Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Poczucie bezpieczeństwa to nie cecha osobowości, lecz umiejętność, którą można rozwijać i wzmacniać
Choć od dzieciństwa uczy się nas samowystarczalności i niezależności, nasz układ nerwowy jest zaprogramowany na tworzenie ciepłych, stabilnych więzi. To na nich opiera się nasze poczucie bezpieczeństwa, niezbędne do prowadzenia spełnionego i spokojnego życia. Jak jednak wykształcić w sobie umiejętność tworzenia bezpiecznych relacji i odzyskać spokój? Pomoże ci w tym ten praktyczny, poparty badaniami przewodnik, pełen osobistych refleksji, prostych medytacji i przemyślanych ćwiczeń. Z tej książki dowiesz się, jak pielęgnować swoje poczucie bezpieczeństwa, zarówno wewnętrzne, jak i to potrzebne do budowania relacji z innymi.
Dzięki lekturze nauczysz się:
• rozpoznawać sygnały alarmowe płynące z układu nerwowego i skutecznie go regulować,
• nawiązywać kontakt z tymi częściami siebie, które wciąż noszą dawne rany,
• przerywać powtarzające się schematy, w tym lękowo-unikowy „taniec”,
• polegać na swoich wewnętrznych obrońcach,
• podejmować decyzje, kiedy zostać w relacji, a kiedy z niej wyjść,
• tworzyć wspierające „kotwice” emocjonalne oraz zdrowsze, bezpieczniejsze więzi.
Autorka, opierając się na wiedzy z zakresu neurobiologii oraz własnym doświadczeniu psychoterapeutki i terapeutki par, wyjaśnia, dlaczego tak często powielamy stare, szkodliwe wzorce zachowań, oferuje empatyczne wsparcie i wyjaśnia, jak krok po kroku wydostać się z trybu przetrwania i zacząć budować prawdziwe zaufanie oraz głębokie relacje z innymi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 284
Data ważności licencji: 1/7/2031
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: SAFE. An Attachment-Informed Guide to Building More Secure Relationships
Przekład: Ischim Krystyna Odorowicz-Śliwa Redaktorka inicjująca: Maria Zalasa Redakcja: Dominika Synowiec Korekta: Anna Kurek Ilustracja na okładce: © Khanet Janngam/Getty Images Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak
Copyright © 2025 by Jessica Baum This edition published by arrangement with Tarcher, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC Copyright for the Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2026
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniana i wykorzystywana wyłącznie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
ISBN 978-83-68846-55-3 Wydanie I, Łódź 2026
JK Wydawnictwo, ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Mojej mentorce Bonnie Badenoch.
Odkąd pojawiłaś się w moim życiu, mocno oddziałujesz na mnie, na moje zdrowienie i na książki, które wypuszczam w świat. A największy wpływ wywarło na mnie twoje współczucie.
Twoja mądrość wynikająca z wieloletniego zgłębiania zagadnień dotyczących neurobiologii interpersonalnej miała swój udział w kształtowaniu tej książki, a twoje współczucie bije z jej kart, za co jestem ogromnie wdzięczna. Wplotłam w ten tekst mnóstwo twoich wnikliwych przesłań. Nie stworzyłabym go bez ciebie i przepełnia mnie wdzięczność za twoje przewodnictwo.
Z mojego serca do twojego – wielkie dzięki.
Od wczesnego dzieciństwa uczy się nas, jak ważne jest bycie silnym i niezależnym. Chociaż te dwa słowa potrafią być w naszym umyśle silnie związane, to tak naprawdę musimy czuć, że jesteśmy bezpieczni w ramionach, sercach i umysłach ważnych dla nas osób. To dzięki relacjom z nimi czujemy się spokojne i chronione w tym trudnym świecie. „Bezpieczny” to słowo pełne mocy, przejmujące aż do szpiku kości. Zatrzymaj się na chwilę i zauważ, co czujesz w brzuchu, sercu i mięśniach, kiedy mówisz:
Bezpieczna. Jestem bezpieczna.
A jednak świat, w którym żyjemy, nie zawsze wydaje się bezpieczny. Domyślam się, że każdy z nas mógłby stworzyć osobistą listę zagrożeń, zmartwień i niepewności w codziennym życiu. Mimo wszystko istnieje pewien rodzaj bezpieczeństwa, który możemy odczuwać w ciele i umyśle i który zaspokaja nasze najgłębsze pragnienie poczucia bycia chronionym, nawet w obliczu wyzwań zewnętrznych. I znajduje się tak blisko jak dłoń, którą wyciągamy, bo chwycić rękę drugiej osoby.
Jesteśmy dosłownie stworzeni do tego, by utrzymywać serdeczne, otwarte relacje – jest to zakorzenione w naszym DNA1. Mimo to tak wiele aspektów naszej kultury i osobistej historii odciąga nas od tej nieustannie dostępnej możliwości. Ponieważ znaczą część życia spędziłam w cieniu tych kulturowych oczekiwań, a moje wczesne doświadczenia przywiązania były bolesne, odejście od tego, co było dla mnie znajome, i wejście w relacje, które mogły uzdrowić obie te głębokie rany, wymagało dużo pracy.
Moją pierwszą książkę, Lękowo przywiązane, napisałam po to, by pomóc innym ludziom z ranami podobnymi do moich znaleźć bardziej satysfakcjonujące relacje. Sama zdrowiałam w tym obszarze i chciałam się tym podzielić. Od tamtej pory jeszcze bardziej się rozwinęłam i uświadomiłam sobie, że wielu z nas ma różnorakie poważne rany z dzieciństwa, które wpływają na wszystkie nasze relacje. Fundamentem książki Bezpieczne przywiązanie jest chęć podzielenia się tym, czego się uczę i czego doświadczam teraz.
Wewnętrzne poczucie każdego człowieka co do tego, jak bardzo jest bezpieczny albo zagrożony, pochodzi z doświadczeń relacji zgromadzonych w ciągu całego życia. Nasze najwcześniejsze więzi, mające początek jeszcze w łonie matki, uczą nas, czego oczekiwać od najbliższych. Lekcje te głęboko się w nas zapisują i tworzą silne poczucie tego, czy inni ludzie są dla źródłem bezpieczeństwa, czy są raczej zdystansowani, chłodni, zalęknieni, rozdrażnieni, a nawet niebezpieczni. Następnie przez całe życie tworzymy więzi z kolejnymi poznawanymi ludźmi – nauczycielami, krewnymi, znajomymi, partnerami – którzy się o nas troszczą i którzy nas krzywdzą. Każdy z nas gromadzi skomplikowaną plątaninę doświadczeń relacyjnych wpływających na nasze wewnętrzne poczucie tego, co jest bezpieczne, a co nie.
Mieszkańców Zachodu kształtują nie tylko karmiące i krzywdzące więzi, ale też wartości i oczekiwania społeczne uważane za „właściwy sposób życia”. Wiele otrzymywanych przez nas komunikatów mówi nam, że niezależność, samodzielność, samoregulacja, odnoszenie sukcesów i dbanie o siebie to cechy charakterystyczne dla zdrowych, dojrzałych ludzi. W efekcie doświadczenie odłączenia i bycia ocenianym może pojawić się już na wczesnym etapie życia. W końcu naszych rodziców także ukształtowały wartości naszego społeczeństwa. Jako dzieci jesteśmy chwaleni za osiąganie kolejnych kluczowych etapów rozwoju. Słyszymy, jak rodzice mówią z dumą: „Mój syn zaczął chodzić, gdy miał dziewięć miesięcy”, „Moja córka sortowała zabawki kolorami w wieku dwóch lat”. Uśmiechają się promiennie, jeżeli coś nam się udaje, i wycofują się, jeśli nie spełniamy narzuconych nam standardów. Już jako dzieci zaczynamy więc odczuwać, że ocenia się nas i uznaje za wystarczających albo wybrakowanych na podstawie tych arbitralnych kryteriów. Kiedy wkraczamy w dorosłość, oczekuje się od nas ciężkiej pracy i osiągania celów w wielu obszarach życia. W tym oceanie wydajności i rywalizacji zatracają się wyjątkowe piękno i talenty każdego człowieka. Takie życie jest przeciwieństwem bezpieczeństwa.
Wymagania te zmuszają nas do nieustannego pośpiechu, przez co często tracimy kontakt z najgłębszym pragnieniem, by zwolnić i rozkoszować się bezpieczną, życzliwą więzią z innymi. Brytyjski psychiatra, literaturoznawca, filozof i neuronaukowiec Iain McGilchrist poświęcił całe dziesięciolecia na odkrywanie tajemniczego związku pomiędzy półkulami naszego mózgu. Nie do końca jest tak, jak nas uczono – że prawa półkula odpowiada za kreatywność, a lewa skupia się na logice. Zdaniem McGilchrista jest tak, jakbyśmy mieli w mózgu dwie osoby, które żyją i postrzegają świat zupełnie inaczej2. Prawa półkula skupia się na przeżywaniu danej chwili (w której znajdujemy bezpieczeństwo w relacjach), a lewa odciąga nas od tej obecności i wszelkich trudności emocjonalnych, by uporządkować nasze doświadczenie i skoncentrować się na działaniu (przez co tracimy łączność z chwilą obecną i innymi ludźmi). Oba te sposoby funkcjonowania są ważne, ale najważniejsza jest relacja pomiędzy nimi. Ma to znaczenie o tyle, że jako społeczeństwo w zdecydowanej mierze polegamy na lewej półkuli, co zapoczątkowało epidemię traumatycznej samotności. Moje własne rany przywiązania i skłonność do ukrywania się w lewej półkuli sprawiły, że całymi latami żyłam w zawrotnym tempie. A potem związek miłosny zmusił mnie do stawienia czoła ranom.
Nic nie mogło się równać pierwszemu uściskowi. Pamiętam go, jakby wydarzył się wczoraj. Kiedy spotkałam się z tym mężczyzną po kilku tygodniach rozmów przez telefon, natychmiast poczułam się przy nim „jak w domu”. Jakby całe moje ciało odetchnęło z ulgą. Wreszcie mogłam odpocząć. Kiedy uciekłam w jego ramiona i serce, poczułam, że naszym przeznaczeniem jest wspólna podróż przez życie. Nie wydaje mi się, żebym zwróciła wtedy uwagę na znaczenie słowa „uciekłam”. Dopiero prawie dwa lata później uświadomiłam sobie, że partner dawał mi schronienie przed bólem i lękiem, z którymi jeszcze nie byłam gotowa się zmierzyć.
W miarę upływu czasu nasza miłość się wzmocniła, a nasz związek prowadził nas coraz dalej ku emocjonalnej bliskości. Tak się to ma właśnie rozwijać. W tym momencie, jak we wszystkich bliskich relacjach, zaczęły dawać o sobie znać nasze wczesne wzorce przywiązania i skłaniać nas do pracy nad pojawiającymi się trudnościami. Poczułam, że dla niego wyzwaniem była moja rosnąca zależność od niego, a dla mnie – jego zachowania unikowe. Kiedy zaczynał zamykać się w sobie, uciekać ode mnie i mnie ignorować. Te splecione dynamiki, w których jedna osoba biegnie ku partnerowi, a ten reaguje lękiem i ucieka – w których dwoje ludzi nigdy się nie odnajduje i nie potrafi utrzymać więzi przez dłuższy czas – często określa się mianem więzi traumatycznych albo tańca lękowo-unikowego. W niektórych kręgach duchowych mechanizmy te nazywa się odnalezieniem swojego „bliźniaczego płomienia”, co romantyzuje schematy, w których ludzie tkwią przez całe lata. Jeżeli znasz któryś z wspomnianych wyżej terminów, zapewne byłeś w związku wywołującym u ciebie przejmujący brak poczucia bezpieczeństwa. Być może nigdy do końca nie zrozumiałeś, dlaczego dana relacja była tak bolesna.
Wkrótce miałam się dowiedzieć, że trudne wczesne wspomnienia jednej osoby mogą pobudzić podobne wspomnienia drugiej. Nic dziwnego, że z moim partnerem czułam się „jak w domu”. Pod intensywną namiętnością skrywał on wzorce przypominające moje wczesne doświadczenia relacyjne. Kiedy się bał, zamykał się przede mną i mnie ignorował, zupełnie jak moi rodzice. Początkowo byliśmy niczym skrzywdzone dzieci biegnące ku sobie z nadzieją, że wypełnimy sobie nawzajem nasze braki, ale stopniowo odkrywaliśmy, że z powodu naszych ran żadne z nas nie ma tego, czego potrzebuje drugie. Rozczarowanie zburzyło marzenia o ideale, którym żyłam.
W tej książce prześledzimy, w jaki sposób ujawniają się rany przywiązania, oraz poznamy narzędzia, które pomogą ci odkryć ich początki i znaleźć uzdrowienie. Proces ten przypomina usuwanie kolejnych warstw doświadczenia, by odsłonić pozabezpieczne wzorce przywiązania, które doprowadziły cię do rozwinięcia zachowań obronnych, takich jak ucieczka bądź zatracanie się w pracy, byle tylko stłumić dawne cierpienie i lęk. Nauczyłam się na własnej skórze, że jednym z zadań partnera w moim życiu było odegranie roli katalizatora mojego prawdziwego uzdrowienia – mimo że nasz związek był trudny – a potem dzieliłam się tym doświadczeniem z klientami i mam nadzieję, że ty też znajdziesz na tych stronach ścieżkę ku zdrowieniu.
Czasami odpowiednia osoba pojawia się dokładnie wtedy, kiedy jej potrzebujemy. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy mój związek się rozpadał, usłyszałam o książce Bonnie Badenoch The Heart of Trauma łączącej zagadnienia traumy, stylu przywiązania i neuronauki relacji. Wcześniej przeczytałam sporo pozycji z zakresu neuronauki, ale książka Bonnie wydała mi się inna. W jej słowach była miękkość, która dotknęła czegoś głęboko we mnie. Myślę, że już wtedy zyskałam pewne poczucie bezpieczeństwa dzięki życzliwej akceptacji leżącej u podstaw jej pracy. To doznanie nauczyło mnie czegoś bardzo ważnego. Bardzo często słyszy się, że gdy tylko zdołamy się uzdrowić, zaczniemy się czuć bezpiecznie. I chociaż to prawda, być może ważniejsza jest świadomość, że odnalezienie poczucia bezpieczeństwa również stanowi wstęp do zdrowienia i jego fundament. Skontaktowałam się z Bonnie i została ona moją mentorką na tej ścieżce. Sprawiła, że po raz pierwszy w życiu poczułam się widziana. Interakcje z nią są tak głębokie, ponieważ wnosi w nie nie tylko całą swoją mądrość, ale też pełną obecność i współczucie. Kiedy było mi bardzo źle, samo jej towarzystwo mi odwagę kontynuowania podróży ku uzdrowieniu – i czułam, że muszę częściej z nią przebywać. Mój organizm tęsknił za takimi życzliwymi, bezpiecznymi ludźmi.
W wyniku tego poczucia bezpieczeństwa stałam się wrażliwa na wspomnienia z dzieciństwa. Zaczęły we mnie ożywać, abym mogła je uzdrawiać i integrować, a jednocześnie uruchamiały napady silnego lęku i bólu. Było to trudne, ale czułam, że niezbędne. Odkryłam, że rodzi się we mnie nowe poczucie sprawczości, i postanowiłam, że nieważne, co się dzieje w świecie zewnętrznym, nadal będę z ciekawością podchodzić do tego, co zachodzi w moim wnętrzu. Przede wszystkim wiedziałam, że mam odpowiednie wsparcie, by uzdrowić swoje wzorce przywiązania i najgłębszy ból. Zaczęłam powiększać krąg ludzi, którzy mogli mnie wesprzeć w tej podróży. Nazwałam ich kotwicami i w dalszych częściach książki będę omawiać, jak je znaleźć i jaka jest ich rola w naszym zdrowieniu.
Niektórym udaje się odbyć uzdrawiającą podróż wspólnie. Jednak obie strony relacji muszą tego chcieć. Jedna z moich klientek pragnęła pogodzić się z matką, ale lata alkoholizmu sprawiły, że matka nie była w stanie nawet rozważyć naprawienia zerwanej więzi. Coś podobnego wydarzyło się w moim związku. Kiedy zasugerowałam partnerowi wykonanie pracy razem, oznajmił, że pragnie relacji jak z bajki, że chce pozostać na początkowym, magicznym etapie, a nie przechodzić na kolejny, który wymaga intensywnego wysiłku. Wiedziałam, że nie da się wrócić do początku, kiedy to po prostu zatracaliśmy się w sobie. Zaczynałam rozumieć, że nie chcę już nigdy powtórzyć tego wzorca z żadnym człowiekiem. Muszę zaznaczyć, że moją intencją nie jest obwinianie tego mężczyzny. Kochał mnie na tyle, na ile tylko potrafił. Naprawdę w to wierzę. Ale powtarzanie bolesnych mechanizmów to tragiczna sytuacja, przez którą wielu z nas przechodzi po wielokroć.
Tu właśnie pojawia się kwestia wykonywania pracy z innymi ludźmi. Według naszej kultury złotym standardem zdrowej dojrzałości jest niezależność i samodzielność. Nic bardziej mylnego. Jak mówi wybitny amerykański psycholog i badacz Stephen Porges: „Łączenie się się to nasz imperatyw biologiczny”3. Dla nas, ludzi, bezpieczeństwo bierze się z serdecznego, otwartego kontaktu z drugim człowiekiem. Po prostu nie możemy bez niego żyć. Neuronauka relacji opisuje fakt, że nasz organizm pragnie kontaktu i że jesteśmy wyjątkowo wyczuleni na próby nawiązania go z nami – oraz na ich brak. Porges jest ojcem teorii, którą nazywa poliwagalną. Jego praca skupia się na autonomicznym układzie nerwowym (w skrócie AUN) i jego reakcjach na połączenie i rozłączenie. Na następnych stronach będziemy czerpać z pracy Porgesa i eksplorować naszą biologiczną potrzebę kontaktu, a także lepiej zrozumiemy, jak nasz AUN może pomóc nam w zdrowieniu.
Zdolność wyobrażenia sobie, co dzieje się w mózgu, może nas stabilizować i wspierać, utwierdzając nas w przekonaniu, że zmierzamy w odpowiednim kierunku. W tej wspólnej podróży nauka nas poprowadzi, pocieszy i pomoże nam zrozumieć, że naprawdę nas zraniono oraz co się wydarza w trakcie zdrowienia.
Jak już mówiłam, serdeczne wsparcie innych ludzi jest na tej ścieżce ogromnie ważne, a ja będę towarzyszyć ci na każdym kroku lektury tej książki. Znajdziesz tu medytacje i refleksje. Nagrałam je, więc możemy wspólnie je praktykować; znajdziesz je (w języku angielskim) osobno na stronie jessicabaumlmhc.com/safe-meditations. Pomocne będzie też trzymanie pod ręką dziennika. W trakcie czytania do głowy mogą ci przychodzić wspomnienia i spostrzeżenia, a zapisanie ich pomoże ci lepiej zrozumieć historię twojego stylu przywiązania. Pod koniec książki znajdziesz część „Mądre uwagi”, gdzie przedstawiam trochę więcej naukowych informacji. Dużo czasu poświęcimy na omówienie tego, jak ważne jest znalezienie kotwic – ludzi, którzy będą trzymać dla ciebie przestrzeń. Pokażę ci też, że można mieć kogoś, kogo Patty Wipfler, założycielka Hand in Hand Parenting, nazywa partnerami do słuchania – cennych w naszym życiu ludzi, którzy potrafią po prostu słuchać i być przy nas, zamiast próbować nas naprawiać4. Czasami, gdy ból jest szczególnie dotkliwy, bardzo ważne jest, by zwrócić się po pomoc do terapeuty. Kiedy zaczniemy poznawać historie wpływające na kształtowanie się naszego stylu przywiązania, siła naszych uczuć może nas zaskoczyć. Zachęcam cię do skorzystania z takiego wsparcia za każdym razem, gdy będziesz tego potrzebować. Miałam to niesamowite szczęście, że mogłam pracować z własną terapeutką, Jo, i w dalszej części książki opowiem ci o naszej wspólnej pracy trochę więcej.
Przyjrzyjmy się pobieżnie czekającym nas rozdziałom. Część 1 „Poszukiwanie bezpieczeństwa”, stworzy podstawy do pracy, którą będziemy wspólnie wykonywać. Przyjrzymy się naszym wczesnym więziom, prześledzimy trwały wkład rodziców i innych opiekunów w nasze poczucie bezpieczeństwa albo zagrożenia w świecie. Sprawdzimy także, jakie bezpieczne i karmiące relacje umożliwiają nam głębokie zdrowienie. Nazywam tych wspaniałych ludzi kotwicami, ponieważ dają nam poczucie powrotu do domu i osadzenia w poczuciu bezpieczeństwa – tak samo jak cumy solidnie utrzymujące statek w bezpiecznej przystani. Przeanalizujemy również strategie ochronne, które rozwijamy, żeby nie utonąć w wewnętrznym bólu i lęku pojawiających się za każdym razem, gdy coś podrażnia nasze rany przywiązania. Niektórzy z nas się przejadają. Inni pogrążają się w pracy, narkotykach czy mediach społecznościowych, izolują się albo korzystają z setek sposobów, które wymyślają ich kreatywne umysły. Powoli, łagodnie będziemy się zapoznawać z wzorcami adaptacyjnymi, które nazywamy obrońcami. Wydobycie ich z cienia na światło dzienne to kluczowy krok procesu zdrowienia. Część 1 zakończymy rozważeniem paradoksu naszej bezbronności. Ten kruchy stan potrafi przerażać, ale jednocześnie otwiera przed nami perspektywę zdrowienia.
Część 2, „Powrót do ciała”, to serce naszej pracy. Każdy z jej trzech rozdziałów skupia się na konkretnych praktykach pogłębiających uzdrawianie ran przywiązania, które w sobie nosimy. W rozdziale 4, „Wiecznie obecna przeszłość”, poćwiczymy interocepcję, czyli zdolność słuchania doznań nieustannie pojawiających się w ciele. Poczujemy, jak serce rośnie nam z radości, ale też jak niepokój ściska nam żołądek, gdy coś nas przestraszy. Ta umiejętność jest niezwykle ważna, ponieważ traumatyczne wspomnienia, które wymagają uzdrowienia, są przechowywane w ciele: w brzuchu, w sercu, w autonomicznym układzie nerwowym, w mięśniach, a nawet w skórze. Każde z nich ma własny sposób zapamiętywania naszych doświadczeń, a potem przywoływania ich odczuwalnego sensu i znaczenia. Wszystkie nieustannie są ze sobą w kontakcie i składają na to, co nazywamy pamięcią utajoną. Najważniejsze w tym rodzaju pamięci jest to, że dawne doświadczenia pojawiają się w naszym ciele tak, jakby wydarzały się obecnie, co wpływa na nasze postrzeganie teraźniejszości. W miarę praktyki zaczniesz zauważać, że twoje ciało cały czas do ciebie przemawia i uświadamia ci, co się w tobie budzi.
W rozdziale 5, „Uzdrawianie młodszego siebie”, dzięki stopniowo wzmacnianej interocepcji zaczniemy wsłuchiwać się w ucieleśniony głos swojego młodszego „ja”, od niemowlęctwa po dorosłość. Kiedy skierujemy się do wnętrza, żeby wykonać tę pracę, oprócz wspomnień niosących różne odcienie bólu i lęku zapewne znajdziemy również wspomnienia pełne radości i czułej troski. One staną się częścią twoich zasobów kotwiczących i będą ci przypominać o mocy bliskich więzi mogącej uzdrowić te aspekty ciebie, które czuły się porzucone.
W rozdziale 6, „Uzdrawianie wzorców, które trzymają nas w miejscu”, zajmiemy się analizą tego, w jaki sposób wzorce relacji z dzieciństwa często powracają w dorosłych związkach. Każda osoba, z którą łączy nas emocjonalnie znacząca więź – niezależnie od jej jakości – pozostawia swój ślad w naszej pamięci utajonej. Nauczyciele, sąsiedzi, rodzeństwo, znajomi, współpracownicy – wszyscy ci ludzie w nas zamieszkują, a to, czego nauczyli nas o relacjach i o tym, co odbieramy jako bezpieczne, a co nie, wpływa na naszą zdolność do odczuwania bliskości z drugą osobą w dorosłości. Dzięki tym interakcjom rozwijamy koło możliwych stylów przywiązań, a nie tylko jeden konkretny. Podczas lektury tego rozdziału niespiesznie sprawdzimy, jak to wyglądało w naszym przypadku. Jakiej postawy oczekujemy od innych w stosunku do nas? I, co równie ważne, jak reagujemy, gdy inni się do nas zbliżają? W jaki sposób wzorce z naszych wczesnych pozabezpiecznych relacji zostają odtworzone w relacjach w dorosłości? Jak możemy zauważyć te wzorce, żeby je uzdrowić?
Co prawda proces ten może wzbudzać mnóstwo lęku i bólu, jednak kiedy przyjmujemy każdą część siebie z czułością i chęcią ofiarowania jej potrzebnego pocieszenia, rośnie w nas również głęboka radość. Oprócz informacji naukowych będę przedstawiać też mnóstwo historii, tak osobistych, jak i innych osób. (Wszystkie imiona i opowieści zostały zmienione w celu ochrony prywatności). Ufam, że będą ci towarzyszyć i pokazywać prawdę o tym, jak trudny jest ten proces, jednocześnie zapewniając pokrzepienie i nadzieję na nadzwyczajne uzdrowienie, którego może zaznać każdy z nas.
Na początku części 3, „Życie w szczerym połączeniu”, w rozdziale 7, „Świadomość, kiedy zostać, a kiedy odejść”, przejrzymy swoje doświadczenia i sprawdzimy, co mogło przyciągnąć nas do relacji, w których próbujemy się zaopiekować kimś zranionym kosztem własnego zdrowienia. Przeanalizujemy, jak poznać, że ktoś nie jest zdolny do wspólnego zdrowienia, więc czas odejść. Wzmocnimy współczucie dla osób, które bardzo cierpią z powodu osądu i odrzucenia, mimo że ich zachowania nie są ich winą. Równie ważne jest odczuwanie współczucia wobec samego siebie i poszukiwanie relacji, które karmią obie strony.
W rozdziale 8, „Co się dzieje, kiedy zdrowiejemy?”, docenimy sygnały powolnego zrzucania z barków ciężaru traumy. Powrócimy do badań, które dowodzą, że leczenie psychicznych ran prowadzi do powstania nowych obwodów neuronalnych, dzięki czemu wyobrazimy sobie piękne zmiany zachodzące w naszym mózgu. Rosnące poczucie bezpieczeństwa da nam nasze nowe mocne strony, które będziemy mogli wnieść do relacji. Jedną z najważniejszych jest elastyczność reakcji, czyli zdolność zwolnienia na tyle, by nie reagować na stresujące doznanie automatycznie, lecz przemyśleć je, zaciekawić się nim i pozostać w uważnej obecności z partnerem5. Ta jedna zmiana może wpłynąć na przebieg całego związku.
Rozdział 9, „Dotarcie do bezpiecznej zatoki”, to zatoka i kotwica tej książki. Zastanowimy się w nim z wdzięcznością, co jest możliwe w trakcie dalszej pracy. Być może poczujesz już, że bezpieczeństwo to zarówno kwestia wewnętrzna, jak i zewnętrzna. Zdrowienie wewnętrzne zaczyna przekładać się na relacje z innymi. Częściej podchodzimy do ludzi z życzliwością niż z krytyką. Przyjazne zaciekawienie przychodzi nam łatwiej niż ocenianie. Współpraca wydaje się lepsza od rywalizacji. Nadal jesteśmy ludźmi ze swoimi słabościami i skłonnościami, ale kiedy zyskamy już poczucie bezpieczeństwa i przynależności, będziemy szybciej odnajdywać właściwą drogę po potknięciach, a naprawianie relacji po kryzysowych momentach stanie się stylem życia.
U podłoża tego procesu leży pogłębianie współczucia, z którym wiąże się zdrowienie. Zmianom w odczuwaniu bezpieczeństwa i połączenia z drugim człowiekiem towarzyszy coraz większa świadomość tego, że zranieni ludzie ranią innych. Jeżeli nie jesteśmy bezpieczni dla siebie nawzajem, to dlatego, że nasz świat wewnętrzny nie doświadczył wystarczająco dużo troski i poczucia przynależności. Cudowne jednak jest to, że pławiąc się w cieple nieoceniającego wsparcia, przekonamy się, że wszystko, czego nam trzeba do uzdrowienia, pojawia się w przestrzeni między nami. Stopniowo się zakotwiczamy i na koniec możemy powiedzieć: „Jestem bezpieczna. Jesteśmy bezpieczni razem”. Zacznijmy.
Część 1
Poszukiwanie bezpieczeństwa
Rozdział 1
Moc więzi
„Nie czuję się bezpiecznie!” – wykrzyczałam do partnera, gdy desperacko próbowałam złapać oddech. Było tak, jakby zerwała się łącząca nas lina.
„Jak to nie czujesz się bezpiecznie?” – zapytał z obojętnym wyrazem twarzy. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, byłam jedynie w stanie powtarzać w kółko: „Nie czuję się bezpiecznie”.
Sugestia, że dzieje się między nami coś niebezpiecznego, wyraźnie go dezorientowała. Przecież nie stosował przemocy fizycznej, w ogóle mi nie groził. Nawet na mnie nie wrzeszczał. Prawda jest taka, że ja też byłam zdezorientowana, ponieważ naprawdę nic nie wskazywało na to, że przebywam w zagrażającym mi środowisku.
To, co faktycznie czułam, to jego dystans. Zamiast czuć, że jesteśmy razem, miałam zimne, przerażające poczucie, że jestem sama. Podstawą bezpieczeństwa jest poczucie bliskości, a kiedy ono znikło, doznania przeszywające całe moje ciało świadczyły o przerażającej prawdzie.
Wtedy tego nie wiedziałam, ale mój partner brał stymulanty, żeby stłumić głęboki smutek. Zaledwie parę miesięcy wcześniej zmarł jego ojciec i nie dość, że musiał się pogodzić z tą okropną stratą, to jeszcze zmagał się z przytłaczającymi obowiązkami wynikającymi z przejęcia rodzinnej firmy. Kiedy nie czujemy się bezpiecznie, nasz układ nerwowy stara się nas chronić. Walczymy. Uciekamy. Zastygamy w bezruchu. Zamykamy się w sobie. Albo sięgamy po pomoc.
Najbardziej naturalnie przychodzą nam te reakcje ochronne, których nauczyliśmy się we wczesnym dzieciństwie i na których polegamy w dorosłości. Mój partner, opierając się na tym, co przez całe życie widział u ojca, stał się pracoholikiem, latał po całym kraju na spotkania biznesowe i jednocześnie zalewał organizm stymulantami, by opanować wewnętrzny chaos i lęk. Równocześnie walczył i uciekał, i nie miał żadnego poczucia bezpieczeństwa, ale ponieważ nie pogrążał się za bardzo w piekło żałoby i bezradności, targające nim uczucia nie były widoczne z zewnątrz.
W odpowiedzi na jego zachowania ja też zareagowałam na podstawie własnych doświadczeń życiowych. Desperacko pragnąc poczucia bezpieczeństwa, biegłam ku partnerowi, tak jak biegłam ku rodzicom jako dziecko. On jednak nie czuł się wystarczająco bezpiecznie wewnątrz siebie, żeby się na mnie otworzyć, więc zamykał się w sobie i ode mnie odsuwał. Czułam się osamotniona, co wywoływało we mnie złość, ale to z kolei sprawiało jedynie, że jeszcze bardziej się ode mnie odwracał. Kiedy w końcu opadłam bez sił i leżałam na kanapie, niezdolna się poruszyć, nie był w stanie się do mnie zbliżyć. To wrażenie, że nie mam się do kogo zwrócić, było całkowicie druzgocące i wzbudziło we mnie to samo silne poczucie odizolowania i porzucenia, jakie towarzyszyło mi w najwcześniejszych relacjach.
Wierzę, że nadal się kochaliśmy, ale nasze dawne rany utrudniały nam powrót do poczucia bezpieczeństwa na tyle, byśmy mogli naprawić relację. Emocjonalną bliskość i głębokie poczucie pewności co do uczuć zastąpiły brak kontaktu wzrokowego, złość, zamknięcie w sobie, rozłąka i milczenie. Im częściej pojawiał się między nami tak ogromny dystans, tym bardziej nasilało się poczucie zagrożenia w związku, ponieważ to, czego najbardziej się boimy, to utrata więzi.
Neuronaukowcy badający relacje mówią nam, że poczucie porzucenia w dorosłości może obudzić duchy podobnych strat przeżytych w dzieciństwie6. Te wczesne krzywdy nazywamy traumami rozwojowymi bądź ranami przywiązania. Znając historię swojego partnera, mogę sobie wyobrazić, jak jego wewnętrzne dziecko doświadczało emocji wywołanych bieżącymi okolicznościami. W dzieciństwie nie miał zbytnio poczucia bezpieczeństwa. Jego matka była znerwicowana, a ojciec – obojętny i niemal ciągle w podróżach służbowych. Partner należał do tych dzieci, które usiłowały utrzymywać bliskość z rodzicem poprzez zaspokajanie potrzeb matki kosztem niedostrzegania własnych. Ponieważ nikt go nie słuchał, nigdy nie nauczył się mówić o tym, co dzieje się w jego wnętrzu. Wszystko to pozostawało w nim zamknięte i przez nikogo niezauważone. W miarę dorastania opracował strategie pozwalające mu na unikanie bliskości. Nadużywał różnych substancji i chronił się, uciekając przed bólem innych ludzi.
Moje doświadczenie było inne. Niewyobrażalna utrata poczucia bliskości z partnerem przywoływała zapisane w ciele wspomnienia bycia całkowicie porzuconą w dzieciństwie – mój ojciec sięgał po różne substancje, żeby stłumić własne cierpienie, a matka wykonywała trudny zawód, co oznaczało, że dla mnie miała bardzo mało czasu. Należę do osób, które bardzo łakną życzliwego przywiązania, a ponieważ nikt tej potrzeby nie zaspokajał, przepełniały mnie głęboki smutek i niepokój. Kiedy moi rodzice na to nie reagowali, zorientowałam się, że wysoko cenionymi cechami są niezależność i samodzielność. Skierowałam więc całą swoją uwagę na odgrywanie roli samowystarczalnej dziewczynki, a fundamentalną i delikatną potrzebę bliskości zepchnęłam w zakamarki duszy. Czasami ta silna i niezależna część mnie skutecznie mnie chroniła, ale kiedy rany partnera kazały mu się ode mnie oddalać, cały dziecięcy niepokój i smutek wypływały na powierzchnię i potęgowały cierpienie wywołane wizją utraty partnera.
To, co przytrafia się nam, gdy jesteśmy mali, wpływa na to, jak bezpiecznie czujemy się obecnie. Przychodzimy na ten świat, dosłownie domagając się więzi. Ta potrzeba jest wpisana w nasz organizm na najgłębszym poziomie. Pragnienie kontaktu z innymi i zależność od nich to wręcz najbardziej fundamentalna prawda o człowieku. Słynny psychiatra i badacz Stephen Porges mówi: „Łączenie się to biologiczny imperatyw, co znaczy, że jest kluczowy i nie możemy bez niego żyć”7. Kiedy pojawiamy się na tym świecie, pragniemy kochającego spojrzenia i delikatnego dotyku skóry naszych rodziców witających nas cudowną ciekawością tej wspaniałej istotki, która właśnie pojawiła się w ich życiu. Jeżeli to pragnienie zostaje zaspokojone, czujemy, że świat jest dla nas bezpieczny. Jednak mnóstwo rodziców nie potrafi przyjąć dziecka w ten sposób ze względu na własne rany, często powstałe we wczesnym dzieciństwie.
To, czego najbardziej się boimy, to utrata relacji.
W latach 50. XX wieku badacz John Bowlby zaczął pisać o tym, co się dzieje z dziećmi, którym rodzice tworzą czułe i bezpieczne środowisko, oraz z tymi, których rodzice nie potrafią być w pełni obecni8. To doprowadziło do powstania teorii stylu przywiązania i ustalenia trzech głównych kategorii opisujących relację pomiędzy dziećmi i rodzicami czy też opiekunami oraz jej wpływ na dzieci na dalszych etapach życia. Te trzy style przywiązania nazwano bezpiecznym, lękowo-ambiwalentnym oraz unikowym. Później Mary Main i Erik Hesse dodali czwarty styl – zdezorganizowany. Teraz chcę jedynie pobieżnie przedstawić każdy z nich, żeby dać ci pogląd na różne doświadczenia z tego spektrum, które mogły być twoim udziałem. Później zagłębimy się w to bardziej, na razie niech nam wystarczy stwierdzenie, że style przywiązania bynajmniej nie są niezmienne, ponieważ każdy z nas doświadcza więcej niż jednego stylu – w zależności od wielu relacji, jakie nawiązał. W całej tej książce będziemy analizować, jak działa twój system przywiązania, ale w rozdziałach 4, 5 i 6 sprawdzimy to dokładniej. Teraz zaczniemy od namalowania obrazu relacji rodzic–dziecko. Należy zauważyć, że każda para rodzic–dziecko na świecie jest wyjątkowa, więc tutaj przedstawiam jedynie ogólne wyobrażenie. W trakcie lektury tych pobieżnych opisów głównych stylów przywiązania skupiaj się na tym, czy któryś z nich silnie z tobą rezonuje.
W tym rozdziale pisałam już nieco o bezpiecznym stylu przywiązania zapewnianym przez kochających, bezpiecznych rodziców, których własny świat wewnętrzny jest w znacznej mierze uregulowany, co w relacji z nami umożliwia im okazywanie nam serdeczności i otwartości9. Są nas życzliwie ciekawi i odzwierciedlają naszą wyjątkowość. Rodzice dosłownie tworzą obwody neuronalne w mózgu dziecka, więc ich bezpieczne wewnętrzne doświadczenie staje się naszym. Przebywanie w ich obecności oznacza, że nasz mózg zostaje zaprogramowany tak, by oczekiwać, że dostaniemy wsparcie i troskę, że świat jest dobrym miejscem.
Niestety wczesne doświadczenia niektórych rodziców sprawiły, że odczuwają oni świat jako miejsce nieprzewidywalne, w którym nie są bezpieczni. Są pełni lęku, czasami się złoszczą i niemal zawsze desperacko potrzebują, by ktoś inny ich pocieszył i wsparł. Nie są w stanie regularnie dawać dziecku przestrzeni, w której będzie zaopiekowane i spokojne, bo sami jej nie otrzymali10. Czasami są dostępni, a czasami nie. To przeraża dziecko, które nie wie, czego się spodziewać. Za rogiem zawsze czyha utrata bliskości. Chociaż rodzice nie mają takiego zamiaru, to neurobiologicznie zaszczepiają własny niepokój w dziecku, które często dostosowuje się do sytuacji, porzucając własne potrzeby, by zaopiekować się rodzicami. „Jeżeli tylko uda mi się uspokoić i uszczęśliwić mamusię, będzie ze mną”. Wtedy dorastamy z ogromnym wyczuleniem na uczucia innych i bez przekonania, że nasze potrzeby są ważne. Żyjemy w nieustannym lęku, że zostaniemy porzuceni tak jak w dzieciństwie. Naukowcy nazywają ten styl przywiązania lękowo-ambiwalentnym, a ja znam go z pierwszej ręki.
Na drugim końcu spektrum znajdujemy unikowy styl przywiązania. Przepełnieni lękiem rodzice są przytłoczeni własnymi emocjami, natomiast rodzice unikowi przystosowali się do bólu obecnego w życiu poprzez odwracanie się od emocji i skupianie na pracy albo innych obszarach życia, w których mogą odnaleźć poczucie spełnienia i kontroli. Żeby zdystansować się od swoich uczuć, postrzegają świat przez pryzmat lewej półkuli mózgu11. Z tej perspektywy cele i zadania liczą się bardziej od relacji, a krytykowanie i ocenianie innych (oraz siebie) przychodzą naturalnie. Ponieważ odcięli się od smutku i bólu, nie dostrzegają też tych emocji u innych. Ich dziecko może to odbierać jako całkowite porzucenie. W najwcześniejszych latach życia wszyscy patrzymy na świat przez pryzmat zorientowanej na relacje prawej półkuli mózgu i nieustannie poszukujemy ludzi serdecznych i responsywnych, więc posiadanie rodziców unikowych wywołuje w nas wrażenie, jakbyśmy przez większość czasu nie istnieli. Później, kiedy nie jesteśmy już niemowlętami, potrafimy mówić i informujemy rodzica: „Jestem smutny”, on może zareagować konsternacją, zimnym spojrzeniem, złością, a nawet odwróceniem się do nas plecami. Klienci, którzy dorastali z unikowymi rodzicami, często opisują ziejącą w nich czarną dziurę słowem „unieważnienie”.
W rodzinie targanej lękami dziecko często przystosowuje się poprzez przyjęcie na siebie roli opiekuna. W rodzinie unikowej najbezpieczniejszą adaptacją jest spisywanie się na medal i nieokazywanie żadnej wrażliwości emocjonalnej12. Porzuciwszy jakąkolwiek nadzieję na miłość i bezpieczeństwo ze strony rodziców, dziecko zwraca się ku innym działaniom, którymi może zyskać ich aprobatę: stara się dostawać dobre stopnie i zachowywać idealnie. Potrzeby emocjonalne odkłada na bok. W efekcie jego młody mózg zostaje zaprogramowany tak, żeby nie pozostawać z nimi w kontakcie. Co gorsza, nasza kultura jest tak bardzo odurzona kultem sukcesu, że nagradza tę adaptację, a to prowadzi do współczesnej epidemii hiperniezależności i samotności.
Style przywiązania lękowy i unikowy przynajmniej w jakimś stopniu umożliwiają zachowanie częściowej więzi z rodzicami. Badacze zauważyli jednak, że niektóre dzieci po prostu się rozpadają, kiedy ktokolwiek oferuje im relację13 – wykonują gorączkowe ruchy albo ogarnia je bezwład. U nich rozwinął się zdezorganizowany styl przywiązania. Chwilami sama doświadczałam tych uczuć i z czasem zrozumiałam, że pojawiają się, kiedy nie mam się ku komu zwrócić, brak mi bezpiecznej przystani. Jeżeli zwracałam się ku rodzicom, byli pogrążeni we własnym bólu i nie reagowali. Jeśli się od nich odwracałam, popadałam w straszne osamotnienie i czułam się wewnętrznie zdruzgotana. Na szczęście były to jedynie odizolowane przypadki, które pozostawiły po sobie tylko ogniska dezorganizacji, natomiast moje codzienne życie było mieszaniną przywiązania lękowego i unikowego.
Dość powszechne stało się obecnie pytanie: „Jaki masz styl przywiązania?”. Jestem wdzięczna za to, że coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z mocy wczesnych więzi i tego, w jaki sposób kształtują one nasze obecne relacje. Jednak te pierwsze więzi to zaledwie początek doświadczeń, które tworzą nasze oczekiwania co do wyglądu relacji. Każda emocjonalnie znacząca więź pozostawia swój ślad. Zatem zamiast prosić cię o zidentyfikowanie swojego stylu przywiązania, przedstawię sposób, w jaki rozwijamy to, co można by nazwać kołem stylów przywiązania. Moje koło obejmuje doświadczenia bezpieczeństwa i lęku z matką, unikania i lęku z ojcem, bezpieczeństwa z babcią oraz chwile tak dojmującego porzucenia, że czasami stawałam się zdezorganizowana. W zależności od tego, z kim jestem albo co się dzieje dookoła mnie, mogę zastosować każdą z reakcji adaptacyjnych, które rozwinęłam w tym kalejdoskopie relacji.
Każda emocjonalnie znacząca więź pozostawia swój ślad.
Pracowałam z mnóstwem klientów, których rodzice wykazywali różne style przywiązania. Często jeden rodzic jest bardziej lękowy, a drugi ma tendencję do chowania się za gazetą albo zadaniami do wykonania, ale jednocześnie obydwoje zapewniają dzieciom również doświadczenia serdeczności i bezpieczeństwa. Dokładnie zgłębimy, jak to było w twoim przypadku, w rozdziale 5, chociaż już po lekturze tych kilku akapitów możesz mieć pewne pojęcie na ten temat. Jeżeli tak jest, pomocne może się okazać spisanie kilku myśli w dzienniku.
Na początku tej podróży pomocne będzie wyobrażenie sobie, jakie doświadczenia prowadzą do bezpiecznego stylu przywiązania, a jakie czynniki mogą prowadzić do braku poczucia bezpieczeństwa. Po kilkudziesięciu latach badania autonomicznego układu nerwowego (AUN) – tej części układu nerwowego, która reaguje automatycznie na okoliczności wewnętrzne i zewnętrzne – Stephen Porges opracował teorię poliwagalną do opisania jego adaptacji do zmieniających się warunków. Według tej teorii AUN nieustannie skanuje środowisko wewnętrzne i zewnętrzne, by szybko wyczuć bezpieczeństwo bądź zagrożenie, i inicjuje adaptacyjne zmiany w naszym stanie autonomicznym, a my nie zdajemy sobie z tego sprawy14. Porges pomaga nam zrozumieć, jaka podstawowa cecha umożliwia rodzicom pielęgnowanie poczucia bezpieczeństwa u swojego potomstwa i tym samym tworzy u niego bezpieczne fundamenty przywiązania. Tym kluczowym składnikiem jest obecność. Może się wydawać dziwne, że na pierwszym miejscu nie znajduje się miłość, ale rodzice mogą kochać nas bardzo mocno, a jednak nie potrafić być przy nas obecni ze względu na własne rany.
Przez obecność rozumiemy zdolność rodziców do dostrzegania nas i przyjmowania takich, jacy jesteśmy, w każdym momencie, z życzliwością, zaciekawieniem, delikatnością, a często i zachwytem. Bardziej interesuje ich odkrycie, kim jesteśmy, niż to, żebyśmy pasowali do jakiegoś ich wyobrażenia. To jest kluczowe. Kiedy nie udaje im się odpowiedzieć na nasze potrzeby, zazwyczaj zauważają to i pracują nad odnowieniem więzi, nawet jeżeli zajmuje im to jakiś czas.
Co się dzieje w rodzicu, kiedy potrafi zaoferować prawdziwą obecność? Stephen Porges ukuł nazwę dla tego stanu: rodzic ma neurocepcję bezpieczeństwa15. Neurocepcja to podświadomy proces umożliwiający naszemu ciału zauważenie, czy czujemy się bezpiecznie, czy nie. To proces automatyczny, zachodzący poza świadomością, w tych częściach mózgu, które wyewoluowały przed umysłem świadomym. Kiedy mówimy o odczuwanym doświadczeniu, chodzi nam o to, co pojawia się w naszym ciele – w brzuchu, mięśniach, piersi, a nawet w skórze. Ta wewnętrzna ocena, czy jesteśmy bezpieczni czy zagrożeni, zachodzi nieustannie i trwa nanosekundy. Jest znacznie szybsza od świadomej myśli. Ciało nieustannie szepcze do nas: „Jesteś bezpieczna” albo „Nie jesteś bezpieczna”. Jesteśmy stworzeniami społecznymi, które znajdują bezpieczeństwo w towarzystwie drugiej osoby, więc główne pytanie całego układu nerwowego brzmi: „Jesteś ze mną?”. Kiedy rodzic potrafi dać dziecku poczucie prawdziwego bezpieczeństwa, buduje podstawy jego przekonania, że nic mu nie grozi, które będzie mu towarzyszyć w całym jego dalszym życiu.
Neurocepcja składa się z trzech doznań, które nieustannie zachodzą w naszym wnętrzu16:
Jakie dawne doświadczenia są w nas w tej chwili aktywne? Coś, co odbieramy jako bezpieczne? Coś, co odbieramy jako niebezpieczne? Dawne przeżycia są przechowywane w głębokich zakamarkach pamięci i zapisywane jako doznania w ciele – w brzuchu, sercu, mięśniach i tak dalej. To, co się w nas przebudzi, wpłynie na nasze wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa lub jego braku w danej chwili, niezależnie od tego, jak dawno wydarzyła się dana sytuacja.
Kto/co znajduje się obecnie w naszym środowisku? Czy to doświadczenie wydaje się nam bezpieczne albo czy ten człowiek nam zagraża?
Kto mi towarzyszy? Czy przy moim boku znajduje się osoba warta zaufania? Albo czy mogę przywołać świadomość posiadania bezpiecznej osoby w swoim życiu, zinternalizowanej relacji, z której mogę w tej chwili zaczerpnąć, żeby poczuć się bezpiecznie?
W czasie niezbędnym do przeczytania tych trzech krótkich opisów w twoim organizmie nieustannie zachodziły zmiany neurocepcji, było ich wręcz tyle, że niemożliwe jest śledzenie ich wszystkich świadomie.
Niezależnie od tego, co teraz czujemy bądź robimy, neurocepcja nieustannie mówi nam prawdę o tym, jak bezpiecznie czujemy się w danej chwili połączeni, i dostosowuje odpowiednio nasze myśli, uczucia, zachowania i relacje. Na przykład kiedy budziłam się w środku nocy i zauważałam, że mojego partnera nie ma obok w łóżku, serce zaczynało mi bić jak szalone, a mięśnie spinały się w gotowości do zerwania się na równe nogi, jeszcze zanim zdążyłam się zastanowić, z czego może wynikać ta nieobecność. Oddychałam szybko, szczytami płuc, panicznie rozglądałam się po sypialni i w końcu wołałam partnera. Jego nieobecność budziła we mnie dawny lęk przed porzuceniem, co wyzwalało potężną neurocepcję zagrożenia, która natychmiast pojawiała się w mojej świadomości i wywoływała fizjologiczne objawy ogromnego lęku. Nagłe uświadomienie sobie dawnych przeżyć związanych z byciem osamotnioną w połączeniu z fizyczną nieobecnością partnera w danej chwili – co oznaczało, że nie było przy mnie nikogo, kto pomógłby mi poradzić sobie z przerażeniem – uruchamiało wszystkie alarmy w moim organizmie. Gdy tylko go wołałam, a on odpowiadał, że musiał pójść do łazienki, mój organizm natychmiast się uspokajał w neurocepcji bezpieczeństwa. Nie zostałam porzucona. Godna zaufania osoba znajdowała się w pobliżu.
W odpowiedzi na neurocepcję bezpieczeństwa AUN aktywuje to, co Porges nazywa układem zaangażowania społecznego, a co pozwala nam nawiązywać kontakt z otaczającymi nas ludźmi17. Wtedy często rozluźniają się nam mięśnie, zwłaszcza brzucha i w okolicach oczu, ton naszego głosu sygnalizuje bezpieczeństwo i łatwiej nam słuchać bez oceniania. To preferowany stan AUN, ponieważ cały nasz organizm chce się znajdować w serdecznej bliskości z innymi.
Jak to może wyglądać pomiędzy rodzicami a noworodkami? Niedawno urodziłam i siedzę z synkiem na rękach. Mam w sobie dawne doświadczenie spoczywającego na mnie czułego wzroku matki (bezpieczeństwo). Czuję się komfortowo w domu, mam wsparcie otaczających mnie ludzi (bezpieczeństwo). Moja przyjaciółka właśnie patrzy na naszą dwójkę z miłością (bezpieczeństwo). Synek może spojrzeć mi w oczy i znaleźć bezpieczną przystań, ponieważ jestem przy nim naprawdę obecna. W takiej chwili mózg noworodka jest przygotowywany do tego, by oczekiwać, że świat jest bezpiecznym miejscem, w którym dzieci się kocha i otacza opieką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Matthew D. Lieberman, Social: Why Our Brains Are Wired to Connect, Crown Publishers, Nowy Jork 2013, s. 3–6, 43–47. [wróć]
Iain McGilchrist, The Master and His Emissary: The Divided Brain and the Making of the Western World, Yale University Press, New Haven 2009, s. 154, 300. [wróć]
Stephen W. Porges, Teoria poliwagalna. Przewodnik, przeł. Aleksander Gomola, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2020. [wróć]
Patty Wipfler, „What Is a Listening Partnership?”, Hand in Hand Parenting, ostatnio zmieniany w sierpniu 2016, dostęp uzyskano 29 listopada 2024, https://www.handinhandparenting.org/2016/08/listen-launch-post-what-is-a-listening-partnership/. [wróć]
Daniel J. Siegel, Psychowzroczność, przeł. Piotr Budkiewicz, Mamania, Warszawa 2021. [wróć]
Allan N. Schore, Affect Regulation and the Origin of the Self: The Neurobiology of Emotional Development, wyd. 2, Routledge, Nowy Jork 2003, s. 37–40. [wróć]
Stephen W. Porges, Teoria poliwagalna. Przewodnik, dz. cyt. [wróć]
Saul Mcleod, „Bowlby’s Attachment Theory”, Simply Psychology, 5 lutego 2017, https://www.simplypsychology.org/bowlby.html. [wróć]
Jude Cassidy, Phillip R. Shaver, „Attachment Theory and Research: Overview with Suggested Applications to Child Development”, Oxford Research Encyclopedia of Psychology, opublikowano online 31 sierpnia 2021, dostęp 29 listopada 2024, https://oxfordre.com/psychology/view/10.1093/acrefore/9780190236557.001.0001/acrefore-9780190236557-e-51; Amir Levine, Rachel Heller, Partnerstwo bliskości, przeł. Grażyna Chamielec, Feeria, Łódź 2020. [wróć]
Jude Cassidy, Phillip R. Shaver, „Attachment Theory and Research”, dz. cyt. [wróć]
Tamże. [wróć]
Amir Levine, Rachel Heller, Partnerstwo bliskości, dz. cyt. [wróć]
Mary Main, Erik Hesse, „Parents’ Unresolved Traumatic Experiences Are Related to Infant Disorganized Attachment Status: Is Frightened and/or Frightening Parental Behavior the Linking Mechanism?”, w: Attachment in the Preschool Years: Theory, Research, and Intervention, red. M.T. Greenberg, D. Cicchetti, E.M. Cummings, University of Chicago Press, Chicago 1990, s. 161–182. [wróć]
Stephen W. Porges, Teoria poliwagalna. Przewodnik, dz. cyt. [wróć]
Stephen W. Porges, Neurofizjologiczne podstawy emocji i przywiązania w teorii poliwagalnej, przeł. Aleksander Gomola, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2021. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże. [wróć]
