Bieszczadzka kolęda - Aleksandra Rak - ebook + książka

Bieszczadzka kolęda ebook

Rak Aleksandra

4,7

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Czwarta część serii obyczajowej Pensjonat na wzgórzu

Patrycja zarządza przyszpitalnym hotelem, gdzie zajmuje się rodzinami chorych. Poznaje tam Erika – Szweda, którego brat właśnie przeszedł operację po wypadku w górach. Mężczyzna z dnia na dzień coraz bardziej intryguje Patrycję. Martyna kontynuuje swoją karierę architektki wnętrz, próbując dzielić czas między rodzicielstwo a związek z Bartoszem. Klaudia prowadzi rodzinny pensjonat, jednak wcale nie ma ochoty na spędzenie świąt z rodziną. Siostry, zajęte własnym życiem, nie dostrzegają, że dzieje się z nią coś złego…

 

Dlaczego Klaudia odsuwa się od bliskich?

 

Czy siostrom uda się mimo wszystko spędzić te święta razem?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 288

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (62 oceny)
48
12
2
0
0
Sortuj według:
polka78

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała ♥️ zresztą jak cała bieszczadzka seraia ♥️ Polecam ♥️
00
Bogda67

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam.
00
boberekgosiaczek

Nie oderwiesz się od lektury

Podobała mi się ta seria.
00
Zuczek1990

Nie oderwiesz się od lektury

Świąteczny czas to nie tylko choinka i prezenty. To spotkanie z rodziną i przyjaciółmi, których nie zawsze znamy na tyle ile by wypadało, lubimy czy chcemy widzieć. Ta książka nie opowiada bajkowej historii o Kopciuszku. Tu scenariusz pisze życie. A ono jest nieprzewidywalne. Poznajemy trzy kobiety, które są siostrami. Nie łączy ich specjalnie mocna więź, szczególnie po śmierci najbliższej im osoby jaką był ojciec. I mimo upływu czasu niektóre osoby nie potrafią przejść nad tym do codzienności. Patrycja i Martyna planują spędzić wigilię razem z ich siostrą w domu na wzgórzu. Pierwsza z nich to szefowa przyszpitalnego hotelu. Wiecznie zabiegana i zapracowana, jest oddana swojej pracy jak pasji. Okazuje się, że w jej sercu znajdzie się w te święta dużo iejaca i miłości, ale standardowo żadnych szczegółów nie zdradzę. Martyna to kobieta po nieprzyjemnych przejściach na ścieżce macierzyństwa. Wpadła z facetem, który nie powinien się pojawić w jej życiu sprawia, że nie potrafi obiektywnie ...
01

Popularność




Re­dak­cja: Alek­san­dra Mar­czuk

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Bar­cik

Skład: Ro­bert Ku­pisz

Pro­jekt okład­ki: Ma­ciej Pie­da

Zdjęcia na okład­ce: Shut­ter­stock © llasz­lo, © Vic­to­ria Chu­di­no­va, © Da­niel Boom, © Ve­tal­Stock, © zffo­to; Grze­gorz Rak (zdjęcie au­tor­ki)

Re­dak­tor pro­wa­dzący: Ka­ta­rzy­na Bury

Wy­da­nie I © Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Dra­gon Sp. z o.o.

Biel­sko-Bia­ła 2022

Ni­niej­sza po­wie­ść jest fik­cją li­te­rac­ką. Od­nie­sie­nia do re­al­nych osób, wy­da­rzeń i miejsc są za­bie­giem czy­sto li­te­rac­kim. Po­zo­sta­li bo­ha­te­ro­wie, miej­sca i wy­da­rze­nia są wy­two­rem wy­obra­źni au­tor­ki i ja­ka­kol­wiek zbie­żno­ść z rze­czy­wi­sty­mi wy­da­rze­nia­mi, miej­sca­mi lub oso­ba­mi, ży­jący­mi bądź zma­rły­mi, jest ca­łko­wi­cie przy­pad­ko­wa.

Wy­daw­nic­two Dra­gon Sp. z o.o.

ul. 11 Li­sto­pa­da 60-62

43-300 Biel­sko-Bia­ła

www.wy­daw­nic­two-dra­gon.pl

ISBN 978-83-8274-199-5

Wy­łącz­ny dys­try­bu­tor:

TROY-DYS­TRY­BU­CJA Sp. z o.o.

ul. Ma­zo­wiec­ka 11/49

00-052 War­sza­wa

tel. 795 159 275

Za­pra­sza­my na za­ku­py: www.fa­bu­lo.com.pl

Znaj­dź nas na Fa­ce­bo­oku: www.fa­ce­bo­ok.com/wy­daw­nic­two­dra­gon

Rozdział I

Śnieg za oknem sy­pał ob­fi­cie, zu­pe­łnie jak­by ktoś z góry strząsał go ze sto­łu jak nie­chcia­ne okrusz­ki. Przy­sła­niał wi­dok gór­skich szczy­tów w od­da­li, za­sy­py­wał chod­ni­ki i dro­gi, przy­kry­wał da­chy bu­dyn­ków. Nió­sł ze sobą obiet­ni­cę pi­ęk­nych, bia­łych świ­ąt, na któ­re wszy­scy z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­li. Wszy­scy, poza pa­cjen­ta­mi szpi­ta­la w Ustrzy­kach, któ­rych je­dy­ną per­spek­ty­wą było wy­pa­try­wa­nie pierw­szej gwiazd­ki przez okno sali. I choć Pa­try­cja zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nie będą to ich wy­ma­rzo­ne świ­ęta i nic tego nie zmie­ni, chcia­ła z ca­łych sił po­móc im prze­żyć ten czas z uśmie­chem na twa­rzy.

– Pani Pa­try­cjo… – mruk­nął znie­chęco­ny ko­bie­cy głos, a Pa­try­cja w od­po­wie­dzi pod­nio­sła gwa­łtow­nie gło­wę, jak wy­wo­ła­na znie­nac­ka do od­po­wie­dzi.

Za­wie­si­ła się nad li­stą spraw do za­ła­twie­nia przed urlo­pem, któ­ry za­pla­no­wa­ła już mie­si­ąc wcze­śniej, i bar­dzo chcia­ła do­pi­ąć wszyst­ko na ostat­ni gu­zik, nim na do­bre za­mknie drzwi ga­bi­ne­tu.

– Pani już daw­no po­win­na być w domu! – Ja­go­da we­pchnęła do po­ko­ju wó­zek ob­wie­szo­ny ró­żny­mi szmat­ka­mi. Woda aż za­chlu­po­ta­ła w wia­drach umo­co­wa­nych przy kó­łkach. – Jest osiem­na­sta! – do­da­ła z jesz­cze wi­ęk­szym wzbu­rze­niem, wska­zu­jąc na ze­ga­rek na swo­jej pulch­nej dło­ni.

Pa­try­cja uśmiech­nęła się szcze­rze i za­gar­nęła dło­ńmi wło­sy na ra­mię. Od­kąd zde­cy­do­wa­ła się je roz­ja­śnić, nie mo­gła się przy­zwy­cza­ić do no­wej fry­zu­ry i wci­ąż sta­ra­ła się jak naj­moc­niej je przy­gła­dzić.

– Dy­rek­tor nie po­wi­nien wy­cho­dzić przed wszyst­ki­mi – od­pa­rła, od­chy­la­jąc się w fo­te­lu.

– Ale żeby co­dzien­nie? Do pó­źna? – Ja­go­da po­kręci­ła gło­wą i szarp­nęła jed­ną ze ście­re­czek. Zwi­lży­ła ją w wo­dzie i za­bra­ła się do prze­cie­ra­nia ko­mo­dy, na któ­rej Pa­try­cja usta­wi­ła do­nicz­kę z zie­lo­ną ro­ślin­ką, któ­rej na­zwy ni­g­dy nie po­zna­ła, kil­ka cer­ty­fi­ka­tów po­twier­dza­jących uko­ńczo­ne szko­le­nia i zdjęcia w drew­nia­nych ram­kach. – Przed świ­ęta­mi jest tyle to za­ła­twie­nia…

– Wła­śnie dla­te­go wci­ąż tu­taj je­stem – zgo­dzi­ła się i wró­ci­ła do li­sty.

– Do mnie w tym roku przy­je­żdża cór­ka – mó­wi­ła da­lej ko­bie­ta, kom­plet­nie nie przej­mu­jąc się, czy swo­im ga­da­niem nie roz­pra­sza prze­ło­żo­nej. – To będzie pierw­sza wspól­na wi­gi­lia, od­kąd się wy­pro­wa­dzi­ła. Mam na­dzie­ję, że w pre­zen­cie przy­wie­zie do­bre wie­ści. A pani?

– Cóż… My­śla­łam, że spędzę świ­ęta z mat­ką, ale… od­mó­wi­ła przy­jaz­du – wes­tchnęła, nie wie­dząc, dla­cze­go mówi o tym Ja­go­dzie.

Nie były przy­ja­ció­łka­mi ani na­wet ko­le­żan­ka­mi. Ko­bie­ta za­trud­ni­ła się w przy­szpi­tal­nym ho­te­lu za­raz po jego otwar­ciu. Była jed­ną z pierw­szych osób, któ­re przy­jęła Pa­try­cja po tym, jak ob­jęła sta­no­wi­sko dy­rek­to­ra. Prze­ko­na­ła ją nie­sa­mo­wi­tą we­rwą, opty­mi­zmem i otwar­to­ścią na in­nych.

– A pani się nie wy­bie­ra? – za­py­ta­ła, nie od­wra­ca­jąc się od ko­mo­dy. Prze­sta­wia­ła wła­śnie zdjęcia, by ze­trzeć nie­wi­dzial­ny kurz.

– Nie chcę znów zo­sta­wić sio­stry sa­mej. – Po­now­nie odło­ży­ła dłu­go­pis i prze­ta­rła dło­nią zmęczo­ne oczy. – To tro­chę skom­pli­ko­wa­ne… – do­da­ła, sta­ra­jąc się, by za­brzmia­ło to lek­ko, choć wca­le ta­kie nie było. – Chy­ba ma pani ra­cję i po­ja­dę do domu – stwier­dzi­ła, czu­jąc, że nie do­pi­sze dzi­siaj ani jed­ne­go celu na swo­jej li­ście, któ­ra już i tak wy­da­ła jej się wy­jąt­ko­wo dłu­ga.

Wsta­ła, żeby wyj­rzeć przez okno. Ilo­ść śnie­gu na da­chu sa­mo­cho­du, któ­rym rano przy­je­cha­ła do pra­cy, znie­chęci­ła ją do cze­go­kol­wiek. Prze­mknęło jej przez myśl, że szyb­ciej wró­ci na pie­cho­tę, nim odśnie­ży swo­je igloo.

– Ja to my­ślę, że nie­wa­żne, gdzie się spędza świ­ęta, byle z lu­dźmi, któ­rych się ko­cha. – Ja­go­da strzep­nęła szmat­kę. – A o to w dzi­siej­szych cza­sach naj­trud­niej.

– Fakt… – mruk­nęła w od­po­wie­dzi Pa­try­cja.

Obie­ca­ła so­bie, że w tym roku zo­sta­nie w Rów­ni, cho­ćby się wa­li­ło i pa­li­ło, i za­mie­rza­ła tego sło­wa do­trzy­mać, na­wet je­śli jej mat­ka mia­ła­by się o to śmier­tel­nie ob­ra­zić. Co zresz­tą nie by­ło­by ni­czym no­wym i za­ska­ku­jącym, ale od­kąd wy­je­cha­ła z Ir­lan­dii i za­miesz­ka­ła na sta­łe w Biesz­cza­dach, zdąży­ła już na­brać wy­star­cza­jąco dużo dy­stan­su, by nie przej­mo­wać się Norą i jej po­gró­żka­mi bez po­kry­cia.

– Chcia­ła­bym, żeby te świ­ęta były wy­jąt­ko­we – wes­tchnęła ci­cho z na­dzie­ją, że Ja­go­da tego nie usły­sza­ła.

– Tyl­ko od nas sa­mych za­le­ży, ja­kie będą – od­pa­rła jed­nak ko­bie­ta. – W ko­ńcu nie bez po­wo­du lu­dzie sta­ją na gło­wie, żeby wszyst­ko ogar­nąć. Chcą cze­goś wy­jąt­ko­we­go i za­po­mi­na­ją przy tym, że żad­na, na­wet naj­bar­dziej wy­kwint­na, ko­la­cja nie spra­wi, że na­gle za­czną ze sobą roz­ma­wiać.

Bar­dzo nie chcia­ła przy­znać ko­bie­cie ra­cji, ale pod­skór­nie wie­dzia­ła, że nie­ste­ty tak wła­śnie to wy­gląda, i bała się, że na­wet jej naj­szczer­sze chęci nie spra­wią, że na­gle coś się zmie­ni.

– Niech pani je­dzie do domu. Ju­tro też jest dzień. – Ja­go­da uśmiech­nęła się i pod­pi­ęła ka­bel do gniazd­ka, co ozna­cza­ło, że za­raz bło­gą ci­szę za­stąpi od­głos pra­cy od­ku­rza­cza.

Pa­try­cja szyb­ko ze­bra­ła z biur­ka no­tes, dłu­go­pis i se­gre­ga­tor, w któ­rym prze­cho­wy­wa­ła wszyst­kie umo­wy. Spa­ko­wa­ła je do tor­by, po czym wy­ci­ągnęła z sza­fy wy­so­kie zi­mo­we ko­za­ki i cie­pły płaszcz. Prze­bra­ła buty przy akom­pa­nia­men­cie war­ko­tu od­ku­rza­cza i pró­bu­jąc go prze­krzy­czeć, po­że­gna­ła się z Ja­go­dą. Idąc ko­ry­ta­rzem, za­gląda­ła do in­nych biur, by się upew­nić, że po­zo­sta­li pra­cow­ni­cy już wy­szli. Wie­dzia­ła, że w bu­dyn­ku zo­sta­ła pie­lęgniar­ka od­po­wie­dzial­na za re­cep­cję – no i Ja­go­da, któ­ra mu­sia­ła po­sprzątać wszyst­ko do dzie­wi­ęt­na­stej. Stu­kot ob­ca­sów nió­sł się ko­ry­ta­rzem. Ci­sza pa­nu­jąca na pi­ętrze była bło­ga.

– Pani Pa­try­cjo, or­dy­na­tor po­twier­dził ju­trzej­sze spo­tka­nie. – Pie­lęgniar­ka wyj­rza­ła zza wy­so­kiej lady. – I przy­je­cha­li ro­dzi­ce tego chłop­czy­ka z on­ko­lo­gii.

– Ju­tro z nimi po­roz­ma­wiam. – Ski­nęła gło­wą, owi­ja­jąc się szczel­nie sza­li­kiem.

Chłód ude­rzył ją w twarz sil­nym po­dmu­chem wia­tru, gdy tyl­ko otwo­rzy­ła drzwi we­jścio­we. Na­ci­ągnęła kap­tur na gło­wę i po­de­szła do sa­mo­cho­du. Zde­cy­do­wa­ła się odśnie­żyć szy­by, co utrud­nia­ły jed­nak nie­ko­ńczące się opa­dy śnie­gu. Ma­cha­ła ener­gicz­nie ra­mie­niem, prób ując za jed­nym za­ma­chem zgar­nąć jak naj­wi­ęcej pu­chu, a kątem oka zer­ka­ła na przy­szpi­tal­ny bu­dy­nek, w któ­rym wła­śnie szy­ko­wa­li się do snu naj­bli­żsi naj­młod­szych pa­cjen­tów. Od roku mo­gła na­zy­wać to miej­sce swo­im dru­gim do­mem, bo nie­raz zda­rzy­ło jej się sie­dzieć całą noc nad do­ku­men­ta­mi, wy­cho­dzić do­pie­ro nad ra­nem, bo ktoś po­trze­bo­wał roz­mo­wy, czy po pro­stu przy­snąć w ga­bi­ne­cie po ci­ężkim dniu.

– Bez­na­dzie­ja – mruk­nęła pod no­sem, gdy obe­szła sa­mo­chód, a przed­nia szy­ba znów po­kry­ta była war­stwą śnie­gu.

Wsia­dła do środ­ka i za­trza­snęła drzwi. Po­ta­rła o sie­bie skost­nia­łe dło­nie, klnąc na wła­sną skle­ro­zę o brak ręka­wi­czek. Mia­ła na­dzie­ję, że nie od­cho­ru­je tego odśnie­ża­nia. Wy­je­cha­ła z par­kin­gu, czu­jąc, jak sa­mo­chód śli­zga się na ka­żdym za­kręcie. Na szczęście miesz­ka­ła nie­ca­łe pięć mi­nut dro­gi od szpi­ta­la. Szyb­ko prze­ana­li­zo­wa­ła stan swo­jej lo­dów­ki i zre­zy­gno­wa­ła z za­ku­pów. Chcia­ła jak naj­szyb­ciej zna­le­źć się w domu, co oka­za­ło się nie­ła­twym wy­zwa­niem – i to zresz­tą nie tyl­ko dla niej, ale dla ka­żde­go kie­row­cy, któ­ry zde­cy­do­wał się wy­je­chać sa­mo­cho­dem do cen­trum Ustrzyk.

Do­ta­rła pod blok po dwu­dzie­stu mi­nu­tach i zzi­ęb­ni­ęta wpa­dła do klat­ki scho­do­wej. Do­pie­ro gdy za­mknęła za sobą drzwi miesz­ka­nia i po­czu­ła zna­jo­my cy­tru­so­wy za­pach olej­ku, któ­ry roz­sta­wi­ła w ka­żdym po­ko­ju, ode­tchnęła z ulgą. Ko­za­ki po­rzu­ci­ła pod drzwia­mi, płaszcz nie­dba­le od­wie­si­ła. Po po­wro­cie ze szko­leń szu­ka­ła miesz­ka­nia usy­tu­owa­ne­go jak naj­bli­żej szpi­ta­la, aby w ra­zie po­trze­by móc bły­ska­wicz­nie zja­wić się w przy­szpi­tal­nym ho­te­lu, któ­rym za­rządza­ła. Mo­gła za­miesz­kać z Klau­dią, ale… były aż dwa po­wo­dy, dla któ­rych nie chcia­ła tego ro­bić. Jed­nym z nich był Lu­dwik, któ­ry zma­rł rok wcze­śniej i z któ­re­go bra­kiem wci­ąż trud­no było jej się po­go­dzić, a dru­gim Ma­rek, któ­ry za­miesz­kał z Klau­dią po śmier­ci ich ojca. Nie chcia­ła czuć się jak pi­ąte koło u wozu, a po­nie­waż ce­ni­ła so­bie od­zy­ska­ną nie­za­le­żno­ść, wła­sne miesz­ka­nie wy­da­ło jej się ide­al­nym wy­jściem.

– Hej! – przy­wi­ta­ła się z sio­strą, gdy wsta­wia­jąc wodę na her­ba­tę, zde­cy­do­wa­ła się do niej za­dzwo­nić.

– Hej. Czy­żbyś wy­rwa­ła się z pra­cy? – za­py­ta­ła Klau­dia z wy­czu­wal­ną iro­nią w gło­sie.

– Może de­li­kat­nie wy­dłu­ży­łam so­bie czas pra­cy – cmok­nęła i wy­ci­ągnęła z szaf­ki ku­bek. Wrzu­ci­ła do nie­go to­reb­kę ulu­bio­nej her­ba­ty z im­bi­rem.

– Mia­łaś przy­je­chać po miód… – przy­po­mnia­ła jej, a Pa­try­cja aż za­ma­rła w bez­ru­chu z ły­żecz­ką w dło­ni.

No tak… za­po­mnia­ła.

– Wy­bacz – od­chrząk­nęła.

– Wiesz, to nie ja będę pła­kać, że za­bra­kło mi mio­du do her­ba­ty. Przy­je­dź ju­tro, to jesz­cze jaj­ka ci odło­żę.

– Po­sta­ram się – obie­ca­ła. – My­śla­łaś nad moją pro­po­zy­cją? – za­gad­nęła o trud­ny te­mat.

– Świ­ąt? Obo­jęt­nie mi…

Ta­kiej od­po­wie­dzi się spo­dzie­wa­ła. I wca­le jej się to nie spodo­ba­ło.

– My­ślę, że nie do ko­ńca tak jest. – Zde­cy­do­wa­ła się za­grać w otwar­te kar­ty.

Klau­dia mil­cza­ła przez chwi­lę, jak­by się za­sta­na­wia­ła, czy Pa­try­cja może mieć ra­cję, aż w ko­ńcu po­wie­dzia­ła coś, co bar­dzo za­bo­la­ło, ale przy­jęła to, bo zda­wa­ła so­bie spra­wę, jak bar­dzo za­wio­dła.

– Nie było tak rok temu, przy­zna­ję. Ale te­raz jest mi to obo­jęt­ne. Przy­je­dź po miód. Chy­ba że Ma­rek ma ci go pod­rzu­cić?

– Przy­ja­dę – zgo­dzi­ła się, prze­ły­ka­jąc ogrom­ną gulę, któ­ra na­gle utkwi­ła jej w gar­dle. Za­mie­sza­ła ły­żecz­ką w her­ba­cie, nie mo­gąc so­bie przy­po­mnieć, czy ją po­sło­dzi­ła. – I za­dzwo­nię do Mar­ty­ny… – do­da­ła po­spiesz­nie, bo­jąc się, że Klau­dia za­ko­ńczy roz­mo­wę.

– W po­rząd­ku. – Zgo­dzi­ła się. – To do ju­tra…

Mie­sza­ła her­ba­tę jesz­cze przez dłu­ższą chwi­lę, wy­gląda­jąc przez okno. Gdy­by nie ciem­no­ść i wi­ru­jący w po­wie­trzu śnieg, do­strze­gła­by szczy­ty gór i dro­gę, któ­rą do­je­cha­ły­by do Pen­sjo­na­tu na Wzgó­rzu, gdzie miesz­ka­ła Klau­dia. Od śmier­ci Lu­dwi­ka, ich ojca, mi­nął po­nad rok. Ka­żda z nich, łącz­nie z Mar­ty­ną, prze­szła swo­ją wła­sną ża­ło­bę i ni­g­dy nie pró­bo­wa­ły po­dzie­lić się tymi trud­ny­mi emo­cja­mi ze sobą na­wza­jem. Mó­wią, że czas le­czy rany, nie wspo­mi­na­ją jed­nak, że po­zo­sta­wia po so­bie bli­zny, któ­re wci­ąż przy­po­mi­na­ją o smut­ku i bólu. Gdy rok temu zbli­ża­ły się pierw­sze świ­ęta w Rów­ni, któ­re mia­ły spędzić bez ojca, Pa­try­cja spa­ni­ko­wa­ła. Bała się pust­ki, ci­szy, żalu, mi­liar­dów py­tań w oczach Klau­dii i wy­rzu­tów wy­czu­wal­nych w mil­cze­niu Mar­ty­ny. Po­wie­dzia­ła, że nie przy­je­dzie, że musi zo­stać na szko­le­niu, że to wa­żne. Wy­je­cha­ła do Ir­lan­dii, by uda­wać, że wci­ąż po­tra­fi się uśmie­chać, i jak cień snu­ła się wie­czo­ra­mi po sa­lo­nie w domu mat­ki, pła­ka­ła w po­dusz­kę, by stłu­mić szloch, i pró­bo­wa­ła sama sie­bie uspra­wie­dli­wić. Wie­dzia­ła, że za­wio­dła, że po­win­na była przy­je­chać do Klau­dii, spoj­rzeć jej w oczy, przy­tu­lić ją i obie­cać, że prze­trwa­ją te świ­ęta ra­zem… Ale zwy­ci­ężył strach. Dla­te­go obie­ca­ła so­bie, że te świ­ęta będą wy­jąt­ko­we.

***

Klau­dia z wes­tchnie­niem od­rzu­ci­ła ko­mór­kę na blat ku­chen­ny i przy­ci­ągnęła do sie­bie ta­lerz z ka­nap­ka­mi przy­go­to­wa­ny­mi na ko­la­cję. Spoj­rza­ła na nie bez­na­mi­ęt­nie i skrzy­wi­ła się. So­czy­ste li­ście sa­ła­ty kon­tra­sto­wa­ły z czer­wie­nią pa­pry­ki. Wszyst­ko okra­szo­ne zia­ren­ka­mi pie­przu. Gdzie­nie­gdzie prze­bi­ja­ła się szyn­ka lub żó­łty ser. Czu­ła za­pach her­ba­ty ma­li­no­wej, zmie­sza­nej z gęstym mio­dem z pa­sie­ki ojca, i za­gry­zła gwa­łtow­nie war­gi, by nie wy­buch­nąć pła­czem. Po­go­dzi­ła się z jego śmier­cią, choć wspo­mnie­nia wci­ąż moc­no bo­la­ły. Nie od­wa­ży­ła się jesz­cze we­jść do jego sy­pial­ni i po­ukła­dać rze­czy. Wie­dzia­ła, że po­win­na, że tak ko­ńczy­ło się okres ża­ło­by, ale… nie po­tra­fi­ła się prze­móc.

Pod­nio­sła wzrok, gdy świa­tła sa­mo­cho­du wpa­dły przez ku­chen­ne okno do środ­ka, i po­czu­ła gwa­łtow­ną ulgę. Roz­pacz roz­my­ła się, a łzy prze­sta­ły ci­snąć się do oczu. Wy­szła z kuch­ni, żeby otwo­rzyć drzwi na ga­nek, i wyj­rza­ła na ze­wnątrz. Sa­mo­chód za­par­ko­wał bli­żej sta­re­go bu­dyn­ku pen­sjo­na­tu, co jej nie zdzi­wi­ło. Na­sy­pa­ło tyle śnie­gu, że z tru­dem prze­brnęła ran­kiem na przy­sta­nek au­to­bu­so­wy. Ob­jęła się ra­mio­na­mi, czu­jąc prze­szy­wa­jący chłód, a po­stać, któ­ra wy­sia­dła z sa­mo­cho­du, przy­spie­szy­ła. Mężczy­zna prze­pchnął furt­kę, by zmie­ścić się w szpa­rze po­mi­ędzy nią a pło­tem, i wbie­gł po schod­kach na ga­nek.

– Hej… – wy­sa­pał Ma­rek i wręczył Klau­dii pa­pie­ro­wą tor­bę wy­pe­łnio­ną pie­czy­wem. – Le­d­wo wje­cha­łem za bra­mę. Trze­ba ju­tro za­dzwo­nić do Ma­lic­kich i po­pro­sić, żeby przy­je­cha­li do nas i odśnie­ży­li. – Wło­sy miał mo­kre od top­nie­jących płat­ków śnie­gu, któ­re zdąży­ły już osi­ąść nie tyl­ko na jego gło­wie. Prze­cze­sał je dło­nią i roz­pi­ął kurt­kę. – Co się sta­ło? – za­py­tał, gdy pod­nió­sł wzrok na dziew­czy­nę.

Była pew­na, że zdąży­ła się opa­no­wać i po­zbyć wszyst­kich ob­ja­wów zbli­ża­jącej się hi­ste­rii, za­nim mężczy­zna wsze­dł do domu.

– Nic – wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i za­nu­rzy­ła nos w pa­pie­ro­wej to­reb­ce. Wci­ągnęła za­pach pie­czy­wa. Uwiel­bia­ła to. Przy­po­mi­nał jej let­nie po­ran­ki w ogro­dzie.

– Klau­dia, prze­cież wi­dzę… – Od­wie­sił kurt­kę i wspa­rł dło­nie na bio­drach. – Pła­ka­łaś?

– Nie… – mruk­nęła zre­zy­gno­wa­nym to­nem. Wie­dzia­ła, że ją przej­rzał i że nie było sen­su okła­my­wać go da­lej. – Dzwo­ni­ła Pati. Oczy­wi­ście za­po­mnia­ła, że mia­ła przy­je­chać po miód. Cho­ciaż może to i le­piej, sko­ro mamy taki kiep­ski wy­jazd… – Wy­co­fa­ła się do kuch­ni.

Wstyd jej było, że znów przy­ła­pał ją na chwi­li za­ła­ma­nia. Od­sta­wi­ła pie­czy­wo na blat, wzi­ęła ta­lerz, ku­bek cie­płej her­ba­ty i po­szła do po­ko­ju wy­cho­dzące­go na ogród. Po śmier­ci Lu­dwi­ka Ma­rek od­ma­lo­wał go, wy­rzu­ci­li sta­rą wer­sal­kę i ku­pi­li wy­god­ną ro­gów­kę, dzi­ęki cze­mu wie­czo­ry mo­gli spędzać tu­taj, a nie na nie­wy­god­nych krze­słach w kuch­ni. Wal­czy­ła wte­dy z samą sobą. Z jed­nej stro­ny chcia­ła tych zmian, z dru­giej wy­da­wa­ło jej się, że oj­ciec by tego nie chciał…

– Ale nie zła­pa­łaś doła dla­te­go, że nie przy­je­cha­ła, co? – za­gad­nął, gdy chwi­lę pó­źniej wsze­dł za nią do po­ko­ju i przy­sia­dł na ka­na­pie. – Wiesz, że ma spo­ro na gło­wie.

– Jak było w pra­cy? – zmie­ni­ła te­mat umy­śl­nie. Nie chcia­ła po­ru­szać z nim kwe­stii świ­ąt, do­pó­ki sama nie będzie pew­na wła­snej de­cy­zji.

Utkwił w niej prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie i gwa­łtow­nie wci­ągnął po­wie­trze. Przy­sia­dł bo­kiem i wol­ną dło­nią po­gła­skał ją po po­licz­ku.

– Nie roz­ma­wia­jąc o pro­ble­mie, nie spra­wisz, że on znik­nie.

Ski­nęła tyl­ko gło­wą. Wie­dzia­ła, że nie będzie na­ci­skał. Ni­g­dy tego nie ro­bił.

– A w pra­cy do prze­ży­cia – od­pa­rł zgod­nie z jej ocze­ki­wa­nia­mi i si­ęgnął po krom­kę chle­ba.

– Nie mam pro­ble­mu z Pa­try­cją, tyl­ko z jej ocze­ki­wa­nia­mi – wy­zna­ła na­gle, pod­ci­ąga­jąc ko­la­na pod bro­dę. Zu­pe­łnie jak­by jego do­tyk do­dał jej od­wa­gi. – Ja­kiś czas temu za­pro­po­no­wa­ła, że­by­śmy spędzi­ły te świ­ęta ra­zem.

– Ty i ona?

– MY… – Spoj­rza­ła na nie­go gwa­łtow­nie – ona i Mar­ty­na.

– Po­do­ba mi się to MY. – Uśmiech­nął się, co roz­ła­do­wa­ło tro­chę na­pi­ęcie. – Nie chcesz?

– Nie wiem… Rok temu jej nie za­le­ża­ło?

– Wiesz, że to i tak by się nie uda­ło. – Do­ja­dł ka­nap­kę i pod­nió­sł ku­bek her­ba­ty. – Mar­ty­na była w szpi­ta­lu.

– Wiem. Ale sam fakt, że… nie chcia­ła.

– Twier­dzi, że nie mo­gła.

– Wie­rzysz w to? – Zmru­ży­ła oczy, a on tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Chcesz, że­bym ci do­ra­dził?

– A je­śli nie, to prze­mil­czysz?

– Nie… – od­pa­rł szcze­rze po chwi­li na­my­słu i przy­su­nął się bli­żej dziew­czy­ny, tak by ob­jąć ją ra­mie­niem. – To two­je sio­stry i nie chcesz stra­cić z nimi kon­tak­tu.

– Chcesz mi to wmó­wić? – uśmiech­nęła się.

– My­ślę, że w głębi ser­ca tak wła­śnie my­ślisz. – Trącił no­sem jej po­li­czek i przy­tu­lił czo­ło do skro­ni. Przy­mknął oczy. – Mo­że­my zno­wu po­je­chać do cio­ci do Kra­ko­wa i spędzić tam całe świ­ęta…

– Hm… – Nie po­my­śla­ła o tym, a szko­da, bo może to po­ha­mo­wa­ło­by pla­ny Pa­try­cji. – Może to nie jest taki zły po­my­sł? A może za­pro­si­my ją tu­taj? Two­ja cio­cia jesz­cze u nas nie była.

Ma­rek spi­ął się mi­mo­wol­nie, zu­pe­łnie jak­by te sło­wa wy­zwo­li­ły w nim ne­ga­tyw­ne emo­cje. Od­wró­ci­ła twarz w jego stro­nę i na­po­tka­ła chłod­ne spoj­rze­nie.

– Nie? – Unio­sła lek­ko brwi, a uśmiech sam ci­snął jej się na usta. Nie mo­gła przy­zwy­cza­ić się do jego po­wa­gi.

– Ile dzi­siaj ciast upie­kłaś? – za­py­tał ni stad, ni zo­wąd.

– A co to ma do rze­czy? – ob­ru­szy­ła się.

– Py­tasz, jak było u mnie w pra­cy, więc czy ja nie mogę za­py­tać o to samo?

– Nie chcesz o tym roz­ma­wiać? – do­my­śli­ła się. – Wiesz, że nie mó­wi­ąc o prob… – urwa­ła w pół sło­wa, gdy za­mknął jej usta po­ca­łun­kiem.

Przy­zwy­cza­iła się, że jest obok. Za­wsze, nie­za­le­żnie od pory roku czy go­dzi­ny. Był i sta­wał na gło­wie, by po­ukła­dać wszyst­ko jak ce­gła po ce­gle w rów­ny, so­lid­ny fun­da­ment, na któ­rym mo­gli­by zbu­do­wać coś wspól­nie. Ona otrząsnęła się do­pie­ro wcze­sną wio­sną, gdy otępia­ły wzro­kiem wpa­try­wa­ła się w ogród mat­ki i roz­pacz­li­wie szu­ka­ła dla sie­bie po­mo­cy. Mu­sia­ła coś zro­bić, pod­nie­ść się, wzi­ąć w ga­rść i za­cząć żyć… Prze­ży­ła śmie­rć ojca chy­ba naj­moc­niej z nich wszyst­kich. Pa­try­cja wy­je­cha­ła, Mar­ty­na pró­bo­wa­ła od­na­le­źć się w no­wej roli w Sa­no­ku, a ona wci­ąż tkwi­ła w tym sa­mym miej­scu i gdy­by nie Ma­rek, być może już by jej nie było. Tam­te­go dnia wró­cił ze sto­lar­ni i za­py­tał, czy nie upie­kła­by cia­sta dla zna­jo­me­go z pra­cy. Upie­kła, bo nie mia­ła nic lep­sze­go do ro­bo­ty. Od tam­tej pory nie było dnia, by ktoś nie za­dzwo­nił z za­mó­wie­niem.

– Chcesz jesz­cze jeść? – uda­ło jej się za­py­tać mi­ędzy ko­lej­ny­mi mu­śni­ęcia­mi warg.

– Chcę iść na górę… – szep­nął, i aż za­drża­ła, gdy moc­niej przy­gar­nął ją do sie­bie.

Ro­ze­śmia­ła się i de­li­kat­nie ode­pchnęła.

– Mu­szę wy­ci­ągnąć bisz­kopt… – wy­ja­śni­ła, wsta­jąc szyb­ko z ka­na­py, za­nim zdążył ją zła­pać za rękę. – I na­pi­sać wia­do­mo­ść – do­da­ła ci­szej, gdy znik­nęła za ścia­ną i była pew­na, że jej nie usły­szy.

***

– Oczy­wi­ście, że ro­zu­miem, co do mnie mó­wisz. Nie ro­zu­miem jed­nak, dla­cze­go uwa­żasz, że Klau­dia by tego chcia­ła? – Mar­ty­na unio­sła brwi w szcze­rym zdu­mie­niu i zer­k­nęła do lu­ster­ka, by po­pra­wić ide­al­ne rzęsy. Tknęła je de­li­kat­nie pal­cem, a ta jed­na nie­sfor­na wsko­czy­ła na swo­je miej­sce.

– Nie mó­wię, że ona tego chce. Ale po­trze­bu­je na pew­no. Rok temu zo­sta­ła sama…

– Z Mar­kiem.

– A kim on dla niej jest? – rzu­ci­ła oschle Pa­try­cja.

– Też uwa­żam, że po­wi­nien się oświad­czyć – zgo­dzi­ła się Mar­ty­na, wrzu­ca­jąc bieg. Sa­mo­chód ru­szył płyn­nie przez skrzy­żo­wa­nie.

– Cho­dzi mi o to, że je­ste­śmy jej naj­bli­ższą ro­dzi­ną.

– No gdy­by był jej mężem…

– A ty pla­nu­jesz się ustat­ko­wać? – wark­nęła na nią star­sza sio­stra, a Mar­ty­na za­śmia­ła się pod no­sem.

Uwiel­bia­ła wy­pro­wa­dzać Pa­try­cję z rów­no­wa­gi. Do­je­cha­ła do ko­lej­nych świa­teł i ro­zej­rza­ła się wo­kół. Śnie­gu pró­szył le­ni­wie. Było go tak nie­wie­le, że aż żal było jej spędzić te świ­ęta w Sa­no­ku.

– Po­staw­my spra­wę ja­sno – ode­tchnęła, od­kręca­jąc moc­niej ogrze­wa­nie. – Ty po­trze­bu­jesz świ­ąt w pen­sjo­na­cie z Klau­dią i ze mną. Czy­żby ze­szło­rocz­ne były nie­uda­ne?

– Two­je może były? – mruk­nęła w od­po­wie­dzi ko­bie­ta.

– Wspa­nia­ła sala wie­lo­oso­bo­wa, dwie ro­dzące i ja z przed­wcze­sny­mi skur­cza­mi, w akom­pa­nia­men­cie ko­lędy Bóg się ro­dzi zło­ży­ły­śmy so­bie życz­li­wie ży­cze­nia. – Aż za­mru­ga­ła po­wie­ka­mi, sły­sząc wła­sny sar­kazm. – Było par­szy­wie… – do­da­ła, prze­sta­jąc się uśmie­chać. – Przy­je­dzie­my, ale będzie­my mo­gli spać w dom­ku. Nie wy­obra­żam so­bie na­słu­chi­wać od­gło­sów zza ścia­ny…

– Martw się le­piej o prze­spa­nie ja­kiej­kol­wiek nocy. – Po­ra­dzi­ła jej Pa­try­cja, ale w to­nie jej gło­su dało się wy­czuć ulgę. – Wąt­pię, by mia­ła ja­kie­kol­wiek obiek­cje. Te­raz pew­nie i tak nie mają go­ści.

– W po­rząd­ku.

– Nie mu­sisz się o nic mar­twić, ogar­nę wszyst­ko.

– Chy­ba mi nie wmó­wisz, że przy­go­tu­jesz wi­gi­lię na kil­ka osób sama? Pol­ską wi­gi­lię… – do­pre­cy­zo­wa­ła, wje­żdża­jąc na par­king przed apar­ta­men­tow­cem. – Mu­szę ko­ńczyć, bo do­je­cha­łam do domu. Po­twier­dzę ci, kie­dy przy­je­dzie­my – do­da­ła, nie do­pusz­cza­jąc sio­stry do sło­wa, i roz­łączy­ła się.

Za­par­ko­wa­ła, wy­łączy­ła sil­nik i spoj­rza­ła na bu­dy­nek, by od­szu­kać wzro­kiem okna swo­je­go miesz­ka­nia. Pu­dro­we za­słon­ki nie po­zwa­la­ły zer­k­nąć cie­kaw­skim do środ­ka, ona jed­nak do­strze­gła zna­jo­me cie­nie, któ­re ta­ńczy­ły na ma­te­ria­le, i już wie­dzia­ła, że Bar­tek jesz­cze nie wró­cił.

Wy­sia­dła, wdep­tu­jąc przy tym w bre­ję, któ­ra może wcze­śniej była bia­ła i pu­szy­sta, ale te­raz wy­zwo­li­ła w Mar­ty­nie je­dy­nie obrzy­dze­nie dla tej wy­jąt­ko­wo nie­for­tun­nej pory roku. Nio­sąc tor­bę z lap­to­pem i kil­ka no­te­sów z pla­na­mi, la­wi­ro­wa­ła mi­ędzy bło­tem a ka­łu­ża­mi, któ­re po­zo­sta­ły po roz­to­pio­nych płat­kach śnie­gu.

Już na klat­ce scho­do­wej sły­sza­ła śmiech Kuby. Brzmiał bez­tro­sko, per­li­ście i za­ra­źli­we. Nie mo­gła się nie uśmiech­nąć, gdy wsu­wa­ła klu­czyk do zam­ka w drzwiach, i choć wie­dzia­ła, że ten do­bry hu­mor ozna­cza dla niej dłu­gi wie­czór i rand­kę z gu­mo­wy­mi kloc­ka­mi, czu­ła, że po­do­ła.

– A kto to wró­cił? – Usły­sza­ła dziew­częcy głos z wnętrza miesz­ka­nia, a po kil­ku chwi­lach na ho­ry­zon­cie po­ja­wił się racz­ku­jący nie­mow­lak.

– No hej! – Przy­wi­ta­ła się ra­do­śnie, przy­ku­ca­jąc przed ma­lu­chem. Prze­bie­rał ręka­mi i no­ga­mi tak szyb­ko, że była pew­na, że za­raz się wy­wró­ci, ale na szczęście do­ta­rł bez­piecz­nie, po­zo­sta­wia­jąc za sobą dłu­gi szlak śli­ny.

Po­ci­ągnęła go w górę, ukry­wa­jąc w ra­mio­nach, i tyl­ko gęsta czu­pry­na brązo­wych wło­sków wy­sta­wa­ła po­nad pu­cho­we ręka­wy płasz­cza.

– Mamy dzi­siaj wy­jąt­ko­wo do­bry dzień? – za­py­ta­ła, spo­gląda­jąc na py­za­tą bu­zię syn­ka. Na­tu­ral­nie nie otrzy­ma­ła żad­nej od­po­wie­dzi, choć jego sze­ro­ki bez­zęb­ny uśmiech mo­gła­by wła­śnie tak po­trak­to­wać.

– Wszyst­ko było w po­rząd­ku. Ode­bra­łam go ze żłob­ka, zja­dł i ba­wi­li­śmy się w naj­lep­sze – wy­re­cy­to­wa­ła dziew­czy­na, któ­rą z po­le­ce­nia Mar­ty­na za­trud­ni­ła do po­po­łu­dnio­wej opie­ki nad Kubą.

– W przy­szłym ty­go­dniu wy­je­dzie­my do mo­ich sióstr, my­ślę, że mo­że­my się spo­tkać do­pie­ro po świ­ętach. – Ko­bie­ta po­da­ła jej Kubę, by szyb­ko zdjąć wierzch­nie ubra­nie.

Nie roz­ma­wia­ły zbyt dłu­go, była to zwy­kła wy­mia­na in­for­ma­cji i uprzej­mo­ści. Aż w ko­ńcu zo­sta­ła z syn­kiem sama. Zmie­ni­ła ele­ganc­kie spodnie na dres, ko­szu­lę na zwy­kły try­kot, chy­ba na­wet ubru­dzo­ny kasz­ką z po­przed­nie­go wie­czo­ru, i usie­dli na dy­wa­nie, by znów po raz set­ny ukła­dać kloc­ki, czy­tać te same hi­sto­rie i gry­źć po ko­lei wszyst­kie gry­za­ki. Jesz­cze przez go­dzi­nę, do dwu­dzie­stej… go­dzi­ny gra­nicz­nej.

Ba­wi­li się, a ona spo­gląda­ła na ze­ga­rek, raz po raz, czu­jąc co­raz wi­ęk­sze na­pi­ęcie. Nie po­zwo­li­ła jed­nak na to, by ogar­nia­jące ją wąt­pli­wo­ści za­bu­rzy­ły ry­tu­ał Kuby. Szyb­ka kąpiel, mle­ko na do­bra­noc i usy­pia­nie przy de­li­kat­nym mor­skim szu­mie. Zo­sta­wia­ła go sa­me­go w sy­pial­ni, a on po pro­stu za­sy­piał, by prze­bu­dzić się do­pie­ro oko­ło trze­ciej w nocy na ko­lej­ne kar­mie­nie. Była z sie­bie dum­na, że uda­ło jej się upo­rząd­ko­wać plan dnia i do­sto­so­wać do nie­go sie­bie, Kubę i Bart­ka. Choć ten ostat­ni naj­wy­ra­źniej miał nowe pla­ny na wie­czór, bo gdy zaj­rza­ła do Kuby przed dwu­dzie­stą pierw­szą, by spraw­dzić, czy usnął, mężczy­zny wci­ąż nie było.

Wrzu­ci­ła wszyst­kie za­baw­ki syn­ka do ogrom­ne­go ko­sza, któ­ry stał pod prze­stron­nym oknem miesz­ka­nia, i za­dzwo­ni­ła do Bart­ka, prze­ła­mu­jąc wła­sną nie­chęć. Po po­ran­nej sprzecz­ce nie ode­zwa­ła się do nie­go ani razu w ci­ągu dnia, a i on mil­czał, co już było sy­gna­łem, że coś jest nie tak.

– Słu­cham…? – ode­brał tak po­wa­żnym to­nem, że aż spoj­rza­ła na wy­świe­tlacz w oba­wie, czy na pew­no do­brze się do­dzwo­ni­ła.

– Co słu­cham?! – wark­nęła pó­łgło­sem, by nie obu­dzić Kuby. – Wra­casz do domu?

– Po­wie­dzia­łaś, że jak coś mi się nie po­do­ba, to dro­ga wol­na.

– I co? Spa­ko­wa­łeś się i wy­pro­wa­dzi­łeś? – prych­nęła, choć szyb­ko ro­zej­rza­ła się w po­szu­ki­wa­niu jego oso­bi­stych rze­czy, cho­ćby ta­kich jak kap­cie, któ­rych no­sze­nia nie ro­zu­mia­ła i wręcz wy­śmie­wa­ła.

– Nie… po­sta­no­wi­łem po­je­ździć tro­chę dłu­żej, aż ochło­niesz.

– Już ochło­nęłam – syk­nęła.

– Wła­śnie sły­szę. Spo­koj­nej nocy – do­dał i się roz­łączył.

Dy­sząc wście­kle, by po­skro­mić wy­buch gnie­wu, rzu­ci­ła ko­mór­kę na ka­na­pę. Kto jak kto, ale Bar­tosz po­tra­fił do­pro­wa­dzić ją do sza­łu tym swo­im opa­no­wa­nym gło­sem. Gdy wió­zł ją do po­ro­du, mia­ła ocho­tę udu­sić go za samo po­wta­rza­nie: „już nie­da­le­ko”, a gdy przy­sze­dł pierw­szy ro­dzi­ciel­ski kry­zys, nad­miar pam­per­sów, kro­pli na kol­ki i do­brych rad sąsia­dek spra­wił, że spa­ła le­d­wo po dwie, trzy go­dzi­ny w nocy, a Bar­tosz ze swo­im sto­ic­kim spo­ko­jem oświad­czył, że po­win­na tro­chę wy­lu­zo­wać, po­pro­si­ła – o ile mo­żna tak to okre­ślić – żeby się wy­pro­wa­dził. Oczy­wi­ście tego nie zro­bił. Wró­cił po pra­cy jak zwy­kle i za­stał ją sie­dzącą przy łó­żku, szlo­cha­jącą, z Kubą uwie­szo­nym na pier­si. Tam­te­go wie­czo­ru uzgod­ni­li, że za­trud­nią nia­nię, a ona wró­ci do pra­cy…

Rozdział II

Odkąd obo­je za­częli pra­co­wać poza pen­sjo­na­tem, Klau­dia do­ce­nia­ła ka­żdy week­end, gdy mo­gła bu­dzić się obok Mar­ka. Wtu­la­ła się w jego ple­cy, wdy­cha­ła za­pach, ca­ło­wa­ła po szyi. Jak­by się bała, że ko­lej­ne­go po­ran­ka już go nie będzie. A on spla­tał jej pal­ce ze swo­imi i trzy­mał tak moc­no, że nie mo­gła się uwol­nić. I czu­ła się do­brze, na swo­im miej­scu…

– A je­śli two­je sio­stry przy­ja­dą na świ­ęta, to gdzie będą spa­ły? – za­py­tał na­gle, od­wra­ca­jąc się.

– Pa­try­cja pew­nie u sie­bie – od­pa­rła nie­chęt­nie. – Dla­cze­go py­tasz?

– Trze­ba im przy­go­to­wać…

– Och – mruk­nęła i od­rzu­ci­ła ko­łdrę.

Chłód po­ran­ka wda­rł się do po­ko­ju i po­czu­ła go na sto­pach, gdy po­sta­wi­ła je na zie­mi. Otrząsnęła się, choć sama nie wie­dzia­ła, czy z ner­wów, czy z zim­na.

– Dla­cze­go tak cię to dra­żni? – za­py­tał, sia­da­jąc na łó­żku.

– Bo Pa­try­cja my­śli, że pstryk­nie pal­ca­mi, a ja po­le­cę jak na za­wo­ła­nie. Pra­ca tak ją po­chło­nęła, że w ze­szłym roku kom­plet­nie mnie ola­ła, a gdy ob­jęła sta­no­wi­sko dy­rek­tor­ki, to już w ogó­le nie mo­żna się z nią umó­wić. Mia­ła przy­je­chać po miód i co? – zwró­ci­ła się do mężczy­zny i za­gar­nęła wło­sy na ra­mię. – I nie, nie je­stem za­zdro­sna ani… – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i za­my­śli­ła się, szu­ka­jąc do­bre­go sło­wa.

– Je­steś roz­ża­lo­na – do­po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się przy tym ła­god­nie i wy­ci­ągnął dłoń, by mu­snąć jej ple­cy.

Chcia­ła za­pro­te­sto­wać i na­wet na­bra­ła po­wie­trza, by to zro­bić, ale w ostat­niej chwi­li cała wście­kło­ść z niej ule­cia­ła, za­bra­kło jej słów. Ski­nęła tyl­ko gło­wą.

– Zo­stał ty­dzień do świ­ąt, a ja w ogó­le ich nie czu­ję – wes­tchnęła.

– Może zro­bi­my tak… – Przy­su­nął się do niej odro­bi­nę. – Po­zwo­lisz mi na to, co chcia­łem zro­bić w ze­szłym roku, za­pro­sisz sio­stry, a je­śli przyj­dzie ja­kiś kry­zys, to za­mknie­my się tu­taj i ni­ko­go nie wpu­ści­my.

– Na całe świ­ęta? – Unio­sła brwi.

– Tak… – Uśmiech­nął się chy­trze.

– Niech ci będzie. – Zgo­dzi­ła się i po­ca­ło­wa­ła go.

Wsta­ła z łó­żka, roz­su­nęła za­sło­ny, wpusz­cza­jąc do po­ko­ju sło­ńce, i wzi­ęła głębo­ki od­dech. Po noc­nych opa­dach śnie­gu ście­żki do dom­ków były nie­wi­docz­ne.

– Do­ło­żę do pie­ca i pój­dę pod prysz­nic. – Ma­rek rów­nież wstał i prze­ci­ągnął się. – Co do­bre­go zje­my?

– Może dmu­cha­ne omle­ty? – za­pro­po­no­wa­ła, wpa­tru­jąc się w brdy. Po­wie­dzia­ła to wy­jąt­ko­wo bez­na­mi­ęt­nym to­nem.

– Klau­dia… – Mężczy­zna ści­ągnął ko­szul­kę z pi­ża­my i przy­sta­nął za dziew­czy­ną. – Nie mo­żesz tak.

– Jak?

– Tkwić w żalu i…

– Nikt nie wy­zna­czył cza­su, ile po­win­na trwać ża­ło­ba, praw­da? – mruk­nęła, spla­ta­jąc ra­mio­na na pier­si. – Żad­na z nich nie za­py­ta­ła, co czu­ję.

– Ja za­py­ta­łem. Wie­lo­krot­nie. – Od­wró­cił do sie­bie dziew­czy­nę i zmie­rzył po­wa­żnym wzro­kiem. – Je­stem przy to­bie w ka­żdej chwi­li. Może czas po­pro­sić o po­moc ko­goś mądrzej­sze­go?

– Słu­cham? – ob­ru­szy­ła się.

– Co mogę jesz­cze zro­bić?

Wpa­try­wa­ła się w nie­go w mil­cze­niu. Nie wie­dzia­ła, ja­kiej ocze­ki­wał od­po­wie­dzi, ale za­uwa­ży­ła, że za­czy­na­ło bra­ko­wać mu cier­pli­wo­ści. Spu­ści­ła wzrok.

– Chęt­nie na­pi­ję się kawy – po­wie­dział już swo­im zwy­czaj­nym, spo­koj­nym to­nem. Po­ca­ło­wał ją w czo­ło i wy­co­fał się z po­ko­ju, by we­jść do ła­zien­ki na ko­ńcu ko­ry­ta­rza.

Sta­ła w kom­plet­nym bez­ru­chu jesz­cze do­brych kil­ka mi­nut. Usły­sza­ła szum wody do­cho­dzący z ła­zien­ki i otrząsnęła się, jak­by na wła­snej skó­rze po­czu­ła chłod­ne kro­ple. Po­ta­rła ra­mio­na i wy­szła z po­ko­ju, a po chwi­li ze­szła na par­ter. W kuch­ni na bla­cie le­żał bisz­kopt, któ­ry upie­kła po­przed­nie­go wie­czo­ru, jego za­pach wci­ąż uno­sił się w po­wie­trzu. Cze­ko­la­do­wy, ku­sząco słod­ki. Zer­k­nęła na nie­go prze­lot­nie i otwo­rzy­ła lo­dów­kę. Na szczęście mie­li jesz­cze jaj­ka, bo cze­ka­ła­by ją po­ran­na wy­ciecz­ka do kur­ni­ka. Wy­ci­ągnęła szyn­kę, ser, szczy­pio­rek i so­czy­stą czer­wo­ną pa­pry­kę i za­częła przy­go­to­wy­wać śnia­da­nie, wy­gląda­jąc raz po raz przez okno na za­śnie­żo­ną dro­gę. Sa­mo­chód, któ­rym przy­je­chał Ma­rek, wy­glądał te­raz jak do­rod­ny ba­łwa­nek.

Nie czu­ła ma­gii świ­ąt. Nie czu­ła żad­nej ma­gii od roku. Nie do­strze­ga­ła naj­mniej­szych przy­jem­no­ści ani iskier szczęścia. Czu­ła się jak ro­bot, któ­ry od rana do wie­czo­ra wy­ko­nu­je tyl­ko swo­je obo­wi­ąz­ki.

– Szlag… – syk­nęła, gdy sko­rup­ka jaj­ka wpa­dła jej do misy. Wy­bra­ła ją ły­żką.

– Wi­dzisz, za bar­dzo się de­ner­wu­jesz… – Usły­sza­ła ko­jący głos Mar­ka, ale nie od­wró­ci­ła się. Ze zło­ścią ci­snęła reszt­ki sko­rup­ki do zle­wu.

Si­ęgnęła po ko­lej­ne jaj­ko, ale nim zdąży­ła ude­rzyć nim o kraj mi­ski, Ma­rek ujął jej dłoń i spo­wol­nił ru­chy. Był ostro­żny, opa­no­wa­ny i pach­niał przy­jem­nie świe­żo. Nie mo­gła się nie uśmiech­nąć, gdy wspa­rł pod­bró­dek na jej ra­mie­niu, a ich po­licz­ki ze­tknęły się ze sobą. Przy­tu­li­ła się. Roz­bi­li ra­zem jesz­cze trzy jaj­ka, a ona po­czu­ła, jak cała wście­kło­ść gdzieś ule­cia­ła. Tak wła­śnie na nią dzia­łał – był jak ide­al­ny opa­tru­nek na ranę.

O mało się nie prze­ci­ęła, gdy mu­snął usta­mi jej szy­ję. Roz­kra­ja­ła wła­śnie szyn­kę na drob­niej­sze ka­wa­łki. Nie pa­mi­ęta­ła, kie­dy była z nim tak bli­sko… Tak, że bli­żej nie mo­gła so­bie na­wet wy­obra­zić. Po­my­śla­ła, że może tym ra­zem się uda, że to ide­al­na chwi­la, że się prze­ła­mie i będą się ko­chać, jak daw­niej. Sza­le­ńczo i w pe­łnym za­po­mnie­niu. Ale prze­rwał piesz­czo­tę i wy­co­fał się, bo nie zro­bi­ła nic, by choć tro­chę za­chęcić go do dal­szych kro­ków.

– Będę pó­źniej je­chał do mia­sta, mu­szę za­ła­twić kil­ka rze­czy. Chcesz po­je­chać ze mną? – za­py­tał, jak gdy­by ni­g­dy nic i wy­ci­ągnął z szaf­ki dwa kub­ki. – Mo­że­my wje­chać na cmen­tarz… – do­dał.

– Zo­ba­czę, jak pój­dzie mi z cia­stem – od­chrząk­nęła, do­rzu­ca­jąc szyn­kę do roz­bi­tych ja­jek.

Hek­tor, mały kró­lik, któ­re­go do­sta­ła od Mar­ka, przy­ki­cał do kuch­ni i za­trzy­mał się w pro­gu, by ob­ser­wo­wać, jak się krząta­ją. Co­dzien­no­ść i pew­ne­go ro­dza­ju ru­ty­na szyb­ko wkra­dła się do domu na wzgó­rzu. Mu­sie­li za­cząć pra­co­wać, żeby móc prze­trwać, i choć te­raz Klau­dia z czy­stym su­mie­niem mo­gła po­wie­dzieć, że daw­no nie było tak do­brze, nie była w sta­nie się tym cie­szyć.

– Uwiel­biam je – sko­men­to­wał, gdy pod­su­nęła mu pod nos ta­lerz z omle­tem, ob­fi­cie ob­sy­pa­nym szczy­pior­kiem.

– Ty zjesz wszyst­ko, co ci dam. – Prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Bo do­brze go­tu­jesz.

Usia­dła po dru­giej stro­nie sto­łu i zer­k­nęła na mężczy­znę. Już za­czął jeść. Do­pie­ro w tej chwi­li zo­rien­to­wa­ła się, że nie miał na so­bie ko­szul­ki, a roz­wi­chrzo­ne, jesz­cze wil­got­ne wło­sy fi­glar­nie opa­da­ły mu na czo­ło.

– Wiesz… – za­częła, ale dzwo­nek do drzwi prze­rwał jej dal­sze sło­wa.

Zdzi­wio­na wsta­ła od sto­łu, by otwo­rzyć tak wcze­sne­mu go­ścio­wi.

– Daga? – za­jąk­nęła się, otwie­ra­jąc drzwi i jed­no­cze­śnie gwa­łtow­nie ob­jęła się ra­mie­niem, gdy zim­no wda­rło się do środ­ka.

– Mo… mogę…? – jęk­nęła dziew­czy­na w pro­gu i we­szła do środ­ka.

Klau­dia przy­mknęła za nią drzwi i zmie­rzy­ła zdzi­wio­nym wzro­kiem od czub­ka gło­wy po zi­mo­we buty. Dag­ma­ra, kie­dyś jej naj­lep­sza przy­ja­ció­łka w oko­li­cy, z któ­rą ja­kiś czas temu stra­ci­ła kon­takt, wła­śnie po­ja­wi­ła się w jej domu, za­pła­ka­na, roz­trzęsio­na i bla­da jak śnieg za oknem.

– Co się sta­ło? – za­py­ta­ła w ko­ńcu.

– Jest Ma­rek? – Dag­ma­ra ści­ągnęła z gło­wy czap­kę, a czar­ne wło­sy roz­sy­pa­ły się wo­ko­ło jej twa­rzy. – By­łam w tym dom­ku, w któ­rym miesz­kał wcze­śniej, ale…

– Jest. Tu­taj… – Klau­dia zmarsz­czy­ła lek­ko brwi i wy­mow­nie zaj­rza­ła do kuch­ni.

Ma­rek wy­glądał na za­sko­czo­ne­go tą na­głą wi­zy­tą rów­nie moc­no jak ona. Prze­rwał po­si­łek i wy­sze­dł do przed­po­ko­ju.

– No hej. – Przy­wi­tał się.

Uprzej­my jak za­wsze – skwi­to­wa­ła w my­ślach. Nie umknęło jej, że Dag­ma­ra lek­ko się spe­szy­ła na jego wi­dok.

– Prze­pra­szam, że was na­cho­dzę, ale… nie wiem co ro­bić. To­mek nie wró­cił na noc do domu, nie od­bie­ra te­le­fo­nu. Mój sa­mo­chód nie od­pa­la…

– Przy­szłaś tu na pie­cho­tę? – prze­rwa­ła jej Klau­dia. – Roz­bierz się. Zro­bię ci coś cie­płe­go do pi­cia.

– Te­le­fon jest ak­tyw­ny? – za­py­tał Ma­rek.

– Tak. Pró­bo­wa­łam go zlo­ka­li­zo­wać, ale bez sa­mo­cho­du się tam nie do­sta­nę. – Dag­ma­ra była na gra­ni­cy hi­ste­rycz­ne­go pła­czu. Szyb­kim ru­chem roz­pi­ęła kurt­kę do po­ło­wy i wzi­ęła kil­ka głęb­szych od­de­chów.

– Po­ja­dę go po­szu­kać – zde­cy­do­wał, za­nim zdąży­ła wprost po­pro­sić o po­moc, i po­bie­gł na górę.

– Chcesz je­chać z nim czy za­cze­kać? – od­chrząk­nęła Klau­dia.

– Sama nie wiem… – Roz­pi­ęła kurt­kę jesz­cze moc­niej, a za­ry­so­wa­ny ci­ążo­wy brzu­szek wyj­rzał zza ma­te­ria­łu.

– Może le­piej za­cze­kaj – za­su­ge­ro­wa­ła dziew­czy­na i wy­ci­ągnęła rękę po ubra­nie.

Dziw­nie się czu­ła, przy­go­to­wu­jąc cie­płą her­ba­tę daw­nej przy­ja­ció­łce, któ­ra te­raz pła­ka­ła jej za ple­ca­mi przy sto­li­ku. Kom­plet­nie nie wie­dzia­ła, jak po­win­na ją po­cie­szyć i co po­wie­dzieć. Nie zna­ła tego ca­łe­go Tom­ka, Dag­ma­ra za­ko­ńczy­ła ich przy­ja­źń na­gle, jesz­cze za­nim się po­ja­wił.

– Nie martw się, na pew­no nic mu nie jest. Po­go­da była okrop­na, może zo­stał gdzieś na noc… – po­wie­dzia­ła, gdy kil­ka mi­nut pó­źniej Ma­rek wy­sze­dł z domu. Oba­wia­ła się, czy w ogó­le da radę wy­je­chać z te­re­nu pen­sjo­na­tu i obie­ca­ła so­bie, że za­dzwo­ni do sąsia­dów, by przy­je­cha­li tro­chę odśnie­żyć.

– Nie wie­dzia­łam, że… miesz­ka­cie ra­zem. – Dag­ma­ra ob­jęła ku­bek za­czer­wie­nio­ny­mi od mro­zu dło­ńmi.

– Od śmier­ci taty.

– Przy­kro mi… – Spu­ści­ła wzrok. – By­li­śmy wte­dy za gra­ni­cą, do­wie­dzia­łam się po po­wro­cie.

– Pew­nie i tak nie wie­dzia­ła­bym, że by­łaś na po­grze­bie. – Klau­dia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Czu­łam się jak cień. I pew­nie nie le­piej wy­gląda­łam…

– Ma­rek to do­bry fa­cet. Mój tata był nim za­chwy­co­ny. Wszyst­ko po­tra­fił zro­bić, nie to co To­mek – mruk­nęła i przy­mknęła gwa­łtow­nie oczy, jak­by uświa­do­mi­ła so­bie, że po­wie­dzia­ła za dużo. – Na świ­ęta zo­sta­je­cie tu­taj?

– Chy­ba tak. Moje sio­stry chcą przy­je­chać.

– To wspa­nia­le. – Uśmiech­nęła się szcze­rze i unio­sła ku­bek, by na­pić się choć odro­bi­nę. – Gdy­by tyl­ko moja sio­stra chcia­ła spędzić tu tro­chę cza­su… Ale tyl­ko sie­dzi w War­sza­wie, robi ka­rie­rę.

Po­wie­dzia­ła to z lek­ką no­stal­gią, co za­sta­no­wi­ło Klau­dię. Czy­żby Dag­ma­ra ża­ło­wa­ła, że się stąd nie wy­rwa­ła?

– Na­praw­dę ni­g­dy nie chcia­łaś stąd wy­je­chać? – za­py­ta­ła na­gle Dag­ma­ra.

– Nie – od­pa­rła pew­nie Klau­dia, za­cie­śnia­jąc uścisk na kub­ku. – A ty?

– Był taki mo­ment. Pa­mi­ętasz? Roz­ma­wia­ły­śmy kie­dyś nad je­zio­rem o tym, gdzie chcia­ły­by­śmy być, gdy­by­śmy mo­gły uro­dzić się raz jesz­cze. – Aż jej się oczy za­świe­ci­ły, a Klau­dia zmarsz­czy­ła brwi. Chwi­lę za­jęło jej od­szu­ka­nie w pa­mi­ęci tam­te­go dnia. – Po­wie­dzia­łaś, że ka­żde miej­sce będzie do­bre, je­śli będzie tam twój oj­ciec.

– Mo­żli­we… – Klau­dia wzru­szy­ła lek­ko ra­mio­na­mi.

– Ja chcia­łam być sama. Uciec od nich wszyst­kich, i co? – Dag­ma­ra ro­ze­śmia­ła się cierp­ko. – Je­stem tu sama z Tom­kiem na go­spo­dar­stwie.

– A ro­dzi­ce?

– U sie­bie…

Co mia­ła jej po­wie­dzieć? Że wspó­łczu­je? Od­da­ła­by wszyst­ko, żeby spędzić świ­ęta z oj­cem i mat­ką.

– Je­steś głod­na? – zmie­ni­ła te­mat Klau­dia, pod­su­wa­jąc jej bli­żej swój nie­tkni­ęty omlet.

– Nie tknę ni­cze­go, do­pó­ki nie do­wiem się, co z Tom­kiem.

– Je­steś w ci­ąży, mu­sisz coś zje­ść – na­ci­ska­ła Klau­dia to­nem nie­zno­szącym sprze­ci­wu. – Ma­rek na pew­no się nie­dłu­go ode­zwie – do­da­ła, spo­gląda­jąc na swo­ją ko­mór­kę z na­dzie­ją, że po­ja­wi­ła się na niej wia­do­mo­ść od mężczy­zny. Nie­ste­ty się roz­cza­ro­wa­ła.

***

Mar­ty­na prze­ci­ągnęła się na łó­żku, czu­jąc przy­jem­ne cie­pło pie­rzy­ny. Uwiel­bia­ła się pod nią wy­grze­wać, kie­dy na dwo­rze ter­mo­me­try wska­zy­wa­ły tem­pe­ra­tu­rę zde­cy­do­wa­nie nie­od­po­wied­nią dla po­praw­ne­go funk­cjo­no­wa­nia czło­wie­ka. Ko­bie­ta wy­cho­dzi­ła z za­ło­że­nia, że osiem­na­ście stop­ni na plu­sie, sło­ńce i cie­pły, lek­ki wia­te­rek są naj­lep­szy­mi wa­run­ka­mi, w ja­kich mo­gło­by przy­jść jej żyć i pra­co­wać. Dla­te­go gdy tyl­ko po­ja­wia­ły się pierw­sze ozna­ki zbli­ża­jącej się zimy, od­kręca­ła mak­sy­mal­nie ka­lo­ry­fe­ry i cie­szy­ła się cie­płem, któ­re roz­cho­dzi­ło się po miesz­ka­niu.

Zer­k­nęła do łó­żecz­ka, w któ­rym po­wi­nien jesz­cze od­po­czy­wać Kuba i zmarsz­czy­ła lek­ko brwi. Nie od­na­la­zła chłop­czy­ka wzro­kiem. Od­wró­ci­ła się na­tych­miast na dru­gą stro­nę łó­żka, gdzie po­wi­nien spać Bar­tosz, ale i jego nie było z nią w sy­pial­ni.

Usły­sza­ła za to krząta­ni­nę w kuch­ni. Pa­tel­nie obi­ja­jącą się o pal­ni­ki, stu­kot szkla­nych kub­ków, w któ­rych pi­ja­li kawę, i po­gwiz­dy­wa­nie mężczy­zny. Co ja­kiś czas pisk dzie­ci­ęcej za­baw­ki prze­bi­jał się przez nad­miar tych ha­ła­śli­wych dźwi­ęków. Mar­ty­na ode­tchnęła z ulgą.

Wsta­ła, na­rzu­ci­ła na ra­mio­na szla­fro­czek i wy­szła z sy­pial­ni. Za­pach to­stów z ja­jecz­ni­cą i be­ko­nem ude­rzył ją przy­jem­nie w noz­drza i po­czu­ła, jak bar­dzo jest głod­na. Na do­da­tek wo­kół uno­sił się aro­mat kawy – pysz­nej, moc­nej, z de­li­kat­ną ak­sa­mit­ną pian­ką. Wła­śnie taką lu­bi­ła naj­bar­dziej.

– Dzień do­bry – rzu­cił Bar­tosz, zer­ka­jąc na nią znad pa­tel­ni. Roz­dzie­lał wła­śnie ja­jecz­ni­cę na dwa ta­le­rze.

– Dzień do­bry – mruk­nęła i omi­nęła blat ku­chen­ny, by po­de­jść do Kuby, któ­ry już za­czął drep­tać w jej stro­nę, po­rzu­ca­jąc za­baw­ki. – Ktoś tu po­zwo­lił się ma­mu­si wy­spać? – za­gad­nęła, pod­no­sząc mal­ca.

– Zro­bił też śnia­da­nie i przy­go­to­wał kawę – od­pa­rł za jej ple­ca­mi Bar­tosz, przy­gry­za­jąc ka­wa­łek pa­prycz­ki.

– Na­praw­dę? – Za­śmia­ła się, trąca­jąc mały no­sek Ku­bu­sia.

– A w pam­per­sie zo­sta­wił ci nie­spo­dzian­kę…

– O co ci cho­dzi? – wark­nęła, od­wra­ca­jąc się do mężczy­zny.

– Może o to, że gdy­byś li­czy­ła tyl­ko na nie­go, nie spa­ła­byś od szó­stej? – za­su­ge­ro­wał z wy­so­ko unie­sio­ny­mi brwia­mi. – Śnia­da­nie po­da­no… – Za­brał ta­le­rze z bla­tu i za­nió­sł je na ni­ski sto­lik przy ka­na­pie.

– O któ­rej wró­ci­łeś? – za­py­ta­ła, jak­by nie sły­sza­ła, co po­wie­dział.

– Już spa­łaś.

– Do­my­ślam się. Nie ro­zu­miem, co chcia­łeś za­ma­ni­fe­sto­wać? To ja­kiś od­wet?

– Skąd ten po­my­sł? Sama ka­za­łaś mi się wy­pro­wa­dzić.

– Nie do­słow­nie – prych­nęła, gó­ru­jąc nad nim z Kubą w ra­mio­nach.

– Do­my­ślam się – uśmiech­nął się i usia­dł na ka­na­pie. – Smacz­ne­go.

– O któ­rej wró­ci­łeś? – po­wtó­rzy­ła py­ta­nie.

– Po dru­giej. Na­praw­dę będziesz mnie te­raz prze­słu­chi­wać? Za­raz wy­sty­gnie. – Pod­nió­sł na nią wy­cze­ku­jące spoj­rze­nie, a po­nie­waż wci­ąż upar­cie sta­ła przy ka­na­pie, za­czął jeść sam. – Jak wo­lisz…

– Nie po­my­śla­łeś o Ku­bie? – wark­nęła z wy­rzu­tem, przy­tu­la­jąc moc­niej chłop­ca do sie­bie.

– Po­my­śla­łem. Zja­dł już całą mi­skę kasz­ki. – Prze­żuł ka­wa­łek bocz­ku. – Po szó­stej…

Wie­dział, że do­pro­wa­dzi ją tym do fu­rii, a jed­nak kon­ty­nu­ował tę bez­sen­sow­ną prze­ga­dy­wan­kę, a Mar­ty­na czu­ła, że z ka­żdym sło­wem co­raz bar­dziej tra­ci cier­pli­wo­ść.

– Usi­ądź, zjedz, zro­bi ci się le­piej i po­ga­da­my, co? – Po­kle­pał miej­sce na ka­na­pie obok sie­bie. – Roz­ma­wia­łem wczo­raj z Mar­kiem. Py­tał, czy wy­bie­ra­my się do nich na świ­ęta. Wiesz coś o tym?

– Pa­try­cja to wy­my­śli­ła. Twier­dzi, że Klau­dia nas po­trze­bu­je. – Mar­ty­na prze­wró­ci­ła ocza­mi i w ko­ńcu usia­dła obok Bart­ka. Nie za bli­sko, żeby przy­pad­kiem nie po­czuł się wy­gra­nym.

– A co ty o tym sądzisz?

– Moim zda­niem Pati pró­bu­je za­tu­szo­wać swo­je wy­rzu­ty su­mie­nia. Klau­dia po­trze­bo­wa­ła jej rok temu, a nie te­raz. Te­raz to ona chce być sama. Ja­sno się wy­ra­zi­ła, kie­dy py­ta­łam ją, co pla­nu­je da­lej ro­bić z pen­sjo­na­tem.

– Pew­nie po­my­śla­ła, że chcesz jej go ode­brać.

– Wy­da­je mi się, że ona po­trze­bu­je po­mo­cy, ale psy­cho­lo­ga – prych­nęła i si­ęgnęła po ta­lerz z ja­jecz­ni­cą. – Po­je­dzie­my, oce­ni­my i je­śli będzie taka po­trze­ba, usta­wi­my ją do pio­nu.

– Je­steś pew­na? – Aż od­chrząk­nął.

– Ja­sne, że tak. Po­rząd­nie nią po­trząśnie­my i za­raz jej przej­dzie. Ile ona ma lat? – Za­częła mó­wić co­raz gło­śniej. – Musi za­cząć my­śleć nie tyl­ko o so­bie, ale i o ca­łej swo­jej przy­szłej ro­dzi­nie.

– Wy­da­je mi się, że śmie­rć wa­sze­go ojca…

– Wszyst­kie nas do­tknęła. Ka­żda z nas mu­sia­ła so­bie to ja­koś po­ukła­dać.

– Ale ona była z nim za­wsze. Za­wsze… – Z nie­do­wie­rza­niem odło­żył ta­lerz na sto­lik. – I na­gle zo­sta­ła kom­plet­nie sama. Uwa­żasz, że trze­ba nią po­trząsnąć? I to aku­rat w świ­ęta?

– Mnie nikt nie gła­skał po gło­wie, kie­dy…

– Po­je­dzie­my tam, ale chy­ba tyl­ko po to, żeby ją ochro­nić przed tobą i Pa­try­cją – rze­kł ostro i wstał, zo­sta­wia­jąc śnia­da­nie na sto­li­ku.

Od­pro­wa­dzi­ła go wzro­kiem z kom­plet­nym nie­zro­zu­mie­niem na twa­rzy. Wzru­szy­ła tyl­ko ra­mio­na­mi i do­ko­ńczy­ła śnia­da­nie, raz po raz po­sy­ła­jąc bu­ziacz­ki do roz­we­se­lo­ne­go Ku­bu­sia.

***

Ma­rek pod­nió­sł wzrok na Klau­dię, któ­ra ze sple­cio­ny­mi na sto­le dło­ńmi wsłu­chi­wa­ła się w kłót­nię zza ścia­ny. De­ner­wo­wa­ła się, raz po raz przy­gry­za­ła war­gę, sta­ra­jąc się opa­no­wać emo­cje. Chcia­ła, żeby Dag­ma­ra i To­mek już so­bie po­szli. Nie mia­ła naj­mniej­szej ocho­ty uczest­ni­czyć w ich ma­łże­ńskich spo­rach i wy­ci­ąga­nych bru­dach. Nie­wie­dza była bło­go­sła­wie­ństwem, a ona bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek ro­zu­mia­ła, co to ozna­cza­ło.

Bar­dzo szyb­ko przy­zwy­cza­iła się do ży­cia we dwo­je. Była ona, Ma­rek i Hek­tor, któ­ry nic nie mó­wił i nie prze­szka­dzał. Go­ście w pen­sjo­na­cie po­ja­wia­li się i zni­ka­li, przy­je­żdża­li i od­je­żdża­li, zo­sta­wia­li po so­bie nie­wie­le, a wła­ści­wie nic, do cze­go mo­gła­by się przy­wi­ązać i wspo­mi­nać. Wraz z oj­cem znik­nął pe­wien sil­ny fun­da­ment tego miej­sca i Klau­dia oba­wia­ła się, że nic nie będzie w sta­nie za­ła­tać tej dziu­ry w rów­nie trwa­ły spo­sób.

– Dla­cze­go wci­ąż zni­kasz?! Dla­cze­go cię nie ma, kie­dy je­steś po­trzeb­ny?!

Dag­ma­ra wci­ąż krzy­cza­ła, a z ka­żdym jej ko­lej­nym sło­wem Klau­dia co­raz bar­dziej ża­ło­wa­ła, że wpu­ści­ła ją do domu. Zwłasz­cza że Ma­rek przy­wió­zł Tom­ka w sta­nie wska­zu­jącym na nie­złą im­pre­zę, któ­rą za­li­czył w nocy.

– Hej… – Ma­rek wy­ci­ągnął do niej rękę. – Nie­po­trzeb­nie się nimi stre­su­jesz.

– Mo­żesz tego słu­chać? – wy­du­si­ła pó­łgło­sem. – Za­raz się do­wie­my, że to nie jest jego dziec­ko…

– Nie prze­sa­dzaj. Zwy­kła sprzecz­ka. Może im się nie ukła­da? Zwi­ąz­ki prze­cho­dzą kry­zy­sy, wiesz?

– Zwłasz­cza ma­łże­ństwa…

Pod­nio­sła ku­bek z kawą i za­częła po­wo­li ją sączyć, by unik­nąć dal­szej roz­mo­wy. Wie­dzia­ła, że Ma­rek pró­bu­je jej za wszel­ką cenę po­móc, ale ona po­trze­bo­wa­ła ci­szy. Kie­dy miesz­ka­ła sama z oj­cem, w tym domu ni­g­dy nikt nie uno­sił gło­su i do ta­kie­go ży­cia się przy­zwy­cza­iła.

– Zor­ga­ni­zu­je­my te świ­ęta – po­wie­dzia­ła po krót­kiej chwi­li. – Przy­ja­dą, zje­dzą i wy­ja­dą. Co wi­ęcej może się wy­da­rzyć?

– Cóż… – Po­gła­skał kciu­kiem jej dłoń. – To w ko­ńcu Boże Na­ro­dze­nie.

Czas jak ka­żdy inny – do­da­ła w my­ślach, ale do Mar­ka się uśmiech­nęła. Nie wie­rzy­ła, że te świ­ęta mogą co­kol­wiek zmie­nić. Tak jak nie zmie­ni­ły po­przed­nie…

– Pój­dzie­my już – po­wie­dzia­ła Dag­ma­ra, za­gląda­jąc do kuch­ni. Nie wy­gląda­ła, jak­by do­szła z Tom­kiem do ja­kie­go­kol­wiek po­ro­zu­mie­nia, ale naj­wy­ra­źniej uzna­li, że po­win­ni prze­nie­ść się z kłót­nią na bar­dziej neu­tral­ny te­ren. – Dzi­ęki za po­moc.

– Może was od­wio­zę? – za­pro­po­no­wał Ma­rek, pod­pie­ra­jąc pod­bró­dek na dło­ni.

Oczy­wi­ście nie za­pro­te­sto­wa­ła, głasz­cząc się przy tym po wy­pu­kłym brzu­chu, a Klau­dia za­pra­gnęła, by ten dzień za­czął się raz jesz­cze. Nie po­zwo­li­ła­by wy­jść mu z łó­żka i z sa­tys­fak­cją mo­gli­by uda­wać, że nie ma ich w domu…

Gdy zo­sta­ła sama, od­zy­ska­ła upra­gnio­ną ci­szę i usia­dła w sa­lo­nie na ka­na­pie. Hek­tor wy­sze­dł z ukry­cia, przy­sia­dł przy oknie i ła­pał cie­płe, sło­necz­ne pro­mie­nie. Do­pie­ro dźwi­ęk przy­cho­dzącej wia­do­mo­ści na ko­mór­ce zmu­sił ją do ru­chu. Otwo­rzy­ła prze­sła­ne zdjęcie i uśmiech­nęła się sze­ro­ko do pu­ca­tej buzi Ku­bu­sia, któ­ra spo­gląda­ła na nią z ekra­nu te­le­fo­nu. Mar­ty­na co ja­kiś czas prze­sy­ła­ła jej ta­kie wia­do­mo­ści z krót­ki­mi in­for­ma­cja­mi, jak żyją. Klau­dia to do­ce­nia­ła, bo był to prze­jaw na­praw­dę spo­re­go kro­ku do przo­du, któ­ry po­czy­ni­ła jej sio­stra.

Prze­su­nęła pal­cem wia­do­mo­ść, by prze­czy­tać tre­ść: „Przy­je­żdża­my w po­nie­dzia­łek. Cio­ciu, szy­kuj do­mek!”.

– Świet­nie… – mruk­nęła i od­ru­cho­wo chcia­ła zo­sta­wić wia­do­mo­ść bez od­po­wie­dzi, ale za­wa­ha­ła się i po krót­kiej chwi­li na­my­słu od­pi­sa­ła: „Chęt­nie wy­ści­skam Ku­bu­sia!”.

Tyle wy­star­czy. Niech się nie spo­dzie­wa­ją wy­bu­chów ra­do­ści.

Nic nie zmie­ni tego, że w ostat­nie świ­ęta obie ją zo­sta­wi­ły, z mniej lub bar­dziej bła­hych po­wo­dów – ale jed­nak. Prze­pła­ka­ła wi­gi­lię, pierw­szy dzień świ­ąt, a w dru­gi sy­tu­ację ura­to­wał tyl­ko spa­cer po Kra­ko­wie, któ­ry zor­ga­ni­zo­wał zde­spe­ro­wa­ny Ma­rek. Syl­we­stra prze­spa­ła. I tak samo pla­no­wa­ła spędzić go w tym roku.

Spis tre­ści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII