Bezpieczne przywiązanie - Jessica Baum - ebook

Bezpieczne przywiązanie ebook

Jessica Baum

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Poczucie bezpieczeństwa to nie cecha osobowości, lecz umiejętność, którą można rozwijać i wzmacniać

Choć od dzieciństwa uczy się nas samowystarczalności i niezależności, nasz układ nerwowy jest zaprogramowany na tworzenie ciepłych, stabilnych więzi. To na nich opiera się nasze poczucie bezpieczeństwa, niezbędne do prowadzenia spełnionego i spokojnego życia. Jak jednak wykształcić w sobie umiejętność tworzenia bezpiecznych relacji i odzyskać spokój? Pomoże ci w tym ten praktyczny, poparty badaniami przewodnik, pełen osobistych refleksji, prostych medytacji i przemyślanych ćwiczeń. Z tej książki dowiesz się, jak pielęgnować swoje poczucie bezpieczeństwa, zarówno wewnętrzne, jak i to potrzebne do budowania relacji z innymi.

Dzięki lekturze nauczysz się:

• rozpoznawać sygnały alarmowe płynące z układu nerwowego i skutecznie go regulować,

• nawiązywać kontakt z tymi częściami siebie, które wciąż noszą dawne rany,

• przerywać powtarzające się schematy, w tym lękowo-unikowy „taniec”,

• polegać na swoich wewnętrznych obrońcach,

• podejmować decyzje, kiedy zostać w relacji, a kiedy z niej wyjść,

• tworzyć wspierające „kotwice” emocjonalne oraz zdrowsze, bezpieczniejsze więzi.

Autorka, opierając się na wiedzy z zakresu neurobiologii oraz własnym doświadczeniu psychoterapeutki i terapeutki par, wyjaśnia, dlaczego tak często powielamy stare, szkodliwe wzorce zachowań, oferuje empatyczne wsparcie i wyjaśnia, jak krok po kroku wydostać się z trybu przetrwania i zacząć budować prawdziwe zaufanie oraz głębokie relacje z innymi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 284

Data ważności licencji: 1/7/2031

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: SAFE. An Attach­ment-Infor­med Guide to Buil­ding More Secure Rela­tion­ships

Prze­kład: Ischim Kry­styna Odo­ro­wicz-Śliwa Redak­torka ini­cju­jąca: Maria Zalasa Redak­cja: Domi­nika Syno­wiec Korekta: Anna Kurek Ilu­stra­cja na okładce: © Kha­net Jan­n­gam/Getty Ima­ges Adap­ta­cja okładki na potrzeby pol­skiego wyda­nia: Nor­bert Młyń­czak

Copy­ri­ght © 2025 by Jes­sica Baum This edi­tion publi­shed by arran­ge­ment with Tar­cher, an imprint of Pen­guin Publi­shing Group, a divi­sion of Pen­guin Ran­dom House LLC Copy­ri­ght for the Polish edi­tion and trans­la­tion © Wydaw­nic­two JK, 2026

Niniej­sza publi­ka­cja jest chro­niona pra­wem autor­skim. Publi­ka­cja może być zwie­lo­krot­niana i wyko­rzy­sty­wana wyłącz­nie w zakre­sie dozwo­lo­nym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwie­lo­krot­nia­nie i wyko­rzy­sty­wa­nie tre­ści publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek for­mie do eks­plo­ra­cji tek­stów i danych (text and data mining) lub do tre­no­wa­nia modeli sztucz­nej inte­li­gen­cji bez uprzed­niej, wyraź­nej zgody Wydawcy jest zabro­nione.

ISBN 978-83-68846-55-3 Wyda­nie I, Łódź 2026

JK Wydaw­nic­two, ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Mojej men­torce Bon­nie Bade­noch.

Odkąd poja­wi­łaś się w moim życiu, mocno oddzia­łu­jesz na mnie, na moje zdro­wie­nie i na książki, które wypusz­czam w świat. A naj­więk­szy wpływ wywarło na mnie twoje współ­czu­cie.

Twoja mądrość wyni­ka­jąca z wie­lo­let­niego zgłę­bia­nia zagad­nień doty­czą­cych neu­ro­bio­lo­gii inter­per­so­nal­nej miała swój udział w kształ­to­wa­niu tej książki, a twoje współ­czu­cie bije z jej kart, za co jestem ogrom­nie wdzięczna. Wplo­tłam w ten tekst mnó­stwo two­ich wni­kli­wych prze­słań. Nie stwo­rzy­ła­bym go bez cie­bie i prze­peł­nia mnie wdzięcz­ność za twoje prze­wod­nic­two.

Z mojego serca do two­jego – wiel­kie dzięki.

Wprowadzenie

Od wcze­snego dzie­ciń­stwa uczy się nas, jak ważne jest bycie sil­nym i nie­za­leż­nym. Cho­ciaż te dwa słowa potra­fią być w naszym umy­śle sil­nie zwią­zane, to tak naprawdę musimy czuć, że jeste­śmy bez­pieczni w ramio­nach, ser­cach i umy­słach waż­nych dla nas osób. To dzięki rela­cjom z nimi czu­jemy się spo­kojne i chro­nione w tym trud­nym świe­cie. „Bez­pieczny” to słowo pełne mocy, przej­mu­jące aż do szpiku kości. Zatrzy­maj się na chwilę i zauważ, co czu­jesz w brzu­chu, sercu i mię­śniach, kiedy mówisz:

Bez­pieczna. Jestem bez­pieczna.

A jed­nak świat, w któ­rym żyjemy, nie zawsze wydaje się bez­pieczny. Domy­ślam się, że każdy z nas mógłby stwo­rzyć oso­bi­stą listę zagro­żeń, zmar­twień i nie­pew­no­ści w codzien­nym życiu. Mimo wszystko ist­nieje pewien rodzaj bez­pie­czeń­stwa, który możemy odczu­wać w ciele i umy­śle i który zaspo­kaja nasze naj­głęb­sze pra­gnie­nie poczu­cia bycia chro­nio­nym, nawet w obli­czu wyzwań zewnętrz­nych. I znaj­duje się tak bli­sko jak dłoń, którą wycią­gamy, bo chwy­cić rękę dru­giej osoby.

Jeste­śmy dosłow­nie stwo­rzeni do tego, by utrzy­my­wać ser­deczne, otwarte rela­cje – jest to zako­rze­nione w naszym DNA1. Mimo to tak wiele aspek­tów naszej kul­tury i oso­bi­stej histo­rii odciąga nas od tej nie­ustan­nie dostęp­nej moż­li­wo­ści. Ponie­waż zna­czą część życia spę­dzi­łam w cie­niu tych kul­tu­ro­wych ocze­ki­wań, a moje wcze­sne doświad­cze­nia przy­wią­za­nia były bole­sne, odej­ście od tego, co było dla mnie zna­jome, i wej­ście w rela­cje, które mogły uzdro­wić obie te głę­bo­kie rany, wyma­gało dużo pracy.

Moją pierw­szą książkę, Lękowo przy­wią­zane, napi­sa­łam po to, by pomóc innym ludziom z ranami podob­nymi do moich zna­leźć bar­dziej satys­fak­cjo­nu­jące rela­cje. Sama zdro­wia­łam w tym obsza­rze i chcia­łam się tym podzie­lić. Od tam­tej pory jesz­cze bar­dziej się roz­wi­nę­łam i uświa­do­mi­łam sobie, że wielu z nas ma róż­no­ra­kie poważne rany z dzie­ciń­stwa, które wpły­wają na wszyst­kie nasze rela­cje. Fun­da­men­tem książki Bez­pieczne przy­wią­za­nie jest chęć podzie­le­nia się tym, czego się uczę i czego doświad­czam teraz.

Wewnętrzne poczu­cie każ­dego czło­wieka co do tego, jak bar­dzo jest bez­pieczny albo zagro­żony, pocho­dzi z doświad­czeń rela­cji zgro­ma­dzo­nych w ciągu całego życia. Nasze naj­wcze­śniej­sze więzi, mające począ­tek jesz­cze w łonie matki, uczą nas, czego ocze­ki­wać od naj­bliż­szych. Lek­cje te głę­boko się w nas zapi­sują i two­rzą silne poczu­cie tego, czy inni ludzie są dla źró­dłem bez­pie­czeń­stwa, czy są raczej zdy­stan­so­wani, chłodni, zalęk­nieni, roz­draż­nieni, a nawet nie­bez­pieczni. Następ­nie przez całe życie two­rzymy więzi z kolej­nymi pozna­wa­nymi ludźmi – nauczy­cie­lami, krew­nymi, zna­jo­mymi, part­ne­rami – któ­rzy się o nas trosz­czą i któ­rzy nas krzyw­dzą. Każdy z nas gro­ma­dzi skom­pli­ko­waną plą­ta­ninę doświad­czeń rela­cyj­nych wpły­wa­ją­cych na nasze wewnętrzne poczu­cie tego, co jest bez­pieczne, a co nie.

Miesz­kań­ców Zachodu kształ­tują nie tylko kar­miące i krzyw­dzące więzi, ale też war­to­ści i ocze­ki­wa­nia spo­łeczne uwa­żane za „wła­ściwy spo­sób życia”. Wiele otrzy­my­wa­nych przez nas komu­ni­ka­tów mówi nam, że nie­za­leż­ność, samo­dziel­ność, samo­re­gu­la­cja, odno­sze­nie suk­ce­sów i dba­nie o sie­bie to cechy cha­rak­te­ry­styczne dla zdro­wych, doj­rza­łych ludzi. W efek­cie doświad­cze­nie odłą­cze­nia i bycia oce­nia­nym może poja­wić się już na wcze­snym eta­pie życia. W końcu naszych rodzi­ców także ukształ­to­wały war­to­ści naszego spo­łe­czeń­stwa. Jako dzieci jeste­śmy chwa­leni za osią­ga­nie kolej­nych klu­czo­wych eta­pów roz­woju. Sły­szymy, jak rodzice mówią z dumą: „Mój syn zaczął cho­dzić, gdy miał dzie­więć mie­sięcy”, „Moja córka sor­to­wała zabawki kolo­rami w wieku dwóch lat”. Uśmie­chają się pro­mien­nie, jeżeli coś nam się udaje, i wyco­fują się, jeśli nie speł­niamy narzu­co­nych nam stan­dar­dów. Już jako dzieci zaczy­namy więc odczu­wać, że oce­nia się nas i uznaje za wystar­cza­ją­cych albo wybra­ko­wa­nych na pod­sta­wie tych arbi­tral­nych kry­te­riów. Kiedy wkra­czamy w doro­słość, ocze­kuje się od nas cięż­kiej pracy i osią­ga­nia celów w wielu obsza­rach życia. W tym oce­anie wydaj­no­ści i rywa­li­za­cji zatra­cają się wyjąt­kowe piękno i talenty każ­dego czło­wieka. Takie życie jest prze­ci­wień­stwem bez­pie­czeń­stwa.

Wyma­ga­nia te zmu­szają nas do nie­ustan­nego pośpie­chu, przez co czę­sto tra­cimy kon­takt z naj­głęb­szym pra­gnie­niem, by zwol­nić i roz­ko­szo­wać się bez­pieczną, życz­liwą wię­zią z innymi. Bry­tyj­ski psy­chia­tra, lite­ra­tu­ro­znawca, filo­zof i neu­ro­nau­ko­wiec Iain McGil­christ poświę­cił całe dzie­się­cio­le­cia na odkry­wa­nie tajem­ni­czego związku pomię­dzy pół­ku­lami naszego mózgu. Nie do końca jest tak, jak nas uczono – że prawa pół­kula odpo­wiada za kre­atyw­ność, a lewa sku­pia się na logice. Zda­niem McGil­christa jest tak, jak­by­śmy mieli w mózgu dwie osoby, które żyją i postrze­gają świat zupeł­nie ina­czej2. Prawa pół­kula sku­pia się na prze­ży­wa­niu danej chwili (w któ­rej znaj­du­jemy bez­pie­czeń­stwo w rela­cjach), a lewa odciąga nas od tej obec­no­ści i wszel­kich trud­no­ści emo­cjo­nal­nych, by upo­rząd­ko­wać nasze doświad­cze­nie i skon­cen­tro­wać się na dzia­ła­niu (przez co tra­cimy łącz­ność z chwilą obecną i innymi ludźmi). Oba te spo­soby funk­cjo­no­wa­nia są ważne, ale naj­waż­niej­sza jest rela­cja pomię­dzy nimi. Ma to zna­cze­nie o tyle, że jako spo­łe­czeń­stwo w zde­cy­do­wa­nej mie­rze pole­gamy na lewej pół­kuli, co zapo­cząt­ko­wało epi­de­mię trau­ma­tycz­nej samot­no­ści. Moje wła­sne rany przy­wią­za­nia i skłon­ność do ukry­wa­nia się w lewej pół­kuli spra­wiły, że całymi latami żyłam w zawrot­nym tem­pie. A potem zwią­zek miło­sny zmu­sił mnie do sta­wie­nia czoła ranom.

Nic nie mogło się rów­nać pierw­szemu uści­skowi. Pamię­tam go, jakby wyda­rzył się wczo­raj. Kiedy spo­tka­łam się z tym męż­czy­zną po kilku tygo­dniach roz­mów przez tele­fon, natych­miast poczu­łam się przy nim „jak w domu”. Jakby całe moje ciało ode­tchnęło z ulgą. Wresz­cie mogłam odpo­cząć. Kiedy ucie­kłam w jego ramiona i serce, poczu­łam, że naszym prze­zna­cze­niem jest wspólna podróż przez życie. Nie wydaje mi się, żebym zwró­ciła wtedy uwagę na zna­cze­nie słowa „ucie­kłam”. Dopiero pra­wie dwa lata póź­niej uświa­do­mi­łam sobie, że part­ner dawał mi schro­nie­nie przed bólem i lękiem, z któ­rymi jesz­cze nie byłam gotowa się zmie­rzyć.

W miarę upływu czasu nasza miłość się wzmoc­niła, a nasz zwią­zek pro­wa­dził nas coraz dalej ku emo­cjo­nal­nej bli­sko­ści. Tak się to ma wła­śnie roz­wi­jać. W tym momen­cie, jak we wszyst­kich bli­skich rela­cjach, zaczęły dawać o sobie znać nasze wcze­sne wzorce przy­wią­za­nia i skła­niać nas do pracy nad poja­wia­ją­cymi się trud­no­ściami. Poczu­łam, że dla niego wyzwa­niem była moja rosnąca zależ­ność od niego, a dla mnie – jego zacho­wa­nia uni­kowe. Kiedy zaczy­nał zamy­kać się w sobie, ucie­kać ode mnie i mnie igno­ro­wać. Te sple­cione dyna­miki, w któ­rych jedna osoba bie­gnie ku part­ne­rowi, a ten reaguje lękiem i ucieka – w któ­rych dwoje ludzi ni­gdy się nie odnaj­duje i nie potrafi utrzy­mać więzi przez dłuż­szy czas – czę­sto okre­śla się mia­nem więzi trau­ma­tycz­nych albo tańca lękowo-uni­kowego. W niektó­rych krę­gach ducho­wych mecha­ni­zmy te nazywa się odna­le­zie­niem swo­jego „bliź­nia­czego pło­mie­nia”, co roman­ty­zuje sche­maty, w któ­rych ludzie tkwią przez całe lata. Jeżeli znasz któ­ryś z wspo­mnia­nych wyżej ter­mi­nów, zapewne byłeś w związku wywo­łu­ją­cym u cie­bie przej­mu­jący brak poczu­cia bez­pie­czeń­stwa. Być może ni­gdy do końca nie zro­zu­mia­łeś, dla­czego dana rela­cja była tak bole­sna.

Wkrótce mia­łam się dowie­dzieć, że trudne wcze­sne wspo­mnie­nia jed­nej osoby mogą pobu­dzić podobne wspo­mnie­nia dru­giej. Nic dziw­nego, że z moim part­ne­rem czu­łam się „jak w domu”. Pod inten­sywną namięt­no­ścią skry­wał on wzorce przy­po­mi­na­jące moje wcze­sne doświad­cze­nia rela­cyjne. Kiedy się bał, zamy­kał się przede mną i mnie igno­ro­wał, zupeł­nie jak moi rodzice. Począt­kowo byli­śmy niczym skrzyw­dzone dzieci bie­gnące ku sobie z nadzieją, że wypeł­nimy sobie nawza­jem nasze braki, ale stop­niowo odkry­wa­li­śmy, że z powodu naszych ran żadne z nas nie ma tego, czego potrze­buje dru­gie. Roz­cza­ro­wa­nie zbu­rzyło marze­nia o ide­ale, któ­rym żyłam.

W tej książce prze­śle­dzimy, w jaki spo­sób ujaw­niają się rany przy­wią­za­nia, oraz poznamy narzę­dzia, które pomogą ci odkryć ich początki i zna­leźć uzdro­wie­nie. Pro­ces ten przy­po­mina usu­wa­nie kolej­nych warstw doświad­cze­nia, by odsło­nić poza­bez­pieczne wzorce przy­wią­za­nia, które dopro­wa­dziły cię do roz­wi­nię­cia zacho­wań obron­nych, takich jak ucieczka bądź zatra­ca­nie się w pracy, byle tylko stłu­mić dawne cier­pie­nie i lęk. Nauczy­łam się na wła­snej skó­rze, że jed­nym z zadań part­nera w moim życiu było ode­gra­nie roli kata­li­za­tora mojego praw­dzi­wego uzdro­wie­nia – mimo że nasz zwią­zek był trudny – a potem dzie­li­łam się tym doświad­cze­niem z klien­tami i mam nadzieję, że ty też znaj­dziesz na tych stro­nach ścieżkę ku zdro­wie­niu.

Mózg i relacje

Cza­sami odpo­wied­nia osoba poja­wia się dokład­nie wtedy, kiedy jej potrze­bu­jemy. Mniej wię­cej w tym samym cza­sie, gdy mój zwią­zek się roz­pa­dał, usły­sza­łam o książce Bon­nie Bade­noch The Heart of Trauma łączą­cej zagad­nie­nia traumy, stylu przy­wią­za­nia i neu­ro­nauki rela­cji. Wcze­śniej prze­czy­ta­łam sporo pozy­cji z zakresu neu­ro­nauki, ale książka Bon­nie wydała mi się inna. W jej sło­wach była mięk­kość, która dotknęła cze­goś głę­boko we mnie. Myślę, że już wtedy zyska­łam pewne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa dzięki życz­li­wej akcep­ta­cji leżą­cej u pod­staw jej pracy. To dozna­nie nauczyło mnie cze­goś bar­dzo waż­nego. Bar­dzo czę­sto sły­szy się, że gdy tylko zdo­łamy się uzdro­wić, zaczniemy się czuć bez­piecz­nie. I cho­ciaż to prawda, być może waż­niej­sza jest świa­do­mość, że odna­le­zie­nie poczu­cia bez­pie­czeń­stwa rów­nież sta­nowi wstęp do zdro­wie­nia i jego fun­da­ment. Skon­tak­to­wa­łam się z Bon­nie i została ona moją men­torką na tej ścieżce. Spra­wiła, że po raz pierw­szy w życiu poczu­łam się widziana. Inte­rak­cje z nią są tak głę­bo­kie, ponie­waż wnosi w nie nie tylko całą swoją mądrość, ale też pełną obec­ność i współ­czu­cie. Kiedy było mi bar­dzo źle, samo jej towa­rzy­stwo mi odwagę kon­ty­nu­owa­nia podróży ku uzdro­wie­niu – i czu­łam, że muszę czę­ściej z nią prze­by­wać. Mój orga­nizm tęsk­nił za takimi życz­li­wymi, bez­piecz­nymi ludźmi.

W wyniku tego poczu­cia bez­pie­czeń­stwa sta­łam się wraż­liwa na wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Zaczęły we mnie oży­wać, abym mogła je uzdra­wiać i inte­gro­wać, a jed­no­cze­śnie uru­cha­miały napady sil­nego lęku i bólu. Było to trudne, ale czu­łam, że nie­zbędne. Odkry­łam, że rodzi się we mnie nowe poczu­cie spraw­czo­ści, i posta­no­wi­łam, że nie­ważne, co się dzieje w świe­cie zewnętrz­nym, na­dal będę z cie­ka­wo­ścią pod­cho­dzić do tego, co zacho­dzi w moim wnę­trzu. Przede wszyst­kim wie­dzia­łam, że mam odpo­wied­nie wspar­cie, by uzdro­wić swoje wzorce przy­wią­za­nia i naj­głęb­szy ból. Zaczę­łam powięk­szać krąg ludzi, któ­rzy mogli mnie wes­przeć w tej podróży. Nazwa­łam ich kotwi­cami i w dal­szych czę­ściach książki będę oma­wiać, jak je zna­leźć i jaka jest ich rola w naszym zdro­wie­niu.

Nie­któ­rym udaje się odbyć uzdra­wia­jącą podróż wspól­nie. Jed­nak obie strony rela­cji muszą tego chcieć. Jedna z moich klien­tek pra­gnęła pogo­dzić się z matką, ale lata alko­ho­li­zmu spra­wiły, że matka nie była w sta­nie nawet roz­wa­żyć napra­wie­nia zerwa­nej więzi. Coś podob­nego wyda­rzyło się w moim związku. Kiedy zasu­ge­ro­wa­łam part­ne­rowi wyko­na­nie pracy razem, oznaj­mił, że pra­gnie rela­cji jak z bajki, że chce pozo­stać na począt­ko­wym, magicz­nym eta­pie, a nie prze­cho­dzić na kolejny, który wymaga inten­syw­nego wysiłku. Wie­dzia­łam, że nie da się wró­cić do początku, kiedy to po pro­stu zatra­ca­li­śmy się w sobie. Zaczy­na­łam rozu­mieć, że nie chcę już ni­gdy powtó­rzyć tego wzorca z żad­nym czło­wie­kiem. Muszę zazna­czyć, że moją inten­cją nie jest obwi­nia­nie tego męż­czy­zny. Kochał mnie na tyle, na ile tylko potra­fił. Naprawdę w to wie­rzę. Ale powta­rza­nie bole­snych mecha­ni­zmów to tra­giczna sytu­acja, przez którą wielu z nas prze­cho­dzi po wie­lo­kroć.

Tu wła­śnie poja­wia się kwe­stia wyko­ny­wa­nia pracy z innymi ludźmi. Według naszej kul­tury zło­tym stan­dar­dem zdro­wej doj­rza­ło­ści jest nie­za­leż­ność i samo­dziel­ność. Nic bar­dziej myl­nego. Jak mówi wybitny ame­ry­kań­ski psy­cho­log i badacz Ste­phen Porges: „Łącze­nie się się to nasz impe­ra­tyw bio­lo­giczny”3. Dla nas, ludzi, bez­pie­czeń­stwo bie­rze się z ser­decz­nego, otwar­tego kon­taktu z dru­gim czło­wie­kiem. Po pro­stu nie możemy bez niego żyć. Neu­ro­nauka rela­cji opi­suje fakt, że nasz orga­nizm pra­gnie kon­taktu i że jeste­śmy wyjąt­kowo wyczu­leni na próby nawią­za­nia go z nami – oraz na ich brak. Porges jest ojcem teo­rii, którą nazywa poli­wa­galną. Jego praca sku­pia się na auto­no­micz­nym ukła­dzie ner­wo­wym (w skró­cie AUN) i jego reak­cjach na połą­cze­nie i roz­łą­cze­nie. Na następ­nych stro­nach będziemy czer­pać z pracy Porgesa i eks­plo­ro­wać naszą bio­lo­giczną potrzebę kon­taktu, a także lepiej zro­zu­miemy, jak nasz AUN może pomóc nam w zdro­wie­niu.

Zdol­ność wyobra­że­nia sobie, co dzieje się w mózgu, może nas sta­bi­li­zo­wać i wspie­rać, utwier­dza­jąc nas w prze­ko­na­niu, że zmie­rzamy w odpo­wied­nim kie­runku. W tej wspól­nej podróży nauka nas popro­wa­dzi, pocie­szy i pomoże nam zro­zu­mieć, że naprawdę nas zra­niono oraz co się wyda­rza w trak­cie zdro­wie­nia.

Jak dopasować tę książkę do siebie

Jak już mówi­łam, ser­deczne wspar­cie innych ludzi jest na tej ścieżce ogrom­nie ważne, a ja będę towa­rzy­szyć ci na każ­dym kroku lek­tury tej książki. Znaj­dziesz tu medy­ta­cje i reflek­sje. Nagra­łam je, więc możemy wspól­nie je prak­ty­ko­wać; znaj­dziesz je (w języku angiel­skim) osobno na stro­nie jes­si­ca­baumlmhc.com/safe-medi­ta­tions. Pomocne będzie też trzy­ma­nie pod ręką dzien­nika. W trak­cie czy­ta­nia do głowy mogą ci przy­cho­dzić wspo­mnie­nia i spo­strze­że­nia, a zapi­sa­nie ich pomoże ci lepiej zro­zu­mieć histo­rię two­jego stylu przy­wią­za­nia. Pod koniec książki znaj­dziesz część „Mądre uwagi”, gdzie przed­sta­wiam tro­chę wię­cej nauko­wych infor­ma­cji. Dużo czasu poświę­cimy na omó­wie­nie tego, jak ważne jest zna­le­zie­nie kotwic – ludzi, któ­rzy będą trzy­mać dla cie­bie prze­strzeń. Pokażę ci też, że można mieć kogoś, kogo Patty Wip­fler, zało­ży­cielka Hand in Hand Paren­ting, nazywa part­ne­rami do słu­cha­nia – cen­nych w naszym życiu ludzi, któ­rzy potra­fią po pro­stu słu­chać i być przy nas, zamiast pró­bo­wać nas napra­wiać4. Cza­sami, gdy ból jest szcze­gól­nie dotkliwy, bar­dzo ważne jest, by zwró­cić się po pomoc do tera­peuty. Kiedy zaczniemy pozna­wać histo­rie wpły­wa­jące na kształ­to­wa­nie się naszego stylu przy­wią­za­nia, siła naszych uczuć może nas zasko­czyć. Zachę­cam cię do sko­rzy­sta­nia z takiego wspar­cia za każ­dym razem, gdy będziesz tego potrze­bo­wać. Mia­łam to nie­sa­mo­wite szczę­ście, że mogłam pra­co­wać z wła­sną tera­peutką, Jo, i w dal­szej czę­ści książki opo­wiem ci o naszej wspól­nej pracy tro­chę wię­cej.

Przyj­rzyjmy się pobież­nie cze­ka­ją­cym nas roz­dzia­łom. Część 1 „Poszu­ki­wa­nie bez­pie­czeń­stwa”, stwo­rzy pod­stawy do pracy, którą będziemy wspól­nie wyko­ny­wać. Przyj­rzymy się naszym wcze­snym wię­ziom, prze­śle­dzimy trwały wkład rodzi­ców i innych opie­ku­nów w nasze poczu­cie bez­pie­czeń­stwa albo zagro­że­nia w świe­cie. Spraw­dzimy także, jakie bez­pieczne i kar­miące rela­cje umoż­li­wiają nam głę­bo­kie zdro­wie­nie. Nazy­wam tych wspa­nia­łych ludzi kotwi­cami, ponie­waż dają nam poczu­cie powrotu do domu i osa­dze­nia w poczu­ciu bez­pie­czeń­stwa – tak samo jak cumy solid­nie utrzy­mu­jące sta­tek w bez­piecz­nej przy­stani. Prze­ana­li­zu­jemy rów­nież stra­te­gie ochronne, które roz­wi­jamy, żeby nie uto­nąć w wewnętrz­nym bólu i lęku poja­wia­ją­cych się za każ­dym razem, gdy coś podraż­nia nasze rany przy­wią­za­nia. Nie­któ­rzy z nas się prze­ja­dają. Inni pogrą­żają się w pracy, nar­ko­ty­kach czy mediach spo­łecz­no­ścio­wych, izo­lują się albo korzy­stają z setek spo­so­bów, które wymy­ślają ich kre­atywne umy­sły. Powoli, łagod­nie będziemy się zapo­zna­wać z wzor­cami adap­ta­cyj­nymi, które nazy­wamy obroń­cami. Wydo­by­cie ich z cie­nia na świa­tło dzienne to klu­czowy krok pro­cesu zdro­wie­nia. Część 1 zakoń­czymy roz­wa­że­niem para­doksu naszej bez­bron­no­ści. Ten kru­chy stan potrafi prze­ra­żać, ale jed­no­cze­śnie otwiera przed nami per­spek­tywę zdro­wie­nia.

Część 2, „Powrót do ciała”, to serce naszej pracy. Każdy z jej trzech roz­dzia­łów sku­pia się na kon­kret­nych prak­ty­kach pogłę­bia­ją­cych uzdra­wia­nie ran przy­wią­za­nia, które w sobie nosimy. W roz­dziale 4, „Wiecz­nie obecna prze­szłość”, poćwi­czymy inte­ro­cep­cję, czyli zdol­ność słu­cha­nia doznań nie­ustan­nie poja­wia­ją­cych się w ciele. Poczu­jemy, jak serce rośnie nam z rado­ści, ale też jak nie­po­kój ści­ska nam żołą­dek, gdy coś nas prze­stra­szy. Ta umie­jęt­ność jest nie­zwy­kle ważna, ponie­waż trau­ma­tyczne wspo­mnie­nia, które wyma­gają uzdro­wie­nia, są prze­cho­wy­wane w ciele: w brzu­chu, w sercu, w auto­no­micz­nym ukła­dzie ner­wo­wym, w mię­śniach, a nawet w skó­rze. Każde z nich ma wła­sny spo­sób zapa­mię­ty­wa­nia naszych doświad­czeń, a potem przy­wo­ły­wa­nia ich odczu­wal­nego sensu i zna­cze­nia. Wszyst­kie nie­ustan­nie są ze sobą w kon­tak­cie i skła­dają na to, co nazy­wamy pamię­cią uta­joną. Naj­waż­niej­sze w tym rodzaju pamięci jest to, że dawne doświad­cze­nia poja­wiają się w naszym ciele tak, jakby wyda­rzały się obec­nie, co wpływa na nasze postrze­ga­nie teraź­niej­szo­ści. W miarę prak­tyki zaczniesz zauwa­żać, że twoje ciało cały czas do cie­bie prze­ma­wia i uświa­da­mia ci, co się w tobie budzi.

W roz­dziale 5, „Uzdra­wia­nie młod­szego sie­bie”, dzięki stop­niowo wzmac­nia­nej inte­ro­cep­cji zaczniemy wsłu­chi­wać się w ucie­le­śniony głos swo­jego młod­szego „ja”, od nie­mow­lęc­twa po doro­słość. Kiedy skie­ru­jemy się do wnę­trza, żeby wyko­nać tę pracę, oprócz wspo­mnień nio­są­cych różne odcie­nie bólu i lęku zapewne znaj­dziemy rów­nież wspo­mnie­nia pełne rado­ści i czu­łej tro­ski. One staną się czę­ścią two­ich zaso­bów kotwi­czą­cych i będą ci przy­po­mi­nać o mocy bli­skich więzi mogą­cej uzdro­wić te aspekty cie­bie, które czuły się porzu­cone.

W roz­dziale 6, „Uzdra­wia­nie wzor­ców, które trzy­mają nas w miej­scu”, zaj­miemy się ana­lizą tego, w jaki spo­sób wzorce rela­cji z dzie­ciń­stwa czę­sto powra­cają w doro­słych związ­kach. Każda osoba, z którą łączy nas emo­cjo­nal­nie zna­cząca więź – nie­za­leż­nie od jej jako­ści – pozo­sta­wia swój ślad w naszej pamięci uta­jo­nej. Nauczy­ciele, sąsie­dzi, rodzeń­stwo, zna­jomi, współ­pra­cow­nicy – wszy­scy ci ludzie w nas zamiesz­kują, a to, czego nauczyli nas o rela­cjach i o tym, co odbie­ramy jako bez­pieczne, a co nie, wpływa na naszą zdol­ność do odczu­wa­nia bli­sko­ści z drugą osobą w doro­sło­ści. Dzięki tym inte­rak­cjom roz­wi­jamy koło moż­li­wych sty­lów przy­wią­zań, a nie tylko jeden kon­kretny. Pod­czas lek­tury tego roz­działu nie­spiesz­nie spraw­dzimy, jak to wyglą­dało w naszym przy­padku. Jakiej postawy ocze­ku­jemy od innych w sto­sunku do nas? I, co rów­nie ważne, jak reagu­jemy, gdy inni się do nas zbli­żają? W jaki spo­sób wzorce z naszych wcze­snych poza­bez­piecz­nych rela­cji zostają odtwo­rzone w rela­cjach w doro­sło­ści? Jak możemy zauwa­żyć te wzorce, żeby je uzdro­wić?

Co prawda pro­ces ten może wzbu­dzać mnó­stwo lęku i bólu, jed­nak kiedy przyj­mu­jemy każdą część sie­bie z czu­ło­ścią i chę­cią ofia­ro­wa­nia jej potrzeb­nego pocie­sze­nia, rośnie w nas rów­nież głę­boka radość. Oprócz infor­ma­cji nauko­wych będę przed­sta­wiać też mnó­stwo histo­rii, tak oso­bi­stych, jak i innych osób. (Wszyst­kie imiona i opo­wie­ści zostały zmie­nione w celu ochrony pry­wat­no­ści). Ufam, że będą ci towa­rzy­szyć i poka­zy­wać prawdę o tym, jak trudny jest ten pro­ces, jed­no­cze­śnie zapew­nia­jąc pokrze­pie­nie i nadzieję na nad­zwy­czajne uzdro­wie­nie, któ­rego może zaznać każdy z nas.

Na początku czę­ści 3, „Życie w szcze­rym połą­cze­niu”, w roz­dziale 7, „Świa­do­mość, kiedy zostać, a kiedy odejść”, przej­rzymy swoje doświad­cze­nia i spraw­dzimy, co mogło przy­cią­gnąć nas do rela­cji, w któ­rych pró­bu­jemy się zaopie­ko­wać kimś zra­nio­nym kosz­tem wła­snego zdro­wie­nia. Prze­ana­li­zu­jemy, jak poznać, że ktoś nie jest zdolny do wspól­nego zdro­wie­nia, więc czas odejść. Wzmoc­nimy współ­czu­cie dla osób, które bar­dzo cier­pią z powodu osądu i odrzu­ce­nia, mimo że ich zacho­wa­nia nie są ich winą. Rów­nie ważne jest odczu­wa­nie współ­czu­cia wobec samego sie­bie i poszu­ki­wa­nie rela­cji, które kar­mią obie strony.

W roz­dziale 8, „Co się dzieje, kiedy zdro­wie­jemy?”, doce­nimy sygnały powol­nego zrzu­ca­nia z bar­ków cię­żaru traumy. Powró­cimy do badań, które dowo­dzą, że lecze­nie psy­chicz­nych ran pro­wa­dzi do powsta­nia nowych obwo­dów neu­ro­nal­nych, dzięki czemu wyobra­zimy sobie piękne zmiany zacho­dzące w naszym mózgu. Rosnące poczu­cie bez­pie­czeń­stwa da nam nasze nowe mocne strony, które będziemy mogli wnieść do rela­cji. Jedną z naj­waż­niej­szych jest ela­stycz­ność reak­cji, czyli zdol­ność zwol­nie­nia na tyle, by nie reago­wać na stre­su­jące dozna­nie auto­ma­tycz­nie, lecz prze­my­śleć je, zacie­ka­wić się nim i pozo­stać w uważ­nej obec­no­ści z part­ne­rem5. Ta jedna zmiana może wpły­nąć na prze­bieg całego związku.

Roz­dział 9, „Dotar­cie do bez­piecz­nej zatoki”, to zatoka i kotwica tej książki. Zasta­no­wimy się w nim z wdzięcz­no­ścią, co jest moż­liwe w trak­cie dal­szej pracy. Być może poczu­jesz już, że bez­pie­czeń­stwo to zarówno kwe­stia wewnętrzna, jak i zewnętrzna. Zdro­wie­nie wewnętrzne zaczyna prze­kła­dać się na rela­cje z innymi. Czę­ściej pod­cho­dzimy do ludzi z życz­li­wo­ścią niż z kry­tyką. Przy­ja­zne zacie­ka­wie­nie przy­cho­dzi nam łatwiej niż oce­nia­nie. Współ­praca wydaje się lep­sza od rywa­li­za­cji. Na­dal jeste­śmy ludźmi ze swo­imi sła­bo­ściami i skłon­no­ściami, ale kiedy zyskamy już poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i przy­na­leż­no­ści, będziemy szyb­ciej odnaj­dy­wać wła­ściwą drogę po potknię­ciach, a napra­wia­nie rela­cji po kry­zy­so­wych momen­tach sta­nie się sty­lem życia.

U pod­łoża tego pro­cesu leży pogłę­bia­nie współ­czu­cia, z któ­rym wiąże się zdro­wie­nie. Zmia­nom w odczu­wa­niu bez­pie­czeń­stwa i połą­cze­nia z dru­gim czło­wie­kiem towa­rzy­szy coraz więk­sza świa­do­mość tego, że zra­nieni ludzie ranią innych. Jeżeli nie jeste­śmy bez­pieczni dla sie­bie nawza­jem, to dla­tego, że nasz świat wewnętrzny nie doświad­czył wystar­cza­jąco dużo tro­ski i poczu­cia przy­na­leż­no­ści. Cudowne jed­nak jest to, że pła­wiąc się w cie­ple nie­oce­nia­ją­cego wspar­cia, prze­ko­namy się, że wszystko, czego nam trzeba do uzdro­wie­nia, poja­wia się w prze­strzeni mię­dzy nami. Stop­niowo się zako­twi­czamy i na koniec możemy powie­dzieć: „Jestem bez­pieczna. Jeste­śmy bez­pieczni razem”. Zacznijmy.

Część 1. Poszukiwanie bezpieczeństwa

Część 1

Poszu­ki­wa­nie bez­pie­czeń­stwa

Rozdział 1. Moc więzi

Roz­dział 1

Moc więzi

„Nie czuję się bez­piecz­nie!” – wykrzy­cza­łam do part­nera, gdy despe­racko pró­bo­wa­łam zła­pać oddech. Było tak, jakby zerwała się łącząca nas lina.

„Jak to nie czu­jesz się bez­piecz­nie?” – zapy­tał z obo­jęt­nym wyra­zem twa­rzy. Nie wie­dzia­łam, co odpo­wie­dzieć, byłam jedy­nie w sta­nie powta­rzać w kółko: „Nie czuję się bez­piecz­nie”.

Suge­stia, że dzieje się mię­dzy nami coś nie­bez­piecz­nego, wyraź­nie go dez­orien­to­wała. Prze­cież nie sto­so­wał prze­mocy fizycz­nej, w ogóle mi nie gro­ził. Nawet na mnie nie wrzesz­czał. Prawda jest taka, że ja też byłam zdez­o­rien­to­wana, ponie­waż naprawdę nic nie wska­zy­wało na to, że prze­by­wam w zagra­ża­ją­cym mi śro­do­wi­sku.

To, co fak­tycz­nie czu­łam, to jego dystans. Zamiast czuć, że jeste­śmy razem, mia­łam zimne, prze­ra­ża­jące poczu­cie, że jestem sama. Pod­stawą bez­pie­czeń­stwa jest poczu­cie bli­sko­ści, a kiedy ono zni­kło, dozna­nia prze­szy­wa­jące całe moje ciało świad­czyły o prze­ra­ża­jącej praw­dzie.

Wtedy tego nie wie­dzia­łam, ale mój part­ner brał sty­mu­lanty, żeby stłu­mić głę­boki smu­tek. Zale­d­wie parę mie­sięcy wcze­śniej zmarł jego ojciec i nie dość, że musiał się pogo­dzić z tą okropną stratą, to jesz­cze zma­gał się z przy­tła­cza­ją­cymi obo­wiąz­kami wyni­ka­ją­cymi z prze­ję­cia rodzin­nej firmy. Kiedy nie czu­jemy się bez­piecz­nie, nasz układ ner­wowy stara się nas chro­nić. Wal­czymy. Ucie­kamy. Zasty­gamy w bez­ru­chu. Zamy­kamy się w sobie. Albo się­gamy po pomoc.

Naj­bar­dziej natu­ral­nie przy­cho­dzą nam te reak­cje ochronne, któ­rych nauczy­li­śmy się we wcze­snym dzie­ciń­stwie i na któ­rych pole­gamy w doro­sło­ści. Mój part­ner, opie­ra­jąc się na tym, co przez całe życie widział u ojca, stał się pra­co­ho­li­kiem, latał po całym kraju na spo­tka­nia biz­ne­sowe i jed­no­cze­śnie zale­wał orga­nizm sty­mu­lan­tami, by opa­no­wać wewnętrzny chaos i lęk. Rów­no­cze­śnie wal­czył i ucie­kał, i nie miał żad­nego poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, ale ponie­waż nie pogrą­żał się za bar­dzo w pie­kło żałoby i bez­rad­no­ści, tar­ga­jące nim uczu­cia nie były widoczne z zewnątrz.

W odpo­wie­dzi na jego zacho­wa­nia ja też zare­ago­wa­łam na pod­sta­wie wła­snych doświad­czeń życio­wych. Despe­racko pra­gnąc poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, bie­głam ku part­ne­rowi, tak jak bie­głam ku rodzi­com jako dziecko. On jed­nak nie czuł się wystar­cza­jąco bez­piecz­nie wewnątrz sie­bie, żeby się na mnie otwo­rzyć, więc zamy­kał się w sobie i ode mnie odsu­wał. Czu­łam się osa­mot­niona, co wywo­ły­wało we mnie złość, ale to z kolei spra­wiało jedy­nie, że jesz­cze bar­dziej się ode mnie odwra­cał. Kiedy w końcu opa­dłam bez sił i leża­łam na kana­pie, nie­zdolna się poru­szyć, nie był w sta­nie się do mnie zbli­żyć. To wra­że­nie, że nie mam się do kogo zwró­cić, było cał­ko­wi­cie dru­zgo­cące i wzbu­dziło we mnie to samo silne poczu­cie odizo­lo­wa­nia i porzu­ce­nia, jakie towa­rzy­szyło mi w naj­wcze­śniej­szych rela­cjach.

Wie­rzę, że na­dal się kocha­li­śmy, ale nasze dawne rany utrud­niały nam powrót do poczu­cia bez­pie­czeń­stwa na tyle, byśmy mogli napra­wić rela­cję. Emo­cjo­nalną bli­skość i głę­bo­kie poczu­cie pew­no­ści co do uczuć zastą­piły brak kon­taktu wzro­ko­wego, złość, zamknię­cie w sobie, roz­łąka i mil­cze­nie. Im czę­ściej poja­wiał się mię­dzy nami tak ogromny dystans, tym bar­dziej nasi­lało się poczu­cie zagro­że­nia w związku, ponie­waż to, czego najbar­dziej się boimy, to utrata więzi.

Neu­ro­nau­kowcy bada­jący rela­cje mówią nam, że poczu­cie porzu­ce­nia w doro­sło­ści może obu­dzić duchy podob­nych strat prze­ży­tych w dzie­ciń­stwie6. Te wcze­sne krzywdy nazy­wamy trau­mami roz­wo­jo­wymi bądź ranami przy­wią­za­nia. Zna­jąc histo­rię swo­jego part­nera, mogę sobie wyobra­zić, jak jego wewnętrzne dziecko doświad­czało emo­cji wywo­ła­nych bie­żą­cymi oko­licz­no­ściami. W dzie­ciń­stwie nie miał zbyt­nio poczu­cia bez­pie­czeń­stwa. Jego matka była zner­wi­co­wana, a ojciec – obo­jętny i nie­mal cią­gle w podró­żach służ­bo­wych. Part­ner nale­żał do tych dzieci, które usi­ło­wały utrzy­my­wać bli­skość z rodzi­cem poprzez zaspo­ka­ja­nie potrzeb matki kosz­tem nie­do­strze­ga­nia wła­snych. Ponie­waż nikt go nie słu­chał, ni­gdy nie nauczył się mówić o tym, co dzieje się w jego wnę­trzu. Wszystko to pozo­sta­wało w nim zamknięte i przez nikogo nie­zau­wa­żone. W miarę dora­sta­nia opra­co­wał stra­te­gie pozwa­la­jące mu na uni­ka­nie bli­sko­ści. Nad­uży­wał róż­nych sub­stan­cji i chro­nił się, ucie­ka­jąc przed bólem innych ludzi.

Moje doświad­cze­nie było inne. Nie­wy­obra­żalna utrata poczu­cia bli­sko­ści z part­ne­rem przy­wo­ły­wała zapi­sane w ciele wspo­mnie­nia bycia cał­ko­wi­cie porzu­coną w dzie­ciń­stwie – mój ojciec się­gał po różne sub­stan­cje, żeby stłu­mić wła­sne cier­pie­nie, a matka wyko­ny­wała trudny zawód, co ozna­czało, że dla mnie miała bar­dzo mało czasu. Należę do osób, które bar­dzo łakną życz­li­wego przy­wią­za­nia, a ponie­waż nikt tej potrzeby nie zaspo­ka­jał, prze­peł­niały mnie głę­boki smu­tek i nie­po­kój. Kiedy moi rodzice na to nie reago­wali, zorien­to­wa­łam się, że wysoko cenio­nymi cechami są nie­za­leż­ność i samo­dziel­ność. Skie­ro­wa­łam więc całą swoją uwagę na odgry­wa­nie roli samo­wy­star­czal­nej dziew­czynki, a fun­da­men­talną i deli­katną potrzebę bli­sko­ści zepchnę­łam w zaka­marki duszy. Cza­sami ta silna i nie­za­leżna część mnie sku­tecz­nie mnie chro­niła, ale kiedy rany part­nera kazały mu się ode mnie odda­lać, cały dzie­cięcy nie­po­kój i smu­tek wypły­wały na powierzch­nię i potę­go­wały cier­pie­nie wywo­łane wizją utraty part­nera.

To, co przy­tra­fia się nam, gdy jeste­śmy mali, wpływa na to, jak bez­piecz­nie czu­jemy się obec­nie. Przy­cho­dzimy na ten świat, dosłow­nie doma­ga­jąc się więzi. Ta potrzeba jest wpi­sana w nasz orga­nizm na naj­głęb­szym pozio­mie. Pra­gnie­nie kon­taktu z innymi i zależ­ność od nich to wręcz naj­bar­dziej fun­da­men­talna prawda o czło­wieku. Słynny psy­chia­tra i badacz Ste­phen Porges mówi: „Łącze­nie się to bio­lo­giczny impe­ra­tyw, co zna­czy, że jest klu­czowy i nie możemy bez niego żyć”7. Kiedy poja­wiamy się na tym świe­cie, pra­gniemy kocha­ją­cego spoj­rze­nia i deli­kat­nego dotyku skóry naszych rodzi­ców wita­ją­cych nas cudowną cie­ka­wo­ścią tej wspa­nia­łej istotki, która wła­śnie poja­wiła się w ich życiu. Jeżeli to pra­gnie­nie zostaje zaspo­ko­jone, czu­jemy, że świat jest dla nas bez­pieczny. Jed­nak mnó­stwo rodzi­ców nie potrafi przy­jąć dziecka w ten spo­sób ze względu na wła­sne rany, czę­sto powstałe we wcze­snym dzie­ciń­stwie.

To, czego naj­bar­dziej się boimy, to utrata rela­cji.

W latach 50. XX wieku badacz John Bowlby zaczął pisać o tym, co się dzieje z dziećmi, któ­rym rodzice two­rzą czułe i bez­pieczne śro­do­wi­sko, oraz z tymi, któ­rych rodzice nie potra­fią być w pełni obecni8. To dopro­wa­dziło do powsta­nia teo­rii stylu przy­wią­za­nia i usta­le­nia trzech głów­nych kate­go­rii opi­su­ją­cych rela­cję pomię­dzy dziećmi i rodzi­cami czy też opie­ku­nami oraz jej wpływ na dzieci na dal­szych eta­pach życia. Te trzy style przy­wią­za­nia nazwano bez­piecz­nym, lękowo-ambi­wa­lent­nym oraz uni­ko­wym. Póź­niej Mary Main i Erik Hesse dodali czwarty styl – zdez­or­ga­ni­zo­wany. Teraz chcę jedy­nie pobież­nie przed­sta­wić każdy z nich, żeby dać ci pogląd na różne doświad­cze­nia z tego spek­trum, które mogły być twoim udzia­łem. Póź­niej zagłę­bimy się w to bar­dziej, na razie niech nam wystar­czy stwier­dze­nie, że style przy­wią­za­nia by­naj­mniej nie są nie­zmienne, ponie­waż każdy z nas doświad­cza wię­cej niż jed­nego stylu – w zależ­no­ści od wielu rela­cji, jakie nawią­zał. W całej tej książce będziemy ana­li­zo­wać, jak działa twój sys­tem przy­wią­za­nia, ale w roz­dzia­łach 4, 5 i 6 spraw­dzimy to dokład­niej. Teraz zaczniemy od nama­lo­wa­nia obrazu rela­cji rodzic–dziecko. Należy zauwa­żyć, że każda para rodzic–dziecko na świe­cie jest wyjąt­kowa, więc tutaj przed­sta­wiam jedy­nie ogólne wyobra­że­nie. W trak­cie lek­tury tych pobież­nych opi­sów głów­nych sty­lów przy­wią­za­nia sku­piaj się na tym, czy któ­ryś z nich sil­nie z tobą rezo­nuje.

Bezpieczny

W tym roz­dziale pisa­łam już nieco o bez­piecz­nym stylu przy­wią­za­nia zapew­nia­nym przez kocha­ją­cych, bez­piecz­nych rodzi­ców, któ­rych wła­sny świat wewnętrzny jest w znacz­nej mie­rze ure­gu­lo­wany, co w rela­cji z nami umoż­li­wia im oka­zy­wa­nie nam ser­decz­no­ści i otwar­to­ści9. Są nas życz­li­wie cie­kawi i odzwier­cie­dlają naszą wyjąt­ko­wość. Rodzice dosłow­nie two­rzą obwody neu­ro­nalne w mózgu dziecka, więc ich bez­pieczne wewnętrzne doświad­cze­nie staje się naszym. Prze­by­wa­nie w ich obec­no­ści ozna­cza, że nasz mózg zostaje zapro­gra­mo­wany tak, by ocze­ki­wać, że dosta­niemy wspar­cie i tro­skę, że świat jest dobrym miej­scem.

Lękowo-ambiwalentny

Nie­stety wcze­sne doświad­cze­nia nie­któ­rych rodzi­ców spra­wiły, że odczu­wają oni świat jako miej­sce nie­prze­wi­dy­walne, w któ­rym nie są bez­pieczni. Są pełni lęku, cza­sami się złosz­czą i nie­mal zawsze despe­racko potrze­bują, by ktoś inny ich pocie­szył i wsparł. Nie są w sta­nie regu­lar­nie dawać dziecku prze­strzeni, w któ­rej będzie zaopie­ko­wane i spo­kojne, bo sami jej nie otrzy­mali10. Cza­sami są dostępni, a cza­sami nie. To prze­raża dziecko, które nie wie, czego się spo­dzie­wać. Za rogiem zawsze czyha utrata bli­sko­ści. Cho­ciaż rodzice nie mają takiego zamiaru, to neu­ro­bio­lo­gicz­nie zaszcze­piają wła­sny nie­po­kój w dziecku, które czę­sto dosto­so­wuje się do sytu­acji, porzu­ca­jąc wła­sne potrzeby, by zaopie­ko­wać się rodzi­cami. „Jeżeli tylko uda mi się uspo­koić i uszczę­śli­wić mamu­się, będzie ze mną”. Wtedy dora­stamy z ogrom­nym wyczu­le­niem na uczu­cia innych i bez prze­ko­na­nia, że nasze potrzeby są ważne. Żyjemy w nie­ustan­nym lęku, że zosta­niemy porzu­ceni tak jak w dzie­ciń­stwie. Naukowcy nazy­wają ten styl przy­wią­za­nia lękowo-ambi­wa­lent­nym, a ja znam go z pierw­szej ręki.

Unikowy

Na dru­gim końcu spek­trum znaj­du­jemy uni­kowy styl przy­wią­za­nia. Prze­peł­nieni lękiem rodzice są przy­tło­czeni wła­snymi emo­cjami, nato­miast rodzice uni­kowi przy­sto­so­wali się do bólu obec­nego w życiu poprzez odwra­ca­nie się od emo­cji i sku­pia­nie na pracy albo innych obsza­rach życia, w któ­rych mogą odna­leźć poczu­cie speł­nie­nia i kon­troli. Żeby zdy­stan­so­wać się od swo­ich uczuć, postrze­gają świat przez pry­zmat lewej pół­kuli mózgu11. Z tej per­spek­tywy cele i zada­nia liczą się bar­dziej od rela­cji, a kry­ty­ko­wa­nie i oce­nia­nie innych (oraz sie­bie) przy­cho­dzą natu­ral­nie. Ponie­waż odcięli się od smutku i bólu, nie dostrze­gają też tych emo­cji u innych. Ich dziecko może to odbie­rać jako cał­ko­wite porzu­ce­nie. W naj­wcze­śniej­szych latach życia wszy­scy patrzymy na świat przez pry­zmat zorien­to­wa­nej na rela­cje pra­wej pół­kuli mózgu i nie­ustan­nie poszu­ku­jemy ludzi ser­decz­nych i respon­syw­nych, więc posia­da­nie rodzi­ców uni­ko­wych wywo­łuje w nas wra­że­nie, jak­by­śmy przez więk­szość czasu nie ist­nieli. Póź­niej, kiedy nie jeste­śmy już nie­mow­lę­tami, potra­fimy mówić i infor­mu­jemy rodzica: „Jestem smutny”, on może zare­ago­wać kon­ster­na­cją, zim­nym spoj­rze­niem, zło­ścią, a nawet odwró­ce­niem się do nas ple­cami. Klienci, któ­rzy dora­stali z uni­ko­wymi rodzi­cami, czę­sto opi­sują zie­jącą w nich czarną dziurę sło­wem „unie­waż­nie­nie”.

W rodzi­nie tar­ga­nej lękami dziecko czę­sto przy­sto­so­wuje się poprzez przy­ję­cie na sie­bie roli opie­kuna. W rodzi­nie uni­ko­wej naj­bez­piecz­niej­szą adap­ta­cją jest spi­sy­wa­nie się na medal i nie­oka­zy­wa­nie żad­nej wraż­li­wo­ści emo­cjo­nal­nej12. Porzu­ciw­szy jaką­kol­wiek nadzieję na miłość i bez­pie­czeń­stwo ze strony rodzi­ców, dziecko zwraca się ku innym dzia­ła­niom, któ­rymi może zyskać ich apro­batę: stara się dosta­wać dobre stop­nie i zacho­wy­wać ide­al­nie. Potrzeby emo­cjo­nalne odkłada na bok. W efek­cie jego młody mózg zostaje zapro­gra­mo­wany tak, żeby nie pozo­sta­wać z nimi w kon­tak­cie. Co gor­sza, nasza kul­tura jest tak bar­dzo odu­rzona kul­tem suk­cesu, że nagra­dza tę adap­ta­cję, a to pro­wa­dzi do współ­cze­snej epi­de­mii hiper­nie­za­leż­no­ści i samot­no­ści.

Zdezorganizowany

Style przy­wią­za­nia lękowy i uni­kowy przy­naj­mniej w jakimś stop­niu umoż­li­wiają zacho­wa­nie czę­ścio­wej więzi z rodzi­cami. Bada­cze zauwa­żyli jed­nak, że nie­które dzieci po pro­stu się roz­pa­dają, kiedy kto­kol­wiek ofe­ruje im rela­cję13 – wyko­nują gorącz­kowe ruchy albo ogar­nia je bez­wład. U nich roz­wi­nął się zdez­or­ga­ni­zo­wany styl przy­wią­za­nia. Chwi­lami sama doświad­cza­łam tych uczuć i z cza­sem zro­zu­mia­łam, że poja­wiają się, kiedy nie mam się ku komu zwró­cić, brak mi bez­piecz­nej przy­stani. Jeżeli zwra­ca­łam się ku rodzi­com, byli pogrą­żeni we wła­snym bólu i nie reago­wali. Jeśli się od nich odwra­ca­łam, popa­da­łam w straszne osa­mot­nie­nie i czu­łam się wewnętrz­nie zdru­zgo­tana. Na szczę­ście były to jedy­nie odizo­lo­wane przy­padki, które pozo­sta­wiły po sobie tylko ogni­ska dez­or­ga­ni­za­cji, nato­miast moje codzienne życie było mie­sza­niną przy­wią­za­nia lęko­wego i uni­ko­wego.

Dość powszechne stało się obec­nie pyta­nie: „Jaki masz styl przy­wią­za­nia?”. Jestem wdzięczna za to, że coraz wię­cej osób zdaje sobie sprawę z mocy wcze­snych więzi i tego, w jaki spo­sób kształ­tują one nasze obecne rela­cje. Jed­nak te pierw­sze więzi to zale­d­wie począ­tek doświad­czeń, które two­rzą nasze ocze­ki­wa­nia co do wyglądu rela­cji. Każda emo­cjo­nal­nie zna­cząca więź pozo­sta­wia swój ślad. Zatem zamiast pro­sić cię o ziden­ty­fi­ko­wa­nie swo­jego stylu przy­wią­za­nia, przed­sta­wię spo­sób, w jaki roz­wi­jamy to, co można by nazwać kołem sty­lów przy­wią­za­nia. Moje koło obej­muje doświad­cze­nia bez­pie­czeń­stwa i lęku z matką, uni­ka­nia i lęku z ojcem, bez­pie­czeń­stwa z bab­cią oraz chwile tak doj­mu­ją­cego porzu­ce­nia, że cza­sami sta­wa­łam się zdez­or­ga­ni­zo­wana. W zależ­no­ści od tego, z kim jestem albo co się dzieje dookoła mnie, mogę zasto­so­wać każdą z reak­cji adap­ta­cyj­nych, które roz­wi­nę­łam w tym kalej­do­sko­pie rela­cji.

Każda emo­cjo­nal­nie zna­cząca więź pozo­sta­wia swój ślad.

Pra­co­wa­łam z mnó­stwem klien­tów, któ­rych rodzice wyka­zy­wali różne style przy­wią­za­nia. Czę­sto jeden rodzic jest bar­dziej lękowy, a drugi ma ten­den­cję do cho­wa­nia się za gazetą albo zada­niami do wyko­na­nia, ale jed­no­cze­śnie oby­dwoje zapew­niają dzie­ciom rów­nież doświad­cze­nia ser­decz­no­ści i bez­pie­czeń­stwa. Dokład­nie zgłę­bimy, jak to było w twoim przy­padku, w roz­dziale 5, cho­ciaż już po lek­tu­rze tych kilku aka­pi­tów możesz mieć pewne poję­cie na ten temat. Jeżeli tak jest, pomocne może się oka­zać spi­sa­nie kilku myśli w dzien­niku.

Źródła bezpieczeństwa

Na początku tej podróży pomocne będzie wyobra­że­nie sobie, jakie doświad­cze­nia pro­wa­dzą do bez­piecz­nego stylu przy­wią­za­nia, a jakie czyn­niki mogą pro­wa­dzić do braku poczu­cia bez­pie­czeń­stwa. Po kil­ku­dzie­się­ciu latach bada­nia auto­no­micz­nego układu ner­wo­wego (AUN) – tej czę­ści układu ner­wo­wego, która reaguje auto­ma­tycz­nie na oko­licz­no­ści wewnętrzne i zewnętrzne – Ste­phen Porges opra­co­wał teo­rię poli­wa­galną do opi­sa­nia jego adap­ta­cji do zmie­nia­ją­cych się warun­ków. Według tej teo­rii AUN nie­ustan­nie ska­nuje śro­do­wi­sko wewnętrzne i zewnętrzne, by szybko wyczuć bez­pie­czeń­stwo bądź zagro­że­nie, i ini­cjuje adap­ta­cyjne zmiany w naszym sta­nie auto­no­micz­nym, a my nie zda­jemy sobie z tego sprawy14. Porges pomaga nam zro­zu­mieć, jaka pod­sta­wowa cecha umoż­li­wia rodzi­com pie­lę­gno­wa­nie poczu­cia bez­pie­czeń­stwa u swo­jego potom­stwa i tym samym two­rzy u niego bez­pieczne fun­da­menty przy­wią­za­nia. Tym klu­czo­wym skład­ni­kiem jest obec­ność. Może się wyda­wać dziwne, że na pierw­szym miej­scu nie znaj­duje się miłość, ale rodzice mogą kochać nas bar­dzo mocno, a jed­nak nie potra­fić być przy nas obecni ze względu na wła­sne rany.

Przez obec­ność rozu­miemy zdol­ność rodzi­ców do dostrze­ga­nia nas i przyj­mo­wa­nia takich, jacy jeste­śmy, w każ­dym momen­cie, z życz­li­wo­ścią, zacie­ka­wie­niem, deli­kat­no­ścią, a czę­sto i zachwy­tem. Bar­dziej inte­re­suje ich odkry­cie, kim jeste­śmy, niż to, żeby­śmy paso­wali do jakie­goś ich wyobra­że­nia. To jest klu­czowe. Kiedy nie udaje im się odpo­wie­dzieć na nasze potrzeby, zazwy­czaj zauwa­żają to i pra­cują nad odno­wie­niem więzi, nawet jeżeli zaj­muje im to jakiś czas.

Co się dzieje w rodzicu, kiedy potrafi zaofe­ro­wać praw­dziwą obec­ność? Ste­phen Porges ukuł nazwę dla tego stanu: rodzic ma neu­ro­cep­cję bez­pie­czeń­stwa15. Neu­ro­cep­cja to pod­świa­domy pro­ces umoż­li­wia­jący naszemu ciału zauwa­że­nie, czy czu­jemy się bez­piecz­nie, czy nie. To pro­ces auto­ma­tyczny, zacho­dzący poza świa­do­mo­ścią, w tych czę­ściach mózgu, które wyewo­lu­owały przed umy­słem świa­do­mym. Kiedy mówimy o odczu­wa­nym doświad­cze­niu, cho­dzi nam o to, co poja­wia się w naszym ciele – w brzu­chu, mię­śniach, piersi, a nawet w skó­rze. Ta wewnętrzna ocena, czy jeste­śmy bez­pieczni czy zagro­żeni, zacho­dzi nie­ustan­nie i trwa nano­se­kundy. Jest znacz­nie szyb­sza od świa­do­mej myśli. Ciało nie­ustan­nie szep­cze do nas: „Jesteś bez­pieczna” albo „Nie jesteś bez­pieczna”. Jeste­śmy stwo­rze­niami spo­łecz­nymi, które znaj­dują bez­pie­czeń­stwo w towa­rzy­stwie dru­giej osoby, więc główne pyta­nie całego układu ner­wo­wego brzmi: „Jesteś ze mną?”. Kiedy rodzic potrafi dać dziecku poczu­cie praw­dzi­wego bez­pie­czeń­stwa, buduje pod­stawy jego prze­ko­na­nia, że nic mu nie grozi, które będzie mu towa­rzy­szyć w całym jego dal­szym życiu.

Neu­ro­cep­cja składa się z trzech doznań, które nie­ustan­nie zacho­dzą w naszym wnę­trzu16:

Jakie dawne doświad­cze­nia są w nas w tej chwili aktywne? Coś, co odbie­ramy jako bez­pieczne? Coś, co odbie­ramy jako niebez­pieczne? Dawne prze­ży­cia są prze­cho­wy­wane w głę­bo­kich zaka­mar­kach pamięci i zapi­sy­wane jako dozna­nia w ciele – w brzu­chu, sercu, mię­śniach i tak dalej. To, co się w nas prze­bu­dzi, wpły­nie na nasze wewnętrzne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa lub jego braku w danej chwili, nie­za­leż­nie od tego, jak dawno wyda­rzyła się dana sytu­acja.

Kto/co znaj­duje się obec­nie w naszym śro­do­wi­sku? Czy to doświad­cze­nie wydaje się nam bez­pieczne albo czy ten czło­wiek nam zagraża?

Kto mi towa­rzy­szy? Czy przy moim boku znaj­duje się osoba warta zaufa­nia? Albo czy mogę przy­wo­łać świa­do­mość posia­da­nia bez­piecz­nej osoby w swoim życiu, zin­ter­na­li­zo­wa­nej rela­cji, z któ­rej mogę w tej chwili zaczerp­nąć, żeby poczuć się bez­piecz­nie?

W cza­sie nie­zbęd­nym do prze­czy­ta­nia tych trzech krót­kich opi­sów w twoim orga­ni­zmie nie­ustan­nie zacho­dziły zmiany neu­ro­cep­cji, było ich wręcz tyle, że nie­moż­liwe jest śle­dze­nie ich wszyst­kich świa­do­mie.

Nie­za­leż­nie od tego, co teraz czu­jemy bądź robimy, neu­ro­cep­cja nie­ustan­nie mówi nam prawdę o tym, jak bez­piecz­nie czu­jemy się w danej chwili połą­czeni, i dosto­so­wuje odpo­wied­nio nasze myśli, uczu­cia, zacho­wa­nia i rela­cje. Na przy­kład kiedy budzi­łam się w środku nocy i zauwa­ża­łam, że mojego part­nera nie ma obok w łóżku, serce zaczy­nało mi bić jak sza­lone, a mię­śnie spi­nały się w goto­wo­ści do zerwa­nia się na równe nogi, jesz­cze zanim zdą­ży­łam się zasta­no­wić, z czego może wyni­kać ta nie­obec­ność. Oddy­cha­łam szybko, szczy­tami płuc, panicz­nie roz­glą­da­łam się po sypialni i w końcu woła­łam part­nera. Jego nie­obec­ność budziła we mnie dawny lęk przed porzu­ce­niem, co wyzwa­lało potężną neu­ro­cep­cję zagro­że­nia, która natych­miast poja­wiała się w mojej świa­do­mo­ści i wywo­ły­wała fizjo­lo­giczne objawy ogrom­nego lęku. Nagłe uświa­do­mie­nie sobie daw­nych prze­żyć zwią­za­nych z byciem osa­mot­nioną w połą­czeniu z fizyczną nie­obec­no­ścią part­nera w danej chwili – co ozna­czało, że nie było przy mnie nikogo, kto pomógłby mi pora­dzić sobie z prze­ra­że­niem – uru­cha­miało wszyst­kie alarmy w moim orga­ni­zmie. Gdy tylko go woła­łam, a on odpo­wia­dał, że musiał pójść do łazienki, mój orga­nizm natych­miast się uspo­ka­jał w neu­ro­cep­cji bez­pie­czeń­stwa. Nie zosta­łam porzu­cona. Godna zaufa­nia osoba znaj­do­wała się w pobliżu.

W odpo­wie­dzi na neu­ro­cep­cję bez­pie­czeń­stwa AUN akty­wuje to, co Porges nazywa ukła­dem zaan­ga­żo­wa­nia spo­łecz­nego, a co pozwala nam nawią­zy­wać kon­takt z ota­cza­ją­cymi nas ludźmi17. Wtedy czę­sto roz­luź­niają się nam mię­śnie, zwłasz­cza brzu­cha i w oko­li­cach oczu, ton naszego głosu sygna­li­zuje bez­pie­czeń­stwo i łatwiej nam słu­chać bez oce­nia­nia. To pre­fe­ro­wany stan AUN, ponie­waż cały nasz orga­nizm chce się znaj­do­wać w ser­decz­nej bli­sko­ści z innymi.

Jak to może wyglą­dać pomię­dzy rodzi­cami a nowo­rod­kami? Nie­dawno uro­dzi­łam i sie­dzę z syn­kiem na rękach. Mam w sobie dawne doświad­cze­nie spo­czy­wa­ją­cego na mnie czu­łego wzroku matki (bez­pie­czeń­stwo). Czuję się kom­for­towo w domu, mam wspar­cie ota­cza­ją­cych mnie ludzi (bez­pie­czeń­stwo). Moja przy­ja­ciółka wła­śnie patrzy na naszą dwójkę z miło­ścią (bez­pie­czeń­stwo). Synek może spoj­rzeć mi w oczy i zna­leźć bez­pieczną przy­stań, ponie­waż jestem przy nim naprawdę obecna. W takiej chwili mózg nowo­rodka jest przy­go­to­wy­wany do tego, by ocze­ki­wać, że świat jest bez­piecz­nym miej­scem, w któ­rym dzieci się kocha i ota­cza opieką.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Mat­thew D. Lie­ber­man, Social: Why Our Bra­ins Are Wired to Con­nect, Crown Publi­shers, Nowy Jork 2013, s. 3–6, 43–47. [wróć]

Iain McGil­christ, The Master and His Emis­sary: The Divi­ded Brain and the Making of the Western World, Yale Uni­ver­sity Press, New Haven 2009, s. 154, 300. [wróć]

Ste­phen W. Porges, Teo­ria poli­wa­galna. Prze­wod­nik, przeł. Alek­san­der Gomola, Wydaw­nic­two Uni­wer­sy­tetu Jagiel­loń­skiego, Kra­ków 2020. [wróć]

Patty Wip­fler, „What Is a Liste­ning Part­ner­ship?”, Hand in Hand Paren­ting, ostat­nio zmie­niany w sierp­niu 2016, dostęp uzy­skano 29 listo­pada 2024, https://www.han­din­hand­pa­ren­ting.org/2016/08/listen-launch-post-what-is-a-liste­ning-part­ner­ship/. [wróć]

Daniel J. Sie­gel, Psy­chow­zrocz­ność, przeł. Piotr Bud­kie­wicz, Mama­nia, War­szawa 2021. [wróć]

Allan N. Schore, Affect Regu­la­tion and the Ori­gin of the Self: The Neu­ro­bio­logy of Emo­tio­nal Deve­lop­ment, wyd. 2, Routledge, Nowy Jork 2003, s. 37–40. [wróć]

Ste­phen W. Porges, Teo­ria poli­wa­galna. Prze­wod­nik, dz. cyt. [wróć]

Saul Mcleod, „Bowlby’s Attach­ment The­ory”, Sim­ply Psy­cho­logy, 5 lutego 2017, https://www.sim­plyp­sy­cho­logy.org/bowlby.html. [wróć]

Jude Cas­sidy, Phil­lip R. Sha­ver, „Attach­ment The­ory and Rese­arch: Ove­rview with Sug­ge­sted Appli­ca­tions to Child Deve­lop­ment”, Oxford Rese­arch Encyc­lo­pe­dia of Psy­cho­logy, opu­bli­ko­wano online 31 sierp­nia 2021, dostęp 29 listo­pada 2024, https://oxfor­dre.com/psy­cho­logy/view/10.1093/acre­fore/9780190236557.001.0001/acre­fore-9780190236557-e-51; Amir Levine, Rachel Hel­ler, Part­ner­stwo bli­sko­ści, przeł. Gra­żyna Cha­mie­lec, Feeria, Łódź 2020. [wróć]

Jude Cas­sidy, Phil­lip R. Sha­ver, „Attach­ment The­ory and Rese­arch”, dz. cyt. [wróć]

Tamże. [wróć]

Amir Levine, Rachel Hel­ler, Part­ner­stwo bli­sko­ści, dz. cyt. [wróć]

Mary Main, Erik Hesse, „Parents’ Unre­so­lved Trau­ma­tic Expe­rien­ces Are Rela­ted to Infant Disor­ga­ni­zed Attach­ment Sta­tus: Is Fri­gh­te­ned and/or Fri­gh­te­ning Paren­tal Beha­vior the Lin­king Mecha­nism?”, w: Attach­ment in the Pre­school Years: The­ory, Rese­arch, and Inte­rven­tion, red. M.T. Gre­en­berg, D. Cic­chetti, E.M. Cum­mings, Uni­ver­sity of Chi­cago Press, Chi­cago 1990, s. 161–182. [wróć]

Ste­phen W. Porges, Teo­ria poli­wa­galna. Prze­wod­nik, dz. cyt. [wróć]

Ste­phen W. Porges, Neu­ro­fi­zjo­lo­giczne pod­stawy emo­cji i przy­wią­za­nia w teo­rii poli­wa­gal­nej, przeł. Alek­san­der Gomola, Wydaw­nic­two Uni­wer­sy­tetu Jagiel­loń­skiego, Kra­ków 2021. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże. [wróć]