Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 474 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 4 min Lektor: Krzysztof Gosztyła

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 4 min Lektor: Krzysztof Gosztyła

Opis ebooka Bezpieczna przystań - Nicholas Sparks

Znakomity romans obyczajowy niekwestionowanego mistrza opowieści o miłości, autora kilkunastu powieści, z których pokaźna część została przeniesiona na ekran.

Kiedy w niewielkim miasteczku Southport na południu USA pojawia się tajemnicza młoda kobieta, mieszkańcy zadają sobie pytanie, co skłoniło ją do rozpoczęcia życia w tym odizolowanym miejscu. Piękna, ale zamknięta w sobie Katie, pracuje w lokalnej restauracji i wyraźnie unika nawiązywania nowych znajomości. Udaje się jej zachować dystans do momentu, w którym poznaje Alexa, właściciela sklepu i owdowiałego ojca dwójki dzieci. Wbrew sobie, Katie coraz bardziej angażuje się w życie rodziny. Ale nawet najczystsze uczucie nie odmieni jej przeszłości. Kobieta miała dobry powód, by zmienić tożsamość i uciec z Bostonu. Pogrzebała całe swoje dawne życie, by uciec przez brutalem, który zamienił jej życie w piekło. Teraz musi zdecydować, czy żyć dalej samotnie pod fałszywym imieniem, czy podjąć ryzyko i walczyć o własne szczęście. To pierwsze pozwoli jej zapomnieć przeszłość i zapewni bezpieczeństwo. To drugie da jej nadzieję na zbudowanie przyszłości.

Opinie o ebooku Bezpieczna przystań - Nicholas Sparks

Fragment ebooka Bezpieczna przystań - Nicholas Sparks

O książce

Kiedy w nadmorskim miasteczku na południu USA pojawia się samotna tajemnicza młoda kobieta, niektórzy zadają sobie pytanie, co skłoniło ją do porzucenia miejskiego życia i przeprowadzki w miejsce, w którym nic ciekawego się nie dzieje. W Southport czas płynie leniwie i jego mieszkańcy nie mają przed sobą sekretów. Piękna, ale zamknięta w sobie Katie pracuje w lokalnej restauracji „U Ivana” i wyraźnie unika zawierania nowych znajomości. Do czasu. Kiedy poznaje Alexa, właściciela niewielkiego sklepiku, wdowca z dwójką dzieci, wbrew sobie zaczyna coraz bardziej angażować się w życie jego rodziny. Niespodziewanie pojawia się pomiędzy nimi uczucie. Katie zdaje sobie nagle sprawę, że musi zrobić następny krok, że przyszłości i szczęścia nie da się zbudować na kłamstwach i ukrywaniu prawdy o własnej przeszłości. W najczarniejszej godzinie jedynie miłość może dać jej bezpieczne schronienie…

NICHOLAS SPARKS

Współczesny amerykański pisarz, którego książki o łącznym nakładzie przekraczającym 85 milionów egzemplarzy ukazały się w ponad 50 językach. Serca czytelników podbił w 1997 swoim debiutem – powieścią Pamiętnik. Kolejne – m.in. Noce w Rodanthe, Anioł Stróż, Ślub, Prawdziwy cud, I wciąż ją kocham, Wybór, Ostatnia piosenka, Szczęściarz, Bezpieczna przystań orazDla ciebie wszystko – znajdowały się przez wiele miesięcy w czołówce światowych rankingów sprzedaży. Najnowsza powieść, Najdłuższa podróż, wkrótce po ukazaniu się trafiła na pierwsze miejsca list bestsellerów. Większość książek Sparksa została przeniesiona na duży ekran, a w filmowych adaptacjach wystąpiły takie gwiazdy amerykańskiego kina, jak Rachel McAdams i Ryan Gosling (Pamiętnik), Diane Lane i Richard Gere (Noce w Rodanthe) czy Robin Wright i Kevin Costner (List w butelce).

www.nicholassparks.com

Tego autora

PAMIĘTNIKŚLUBLIST W BUTELCEJESIENNA MIŁOŚĆNOCE W RODANTHENA RATUNEKNA ZAKRĘCIEANIOŁ STRÓŻTRZY TYGODNIE Z MOIM BRATEMPRAWDZIWY CUDOD PIERWSZEGO WEJRZENIASZCZĘŚCIARZWYBÓRI WCIĄŻ JĄ KOCHAMOSTATNIA PIOSENKABEZPIECZNA PRZYSTAŃDLA CIEBIE WSZYSTKONAJDŁUŻSZA PODRÓŻ

Tytuł oryginału:SAFE HAVEN

Copyright © Nicholas Sparks 2010All rights reserved

Published by arrangement with Alfred A. Knopf, Inc., New York, U.S.A.

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Ewa Wojtczak 2011

Motion picture artwork © Relativity Media 2012

Redakcja: Anna Kubalska

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-120-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

Pamięci kochanych Paula i Adrienne Cote.Moja cudowna rodzino — już za wami tęsknię.

PODZIĘKOWANIA

Ilekroć ukończę nową powieść, zaczynam myśleć o osobach, które pomagały mi w trakcie pisania. Jak zawsze na szczycie listy widnieje imię mojej żony, Cathy — nie tylko musi znosić humory twórcy, którym nierzadko ulegam, lecz także przeżyła bardzo trudny rok, gdyż straciła ostatnio oboje rodziców. Kocham cię i żałuję, że nie mogłem zrobić nic, co pomogłoby umniejszyć twoją stratę. Jestem z tobą całym sercem.

Chciałbym także podziękować moim dzieciom: Milesowi, Ryanowi, Landonowi, Lexie i Savannah. Miles wyjechał już do college’u, a najmłodsze bliźniaczki chodzą do trzeciej klasy; obserwacja ich dorastania jest dla mnie nieustannym źródłem radości.

Moja agentka, Theresa Park, zawsze zasługuje na moją wdzięczność za wszystko, co robi, pomagając mi w stworzeniu najlepszej na moją miarę powieści. Mam szczęście, że z tobą pracuję, Thereso!

Podobnie Jamie Raab, moja redaktorka. Nauczyłem się od ciebie mnóstwa rzeczy związanych z pisaniem i dziękuję ci za to, że jesteś.

Denise DiNovi, moja hollywoodzka przyjaciółka i producentka kilku moich filmów, zasługuje na wdzięczność za czułą przyjaźń, którą obdarza mnie przez te lata. Dziękuję ci za wszystko, co dla mnie zrobiłaś.

David Young, dyrektor generalny wydawnictwa Hachette Book Group, to niesamowity, inteligentny człowiek. Dzięki, że mnie tolerujesz, mimo iż ciągle spóźniam się z dostarczaniem rękopisów.

Howie Sanders i Keya Khayatian, moi agenci filmowi, pracują ze mną od lat i dużą część sukcesu zawdzięczam ich ciężkiej pracy.

Jennifer Romanello, moja rzeczniczka z Grand Central Publishing, pracowała ze mną przy każdej powieści i uważam się za szczęściarza, że tyle dla mnie robi.

Edna Farley, specjalistka od reklamy, to osoba fachowa, sumienna i cudownie skuteczna, gdy chodzi o pomoc w organizacji spotkań. Dzięki tobie przebiegają bez problemów.

Scott Schwimer, mój prawnik i specjalista od prawa autorskiego, jest nie tylko przyjacielem, lecz także wyjątkowym negocjatorem najdrobniejszych nawet kwestii z moich kontraktów. Jestem zaszczycony, że ze mną pracujesz.

Abby Koons i Emily Sweet, dwie panie z Park Literary Group, zasłużyły na dozgonną wdzięczność za wszelkie ustalenia z zagranicznymi wydawcami, pracę nad moją stroną internetową i umowy, które mi załatwiają. Jesteście najlepsze!

Marty Bowen i Wyck Godfrey, którzy jako producenci Wciąż ją kocham wykonali niezwykłą pracę, również zasłużyli na moje podziękowanie. Wysoce sobie cenię troskę okazaną temu projektowi.

Podobnie Adam Shankman i Jennifer Gibgot, producenci Ostatniej piosenki. Wspaniale pracowaliście i dziękuję za wszystko, co zrobiliście.

Courtenay Valenti, Ryan Kavanaugh, Tucker Tooley, Mark Johnson, Lynn Harris i Lorenzo di Bonaventura, którzy z wielką pasją pracowali przy filmach nakręconych na podstawie moich powieści. Chcę podziękować wam za wszystko, czego dokonaliście.

Dziękuję także Sharon Krassney, Flag i zespołowi adiustatorów i korektorów, którzy musieli siedzieć do późnych godzin wieczornych, aby przygotować tę powieść do druku.

Jeff Van Wie, współscenarzysta Ostatniej piosenki, zasługuje na wdzięczność za pasję i wysiłek włożony w stworzenie scenariusza, a także za przyjaźń, którą mnie obdarza.

1

Kiedy Katie sunęła wśród stołów, włosy zmierzwił jej podmuch wiejącego od Atlantyku wiatru. Ubrana w dżinsy i podkoszulek z napisem U IVANA: SPRÓBUJ NASZYCH RYB, SZCZEGÓLNIE HALIBUTA, niosła trzy talerze w lewej ręce i jeden w prawej. Postawiła je przed czterema mężczyznami w koszulkach polo; siedzący najbliżej osobnik przyciągnął jej uwagę i uśmiechnął się. Chociaż usiłował udawać zwykłego, miłego faceta, Katie wiedziała, że obserwował ją, gdy odchodziła. Melody wspomniała, że mężczyźni przyjechali z Wilmington w poszukiwaniu plenerów do filmu.

Katie wzięła dzbanek z mrożoną herbatą, napełniła im szklanki, po czym wróciła na stanowisko kelnerek. Wyjrzała przez okno. Był późny kwiecień, temperatura niemal wymarzona, błękitne niebo ciągnęło się aż po horyzont. Mimo bryzy na kanale za nią panowała cisza, a kolor wody zdawał się lustrzanym odbiciem nieba. Kilkanaście mew przysiadło na balustradzie, czekając, aż jakiś gość rzuci pod stolik przysmak, na który zapolują.

Właściciel lokalu, Ivan Smith, nienawidził mew. Nazywał je skrzydlatymi szczurami i dziś już dwukrotnie zjawiał się przy balustradzie, próbując wystraszyć ptaki szczotką do czyszczenia toalet o drewnianej rączce. Wówczas Melody pochyliła się do Katie i szepnęła, że bardziej niż o mewy martwi się o to, gdzie ta szczotka była wcześniej. Katie nie zareagowała.

Wyjęła z lodówki kolejny dzbanek z herbatą i wytarła stanowisko. Chwilę później poczuła, że ktoś klepie ją w ramię. Odwróciła się i zobaczyła córkę Ivana, Eileen, ładną dziewiętnastolatkę z kucykiem, która dorabiała sobie w restauracji jako hostessa.

— Katie… Możesz obsłużyć kolejnych klientów?

Odwróciła się i z uwagą obejrzała swój rewir, szukając wzrokiem nowych osób.

— Jasne. — Skinęła głową.

Eileen zeszła po schodach. Z pobliskich stolików Katie słyszała urywki rozmów — ludzie gawędzili o przyjaciołach, rodzinie, pogodzie lub łowieniu ryb. Przy stole w rogu dostrzegła dwie osoby zamykające menu. Pospiesznie podeszła i przyjęła zamówienie, po czym od razu odeszła, zamiast pozostać chwilę przy stoliku i pogawędzić z gośćmi, jak miała w zwyczaju Melody. Nie nazwałaby siebie mistrzynią prowadzenia rozmów towarzyskich, lecz była skuteczną i uprzejmą kelnerką, toteż klienci nigdy się na nią nie skarżyli.

Pracowała w tej restauracji od początku marca. Ivan zatrudnił ją w chłodne, słoneczne popołudnie, kiedy niebo miało odcień jaj drozda wędrownego. Usłyszawszy, że może zacząć pracę już w następny poniedziałek, musiała zapanować nad sobą ze wszystkich sił, gdyż nie chciała rozpłakać się na oczach właściciela lokalu. Odreagowała dopiero w domu. W owym czasie była bowiem naprawdę bez grosza i nie jadła już od dwóch dni.

Dolała gościom wody lub mrożonej herbaty i skierowała się do kuchni. Ricky, jeden z kucharzy, jak zwykle do niej mrugnął. Dwa dni temu chciał się z nią umówić, odparła jednak, że woli nie spotykać się z żadnym ze współpracowników. Podejrzewała, że mężczyzna spróbuje ponownie, ale miała nadzieję, że instynkt ją zawodzi.

— Pewnie dziś ruch nie zelżeje aż do zamknięcia — zauważył Ricky. Był tyczkowatym blondynem, może rok czy dwa lata młodszym od Katie, i nadal mieszkał z rodzicami. — Ilekroć sądzimy, że nadążamy, spada na nas kolejna porcja zamówień.

— Jest piękny dzień.

— Więc czemu ludzie przyszli tutaj? W taki ładny dzień powinni pójść na plażę albo łowić ryby. Dokładnie takie mam plany, gdy skończę pracę.

— Dobry pomysł.

— Mogę cię później odwieźć do domu?

Proponował jej podwiezienie co najmniej dwa razy na tydzień.

— Dziękuję ci, ale nie. Nie mieszkam aż tak daleko.

— Nic nie szkodzi — nalegał. — Chętnie cię odwiozę.

— Wolę się przejść.

Wręczyła mu karteczkę z zamówieniem, którą Ricky przypiął na kole, a potem wydał Katie jeden z zamówionych wcześniej posiłków. Zaniosła talerz odpowiedniemu gościowi i postawiła przed nim na stoliku.

Lokal U Ivana stanowił swego rodzaju miejscową instytucję — był restauracją, która działała nieprzerwanie od prawie trzydziestu lat. Katie zaczęła już rozpoznawać stałych klientów, toteż przechodząc wśród stolików, przesunęła wzrokiem po znajomych, szukając spojrzeniem obcych. Dostrzegała wiele par; jedne flirtowały, inne traktowały się obojętnie. Dużo rodzin. Nie zauważyła nikogo, kto by tu nie pasował, i nikt nigdy o nią nie pytał, a jednak bywały sytuacje, gdy ręce zaczynały jej się trząść. Ciągle też jeszcze sypiała przy włączonym świetle.

Jej krótkie włosy były teraz kasztanowe. Farbowała je nad kuchennym zlewem w małym domku, który wynajmowała. Nie malowała się i wiedziała, że policzki ma rumiane, może nawet za bardzo. Pamiętała, że powinna kupić krem z filtrem przeciwsłonecznym, lecz po uiszczeniu czynszu i innych opłat nie pozostawało jej dużo pieniędzy na luksusy. Nawet krem z filtrem przekraczał obecnie jej możliwości. W restauracji U Ivana miała dobrą pracę i cieszyła się z tego, lecz jedzenie było tam niedrogie, więc i napiwki — niewielkie. Ponieważ w ostatnich czterech miesiącach jadała głównie ryż, fasolkę, makaron czy owsiankę, schudła. Wyczuwała pod koszulką żebra, a jeszcze kilka tygodni temu miała ciemne kręgi pod oczami i myślała, że nigdy nie znikną.

— Tamci faceci chyba ci się przyglądają — powiedziała Melody, kiwając głową w stronę stolika, który zajmowali czterej przedstawiciele studia filmowego. — Szczególnie ten brunet. Przystojniak.

— Och — mruknęła Katie.

Zaparzyła dzbanek kawy. Melody cechował przykry zwyczaj przekazywania dalej wszystkich otrzymanych informacji, toteż zwykle mówiła jej bardzo niewiele.

— No co? Uważasz, że nie jest przystojny?

— Naprawdę nie zauważyłam.

— Jak możesz nie wiedzieć, czy facet ci się podoba?

Melody wpatrywała się w nią z niedowierzaniem.

— Nie wiem — odparła Katie.

Podobnie jak Ricky, Melody była parę lat młodsza od Katie, na oko liczyła sobie jakieś dwadzieścia pięć. Kasztanowe włosy i zielone oczy kokietki. Spotykała się z niejakim Steve’em, który rozwoził towary ze znajdującego się po drugiej stronie miasta marketu budowlanego. Jak wszyscy inni pracownicy restauracji, Melody dorastała w Southport, nazywając miasteczko rajem dla dzieci, rodzin i ludzi starszych, a równocześnie najposępniejszym na ziemi miejscem dla samotnych. Co najmniej raz na tydzień opowiadała Katie o planowanej przeprowadzce do Wilmington, gdzie mieściły się bary, kluby i było znacznie więcej sklepów. Najwyraźniej wiedziała wszystko o wszystkich. Katie czasem myślała, że w rzeczywistości Melody jest z zawodu plotkarą.

— Słyszałam — zmieniła temat — że Ricky chciał się z tobą umówić, ale go przegoniłaś.

— Nie lubię się spotykać z facetami z pracy.

Udawała, że jest zajęta układaniem srebrnych tac.

— Mogłybyśmy umówić się na podwójną randkę — nalegała Melody. — Ricky i Steve łowią razem ryby.

Katie zastanowiła się, czy to Ricky podsunął dziewczynie ten pomysł, czy też sama na niego wpadła. Może jedno i drugie. Wieczorami, po zamknięciu restauracji, większość członków personelu zostawała jeszcze na kilka piw. Wszyscy oprócz Katie pracowali w lokalu U Ivana od lat.

— Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł — sprzeciwiła się Katie.

— Dlaczego?

— Miałam raz kiepskie doświadczenia — tłumaczyła się. — To znaczy, kiedy spotykałam się z pewnym facetem z pracy… Od tamtej pory wyznaję zasadę, żeby nie powtarzać tego błędu.

Melody przewróciła oczami, po czym pospieszyła do jednego ze swoich stolików. Katie zaniosła dwa rachunki i zabrała puste talerze. Jak zawsze starała się być ciągle w ruchu, ciągle skutecznie pracować i nie rzucać się w oczy. Głowę trzymała spuszczoną i stale sprawdzała, czy stanowisko kelnerskie jest nieskazitelnie czyste. W ten sposób dzień mijał szybciej. Nie zamierzała flirtować z filmowcem, toteż wychodząc, nawet się nie obejrzał.

Pracowała na różne zmiany — czasem w porze lunchu, czasem wieczorami. Kiedy zapadał zmierzch, uwielbiała obserwować, jak barwa nieba na zachodnim horyzoncie zmienia się z błękitnej, przez szarą, w pomarańczowożółtą. O zachodzie słońca woda skrzyła się, a burty żaglówek przechylały w wiejącej bryzie. Igiełki na sosnach błyszczały. Gdy tylko słońce zachodziło za horyzont, Ivan włączał grzejniki na propan, których zwoje zaczynały się jarzyć niczym halloweenowe latarnie z wydrążonych dyń. Katie nieco zbyt mocno opaliła się dziś na twarzy, toteż pod wpływem bijącego od grzejnika gorąca czuła bolesne ukłucia na skórze.

Wieczorami Melody i Ricky’ego zastępowali Abby i Duży Dave. Abby była stale chichoczącą licealistką, a Duży Dave gotował w lokalu U Ivana obiady niemal od dwudziestu lat. Był żonaty, miał dwoje dzieci, a na prawym przedramieniu zrobił sobie tatuaż przedstawiający skorpiona. Ważył dobrze ponad sto trzydzieści kilo, a w kuchni twarz wiecznie mu błyszczała. Dla wszystkich osób wymyślał przezwiska, ją nazywał Katie Kat.

Ruch w porze kolacyjnej trwał aż do dwudziestej pierwszej. Kiedy malał, Katie sprzątała i zamykała stanowisko kelnerskie. Wraz z pomocnikami zanosiła talerze do zmywarki, podczas gdy ostatnie stoliki w jej rewirze pustoszały. Dzisiaj przy jednym z nich siedziała młoda para, a ponieważ mężczyzna i kobieta trzymali się za ręce nad stolikiem, Katie zauważyła obrączki na ich palcach. Oboje byli atrakcyjni i szczęśliwi, toteż przez moment doświadczyła déjà vu. Była kiedyś taka jak oni — kiedyś, dawno temu i zaledwie przez chwilę. Tak w każdym razie myślała obecnie, gdyż szybko odkryła, że chwilowe szczęście jest jedynie ułudą. Odwróciła się teraz od niczego nieświadomych małżonków, żałując, że nie potrafi na zawsze wymazać złych wspomnień. Nigdy więcej nie chciałaby się czuć tak źle jak w tej chwili.

2

Następnego ranka wyszła na werandę z filiżanką kawy. Deski pod jej gołymi stopami zaskrzypiały. Oparła się o balustradę. W miejscu, gdzie niegdyś znajdowała się rabata, wśród traw rosły lilie, toteż podnosząc filiżankę i wypijając łyk, Katie równocześnie delektowała się aromatem kwiatów.

Dobrze jej się tutaj mieszkało. Southport było zupełnie inne niż Boston, Filadelfia czy Atlantic City — miasta wypełnione odgłosami ruchu ulicznego, zapachami i ludźmi, którzy pospiesznie przemierzali chodniki. W dodatku po raz pierwszy w życiu Katie miała dom, który mogła nazwać własnym. Nie był zbyt duży, ale mieszkała w nim sama, stał z dala od głównej drogi i to jej wystarczało. Stanowił jeden z dwóch identycznych budyneczków, które niegdyś były chatkami myśliwskimi o drewnianych ścianach. Postawiono je na końcu żwirowej dróżki, wtulonej w dębowo-sosnowy zagajnik rosnący na skraju lasu, który ciągnął się aż do wybrzeża. Salon i kuchnia domu były małe, a w sypialni brakowało szafy, lecz pomieszczenia były umeblowane, łącznie z fotelami bujanymi na frontowej werandzie, czynsz zaś naprawdę niski. Budynek był w dobrym stanie, choć zakurzony, ponieważ przez lata stał pusty, toteż właściciel zaproponował, żeby Katie trochę ogarnęła i odnowiła pokoje, deklarując się równocześnie, że sam dostarczy materiały. Z tego też względu odkąd się wprowadziła, poświęciła sporo wolnego czasu na sprzątanie i remont, klęcząc lub wspinając się na krzesła. Wyszorowała łazienkę, aż lśniła, umyła sufit wilgotną szmatką, przetarła okna ściereczką nasączoną octem i spędziła wiele godzin na czworakach, ze wszystkich sił starając się usunąć rdzę i brud z linoleum w kuchni. Wypełniła otwory w ścianach gipsem, a następnie tarła powierzchnię papierem ściernym tak długo, aż ją idealnie wygładziła. Pomalowała ściany w kuchni na wesoły żółty odcień, szafki natomiast ożywiła błyszczącą białą farbą. Sypialnia była teraz jasnoniebieska, salon zaś — beżowy, a w ubiegłym tygodniu kupiła nową narzutę na kanapę, toteż mebel wyglądał niemal jak nowy.

Po wykonaniu dużej partii pracy lubiła popołudniami usiąść na frontowej werandzie i poczytać jedną z książek, które wypożyczyła z biblioteki. Poza kawą czytanie było jej jedyną przyjemnością. Nie posiadała telewizora, radia, telefonu komórkowego, kuchenki mikrofalowej ani nawet samochodu, a wszystkie swoje rzeczy mogła spakować w jedną torbę. Miała dwadzieścia siedem lat, włosy, niegdyś blond, farbowane i obcięte i była bez choćby jednego prawdziwego przyjaciela. Gdy przeprowadzała się tutaj, nie posiadała prawie nic, a i teraz, kilka miesięcy później, wciąż miała niewiele. Oszczędzała połowę napiwków i co noc wkładała pieniądze do puszki po kawie, którą ukryła w niskim korytarzyku pod werandą. Trzymała te pieniądze na czarną godzinę i wolałaby chodzić głodna, niż je tknąć. Czuła się lepiej już dzięki samej świadomości, że istnieją, ponieważ nigdy nie zapomniała, co jej się przydarzyło, i wiedziała, że zło w każdej chwili może powrócić. Ktoś jej szukał i gniew tej osoby z każdym dniem rósł.

— Dzień dobry! — zawołał jakiś głos, wyrywając ją z zadumy. — Pewnie jesteś Katie.

Odwróciła się. Na zapadającej się werandzie sąsiedniego domu dostrzegła kobietę o długich, niesfornych brązowych włosach. Machała do niej. Wyglądała na jakieś trzydzieści pięć lat i nosiła dżinsy oraz zapinaną koszulę, której rękawy zawinęła do łokci. W jej lokach połyskiwały okulary przeciwsłoneczne. Trzymała mały dywanik i wyraźnie zastanawiała się, czy go wytrzepać, aż w końcu zrezygnowała, odrzuciła go na bok i ruszyła ku Katie. Przemieszczała się energicznie i z lekkością osoby, która regularnie się gimnastykuje.

— Irv Benson powiedział mi, że będę miała sąsiadkę.

Właściciel, pomyślała Katie.

— Nie zdawałam sobie sprawy, że obok mnie ktoś się wprowadził.

— Och, on również był zaskoczony. Na wieść, że chcę tu zamieszkać, o mało nie spadł z krzesła. — Kobieta dotarła do werandy Katie i wyciągnęła rękę. — Przyjaciele nazywają mnie Jo — dodała.

— Witaj — odparła Katie, ściskając jej dłoń.

— Co za pogoda, prawda? Jest cudownie, no nie?

— Piękny poranek — zgodziła się z nią Katie, przestępując z nogi na nogę. — Kiedy się wprowadziłaś?

— Wczoraj po południu. A wówczas, żeby nie było zbyt fajnie, przez większą część nocy kichałam. Miałam wrażenie, że Benson zebrał cały kurz, jaki zauważył, po czym zmagazynował go w moim domu. Nie uwierzyłabyś, jak tam jest.

Katie kiwnęła głową ku drzwiom.

— U mnie było tak samo.

— Trudno uwierzyć. Wybacz, ale nie mogłam się powstrzymać i zajrzałam z kuchni w twoje okna. U ciebie jest jasno i wesoło. A ja najwyraźniej wynajęłam zakurzony, wypełniony pająkami loch.

— Pan Benson pozwolił mi przemalować.

— Wyobrażam sobie. Benson na pewno i mnie pozwoli, jeśli tylko nie będzie musiał ruszyć palcem. Odwalę za niego całą robotę, a on dostanie ładny, czysty domek. — Posłała sąsiadce cierpki uśmieszek. — Jak długo tu mieszkasz?

Katie skrzyżowała ramiona na piersi, czując, że poranne słońce zaczyna ogrzewać jej twarz.

— Prawie dwa miesiące.

— Nie jestem pewna, czy wytrzymam tutaj tak długo. Jeśli stale będę kichać tak jak ubiegłej nocy, prawdopodobnie szybko odpadnie mi głowa. — Sięgnęła po okulary i zaczęła wycierać szkła dołem koszuli. — Jak ci się podoba Southport? Inny świat, nie sądzisz?

— Co masz na myśli?

— Sądząc po akcencie, nie pochodzisz stąd. Raczej z Północy? — Katie po chwili kiwnęła głową. — Tak właśnie pomyślałam — kontynuowała Jo. — A tutaj… Trzeba czasu, aby się przyzwyczaić. Wiesz, zawsze kochałam Southport, ale ja mam słabość do małych miasteczek.

— Pochodzisz stąd?

— Dorastałam tu, potem wyjechałam, ale w końcu wróciłam. Stara historia, prawda? Zresztą nigdzie indziej nie znajdziesz równie zakurzonych domów.

Katie uśmiechnęła się i przez moment obie milczały. Jo stała bez ruchu, prawdopodobnie czekając na jakiś gest towarzyszki. A Katie wypiła łyk kawy, spojrzała na drzewa i w tym momencie przypomniała sobie o manierach.

— Napijesz się kawy? Właśnie zaparzyłam.

Jo podniosła okulary przeciwsłoneczne i ponownie wsunęła sobie we włosy.

— Miałam nadzieję, że mnie zaprosisz. Z wielką chęcią napiję się kawy. Moja kuchnia jest jeszcze praktycznie w pudłach, a samochód oddałam do warsztatu. Masz pojęcie, jak to jest zacząć dzień bez kofeiny?

— O tak.

— No cóż, musisz wiedzieć, że jestem naprawdę uzależniona od kawy. Szczególnie potrzebuję jej, gdy czeka mnie rozpakowywanie. Wspomniałam ci, że nie cierpię tego robić?

— Chyba nie.

— To jedna z czynności, których najbardziej nie lubię. Męczy mnie ciągłe decydowanie, gdzie włożyć kolejną rzecz, którą wyjmuję, i stałe potykanie się o rupiecie. Ale nie martw się… Nie należę do osób, które wiecznie proszą o pomoc. Jednak kawa…

— Wejdź, proszę. — Katie zaprosiła ją gestem do środka. — Tylko pamiętaj, że większość mebli już tutaj była. — Katie weszła do kuchni, wyjęła z szafki filiżankę i nalała do niej kawy aż po brzeg, po czym wręczyła ją Jo. — Wybacz, nie mam ani śmietanki, ani cukru.

— Wystarczy czarna i gorzka — zapewniła ją Jo, odbierając filiżankę. Zanim wypiła łyk, podmuchała płyn. — No dobrze, teraz będę poważna — powiedziała po chwili. — Odtąd jesteś najlepszą przyjaciółką, jaką mam. Kawa jest świetna.

— Dzięki — odparła Katie.

— Więc… Benson mówił, że pracujesz U Ivana…

— Jestem kelnerką.

— Czy Duży Dave nadal tam gotuje? — Gdy Katie skinęła głową, Jo kontynuowała: — Zaczął pracować w lokalu, jeszcze zanim poszłam do liceum. Wciąż wymyśla dla wszystkich przezwiska?

— Tak — przyznała.

— A Melody? Ciągle opowiada, jacy przystojni są niektórzy klienci?

— Na każdej zmianie.

— A Ricky? Nadal podrywa nowe kelnerki? — Kiedy Katie ponownie pokiwała głową, Jo się roześmiała. — Ten lokal nigdy się nie zmieni.

— Pracowałaś tam?

— Nie, ale Southport to małe miasto, a restauracja U Ivana jest tutaj powszechnie znana. Poza tym jeśli dłużej pomieszkasz w miasteczku, zrozumiesz, że w Southport nie istnieją sekrety. Wszyscy znają sprawy wszystkich, a niektóre osoby, jak, powiedzmy… Melody… podnoszą plotkę do rangi sztuki. Kiedyś doprowadzało mnie to do szaleństwa. Tyle że połowa mieszkańców Southport jest taka sama. Nie ma tutaj zbyt dużo do roboty poza plotkowaniem.

— A jednak wróciłaś.

Jo wzruszyła ramionami.

— Tak, no cóż. Co mogę powiedzieć? Może lubię się wściekać. — Wypiła kolejny łyk kawy i wskazała na okno. — Wiesz, gdy mieszkałam w Southport, nawet nie zdawałam sobie sprawy z istnienia tych dwóch domów.

— Właściciel powiedział mi, że nocowali tu myśliwi. Zanim zaczął te domy wynajmować, należały praktycznie do lasu.

Jo potrząsnęła głową.

— Nie mogę uwierzyć, że tu zamieszkałaś.

— Ty przecież też — wytknęła jej Katie.

— Tak, ale rozważyłam ten pomysł tylko ze względu na ciebie, ponieważ wiedziałam, że nie będę jedyną kobietą mieszkającą na końcu żwirowej drogi pośrodku pustki. Jesteś tu dość odizolowana.

Oto, dlaczego tak bardzo się ucieszyłam, że mogę coś takiego wynająć, pomyślała Katie.

— Nie jest tak źle — powiedziała na głos. — Do tej pory już się przyzwyczaiłam.

— Mam nadzieję, że i ja się przyzwyczaję — odparła Jo. Dmuchała na kawę, usiłując ją schłodzić. — Ale powiedz… Dlaczego właściwie przyjechałaś do Southport? Jestem pewna, że nie przywiodła cię do nas emocjonująca perspektywa kariery w restauracji U Ivana. Masz jakąś rodzinę w miasteczku? Rodziców? Braci? Siostry?

— Nie — odparła Katie. — Jestem sama.

— Przyjechałaś tutaj z powodu jakiegoś faceta?

— Nie.

— Po prostu… przeprowadziłaś się tu, i już?

— Tak.

— Do diabła, dlaczego właśnie tutaj?!

Katie nie odpowiedziała. Te same pytania zadawali jej wcześniej Ivan, Melody i Ricky. Wiedziała, że pytają bez ukrytych motywów, że przemawia przez nich tylko naturalna ciekawość, a mimo to nigdy nie była całkiem pewna, co powiedzieć i jaki inny powód poza prawdziwym mogłaby podać.

— Po prostu potrzebowałam miejsca, w którym mogłabym zacząć wszystko od nowa.

Jo wypiła kolejny łyk kawy, na pozór rozważając odpowiedź sąsiadki, lecz — co zaskoczyło Katie — nie zadała żadnych dalszych pytań; skinęła jedynie głową.

— To ma sens — oznajmiła. — Czasami człowiek musi zacząć wszystko od początku. Osobiście uważam, że to godne podziwu. Wielu osobom brakuje odwagi, która jest do tego potrzebna.

— Tak sądzisz?

— Wiem o tym — zapewniła. — Więc jakie masz plany na dziś? Podczas gdy ja będę jęczeć, rozpakowując kartony i sprzątając, aż obetrę sobie dłonie do żywego mięsa.

— Później pracuję. Ale poza tym niewiele. Muszę podskoczyć do sklepu i kupić parę rzeczy.

— Wybierasz się do Fisher’s czy pojedziesz do miasta?

— Tylko do Fisher’s — odparła Katie.

— Spotkałaś właściciela? Siwego faceta?

Katie kiwnęła głową.

— Raz czy dwa razy.

Jo skończyła pić kawę i wstawiła filiżankę do zlewu, po czym westchnęła.

— No dobra — bąknęła bez entuzjazmu. — Dość odsuwania tego, co nieuniknione. Jeśli nie zacznę teraz, nigdy nie skończę. Życz mi powodzenia.

— Powodzenia.

Jo pomachała lekko.

— Miło było cię poznać, Katie.

*

Z okna w kuchni Katie widziała, jak Jo trzepie dywanik, który wcześniej odłożyła. Wyglądała na osobę całkiem przyjazną, ale Katie nie była pewna, czy jest już gotowa na tak bliskie sąsiedztwo innej osoby. Chociaż może byłoby przyjemnie móc co jakiś czas odwiedzić sąsiadkę, przyzwyczaiła się do samotności.

Z drugiej strony wiedziała, że wybierając na miejsce zamieszkania małe miasto, nie może liczyć na to, iż dobrowolne odosobnienie będzie trwać wiecznie. Pracowała przecież, robiła zakupy i chodziła po ulicach, a niektórzy z klientów w restauracji już ją rozpoznawali. Musiała zresztą przyznać, że pogawędka z Jo sprawiła jej prawdziwą przyjemność. Z jakiegoś powodu czuła, że sąsiadka jest kimś więcej, niż można by pomyśleć w pierwszej chwili. Wydawała jej się… godna zaufania, choć nie potrafiłaby wyjaśnić, skąd wzięło się w niej to wrażenie. Jo również była samotną kobietą, co stanowiło niewątpliwy plus. Katie wolała nie myśleć, jak by zareagowała, gdyby do sąsiedniego domu wprowadził się mężczyzna, i zadała sobie pytanie, dlaczego nigdy nawet nie brała pod uwagę takiej ewentualności.

Umyła w zlewie obie filiżanki po kawie, potem wstawiła je do szafki kuchennej. Czynność ta była tak naturalna, że na chwilę jej myśli całkowicie wypełniły wspomnienia życia, które zostawiła za sobą. Ręce zaczęły jej się trząść, więc zacisnęła dłonie w pięści, po czym wzięła kilka głębokich wdechów i wreszcie przestała drżeć. Przed dwoma miesiącami nie zdołałaby tego dokonać; nawet jeszcze dwa tygodnie temu nie umiała nad sobą zapanować. Chociaż ucieszyła się, że potrafi już oddalić ataki lęku, z drugiej strony jednak fakt ten oznaczał, że zaczęła czuć się bezpiecznie w miasteczku, i ta myśl ją przestraszyła. Ponieważ człowiek, który ma poczucie bezpieczeństwa, traci czujność, a Katie nigdy nie mogła sobie na coś takiego pozwolić.

Tak czy inaczej cieszyła się, że trafiła właśnie do Southport. Była to mała, stara, zamieszkana przez kilka tysięcy osób miejscowość zlokalizowana przy ujściu rzeki Cape Fear do kanału zwanego Wewnętrzną Przybrzeżną Drogą Wodną. W miasteczku były chodniki, duże, rzucające cień drzewa i kwiaty, które bez trudu przyjmowały się w piaszczystej glebie. Z gałęzi drzew zwisały oplątwy brodaczkowate nazywane potocznie brodami starca, a pomarszczone pnie porastało kudzu. Katie z przyjemnością przyglądała się dzieciom, które jeździły na rowerach i grały na ulicach w piłkę, zachwycała się też licznymi kościołami pobudowanymi niemal na każdym rogu. Wieczorami odzywały się świerszcze i żaby, a wtedy znajdowała potwierdzenie, że wybrała właściwe miejsce. Naprawdę czuła się tu bezpieczna, jak gdyby Southport samo ją przywołało, obiecując schronienie.

Włożyła jedyną posiadaną parę butów — rozpadające się converse’y.

Komoda w dużym stopniu pozostała pusta, w kuchni zaś niemal nie było jedzenia, a jednak gdy Katie wyszła z domu i w blasku słońca skierowała się do sklepu, pomyślała, że to jest jej dom.

Głęboko do płuc zaczerpnęła haust powietrza pachnącego hiacyntami i świeżo skoszoną trawą.

Wiedziała, że tak szczęśliwa nie była od lat.

3

Jego włosy posiwiały, kiedy miał niewiele ponad dwadzieścia lat, co stało się powodem dobrodusznych żartów ze strony przyjaciół. W dodatku zmiana nie dokonała się ani powoli, ani stopniowo — kilka srebrzystych włosów tu czy tam — lecz niemal nagle. Można by rzec, że w styczniu jednego roku Alex Wheatley miał czuprynę czarnych włosów, a dokładnie rok później na jego głowie nie został niemal żaden ciemny włos. Co ciekawe, jego dwóm starszym braciom ten los został oszczędzony i dopiero w ostatnich paru latach w ich bokobrodach pojawiły się srebrzyste pasma. Ani matka Alexa, ani ojciec nie potrafili wytłumaczyć przyczyny jego przedwczesnej siwizny; z tego, co wiedzieli, w obu rodzinach nie było przykładu podobnego wybryku natury.

O dziwo, Alex nigdy nie przejmował się tym stanem rzeczy. Czasami podejrzewał, że w wojsku siwe włosy wręcz pomogły mu w awansie. Pracował w Dowództwie Dochodzeń Kryminalnych Sił Lądowych, stacjonował w Niemczech oraz w Gruzji i spędził dziesięć lat w wydziale kryminalnym, gdzie prowadził śledztwa w sprawie popełnianych przez żołnierzy przestępstw, poczynając od samowolnego oddalenia od jednostki, przez kradzieże z włamaniem, przemoc w rodzinie, po gwałty, a nawet morderstwa. Awansował regularnie, aż w końcu odszedł na emeryturę jako trzydziestodwuletni major.

Po zakończeniu kariery wojskowej przeprowadził się do Southport, rodzinnego miasta żony. Byli świeżo po ślubie i spodziewali się pierwszego dziecka, toteż początkowo zamierzał ubiegać się o pracę jako stróż prawa, wówczas jednak teść postanowił odsprzedać mu rodzinny interes.

Chodziło o staroświecki wiejski sklepik, który mieścił się w budynku o białych drewnianych ścianach, miał niebieskie okiennice, werandę o spadzistym dachu i ławeczkę przed wejściem, obok drzwi. Tego typu sklepy prosperowały dawno temu i obecnie nie zostało ich wiele. Nad sklepikiem znajdowało się mieszkanie. Jedną ścianę budynku zacieniała potężna magnolia, a przed wejściem z kolei rósł dąb. Jedynie połowę parkingu pokrywał asfalt, druga natomiast była żwirowa, lecz parking i tak rzadko pozostawał pusty. Teść Alexa otworzył ten sklepik jeszcze przed narodzinami córki Carly, w czasach, kiedy wokół mieściły się głównie farmy, wiedział jednak doskonale, czego mogą potrzebować farmerzy, a ponieważ pragnął zaoferować wszystko, co przyjdzie im do głowy kupić, w sklepie produktów było mnóstwo i panował tu prawdziwy chaos. Alex myślał podobnie jak teść i prowadził sklep w sposób niemal identyczny. Na ciągnących się w pięciu czy sześciu rzędach półkach leżały zatem artykuły spożywcze i przybory toaletowe, a lodówki o szklanych frontach przepełnione były najrozmaitszymi napojami bezalkoholowymi, wodą oraz piwem i winem, poza tym — jak w każdym innym sklepie ogólnospożywczym — mieściło się tu kilka stojaków z chipsami, słodyczami i wszelkimi gatunkami śmieciowego jedzenia, które ludzie kupują w ostatniej chwili, przed kasami. Na tym jednak podobieństwo się kończyło. W sklepie można było bowiem również znaleźć bogate wyposażenie dla wędkarzy, łącznie ze świeżą przynętą, a także grill obsługiwany przez Rogera Thompsona, niegdyś maklera z Wall Street, który przeniósł się do Southport w poszukiwaniu prostszego życia. Roger przygotowywał na grillu hamburgery, kanapki i hot dogi, które klienci spożywali przy stolikach. W sklepie Alexa można było również wypożyczyć filmy na DVD, kupić różne rodzaje amunicji, kurtki przeciwdeszczowe i parasole oraz kilkanaście powieści — bestsellery lub klasykę. Poza tym były tu świece zapłonowe do aut, paski klinowe do wentylatorów i kanistry na benzynę, a Alex dorabiał klucze, gdyż dysponował stojącym na zapleczu odpowiednim urządzeniem. Miał trzy dystrybutory paliwa oraz czwarty na nabrzeżu — dla łodzi, które poza przystanią mogły zatankować jedynie tutaj. Rzędy słoików z ogórkami konserwowymi, paczuszki prażonych orzeszków ziemnych i koszyki ze świeżymi warzywami czekały blisko lady.

Co zaskakujące, Alex bez trudu uzupełniał zapasy. Niektóre produkty schodziły regularnie, inne nie. Podobnie jak teść miał całkiem niezłe wyczucie, czego potrzebuje osoba wchodząca do sklepu. Zawsze zauważał i zapamiętywał szczegóły, których inni ludzie nie dostrzegali — cecha ta niezmiernie mu pomagała w trakcie lat pracy w dochodzeniówce. Ostatnio bez ustanku ulepszał stan magazynu, próbując nadążyć za zmiennymi gustami klientów.

Nigdy nie wyobrażał sobie, że będzie prowadził sklep, lecz była to dobra decyzja, choćby dlatego, że miał oko na dzieci. Josh chodził już do szkoły, ale Kristen zacznie naukę dopiero jesienią, toteż dziewczynka spędzała całe dnie wraz z ojcem w sklepie. Bawiła się za ladą, gdzie — bystra i gadatliwa — wydawała się najszczęśliwsza. Chociaż miała zaledwie pięć lat, umiała już obsłużyć kasę i wydać resztę, tyle że chcąc dosięgnąć przycisków, musiała wspinać się na dziecięcy podest. Alexa nieodmiennie bawiły miny nieznajomych klientów, gdy Kristen zaczynała podliczać ceny ich zakupów.

A jednak nie było to idealne dzieciństwo dla osóbki w jej wieku, nawet jeśli córeczka nie znała innego. Ilekroć uczciwie zastanawiał się nad własnym życiem, musiał szczerze przyznać, że zajmowanie się sklepem i opieka nad dziećmi pochłaniały całą jego energię. Czasami czuł, że nie starczy mu sił na wszystko — przygotowanie lunchu Joshowi i odwiezienie chłopca do szkoły, zamawianie towarów, spotkania ze sprzedawcami, obsługę klientów… A równocześnie musiał się starać, aby Kristen nigdy się nie nudziła. Tak wyglądał dzień, a wieczory Alex spędzał — jak czasami sądził — jeszcze bardziej pracowicie. Bardzo pragnął jak najdłużej przebywać z dziećmi i oddawać się wraz z nimi ich ulubionym zajęciom, organizował więc wyprawy rowerowe, puszczał latawce lub łowił ryby z Joshem. Tyle że Kristen lubiła bawić się lalkami, wycinać albo rysować, a Alex nigdy nie był dobry w zajęciach przedszkolnych. Jeśli dodać do tego przygotowanie kolacji i sprzątanie domu, pod wieczór ledwie trzymał się na nogach. Na dodatek nawet gdy dzieci w końcu leżały w łóżkach, nie mógł odpocząć, ponieważ zawsze pozostawało jeszcze coś do zrobienia. Alex nie był właściwie pewny, czy w ogóle potrafi się odprężyć.

Dzieci spały, a on spędzał wieczory samotnie. Chociaż znał prawie wszystkich mieszkańców miasta, miał niewielu prawdziwych przyjaciół. Pary, do których wraz z Carly chodzili czasem na grilla lub kolację, powoli, lecz niewątpliwie oddalały się od niego. Częściowo z jego winy, gdyż praca w sklepie i wychowanie dzieci zabierały mu mnóstwo czasu, nierzadko jednak miał wrażenie, że znajomi czują się przy nim nieswojo, jak gdyby swoją obecnością przypominał im, że los jest nieprzewidywalny i straszny i że wszystko, co dobre, może w jednej chwili runąć niczym domek z kart.

Jego życie było męczące i nierzadko samotnicze, nie przestawał się jednak koncentrować na Joshu i Kristen. Chociaż rzadziej niż kiedyś, to jednak zarówno syn, jak i córka miewali jeszcze od czasu do czasu nocne koszmary związane ze śmiercią matki. Kiedy dzieci budziły się w środku nocy, szlochając żałośnie, Alex trzymał je w ramionach i szeptał, że wszystko będzie dobrze, aż wreszcie ponownie zapadały w sen. Od razu po pogrzebie spotkali się z psycholożką. Dzieci kreśliły wówczas rysunki i opowiadały o swoich uczuciach. Te spotkania nie pomogły w takim stopniu, jakiego Alex oczekiwał. Koszmary śniły się obojgu prawie przez rok. Gdy rysował coś wraz z Kristen albo łowił z Joshem, nagle któreś z dzieci cichło i wiedział, że tęsknią za mamą. Kiedy Kristen czasami mówiła dziecinnym, drżącym głosikiem, a łzy spływały jej po policzkach, niemal słyszał, jak pęka mu serce, wiedział bowiem, że nic, co zrobi dla córki lub jej powie, nie pomoże. Psycholożka zapewniała go, że dzieci są odporne i jeśli czują się kochane, przestaną śnić koszmary, a i płakać będą znacznie rzadziej. Czas pokazał, że kobieta miała rację, teraz jednak Alex musiał stawić czoło kolejnej stracie. Na myśl o niej ogarniała go rozpacz. Wiedział, że dzieciom z każdym miesiącem jest łatwiej, ponieważ związane z matką wspomnienia powoli, lecz nieuchronnie bledną. Były bardzo małe, gdy umarła — czterolatek i trzylatka — co oznaczało, że nadejdzie taki dzień, w którym matka stanie się dla nich bardziej pojęciem niż osobą. To było oczywiście nieuniknione, lecz nie czuł się dobrze z myślą, że zapomną głos Carly lub jej czuły dotyk, gdy brała je na ręce, albo przestaną pamiętać, jak ogromnie je kochała.

Nie zrobił żonie zbyt wielu zdjęć. Zazwyczaj to właśnie ona sięgała po aparat, wskutek czego w domu znajdowały się tuziny jego fotografii z dziećmi. Tylko na kilku widniała Carly i chociaż starał się codziennie opowiadać o niej Joshowi i Kristen i często pokazywał im jej zdjęcia w albumie, podejrzewał, że te historie w końcu staną się dla nich właśnie tylko i wyłącznie historiami, niczym więcej. Emocje związane z matką były jak zamki z piasku, które fale zmywają do morza. Podobnie działo się z portretem Carly, który wisiał w jego sypialni. Został wykonany w pierwszym roku małżeństwa i mimo jej protestów. Cieszył się, że go ma. Na fotografii wyglądała pięknie i była tą niezależną, upartą kobietką, która podbiła niegdyś jego serce, toteż nocami, kiedy dzieci już spały, czasem wpatrywał się w jej podobiznę i doświadczał sprzecznych uczuć. Ale Josh i Kristen ledwie zauważali portret.

Alex myślał o Carly często i tęsknił za jej towarzystwem i przyjaźnią, która ich połączyła, stając się podstawą miłości. W chwilach szczerości odkrywał, że pragnie nowego związku. Był samotny, chociaż rzadko przyznawał się do tego uczucia nawet przed sobą. Przez pierwsze miesiące po śmierci Carly nie potrafił sobie wyobrazić, że inna kobieta mogłaby pojawić się w jego życiu, a możliwości pokochania kogoś zupełnie nie brał pod uwagę. Nawet rok po pogrzebie nie dopuszczał do siebie takich myśli. Ból był wciąż zbyt świeży, wspomnienia chwil cierpienia za bardzo żywe. Ale kilka miesięcy temu Alex zabrał dzieci do akwarium i kiedy stali przed zbiornikiem z rekinami, nawiązał rozmowę z pewną atrakcyjną kobietą. Tak jak on przyprowadziła dzieci i tak jak on nie miała na palcu obrączki. Jej dzieci były w tym samym wieku co Josh i Kristen, a gdy tak stały we czworo, wskazując ryby, kobieta roześmiała się z jakiegoś jego żartu, on zaś poczuł do niej lekki pociąg, przypominający mu, co stracił wraz ze śmiercią ukochanej żony. Pogawędka dobiegła końca i po prostu się rozeszli, lecz w drodze do wyjścia Alex zobaczył kobietę jeszcze raz. Pomachała mu, toteż przez chwilę zastanawiał się, czy nie pobiec za nią do samochodu i nie poprosić o numer telefonu. Nie zrobił tego jednak, a ona minutę później wyjechała z parkingu. Nigdy więcej jej nie zobaczył.

Tamtej nocy czekał na falę wyrzutów sumienia i żalu, lecz — co dziwne — niczego takiego nie poczuł. Wcale nie miał wrażenia, że postąpił niewłaściwie! Wręcz przeciwnie, było mu… dobrze. Nie czuł się świetnie czy wspaniale, ale całkiem dobrze, więc uprzytomnił sobie, że rana na jego sercu najwyraźniej zaczyna się wreszcie goić. Nie oznaczało to naturalnie, że gotów jest rzucić się na oślep w nowe życie. Co ma być — będzie. A jeśli nic się nie zdarzy? Trudno. Postanowił poczekać, aż spotka właściwą kobietę, która nie tylko na nowo wniesie radość w jego świat, lecz także — równie mocno jak on — pokocha jego dzieci. Szybko wszakże zdał sobie sprawę z tego, że w miasteczku szanse znalezienia takiej kobiety są niewielkie. Southport było zbyt małe. Prawie wszystkie znane mu przedstawicielki płci przeciwnej były mężatkami, emerytkami lub uczęszczały do jednej z lokalnych szkół. Singielek w odpowiednim wieku było niedużo, a cóż dopiero szukać wśród nich takiej, która zechce wziąć sobie na głowę dodatkowy ciężar w postaci czyichś dzieci. A inna sytuacja oczywiście nie wchodziła w grę. Może Alex czuł się samotny, może potrzebował kobiecego towarzystwa, nie zamierzał jednak zaspokajać swoich potrzeb kosztem dzieci. Dość już przeszły, biedactwa. I zawsze będą dla niego najważniejsze.

A jednak… jakiś czas temu pojawiła się pewna kobieta. Zainteresowała go, chociaż nie wiedział o niej niemal nic, jedynie tyle, że mieszka sama. Od początku marca przychodziła do jego sklepu raz czy dwa razy na tydzień. Gdy zobaczył ją po raz pierwszy, była blada, wymizerowana i koszmarnie chuda. W normalnej sytuacji całkowicie by ją zignorował. Przejeżdżający przez miasto ludzie często wpadali do jego sklepu po jakiś napój, benzynę czy przekąskę; rzadko widywał takie osoby ponownie. Nieznajoma kobieta niczego takiego nie kupiła; podeszła do rzędu z produktami spożywczymi z opuszczoną głową, jakby próbowała wtopić się w tło, niczym cień w ludzkiej postaci. Na nieszczęście dla niej, zupełnie jej się to nie udało. Była zbyt atrakcyjna, aby mogła pozostać niezauważona. Miała na oko pod trzydziestkę i kasztanowe włosy nieco nierówno ścięte nad ramionami. Dzięki wydatnym kościom policzkowym i okrągłym, szeroko rozstawionym oczom wydała mu się elegancka i jednocześnie dość delikatna, mimo braku makijażu.

Przy kasie zauważył, że z bliska jest jeszcze ładniejsza. Oczy miała zielonkawoorzechowe ze złotymi plamkami, a jej krótki, nerwowy uśmiech zniknął równie szybko, jak się pojawił. Na ladzie położyła wyłącznie podstawowe artykuły: kawę, ryż, owsiankę, makaron, masło orzechowe i przybory toaletowe. Alex wyczuł, że rozmowa ją krępuje, więc zaczął w milczeniu wstukiwać ceny jej towarów. Nagle po raz pierwszy usłyszał jej głos.

— Ma pan jakąś suchą fasolę? — spytała.

— Nie, przykro mi — odparł. — Zazwyczaj nie miewam żadnej w sprzedaży.

Pakując jej zakupy, zauważył, że kobieta patrzy przez okno i w zamyśleniu przygryza dolną wargę. Z jakiegoś powodu miał dziwne wrażenie, że klientka zaraz się rozpłacze…

Odchrząknął.

— Jeśli chciałaby pani kupować fasolę regularnie, chętnie zamówię. Proszę tylko powiedzieć, jaki gatunek pani preferuje.

— Nie chcę pana trudzić — odpowiedziała głosem niewiele głośniejszym od szeptu.

Zapłaciła banknotami o niskim nominale, wzięła torbę i wyszła ze sklepu. Zaskoczyło go, że opuściła parking na piechotę, a gdy uświadomił sobie, że nie przyjechała samochodem, jego ciekawość jedynie wzrosła.

W następnym tygodniu zaczął sprzedawać fasolę. Zamówił trzy gatunki: odmianę pinto, czerwoną i półksiężycowatą, chociaż tylko po jednym woreczku każdego gatunku, toteż następnym razem, gdy kobieta weszła, ostentacyjnie wspomniał, że fasola leży na dolnej półce w narożniku, tuż obok ryżu. Nieznajoma przyniosła do kasy wszystkie trzy woreczki i spytała Alexa, czy ma może przypadkiem cebulę. Wskazał dość dużą paczkę cebul obok drzwi, lecz kobieta pokręciła głową.

— Potrzebna mi tylko jedna sztuka — szepnęła z niepewnym, skruszonym uśmiechem.

Kiedy odliczała banknoty, trzęsły jej się ręce. I znowu odeszła na piechotę.

Od tamtej pory w sklepie zawsze znajdowała się fasola, cebulę można było kupić na sztuki, a klientka w następnych tygodniach przychodziła na zakupy mniej więcej regularnie. Chociaż ciągle cicha, w miarę upływu czasu wydawała mu się mniej krucha i mniej zdenerwowana. Jej ciemne kręgi pod oczami stopniowo znikały, a podczas ostatniego okresu dobrej pogody opaliła się lekko. Przytyła też trochę — niezbyt dużo, lecz wystarczająco, aby rysy jej twarzy złagodniały. Głos również miała silniejszy i chociaż nie okazywała żadnego zainteresowania Alexem, zdołała czasem wytrzymać jego spojrzenie nieco dłużej, zanim w końcu odwracała wzrok. Nie posuwali się poza dialog składający się z pytania: „Znalazła pani wszystko, czego pani potrzebuje?” i jej odpowiedzi: „Tak, dziękuję panu”, ale kobieta przestała uciekać ze sklepu jak zaszczuty jeleń; czasami kręciła się trochę wśród półek, a gdy była sama z Kristen, zaczynała rozmowę z małą. W takiej sytuacji Alex po raz pierwszy zauważył, że potrafiła się rozluźnić i otworzyć. Jej zrelaksowana postawa i szczery uśmiech sugerowały miłość do dzieci, w dodatku Alexowi przemknęło przez głowę, że widzi teraz kobietę taką, jaka była dawniej i jaka może będzie kiedyś znowu, o ile zmienią się okoliczności. Kristen także doceniła szczerość klientki, gdyż po jej wyjściu oznajmiła ojcu, że ma nową przyjaciółkę, która nazywa się panna Katie.

Na razie jednak Katie nie czuła się równie zrelaksowana w jego towarzystwie. W ubiegłym tygodniu, tuż po lekkiej i łatwej pogawędce Katie z Kristen dostrzegł, że kobieta czyta opisy na tylnych okładkach powieści, które sprzedawał. Nie kupiła żadnej książki, toteż kiedy odeszła od półek, Alex bezceremonialnie spytał, czy ma ulubionego autora, i wówczas zobaczył w jej oczach błysk dawnej nerwowości. Uderzyła go myśl, że nie powinien przyznawać się klientce do tego, iż ją obserwował.

— Och, mniejsza o to — dodał szybko. — Nieważne.

W drodze do drzwi Katie zatrzymała się jednak na moment z torbą na ręce i na wpół odwróciła się w jego stronę.

— Lubię Dickensa — wyszeptała.

Potem otworzyła drzwi, wyszła i ruszyła w zwykłym kierunku.

Od tamtej pory Alex dumał o niej coraz częściej, ale w sposób niezbyt konkretny, choć intrygowała go jej tajemniczość. Wiedział, że chciałby poznać Katie lepiej, niestety, nie miał pojęcia, jak się do tego zabrać. Oprócz roku, gdy zabiegał o względy Carly, w sprawach damsko-męskich radził sobie raczej kiepsko. W trakcie nauki w college’u, pomiędzy pływaniem i zajęciami na uczelni miał mało czasu na spotkania z kobietami. Jako wojskowy skupiał się głównie na karierze zawodowej, toteż pracował wiele godzin dziennie, a wraz z każdym awansem przenoszono go w inne miejsce. Chociaż umówił się w tamtym okresie z kilkoma kobietami, były to przeważnie przelotne romanse, które zaczynały się i kończyły w sypialni. Czasami, gdy wspominał tamten okres, ledwie rozpoznawał w sobie mężczyznę, którym wówczas był, i uprzytamniał sobie, że zmieniła go Carly. Tak, czasami było mu trudno i czuł się opuszczony. Tęsknił za żoną i chociaż nigdy nikomu o tym nie mówił, w niektórych momentach mógłby przysiąc, że naprawdę wciąż czuje jej bliską obecność. Carly strzegła go i równocześnie próbowała zapewnić, że wszystko będzie dobrze.

*

Z powodu pięknej pogody w sklepie panował większy ruch niż zazwyczaj w niedzielę. Kiedy Alex otwierał drzwi o siódmej rano, na włączenie dystrybutorów z paliwem już czekały trzy łodzie przywiązane do nabrzeża. Podczas płacenia za benzynę właściciele łodzi jak zwykle ładowali nabyte przekąski, napoje i woreczki z lodem. Roger — który zawsze obsługiwał grill — odkąd założył fartuch, nie miał ani minuty przerwy, a przy wszystkich stolikach panował tłok, gdyż ludzie jedli hot dogi i cheeseburgery, wypytując przy okazji o wskazówki dotyczące grania na giełdzie.

Zazwyczaj Alex stał za kasą aż do południa, kiedy zmieniała go Joyce, której pomoc — podobnie jak Rogera — znacznie ułatwiała mu prowadzenie sklepu. Joyce do emerytury pracowała w administracji hrabstwa. Teść Alexa zatrudnił ją dziesięć lat temu, toteż można by rzec, że Alex odziedziczył ją razem z biznesem. A teraz, choć przekroczyła już siedemdziesiątkę, nie objawiała żadnych oznak starzenia. Jej mąż umarł wiele lat wcześniej, a dzieci się usamodzielniły, toteż Joyce traktowała klientów jak członków rodziny. Była dla sklepu niemal tak samo ważna jak artykuły na półkach.

W dodatku doskonale rozumiała, że Alex pragnie spędzać z dziećmi jak najwięcej czasu z dala od sklepu, chętnie więc zgadzała się zastępować go w pracy w niedziele. Ilekroć weszła, zawsze natychmiast stawała za kasą i oddalała Alexa, a z tonu bardziej przypominała szefową niż pracownicę. Często również zajmowała się dziećmi i była jedyną zaufaną osobą, pod której opieką mógł je pozostawić, gdy musiał wyjechać z miasta. Zdarzało się to jednak niezwykle rzadko (dokładniej mówiąc, w przeszłości jedynie dwukrotnie — parę lat temu, kiedy spotkał się z dawnym kumplem w Raleigh), co nie zmieniało faktu, iż uważał Joyce za prawdziwy dar od losu, jeden z najlepszych, jakie otrzymał w życiu. Mógł na nią liczyć zawsze, kiedy najbardziej jej potrzebował.

Czekając teraz na jej przyjście, przeszedł sklep, sprawdzając półki. System komputerowy świetnie się przydawał przy liczeniu zapasów, lecz Alex wiedział, że szeregi liczb nie zawsze odzwierciedlają całą prawdę. Czasami czuł, że więcej wie, jeśli faktycznie przejrzy półki i sprawdzi, które towary sprzedały się poprzedniego dnia. Jeśli sklep ma prosperować, trzeba dbać o gusta klientów, co oznaczało, że Alex czasami wprowadzał do sprzedaży produkty, których nie miały inne sklepy. Można było zatem u niego dostać domowe dżemy i galaretki, „sekretne” mieszanki przypraw w proszku do wołowiny i wieprzowiny, był także szeroki wybór lokalnych owoców i warzyw w puszkach. Nawet osoby, które regularnie robiły zakupy w Food Lion albo w Piggly Wiggly, często wpadały po drodze do domu po regionalne specjały, które Alex starał się zawsze mieć na półkach.

Bardziej niż rzeczywista wielkość sprzedaży liczył się dla niego dokładny moment, w którym konkretny towar się sprzedał, co niekoniecznie uwidaczniało się w liczbach. Zauważył na przykład, że bułki na hot dogi szczególnie dobrze sprzedają się w weekendy, dość rzadko za to w dni robocze, a z bochenkami zwykłego chleba było zaś dokładnie odwrotnie. Od dnia, w którym Alex zauważył ten szczegół, potrafił zwiększać ilości pieczywa wtedy, kiedy było to potrzebne, i w ten sposób sprzedaż rosła. Były to drobiazgi, lecz zapewniały mu utrzymanie małego biznesu w stanie płynności finansowej, obecnie bowiem markety należące do sieci handlowych doprowadzały do bankructwa większość małych sklepów.

Przeglądając dziś półki, zastanawiał się, jakie zajęcia dla dzieci wymyślić na popołudnie, i postanowił zabrać je na wycieczkę rowerową. Carly uwielbiała, gdy sadzali i przypinali maluchy w wózku rowerowym, a potem jeździli wraz z nimi po całym mieście. Alex wiedział jednak, że samą przejażdżką nie wypełni dzieciom popołudnia. Chyba że pojechaliby do parku… Może Joshowi i Kristen spodoba się tam.

Szybko zerknął ku frontowym drzwiom, upewniając się, że nie nadchodzi żaden klient, po czym pospiesznie przeszedł magazyn na tyłach i wystawił głowę na zewnątrz. Josh łowił ryby na nabrzeżu, oddając się zajęciu, które było zdecydowanie jego ulubionym. Alexowi nie podobało się, że synek jest tam sam — nie miał wątpliwości, że niektóre osoby uznałyby go za złego ojca, ponieważ na to pozwalał — lecz Josh zawsze pozostawał w zasięgu kamery wideo połączonej z monitorem, który wisiał za kasą. Chłopiec wiedział, że nie wolno mu się oddalać, i nigdy nie łamał tej zasady. Kristen jak zwykle siedziała przy stoliku za kasą w rogu pomieszczenia. Rozdzielała ubranka na kilka kupek i wyglądała na zadowoloną, przebierając lalkę z jednego stroju w inny. Za każdym razem, gdy skończyła, patrzyła na ojca z bystrą, niewinną minką i pytała, czy podoba mu się lalka w nowym zestawie, jak gdyby istniała możliwość, że Alexowi któraś kreacja może się nie spodobać.

Och, te małe dziewczynki! Potrafią zmiękczyć najtwardsze serce.

Ustawiał właśnie przyprawy, kiedy usłyszał brzęk dzwonka zawieszonego nad frontowymi drzwiami. Podniósłszy głowę nad rząd półek, zobaczył, że do sklepu wchodzi Katie.

— Dzień dobry, panno Katie! — zawołała Kristen, wyskakując zza kasy. — Jak pani zdaniem wygląda moja lalka?

Z miejsca, w którym Alex stał, ledwie widział czubek głowy córki nad ladą, ale zauważył, że Kristen trzyma… hm… Vanessę? Rebeccę? Jakkolwiek lalka o brązowych włosach miała na imię, dziewczynka pokazywała ją Katie.

— Jest piękna, Kristen — odrzekła kobieta. — Czy to nowa sukienka?

— Nie, ma ją już od jakiegoś czasu. Ale nie nosiła jej ostatnio.

— Jak ma na imię?

— Vanessa.

Vanessa, pomyślał Alex z ulgą. Kiedy będzie chwalił Vanessę później, jego akceptacja zabrzmi bardziej jak słowa zainteresowanego ojca.

— Ty ją tak nazwałaś?

— Nie, miała już imię. A może mi pani pomóc włożyć jej botki? Jakoś sobie nie radzę.

Alex przypatrywał się, jak Kristen wręcza lalkę Katie, która natychmiast zaczęła się męczyć z delikatnymi plastikowymi bucikami. Wiedział z doświadczenia, że włożenie ich jest znacznie trudniejsze, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka, i mała dziewczynka ma niewielkie szanse na wykonanie zadania wymagającego takiej precyzji. Jemu udawało się je w końcu włożyć, choć nie bez kłopotów, natomiast Katie poradziła sobie naprawdę bez problemu.

— Jak wygląda? — spytała kobieta, oddając lalkę.

— Doskonale — zapewniła ją Kristen. — Sądzi pani, że powinna mieć jeszcze płaszczyk?

— Nie, nie jest aż tak zimno.

— Wiem, ale Vanessa czasem się przeziębia. Chyba powinnam ubrać ją w płaszcz. — Głowa dziewczynki zniknęła za kontuarem, ponownie pojawiając się po chwili. — Który pani zdaniem? Niebieski czy fioletowy?

Katie podniosła palec do ust i przybrała poważną minę.

— Myślę, że fioletowy powinien pasować.

Dziewczynka skinęła głową.

— Myślę tak samo. Dziękuję.

Katie uśmiechnęła się, po czym się odwróciła, a Alex szybko skupił uwagę na półkach, zanim kobieta przyłapie go na obserwacji. Przesunął słoiki z musztardą i cieszył wzrok widokiem półki. Kątem oka dostrzegł, że Katie podnosi mały koszyk na zakupy i idzie ku innemu rzędowi.

Skierował się z powrotem za kasę. Kiedy Katie go zobaczyła, pomachał jej przyjaźnie.

— Dzień dobry — zagaił.

— Dzień dobry. — Usiłowała wsunąć za ucho kosmyk włosów, lecz były zbyt krótkie. — Muszę tylko kupić kilka rzeczy.

— Proszę mnie powiadomić, jeśli nie będzie mogła pani czegoś znaleźć. Czasami przekładam produkty w inne miejsce.

Kiwnęła głową i poszła dalej, wzdłuż rzędu. Alex wszedł za kasę i zerknął na monitor. Josh łowił ryby dokładnie tam, gdzie wcześniej, a do nabrzeża dopływała powoli jakaś łódź.

— Jak uważasz, tatusiu?

Kristen szarpnęła jego nogawkę, równocześnie podnosząc lalkę.

— No, no, no! Wygląda pięknie. — Kucnął obok niej. — Bardzo mi się podoba ten płaszczyk. Vanessa czasami się przeziębia, prawda?

— Tak — przyznała Kristen. — Ale powiedziała mi, że chce iść na huśtawki, więc prawdopodobnie się przebierze.

— To całkiem dobry pomysł — zauważył. — Może wszyscy poszlibyśmy później do parku? Jeśli i ty chcesz się pohuśtać.

— Nie, nie ja chcę się huśtać, tylko Vanessa. Zresztą to wszystko i tak jest tylko na niby, tatusiu.

— Ach tak — mruknął. — No tak.

Wstał. Skreślamy zatem pomysł z pójściem do parku, pomyślał.

Zagubiona we własnym świecie Kristen ponownie zaczęła rozbierać lalkę. Alex sprawdził na monitorze, co robi Josh. W tym momencie do sklepu wszedł nieznajomy nastolatek tylko w szortach. Wręczył Alexowi plik banknotów.

— Zatankowaliśmy w doku. To za paliwo — powiedział, po czym wybiegł ze sklepu.

Alex akurat wbijał kwotę, gdy przy kasie zjawiła się Katie. Kupowała te same produkty co zawsze oraz tubkę kremu z filtrem przeciwsłonecznym. Zerknęła nad kontuarem na Kristen i Alex znów zauważył dziwną barwę jej oczu.

— Znalazła pani wszystko, czego pani szukała?

— Tak, dziękuję panu.

Zaczął pakować jej torbę.

— Moja ulubiona powieść Dickensa to Wielkie nadzieje — ciągnął. Próbował mówić przyjaznym, towarzyskim tonem, nie przestając wkładać towarów do reklamówki. — A pani którą lubi najbardziej?

Przez chwilę nic nie mówiła, mało tego — wyglądała na zaskoczoną, że Alex pamięta jej odpowiedź dotyczącą Dickensa.

— Opowieść o dwóch miastach — odrzekła w końcu cicho.

— Ja również ją lubię. Ale jest smutna.

— Tak — przyznała Katie. — Właśnie dlatego mi się podoba.

Ponieważ Alex wiedział, że kobieta wróci na piechotę, włożył jej zakupy do podwójnej torby.

— Pomyślałem, że skoro poznała już pani moją córkę, pewnie i ja powinienem się przedstawić — kontynuował. — Jestem Alex. Alex Wheatley.

— Ona nazywa się panna Katie — zaszczebiotała siedząca za nim Kristen. — Ale mówiłam ci wcześniej, pamiętasz?

Zerknął przez ramię na córeczkę. Kiedy się odwrócił, kobieta z uśmiechem wręczała mu pieniądze.

— Po prostu Katie — poprosiła.

— Miło mi cię poznać, Katie. — Stuknął w klawisze i szuflada kasy wysunęła się z brzękiem. — Zakładam, że mieszkasz gdzieś w okolicy?

Nie odpowiadała, więc spojrzał na nią i zobaczył, że jej oczy rozszerzają się z przerażeniem. Odwrócił się, chcąc ustalić, co dostrzegła na monitorze za jego plecami. Josh był w wodzie, w panice straszliwie machając rękami! Alex poczuł, że strach nagle ściska go za gardło. Instynktownie wypadł zza lady i przebiegł sklep, a później magazyn. Pchnął drzwi i wpadł na stosy papierowych ręczników, które spadły na wszystkie strony, lecz nie zwolnił.

W końcu znalazł się za sklepem. W jego żyłach szalała adrenalina, kiedy przeskakiwał rząd krzewów, aby skrócić sobie drogę do doków. Na drewniane deski wpadł w pełnym biegu. Z nabrzeża zobaczył Josha dławiącego się w wodzie i bezradnie młócącego ramionami.

Z sercem walącym w piersi skoczył do wody i znalazł się zaledwie parę metrów od synka. Woda nie była tu głęboka — chyba poniżej dwóch metrów — lecz kiedy Alex dotknął stopami miękkiego mułu dna, zapadł się weń aż po golenie. Machał rękami i nogami, starając się jak najszybciej wrócić na powierzchnię, aż wreszcie dotarł do chłopca i chwycił go.

— Mam cię! — krzyknął. — Mam cię!

Ale Josh wciąż się szamotał i kaszlał, wyraźnie nie mogąc złapać oddechu, toteż Alex równocześnie starał się go uspokoić i przemieścić wraz z nim na płytszą wodę. Wreszcie, dzięki ogromnym wysiłkom, zdołał zanieść Josha na trawiasty nasyp, szaleńczo rozmyślając, co powinien teraz zrobić — wykonać sztuczne oddychanie, płukanie żołądka, a może masaż serca? Chciał, żeby syn leżał spokojnie, ten jednak gwałtownie stawiał mu opór. Wciąż walczył z ojcem i krztusił się, lecz Alex, chociaż nadal bał się o niego, odzyskał przytomność umysłu i wiedział, że chłopcu prawdopodobnie nic już nie grozi.

Nie wiedział, jak długo trwała cała akcja, prawdopodobnie zaledwie kilka sekund (chociaż odnosił wrażenie, że znacznie dłużej), aż wreszcie syn zakaszlał sucho, wycharczał wodę i po raz pierwszy zrobił normalny wdech. Josh ostro wciągnął powietrze do płuc i znów zakaszlał. Kolejna próba wdechu również skończyła się atakiem kaszlu, tym razem jednak odgłos przypominał raczej odchrząkiwanie. Chłopiec zaczerpnął powietrza jeszcze kilka razy, długo, ciągle w panicznym strachu, a wtedy nagle przypomniał sobie, co się zdarzyło.

Wyciągnął ręce do ojca, a Alex objął go mocno i przytulił. Wtedy malec zaczął płakać, ramionka mu drżały, a mężczyzna poczuł mdłości na samą myśl, jak ten wypadek mógł się zakończyć. Co by się stało, gdyby nie zauważył, że Katie wpatruje się w monitor? Co by było, gdyby upłynęła jeszcze minuta lub dwie? Pod wpływem tych pytań zaczął dygotać równie mocno jak Josh.

W tym samym momencie chłopiec przestał płakać i wypowiedział pierwsze słowa, odkąd Alex wyniósł go z wody.

— Przepraszam, tatusiu — wydukał.

— I ja ciebie przepraszam — wyszeptał w odpowiedzi, wciąż tuląc synka, jakby bał się, że jeśli wypuści go z ramion, czas się cofnie, lecz tym razem rezultat akcji ratunkowej będzie zupełnie inny.

Kiedy w końcu wypuścił Josha z objęć, dostrzegł tłum za sklepem. Był tam Roger, goście, którzy jedli przy stolikach, a także parę innych osób, prawdopodobnie nowi, dopiero co przybyli klienci. W grupie ludzi zauważył też Kristen. Nagle znowu poczuł bezradność samotnego ojca, widział bowiem, że mała płacze i boi się. Córeczka także go potrzebowała, na szczęście w tym momencie była bezpieczna w ramionach Katie.

*

Dopiero kiedy obaj z Joshem przebrali się w suche ubrania, Alex zdołał odtworzyć bieg zdarzeń. Roger przygotował dzieciom hamburgery i frytki, a później całą grupą usiedli przy stole obok grilla, tyle że żadne z nich nie miało ochoty jeść.

— Żyłka zaczepiła się o coś, kiedy odpływała tamta łódź, a ja nie chciałem stracić wędki. Myślałem, że żyłka zaraz się odczepi, ale szarpnęła i wpadłem do wody, a potem za dużo się jej napiłem. Nie mogłem oddychać i bałem się, bo woda mnie wciągała. — Josh się zawahał. — Chyba wypuściłem wędkę i została w rzece.

Siedząca obok brata Kristen wciąż miała czerwone, podpuchnięte od płaczu oczy. Poprosiła Katie, żeby została z nią przez jakiś czas, toteż kobieta aż do tej chwili jej towarzyszyła i nawet teraz trzymała ją za rękę.

— Nic nie szkodzi. Pójdę jej potem poszukać, a jeśli nie znajdę, zdobędę dla ciebie nową. Ale obiecaj mi, że następnym razem w takiej sytuacji od razu puścisz wędkę, dobrze?

Josh pociągnął nosem i skinął głową.

— Naprawdę przepraszam — bąknął.

— To był wypadek — zapewnił go ojciec.

— Ale teraz już nigdy nie pozwolisz mi łowić.

Miałbym znów zaryzykować, że go stracę? — pomyślał Alex. Nie ma mowy! Zamiast tego głośno powiedział:

— Porozmawiamy o tym później, dobrze?

— A jeśli przyrzeknę, że następnym razem na pewno od razu ją puszczę?

— Jak powiedziałem, porozmawiamy o tym później. Na razie może coś zjesz?

— Nie jestem głodny.

— Wiem. Jest jednak pora obiadu i musisz coś zjeść.

Josh sięgnął po frytkę, ugryzł ją i zaczął mechanicznie żuć. Jego siostra zrobiła to samo. Przy stole prawie zawsze naśladowała brata. Zazwyczaj doprowadzała go tym do szału, dziś jednak chłopiec nie miał chyba siły zaprotestować.

Alex odwrócił się do Katie. Nagle zdenerwowany przełknął ślinę.

— Mogę pomówić z tobą przez minutkę? — Kiedy wstała od stołu, poprowadził ją z dala od dzieci. Wreszcie znaleźli się w takiej odległości, że ani Josh, ani Kristen nie mogli ich usłyszeć, a wtedy Alex odchrząknął i powiedział: — Chcę podziękować ci za to, co zrobiłaś.

— Niczego szczególnego nie zrobiłam — zaprotestowała.

— Ależ tak — upierał się. — Zrobiłaś bardzo wiele. Gdybyś nie popatrzyła na monitor, w ogóle bym nie odkrył, co się dzieje, i może nie dotarłbym do synka na czas. — Przerwał na moment. — Dziękuję ci również za opiekę nad Kristen. To najsłodsza istota na świecie, ale jest bardzo wrażliwa. Cieszę się, że nie zostawiłaś jej samej i nie uciekłaś. Nawet kiedy ja i Josh poszliśmy się przebrać.

— Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo — odparowała Katie. W milczeniu, które zapadło, nagle wyraźnie uprzytomniła sobie, jak blisko mężczyzny stoi, i natychmiast cofnęła się o pół kroku. — Teraz jednak naprawdę powinnam już pójść.

— Poczekaj — poprosił Alex. Ruszył ku chłodniejszej części magazynu na tyłach sklepu. — Lubisz wino? — spytał.

Skinęła głową.

— Czasami, ale…

Zanim zdążyła dokończyć zdanie, Alex odwrócił się i otworzył skrzynkę, z której wyjął butelkę chardonnay.

— Proszę — powiedział. — Chcę, żebyś je przyjęła. To naprawdę bardzo dobre wino. Wiem, może trudno ci uwierzyć, że w takim sklepiku można znaleźć dobre wina, ale widzisz, podczas pobytu w wojsku zaprzyjaźniłem się z człowiekiem, dzięki któremu wiele wiem o winie. Jest koneserem amatorem, lecz świetnie się zna na trunkach i do dziś je dla mnie wybiera. Na pewno będzie ci smakowało.

— Nie musisz mi go dawać.

— To najmniejszy dowód wdzięczności, jaki mogę ci ofiarować. — Uśmiechnął się. — Proszę, weź je jako podziękowanie.

Po raz pierwszy, odkąd ją poznał, wytrzymała jego spojrzenie.

— Dobrze — zgodziła się ostatecznie.

Zabrała zakupy i wyszła ze sklepu, a Alex wrócił do stołu. Po wielu prośbach i namowach Josh i Kristen kończyli lunch, on tymczasem poszedł na nabrzeże szukać wędki. Gdy wrócił, Joyce zdążyła już włożyć fartuch, Alex mógł więc zabrać dzieci na przejażdżkę rowerową. Później pojechali do Wilmington, gdzie poszli do kina i zjedli pizzę, co wybierał zawsze, ilekroć nie miał innego pomysłu na spędzenie popołudnia z dziećmi. Kiedy wrócili, słońce zachodziło. Byli tak zmęczeni, że od razu umyli się i włożyli piżamy. Alex położył się w łóżku pomiędzy dziećmi i przez godzinę im czytał, po czym wyłączył światło i wyszedł.