Opis

"Baśnie Andersena" to zbiór wspaniałych ponadczasowych baśni Hansa Christiana Andersena.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 130

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PRAWDZIWA KSIĘŻNICZKA.

OGRÓD RAJSKI.

SYRENA.

KRÓLOWA ŚNIEGU.

1. O CZARODZIEJSKIEM ZWIERCIEDLE I JEGO SZCZĄTKACH.

2. O JANKU I ZOSI.

3. OGRÓDEK STARUSZKI, KTÓRA UMIAŁA ZADAWAĆ CZARY.

4. KSIĄŻĘ I KSIĘŻNICZKA.

5. CÓRECZKA ROZBÓJNIKÓW.

6. LAPONKA I FINKA.

7. CO BYŁO W ZAMKU KRÓLOWEJ ŚNIEGÓW I CO SIĘ POTEM STAŁO.

OPOWIADANIE WIATRU.

SŁOWIK.

NOWE SZATY KRÓLEWSKIE.

Hans Christian Andersen

BAŚNIE ANDERSENA

Tłumaczenie: Aleksander Szczęsny

Projekt okładki: Avia Artis

W projekcie okładki wykorzystano portret Hansa Christiana Andersena.

Autor: Anonim.

Wydawnictwo Avia Artis

2017

ISBN 978-83-65810-46-5

PRAWDZIWA KSIĘŻNICZKA.

Był raz pewien książę, który zapragnął pojąć za żonę prawdziwą, wedle swego wyobrażenia, księżniczkę. Ale jego własne pojęcia tak mu utrudniały wybór odpowiedniej małżonki, że udał się w podróż po całym świecie, myśląc, iż przecież kiedyś taką znajdzie. Jednak biedny książę podróżował napróżno; wiele spotykał księżniczek, żadna jednak jakoś nie odpowiadała jego chęciom. To też powrócił wreszcie utrudzony do domu, ale choć go to smuciło, nie porzucił swego zamiaru.

 Pewnego wieczora na dworze była nawałnica: grzmiało, błyskało się i padał ulewny deszcz. Nagle ktoś zapukał do wrót zamkowych i tak się jakoś złożyło, że sam stary król ojciec poszedł przybyszowi otworzyć.

 We wrota, jak się okazało, pukała księżniczka. Lecz, o Boże, cóż uczyniły z nią deszcz i wichura? Przemokła była od stóp do głów, a gdy zdjęto z niej odzienie, aby wyschło przy ogniu, wtedy powiedziała dopiero, że ona właśnie jest prawdziwą księżniczką.

 Trudno było temu uwierzyć, lecz stara królowa, która już wiele dziwów widziała, pomyślała sobie, że o wszystkiem można się mądrze przekonać i poszła pocichutku do sypialni, przeznaczonej dla gościa. Tam zdjęła pościel, ułożoną na łożu i na samem spodzie położyła ziarnko grochu, a potem dopiero nakryła je dwudziestoma materacami, na które znów położyła jeszcze dwadzieścia pierzyn i poduszek. Wtedy zaprowadzono księżniczkę na noc do sypialni.

 Nazajutrz stara królowa zapytała ją, czy się dobrze wyspała.

 — Bardzo, bardzo źle — odpowiedziała na to księżniczka — całą noc nie mogłam oczu zmrużyć. Bóg wie, co było w mojem łożu, ale czułam, że leżę na czemś twardem, co porobiło mi siniaki po całem ciele. O, to było okropne!

 Po tych słowach wszyscy poznali odrazu, że to była prawdziwa księżniczka. Nikt bowiem inny nie mógł być tak delikatny, aby poczuć ziarnko grochu przez taką górę pościeli. I książę ożenił się z nią i długo żyli sobie szczęśliwie, a ziarnko grochu oddano do muzeum osobliwości, gdzie może jeszcze dotąd istnieje.

OGRÓD RAJSKI.

Był niegdyś na świecie syn książęcy; nikt nie miał tylu pięknych książek, co on. Wszystko, cokolwiek się stało, mógł z ich kart, ozdobionych różnemi malowidłami, wyczytać.

 I dlatego wiedział o wszystkich ludach i krajach. Ale w książkach nie było nigdzie ani słowa o ogrodzie rajskim, o którym mały książę myślał najczęściej. Chcielibyście wiedzieć, dlaczego tak sobie głowę zaprzątał rajskim ogrodem?... Oto, gdy był maleńki i zaczynał się uczyć, babka jego opowiadała mu, że niektóre z kwiatów w tym ogrodzie są najsmaczniejszemi ciastkami, kielichy zaś innych napełnia doskonałe wino. Każdy przytem z kwiatów zawiera jakieś wiadomości, potrzebne dzieciom do nauki. I wystarczy tylko jeść owe ciastka i zapijać je kwiatowem winem, aby coraz więcej posiadać przeróżnych potrzebnych mądrości.

 Dopóki królewicz był mały, wierzył święcie w to, co mu dobra babka opowiadała, lecz w miarę, jak rósł i czytał dużo, stawał się coraz mądrzejszy i zaczął pojmować, że wspaniałości raju zupełnie na czemś innem polegały.

 — O, dlaczegóż Ewa zerwała owoc z drzewa wiadomości? Dlaczego Adam go skosztował? Gdybym był na jego miejscu, nigdyby mi się to nie wydarzyło; nie przyczyniłbym się do powstania grzechu na świecie! —

 I odtąd myślał o tem często królewicz. Myślał choć, był już siedemnastoletnim młodzieńcem, a ogród rajski zaprzątał mu ciągle najskrytsze myśli i marzenia.

 Pewnego razu poszedł królewicz do lasu; poszedł sam, ponieważ kochał bardzo samotność. A tymczasem zbliżył się wieczór, nadciągnęły obłoki, wreszcie rozpadał się deszcz tak rzęsisty, jakby niebo było jednym, wielkim upustem. Zapadła mroczna noc. Wkrótce królewicz zaczął się poślizgiwać na mokrych trawach, potykać o wilgotne kamienie. Wszystko ociekało wodą, a na księciu nie było już dawno suchej nitki. Musiał przytem przedzierać się przez zwały kamieni, z których woda strumykami się sączyła. Nagle usłyszał królewicz jakieś niezwykłe trzeszczenie i ujrzał przed sobą obszerną, jaskrawo oświetloną jaskinię. Pośrodku płonął ogień tak wielki, że możnaby przy nim upiec całego wołu. Ogień ten rzeczywiście służył do czegoś podobnego, bo obracał się nad nim na rożnie, wspartym na dwuch jodłowych pniakach, wspaniały jeleń. Niemłoda kobieta tak wysoka i tęga, że wydawała się raczej mężczyzną, siedziała przy nim i dorzucała szczapy drzewa, jedną po drugiej.

 — Zbliż się — rzekła, gdy zauważyła księcia — siadaj przy ogniu i osusz się.

 — Jakiż tu przeciąg — powiedział książę, siadając na ziemi.

 — Poczekaj, będzie jeszcze gorszy, gdy powrócą moi synowie. Jesteś w jaskini wiatrów, a synowie moi to wichry czterech stron świata.

 — Gdzież są twoi synowie? — zapytał książę.

 — Głupiec potrafi pytaniami swemi zadać robotę dziesięciu mędrcom — odparła na to kobieta. — Synowie moi są dojrzali i nigdy nie opowiadają się z góry. Pewno bawią się teraz piłkami obłoków tam wysoko w świecie — i mówiąc to, wskazała ręką w górę.

 — Tak, tak, — przemówił książę — ależ dostaję ostre odpowiedzi; nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć czegoś podobnego od kobiet, które dotychczas spotykałem.

 — Nie mają one nic innego do roboty, jak dawać słodkie odpowiedzi. A ja muszę być stanowczą, aby utrzymać w karbach moich zuchów. Czy widzisz te cztery worki, wiszące na ścianie? Lękają się oni ich taksamo, jak ty kiedyś rózeczki zatkniętej za lustrem. Wierzaj mi, że potrafię ich przytrzymać, gdy coś złego zbroją, a wtedy pakuję ich do worków. Tam już niczego nie dokażą. Siedzą cicho i nie wypuszczam ich dopóty, póki to uznam za stosowne. Ale otóż masz jednego.

 W tej chwili jaskinię napełniło przeraźliwe zimno i pojawił się wiatr północny. Spadały przed nim na ziemię wielkie ziarna gradu, a śnieg kłębił się wokoło. Wicher odziany był cały w futra niedźwiedzie. Takaż czapa nasuwała się mu aż na uszy, a z brody zwisały długie sople.

 — Proszę nie podchodzić do ognia — zawołał książę. — Tak można na nic odmrozić sobie twarz i ręce.

 — Odmrozić! — zawołał wiatr i zaczął śmiać się głośno. — Mróz jest mi najmilszy. Skądżeś się tu wziął z temi ostrzeżeniami? Jakżeś trafił do jaskini wichrów?

 — To mój gość — przerwała stara — a jeśli ci to nie wystarcza, dostaniesz się do worka. — I o dziwo! wicher północny uspokoił się odrazu i zaczął opowiadać, skąd przybywa i co porabiał cały miesiąc.

 — Wracam z Lodowatego oceanu — mówił — gdzie razem z poławiaczami fok byłem na wyspach niedźwiedzich. Drzemałem już na ich sterze, gdy odpływali na morze. Kiedym się ocknął, ptak burzy krążył mi u nóg. Zabawny to ptak. Zrazu uderza szybko skrzydłami, a potem zatrzymuje je i mimo to leci szybko dalej.

 — Opowiadajno bez dodatków — przerwała mu matka — a zatem dostałeś się na wyspy niedźwiedzie?

 — O tak, wspaniale jest tam, arcywspaniale! Ziemia, tak jak stworzona do tańca, gładka jak talerz, z półstopniałego śniegu i mchu. Leżą tam tylko ostre głazy i szkielety fok i niedźwiedzi. Zda się, jakby nigdy słońce tam nie świeciło. Dmuchnąłem lekko w mgłę, aby odsłonić coś, co się śród niej czerniło. Był to dom, zbudowany ze szczątków okrętu, okryty skórami lwów morskich. Na dachu siedział wielki biały niedźwiedź i pomrukiwał sobie. Wtedy poszedłem na piaszczysty brzeg, zajrzałem do gniazd ptasich i poigrałem z pisklętami. Ponieważ krzyczały i wołały jeść, więc dmuchnąłem im w rozwarte dzioby, aby nauczyły się cierpliwości. A tymczasem dalej nad samą wodą przewalały się foki, niby olbrzymie gąsienice z głowami świń i olbrzymimi kłami.

 — Rzeczywiście dobrze opowiadasz mój synu, — rzekła stara, — na samo opowiadanie ciecze mi już ślinka.

 A wicher prawił dalej:

 Wreszcie zaczęły się łowy. Pociski trafiały bezbronne foki i dymiąca krew zalała lód. A wtedy i ja przypomniałem sobie moje rozrywki i aby pokazać żeglarzom siłę podmuchu, napędziłem wielkie góry lodowe, które uwięziły ich statek. Jakże wtedy hałasowali oni i krzyczeli, ale ja dąłem głośniej. Aż wreszcie łowcy musieli statek opuścić. Wszystko: zabite zwierzęta, paki, beczki i liny, musiały być na lód wyładowane. Wtedy osypałem ich śniegiem, i całe obozowisko razem ze zdobyczą, popędziłem na oderwanej krze na południe. Skosztują tam napewno słonej wody i nie powrócą już nigdy na wyspy niedźwiedzie.

 — Tak, aleś przecie w ten sposób źle czynił — rzekła mu matka.

 — Wszystkie moje dobre uczynki niechaj ktoś inny opowie — dodał wiatr północny, — bo oto jest mój brat z zachodu, kocham go najbardziej, przypomina mi morze i przynosi miły chłód ze sobą.

 — Czyż to jest właśnie maleńki zefir? — zapytał książę.

 — Tak, to zefir, — odparła stara — tylko teraz urósł już znacznie. Za dawnych czasów był to piękny chłopczyna, lecz to już minęło.

 Rzeczywiście wiatr zachodni wyglądał, jak dziki człowiek w swoim śpiczastym kapeluszu na głowie. W ręce dzierżył maczugę z mahoniu, gdyż innej podpory nie używał nigdy.

 — Skąd przybywasz? — zapytała go matka.

 — Z lasów dziewiczych — odpowiedział — gdzie liany łączą drzewa w nieprzebyte gęstwiny, gdzie wodne węże spoczywają w wilgotnych trawach, a ludzie wydają się niepotrzebni.

 — Cóżeś tam porabiał?

 — Patrzyłem na rzekę tam, gdzie, spadając ze stromych skał, zamienia się w pył wodny, płynący wolno w górę i grający ogromną tęczą w słońcu. Rzeką płynęły bawoły, prąd porwał je ze sobą; dzikie kaczki płynęły także z wodą, lecz przed samym wodospadem wzniosły się w górę, a woda musiała w dół spadać. Było to bardzo zabawne i dlatego zadąłem z całych sił i naobalałem trochę odwiecznych drzew, wyrywając je z korzeniami z ziemi.

 — A prócz tego niceś nie robił? — pytała matka.

 — Owszem, pędziłem dzikie konie przez sawannę i strącałem orzechy kokosowe. I mam jeszcze wiele, wiele rzeczy do opowiedzenia, ale przecież nie można wszystkiego, co się wie, odrazu powtórzyć. Wszak ty to wiesz, droga matko — zakończył wiatr i tak gwałtownie uściskał matkę, jak to tylko nieokiełzany dzikus zrobić może.

 Wkrótce przybył po nim wiatr południowy w zawoju na głowie i rozwianym arabskim burnusie.

 — Ach, jakiż tu ziąb — zawołał i dorzucił drzewa do ogniska, — zaraz można poznać, że pierwszy zjawił się północny.

 — Jest tu tak gorąco, że niedźwiedź polarny by się upiekł żywcem — zaprzeczył tamten.

 — Sam jesteś niedźwiedziem polarnym! — wykrzyknął wicher południowy.

 — Czy chcesz się dostać do worka? — zapytała go wtedy matka, aby przerwać spór. — Siadaj lepiej na kamieniu i opowiadaj, gdzieś przebywał.

 — W Afryce, matko! Byłem z Hottentotami na lwich łowach w kraju Kaffrów. Jakaż tam rośnie wspaniała trawa! Pomykały w niej antylopy, a struś ścigał się ze mną, lecz okazałem się szybszy w biegu. Później poszedłem na żółtą, piaszczystą pustynię, podobną do dna morskiego. Tam spotkałem karawanę. Właśnie ludzie, znękani skwarem, zabili ostatniego wielbłąda, szukając w nim wody, lecz znaleźli jej tylko troszkę. Z góry paliło słońce, a z dołu grzał rozpalony piasek. Wtedy zacząłem się w nim tarzać i podniosłem go wielkimi słupami do góry. Toż to był taniec. Możesz sobie wyobrazić matko, jak tulą się wtedy wielbłądy, a podróżni osłaniają zasypane piaskiem głowy. Ci rzucili się przedemną na twarz, jak przed Allahem, swym bogiem. Teraz są już pogrzebani, a nad nimi wznosi się wielkie wzgórze piaskowe. Gdy ich kiedy znów odwieję, wtedy słońce ujrzy tylko wybielone kości, a wędrowcy zobaczą, że i przed nimi byli tam już ludzie.

 — A więc tylkoś zła narobił! — zawołała matka. — Idź za to do worka. — I zanim się wiatr południowy spotrzegł, chwyciła go za kark i wsadziła do środka. Uparciuch potoczył się w swem zamknięciu po ziemi, ale stara usiadła na worku, a wtedy musiał się uspokoić.

 — Synowie twoi to prawdziwe zawadjaki — powiedział książę.

 — Rzeczywiście — odpowiedziała stara — ale widzisz, jak ich potrafię uśmierzyć. Oto masz czwartego.

 Był to wiatr wschodni, ubrany według chińskiej mody.

 — No a cóżeś ty porabiał — zapytała go matka — myślałam, żeś był w ogrodzie rajskim.

 — Polecę tam jutro — odparł przybyły. — Jutro upływa akurat sto lat od chwili, kiedy tam byłem ostatnio. Teraz wracam z Chin, gdziem tańczył wokół wież porcelanowych, dzwoniąc w wiszące na nich dzwoneczki. Podemną na placu zebrani byli wysocy urzędnicy różnych stopni, a pośrodku paru mandarynów dostawało plagi bambusowymi kijami. Winowajcy krzyczeli: — stokrotne dzięki, o synu nieba, za taką łaskawość! Ale ja wiedziałem, że tak musieli krzyczeć, pomimo woli i dzwoniąc dzwonkami, śpiewałem im: — dzing, dzang, dzung. —

 — Jednem słowem broiłeś po swojemu — rzekła matka. — Dobrze, że jutro lecisz do ogrodu rajskiego. Napijesz się tam ze źródła mądrości, to ci przysporzy rozsądku; a nie zapomnij zabrać flaszeczki tej wody dla mnie.

 — Zrobię tak napewno — obiecywał wiatr wschodni. — Ale dlaczegoś zamknęła brata w worku? Wypuść go. Musi mi opowiedzieć o ptaku feniksie. Wiele razy jestem w ogrodzie rajskim, muszę o nim księżniczce opowiadać. Otwórz worek, najdroższa, dobra mateczko, a podaruję ci zato dwie pełne kieszenie herbaty tak świeżej jeszcze i zielonej, jakby dopiero co na miejscu była zerwana.

 — Dobrze, dobrze, w części dla herbaty, trochę dlatego, żeś moim ulubieńcem, zrobię to. — I stara kobieta otworzyła worek, a wiatr południowy wydobył się stamtąd z niechętną miną, gdyż wstydził się trochę nieznajomego.

 — Masz tutaj liść palmowy dla księżniczki — rzekł on po chwili bratu. — Dał mi go stary ptak feniks, jedyny na świecie. Wypisał na nim dziobem całe swoje stuletnie życie. Niech księżniczka sama to przeczyta. Widziałem, jak feniks sam podpalił swoje gniazdo i spłonął wraz z niem, niby indyjska wdowa. Płonące gałęzie syczały i trzeszczały śród dymu i zapachu ziół, aż wreszcie wszystko się rozwiało i z feniksa pozostała kupka popiołu. Lecz jego jajo, które leżało w ogniu rozpalone do czerwoności, pękło wtedy z hukiem i młode pisklę wyleciało na swobodę. Obecnie jest ono królem ptaków i jedynym feniksem na świecie. Tutaj w rogu liścia masz wydziobany otworek. To pozdrowienie od młodego króla ptaków dla księżniczki.

 — Dzieci, zabierajmy się wreszcie do jedzenia, — zawołała matka wichrów i wszyscy usiedli teraz razem i zabrali się do pieczonego jelenia. Książę zajął miejsce obok wiatru wschodniego i wkrótce czuli się, jak najlepsi towarzysze.

 — Powiedz mi, proszę cię, — zaczął wypytywać książę — coto za księżniczka, o której tyle opowiadałeś i gdzie właściwie znajduje się ogród rajski?

 — Oho! — zawołał wiatr wschodni, — jeśli chcesz to wiedzieć, to udaj się tam jutro ze mną. Lecz muszę ci dodać, że od czasów Adama i Ewy nie był tam jeszcze żaden człowiek. Wiesz to zapewne z opowiadań biblijnych?

 — Tak, wiem — potwierdził książę.

 — Kiedy ludzie zostali wtedy wygnani, zapadł się ogród rajski pod ziemię. Ale tam zachował on dalej swój blask słoneczny, swój rozkoszny klimat i całą wspaniałość. Zamieszkuje go królowa wróżek. Tam to znajduje się wyspa szczęśliwości dokąd śmierć nigdy nie dosięga. Siadaj mi jutro rano na ramiona, a zabiorę cię tam. Lecz na dziś dosyć już tego wszystkiego, noc jest późna, idźmy spać — dodał wiatr. — I wkrótce w jaskini wszyscy zasnęli.

 Nazajutrz książę obudził się bardzo wcześnie i zdziwił się mocno, czując, że znajduje się wysoko w powietrzu. Niósł go na ramionach wiatr wschodni, przytrzymując ostrożnie, aby nie obudzić. Lasy, pola, łąki i wody widniały głęboko pod nimi, jak olbrzymia żywa mapa.

 — Dzień dobry, — rzekł mu wiatr — możesz jeszcze troszkę pospać, gdyż tu w tym płaskim kraju nie zobaczysz nic ciekawego, chyba chciałbyś liczyć wieże kościelne. Wyglądają one, jak punkciki, zrobione kredą na zielonym obrusie.

 — Martwię się, — rzekł książę, — żem nie pożegnał matki twej, ani braci.

 — Bądź spokojny, kto śpi ten, nie grzeszy, — odparł wiatr i pomknął jeszcze szybciej. Bieg jego można było zauważyć po wierzchołkach lasów. Gdy nad nimi przelatywali, gięły się gałęzie i wstrząsały liście. A gdy nadbiegli nad morze, fale zaczęły się piętrzyć wysoko i wielkie okręty zanurzały się głęboko, to znów wznosiły na wodzie, jak płynące łabędzie.

 Gdy wieczorem się ściemniło, wielkie miasta przedstawiały wspaniały widok. To tu, to tam lśniły one, rozsypane po ziemi, niby gniazda świateł. Wyglądało to, jak tysiące iskierek na spalonym papierze, kiedy dogasa i za chwilę w popiół się zamieni.

 Książę klaskał z uciechy w dłonie tak, że aż wiatr prosił go, aby pilnował się i raczej trzymał mocno, bo mógłby upaść i zawisnąć na której z wież kościelnych.

 Bo orzeł leci niesłychanie szybko, ale wiatr wschodni leciał jeszcze prędzej. — Teraz możesz już dojrzeć Himalaje — powiedział księciu, — jest to najwyższe pasmo gór w Azyi, a wkrótce będziemy blizko ogrodu rajskiego.

 I wiatr skierował się trochę na południe, a wkrótce do obu podróżników doleciał od ziemi cudowny zapach kwiatów i ziół. Figi i granaty rosły tu wszędzie, a gałęzie winnej łozy uginały się pod ciężarem złotych i ciemnych jagód. Tutaj obaj opuścili się na ziemię w miękką trawę, a kwiaty pokłoniły im się główkami, jakby pozdrawiały przybyłych.

 — Czy już jesteśmy w rajskim ogrodzie? — zapytał książę.

 — Nie, jeszcze nie, — odparł wiatr — lecz wkrótce tam będziemy. Czy widzisz tę ścianę skalną i otwór jaskini zakryty, niby firanką, splotami dzikiego wina? Tamtędy jest przejście. Owiń się w swój płaszcz, bo choć tutaj słońce pali, ale o krok dalej spotkasz już lodowate zimno. Ptak, któryby to miejsce mijał, kąpałby jedno skrzydło w upale lata, podczas gdy drugiem jużby znajdował się w chłodzie zimy, taką nagłą jest tam zmiana powietrza.

 — A