Wydawca ebooka: Prószyński Media Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 272 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 47 min Lektor: Krzysztof Tyniec

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 47 min Lektor: Krzysztof Tyniec

Opis ebooka Blask fantastyczny - Terry Pratchett

Tylko jedna osoba może ocalić Świat Dysku, który sunie ku nieuniknionej z pozoru kolizji ze złowróżbną czerwoną gwiazdą. Na nieszczęście, osobą tą jest mało uzdolniony i tchórzliwy mag o imieniu Ricewind, którego po raz ostatni widziano, jak spadł poza krawędź świata...

Rincewind zostaje magicznie ściągnięty z Kosmosu, by stać się obiektem polowania wszystkich ośmiu Obrządków Magicznych, próbujących odzyskać ukryte w jego umyśle Zaklęcie. W towarzystwie Dwukwiata z Bagażem i Cohena - największego i najsłynniejszego z bohaterów Dysku (choć ostatnio trochę bez formy) - po licznych przygodach powraca do Ankh Morpork, by uczestniczyć w jednym z kluczowych wydarzeń historii i kosmologii równocześnie. Na szczęście zakończonym szczęśliwie.

Opinie o ebooku Blask fantastyczny - Terry Pratchett

Fragment ebooka Blask fantastyczny - Terry Pratchett

TEGO SAMEGO AUTORA POLECAMY:

KOLOR MAGII

*

BLASK FANTASTYCZNY

*

RÓWNOUMAGICZNIENIE

*

MORT

*

CZARODZICIELSTWO

*

ERYK

*

TRZY WIEDŹMY

*

PIRAMIDY

*

STRAŻ! STRAŻ!

*

RUCHOME OBRAZKI

*

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III, IV

*

KOSIARZ

*

WYPRAWA CZAROWNIC

*

POMNIEJSZE BÓSTWA

*

PANOWIE I DAMY

*

ZBROJNI

*

MUZYKA DUSZY

*

CIEKAWE CZASY

*

MASKARADA

*

OSTATNI BOHATER

*

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

*

NA GLINIANYCH NOGACH

*

WIEDŹMIKOŁAJ

*

WOLNI CIUTLUDZIE

*

BOGOWIE, HONOR, ANKH-MORPORK

*

OSTATNI KONTYNENT

*

CARPE JUGULUM

*

PIĄTY ELEFANT

*

PRAWDA

*

ZŁODZIEJ CZASU

*

ZIMISTRZ

*

STRAŻ NOCNA

*

POTWORNY REGIMENT

*

PIEKŁO POCZTOWE

*

ŁUPS!

*

ŚWIAT FINANSJERY

*

HUMOR I MĄDROŚĆ ŚWIATA DYSKU

*

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

*

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

*

NIUCH

*

ŻÓŁW PRZYPOMNIANY

*

PARA W RUCH

Tytuł oryginału

THE LIGHT FANTASTIC

Copyright © Terry Pratchett 1986

First published by Colin Smythe Ltd, Great Britain

All rights reserved

Projekt graficzny serii

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

Copyright © Josh Kirby / via Thomas Schlück GmbH

Redakcja

Maria Zych

Korekta

Teresa Pajdzińska

ISBN 978-83-7648-860-8

Warszawa 2013

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Słońce wschodziło powoli, jakby nie było pewne, czy w ogóle warto się wysilać.

Nad Dyskiem wstawał kolejny dzień... ale wstawał niezwykle wolno. Oto dlaczego:

Kiedy światło napotyka silne pole magiczne, traci wszelki zapał. Zwalnia natychmiast. A nad Światem Dysku magia była deprymująco silna, co oznaczało, że delikatny żółty blask płynął nad śpiącą krainą niczym łagodna pieszczota kochanka albo też, jak wolą niektórzy, jak złocisty syrop. Przystawał, by wypełnić doliny. Piętrzył się na górskich łańcuchach. Dotarł do Cori Celesti, dziesięciomilowej iglicy z szarego kamienia i zielonego lodu, która znaczyła oś Dysku i była mieszkaniem bogów. Wtedy spiętrzył się wielkimi zwałami, by runąć w pejzaż na dole niby ogromne leniwe tsunami, bezgłośne jak aksamit.

Takiego widoku nie można obejrzeć na żadnym innym świecie.

Oczywiście żaden inny świat w drodze przez gwiezdną nieskończoność nie spoczywa na grzbietach czterech słoni, które z kolei stoją na skorupie gigantycznego żółwia. Imię Jego – lub Jej, według opinii innej szkoły filozoficznej – brzmiało A’Tuin, ale nie odegra On – czy też Ona, co być może – głównej roli w opisywanych tu wypadkach. Jednak kluczem do zrozumienia Dysku jest fakt, że On – lub Ona – tam jest, niżej niż kopalnie, muł dna morskiego i fałszywe skamieliny, podrzucone przez Stwórcę, który nie miał nic lepszego do roboty niż denerwować archeologów i podsuwać im głupie pomysły.

Wielki A’Tuin, żółw gwiazd, ze skorupą oszronioną zamrożonym metanem, poznaczoną kraterami meteorów, zasypaną pyłem asteroid... Wielki A’Tuin z oczami jak pradawne morza i mózgiem rozmiarów kontynentu, w którym myśli suną niby lśniące lodowce... Wielki A’Tuin o powolnych mrocznych płetwach i skorupie polerowanej gwiazdami, pod brzemieniem Dysku płynący przez galaktyczną noc... Wielki jak światy. Stary jak Czas. Cierpliwy jak cegła.

Tu jednak filozofowie mylą się całkowicie. W istocie Wielki A’Tuin jest w znakomitym nastroju.

Wielki A’Tuin jest bowiem w całym wszechświecie jedyną istotą, która dokładnie wie, dokąd zmierza.

Oczywiście, filozofowie przez całe lata debatowali nad kwestią celu wędrówki Wielkiego A’Tuina. Często powtarzali, jak bardzo się martwią, że mogą nigdy owego celu nie poznać.

Poznają go za jakieś dwa miesiące. A wtedy naprawdę zaczną się martwić.

Co jeszcze martwiło obdarzonych wyobraźnią filozofów Dysku, to problem płci Wielkiego A’Tuina. Podejmowano ogromne wysiłki, by ustalić ją raz na zawsze.

A gdy olbrzymi ciemny kształt płynie przez pustkę jak nieskończony szylkretowy grzebień, pojawia się właśnie rezultat ostatniego z tych przedsięwzięć. To wirujący, całkowicie niesterowny kadłub „Śmiałego Wędrowca”, czegoś w rodzaju neolitycznego kosmolotu. Został skonstruowany i wypchnięty za krawędź przez kapłanów-astronomów krainy Krull, wygodnie usytuowanej na samym brzegu świata. „Śmiały Wędrowiec” dowiódł, że – niezależnie od ludzkich przesądów – istnieje coś takiego jak darmowa przejażdżka.

We wnętrzu statku przebywa Dwukwiat, pierwszy turysta Dysku. Zwiedzał go pilnie przez ostatnie kilka miesięcy, a teraz opuszcza w pośpiechu z powodów dość skomplikowanych, ale – najogólniej rzecz ujmując – mających związek z próbą ucieczki z Krulla.

Ta próba zakończyła się tysiącprocentowym sukcesem.

I chociaż wiele faktów świadczy o tym, że Dwukwiat może być również ostatnim turystą Dysku, w tej chwili podziwia on widoki.

Dwie mile ponad nim spada w otchłań mag Rincewind, przyodziany w coś, co na Dysku uchodzi za skafander kosmiczny. Strój ten można sobie wyobrazić jak kombinezon do nurkowania, projektowany przez ludzi, którzy nigdy nie widzieli morza.

Sześć miesięcy temu Rincewind był zwykłym nieudanym magiem. Potem spotkał Dwukwiata i został wynajęty jako przewodnik z niewiarygodnie wysoką pensją. Większą część czasu, jaki od tej pory upłynął, spędził, będąc ostrzeliwany, zastraszany i ścigany, wisząc nad otchłaniami bez żadnej nadziei na ratunek oraz – jak w tej chwili – spadając w te otchłanie.

Nie podziwia widoków, gdyż jego życie przewija mu się przed oczami i wszystko zasłania. Właśnie się przekonuje, dlaczego wkładając kosmiczny skafander, w żadnym razie nie należy zapominać o hełmie.

Wiele można by jeszcze powiedzieć dla wyjaśnienia, czemu ci dwaj odlatują ze swego świata i czemu Bagaż Dwukwiata – po raz ostatni widziany, gdy na setkach małych nóżek rozpaczliwie usiłował doścignąć swego pana – nie jest zwyczajnym kufrem. Jednak takie wyjaśnienia wywołują na ogół więcej kłopotów niż pożytku. Na przykład: podobno kiedyś na przyjęciu ktoś zapytał słynnego filozofa Ly Tin Weedle’a „Po co przyszedłeś?” i odpowiedź zajęła mu trzy lata.

Ważniejsze jest wydarzenie, które rozgrywa się o wiele wyżej, ponad A’Tuinem, słoniami i konającym szybko magiem. Same włókna czasu i przestrzeni mają właśnie trafić do zgrzeblarki.

Powietrze gęste było od wyraźnego napięcia magicznego i gryzące od dymu świec odlanych z czarnego wosku, o którego pochodzenie człowiek rozsądny nie powinien pytać.

Było coś niezwykłego w tej komnacie, ukrytej głęboko w podziemiach Niewidocznego Uniwersytetu, głównej magicznej uczelni Dysku. Przede wszystkim zdawało się, że ma ona zbyt wiele wymiarów nie całkiem widzialnych – raczej unoszących się tuż poza zasięgiem wzroku. Ściany pokrywały okultystyczne symbole, a większą część podłogi zajmowała Ośmiokrotna Pieczęć Bezruchu. W kręgach magów panowała opinia, że Pieczęć zdolna jest powstrzymywać wszelkie formy mocy, a jej skuteczność dorównuje celnie wymierzonej cegłówce.

Jedyne umeblowanie tej komnaty stanowił pulpit z ciemnego drewna, rzeźbiony w kształt ptaka... a raczej, szczerze mówiąc, w kształt skrzydlatego stworzenia, któremu prawdopodobnie lepiej się nie przyglądać zbyt dokładnie. Na pulpicie, umocowana do niego ciężkim łańcuchem z wieloma kłódkami, leżała księga.

Nie wyglądała szczególnie imponująco. Inne księgi w bibliotece uniwersytetu miały okładki wysadzane rzadkimi klejnotami i cennym drewnem albo zrobione ze smoczej skóry. Ta była oprawiona w zwyczajną, dość wytartą skórę. Wyglądała jak książka, którą w bibliotecznych katalogach określa się jako „lekko podniszczona”, choć uczciwość nakazuje przyznać, że sprawiała wrażenie nadniszczonej, przedniszczonej, zaniszczonej, a prawdopodobnie również śródniszczonej.

Spinały ją metalowe klamry. Nie były zdobione, jedynie bardzo ciężkie – podobnie jak łańcuch, który nie tyle mocował księgę do pulpitu, ile ją do niego przykuwał. Klamry wyglądały jak dzieło człowieka, który myślał o czymś bardzo konkretnym i który większą część życia poświęcił wyrabianiu uprzęży do ujeżdżania słoni.

Powietrze gęstniało i wirowało. Karty księgi zaczynały się marszczyć w okropny, zdecydowanie świadomy sposób. Cisza w komnacie nabierała mocy niby z wolna zaciskana pięść.

Pół tuzina magów w nocnych koszulach kolejno zaglądało do środka przez małe okratowane okienko w drzwiach. Żaden z nich nie mógłby zasnąć, gdy działo się coś takiego. Spiętrzenie pierwotnej magii zalewało uniwersytet jak fala.

– Już jestem! – zawołał jakiś głos. – O co chodzi? I czemu mnie nie wezwano?

Galder Weatherwax, Najwyższy Wielki Mag Obrządku Srebrnej Gwiazdy, Lord Imperator Uświęconej Laski, Impissimus Ósmego Stopnia i 304 Rektor Niewidocznego Uniwersytetu, nie był postacią zwyczajnie imponującą nawet w czerwonej nocnej koszuli w ręcznie haftowane magiczne runy, w długiej szlafmycy z chwościkiem i ze świecą w kształcie krasnoludka w dłoni. Był postacią imponującą nawet w pluszowych kapciach z pomponami.

Sześć przerażonych twarzy zwróciło się ku niemu.

– Ehm... Wezwano cię, panie – zauważył jeden z podmagów. – Dlatego tu jesteś – dodał tonem przypomnienia.

– Chciałem powiedzieć: dlaczego nie wezwano mnie wcześniej? – warknął Galder, przeciskając się do drzwi.

– Ee... wcześniej niż kogo, panie? – nie zrozumiał mag.

Galder spojrzał na niego groźnie, po czym zaryzykował szybki rzut oka przez kratkę.

Powietrze w komnacie migotało od maleńkich rozbłysków – to drobiny kurzu płonęły w strumieniu pierwotnej magii. Pieczęć Bezruchu zaczynała puchnąć i zwijać się przy krawędziach.

Księgę, o której mowa, nazywano Octavo. Najwyraźniej nie była to zwykła księga.

Naturalnie, istnieje wiele słynnych ksiąg magii. Niektórzy wymieniają tu Necrotelicomnicon o kartach ze skóry pradawnych jaszczurów; inni wskazują Księgę Wyjścia Koło Jedenastej, spisaną przez tajemniczą i dość leniwą sektę lamaistyczną; inni jeszcze wspominają o Grimoire Skuterów, zawierającej podobno jedyny oryginalny dowcip, jaki pozostał jeszcze we wszechświecie. Wszystkie one jednak to zwykłe pamflety wobec Octavo. Legenda głosi, że Stwórca – z typowym dla siebie roztargnieniem – pozostawił ją na Dysku wkrótce po zakończeniu swego głównego dzieła.

Osiem zaklęć uwięzionych na kartach księgi żyło własnym, tajemnym i złożonym życiem. Powszechnie wierzono, że...

Galder zmarszczył brwi, widząc panujący w komnacie chaos. Naturalnie, teraz pozostało w księdze tylko siedem zaklęć. Jakiś młody idiota, student magii, zdołał kiedyś zerknąć do księgi i jedno z zaklęć wyrwało się i utkwiło mu w pamięci. Nikt nie zdołał do końca pojąć, jak do tego doszło. Jak on się nazywał? Winswand?

Na grzbiecie księgi zapalały się oktarynowe i fioletowe iskry. Z pulpitu uniosła się cienka smużka dymu, a spinające okładki ciężkie metalowe klamry wyglądały na bardzo wyczerpane.

– Dlaczego zaklęcia są takie niespokojne? – zapytał jeden z młodszych magów.

Galder wzruszył ramionami. Nie mógł tego okazać, ale zaczynał się naprawdę niepokoić. Jako wytrawny czarnoksiężnik ósmego stopnia dostrzegał na wpół wyimaginowane kształty, które pojawiały się przelotnie w rozedrganym powietrzu, przymilały się i kiwały do niego. Jak burza ściąga komary, tak ciężkie spiętrzenia magii zawsze przywabiają stwory z chaotycznych Wymiarów Piekieł – paskudne stwory, całe ze śluzu i poskładanych byle jak organów. Szukały szczeliny, by wśliznąć się do świata ludzi1.

Trzeba temu zapobiec.

– Potrzebny mi ochotnik – oznajmił stanowczo.

Nagle zapadła cisza. Tylko zza drzwi dobiegały jakieś dźwięki. Były to nieprzyjemne ciche trzaski ustępującego pod naciskiem metalu.

– No dobrze – rzekł Galder. – W takim razie potrzebuję srebrnych szczypiec, kwarty kociej krwi, małego bicza i krzesła...

Mówi się, że cisza jest przeciwieństwem hałasu. Nieprawda. Cisza jest tylko brakiem hałasu. Cisza byłaby straszliwym harmidrem w porównaniu z nagłą, cichą implozją bezdźwięczności, która trafiła magów z siłą wybuchu dmuchawca.

Z księgi wystrzeliła gruba kolumna ostrego blasku, w fali ognia uderzyła o sklepienie i zniknęła.

Galder spojrzał w otwór, nie zwracając uwagi na tlące się kosmyki brody. Dramatycznym gestem wyciągnął rękę.

– Na wyższe piętra! – krzyknął i ruszył biegiem po kamiennych stopniach, klapiąc kapciami i powiewając połami nocnej koszuli.

Inni magowie ruszyli za nim, przewracając się jeden o drugiego w swej gorliwości pozostania w tyle.

Mimo to wszyscy zdążyli zobaczyć, jak ognista kula magicznego potencjału znika w suficie komnaty.

Pomieszczenie to było kiedyś częścią biblioteki, ale przepływająca magia odmieniła na swej drodze wszystkie cząstki prawdopodobieństwa. Dlatego rozsądne wydawało się założenie, że małe fioletowe traszki były wcześniej elementem podłogi, a ananasowy budyń – książkami. Kilku magów przysięgało, że siedzący pośród tego chaosu nieduży smętny orangutan przypominał głównego bibliotekarza.

Galder spojrzał w górę.

– Do kuchni! – ryknął i pobrnął przez budyń ku schodom.

Nikt nigdy nie wykrył, w co zmienił się wielki piec z lanego żelaza, ponieważ wybił dziurę w ścianie i zdążył uciec, zanim do kuchni wpadła gromada magów w rozwianych koszulach. Głównego specjalistę przyrządzania jarzyn odkryto później w kotle na zupę. Bełkotał jakieś słowa bez związku, w stylu „Kłykcie! Straszliwe kłykcie!”.

Ostatnie smugi magii, teraz już powolniejsze, znikały w suficie.

– Do Głównego Holu!

Schody były tu o wiele szersze i lepiej oświetlone. Zasapani i pachnący ananasem co sprawniejsi magowie dotarli na miejsce, gdy ognista kula wzleciała do połowy wysokości przewiewnej sali, będącej holem wejściowym Niewidocznego Uniwersytetu. Tu zawisła nieruchomo, jeśli nie liczyć drobnych wypustków, które strzelały z powierzchni i natychmiast zapadały się z powrotem.

Jak powszechnie wiadomo, magowie palą. To zapewne tłumaczy chór grobowych kaszlnięć i zgrzytów podobnych do dźwięku piły, które wybuchły nagle za Galderem. On zaś stał nieruchomo, oceniał sytuację i myślał, czy ośmieli się rozejrzeć za jakąś kryjówką. Chwycił za ramię przerażonego studenta.

– Sprowadź mi widzących, przyszłowidzących, patrzących w kryształowe kule i zerkających do wnętrza – warknął. – Niech to przebadają.

W ognistej kuli tworzyła się jakaś forma. Galder zmrużył oczy i obserwował niewyraźny kształt. Nie mógł się mylić; to powstawał wszechświat.

Był tego całkiem pewien, ponieważ w swojej pracowni miał jego model i wszyscy uważali, że wygląda on o wiele bardziej imponująco niż oryginał. Stwórca gubił się wobec możliwości drobnych pereł i srebrnego filigranu.

Ale maleńki wszechświat w kuli ognia był nieprzyjemnie... no... rzeczywisty. Brakowało mu tylko koloru. Pozostawał półprzejrzyście mglisto biały.

Galder widział Wielkiego A’Tuina, cztery słonie i sam Dysk. Ze swego miejsca nie rozróżniał szczegółów powierzchni, ale miał lodowatą pewność, że została wymodelowana z absolutną dokładnością. Dostrzegał jedynie miniaturową replikę Cori Celesti, na którego szczycie szczytów żyją kłótliwi, drobnomieszczańscy bogowie świata. Mieszkają w pałacu, w wyłożonych marmurem, alabastrem i pluszem trzypokojowych apartamentach, które zechcieli nazwać Dunmanifestin. Obywateli Dysku z pretensjami do wyższej kultury zawsze irytowała myśl, że rządzą nimi bogowie, dla których przykładem wzniosłego przeżycia artystycznego jest dzwonek do drzwi z melodyjką.

Maleńki, embrionalny wszechświat poruszył się lekko, przechylił...

Galder próbował krzyknąć, lecz głos odmówił mu posłuszeństwa.

Spokojnie, ale z niepowstrzymaną siłą eksplozji kształt się rozrósł.

Mag patrzył ze zgrozą, a potem ze zdumieniem, jak przenika przez niego lekko niby myśl. Wyciągnął rękę i obserwował blade widma warstw skalnych, w pracowitej ciszy cieknące mu przez palce.

Wielki A’Tuin, większy już od domu, opadł wolno poniżej poziomu podłogi.

Magowie za Galderem stali zanurzeni po piersi w morzach. Jego uwagę zwróciła na moment łódka nie większa od kolca ostu. Po chwili zniknęła w ścianie i odpłynęła.

– Na dach! – wykrztusił, drżącym palcem wskazując w niebo.

Magowie, którym zostało jeszcze dość rozumu, by myśleć, i dość tchu, by biegać, ruszyli za nim. Pędzili przez kontynenty, gładko wsuwające się w lity kamień.

Wciąż trwała noc zabarwiona obietnicą świtu. Zachodził księżyc. Ankh-Morpork, największe miasto na ziemiach wokół Okrągłego Morza, spało.

To zdanie nie jest całkiem prawdziwe.

Z jednej strony ci obywatele miasta, którzy zwykle zajmują się, na przykład, sprzedażą warzyw, podkuwaniem koni, rzeźbieniem wyszukanych ozdób z nefrytu, wymianą pieniędzy czy produkcją stołów – ogólnie rzecz biorąc, spali. Chyba że cierpieli na bezsenność. Albo wstali nocą – co się zdarza – żeby wyjść do toalety. Z drugiej strony wielu mniej praworządnych mieszkańców było całkiem przytomnych i – na przykład – przechodzili przez cudze okna, podrzynali gardła, toczyli ze sobą bójki i w ogóle znacznie lepiej się bawili. Spała za to większość zwierząt, z wyjątkiem szczurów. I nietoperzy, ma się rozumieć. Jeśli chodzi o owady...

Rzecz w tym, że takie opisowe zdania niezwykle rzadko precyzyjnie oddają stan faktyczny. Za panowania Olafa Quimby II, Patrycjusza Ankh, wydano odpowiednie prawa ograniczające użycie tego typu wyrażeń i wprowadzające do opowieści pewną dokładność. Stąd też, gdy legenda mówiła o znanym bohaterze, że „wszyscy sławili jego męstwo”, każdy ceniący swe życie bard dodawał szybko: „z wyjątkiem kilku osób z rodzinnej wioski, które uważały go za kłamcę, oraz tych – a było ich niemało – którzy wcale o nim nie słyszeli”. Poetyckie metafory zostały ściśle ograniczone do sformułowań typu: „jego wspaniały rumak był chyży jak wiatr w dość spokojny dzień, powiedzmy – wiatr o sile trzech stopni”. Każda przypadkowa uwaga o pięknolicej, której twarz tysiąc okrętów wyprawiła w morze, musiała zostać poparta dowodem, że obiekt pożądania istotnie przypomina butelkę szampana.

Quimby zginął w końcu z ręki niechętnego poety podczas próby przeprowadzonej na terenie pałacu. Eksperyment miał wykazać wątpliwą precyzję przysłowia „Pióro mocniejsze jest od miecza”. Dla uczczenia pamięci władcy zmieniono je, uzupełniając zdaniem: „wyłącznie jeśli miecz jest bardzo mały, a pióro bardzo ostre”.

Do rzeczy. Około sześćdziesięciu siedmiu, może sześćdziesięciu ośmiu procent miasta spało. Co nie znaczy, że inni obywatele, zajęci swymi na ogół przestępczymi sprawami, zauważyli bladą falę zalewającą ulice. Jedynie magowie, przyzwyczajeni do widzenia tego, co niewidzialne, obserwowali, jak pieni się na odległych polach.

Dysk, jako że jest płaski, nie posiada prawdziwego horyzontu. Niektórzy żądni przygód żeglarze, którym od długiego wpatrywania się w jajka i pomarańcze przychodzą do głowy głupie pomysły, próbowali czasem dopłynąć na antypody. I szybko się przekonywali, dlaczego odległe statki wyglądają czasem tak, jakby ginęły za krawędzią świata. Dlatego mianowicie, że giną za krawędzią świata.

Jednakże w zapylonej i mglistej atmosferze nawet wzrok Galdera podlegał pewnym ograniczeniom. Mag podniósł głowę. Wysoko nad uniwersytetem wznosiła się posępna i starożytna Wieża Sztuk, podobno najstarsza budowla Dysku, ze słynnymi spiralnymi schodami o ośmiu tysiącach ośmiuset osiemdziesięciu ośmiu stopniach. Z jej dachu, otoczonego blankami i będącego siedzibą kruków i niepokojąco czujnych maszkaronów, mag potrafił sięgnąć wzrokiem do samej krawędzi Dysku. Oczywiście po dziesięciu mniej więcej minutach przeraźliwego kaszlu.

– Niech to... – mruknął Galder. – W końcu po co jestem magiem? Aviento, thessalous! Będę latał! Do mnie, duchy powietrza i ciemności!

Wyciągnął pomarszczoną dłoń i wskazał fragment pokruszonego parapetu. Spod poplamionych nikotyną palców strzelił oktarynowy płomień i uderzył o nadgniły kamień w górze.

Kamień runął. Dzięki precyzyjnie wyliczonej wymianie pędów Galder uniósł się w górę, a nocna koszula trzepotała mu wokół chudych nóg. Wyżej, wciąż wyżej wzlatywał, pędząc przez bladą poświatę niczym... no dobrze, niczym podstarzały, ale potężny mag, unoszony dzięki mistrzowskiemu pchnięciu kciukiem wagi wszechświata.

Wylądował wśród starych gniazd, odzyskał równowagę i spojrzał na oszałamiającą wizję świtu na Dysku.

O tej porze długiego roku Morze Okrągłe znajdowało się niemal dokładnie po stronie zachodu słońca od Cori Celesti. I kiedy światło dnia ściekało na krainy wokół Ankh-Morpork, cień góry rozcinał widnokrąg jak gnomon słonecznego zegara Boga. Jednak od strony nocy, ścigającej się z powolnym blaskiem aż do krańca świata, nadal kłębiła się linia białej mgły.

Za plecami usłyszał trzask suchych gałązek. Obejrzał się – to nadszedł Ymper Trymon, drugi co do ważności w Obrządku i jedyny mag, który potrafił nadążyć za mistrzem.

Galder zignorował go chwilowo. Dbał tylko o to, by mocno trzymać się kamieni i wzmacniać personalne zaklęcia ochronne. Awanse nie zdarzały się często w fachu, który tradycyjnie gwarantował długie życie. Nikt więc nie miał pretensji do młodszego maga, jeśli próbował zająć miejsce swego mistrza – uprzednio usunąwszy stamtąd poprzedniego lokatora. Poza tym było w Trymonie coś niepokojącego. Nie palił i pił wyłącznie przegotowaną wodę. Galder żywił niemiłe podejrzenie, że jest sprytny. Nie uśmiechał się zbyt często, lubił liczby i przedziwne schematy struktur organizacyjnych, na których była masa kwadracików i strzałek wskazujących inne kwadraciki. Krótko mówiąc, był takim człowiekiem, który potrafi użyć słowa „personel” i nie żartować.

Cały widzialny Dysk okrywała teraz migotliwa biała skóra. Pasowała idealnie.

Galder spojrzał na własne dłonie. Przesłaniała je blada sieć lśniących nitek, które podążały za każdym ruchem palców.

Rozpoznał to zaklęcie. Sam takich używał. Ale jego były słabsze... o wiele słabsze.

– To czar Przemiany – oświadczył Trymon. – Cały świat ulega zmianie.

Niektórzy, pomyślał niechętnie Galder, mieliby dość przyzwoitości, żeby na końcu takiego zdania umieścić wykrzyknik.

Zabrzmiał delikatny, czysty dźwięk, wysoki i ostry, jakby myszy pękło serce.

– Co to było? – spytał Galder.

Trymon pochylił głowę.

– Chyba ton cis.

Rektor milczał. Biała mgła zniknęła i do obu magów zaczynały docierać pierwsze odgłosy budzącego się miasta. Wszystko wydawało się dokładnie takie samo jak poprzednio. Więc tyle wysiłku tylko po to, żeby nic się nie zmieniło?

Galder poklepał się po kieszeniach nocnej koszuli, a po chwili odnalazł obiekt poszukiwań za uchem. Wsunął do ust wilgotny niedopałek, wezwał magiczny ogień spomiędzy palców i zaciągnął się dymem tak mocno, aż niebieskie światełka rozbłysły mu przed oczami. Raz czy dwa zakaszlał.

Zastanawiał się głęboko.

Próbował sobie przypomnieć, czy jacyś bogowie nie mają wobec niego długu wdzięczności.

Tymczasem bogowie byli równie zdziwieni jak magowie. Byli też bezsilni i w tej kwestii niezdolni do jakiegokolwiek działania. Zresztą i tak zajmowała ich trwająca całe eony wojna z Lodowymi Gigantami, którzy nie chcieli im zwrócić pożyczonej kosiarki do trawy.

Jakąś wskazówkę dotyczącą sensu tych zdarzeń można dostrzec w fakcie, że Rincewind stwierdził, iż wcale nie kona, ale zwisa głową w dół z gałęzi sosny. I to w chwili, gdy jego przeszłe życie dotarło właśnie do całkiem interesującego fragmentu, kiedy miał piętnaście lat. Bez trudu znalazł się na ziemi, spadając z jednej gałęzi na drugą, aż wylądował na stosie sosnowych igieł. Leżał tam nieruchomo, dyszał ciężko i żałował, że nie był lepszym człowiekiem.

Wiedział, że gdzieś istnieje absolutnie logiczne wytłumaczenie faktu, że ktoś w jednej chwili umiera, spadając z brzegu świata, a w następnej wisi głową w dół na drzewie.

I – jak zwykle w takich chwilach – w myślach wezbrało mu Zaklęcie.

Nauczyciele na ogół uważali wrodzony talent Rincewinda do magii za równy wrodzonym talentom ryb do górskich wspinaczek. Pewnie i tak zostałby usunięty z Niewidocznego Uniwersytetu – nie potrafił spamiętać zaklęć, a od papierosów dostawał mdłości. Ale prawdziwe kłopoty sprowadziła na niego dopiero ta głupia historia, kiedy to zakradł się do komnaty, gdzie przykute do pulpitu leżało Octavo. I otworzył je.

Sprawę jeszcze bardziej gmatwało to, że nikt właściwie nie wiedział, dlaczego na tę chwilę wszystkie zamki zostały otwarte.

Zaklęcie nie było kłopotliwym lokatorem. Po prostu siedziało w pamięci jak stara ropucha na dnie stawu. Ale kiedy tylko Rincewind czuł się wyjątkowo zmęczony albo przestraszony, Zaklęcie próbowało zostać wypowiedziane. Nikt nie wiedział, co nastąpi, gdy jedno z Ośmiu Wielkich Zaklęć wypowie się samo z siebie. Wyrażano jednak zgodne opinie, że najlepszym miejscem do obserwacji efektów byłby sąsiedni wszechświat.

To dość niezwykła myśl, skoro przyszła mu do głowy, gdy leżał na stosie igieł, ledwie spadł za krawędź świata... ale Rincewind miał uczucie, że Zaklęcie dba o jego życie.

To mi odpowiada, pomyślał.

Usiadł i rozejrzał się. Był miejskim magiem. Wiedział wprawdzie, że rozmaite gatunki drzew różnią się między sobą, dzięki czemu ich ukochani i najbliżsi potrafią je rozpoznać. Ale sam był pewien tylko jednego: że koniec bez liści powinien tkwić w ziemi. Wokół znajdowało się zbyt wiele drzew, ustawionych w całkowitym bezładzie. Od wieków chyba nikt tu nie sprzątał.

Przypominał sobie niejasno, że aby poznać, gdzie człowiek się znalazł, należy sprawdzić, którą stronę pnia porasta mech. Te drzewa miały mech ze wszystkich stron, a prócz tego bulwiaste narośle i sękate stare konary. Gdyby drzewa były ludźmi, tutejsze siedziałyby w fotelach na biegunach.

Rincewind kopnął najbliższe. Z bezbłędną dokładnością zrzuciło na niego żołądź.

– Au – mruknął.

Drzewo odpowiedziało głosem podobnym do dźwięku otwieranych bardzo starych drzwi.

– Dobrze ci tak.

Na długą chwilę zapadła cisza.

– Ty to powiedziałeś? – zapytał wreszcie Rincewind.

– Tak.

– I to też?

– Tak.

– Aha. – Zastanowił się. Po czym spróbował: – A może przypadkiem wiesz, jak wyjść z tego lasu?

– Nie. Nie podróżuję zbyt często – odparło drzewo.

– To chyba nie bardzo ciekawe zajęcie: być drzewem.

– Nie mam pojęcia. Nigdy nie byłem niczym innym.

Rincewind przyjrzał się drzewu uważnie. Wyglądało dokładnie tak jak wszystkie inne drzewa, które dotąd widywał.

– Jesteś magiczne? – spytał.

– Nikt mi tego nie mówił – stwierdziło drzewo. – Ale chyba tak.

Nie mogę rozmawiać z drzewem, myślał Rincewind. Gdybym rozmawiał z drzewem, byłbym szaleńcem. A nie jestem szaleńcem, zatem drzewa nie mówią.

– Do widzenia – rzekł stanowczo.

– Zaraz, nie odchodź – zaczęło drzewo, ale natychmiast zrozumiało, że to beznadziejne.

Obserwowało, jak Rincewind, zataczając się, brnie przez krzaki. Potem wróciło do wyczuwania słońca na liściach, chlupotu i bulgotania wody wokół korzeni, pływów i prądów soku odpowiadającego na naturalne przyciąganie słońca i księżyca. Nieociekawe, myślało. Dziwne określenie. Drzewa mogą ociekać, robią to po każdym deszczu, ale jemu chodziło chyba o coś innego. I jeszcze: czy można być czymś innym?

Rincewind nigdy już nie rozmawiał z tym szczególnym drzewem, ale ich krótka wymiana zdań posłużyła za fundament pierwszej drzewnej religii, która z czasem ogarnęła wszystkie lasy świata. Podstawowy dogmat wiary owej religii brzmiał: jeśli drzewo było dobrym drzewem, jeśli prowadziło życie czyste, przyzwoite i uczciwe, może być pewne przyszłego życia po śmierci. A jeśli było drzewem naprawdę dobrym, kiedyś dostąpi reinkarnacji jako pięć tysięcy rolek papieru toaletowego.

Kilka mil dalej Dwukwiat także był zdumiony swym nagłym powrotem na Dysk. Siedział na kadłubie „Śmiałego Wędrowca”, który z bulgotem pogrążał się wolno w ciemnych wodach sporego jeziora otoczonego lasem.

To dziwne, ale Dwukwiat specjalnie się nie zmartwił. Był turystą, pierwszym z gatunku, który na Dysku ewolucja miała dopiero stworzyć. Podstawę jego istnienia stanowiło niewzruszone przekonanie, że nic złego nie może mu się przytrafić... ponieważ on się nie miesza. Wierzył także, że każdy może zrozumieć, co się do niego mówi, pod warunkiem że mówi się głośno i powoli. Jak również że ludzie są generalnie godni zaufania i że między ludźmi dobrej woli można rozwiązać każdy problem, jeśli tylko będą kierowali się rozsądkiem.

Pozornie dawało mu to szansę przetrwania minimalnie mniejszą niż, powiedzmy, śledzia w mydlinach. Jednak ku zdumieniu Rincewinda wszystko to zdawało się sprawdzać. Całkowite lekceważenie wszelkich zagrożeń sprawiało jakoś, że zagrożenia zniechęcały się, rezygnowały i znikały.

Zwykła groźba utonięcia nie miała żadnych szans. Dwukwiat był pewien, że w dobrze zorganizowanym społeczeństwie ludzie nie mogą ot, tak sobie, tonąć. Martwił się za to, gdzie podział się jego Bagaż. Pocieszył się myślą, że Bagaż zrobiony jest z myślącej gruszy i powinien mieć dość rozumu, żeby sam o siebie zadbał.

W jeszcze innej części lasu młody szaman przechodził niezwykle istotny element swego szkolenia. Zjadł świętego muchomora, wypalił uświęcone kłącze, starannie roztarł na proszek mistyczny grzyb i umieścił go w rozmaitych otworach ciała. Teraz, siedząc ze skrzyżowanymi nogami pod sosną, koncentrował się przede wszystkim na nawiązaniu kontaktu z niezwykłymi i cudownymi tajemnicami jądra Istnienia, głównie zaś na powstrzymaniu czubka głowy, by nie odkręcił się od pozostałej części i nie odleciał.

W jego wizjach wirowały błękitne czworoboczne trójkąty. Od czasu do czasu uśmiechał się mądrze do niczego konkretnego i wypowiadał słowa typu: „Ou!” albo „Ach”.

Wtem coś zadrżało w powietrzu i nastąpiło zjawisko, które później opisał jako „coś w rodzaju jakby eksplozji, tylko na odwrót, rozumiecie”. I nagle tam, gdzie przedtem niczego nie było, pojawiła się duża, poobijana, drewniana skrzynia.

Wylądowała ciężko na kupie liści, wysunęła dziesiątki małych nóżek i odwróciła się niezgrabnie, by spojrzeć na szamana. To znaczy, nie miała wprawdzie twarzy, ale nawet wśród grzybowej mgiełki młody człowiek był przeraźliwie pewien, że skrzynia mu się przygląda. I to nie z sympatią. Zadziwiające, jak złośliwie może wyglądać dziurka od klucza i kilka otworów na sznury.

Ku niewypowiedzianej uldze szamana kufer wykonał gest podobny do drewnianego wzruszenia ramionami, po czym lekkim truchtem odbiegł między drzewa.

Z nadludzkim wysiłkiem szaman przypomniał sobie właściwą sekwencję poruszeń prowadzącą do wstania. Zdołał nawet przejść kilka kroków, nim spojrzał w dół i zrezygnował, gdyż skończyły mu się nogi.

Tymczasem Rincewind znalazł ścieżkę. Zakręcała często i pewniej by się czuł, gdyby była wybrukowana. Jednak podążał nią, bo uznał, że zawsze to jakieś zajęcie.

Kilka drzew usiłowało nawiązać rozmowę, lecz Rincewind był niemal pewien, że nie jest to normalne zachowanie drzew. Dlatego je ignorował.

Dzień się wydłużał. Nie dochodził tu żaden dźwięk z wyjątkiem brzęczenia żądlących owadów, z rzadka trzasku padającej gałęzi i szeptów drzew dyskutujących o religii i problemach z wiewiórkami. Rincewind zaczynał odczuwać samotność. Wyobraził sobie, że na zawsze już ma zamieszkać w lesie, sypiać na liściach i żywić się... żywić się... tym, czym można się w lesie pożywić. Drzewami, jak przypuszczał, orzechami i jagodami. Będzie musiał...

– Rincewind!

Z przeciwka nadchodził ścieżką Dwukwiat. Ociekał wodą, ale promieniał z radości. Bagaż biegł za nim (cokolwiek wykonanego z drewna myślącej gruszy podąża za swoim właścicielem wszędzie; z drewna tego często budowane są kufry wkładane do grobów bardzo bogatych zmarłych królów, którzy nowe życie na tamtym świecie chcieliby rozpocząć z czystą bielizną na zmianę).

Rincewind westchnął. Do tej chwili uważał, że jego sytuacja gorsza już być nie może.

Zaczął padać wyjątkowo mokry i zimny deszcz. Rincewind i Dwukwiat siedzieli pod drzewem i przyglądali mu się.

– Rincewind...

– Tak?

– Dlaczego tu jesteśmy?

– No cóż... Niektórzy twierdzą, że Stwórca Wszechświata zrobił Dysk i wszystko, co się na nim znalazło. Inni uważają, że to bardzo skomplikowana historia, w której ważną rolę grają jądra Boga Niebios i mleko Niebiańskiej Krowy. Jeszcze inni przekonują, że powstaliśmy wszyscy dzięki absolutnie przypadkowej koncentracji cząstek prawdopodobieństwa. Ale jeśli pytasz, dlaczego jesteśmy tutaj, zamiast spadać z Dysku... nie mam bladego pojęcia. Pewnie zaszła jakaś straszliwa pomyłka.

– Aha. Jak myślisz, czy w lesie można znaleźć coś do jedzenia?

– Tak – stwierdził mag z goryczą. – Nas.

– Mam trochę żołędzi, gdybyście mieli ochotę – zaproponowało uprzejmie drzewo.

Przez chwilę siedzieli w wilgotnym milczeniu.

– Rincewind, drzewo powiedziało...

– Drzewa nie mówią – warknął Rincewind. – To ważne, żeby o tym nie zapominać.

– Przecież sam słyszałeś...

Rincewind westchnął.

– Posłuchaj – zaczął. – Cała rzecz sprowadza się do podstaw biologii. Jeśli chcesz mówić, musisz posiadać odpowiednie wyposażenie, takie jak płuca, wargi i...

– Struny głosowe – podpowiedziało drzewo.

– No właśnie – zgodził się mag. A potem zamknął usta i posępnie zapatrzył się w deszcz.

– Myślałem, że magowie wiedzą wszystko o drzewach, pożywieniu w dziczy i w ogóle – oznajmił z wyrzutem Dwukwiat. Zdarzało się niezwykle rzadko, by ton jego głosu sugerował, że nie uważa Rincewinda za niezrównanego czarownika.

Mag musiał zareagować.

– Wiem to wszystko, wiem – burknął.

– No to jakie to drzewo? – zapytał turysta.

Rincewind spojrzał w górę.

– Buk – oznajmił stanowczo.

– Właściwie... – zaczęło drzewo, ale urwało natychmiast, gdy dostrzegło minę Rincewinda.

– Te małe w górze wyglądają całkiem jak żołędzie – zauważył Dwukwiat.

– To odmiana siedząca, heptokarpiczna – wyjaśnił Rincewind. – Orzechy są bardzo podobne do żołędzi. Prawie każdy się myli.

– Coś takiego... – mruknął Dwukwiat. – A tamten krzak?

– Jemioła.

– Przecież ma ciernie i czerwone jagody!

– I co z tego? – rzucił surowo Rincewind i spojrzał groźnie.

Dwukwiat załamał się pierwszy.

– Nic – przyznał pokornie. – Ktoś musiał mnie źle poinformować.

– Fakt.

– Ale tam pod nim rosną jakieś spore grzyby. Możemy je zjeść?

Rincewind zerknął ostrożnie. Grzyby istotnie były wyjątkowo duże i miały czerwone kapelusze w białe plamki. Należały do gatunku, który miejscowy szaman (w tej chwili o kilka mil dalej zaprzyjaźniał się ze skałą) jadłby dopiero po przywiązaniu solidnym powrozem własnej nogi do ciężkiego głazu. Mag nie miał innej możliwości – musiał wyjść na deszcz i obejrzeć je z bliska.

Przyklęknął na liściach i zajrzał pod kapelusz. Po chwili odezwał się słabym głosem:

– Nie, są całkowicie niejadalne.

– Dlaczego? – spytał Dwukwiat. – Czy blaszki mają niewłaściwy odcień?

– Nie, właściwie nie.

– W takim razie nóżka ma nieodpowiednie rurki?

– Wyglądają na odpowiednie.

– Zatem chodzi o kolor kapelusza – uznał Dwukwiat.

– Nie jestem pewien.

– No więc czemu nie możemy ich jeść?

Rincewind odchrząknął.

– To te małe drzwi i okna – wyjaśnił ponuro. – Trudno się pomylić.

1Nie będą tu opisywane, gdyż nawet najpiękniejsze wyglądają jak pomiot ośmiornicy i roweru. Wiadomo, że stwory z niepożądanych wszechświatów zawsze usiłują wtargnąć do naszego, gdyż stanowi on psychiczny mieszkaniowy odpowiednik bliskich sklepów i lepszych połączeń autobusowych.