nam dużo szybciej, ale ciągle wydaje się nam, że zostało go dużo więcej, niż upłynęło. Zostawiamy sobie masę furtek po to, żeby mieć gdzie wrócić, zakładając naiwnie, że będzie ku temu okazja. Trochę przemy do przodu, trochę się zabezpieczamy. Nie teraz, może jutro, nie ten, nie ta. Będą kolejni, ale zawsze dobrze mieć wybór. Źle znosimy porażki, na tyle źle, że unikamy ich, nie podejmując wyzwań, co jednak nie przeszkadza nam stawać ciągle na starcie wyścigu o najlepsze. Ciągle z przekonaniem, że mamy w zanadrzu wiele opcji, w razie gdyby jednak się nie powiodło.

Trochę tak, jak