7 nawyków szczęśliwego małżeństwa - Stephen R. Covey - ebook

7 nawyków szczęśliwego małżeństwa ebook

Stephen R. Covey

0,0
33,90 zł

lub
Opis

Aby twój związek zawsze był na pierwszym miejscu.

W dzisiejszym świecie samo pragnienie stworzenia silnego, trwałego związku i rodziny nie wystarczy. Potrzebujemy nowego nastawienia i dodatkowych narzędzi, aby sprostać rozmaitym życiowym wyzwaniom. Ponadczasowe i sprawdzone w wielu dziedzinach 7 nawyków to gotowy program na udane małżeńskie i rodzinne życie. Trzeba jednak wiedzieć, jak go realizować. W tej książce Stephen R. Covey z żoną Sandrą oraz jego brat John z żoną Jane dzielą się z nami osobistymi historiami na temat tego, jak stosować te zasady na co dzień i jak pomogły im one przetrwać trudne chwile i uporać się z małżeńskimi kłopotami. Wyjaśniają, co to znaczy zaczynać z wizją celu i myśleć w kategoriach wygrana-wygrana. Podkreślają, jak ważna jest empatyczna komunikacja, twórcza współpraca i „ostrzenie piły”, czyli odpoczynek i regeneracja. Ich pragmatyzm, ciepły humor i rodzinne anegdoty sprawią, że 7 nawyków szczęśliwego małżeństwa nie tylko umocni wasz związek, ale też wywoła uśmiech na twarzach.

Doktor John Covey jest dyrektorem i współzałożycielem oddziału doradztwa rodzinnego organizacji FranklinCovey Company, w której był przez wiele lat starszym konsultantem.

Jane P. Covey jest doświadczoną mówczynią motywacyjną i edukatorką, jak również współautorką książki The Proactive Family Guidebook i autorką licznych artykułów na temat relacji rodzice–dziecko.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 121

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Przed­mowa

Od dwu­dzie­stu pię­ciu lat odwie­dzamy różne miej­sca na całym świe­cie – w Azji, Euro­pie i obu Ame­ry­kach – ucząc zasad i pojęć przed­sta­wio­nych w książce 7 nawy­ków szczę­śli­wej rodziny. Jak można się domy­ślać, wiele zada­wa­nych nam pytań doty­czy zwłasz­cza tego dyna­micz­nego i w rów­nym stop­niu satys­fak­cjo­nu­ją­cego jak fru­stru­ją­cego związku dwojga doro­słych ludzi nie zawsze będą­cych for­mal­nie mał­żeń­stwem, który nazy­wają rodziną. Dla­tego chcie­li­by­śmy podzie­lić się z wami tym, czego się nauczy­li­śmy. Przede wszyst­kim chcemy wyznać, że nie umiemy zde­fi­nio­wać dokład­nie, czym jest rodzina lub mał­żeń­stwo. Cza­sami ludzie zawie­rają for­malne mał­żeń­stwo, cza­sami nie, ale i w jed­nym, i w dru­gim wypadku zależy im na powo­dze­niu ich związku. I dla­tego nie jest istotne, jakim ter­mi­nem go opi­su­jemy. Naj­waż­niej­sze jest powo­dze­nie i szczę­ście osób, które kochasz i które ota­czają cię na co dzień. Nie­istotne, jaką kon­kretną kon­fi­gu­ra­cję two­rzą wasz zwią­zek i rodzina. Naj­waż­niej­sze, aby­ście byli zgodni – ty i druga osoba – co do tego, że jest to mariaż dwóch umy­słów i dwóch serc złą­czo­nych miło­ścią, wza­jem­nym odda­niem i wspólną wizją uda­nego życia rodzin­nego.

Z naszych podróży dowie­dzie­li­śmy się także, że w każ­dej kul­tu­rze rodzina to coś wię­cej niż grupa osób miesz­ka­ją­cych pod jed­nym dachem. Rodzina to coś świę­tego, nie­za­leż­nie od jej formy i wiel­ko­ści. A ponie­waż rodzina to rzecz święta, jeste­śmy prze­ko­nani, że jako doro­śli i doj­rzali part­ne­rzy powin­ni­śmy robić wszystko, co w naszej mocy, by nasze życie rodzinne było szczę­śliwe, udane i zdrowe. Szczę­śliwe rela­cje rodzinne to nie­zbędny waru­nek naszego oso­bi­stego dobro­stanu, a także dobro­stanu spo­łe­czeń­stwa i jego pomyśl­nej przy­szło­ści.

Możemy zadać pyta­nie, co spra­wia, że nie­któ­rzy part­ne­rzy są bar­dziej, a inni mniej sku­teczni, jeśli cho­dzi o budowę uda­nego związku. Czy ist­nieją jakieś zasady doty­czące ludz­kiej sku­tecz­no­ści i odno­szące się do wszyst­kich ludzi? Oczy­wi­ście! Nawyki sku­tecz­nego dzia­ła­nia przed­sta­wione w tej książce spraw­dzają się i będą spraw­dzać we wszyst­kim, co robisz, nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści.

Kilka lat temu opu­bli­ko­wano poważną pracę naukową, wynik badań naj­tęż­szych umy­słów w dzie­dzi­nie rela­cji mię­dzy­ludz­kich, zaty­tu­ło­waną „Zapro­gra­mo­wani bio­lo­gicz­nie na two­rze­nie związ­ków”. Wyja­śnia ona, dla­czego jeste­śmy tacy, jacy jeste­śmy, i czego potrze­bu­jemy jako ludzie, by w pełni roz­kwit­nąć emo­cjo­nal­nie. Jej pod­sta­wowe prze­sła­nie brzmi: „Ludzie mają wro­dzoną potrzebę two­rze­nia więzi”. To naj­bar­dziej nie­od­parta z naszych potrzeb, zaraz po potrze­bie fizycz­nego prze­trwa­nia. Co wię­cej, dowie­dziono, że ludzie wcho­dzący w trwałe związki żyją dłu­żej i są szczę­śliwsi.

Pro­blemy w związku i w rodzi­nie nie zni­kają same z sie­bie. Prze­ciw­nie, im dłu­żej trwają, tym bar­dziej się kom­pli­kują. Dla­tego klu­czem do suk­cesu nie jest radze­nie sobie z pro­ble­mami jako takimi, lecz to, jak ty sobie z nimi radzisz. Tu kryje się odpo­wiedź na pyta­nie, dla­czego nie­które związki są szczę­śliwe, a inne nie. My, auto­rzy tej książki, czę­sto porów­nu­jemy zwią­zek do samo­lotu. Piloci zawsze dokład­nie wie­dzą, dokąd lecą, mają plan lotu i wszystko, czego potrze­bują, by utrzy­mać się na kur­sie. Podob­nie jest ze związ­kami mię­dzy ludźmi. Jeśli speł­nione są powyż­sze trzy warunki, twój zwią­zek na pewno będzie udany. Sie­dem nawy­ków, które tu przed­sta­wiamy, to twój plan lotu, a jego celem jest trwały i satys­fak­cjo­nu­jący zwią­zek.

Na samym początku przy­glą­damy się bli­żej ponad­cza­so­wej zasa­dzie two­rze­nia związ­ków mię­dzy­ludz­kich, a potem, już na wyż­szym pozio­mie, poka­zu­jemy, co zro­bić, żeby taki zwią­zek był szczę­śliwy. Całą książkę wypeł­nia mądrość odda­nych sobie nawza­jem osób żyją­cych w trwa­łych związ­kach. Zasady sku­tecz­nego dzia­ła­nia pomogą tobie i two­jemu part­ne­rowi lub part­nerce roz­kwit­nąć jako ludziom, nie­za­leż­nie od tego, gdzie miesz­ka­cie i jakie są wasze oko­licz­no­ści życiowe.

Ta wspa­niała książka poka­zuje, jak Ste­phen i San­dra Covey, ich dzieci oraz inne rodziny sta­rają się żyć sied­mioma nawy­kami. Ja, John, znam Ste­phena od dziecka, bo to mój star­szy brat. Ja, Jane, widzia­łam, jaki wpływ ma Ste­phen na życie mojego męża, Johna, a także jak Ste­phen i San­dra two­rzyli szczę­śliwy zwią­zek odda­nych sobie nawza­jem ludzi, który wpły­nął na całe poko­le­nia. Jestem im rów­nież wdzięczna za to, jak wpły­nęli na moje życie i mał­żeń­stwo. Mogę zaświad­czyć, że zawsze sta­no­wili wspa­niały przy­kład uda­nego, szczę­śli­wego i opar­tego na zasa­dach praw­dzi­wego part­ner­stwa.

Niech ta książka da wam dużo zado­wo­le­nia i rado­ści, ponie­waż została napi­sana dla cie­bie i bli­skiej ci osoby.

dr John Covey i Jane Covey

„Jeśli zasto­su­jesz dzi­siaj choćby jeden z 7 nawy­ków, rezul­taty ujrzysz natych­miast, nie zapo­mi­naj jed­nak, że to przy­goda na całe życie – i jest to życie speł­nione”.

Ste­phen R. Covey

Wstęp

STE­PHEN R. COVEY

Zapra­szam was do lek­tury nowej książki poka­zu­ją­cej, jak sto­so­wać 7 nawy­ków sku­tecz­nego dzia­ła­nia w życiu domo­wym, mał­żeń­stwie i rodzi­nie. Jestem głę­boko prze­ko­nany, że zdrowe mał­żeń­stwo i rodzina sta­no­wią naj­waż­niej­szy fun­da­ment cywi­li­za­cji oraz budu­lec spo­łe­czeń­stwa i że naj­wię­cej rado­ści i satys­fak­cji możemy zna­leźć w naszych domach i rodzi­nach. Uwa­żam także, że naj­waż­niej­sze w naszym życiu jest to, co robimy w domu.

Pięk­nie to ujęła pierw­sza dama Bar­bara Bush w swoim prze­mó­wie­niu do absol­wen­tów Wel­le­sley Col­lege:

Wszyst­kie wasze przy­szłe zobo­wią­za­nia jako leka­rzy, praw­ni­ków czy lide­rów biz­nesu są oczy­wi­ście ważne, ale każdy i każda z was jest przede wszyst­kim czło­wie­kiem i wła­śnie mię­dzy­ludz­kie więzi ze współ­mał­żon­kiem, z dziećmi, z przy­ja­ciółmi będą dla was naj­waż­niej­szą życiową inwe­sty­cją. U kresu życia nikt z was nie będzie żało­wał, że nie zdał jed­nego egza­minu wię­cej, że nie wygrał jesz­cze jed­nej sprawy w sądzie albo nie wyne­go­cjo­wał jesz­cze jed­nej świet­nej umowy. Będzie­cie za to żało­wać czasu, któ­rego nie spę­dzi­li­ście z mężem lub żoną, z dziec­kiem, z przy­ja­ciółką lub przy­ja­cie­lem albo z rodzi­cami. Nasz suk­ces jako spo­łe­czeń­stwa nie zależy od tego, co się dzieje w Bia­łym Domu, lecz od tego, co się dzieje w waszym domu.

Jestem prze­ko­nany, że jeśli jako spo­łe­czeń­stwo będziemy pil­nie i sumien­nie doglą­dać wszyst­kich dzie­dzin życia spo­łecz­nego, zanie­dbu­jąc przy tym nasze naj­waż­niej­sze rela­cje z innymi, naszych part­ne­rów i rodziny, będzie to tak, jak­by­śmy roz­kła­dali leżaki na pokła­dzie Tita­nica. Dag Hammarskjöld, sekre­tarz gene­ralny ONZ, tak to wyra­ził: „Szla­chet­niej jest poświę­cić się cał­ko­wi­cie jed­nemu czło­wie­kowi, niż pra­co­wać sumien­nie nad zba­wie­niem całych rzesz”. Moja żona lubi przy­po­mi­nać mi od czasu do czasu te słowa…

Wszy­scy ludzie mają takie same potrzeby. Chcą czuć się bez­piecz­nie, być doce­niani, kochani i sły­szeć słowa otu­chy. Te potrzeby naj­wspa­nia­lej można zaspo­koić przez więzi łączące kocha­jące się osoby – męża i żonę, dziecko i rodzi­ców. Dla­tego wiel­kim smut­kiem napawa sytu­acja, gdy człon­ko­wie rodziny ich nie zaspo­ka­jają. Ist­nieją też pewne pod­sta­wowe zasady rzą­dzące wszyst­kimi rela­cjami mię­dzy­ludz­kimi, a trzy­ma­nie się tych zasad, czy też natu­ral­nych praw, to nie­zbędny waru­nek domo­wego szczę­ścia. Od ponad pół wieku obser­wuję, jak dra­ma­tycz­nie zmie­niła się rze­czy­wi­stość życia rodzin­nego i mał­żeń­skiego.

Przy­pa­trzmy się sta­ty­sty­kom:

liczba dzieci przy­cho­dzą­cych na świat w nie­peł­nych rodzi­nach wzro­sła czte­ro­krot­nie;

liczba nie­peł­nych rodzin wzro­sła trzy­krot­nie;

ponad­dwu­krot­nie wzro­sła liczba roz­wo­dów;

ponad­trzy­krot­nie wzro­sła liczba samo­bójstw wśród nasto­lat­ków;

rów­no­cze­śnie z 66,7 do 16,9 pro­cent zmniej­szył się odse­tek rodzin, w któ­rych jedno z rodzi­ców spra­wuje w ciągu dnia opiekę nad dziećmi w domu.

Gdy się pomy­śli, co stało się z rodziną w ciągu ostat­nich pięć­dzie­się­ciu lat, odczu­wamy zgrozę i zdu­mie­nie. Wybitny histo­ryk Arnold Toyn­bee powta­rzał, że całą histo­rię ludz­ko­ści można stre­ścić jed­nym zda­niem: „Nic nie jest bar­dziej zawodne niż suk­ces”. Innymi słowy, kiedy nasze dzia­ła­nie jest ade­kwatne do wyzwa­nia lub trud­no­ści, mówimy o suk­cesie. Kiedy jed­nak wyzwa­nie się zmie­nia, wów­czas gwa­ran­tu­jące wcze­śniej suk­ces dzia­ła­nia już się nie spraw­dzają. Zmie­niło się wyzwa­nie sto­jące przed naszym spo­łe­czeń­stwem, doty­czące naszych rodzin i związ­ków, dla­tego musimy wypra­co­wać dzia­ła­nia, które mu spro­stają.

Dzi­siaj już nie wystar­czy samo pra­gnie­nie stwo­rze­nia sil­nej rodziny opar­tej na wię­ziach part­ner­skich. Potrze­bu­jemy nowego spo­sobu myśle­nia, nowego zestawu umie­jęt­no­ści, nowych narzę­dzi, by upo­rać się z tą zmianą. Mamy do czy­nie­nia z cał­ko­wi­cie nową sytu­acją i jeśli mamy być sku­teczni, musimy dzia­łać w rów­nie nowa­tor­ski spo­sób.

7 nawy­ków sku­tecz­nego dzia­ła­nia to wła­śnie taki nowy spo­sób myśle­nia i nowy zbiór umie­jęt­no­ści, wiele par i rodzin korzy­sta z nich, by wzra­stać i nie zba­czać z kursu.

Moja wspa­niała żona San­dra, z którą prze­ży­łem już pięć­dzie­siąt lat, mój brat John i jego żona Jane przed­sta­wiają w tej książce odczu­cia i oso­bi­ste doświad­cze­nia doty­czące sto­so­wa­nia tych spraw­dzo­nych zasad w naszym życiu. Mamy nadzieję, że znaj­dzie­cie w niej słowa, które tra­fią wam do serca i pomogą wpro­wa­dzić te zasady w waszym związku i rodzi­nie, tak byście odnie­śli z nich korzyść, podob­nie jak przy­no­szą korzyść nam i naszym rodzi­nom.

„Pamię­taj, że wie­dzieć i nie dzia­łać to nie wie­dzieć. Uczyć się i nie dzia­łać to nie nauczyć się”.

Ste­phen R. Covey

CZĘŚĆ PIERW­SZA

WPRO­WA­DZE­NIE W 7 NAWY­KÓW SZCZĘ­ŚLI­WEGO MAŁ­ŻEŃ­STWA

San­dra: Świetna sprawa, ponie­waż będziemy mówić o rela­cji mię­dzy dwoj­giem ludzi, dwiema doro­słymi oso­bami, w obrę­bie rodziny. W prze­ko­na­niu wielu z nas ozna­cza to for­malne pod wzglę­dem praw­nym mał­żeń­stwo, ale nie zawsze musi tak być. Możemy mieć też do czy­nie­nia z sytu­acją, w któ­rej dwoje ludzi za obo­pólną zgodą i poro­zu­mie­niem posta­na­wia po pro­stu żyć razem, two­rząc rodzinę, z dziećmi lub bez dzieci. Kiedy o tym pomy­śleć, zdu­miewa, jak czę­sto to się udaje, jeśli wziąć pod uwagę, że oboje pocho­dzą z zupeł­nie róż­nych rodzin i z cał­ko­wi­cie odmien­nych śro­do­wisk, gdzie ina­czej patrzyło się na świat i robiło wiele rze­czy, ina­czej roz­wią­zy­wało pro­blemy, komu­ni­ko­wało się z innymi, gospo­da­ro­wało pie­niędzmi i wycho­wy­wało dzieci. To nie­sa­mo­wite.

Jedno mogę powie­dzieć: w moim mał­żeń­stwie ze Ste­phe­nem ni­gdy nie wiało i nie wieje nudą. On zawsze robi mnó­stwo zabaw­nych i eks­cy­tu­ją­cych rze­czy. Pamię­tam, jak moja mama i tato szli, trzy­ma­jąc się za ręce, do lodziarni, kupo­wali lody, wra­cali do domu, sia­dali na weran­dzie, jedli sobie spo­koj­nie lody i roz­ma­wiali z sąsia­dami. Ste­phen i ja ni­gdy nie robi­li­śmy cze­goś takiego. Stale go pyta­łam: „Co się stało z naszą piękną, dawną prze­szło­ścią, kiedy mia­łeś wię­cej czasu i nie byłeś wciąż pod taką pre­sją?”.

Tak czy owak, mam cudowne życie i wspa­niale jest uczyć się od sie­bie nawza­jem i widzieć, jak dzieci dora­stają, usa­mo­dziel­niają się i też mają eks­cy­tu­jące życie. Dla­tego uwa­żam, że mał­żeń­stwo to dobra rzecz. Sądzę też, że wszy­scy musimy pra­co­wać nad powo­dze­niem związku, cały czas się uczymy, cały czas wyzby­wamy się ego­izmu i coraz wię­cej jest w nas miło­ści i goto­wo­ści dawa­nia. To wspa­niała droga postępu w mał­żeń­stwie.

RÓŻNE RODZINY, RÓŻNE STYLE

Pamię­tam, że naj­trud­niej­szą rze­czą na początku mał­żeń­stwa było to, że mia­łam wra­że­nie, jak­bym była nie­lo­jalna wobec mojej daw­nej rodziny, ile­kroć docho­dzi­łam do wnio­sku, że taki czy inny spo­sób postę­po­wa­nia wynie­siony z mojego domu nie­ko­niecz­nie musi być jedyny. Potrze­bo­wa­łam kilku lat, by zro­zu­mieć, że w każ­dej rodzi­nie wiele rze­czy robi się ina­czej i czło­wiek uczy się, dora­sta i decy­duje, jak robić coś wspól­nie z mężem lub żoną, zamiast powta­rzać coś, co robili jego rodzice.

Krótko po ślu­bie prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do Bostonu. Ste­phen stu­dio­wał, tam uro­dziło się nam dziecko i po roku wró­ci­li­śmy do naszego rodzin­nego mia­sta. Nie minął tydzień, a tu tele­fo­nuje do mnie mama Ste­phena i mówi: „Och, San­dra, strasz­nie się cie­szę, że wró­ci­li­ście. Dzwo­nię, żeby ci powie­dzieć, że Ste­phen, jak był mały, to dosta­wał mleko dla nie­mow­ląt firmy Arden. Aha, no i zawsze kupo­wa­li­śmy dzien­nik «Dese­ret News»”. „O, dzięki za te infor­ma­cje!” – odpo­wia­dam. A potem tele­fo­nuje moja mama i mówi: „San­dra, jak byłaś mała, dosta­wałaś mleko firmy Win­der Dairy, no i pamię­tasz chyba, że u nas w domu zawsze się czy­tało «The Salt Lake Tri­bune»”. Dla­tego musie­li­śmy pójść na kom­pro­mis i nasze dziecko piło mleko firmy Clo­ver Leaf i kupo­wa­li­śmy „Daily Herald”.

I to jest wspa­niałe, dla­tego zawsze powta­rzam wszyst­kim moim dzie­ciom, które mają teraz wła­sne rodziny: „Weź­cie to, co naj­lep­sze z waszych daw­nych rodzin. Nie musi­cie robić tego, co wasi rodzice, rób­cie wszystko tak, żeby było wam z tym dobrze”.

Moja rodzina była bar­dzo otwarta, wszy­scy byli wylewni i oka­zy­wali sobie publicz­nie uczu­cia, cało­wali się i przy­tu­lali. Nikt nie miał żad­nych tajem­nic, wszy­scy wie­dzieli o sobie nawza­jem wszystko. I jak ktoś był na cie­bie wście­kły, to wcale się z tym nie krył. Rodzina Ste­phena była bar­dziej zamknięta w sobie i czło­wiek ni­gdy nie wie­dział, czy szwa­gier lub szwa­gierka ma do cie­bie jakieś pre­ten­sje, i ogól­nie nie afi­szo­wali się z emo­cjami. Dla­tego był to cie­kawy kon­trast. Ste­phen zawsze się sta­rał, żebym mówiła mniej, a ja zawsze się sta­rałam, żeby on mówił wię­cej.

WYKO­RZY­STAĆ SIŁĘ INNYCH

Ste­phen był bar­dzo odważny i lubił rze­czy eks­tre­malne. Polo­wał, żeglo­wał, jeź­dził na nar­tach wod­nych, ska­kał o pół­nocy na główkę do jeziora, jeź­dził na quadach i moto­cy­klach – tego rodzaju rze­czy. Przez kilka pierw­szych lat mał­żeń­stwa, a nawet teraz, wciąż musia­łam i muszę poko­ny­wać w gło­wie głos mojej mamy, która mówi: „Jak popły­niesz tą żaglówką, to się uto­pisz; jak wdra­piesz się na to drzewo, to spad­niesz!”. Żeby pozwo­lić każ­demu z nas być sobą i zara­zem dzia­łać jako zespół, musie­li­śmy dojść do poro­zu­mie­nia. Musi­cie pozwo­lić jedno dru­giemu zadbać o to, co naj­lep­sze dla waszych dzieci, i wspie­rać spo­sób dzia­ła­nia męża lub żony.

Kocham sztukę, teatr, balet, operę oraz podobne rze­czy, więc to ja zawsze kupo­wa­łam bilety na przed­sta­wie­nia, za to Ste­phen wolał mecze koszy­kówki albo fut­bolu i wybie­rał sporty, które upra­wiały nasze dzieci. To wszystko trzeba wypra­co­wać. Pamię­tam, jak nasi chłopcy weszli w wiek nasto­letni; wcze­śniej musia­łam ich cią­gnąć na kon­certy muzyki poważ­nej, ale jak już byli nasto­lat­kami i zaczęli się uma­wiać z dziew­czy­nami, doszli do wnio­sku, że mogą im zaim­po­no­wać zapro­sze­niem do teatru lub fil­har­mo­nii, a dziew­czyny też czuły się wyróż­nione, gdy zapra­szali je na spek­takl bale­towy albo przed­sta­wie­nie, i doszło do tego, że kłó­cili się o bilety, i to naprawdę było fajne.

Jak wspo­mnia­łam, każda rodzina ma wła­sny spo­sób na życie. Powin­ni­śmy sobie uświa­do­mić, że mamy prawo wyboru. Nie musimy robić tego, co robili nasi rodzice, kiedy nas wycho­wy­wali; możemy wybrać, co chcemy, możemy się do sie­bie nawza­jem dosto­so­wać i dowie­dzieć się, co jest ważne dla dru­giej osoby.

KLUCZ DO SUK­CESU TO EMPA­TYCZNA KOMU­NI­KA­CJA

Naj­waż­niej­sze to komu­ni­ko­wać się i roz­ma­wiać. Ste­phen dzwoni do mnie kilka razy dzien­nie, nie­ważne, gdzie jest. Nie­dawno był w Chi­nach, Sin­ga­pu­rze i Hong­kongu, wtedy dzwo­nił i pytał: „Co robisz, kocha­nie?”, a ja mu odpo­wia­da­łam: „Nie wiem, czy wiesz, ale u nas jest trze­cia w nocy” lub coś w tym rodzaju.

Jest jedna rzecz, którą lubimy robić od lat: prze­jażdżki moto­cy­klem. Mamy taką małą hondę i codzien­nie robimy sobie krótką prze­jażdżkę. Wtedy nie ma tele­fo­nów, nie ma dzieci, tylko my dwoje, mamy czas dla sie­bie i na roz­mowę. Jeź­dzimy sobie po oko­licy. W zimie można się prze­siąść na sku­ter śnieżny albo nie wiem… iść na spa­cer. Ważne, żeby­ście mieli czas tylko dla was dwojga, żeby móc poroz­ma­wiać.

Gdy miesz­ka­li­śmy na Hawa­jach, cho­dzi­li­śmy na plażę, spa­ce­ro­wa­li­śmy i roz­ma­wia­li­śmy godzi­nami. I nie­ważne, jak wiel­kie są twoje pro­blemy, jeśli możesz o nich poroz­ma­wiać i podzie­lić się swo­imi tro­skami z uko­chaną osobą, wtedy od razu czu­jesz się lepiej. Ste­phen zawsze mi przy­po­mina, że wszyst­kie uczu­cia, które tłu­mimy w sobie, wcale nie zni­kają, tylko wra­cają w bar­dziej paskud­nej postaci. To prawda, zarówno w odnie­sie­niu do życia mał­żeń­skiego, jak i rodzin­nego. Mał­żon­ko­wie muszą nauczyć się komu­ni­ko­wać swoje tro­ski oraz pro­blemy i mieć pew­ność, że mogą to robić bez­piecz­nie.

Ste­phen bar­dzo dużo podró­żuje i czę­sto nie może uczest­ni­czyć w życiu rodzin­nym, więc kiedy jest poza domem, dzwoni nawet kilka razy dzien­nie. Gdy dzieci były jesz­cze małe, tele­fo­no­wał co wie­czór, roz­ma­wiał z każ­dym z nich i pytał: „Co robisz? Jak ci minął dzień? Powiedz, co u cie­bie sły­chać”. Cza­sami dzwo­nił za pięć dzie­siąta, wszy­scy oglą­da­li­śmy tele­wi­zję, a tu tele­fon. „No nie, znowu tata”, mówi­li­śmy, a potem ktoś doda­wał: „Idź i odbierz”; „Nie, ty odbierz, ja wczo­raj z nim roz­ma­wiałem”. Ale trzeba powie­dzieć, że dzięki temu była komu­ni­ka­cja, nie czu­łam się samotna, będąc sama z dziećmi, i nie mia­łam wra­że­nia, że wycho­wuję je bez pomocy Ste­phena.

Pamię­tam, że gdy słynny przy­wódca reli­gijny i wycho­wawca, David O. McKay, i jego żona mieli za sobą sześć­dzie­siąt lat poży­cia mał­żeń­skiego, któ­re­goś razu dzien­ni­karz spy­tał panią McKay: „Macie pań­stwo takie cudowne mał­żeń­stwo, wciąż się kocha­cie i trzy­ma­cie za ręce. Naprawdę ni­gdy nie myśle­li­ście o roz­wo­dzie?”. A ona odpo­wie­działa: „O roz­wo­dzie ni­gdy, o mor­der­stwie czę­sto”.

Wydaje mi się, że wszyst­kim nam prze­cho­dzi cza­sami przez głowę taka myśl, gdy jeste­śmy sfru­stro­wani, zmę­czeni albo gdy szwan­kuje wza­jemna komu­ni­ka­cja.

DOCE­NIAJ RÓŻ­NICE

Być mężem lub żoną kogoś cał­kiem innego niż ty to wspa­niała sprawa, bo dzięki temu oboje doj­rze­wa­cie i uczy­cie się od sie­bie nawza­jem. Mamy taki spo­sób, który dobrze się spraw­dza, a który polega na tym, że gdy mamy odmienne pra­gnie­nia, na przy­kład ja chcę iść na przed­sta­wie­nie bale­towe, a on na mecz albo jakieś wyda­rze­nie spor­towe, wtedy mówimy sobie coś takiego: „No dobrze, ale powiedz mi tak naprawdę szcze­rze, w skali od jed­nego do dzie­się­ciu, jak ważne jest to dla cie­bie”. Uma­wia­li­śmy się przy tym, że nie będziemy kła­mać, i ja na przy­kład mówi­łam: „Dla mnie to pięć”, a on mówił: „Dla mnie to jeden, więc możemy pójść na balet”. To taki pro­sty przy­kład wza­jem­nej komu­ni­ka­cji, który wciąż bar­dzo nam pomaga. No i nie wolno uda­wać. Mam w łazience taki napis: „Dzi­siaj kocham cię bar­dziej niż wczo­raj. Wczo­raj mia­łam cię ser­decz­nie dość”.

OTWÓRZ SERCE

Praw­cie sobie nawza­jem kom­ple­menty. Dobrze wie­cie, że dzieci raczej nie słyną z wypo­wie­dzi w rodzaju: „Jesteś wspa­niałą mamą, tak dosko­nale sprzą­tasz dom i pie­rzesz nasze ubra­nia, no i gotu­jesz świetne obiady”. Nie usły­szymy zbyt czę­sto takich słów z ust naszych pociech. Jed­nak u nas w domu, ile­kroć przy­go­to­wa­łam wyjąt­kowo pyszne danie lub zro­bi­łam coś wykra­cza­ją­cego choć tylko tro­chę poza codzienną rutynę, Ste­phen mówił: „No, kochani, owa­cja na sto­jąco dla mamy!” – po czym wsta­wał razem z dziećmi i kla­skali mi, dzię­ku­jąc za obiad lub coś innego. Poza tym nasze dzieci, gdy ktoś w rodzi­nie zro­bił coś eks­tra, wołały na cześć tej osoby „Hip, hip, hura”. Bar­dzo mi się podoba ta nasza rodzinna tra­dy­cja.

Roz­ma­wiaj­cie. Kobie­tom łatwiej przy­cho­dzi mówie­nie o uczu­ciach i wia­domo: zawsze chcemy, żeby mężo­wie powie­dzieli dokład­nie to, co chcemy usły­szeć. Mamy przy­ja­ciół, Tru­mana i Ann Mad­se­nów. Ann powie­działa mi kie­dyś: „Któ­re­goś wie­czoru mówię do Tru­mana: «Kocha­nie, jesteś cudowny, jesteś naj­lep­szym mężem na świe­cie. Jestem taka szczę­śliwa, że jestem twoją żoną. Nie potra­fię sobie wyobra­zić kogoś cudow­niej­szego i bar­dziej zatro­ska­nego o mnie niż ty». Naprawdę tak myśla­łam i chcia­łam, żeby mi powie­dział to samo, a on odparł krótko: «Ja też»”. Cza­sami to jedyna odpo­wiedź, jaką usły­szymy, i dla­tego musimy szu­kać „słów” męża wyra­żo­nych w innej postaci.

DEMON­STRUJ SWOJE SZCZĘ­ŚCIE I MIŁOŚĆ

Nasz inny rodzinny zwy­czaj to wylewne powi­ta­nia i poże­gna­nia. Gdy któ­reś z nas wraca do domu, rzu­camy wszystko i idziemy się przy­wi­tać. Nie­ważne, czy cho­dziło o nas, czy o któ­reś z dzieci, zawsze sta­ra­li­śmy się zade­mon­stro­wać naszą radość z przy­by­cia tej osoby: „O, jesteś! Opo­wia­daj, jak minął ci dzień!”. Ważne było dla nas, żeby to robić bez uda­wa­nia, żeby druga osoba wie­działa, że naprawdę cie­szymy się z jej powrotu. Podob­nie było, gdy ktoś wycho­dził z domu. Zawsze były całusy, przy­tu­le­nia na poże­gna­nie i słowa: „Wra­caj jak naj­prę­dzej”. Uwa­żam, że takie wylewne oka­zy­wa­nie uczuć, gdy ktoś wraca do domu lub wycho­dzi, to dobra sprawa, ponie­waż wtedy mąż lub żona chcą z tobą być, a każdy w rodzi­nie czuje się kochany i wyróż­niony.

Pamię­tam, że gdy byłam dziec­kiem, mama przed powro­tem taty z pracy prze­bie­rała się w lep­szą sukienkę, cze­sała i robiła maki­jaż. Czę­sto ją pyta­łam: „Po co to robisz?” a ona odpo­wia­dała: „Bo tata wraca do domu”. Wiem, że to brzmi strasz­nie sta­ro­świecko, a dla nie­któ­rych może nawet trąci sek­si­zmem, ale moja mama sta­rała się w ten spo­sób poka­zać tacie, że cie­szy się z jego powrotu, i chciała ład­nie wyglą­dać. Widzia­łam wyraź­nie, że tata, po całym dniu pracy, gdy ludzie nie­ko­niecz­nie byli dla niego mili i kiedy może nie udało mu się niczego sprze­dać, był szczę­śliwy, że jest w domu, gdzie jest kochany i doce­niany.

Inna rzecz, którą zawsze robimy w naszym domu, to huczne świę­to­wa­nie uro­dzin. Gdy przy­cho­dzi ten ważny dzień dla każ­dego z nas, to kiedy jubi­lat wstaje z łóżka, już cze­kają na niego balony, napisy i laurki. Uro­dziny to zawsze szcze­gólny dzień połą­czony z uro­dzinową kola­cją. Moi zię­cio­wie i moje synowe zawsze powta­rzają: „Te uro­dziny u was są nie do wytrzy­ma­nia! Jeste­śmy po nich strasz­nie wymę­czeni! To nie uro­dziny, a jubi­le­usz!”.

Pew­nego razu jeden z zię­ciów powie­dział mi: „Wiesz, mamo, na początku trudno mi się było przy­zwy­czaić do tego, że tak się nawza­jem chwa­li­cie i dopiesz­cza­cie, i uwa­ża­łem, że jeste­ście wspa­niali i w ogóle, ale robi­cie wokół tego za dużo hałasu”. Zamilkł na chwilę, po czym wyrzu­cił z sie­bie: „Ale teraz zaczyna mi się to podo­bać”.

Z POCZU­CIEM HUMORU ZAJE­DZIE­CIE BAR­DZO DALEKO

Mał­żeń­stwo to wspa­niała sprawa. To wię­cej, niż czło­wiek może się spo­dzie­wać, że utar­guje od życia, a zara­zem coś o wiele trud­niej­szego, niż nam się począt­kowo wydaje. Jeśli cho­dzi o mojego Ste­phena, uwa­żam, że to naj­wspa­nial­szy mąż na świe­cie, uwiel­biam z nim być i jestem szczę­śliwa, że wyszłam za niego.

Mamy swoje ulu­bione miej­sce w Mon­ta­nie, dokąd jeź­dzimy każ­dego lata, a w zimie na narty. Któ­re­goś razu wybra­li­śmy się tam wcze­sną jesie­nią, kiedy dni były już chłodne. Powrót wypadł w nie­dzielę, więc wsta­li­śmy wcze­śnie rano i w odświęt­nych ubra­niach poszli­śmy do kościoła, a potem ruszy­li­śmy w sze­ścio­go­dzinną drogę do domu.

Po jakimś cza­sie za kie­row­nicą Ste­phen mówi do mnie: „Tro­chę się zmę­czy­łem, popro­wa­dzisz za mnie?”. „Jasne” – odpar­łam. Poło­żył się na tyl­nym sie­dze­niu, żeby się zdrzem­nąć, a ja pro­wa­dzi­łam, ale potem też mi się oczy zaczęły kleić, obu­dzi­łam go i mówię: „Wiesz co, teraz ty znowu popro­wadź, a ja położę się z tyłu, bo widzę, że zro­bi­łeś tam takie fajne posła­nie”.

„Nie ma sprawy” – powie­dział. Zje­cha­łam na par­king, wysia­dłam, on też wysiadł i usiadł za kie­row­nicą. Pode­szłam do bagaż­nika, otwo­rzy­łam go, wrzu­ci­łam moje ele­ganc­kie szpilki, bo nie będę prze­cież spać w szpil­kach, i zatrza­snę­łam go z powro­tem.

Kiedy Ste­phen usły­szał odgłos zamy­ka­nego bagaż­nika, pomy­ślał, że zamknę­łam tylne drzwi i jestem już w środku, więc ruszył. Zro­bił mi już kie­dyś dla żartu taki numer, bo myślał, że to jest śmieszne, i musia­łam biec za samo­cho­dem. Uzna­łam więc, że teraz robi to samo, ale nie, widzę, że wyjeż­dża z par­kingu i pró­buje włą­czyć się do ruchu na auto­stra­dzie. „Dobra – pomy­ślałam – i tak zaraz go dogo­nię”.

Ale patrzę, a on dodaje gazu i po chwili znika mi z oczu, a ja stoję jak sie­rota na pobo­czu w ele­ganc­kiej sukience, raj­sto­pach, bez butów i jest mi, nie powiem, tro­chę zimno… I myślę sobie: „No pięk­nie. Cie­kawe, kiedy się zorien­tuje i wróci?”. Cze­kam, cze­kam, cze­kam, a on nie wraca… Wciąż mijają mnie pędzące samo­chody, w końcu któ­ryś kie­rowca, widząc kobietę bez butów, zadzwo­nił chyba na poli­cję i powie­dział: „Wła­śnie jakiś facet wyrzu­cił z samo­chodu żonę, która stoi teraz boso na auto­stra­dzie”.

Pew­nie tak było, bo dwa­dzie­ścia minut póź­niej zatrzy­muje się przy mnie radio­wóz i poli­cjant pyta:

– Jakaś kłót­nia rodzinna?

– Ależ skąd! – odpo­wia­dam. – Mąż odje­chał, bo myślał, że jestem już w samo­cho­dzie.

– No, to tro­chę dziwne – mówi poli­cjant. – Nie zauwa­żył, że nie ma pani obok niego na przed­nim sie­dze­niu?

– Nie, nie! Mia­łam usiąść z tyłu, bo chcia­łam się poło­żyć i tro­chę prze­spać.

– Aha, rozu­miem – odpo­wiada poli­cjant bez prze­ko­na­nia, a potem dodaje: – No dobrze, pro­szę wsia­dać, poszu­kamy pani męża.

Wsie­dli­śmy do wozu i poli­cjant pyta:

– Czy mąż ma przy sobie komórkę? – Odpo­wia­dam, że ma, więc na to on: – Dobrze, zadzwo­nię do niego. – Wybiera numer i pyta: – Czy pan Covey?

– Przy tele­fo­nie.

– Z tej strony poli­cja auto­stra­dowa. Może pan powie­dzieć, gdzie pan się teraz znaj­duje?

A mój Ste­phen na to:

– Nie wiem. Pro­wa­dziła żona, a ja spa­łem. Teraz ja pro­wa­dzę i nie wiem dokład­nie, gdzie jestem. Może w Wyomingu, a może już w Utah. Chwi­leczkę, zapy­tam żonę, śpi z tyłu. – I sły­szę w słu­chawce, jak woła: „San­dra! San­dra, obudź się! Gdzie jeste­śmy?”.

Tu odzywa się poli­cjant:

– Halo, panie Covey! Żona pana nie usły­szy, bo sie­dzi obok mnie w radio­wo­zie.…

W końcu go dogo­ni­li­śmy. Widzę, jak wysiada z samo­chodu, i myślę sobie, że na pewno musiał się tam na par­kingu odwró­cić i zoba­czyć, że mnie nie ma, ale on mówi, że w ogóle się nie odwró­cił, bo pomy­ślał, że zaraz go popro­szę, żeby się znowu zatrzy­mał przy toa­le­cie, więc wolał jechać i być jak naj­szyb­ciej w domu, bez zbęd­nych posto­jów. „I dla­tego nawet się nie obej­rza­łem, bo zakła­da­łem, że jesteś w samo­cho­dzie”.

Sto­imy przez chwilę, poli­cjant dalej nie może uwie­rzyć w całą tę histo­rię, a Ste­phen mówi:

– Ale będę miał co opo­wia­dać!

Na to poli­cjant:

– Pan?! A co ja opo­wiem kole­gom na komi­sa­ria­cie! Ste­phen Covey pokłó­cił się z żoną i zosta­wił ją na auto­stra­dzie.

I taki wła­śnie jest mój mąż, który zosta­wia mnie na auto­stra­dach. Z poczu­ciem humoru zaje­dzie­cie daleko. Zarówno w życiu, jak i w mał­żeń­stwie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Die 7 Wege zu glücklichen Bez­ie­hun­gen

Fran­klin­Co­vey and the FC logo and tra­de­marks are tra­de­marks of Fran­klin­Co­vey Co. and their use is by per­mis­sion

Copy­ri­ght © Fran­klin­Co­vey Com­pany

Copy­ri­ght © 2021 GABAL Ver­lag GmbH, Offen­bach

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2020

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Agnieszka Horzow­ska

Opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i pro­jekt okładki: Piotr Majew­ski

Foto­gra­fia na okładce: Shut­ter­stock.com

Wyda­nie I e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: 7 nawy­ków szczę­śli­wego mał­żeń­stwa, wyd. I, Poznań 2021)

ISBN 978-83-8188-874-5

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer