zAfganistanu.pl  - Ogdowski Marcin - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Ender Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 251 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka zAfganistanu.pl - Ogdowski Marcin

Książka długo oczekiwana. Pozwoli zobaczyć inny obraz – inny niż to, co pokazują media w kraju – trudu, wysiłku i poświęcenia polskich żołnierzy.

Waldemar Skrzypczak, generał broni rezerwy

Z Marcinem Ogdowskim w jego postrzeganiu wojskowej rzeczywistości Afganistanu nie zawsze się zgadzam, bo inaczej patrzy na nią żołnierz, a inaczej reporter. Książka ta jest jednak lekturą obowiązkową dla wszystkich, których interesuje codzienność najbardziej bojowej polskiej misji zagranicznej. Za każdą z liter tego niezwykłego Alfabetu kryje się poświęcenie, odwaga, bohaterstwo, obawa, radość czy smutek. Bo te właśnie uczucia są udziałem polskich żołnierzy podczas służby w Afganistanie.

Kpt. Marcin Gil, oficer prasowy 6 Brygady Powietrznodesantowej

Książka jest niesamowita. Zawsze chciałem wydać taki tekst. Nie pamiętam równie szczerego, a przy tym bezstronnego i sprawiedliwego reportażu. Relacja Marcina Ogdowskiego jest szczególnie ważna, bo dotyczy naszego udziału w misji w Afganistanie (tak, naszego, bo my wszyscy, cały naród, wysłaliśmy tam polskich żołnierzy). Ogdowski opisuje niełatwą rzeczywistość afgańskiej wojny. Intryguje nieszablonowym spojrzeniem na konflikt, dostrzega człowieka pod mundurem, burką, turbanem i nie pozostawia czytelnika obojętnym. Znajduje zrozumienie dla każdego, choć obnaża wiele ludzkich słabości. Jest przyjacielem naszych żołnierzy, wśród których przebywał i o których pisze jak o braciach. Delikatność i zrozumienie, np. w opisie sytuacji żon "misjonarzy", kontrastuje z brutalną prawdą o konsekwencjach wojny. Uczestniczył w patrolach, w których otarł się o śmierć, ale nie chełpi się doświadczeniami komandosa. Opowiada o strachu, nadziei, przyjaźni, a my poznajemy prawdziwego faceta, który sposobem bycia i swoją relacją zyskuje szacunek i podziw czytelnika. Prawdziwe Mocne Dziennikarstwo.

Sławek Brudny, wydawca

Myślę, że byłbym kiepskim żołnierzem. Nienawidzę ścisłej hierarchii i bezwzględnego podporządkowania. Pewnie dlatego zamiast armii wybrałem studia socjologiczne, a później zawód dziennikarza. Ale zainteresowanie wojskiem nie pozostało bez wpływu na to, co robię. To dlatego jako korespondent znalazłem się w Afganistanie, a wcześniej w Iraku. Tym, co w wojnie interesuje mnie najbardziej, nie są techniczne aspekty militarnych operacji. W wojnie – tu trzeba nazwać rzecz po imieniu – pociąga mnie jej codzienność. Żołnierze nie tylko biorą udział w akcjach – częściej na nie czekają, korzystając z wątpliwych uroków bazy. A cywile nie zakopują się pod ziemię z intencją, by wygrzebać się po wszystkim. Próbują jakoś żyć. I o tym starałem się pisać.

Marcin Ogdowski

Opinie o ebooku zAfganistanu.pl - Ogdowski Marcin

Fragment ebooka zAfganistanu.pl - Ogdowski Marcin








Marcin Ogdowski

zAfganistanu.pl

Alfabet polskiej misji

 




Polakom, poległym w Afganistanie

„Szymon był dla mnie jak brat, wychowaliśmy się

w jednej piaskownicy, nieraz jedliśmy z jednej miski.

Zamiast pić flachę za jego powrót, dziś mogę tylko zapalić znicz...”

Komentarz na blogu „zAfganistanu.pl” autorstwa Adriana,

przyjaciela kaprala Szymona Graczyka,

poległego 9 października 2009 roku



Prolog, czyli z workiem na głowie

Prowadzący terenówkę kierowca nie miał szczęścia. Chwilę wcześniej rozgadany i uśmiechnięty, kilka sekund później – po tym, jak seria odłamków przebiła blaszane drzwi i szybę – martwy i okaleczony, skurczył się dziwnie w fotelu. Siedzący obok dziennikarz patrzył na swoje ręce i brzuch, zachlapane krwią i wnętrznościami zabitego. Z powodu tego widoku nie dostrzegł biegnących w kierunku pojazdu mężczyzn z kałachami.

– Jezuuu... – z tyłu SUV-a słychać było pojękiwania rannego fotoreportera.

A potem jego przeraźliwy krzyk:

– Kurwa, szuszfole!

Ostrzeżenie podziałało jak kubeł zimnej wody – dziennikarz gwałtownie oprzytomniał. Jakimś cudem nie trafił go żaden z większych odłamków; zważywszy na okoliczności, miał się całkiem nieźle...

– Załóżmy, że dżipa mimo wszystko da się prowadzić. Co robicie w takiej sytuacji? – spytał wysoki, chudy porucznik siedzących w szkolnych ławach dziennikarzy. Był lipiec 2007 roku; koszmarny incydent to tylko hipotetyczna sytuacja, choć sugestywnie opisana przez blond chudzielca.

– Siadam za kółkiem i uciekam – odpowiedziała zdecydowanie jedna z dziennikarek uczestniczących w pierwszym w Polsce kursie dla korespondentów wojennych, zorganizowanym przez Centrum Szkolenia na Potrzeby Sił Pokojowych w Kielcach.

– Dobrze... – przytaknął oficer, choć sprawiał wrażenie, że taka odpowiedź nie w pełni go satysfakcjonuje. – Ale co z zabitym? – dopytywał się dalej.

– No, spycham ciało tak, by nie przeszkadzało mi w jeździe, ale jednocześnie pozostało w aucie? – bardziej spytałem, niż stwierdziłem.

– Właśnie! – na twarzy porucznika widać było satysfakcję. – W wojsku mamy taką zasadę: wracamy wszyscy, żywi i martwi. Ciało żołnierza, ale i ciało dziennikarza, nie powinno dostać się w ręce terrorystów. Bo to oznacza, że za kilka godzin jego zbezczeszczone szczątki obejrzy w telewizji cały świat...

Tydzień wcześniej cieszyłem się ostatnimi dniami urlopu i towarzystwem żony w uroczej czeskiej Pradze.

– Marcin, przyszedł list z ministerstwa obrony, masz wziąć udział w jakimś szkoleniu – głos redaktora naczelnego brzmiał tak, jakbym miał się wybrać na owiane legendą spędy rezerwistów. Z miejsca minęła mi złość, że ktoś z pracy zawraca mi głowę telefonem. – Aha, musisz je zaliczyć, jeśli nadal chcesz jeździć – dodał mój rozmówca, wprawiając mnie w lekkie zdumienie.

Owo „jeździć” dotyczyło Iraku i Afganistanu – wyjazdów z akredytacjami MON-u do stacjonujących tam polskich kontyngentów wojskowych. Do tej pory zaliczyłem już kilka reporterskich wypraw do Iraku, skąd więc nagle pomysł, że powinienem się szkolić?

„Pal licho, trzeba, to trzeba” – powiedziałem sobie, licząc przy okazji na fajną przygodę. I cztery dni później siedziałem w specjalnym autobusie do Kielc. Kilkunastoosobowe towarzystwo bawiło się świetnie, nonszalancko podpisując podsunięte kwity, w których oświadczaliśmy, że nie będziemy rościć pretensji do MON-u w razie jakiegokolwiek uszczerbku na zdrowiu. Wszystko przecież wskazywało na to, że jedyne, co nam grozi, to kac...

– O kurwa, znowu... – praktyczna część ćwiczeń najwyraźniej zmęczyła już jednego z moich kolegów. Nasz konwój CIMIC[1], jeżdżący od rana po podkieleckich wioskach udających afgańskie wsie, po raz kolejny wpadł w zasadzkę. Słychać było strzały, pokrzykiwania, ktoś rzucił świecę dymną. To tylko ćwiczenia, ale z zachowaniem – jak mówią w wojsku – realizmu pola walki.

– Niezła rozpierducha – skomentowałem. – I chyba przegrywamy – dodałem na widok strzelca z pojazdu za nami, który teatralnie rozłożył ręce i położył się na burcie wieżyczki strzelniczej, zwanej ganerką.

Śmialiśmy się, gdy nagle otworzyły się drzwi Honkera. Dwóch zamaskowanych gości z kałachami w rękach darło się na nas, imitując wrzaski, które w ich odczuciu wydawaliby z siebie talibowie.

– Wypieprzać! – jeden z nich przeszedł na angielski.

Jeszcze nie straciliśmy rezonu, jeszcze trwała zabawa. „To tylko ćwiczenia” – tłumaczyłem sobie, gdy jeden z „bojowników” rzucił mnie brutalnie na drogę. I zerwał ze mnie hełm i kamizelkę.

– Boli! – zaprotestowałem.

– Zamknij się! – wrzasnął oprawca i uciszył mnie solidnym kopniakiem w bok. Straciłem oddech, a „porywacz” spętał mi ręce za plecami plastikowym paskiem. „Kajdanki” wrzynały się w nadgarstki, bolało jak cholera, ale nie to było najgorsze. Bo oto za chwilę na mojej głowie wylądował elastyczny worek. Odtąd nie widziałem już nic. I chyba się dusiłem...

– Worek nie zabije, chyba, że ktoś użyje folii – mówił po wszystkim „Chudy”. – Założenie go na głowę to chwyt psychologiczny: bo nagle nic nie widzisz, jesteś bezwolny, jeszcze bardziej bezbronny. Tak łamie się największych twardzieli...

Żaden ze mnie twardziel. I nie pomagała mi już świadomość, że to tylko ćwiczenia. Bo brak powietrza i klaustrofobiczny lęk były jak najbardziej realne...

Tymczasem „porywacze” zaczęli pakować nas do samochodów.

– Wstawać! – krzyczeli.

Tylko jak tu się podnieść, mając spętane dłonie i worek na głowie? Pomogły kopniaki i gorąca lufa przyłożona do skroni. Nie, żebym się bał, że ktoś rozwali mi mózgownicę. W końcu to tylko ćwiczenia. Ale seria tuż przy głowie, a po niej bolesne dzwonienie w uszach przez następne minuty – to wystarczająco dotkliwa kara za niesubordynację...

Miałem szczęście – trafiłem na pakę jednego ze zdobycznych Honkerów. Część kolegów zaliczyła podróż w bagażnikach cywilnych aut „terrorystów”. Z workiem na głowie i spętanymi rękoma, przy trzydziestopięciostopniowym upale...

– Żadnych niepotrzebnych ruchów, żadnych rozmów! Mówicie tylko wtedy, kiedy wam każemy – tłumaczyli zasady „porywacze”. Odwróciłem się w stronę, z której usłyszałem te słowa. Jakaś ręka brutalnie złapała mnie za kark i docisnęła głowę do dołu. Od tej pory już wiedziałem, że to najlepsza pozycja, by uniknąć kolejnych razów...

Kilkanaście minut później klęczałem na betonowej posadzce. Dźwięki rozchodziły się tak, jakbyśmy byli w hali fabrycznej. Trudno było je znieść, zwłaszcza w takim natężeniu. Puszczona na cały regulator orientalna muzyka przeplatała się z wystrzałami z kałachów, krzykami „jeńców” i „porywaczy”. Pomagało szerokie otwarcie ust – do czasu, kiedy któryś z opiekunów nie polał mojej głowy wodą. Worek przykleił mi się do twarzy, niedawno uspokojony oddech znów zaczął wariować. Łapałem powietrze jak ryba, czułem, że mam już dość.

Straciłem orientację. Nie wiem, po jakim czasie podszedł do mnie jeden z „terrorystów”. Wyprowadził mnie z budynku i zostawił pod ścianą.

– Rusz się, a dostaniesz – ostrzegł i... zluzował pęta.

Nadgarstki bolały koszmarnie, zdrętwiała mi cała lewa ręka. Zaciskałem i otwierałem dłonie, by pobudzić krążenie, i nagle dotarło do mnie, że są wolne! Oparłem je na udach – i nic. A przecież się ruszyłem... Zerwałem więc worek z głowy, myśląc: „A niech się dzieje!”. Zamiast kopniaka i serii przy uchu – cisza. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że klęczę przed kotłownią. W oknie nade mną dostrzegłem plecy jednego z „terrorystów”. Odwrócił się i stracił mnie z pola widzenia...

Podniosłem się i zacząłem biec. Przez hałdę węgla, dwa wysokie płoty – byle dalej od tego paskudnego miejsca...

Moja „ucieczka do wolności” skończyła się kilkaset metrów dalej, gdy wpadłem na oddział szykujący się do odbicia „zakładników”. Obserwując ich akcję, dziękowałem sobie za desperacki odruch – ominęła mnie wątpliwa przyjemność kulenia się w pomieszczeniu wypełnionym dymem z granatów i odgłosami serii strzałów, z workiem na głowie i spętanymi rękoma. Nie zastosowano wobec mnie procedury sprawdzenia, czy przypadkiem nie jestem podszywającym się pod „porwanego” „bojownikiem”. Po prostu, scenariusz ćwiczeń nie zakładał ucieczki dziennikarza, miałem więc święty spokój.

Ale nie ma tego dobrego – wkrótce dopadł mnie uporczywy ból. Okazało się, że gwałtowne wykręcenie lewej ręki poskutkowało naderwaniem jednego z mięśni piersiowych. I w towarzystwie tego bólu pięć dni później wylądowałem w Afganistanie...

Tak zaczęła się moja pierwsza poważna przygoda z tym krajem, nie licząc krótkiego pobytu w Bagram latem 2004 roku oraz lektury paru książek. Tak też na dobre wszedłem w temat, który jest przedmiotem niniejszej książki. O polskiej misji wojennej w Afganistanie można pisać na różne sposoby. Ja od sierpnia 2009 roku robię to już nie tylko jako reporter, który spędził z polskimi żołnierzami wiele tygodni, ale również jako autor blogu „zAfganistanu.pl”. Podstawą książki są zamieszczone tam wpisy, poszerzone i usystematyzowane w postaci alfabetu ułożonego z haseł, które w mojej ocenie tworzą w miarę pełny i rzetelny obraz misji.

Zapraszam do lektury.

Fot. Marcin Wójcik

Wizja Afganistanu przedstawiona w książce jest mało podróżnicza. To narracja poświęcona temu, jak widzą ów kraj i jak sobie w nim radzą polscy żołnierze. Na zdjęciu widok z tak zwanej „góry szpiega”, położonej przy bazie Warrior.



[1] Civil-Military Co-operation – dosł. cywilno-wojskowa współpraca; skrót określa jednostki zajmujące się pomocą humanitarną.


A jak ajdik

Paskudny dzień dobiegał końca, a ja marzyłem tylko o tym, by wyciągnąć się na łóżku, uspokoić skołataną głowę i spróbować zasnąć. Nie było łatwo – ledwo przymknąłem oczy, za chwilę zrywałem się od nadmiaru obrazków, które bombardowały moją wyobraźnię. Myśli wciąż wracały ku patrolowi, z upodobaniem skupiając się na przytłumionym odgłosie wybuchu, który nastąpił na przedzie kolumny, oraz na minach, jakie sekundy później pojawiły się na twarzach siedzących ze mną w Rosomaku żołnierzy.

Podniosłem się z łóżka i zacząłem chodzić po kampie[2], by w ten sposób odgonić wspomnienia z feralnego wyjazdu, w którym zginął Marcin Poręba. Nagle ktoś zapukał do drzwi.

– Ci kolesie będą spali z tobą – chłopak w cywilkach wskazał głową trzech stojących za nim Amerykanów. Od kilku godzin było już ciemno, tak po afgańsku ciemno, nie od razu więc dostrzegłem twarze przybyszów. „Szlag! Jeszcze ich tu brakowało...” – pomyślałem sobie, choć wiedziałem, że nie było innego wyjścia. Dowódca bazy Giro oddał mi do dyspozycji podwójny kamp, tak naprawdę więc miałem jedno pomieszczenie wolne. Idealne dla niespodziewanych gości.

– To ci saperzy – chłopak położył nacisk na słowo „ci”. – Dziś nikt już po nich nie wróci, mają śmigła dopiero rano. Stary kazał położyć ich u ciebie.

Wtedy mnie olśniło. To tych facetów wezwano do zniszczonego Rosomaka, by ustalili rodzaj ładunku i sprawdzili, czy w miejscu zasadzki nie ma kolejnych min. Zatem to w dużej mierze dzięki nim reszta wozów, w tym mój, dotarła bezpiecznie do bazy. Mimo bólu głowy uśmiechnąłem się szczerze i wyciągnąłem rękę w kierunku Jankesów. Wiedziałem, że będziemy mieli o czym gadać. Mniejsza o szczegóły – nocą z 4 na 5 września 2009 roku z ust moich amerykańskich współspaczy padło wiele ciekawych zdań, ale jedno z nich szczególnie zapadło mi w pamięci. Idealnie bowiem oddawało istotę afgańskiego konfliktu.

– Mówię ci, stary, miny-pułapki to największe gówno w tej gównianej wojnie – powiedział ich dowódca.

Fot. Adam Roik

Eksplozja IED na trasie polskiego konwoju – tym razem w porę znalezionego i zniszczonego przez saperów. Prowincja Ghazni, czerwiec 2010 roku.

Amerykanin wiedział, co mówi – w 2009 roku ponad sześćdziesiąt procent zabitych żołnierzy ISAF[3] padło ofiarą IED[4], jak oficjalnie nazywa się miny-pułapki. W kolejnym roku w takich okolicznościach poległo aż 268 jego rodaków, co stanowiło pięćdziesiąt cztery procent całości amerykańskich strat w Afganistanie. Tak naprawdę wszyscy ci chłopcy zginęli, zanim zdołali sięgnąć po broń...

IED wykonuje się z gotowych elementów – bomb, pocisków czy granatów – bądź tworzy od podstaw z materiałów wybuchowych, z wykorzystaniem rozmaitych nośników: wiader, garnków, rur itp. Zamaskowany, najczęściej wkopany w ziemię, detonuje pod wpływem nacisku lub poprzez zdalne odpalenie – z użyciem kabla i wiązki elektrycznej bądź fal radiowych.

Fot. z archiwum blogu

Pułapki najczęściej zastawiane są pod nawierzchnią dróg, jednak rebelianci wykorzystują również samochody. To tak zwane VBIED (ang. Vehicle Born Improvised Explosive Device – improwizowane urządzenia wybuchowe zainstalowane w pojeździe).

Fot. Marcin Ogdowski

Papierowe worki z napisem „Lucky cement”. W tym przypadku rzeczywiście zawierały cement, a nie saletrę.

Wśród Polaków przyjęła się nazwa „ajdik”, która jest spolszczeniem akronimu IED. Przy czym jest to określenie umowne, stosowane przez żołnierzy nie tylko w odniesieniu do samoróbek. Bo pojazdy koalicji wylatują w powietrze również na tradycyjnych minach, i to nie zawsze będących pozostałością po interwencji radzieckiej w latach osiemdziesiątych XX wieku. Kiedy w listopadzie 2010 roku Polacy weszli do jednego z przejętych talibskich magazynów, ich oczom ukazały się bardzo nowoczesne włoskie miny przeciwpancerne. Ponoć wyjątkowo skuteczne...

Wróćmy jednak do samoróbek. Był ciepły listopadowy dzień 2010 roku. Nasz patrol zajechał do siedziby gubernatora prowincji Ghazni, gdzie od wielu miesięcy realizowano finansowany przez koalicję projekt budowy sali konferencyjnej. Ochraniani przez mundurowych cywilni specjaliści mieli sprawdzić postęp prac. Podczas gdy dwaj inżynierowie, kręcąc się po obiekcie, marudzili na jakość afgańskiej wykończeniówki, moją uwagę przykuły papierowe worki z napisem „Lucky cement”[5]. Kiedyś kupiłem w Afganistanie proszek do prania, na którym jak byk stało „Dirt is good”[6], lecz mimo wszystko poczułem się zaintrygowany.

– Nieźle, co? – jeden z żołnierzy dostrzegł, że przymierzam się do zrobienia zdjęcia pakunkom. – W takich workach często przywożą z Pakistanu saletrę do konstruowania ajdików.

– Aha – wydusiłem z siebie, świadom złośliwości losu. „Szczęśliwy cement”... Nie dalej jak dzień wcześniej na ajdiku wyleciał w powietrze jeden z Rośków, jak pieszczotliwe nazywane są Rosomaki. Czy był to IED skonstruowany z przemycanej saletry? Tego nie wiedziałem, lecz wspomnienie ataku połączone z widokiem worków – mimo że w tym przypadku z pewnością znajdował się w nich cement – spowodowało, iż przeszedł mnie zimny dreszcz.

Choć w sumie ów incydent nie był niczym nadzwyczajnym – tak naprawdę nie ma tygodnia, w którym IED nie uszkodziłyby używanych przez Polaków pojazdów. Złą sławą owiana jest zwłaszcza jedna z dróg, którą z Ghazni można dojechać do Kogani. Nie bez powodu nazywa się ją „ajdisztrase”. Jak mówią żołnierze, „jazda nią to czekanie na pierdolnięcie”.

Szczęśliwie, większość ataków kończy się na lekkich obrażeniach załóg i uszkodzeniach wozów. Znacznie więcej min udaje się odnaleźć i zneutralizować – głównie dzięki saperom, specjalistycznym pojazdom wygrzebującym miny, ale i przeczesującym teren samolotom bezzałogowym, które wielokrotnie nakrywają „kopaczy” w trakcie pracy.

Lecz mimo to „minowe żniwa” także dla Polaków okazują się wyjątkowo krwawe. Szymon Słowik, Hubert Kowalewski, Grzegorz Politowski, Robert Marczewski, Waldemar Sujdak, Paweł Brodzikowski, Paweł Szwed, Marcin Poręba, Artur Pyc, Szymon Graczyk, Radosław Szyszkiewicz, Miłosz Górka, Paweł Stypuła, Dariusz Tylenda, Kazimierz Kasprzak, Marcin Pastusiak, Marcin Knap, Paweł Staniaszek, Paweł Poświat, Szymon Sitarczuk, Rafał Nowakowski, Mariusz Deptuła, Krystian Banach, Piotr Ciesielski, Łukasz Krawiec, Marcin Szczurowski, Marek Tomala. Co łączy te nazwiska? To żołnierze i cywilny ratownik[7] Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie, którzy do tej pory zginęli na skutek wybuchu IED.

Poręba był pierwszym żołnierzem, którego śmierć dopadła w Rosomaku. Stypuła – saper – jak wiele razy wcześniej, usiłował rozbroić ajdika. Nie wyszło... Słowik i Kowalewski zginęli w tym samym Hummerze, później ten sam los spotkał Szweda, Sujdaka i Brodzikowskiego. Ci, którzy mieli nadzieję, że już nigdy więcej nie dojdzie do tragedii o podobnych rozmiarach, byli w błędzie. 21 grudnia 2011 roku wybuch IED zabił całą załogę jednego z pojazdów. Banach, Ciesielski, Krawiec, Szczurowski, Tomala – te nazwiska usłyszała wówczas cała Polska, wstrząśnięta zabójczą skutecznością talibów.

Dwudziestu siedmiu z trzydziestu siedmiu poległych Polaków to ponad siedemdziesiąt procent wszystkich strat...

Nie wszyscy ginęli od razu. Trafiony elementem zniszczonego pojazdu Artur Pyc z ciężką raną głowy w maju 2009 roku został ewakuowany z Afganistanu. Zmarł już w Polsce, nieco ponad trzy miesiące później.

Z dala od pola walki umierał też Paweł Staniaszek, któremu wojskowego szczęścia zabrakło już po kilku dniach pobytu w Afganistanie, zanim jeszcze oficjalnie zaczęła się „jego” VI zmiana. 9 października 2009 roku, wspólnie z żołnierzami kończącej się V zmiany, ubezpieczał konwój logistyczny. W pewnym momencie kolumna wozów zatrzymała się na częściowo zniszczonym odcinku autostrady, w miejscu, w którym wcześniej wybuchło kilka pułapek.

– Saperzy wyszli sprawdzić to miejsce – relacjonował mi oficer V zmiany. – Czynny był jeden pas, bo z drugiego zostało tylko gruzowisko. Chłopaki przeszukały zwężenie, ale niczego nie znalazły.

Jeden z saperów został na zewnątrz, obserwując, czy ich pojazd nie zsuwa się z nieuszkodzonej części jezdni. I wtedy nastąpił wybuch... W eksplozji zginęli saperzy Radosław Szyszkiewicz i Szymon Graczyk, a czterech żołnierzy zostało rannych. Jak później ustalono, minę odpalono z kabla położonego wzdłuż linii asfaltu, dopiero po kilkudziesięciu metrach skręcającego w stronę pobliskiej wsi. Bardzo cienkiego i znakomicie zamaskowanego. Jadący na wieżyczce jako ganer[8] Staniaszek stracił wówczas nogi. Przez wiele miesięcy leczono go w amerykańskim szpitalu w Ramstein i w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie. W marcu 2011 roku znów trafił do WIM, gdzie zmarł kilkanaście dni później. Bezpośrednią przyczyną śmierci osłabionego Staniaszka było zapalenie płuc. Gdy umierał, miał dwadzieścia dziewięć lat...

Większość polskich ofiar IED zginęła w pojazdach, których nie projektowano z myślą o przetrwaniu wybuchu miny-pułapki. Wozami, które z założenia mają lepsze możliwości w tym zakresie, są różnego rodzaju MRAP-y[9]. Istotą ich unikalnej konstrukcji jest podwozie w kształcie litery „V”, które powoduje, że znaczna część energii wybuchu rozchodzi się na boki. Stacjonujące w Afganistanie kontyngenty – w tym polski – dysponują kilkoma typami takich pojazdów. I choć zasadniczo wozy te ocaliły życie wielu NATO-wskich żołnierzy, bywa, że i one zawodzą.

Fot. Marcin Ogdowski

MRAP-y, choć bardziej odporne, nie są niezniszczalne. Na zdjęciu pojazd w warsztacie remontowym w Ghazni, wrzesień 2009 roku.

Mnie utkwił w pamięci incydent, który wydarzył się 13 stycznia 2011, roku sześć kilometrów od polskiej bazy Warrior. Przydrożny IED wybuchł wówczas pod MRAP-em typu RG-31. Amerykańska załoga nie miała żadnych szans – trzech żołnierzy zginęło na miejscu, dwóch zostało rannych. Zniszczony pojazd wchodził w skład zespołu rozminowywania dróg, który jechał na przedzie polsko-amerykańskiego patrolu.

Sama eksplozja była ledwie pierwszym aktem dramatu – wkrótce bowiem okazało się, że Amerykanie nie mogą odnaleźć jednego z członków załogi. Stąd pierwsze informacje mówiące o dwóch zabitych. Ciało trzeciego żołnierza zlokalizowano dopiero następnego dnia, gdy specjalistyczny dźwig podniósł zmasakrowany wrak...

O tym zdarzeniu piszę także z innego powodu. Samoloty bezzałogowe, które wcześniej przelatywały nad miejscem ataku, nie wykryły żadnych „kopaczy”. Na jeszcze wcześniejszych, wykonanych przez bezpilotowce zdjęciach, również nie dopatrzono się śladów naruszeń ziemi.

Fot. Adam Roik

Miejsce eksplozji jednego z ajdików. Prowincja Ghazni, lipiec 2010 roku.

– Najpewniej ładunek pojawił się tam kilka tygodni, a może nawet miesięcy temu – tłumaczył mi parę dni później jeden z oficerów. Amerykanie mieli zatem pecha i nacięli się na tak zwanego „śpiocha” – ajdika zakładanego nie w oczekiwaniu na szybki efekt, lecz z przekonaniem, że przyjdzie czas i pojawi się sposobność, aby go użyć. Szczególnie dużo „śpiochów” ląduje w piachu tuż przed zimą, której przyjście – na skutek zamarznięcia ziemi i opadów śniegu – z reguły oznacza poważne wyciszenie wojny minowej. Odpowiednio zabezpieczone, czekają na wiosenne roztopy...

Pisząc o przebiegłości rebeliantów, nie sposób pominąć innego zjawiska związanego z IED, z którym zetknąłem się osobiście. Ale po kolei...

Sylwetka afgańskiego starca mignęła nam na monitorze wewnątrz Rosomaka. Zamontowana na burcie pojazdu kamera uchwyciła siedzącego mężczyznę, gdy transporter go mijał. Chwilę potem usłyszeliśmy głuchy odgłos, a w radio poszła wiadomość, że jeden z Rośków wjechał na ajdika...

– Szczerbinka, szczerbinka! Widziałeś tego starego!? – pytał mnie jeden z żołnierzy. Nie bardzo wiedziałem, o co mu chodzi, ale kiwnąłem głową, bo starca rzeczywiście widziałem. Co stało się z nim później, nie miałem pojęcia, bo po ataku jakby zapadł się pod ziemię.

Ale dlaczego „szczerbinka”? Później zetknąłem się też z określeniem „marker”, lecz to „szczerbinka” lepiej oddaje sytuację, w której żywy człowiek staje się częścią prymitywnego systemu celowniczego. Bojownik, który zamierza zdetonować IED, najczęściej nie jest samobójcą. Chcąc przeżyć atak, musi go przeprowadzić z bezpiecznego miejsca. I nie tyle chodzi o ochronę przed odłamkami, co o możliwość ucieczki przed żołnierzami koalicji. Im jednak dalej, tym gorzej widać miejsce, gdzie ukryta jest bomba. A tę trzeba zdetonować dokładnie wtedy, gdy pojazd przejeżdża nad nią bądź obok niej.

Jeśli zamachowiec działa w terenie miejskim czy przy uczęszczanej drodze, łatwo mu znaleźć jakiś punkt odniesienia – słup, drzewo, fragment bariery itp. Jednak na off-roadzie musi kombinować. I stąd pomysły na rozmaite „szczerbinki” – od kupek kamieni po żywego człowieka. Sadza się go w linii prostej od podłożonego ładunku, samemu chowając się dalej na jej przedłużeniu. I gdy pojazd koalicji mija żywą „szczerbinkę”, wystarczy odpalić ajdika. Oczywiście, „szczerbinka” zwykle nie siedzi na linii dobrowolnie, tylko pod lufą.

Bezwzględne, prawda? Cóż, w Afganistanie ludzkie życie ma dużo niższą cenę niż w Europie czy w północnej Ameryce...



[2] Blaszanym kontenerze mieszkalnym.

[3] International Security Assistance Force – Międzynarodowe Siły Wsparcia Bezpieczeństwa, oficjalna nazwa wojsk NATO w Afganistanie.

[4] Improvised Explosive Device – improwizowane urządzenie wybuchowe.

[5] Szczęśliwy cement.

[6] Brud jest dobry.

[7] Marcin Knap.

[8] Gunner – strzelec.

[9] Mine Resistant Ambush Protected – pojazdy ze zwiększoną odpornością na miny.


B jak Bagram

Fot. Aleksander Rawski

Świeżo obrana ze skóry owca dyndała na podwieszonym pod okapem haku, a uzbrojony w kilka noży rzeźnik wyciągał z niej wnętrzności.

– Nie podjeżdżaj za blisko bramy – powiedziałem do kierowcy, gdy po obu stronach drogi zaczęły się wyłaniać zabudowania Bagram. Wydawało mi się mało prawdopodobne, by widziany z daleka amerykański żołnierz bez ostrzeżenia wpakował serię z M4 w cywilną Toyotę, ale z drugiej strony – po co ryzykować?

Auto zjechało na pobocze, zatrzymując się przy jednym z rzeźnickich straganów, których pełno było w tej okolicy. Świeżo obrana ze skóry owca dyndała na podwieszonym pod okapem haku, a uzbrojony w kilka noży – jeden w ręku, reszta przy pasku – rzeźnik wyciągał z niej wnętrzności. Pełna misa flaków, krew na ubitej ziemi i klapkach mężczyzny – taki widok ukazał mi się, gdy otworzyłem drzwi samochodu. Kątem oka dostrzegłem uśmiech na twarzy rzeźnika, gdy Alek, fotoreporter pracujący dla kilku wojskowych gazet, podniósł aparat do twarzy. „Taaa. Grunt to mieć fajne zdjęcie przy pracy” – pomyślałem sobie i ruszyłem w kierunku bramy największej bazy ISAF.

Fot. Aleksander Rawski

Oparty o skrzydło rozchylonej bramy mężczyzna w zielonych bojówkach i białych adidasach spojrzał na nas, nie kryjąc znudzenia...

To właśnie z bazą większość osób zainteresowanych Afganistanem kojarzy nazwę Bagram. Tymczasem za murem popularnego „Bafu”[10], wzdłuż szosy prowadzącej do A-1, głównej drogi w tym kraju, rozciąga się całkiem spora miejscowość. Podłej jakości niewysoka zabudowa przywodzi skojarzenia ze slumsami, nie zmienia to jednak faktu, że Bagram ma historię sięgającą starożytności. Tuż przed wybuchem II wojny światowej archeolodzy z Europy znaleźli w centrum miasta tajemniczą piwnicę, a w niej rozmaite skarby sprzed dwóch tysięcy lat, pochodzące z Rzymu, Indii i Persji. W lipcu 2007 roku – gdy po kilku dniach pobytu w Kabulu zjechaliśmy do Bagram – nikt już wiekowych artefaktów nie szukał, a na miano swoistego skarbu zasługiwała co najwyżej ISAF-owska warownia, dająca pracę wielu okolicznym mieszkańcom.

Było nas czterech – ja, Alek oraz Marek i Damian, dziennikarz i fotoreporter „Gazety Wyborczej”. Opuściwszy Toyotę, ruszyliśmy w kierunku uzbrojonych ludzi, w ciągu kilku sekund zyskując zainteresowanie całej chmary dzieciaków. Cóż, parę dni bez golenia i przebywania w afgańskim słońcu nie pozbawiło nas europejskiego wyglądu...

Oparty o skrzydło rozchylonej bramy mężczyzna w zielonych bojówkach i białych adidasach spojrzał na nas, nie kryjąc znudzenia, na wszelki wypadek jednak nie zdejmując palca ze spustu kałasznikowa.

– Dziennikarze – powiedział jeden z nas, a wszyscy wyciągnęliśmy akredytacje, machając nimi przed facetem z niewiadomej formacji. Nie mieliśmy pojęcia, czy Afgańczyk pochodził z ANA[11], bo zamiast mundurowej bluzy miał zwyczajny T-shirt.

– Okej, okej – powiedział tamten, skinął głową w kierunku stojącego głębiej Amerykanina i wrócił do opierania się o bramę.

Sierżant Rose nie miał zbyt przyjaznej miny, lecz gdy usłyszał angielski, wyraźnie się rozpogodził. Właściwie to było mi go żal – samotny strażnik, w pełnym oporządzeniu, sterczący jak kołek w już zachodzącym, ale wciąż prażącym słońcu. A teraz jeszcze my i nasze problemy...

Rose nie mógł tak po prostu wpuścić nas do bazy – nadgorliwy urzędnik z kwatery głównej ISAF wpisał nam w akredytacjach, że „wymagamy eskorty”. Sierżant na eskortę się nie nadawał, bo musiał zostać na posterunku. Poprosiłem go więc, by skontaktował się z polskim PIO[13] – które wówczas mieściło się jeszcze w Bagram – by kogoś po nas przysłano. Niestety, krótka rozmowa przez radio uświadomiła nam, że Amerykanie nie byli w stanie zlokalizować naszych prasowców. Ba, wręcz nie mieli pojęcia o stacjonujących w bazie Polakach.

Fot. Aleksander Rawski

Rose dzwoniący w poszukiwaniu polskiego PIO.

– Macie do nich komórkę? – spytał Rose. Mieliśmy. Ale mieliśmy też aparaty z polskimi kartami, które w Kabulu działały bez zarzutu, lecz pod bramą w Bagram, jak na złość, wskazywały zerowy zasięg. Sierżant miał „roszana”[14], ale za mało impulsów. Gdy my kombinowaliśmy, skąd wytrzasnąć doładowanie, Rose przywołał jednego z chłopców, wcisnął mu w rękę banknot i powiedział coś do ucha. Po dwóch, może trzech minutach mały Afgańczyk przybiegł z butelką fanty i... doładowaniem. Który z rzeźnickich straganów miał „poszerzoną ofertę” – nie miałem pojęcia. W każdym razie chwilę później udało nam się dodzwonić do polskiego PIO.

Rose nie chciał kasy za doładowanie, a gdy tylko zobaczył pick-up, który po nas podjechał, powiedział bez ogródek:

– Spadajcie, panowie, bo mi się tu niezłe zbiegowisko zrobiło – wskazał głową na wyraźnie podekscytowaną obecnością tylu obcych dzieciarnię. No to się zmyliśmy.

Fot. Marcin Ogdowski

Dawne bloki radzieckiej kadry. Bagram, listopad 2010 roku.

– Witam w Bagram – kierowca w charakterystycznej panterce z miniaturą biało-czerwonej flagi na rękawie nie miał pojęcia, że byliśmy tu wcześniej. – Miejscu, w którym dla większości żołnierzy zaczyna się i kończy Afganistan – dodał, jak na mój gust nazbyt teatralnie. Co nie zmienia faktu, że miał rację.

Funkcję, o której wspominał wąsaty sierżant, lotnisko w Bagram pełniło już w latach osiemdziesiątych XX wieku. Tyle że wówczas w hangarach i na pasach nie stały śmigłowce i samoloty z oznaczeniami państw NATO – ówczesne maszyny miały na skrzydłach czerwoną gwiazdę. Przejmując poradziecką bazę, Amerykanie znacznie ją rozbudowali. Lecz i tak najciekawsza architektoniczna pamiątka po Rosjanach znalazła się za murami – mowa o osiedlu bloków, w których mieszkała kadra oficerska Armii Radzieckiej.

Bagram otaczają piękne i wysokie góry (sama baza znajduje się półtora kilometra nad poziomem morza) – to pierwszy widok, który zapiera dech w piersiach nowo przybyłym do Afganistanu. Tylko nieliczni z nich mają świadomość, że to właśnie przez pasma Hindukuszu kilkanaście minut wcześniej podchodzili do lądowania w dość specyficzny sposób. Najpierw wysokie przejście nad wierzchołkami, a potem – gdy samolot znalazł się już niemal nad bazą – ostre zejście w dół.

Nie każdy żołądek potrafi to zaakceptować...

Sama baza nie zachwyca – wygląda jak ogromne składowisko kontenerów i parterowych baraków z dykty i blachy. Gdyby nie jej uzbrojeni i umundurowani mieszkańcy, można by odnieść wrażenie, że jest się na prowizorycznym osiedlu robotniczym, obsługującym potężną budowę. Osiedlu wielonarodowym, gdyż Bagram to prawdziwa wieża Babel, pełna między innymi Australijczyków, Kanadyjczyków, Francuzów, Norwegów, Duńczyków, Rumunów, Czechów, Słowaków, Izraelczyków, Koreańczyków, Polaków, Afgańczyków, no i przede wszystkim Amerykanów.

To, że nie zachwyca, nie znaczy, że nie zadziwia – gdy byłem tam pierwszy raz latem 2004 roku, nie mogłem wprost uwierzyć, że w bazie wojskowej, usytuowanej bądź co bądź w kraju ogarniętym wojną, jest miejsce na szkółki salsy, kawiarnie i fast foody. Filie uniwersytetów, kafejki internetowe, kluby gier wideo – i to wydawało się nieprawdopodobne, ale dyskoteki?! Przecierałem oczy ze zdumienia – w takich okolicznościach po raz pierwszy spotkałem się z legendarną dbałością rządu Stanów Zjednoczonych o własnych żołnierzy.

Dbałością jednak przesadną, do czego kilka lat później przyznało się amerykańskie dowództwo. Tuż przed utratą stanowiska w czerwcu 2010 roku ówczesny szef ISAF, generał Stanley McChrystal, wydał polecenie, by w bazach na terenie Afganistanu polikwidować miejsca, które zbytnio rozprężają żołnierzy. „Jesteście na wojnie” – przypominał generał, były komandos o ascetycznej budowie i usposobieniu, i w sumie trudno było mu nie przyznać racji. Co oczywiste, najbardziej na tej decyzji ucierpieli wojskowi i cywile służący w wielkich bazach, z ich klubami tanecznymi i wszelkiej maści fast foodami.

W Bagram z miejsc rozpusty pozostał jedynie obszerny bar kawowy. Najwyraźniej w ocenie dowództwa kawa, słodkie koktajle i ciasteczka nie miały destrukcyjnego wpływu na kondycję i morale armii. Gwoli rzetelności trzeba jednak dodać, że po drugiej stronie ulicy, przy której przez kilka lat stały budy z kaloryczną paszą, nadal znajduje się stołówka, mająca w menu, a jakże – hamburgery. Przed wejściem do niej widnieje dumne obwieszczenie: „Karmimy naszych żołnierzy”...

Swój obecny kształt BAF w jakiejś mierze zawdzięcza Polakom – i nie chodzi o „Białego Orła”, jak nazywa się polska część obozowiska. Przez pięć lat – do kwietnia 2007 roku – stacjonowała tam setka naszych saperów, których zadaniem było oczyszczanie terenu pod rozbudowę bazy. To właśnie tych żołnierzy odwiedziłem latem 2004 roku.

Fot. Marcin Ogdowski

Jeden z saperów polskiego kontyngentu w trakcie rozminowywania terenu pod rozbudowę Bagram. Czerwiec 2004 roku.

– To paskudna i cholernie niebezpieczna robota – przekonywał mnie wówczas kapitan nazwiskiem Reszka. – Statystyka jest okrutna: rozbrojenie tysiąca min kosztuje śmierć lub rany jednego sapera. A w Afganistanie min jest co najmniej dziesięć milionów... – dodał, zastrzegając, że chodzi jedynie o miny pozostawione przez Rosjan. Spytałem go więc, dlaczego mimo dwuipółrocznego pobytu rannych zostało „tylko” dwóch polskich saperów? Zdaniem Reszki, był to efekt „polskiej metody rozminowywania”.

– Nasi saperzy najpierw wysyłają w pole zdalnie sterowane trały i robota. Dopiero potem wchodzą sami, z wykrywaczami. Bośniacy z prywatnej firmy, którzy też rozminowują okolice bazy, od razu grzebią w ziemi. Dostają za to ciężkie pieniądze – do ośmiu tysięcy dolarów za miesiąc. Ale zabitych mają wielu.

Fot. Marcin Ogdowski

Złom z czasów radzieckiej inwazji. Bagram, czerwiec 2004 roku.

Gwoli rzetelności wspomnę o tym, o czym nie mówił mi ów sympatyczny kapitan – że polska metoda rodziła się w bólach, gdyż dwa lata wcześniej jego koledzy, dopóki nie pożyczyli od Norwegów trału, sami wychodzili w teren z saperską szpilką i wykrywaczem. Tak naprawdę ryzykowali wówczas niewiele mniej niż okoliczni mieszkańcy, którzy z upodobaniem eksplorowali rozrzucone w pobliżu bazy stosy poradzieckiego uzbrojenia – samoloty, czołgi, transportery opancerzone i samochody. Wewnątrz tego złomu kryło się mnóstwo niezdetonowanej amunicji i min-pułapek, już wtedy nie było wiadomo, przez kogo pozostawionych. Rosjan? Mudżahedinów? Talibów? Bojowników Sojuszu Północnego? Wszyscy oni mieli w rękach Bagram...

– Wokół bieda aż piszczy – tłumaczył mi zachowanie Afgańczyków sierżant Krzysztof Kożuchowski, rusznikarz polskiego kontyngentu. – A w złomie miejscowi znajdują różne rzeczy, wykorzystywane później jako naczynia, sprzęty domowe czy narzędzia. Owszem, sporo ryzykują, ale przecież od lat mają tu nieustanną wojnę. Zdążyli się przyzwyczaić...

Sześć lat później Bagram było znacznie większe i – z perspektywy dziennikarza, który miał towarzyszyć polskim żołnierzom – znacznie nudniejsze. Nowy, dużo liczniejszy kontyngent (wysłany w 2007 roku już nie w ramach operacji „Enduring Freedom”, lecz jako część NATO-wskiej misji ISAF) rozłożył się w prowincji Ghazni; w „Bafie” zostało zaledwie kilkudziesięciu logistyków. Ci zaś nie prowadzili żadnej działalności operacyjnej na zewnątrz bazy. Ich zadaniem było przyjmowanie i organizowanie transportów ludzi i sprzętu – z Bagram do Polski i z Polski, przez Bagram, do baz docelowych.

Tak naprawdę życie w tym miejscu upływało tak, jakby za murem nie było żadnej wojny. Choć ta czasami dawała o sobie znać.

Incoming![15] – rozległo się ostrzeżenie z megafonu. W jednej chwili grupa, z którą stałem w palarni, ruszyła pędem do najbliższego schronu.

– Ooo, kolega nawet hełm zdążył zabrać... – śmiał się jeden z żołnierzy na widok innego, który rzeczywiście dzierżył „garnek” w ręku. Siedzieliśmy na drewnianych ławeczkach, czekając na odgłosy wybuchów. Niektórzy palili papierosy, inni bawili się gierkami w komórkach. Było gwarno, co chwila padał jakiś dowcip – humory ewidentnie dopisywały. Przecież byliśmy w Bagram, a tam – w matce wszystkich baz – nic nie miało prawa nam się stać.

All clear, all clear![16] – po kilku minutach znów zawył megafon. Nie słyszeliśmy żadnych eksplozji – albo ich w ogóle nie było, albo pociski spadły na jakiś inny, odległy fragment bazy.

– No to, panowie, idziemy dalej się nudzić – skwitował całą sytuację czekający na samolot do Polski chorąży. Uśmiechnąłem się pod nosem, widząc, jak kilku „miejscowych” spojrzało na niego z dezaprobatą. Wiedziałem, że im – nienawykłym do wojennych zagrożeń – taki alarm dostarczył dość adrenaliny na najbliższe tygodnie. Z pewnością woleli tę swoją nudną służbę.

Mnie jednak za każdym razem, gdy czekanie na transport w jedną czy drugą stronę przedłużało się do kilku dni, nuda Bagram doprowadzała do pasji. Bo w „Bafie” można pójść do „pieksu”[17] – sklepu z elektroniką i wyposażeniem wojskowym, sprzedawanym po bardzo korzystnych, amerykańskich cenach. Można pochodzić po „hadżi”, jak Polacy określają targowisko, gdzie wystawiają się koncesjonowani przez ISAF kupcy. Można odwiedzić „difak”[18] – północny, południowy, pod dachem, pod namiotem – by skosztować kolejnych odmian kurczaków, zwanych od angielskiej nazwy „czikenami”. Można też wrócić do „Białego Orła” i postać na fajce lub w klubie żołnierskim kijem od miotły – bo oryginalne już dawno się zużyły – pograć w bilard. Albo skorzystać z internetu, który w tym miejscu doprawdy uczy cierpliwości.

A zaliczywszy wszystkie te atrakcje, można iść do... „pieksu”, na „hadżi”, na DFAC. Po raz drugi, trzeci i czwarty – byle tylko nie umrzeć z nudów.

Jesienią 2010 roku, po przylocie do Afganistanu, utknąłem w Bagram na pięć dni. Nudząc się jak mops, postanowiłem udokumentować ślady dawnej świetności „Białego Orła”. Na pierwszy ogień poszedł basen, wykonany kiedyś przez saperów. Być może nazywanie tej nieco większej, wkopanej w ziemię beczki basenem to nadużycie, ale co zrobić, skoro tak była określana?

Basen – schowany na tyłach bazy za kontenerami i płotem – pełnił funkcję azylu i dawał oddech po służbie. Popływać w nim co prawda się nie dało, ale kilku mężczyzn na raz spokojnie mogło się schłodzić. A potem wrócić do opalania czy usiąść przy grillu. Latem 2007 roku, w drodze do domu, korzystałem z uroków basenu przez dwa popołudnia. I choć mocne postanowienie wyrównania opalenizny skończyło się oparzeniami, do dziś wspominam to bajorko z sentymentem.

– Zrób mi zdjęcie, wyślemy chłopakom z tekstem: „W Bagram jest piekło” – śmiał się zlatujący do Polski żołnierz GROM-u, siedząc po szyję w przyjemnej wodzie. „Gromik” strzelił fotkę i sam dołączył do kolegi.

Fot. Marcin Ogdowski

Marne resztki bagramskiego basenu... Listopad 2010 roku.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.