Wspomnienia z niepamięci - Gustaw Holoubek - ebook
Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 156 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wspomnienia z niepamięci - Gustaw Holoubek

W tej niezwykłej książce Gustaw Holoubek wraca do czasów dzieciństwa i młodości w rodzinnym Krakowie. Opowiada o swoich bliskich, przyjaciołach, kolegach i nauczycielach, pierwszej miłości i pierwszych krokach w teatrze. Prowadzi nas ulicami ukochanego miasta, którymi chodził codziennie, pozwala odczuć jego klimat, koloryt i magię, z pietyzmem odtwarzając atmosferę lat przedwojennych, czasu okupacji i pierwszych lat po wojnie. Kolejna edycja Wspomnień z niepamięci ukazuje się w piątą rocznicę śmierci Gustawa Holoubka. Została wzbogacona wieloma zdjęciami z archiwów rodzinnych i zbiorów muzealnych oraz po raz pierwszy publikowaną młodzieńczą twórczością aktora. To książka dla miłośników teatru i pięknego słowa, dla tych, którzy podziwiali i kochali Gustawa Holoubka, i dla tych, w których pamięci wciąż żyje.

Opinie o ebooku Wspomnienia z niepamięci - Gustaw Holoubek

Fragment ebooka Wspomnienia z niepamięci - Gustaw Holoubek

WSPO­MNIE­NIA Z NIEPAMIĘCI

Spis treści

  • Ojciec
  • Zwierzyniec
  • Szkoła
  • Kościół
  • Wojna
  • Okupacja
  • Po wojnie
  • Źródła ilustracji
  • Podziękowania od Wydawcy

Co­py­ri­ght © by Mag­da­le­na Zawadzka

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2013

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Póź­ną je­sie­nią 2006 roku przy­stą­pi­łem do re­ali­za­cji fil­mu do­ku­men­tal­ne­go o moim Ojcu i jego wiel­kim przy­ja­cie­lu Ta­de­uszu Kon­wic­kim, za­ty­tu­ło­wa­ne­go Słoń­ce i cień. Zdję­cia roz­po­czy­na­li­śmy zwy­kle oko­ło ósmej rano, a koń­czy­li­śmy już o czter­na­stej, po­nie­waż pa­no­wie po obie­dzie od­ma­wia­li dal­szej współ­pra­cy, tłu­ma­cząc się zmę­cze­niem i znu­że­niem. Była to zresz­tą praw­da. W dzi­kim, nie­tknię­tym cy­wi­li­za­cją le­sie wa­run­ki były trud­ne na­wet dla na­szej mło­dej eki­py, a co do­pie­ro dla star­szych pa­nów, któ­rzy dziel­nie prze­dzie­ra­li się w mroź­nym już wte­dy po­wie­trzu przez pod­mo­kłe te­re­ny i gę­ste krza­ki. Zda­je mi się, że trze­cie­go dnia zdję­cio­we­go do­brnę­li­śmy do ko­lej­ne­go te­ma­tu ich roz­mo­wy, któ­rym była śmierć. Po­sta­no­wi­łem po­ru­szyć z Oj­cem kwe­stię przed ka­me­rą, po­nie­waż przez całe swo­je ży­cie, ob­ser­wu­jąc i słu­cha­jąc Go, nig­dy nie sły­sza­łem w jego ustach sło­wa „śmierć”. On tego uni­kał, nie ob­cią­żał ani mnie, ani ni­ko­go z bli­skich tym zna­nym wszyst­kim zda­niem, uży­wa­nym czę­sto przez dziad­ków i bab­cie: „…Bo kie­dy ja umrę, to ty zro­zu­miesz…” albo „…zo­ba­czysz”. Może dzię­ki ta­kiej, a nie in­nej Jego po­sta­wie za­wsze trak­to­wa­łem Go jak mło­de­go czło­wie­ka, wciąż idą­ce­go przed sie­bie, snu­ją­ce­go fan­ta­stycz­ne pla­ny mimo wy­nisz­cza­ją­cych cho­rób i okrut­nej starości.

Pa­mię­tam, że kie­dy Oj­ciec za­czął mó­wić przed ka­me­rą, wszy­scy za­mil­kli, nie tyl­ko w sen­sie do­słow­nym, ale tak­że za­mil­kli we­wnątrz. Wi­dzia­łem to w twa­rzach: dźwię­kow­ca, asy­sten­ta ka­me­ry, kie­row­ni­ków pro­duk­cji i in­nych człon­ków eki­py. Ja tak­że czu­łem, że mówi coś bar­dzo waż­ne­go, ale wte­dy jesz­cze nie do koń­ca ro­zu­mia­łem, co miał na my­śli. Za­czął wy­wód od dow­ci­pu. To było w Jego sty­lu. Mó­wić o rze­czach waż­kich lek­ko, z dy­stan­sem, nie nada­wać im zbyt pa­te­tycz­ne­go tonu. Po­tem pa­dły słowa:

…To jest cie­ka­we, co po­wie­dział mój syn mi,

że nig­dy z mo­ich ust nie sły­szał sło­wa „śmierć”.

tacy lu­dzie, któ­rzy na przy­kład wy­ku­pu­ją miej­sca na cmentarzach…

Po­mni­ki so­bie szy­ku­ją już z napisami…

…Celebrują.

Dla mnie to jest nie do pojęcia.

Ja po pro­stu nie wie­rzę w śmierć, nie wierzę.

To jest strasz­nie głu­pie, co mówię,

ale to jest wynikiem

po pierw­sze mo­je­go lęku przed śmiercią,

a po dru­gie pew­ne­go ta­kie­go domniemania,

czy ja wiem, jak to na­zwać, ja­kie­goś przeczucia,

po­czu­cia, że nikt nig­dy jesz­cze nie umarł.

Wszy­scy, któ­rzy ode­szli, cały krąg mo­ich przyjaciół,

zna­jo­mych, lu­dzi, któ­rych kochałem,

z któ­ry­mi ob­co­wa­łem bez przerwy,

łącz­nie z mo­imi rodzicami,

któ­rzy ode­szli, nie umarli.

Oni wszy­scy nie umarli,

w dal­szym cią­gu żyją w mo­jej wyobraźni…

Tego dnia kie­dy Oj­ciec zmarł, to, co po­wie­dział dwa lata wcze­śniej przed ka­me­rą, do­tar­ło do mnie w ca­łej swo­jej pro­sto­cie i mą­dro­ści. I wte­dy, i te­raz czu­ję się spo­koj­ny, bo wiem, że Oj­ciec tak na­praw­dę nie umarł i nig­dy nie umrze. Żyje w mo­jej wy­obraź­ni re­al­ny i praw­dzi­wy. Wiem, że jest ze mną i przy mnie pra­wie na wy­cią­gnię­cie ręki.

Dla mnie Jego au­to­bio­gra­fia Wspo­mnie­nia z nie­pa­mię­ci nie­sie w so­bie nie tyl­ko ła­du­nek wspa­nia­łej hi­sto­rii i pięk­nej li­te­ra­tu­ry, ale tak­że, a może przede wszyst­kim wiel­ką po­chwa­łę i umi­ło­wa­nie ży­cia, ży­cia, w któ­rym śmierć jest nieważna.

Jan Holoubek

War­sza­wa, sty­czeń 2009

Oj­ciec Gu­sta­wa Ho­lo­ub­ka Gu­staw Ho­lo­ubek, lata trzy­dzie­ste XX w.

Ojciec

Ojciec

Mat­ka moja była ze wsi. Po­cho­dzi­ła gdzieś ze wschod­niej Ma­ło­pol­ski i nig­dy nie do­wie­dzia­łem się, ja­kim cu­dem zna­la­zła się w Kra­ko­wie, aby wyjść za mąż za ma­gi­strac­kie­go urzęd­ni­ka. Zdą­ży­ła z nim mieć trzech sy­nów, kie­dy ten ci­chy, uj­mu­ją­cy czło­wiek zmarł na ser­ce w wie­ku trzy­dzie­stu sze­ściu lat. Na fo­to­gra­fii miał ogrom­ne, ciem­ne oczy, drob­ną, bla­dą twarz i czar­ne, pod­krę­co­ne do góry wąsy.

Na­to­miast mój oj­ciec, Gu­staw, miesz­kał na tej sa­mej uli­cy – na­prze­ciw­ko. Miał może czter­dzie­ści trzy albo czter­dzie­ści czte­ry lata, kie­dy umar­ła jego cze­ska żona, zo­sta­wia­jąc syna i cór­kę. Mat­ka mó­wi­ła, że był pięk­ny, kie­dy w let­nią, sło­necz­ną nie­dzie­lę sta­wał na bal­ko­nie swo­je­go miesz­ka­nia, wśród pe­lar­go­nii i na­stur­cji, roz­glą­da­jąc się po­god­nie i bez po­wo­du. Zwłasz­cza jego ko­szu­la była olśnie­wa­ją­ca, bia­ła aż do nie­bie­sko­ści, do­pa­so­wa­na ści­śle do cia­ła.

Tak więc kie­dy się po­bie­ra­li, mie­li już pię­cio­ro dzie­ci. Mat­ka lu­bi­ła opo­wia­dać, jak to kry­ła się ze mną przez pierw­sze parę mie­się­cy, za­nim ob­ja­wi­ła ojcu ra­do­sną nie­spo­dzian­kę. Nie bar­dzo mogę so­bie wy­obra­zić, jak to się od­by­ło w na­szym dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu. Czy oj­ciec sie­dział za­mknię­ty w kuch­ni z pię­cior­giem dzie­ci, czy wy­sła­no je do są­sia­dów, kie­dy aku­szer­ka wnio­sła mnie na dło­ni. Oj­ciec, wście­kły, za­py­tał: „Chło­piec czy dziew­czyn­ka?”. „Dziec­ko” – od­po­wie­dzia­ła ba­sem i za­nu­rzy­ła mnie w wa­nien­ce.

Mat­ka Eu­ge­nia Ho­lo­ubek z trze­ma sy­na­mi z pierw­sze­go mał­żeń­stwa: Ja­nem, Jó­ze­fem i Zdzi­sła­wem, ok. 1920 r.

Pa­mię­tam za­pach mat­ki, gdy po­chy­la­ła się wie­czo­rem nad moim łó­żecz­kiem, ubra­na do wyj­ścia, wy­de­kol­to­wa­na, ze sznu­rem pe­reł zwi­sa­ją­cym z szyi. Kła­dła je cięż­ko na mo­ich pier­siach i usta­mi dziw­nie ma­ły­mi i wil­got­ny­mi do­ty­ka­ła mo­jej buzi. Był to za­pach per­fum, słod­kich, roz­le­wa­ją­cych się per­fum. Za­pach, któ­ry utkwił mi w pa­mię­ci na za­wsze, po­nie­waż nig­dy już ta­kie­go nie spo­tka­łem. Łó­żecz­ko było że­la­zne, z siat­ką, któ­ra za­my­ka­ła się z trza­skiem, od­ci­na­jąc mnie od bez­piecz­ne­go świa­ta, gdzie wszyst­ko było do­stęp­ne i peł­ne prze­strze­ni. Te­raz trze­ba było się ku­lić, wtu­lać w naj­dal­szy kąt, przy­kry­wać szczel­nie aż po czu­bek gło­wy, by stać się nie­wi­dzial­nym dla oczu wszyst­kich po­two­rów i zmór, któ­re przy­cho­dzi­ły do mnie za­raz po za­mknię­ciu oczu. Mia­ły kształt prze­ni­ka­ją­cych się na­wza­jem ra­mion i roz­war­tych ust – chcia­ły mnie po­łknąć, udu­sić, wchło­nąć. Tyl­ko raz jesz­cze po­wró­ci­ły do mnie te sny – póź­niej, w okre­sie doj­rze­wa­nia, inne, ale rów­nie upo­rczy­we. Tym ra­zem prze­śla­do­wa­ły mnie for­my mniej kon­kret­ne, obłe, cie­le­sne, ale bez twa­rzy, w cią­głym ru­chu szu­ka­nia naj­do­god­niej­szej po­zy­cji do wza­jem­ne­go kon­tak­tu, czu­łe, tu­lą­ce się do sie­bie. Nie bu­dzi­ły gro­zy, ale mę­czy­ły ogrom­nie tym, że ucie­ka­ły przed do­tknię­ciem mo­jej dło­ni, że nie da­wa­ły się ob­jąć. Od tego cza­su opu­ści­ły mnie sny albo stra­ci­łem umie­jęt­ność ich za­pa­mię­ty­wa­nia. Ale te pierw­sze, peł­ne zmór, po­wo­do­wa­ły, że za każ­dym ra­zem by­łem bli­ski umie­ra­nia, i gdy­by nie mój krzyk, wy­dar­ty ostat­nim wy­sił­kiem woli i roz­pa­czy, pew­nie do­szło­by do tego. Pła­ka­łem po­tem ci­chut­ko, szczę­śli­wy z od­zy­ska­nej rze­czy­wi­sto­ści, cze­ka­jąc na ojca sa­kra­men­tal­ne: „Chodź już, chodź”. Bie­głem w dłu­giej aż do zie­mi ró­żo­wej ko­szul­ce, wśli­zgi­wa­łem się do­kład­nie w tym miej­scu, gdzie scho­dzi­ły się dwa łóż­ka, po­tem, za­gar­nia­ny przez mat­kę, ze szczę­ścia tra­ci­łem zmy­sły, za­pa­da­łem w sen bez snów.

Mat­ka chrzest­na Gu­sta­wa – Ma­ria Je­ze­row­ska. Cór­ka naj­star­szej sio­stry Ma­rii Ho­lo­ubek, Bo­że­ny, i jej męża Au­gu­sta. Wy­szła za mąż za An­to­nie­go Pro­ko­pa, in­ży­nie­ra z Wied­nia. Umar­ła pod ko­niec II woj­ny świa­to­wej. Na zdję­ciu w lu­do­wym stro­ju ba­war­skim

Oj­ciec Gu­staw Ho­lo­ubek z dzieć­mi: Sław­kiem i He­len­ką, lata dwu­dzie­ste XX w.

Oj­ciec z cór­ką He­len­ką i sy­nem Sła­wo­mi­rem, dzieć­mi z pierw­sze­go mał­żeń­stwa, ok. 1910 r.

A oj­ciec był rze­czy­wi­ście cu­dow­ny. Wi­dzę go na koń­cu na­szej uli­cy, kie­dy skrę­ca­jąc z pla­cu Na Sta­wach, idzie pro­sto w kie­run­ku domu, co­raz bar­dziej wy­ra­zi­sty, wspar­ty na la­sce, któ­rą za każ­dym kro­kiem wy­rzu­ca wy­so­ko w górę, w ka­pe­lu­szu na ba­kier, w sze­ro­kim roz­pię­tym pal­cie, z pa­kun­kiem zwi­sa­ją­cym na sznur­ku za­cze­pio­nym o środ­ko­wy gu­zik ka­mi­zel­ki.

Pię­cio­let­ni Gu­cio na Plan­tach w Kra­ko­wie

Oj­ciec Gu­staw Ho­lo­ubek na cze­le po­cho­du dru­ży­ny So­ko­łów, Kra­ków, lata dwu­dzie­ste XX w.

Pły­nął jak okręt, ko­ły­sząc się lek­ko na boki, a mnie za­mie­ra­ło ser­ce z lęku i dzi­kiej cie­ka­wo­ści – co za jego po­wro­tem spad­nie na mnie no­we­go, olśnie­wa­ją­ce­go. Pę­dzi­łem jak wa­riat na górę, krzy­cząc od pro­gu: „Oj­ciec idzie!”, i dom w jed­nej chwi­li za­mie­niał się w ul roj­ny od czy­nie­nia po­rząd­ków, usta­wia­nia wszyst­kie­go na swo­im miej­scu – jak­by zła­pa­ny na go­rą­cym uczyn­ku chciał zdą­żyć jesz­cze za­trzeć śla­dy wy­stęp­ku. Bo oj­ciec był wo­ja­kiem z tem­pe­ra­men­tu i po­wo­ła­nia.

Oj­ciec Gu­staw Ho­lo­ubek, zdję­cie z ok. 1900 r. wy­ko­na­no w za­kła­dzie ar­ty­stycz­no-fo­to­gra­ficz­nym AR­TUR w Kra­ko­wie, na re­wer­sie zdję­cia znaj­du­je się de­dy­ka­cja dla pierw­szej żony Ma­rii: Me pře­dra­he Ma­rán­ce vénu­je Twuj Gu­staw (Mo­jej naj­droż­szej Ma­rian­ce de­dy­ku­je Twój Gu­staw)

Ofi­cer Dru­giej Bry­ga­dy Le­gio­nów Pol­skich, uczest­nik kam­pa­nii kar­pac­kiej, swą nie­wiel­ką reszt­kę ży­cia, tę wła­śnie, któ­rą wy­peł­nił moje dzie­ciń­stwo, po­świę­cił in­nym, poza wła­snym do­mem. Dzia­łacz „So­ko­ła” kra­kow­skie­go, jeź­dził na zlo­ty do mia­ste­czek ma­ło­pol­skich, do Pra­gi cze­skiej, przy­bra­ny w pięk­ną cza­ma­rę zwi­sa­ją­cą z jed­ne­go ra­mie­nia, w pą­so­wej ko­szu­li, w bu­tach z cho­le­wa­mi, w czap­ce z go­łę­bim pió­rem pie­czę­to­wa­nym bia­ło-czer­wo­ną ro­ze­tą. Pa­tro­no­wał klu­bom spor­to­wym, uczył gim­na­sty­ki. W za­pa­mię­ta­niu, bez chwi­li zmę­cze­nia. Ucie­kał z domu o ósmej rano, by wra­cać – nie­ko­niecz­nie tego sa­me­go dnia – póź­nym po­po­łu­dniem albo wie­czo­rem. I te po­wro­ty wła­śnie były jak po­wrót słoń­ca. Roz­pro­mie­nio­ny, osza­la­ły z ra­do­ści, ob­da­ro­wy­wał nas ja­ki­miś strasz­li­wy­mi dzi­wa­dła­mi. Za du­ży­mi albo za ma­ły­mi bu­ta­mi, nie na tę porę roku, albo kwia­ta­mi za­klę­ty­mi w szkla­nych ku­lach, albo ciast­ka­mi w ilo­ści mo­gą­cej po­ży­wić kom­pa­nię woj­ska. Nie miał gu­stu, a może jesz­cze bar­dziej wsty­dził się ku­po­wać. Brał wszyst­ko, co mu pod­su­nię­to albo co wy­da­wa­ło mu się ład­ne, bez wy­bie­ra­nia, w pa­nicz­nym po­śpie­chu. Bied­na mat­ka mu­sia­ła uży­wać pod­stę­pów, aby do­wie­dzieć się, skąd wy­trza­snął dla niej np. nie­bie­skie poń­czo­chy. Bie­gła po­tem do skle­pu z pre­ten­sja­mi, do­ma­ga­jąc się za­mia­ny: „Ten pan – mó­wi­ła sprze­daw­czy­ni – żą­dał tych z wy­sta­wy. Tłu­ma­czy­łam mu, że są spło­wia­łe od słoń­ca, ale on oświad­czył, że nic mnie to nie ob­cho­dzi”. „Na dru­gi raz niech pani nie słu­cha wa­ria­tów” – oświad­czy­ła mat­ka.

Czy pa­mię­tam ojca? Wy­ła­nia mi się tyl­ko z mgły, z nie­rze­czy­wi­sto­ści, w kil­ku miej­scach, na chwi­lę. W sali „So­ko­ła”.

Sied­mio­let­ni Gu­staw po­mię­dzy mło­dzień­ca­mi z dru­ży­ny „So­ko­ła”. Czwar­ty od pra­wej stro­ny sie­dzi jego oj­ciec

W cza­sie po­pi­sów gim­na­stycz­nych. Wśród wi­dzów ota­cza­ją­cych par­kiet sie­dzi na wy­dzie­lo­nej ław­ce, po­środ­ku dłuż­sze­go boku pro­sto­ką­ta, w oto­cze­niu wą­sa­tych pa­nów, z któ­rych każ­dy ma za­ło­żo­ną nogę na nogę, cwi­kier na no­sie i zwi­sa­ją­cą przy ka­mi­zel­ce de­wiz­kę od ze­gar­ka. Oj­ciec ma przy­kle­jo­ny do twa­rzy na­pię­ty uśmiech i od cza­su do cza­su, pod­czas okla­sków po uda­nym ćwi­cze­niu, spraw­dza, ja­kie wra­że­nie zro­bi­ło to na są­sia­dach. Albo w cza­sie świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Przed woj­ną w dniach Wi­gi­lii i Bo­że­go Na­ro­dze­nia za­wsze pa­dał śnieg. Zmierzch za­pa­dał po­dob­nie jak dziś, koło wpół do czwar­tej, i wte­dy w bla­sku ga­zo­wych la­tar­ni moż­na było zo­ba­czyć ty­sią­ce tań­czą­cych płat­ków, któ­re bar­dzo dłu­go utrzy­my­wa­ły się w po­wie­trzu, za­nim z nie­chę­cią kła­dły się na chod­ni­ku lub jezd­ni. Pa­trząc z okna cie­płe­go domu, przez wy­chu­cha­ną „dziur­kę” w za­mar­z­nię­tej szy­bie, nie moż­na było ode­rwać oczu od tego bia­łe­go wi­ro­wa­nia.

Wy­spor­to­wa­ni – Gu­staw (na szczy­cie pi­ra­mi­dy) i bra­cia, lata dwu­dzie­ste XX w.

Na uli­cy ro­bi­ło się co­raz ci­szej, tak że kro­ków bie­gną­cych prze­chod­niów nie było już sły­chać. A spie­szy­li się wszy­scy. W dzień wi­gi­lij­ny było nie do po­my­śle­nia, by po go­dzi­nie pią­tej po­zo­sta­wać poza do­mem. Kie­dy otwór w szy­bie zno­wu wy­peł­niał się szro­nem, wra­ca­łem do po­ko­ju. Pach­niał świe­żą pa­stą do pod­ło­gi, czy­sto­ścią ol­brzy­mie­go sto­łu na­kry­te­go bia­łym ob­ru­sem i le­d­wie wy­czu­wal­nym za­pa­chem cho­in­ki. Nie było jej jesz­cze. Sta­ła, by­łem tego pra­wie pe­wien, w są­sied­nim po­ko­ju za­mknię­tym na klucz, do któ­re­go wstęp był ka­te­go­rycz­nie wzbro­nio­ny. Drzwi otwie­ra­ły się nie­skoń­cze­nie póź­niej, po wi­gi­lij­nej wie­cze­rzy, kie­dy z ol­brzy­miej tuby gra­mo­fo­nu, z szu­mu i char­ko­tu po­sta­rza­łej pły­ty wy­bu­cha­ła ko­lę­da.

Gmach To­wa­rzy­stwa Gim­na­stycz­ne­go „So­kół” przy ul. Jó­ze­fa Pił­sud­skie­go 27, 1932 r.; fot. Agen­cja Fo­to­gra­ficz­na „Świa­to­wid”

Gru­pa dzia­ła­czy i spor­tow­ców przed bu­dyn­kiem To­wa­rzy­stwa Gim­na­stycz­ne­go „So­kół”. Pierw­szy od pra­wej stro­ny sie­dzi Gu­staw Ho­lo­ubek oj­ciec, Kra­ków, lata trzy­dzie­ste XX w.

Ale naj­pierw był ra­nek tego cu­dow­ne­go dnia. A wła­ści­wie świt. Zdu­mie­wa­ją­cy jest świat wi­dzia­ny ocza­mi na­gle obu­dzo­ne­go dziec­ka. W ten nie­zu­peł­nie jesz­cze ja­sny dzień, roz­świe­tlo­ny sztucz­nie przez pierw­szy śnieg. Cię­żar snu opa­da tak na­gle, jak gwał­tow­nie zdar­ta za­sło­na z cza­ro­dziej­skie­go lu­stra, i wi­dzi się wszyst­ko w ostro­ści jed­no­cze­snej wszyst­kich pla­nów. Wło­cha­te­go ko­nia na bie­gu­nach, cie­płą pu­szy­stość dy­wa­nu, przej­rzy­stość fi­ra­nek, śpią­ce jesz­cze okna domu na­prze­ciw­ko, gra­ficz­ną su­chość zmar­z­nię­tych wo­kół nie­go drzew. Po­ra­ża­ją­ca ra­dość spra­wia, że chcia­ło­by się po­siąść to wszyst­ko na­raz, wtu­lić w sie­bie, ni­ko­mu nig­dy nie od­dać. Skąd się bie­rze to olśnie­nie, to sa­mo­lub­ne przy­własz­cza­nie świa­ta, jak­by dany był tyl­ko nam i nam je­dy­nie ob­ja­wio­ny? Może z po­twor­nie moc­ne­go bi­cia ser­ca, z krwi, któ­ra – sły­szysz to – pły­nie za­sob­nie przez wszyst­kie ar­te­rie, do­cie­ra w nie­zmie­rzo­nej ob­fi­to­ści do po­licz­ków, brzu­cha, czub­ków pal­ców. Albo z wcze­śniej­sze­go wy­ro­ku, z któ­re­go wów­czas, u za­ra­nia świa­do­mo­ści, nie zda­je­my so­bie spra­wy, któ­re­go nie tyl­ko nie prze­czu­wa­my, ale o któ­rym w ogó­le nie wie­my, że za­padł. Że oto w tym ułam­ku se­kun­dy, w tej jed­nej chwi­li nie­za­wi­nio­ne­go unie­sie­nia po­wiek zo­sta­li­śmy ska­za­ni na wiecz­ną pa­mięć o pięk­no­ści świa­ta. Choć całe ży­cie bę­dzie temu prze­czyć. Cho­ro­by, ciem­no­ta na­sze­go umy­słu, brzy­do­ta i nik­czem­ność lu­dzi, roz­pacz­li­wa od­le­głość Boga i co­dzien­na bli­skość zła – na tym jed­nym śla­dzie, na tym jed­nym po­ra­ża­ją­cym skur­czu pa­mię­ci oprze­my cały sens ist­nie­nia, nie­usta­ją­cą tę­sk­no­tę do mi­ło­ści. Bo czym­że in­nym, je­śli nie zna­kiem mi­ło­ści jest owo pra­gnie­nie, aby choć raz oto­czyć czu­ło­ścią wszyst­ko: lu­dzi, przed­mio­ty, nie­bo i zie­mię.

Gu­staw Ho­lo­ubek oj­ciec w mun­du­rze Le­gio­nów Pol­skich, 1915 r.

Awers i re­wers kar­ty pocz­to­wej, któ­rej ad­re­sa­tem był Gu­staw Ho­lo­ubek oj­ciec. Nadaw­ca pro­si uprzej­mie o za­ku­pie­nie pod­ręcz­ni­ka. Być może to fo­to­gra­fia nadaw­cy i jego ko­le­gów z dru­ży­ny

Oj­ciec sie­dział u szczy­tu wi­gi­lij­ne­go sto­łu. Już przy barsz­czu z uszka­mi sy­tu­acja była na­pię­ta. Wy­szu­ka­na grzecz­ność dzie­ci i li­rycz­ne mil­cze­nie mat­ki nie mo­gły zmy­lić ni­ko­go. Ka­ta­stro­fa wi­sia­ła w po­wie­trzu. Je­dy­nie oj­ciec nic nie prze­czu­wał. Ga­dał i był szczę­śli­wy. I do­kład­nie wte­dy gdy na­sza wy­trzy­ma­łość osią­ga­ła kres – za­wsze o tej sa­mej po­rze, przy pierw­szych kę­sach sma­żo­ne­go kar­pia – oj­ciec prze­ry­wa w pół zda­nia, czer­wie­nie­je jak in­dyk, oczy wy­cho­dzą mu z or­bit, roz­po­czy­na­jąc dzi­ki ta­niec, ścią­ga wraz z ob­ru­sem fi­li­żan­ki i ta­le­rze, po czym ude­rzo­ny w kark przez naj­bliż­sze­go pa­sier­ba w sza­lo­nych spa­zmach od­zy­sku­je od­dech. „Ta cho­ler­na ryba” – brzmi w ustach ojca jak try­um­fal­ne bi­cie dzwo­nów. Na to wła­śnie cze­ka­li­śmy. Da­lej leci już wszyst­ko jak la­wi­na. Bab­ki, ma­kow­ce, ser­ni­ki, prze­kła­dań­ce, bo­ski stru­del jesz­cze go­rą­cy, pach­ną­cy jabł­ka­mi i cy­na­mo­nem, wresz­cie otwar­cie za­ka­za­nych drzwi, a za nimi roz­ża­rzo­na cho­in­ka, wiel­ka, do su­fi­tu, i pre­zen­ty, pre­zen­ty. A wszyst­ko w obłęd­nej ra­do­ści, śmie­chu i łzach.

Oj­ciec Gu­staw Ho­lo­ubek w mło­do­ści

Oj­ciec Gu­staw Ho­lo­ubek, lata dwu­dzie­ste XX w.

Była w na­szym miesz­ka­niu nyża. Nie pa­mię­tam, czy w jed­nym z po­koi, czy może w kuch­ni. Chy­ba w kuch­ni, któ­ra była ol­brzy­mia i peł­na za­ka­mar­ków. W tej nyży sta­ło łóż­ko, sze­ro­kie, przy­par­te do ścia­ny, oto­czo­ne ma­kat­ka­mi. Spa­ły tam od cza­su do cza­su oso­by spo­za domu. Ja­kieś ciot­ki z pro­win­cji, za­póź­nie­ni ko­le­dzy bra­ci albo szwacz­ka, któ­ra ob­szy­wa­ła dom. Na dłuż­szy czas zaj­mo­wa­łem to łóż­ko ja, kie­dy na­wie­dza­ła mnie go­rącz­ka. Na ta­bo­re­cie, tuż przy mo­jej gło­wie, sia­dy­wa­ła sio­stra i przy naf­to­wej lam­pie, bo elek­trycz­ność tam nie do­cie­ra­ła, czy­ta­ła mi książ­ki.

Cy­tu­je­my opis He­le­ny Słysz z re­wer­su fo­to­gra­fii: Zdję­cie w Cze­skim Du­bie pod­czas I woj­ny świa­to­wej. Sie­dzą: pierw­sza – Cio­cia Bo­że­na (Je­ze­row­ska), za nią mama, dzie­ci – Ma­nia Je­ze­ro­vska (pierw­sza żona Gu­sta­wa Ho­lo­ub­ka ojca, sio­stra Bo­że­ny), ja (He­le­na Słysz w chu­st­ce na gło­wie) i Sła­wek (brat He­le­ny w stro­ju ma­ry­nar­skim), Ta­tuś (Gu­staw Ho­lo­ubek w mun­du­rze) – sie­dzi, a stoi wu­jek (praw­do­po­dob­nie Au­gust Je­ze­row­ski, mąż Bo­że­ny) i zna­jo­my wuj­ka. Dziew­czyn­ka w ja­snej, pli­so­wa­nej su­kien­ce to praw­do­po­dob­nie cór­ka Bo­że­ny i Au­gu­sta – Ma­ria, przy­szła mat­ka chrzest­na Gu­sta­wa

Gu­staw Ho­lo­ubek oj­ciec (trze­ci od le­wej) na strzel­ni­cy, lata trzy­dzie­ste XX w.

Wte­dy w każ­dym domu były jesz­cze naf­to­we lam­py. Naj­bied­niej­sze wi­sia­ły na gwoź­dziach wbi­tych w ścia­ny mrocz­nych, za­gra­co­nych po­miesz­czeń. W piw­ni­cach albo na stry­chach. Nie­du­że, wspar­te o me­ta­lo­wą tar­czę, mia­ły za­kop­co­ne szkieł­ka, sczer­nia­łe kno­ty i przy­sa­dzi­ste zbior­nicz­ki na naf­tę. Świe­ci­ły tak, jak wy­glą­da­ły – ni­kłym, nie­do­mó­wio­nym świa­tłem. Dla­te­go aby zaj­rzeć do miejsc szcze­gól­nie skry­tych, trze­ba było zdej­mo­wać je ze ścian. Ostroż­nie, po­wo­li, ko­niecz­nie w po­zy­cji pio­no­wej, wę­dro­wa­ły wśród ku­rzu i pa­ję­czyn, kła­dąc się ostrą te­raz smu­gą na dzi­wacz­nych, fan­ta­stycz­nych przed­mio­tach. Że­la­znych kon­struk­cjach za­po­mnia­nych łó­żek, na­rzę­dziach do ni­cze­go nie­słu­żą­cych, roz­pru­tych, po­rzu­co­nych lal­kach, na cią­gle jesz­cze ko­lo­ro­wych zwa­łach drew­nia­nych pak po eg­zo­tycz­nych ko­lo­nial­nych wik­tu­ałach, na spię­trzo­nych do su­fi­tu wil­got­nych ster­tach gra­na­to­wych wę­gli, skrzy­niach po­ro­śnię­tych już ziem­nia­ków albo na becz­kach z ki­szo­ną ka­pu­stą na zimę, na­kry­tych de­secz­ka­mi przy­wa­lo­ny­mi ol­brzy­mi­mi ka­mie­nia­mi. Po­tem, zdmu­chi­wa­ne do­kład­nie przez nio­są­cych je lu­dzi, za­wi­sa­ły zno­wu na ścia­nie, po­rzu­co­ne nie­czu­ło­ścią, za­trza­śnię­te drzwia­mi, za­mknię­te na wiel­kie za­rdze­wia­łe kłód­ki. Te na wol­no­ści, w sa­lo­nach i sy­pial­niach roz­le­głych miesz­kań, były wspa­nia­łe. Zwi­sa­ły z su­fi­tu nad ja­dal­ny­mi sto­ła­mi, sta­ły na noc­nych sto­li­kach po obu stro­nach mał­żeń­skich łó­żek albo przy głę­bo­kich, mięk­kich fo­te­lach, gdzie naj­wy­god­niej było czy­tać i za­sy­piać w at­mos­fe­rze tej szcze­gól­nej bez­tro­ski, kie­dy pa­mięć spo­ży­te­go obia­du nie po­zwa­la my­śleć o ni­czym. Lam­py te prze­ści­ga­ły się w uro­dzie. Ma­je­sta­tycz­ne wiel­ko­ścią, zmy­sło­we wy­szu­ka­ną for­mą, wal­czy­ły o ory­gi­nal­ność, o nie­po­wta­rzal­ny, so­bie tyl­ko wła­ści­wy wy­raz. Jak to się dzia­ło, że pra­wie nie­po­do­bień­stwem było spo­tkać dwie ta­kie same? Czy tylu było po­my­sło­daw­ców, rze­mieśl­ni­ków, aby spo­śród ty­się­cy nie zna­leźć so­bie po­dob­nych? In­kru­sta­cje naf­to­wych zbior­ni­ków z róż­no­barw­ne­go szkła mia­ły po­stać róż, li­lii, bła­wat­ków, łą­czo­nych splą­ta­ny­mi ło­dy­ga­mi. Na wpół ubra­ne damy z wło­sa­mi upię­ty­mi w kok omdle­wa­ły se­ce­syj­nie na szez­lon­gach, ka­na­pach, po­śród zwiew­nych mu­śli­nów i dra­po­wa­nych je­dwa­biów. Pę­ka­te amor­ki za­wie­szo­ne na błę­kit­nym nie­bie dmu­cha­ły wzdę­ty­mi po­licz­ka­mi w sre­brzy­ste albo zło­te trą­by, zwia­stu­jąc po­chwa­łę mi­ło­ści. Nad zbior­nicz­ka­mi tkwi­ły szkieł­ka mie­nią­ce się prze­zro­czy­sto­ścią, smu­kłe albo sub­tel­nie wy­brzu­szo­ne, a w nich ser­ca lam­py – naf­to­we pło­my­ki, na któ­re moż­na pa­trzeć śmia­ło, bez zmru­że­nia po­wiek, da­ją­ce tyl­ko tyle ja­sno­ści, ile trze­ba dla wy­do­by­cia z mro­ku miej­sca, któ­re oświe­tla­ły. I wresz­cie wień­czą­ce klo­sze. Naj­bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ne, bo naj­bar­dziej od­po­wie­dzial­ne za osta­tecz­ny kształt i uro­dę. Za­wie­szo­ne nie­za­leż­nie nad kor­pu­sem lam­py albo umiesz­czo­ne na me­ta­lo­wych krę­gach, ści­śle wkom­po­no­wa­nych w ca­łość kon­struk­cji. For­ma ich mia­ła dać osta­tecz­ną od­po­wiedź na sens po­my­słu twór­cy i za­świad­czyć o jego gu­ście. Były więc klo­sze skrom­ne, z bia­łe­go mlecz­ne­go szkła, jak ob­cię­te gór­ne po­ło­wy bu­tli prze­zna­czo­nych do prze­cho­wy­wa­nia octu albo fer­men­ta­cji owo­co­wych win. Inne, o kształ­tach ol­brzy­mich od­wró­co­nych ta­le­rzy albo owal­nych fi­ra­nek ze szkla­nych dzwo­nią­cych wi­sior­ków, albo przy­gię­tych cię­ża­rem doj­rza­ło­ści tu­li­pa­nów – mie­ni­ły się wszyst­ki­mi ko­lo­ra­mi świa­ta, chcąc za wszel­ką cenę dać świa­dec­two jego bo­gac­twa.

In­for­ma­cja pra­so­wa o śmier­ci ojca Gu­sta­wa Ho­lo­ub­ka, Kra­ków 1933 r.

Awers i re­wers kar­ty ża­łob­nej in­for­mu­ją­cej o śmier­ci i uro­czy­sto­ściach po­grze­bo­wych Gu­sta­wa Ho­lo­ub­ka (ojca), Kra­ków, 9 kwiet­nia 1933 r.

Po­grzeb ojca Gu­sta­wa Ho­lo­ub­ka na Cmen­ta­rzu Ra­ko­wic­kim w Kra­ko­wie od­był się 11 kwiet­nia 1933 roku.

Świa­tło żad­nej z tych lamp nie pa­da­ło na mo­je­go ojca, kie­dy wi­dzia­łem go po raz przed­ostat­ni. Choć nie je­stem pe­wien, czy go wi­dzia­łem. Za­cie­ra mi się w mro­ku, w od­da­le­niu, w nie­do­stęp­no­ści. Bo prze­cież gdy­bym mógł być bli­sko nie­go, gdy­by po­ra­ża­ją­cy strach nie bro­nił mi do­stę­pu, pa­mię­tał­bym do­tyk jego rąk albo jego sło­wa, albo nie­moż­ność ich wy­po­wie­dze­nia. Wiem tyl­ko, że cier­piał po­nad siły, że po­tem w mia­rę upły­wu go­dzin cichł co­raz bar­dziej, jak­by przy­go­to­wu­jąc się na przy­ję­cie cze­goś, co ma na­dejść, a co trze­ba przy­wi­tać w mil­cze­niu.

A może było in­a­czej. Może to on mnie ode­pchnął, uciekł, skrył się przede mną w ku­chen­nej nyży, w naj­dal­szym ką­cie świa­ta, i zga­sił wszyst­kie świa­tła, że­bym nie mógł zo­ba­czyć jego brzy­do­ty i po­ni­że­nia. Tak. Wszyst­ko wte­dy dzia­ło się poza nim. W jego obec­no­ści, ale poza nim. Le­karz po­chy­lo­ny nad łóż­kiem, a po­tem w przy­ci­szo­nej roz­mo­wie z mat­ką, gdzieś w przed­po­ko­ju, już koło drzwi wyj­ścio­wych. My wszy­scy bez sło­wa krą­żą­cy po miesz­ka­niu. Za­mar­li, kie­dy w sza­lo­nym po­śpie­chu wpa­dli sa­ni­ta­riu­sze z no­sza­mi i wy­nie­śli go okry­te­go ple­dem, ja­koś tak krzy­wo, prze­krzy­wio­ne­go, w ciem­ność scho­dów.

Był chy­ba pią­tek. Na pew­no. Bo po­tem przez dłu­gie jesz­cze lata my­śla­łem so­bie, że w tym dniu, co Chry­stus. Albo w ty­dzień przed, albo po Wiel­kim Piąt­ku, w kwiet­niu. Pa­dał deszcz, kie­dy wie­czo­rem je­cha­łem z mat­ką do­roż­ką do szpi­ta­la na uli­cę Ko­per­ni­ka. Nie­na­wi­dzę tej uli­cy. Od ko­ścio­ła Świę­te­go Mi­ko­ła­ja aż do jej koń­ca po obu stro­nach cią­gną się szpi­ta­le. Brzyd­kie, zim­ne, ste­ryl­ne, w opa­rach kar­bo­lu i za­wsze w desz­czu. Sto­ją obok sie­bie osob­no, do wy­bo­ru, za­pra­sza­ją­co, ale ich bra­my wy­glą­da­ją tak, jak­by otwie­ra­ły się tyl­ko do we­wnątrz. W za­kry­tej bu­dzie do­roż­ki mat­ka trzy­ma­ła mnie za rękę i pła­ka­ła. Mó­wi­ła, że­bym się nie bał, że oj­ciec wy­glą­da pięk­nie, jak­by spał, że za­wsze był pięk­ny, że po­wi­nie­nem być z nie­go dum­ny, tyl­ko że się nie sza­no­wał, nie słu­chał, choć tyle razy pro­si­ła, bła­ga­ła.

Za­trzy­ma­li­śmy się pod nu­me­rem pięt­na­stym albo dwu­dzie­stym pierw­szym. Por­tier, któ­ry za­my­kał za nami bra­mę, wy­glą­dał jak obu­dzo­ny ze snu. Szli­śmy sze­ro­ki­mi scho­da­mi na pię­tro w zu­peł­nej ci­szy. Od mo­men­tu otwar­cia drzwi wszyst­ko wy­da­wa­ło mi się ogrom­ne i prze­ra­ża­ją­co pu­ste. Prze­strzeń po­ko­ju, okna, za któ­ry­mi nie było nic, łóż­ko, na któ­rym le­żał. Tyl­ko on sam był nie­wiel­ki. O wie­le mniej­szy niż za ży­cia. Le­żał na wznak, miał za­mknię­te oczy i dol­ną szczę­kę za­ci­śnię­tą opa­ską. Mat­ka po­pra­wi­ła mu ręce le­żą­ce na kocu, a ja uklą­kłem na ce­ra­to­wej pod­ło­dze, bli­sko jego gło­wy, i mio­ta­ny dresz­cza­mi pła­ka­łem. Mia­łem dzie­sięć lat.

Ma­leń­ki Gu­cio, Kra­ków 1923 r.

Ka­pli­ca św. Mał­go­rza­ty i św. Ju­dy­ty na Sal­wa­to­rze, tzw. gon­ty­na, ok. 1939 r.; fot. Agen­cja Fo­to­gra­ficz­na „Świa­to­wid”