Truman Capote. Rozmowy - Lawrence Grobel - ebook
Wydawca: Axis Mundi Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 282 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Truman Capote. Rozmowy - Lawrence Grobel

W rozmowach z pisarzem Trumanem Capotem (autorem m.in. "Śniadania u Tiffany'ego" i "Z zimną krwią"), które odbywały się w ciągu ostatnich dwóch lat życia Capote, Lawrence Grobel pyta o wiele kontrowersyjnych tematów, m.in. problemy z alkoholem i narkotykami, jego poglądy o miłości, literaturze i morderstwach. Capote ujawnia też wiele szczegółów i anegdot z życia tak sławnych osób jak Jackie Kennedy, Marilyn Monroe, Tennessee Williams, Elizabeth Taylor i wielu innych. Doskonała i zajmująca lektura, tak bardzo kontrowersyjna jak sam Capote.

Lawrence Grobel, znany jest polskiemu czytelnikowi z książek „Al Pacino. Rozmowy”, „Marlon Brando. Rozmowy”, „Ava Gardner. Rozmowy”, a także głośnych wywiadów prasowych z największymi gwiazdami Hollywood.

Opinie o ebooku Truman Capote. Rozmowy - Lawrence Grobel

Fragment ebooka Truman Capote. Rozmowy - Lawrence Grobel









Trumanowi,

który temperował ołówki

i nie żywił obaw

GROBEL: Czy sądzisz, że te uwagi mogą się stać literaturą?

CAPOTE: Nie, ale mogą się stać sztuką.


PRZEDMOWA
JAMES A. MICHENER

Dla pisarzy takich jak ja Truman Capote był niesłychanie ważny, gdyż spełniał w literaturze amerykańskiej pewną niezbędną dla niej rolę – coś, z czego wszyscy czerpaliśmy korzyści, ale byliśmy za słabo przygotowani, żeby sprostać temu samodzielnie.

Anglia, w której zawsze znajdzie się miejsce dla prawdziwie obrazoburczego ekscentryka, stała się sceną dla Oscara Wilde’a. Ten skandalizujący Irlandczyk dał światu – od salonów Londynu począwszy, na górniczych osadach Kolorado skończywszy – ekstrawagancką rozrywkę.

Nigdy niedane mi było poznać wielkiego francuskiego artysty-poety-aktora-pozera Jeana Cocteau, lecz po roku 1900, po śmierci nieodżałowanego Oscara Wilde’a, Cocteau stał się wśród artystów czołową postacią, człowiekiem rozmiłowanym w sztuce épater la bourgeoisie, grającym na nosie klasie średniej. Miał ekstrawagancki wygląd, bywał rozmyślnie ekshibicjonistyczny, kwiecisty i w słowach, i czynach. Był wybitnym artystą we wszystkich rodzajach sztuki, które uprawiał. Stale przypominał światu, że artyści różnią się od całej reszty i że w wielkiej mierze ich wartość bierze się stąd, że postępują tak, jak tylko mają na to ochotę. Cocteau czarował, bawił i znieważał pokolenia statecznych francuskich, angielskich i niemieckich dżentelmenów; zawsze działo się to ku uciesze wpatrzonego świata i ku zadowoleniu wielbicieli już to sztuki, już to niesfornej rozrywki. Gdy ludzie tacy jak Jean Cocteau czy Oscar Wilde następują napuszonym i obłudnym demokracjom na odciski, oddają im nieocenione usługi. Potwierdzają oni nieustannie, że artyści potrafią bardzo stanowczo stanąć okoniem, że bywają orędownikami trudnych spraw, że zachowują się w sposób, który dla innych byłby nie do zaakceptowania, oraz że mogą mieć cięte języki. Żywiłem zawsze mocne podejrzenie, iż artyści tacy pomagają społeczeństwo oczyścić, uwrażliwić i w efekcie bardziej ucywilizować.

Za moich czasów Ameryka miała trzech takich ludzi: Normana Mailera, Gore’a Vidala i Trumana Capote’a. Ich wkład w życie naszego kraju jest nieoceniony. Za ilustrację niech posłużą zdarzenia, które rozegrały się kilka lat temu w ciągu pięciu kolejnych dni. Najpierw Norman Mailer w publicznej bibliotece w Nowym Jorku pobił Gore’a Vidala, co dostało się na czołówki gazet. Następnego dnia John Gardner, godne uzupełnienie tego tria, udzielił na łamach „Washington Post” wywiadu, w którym stwierdził bez ogródek, iż jest największym mistrzem języka angielskiego od czasów Chaucera oraz że sławy, takie jak John Milton, Ernest Hemingway i cała rzesza innych pretendentów do tego miana, to po prostu zwykli kanciarze. Publikowano tak wiele podobnych oświadczeń, iż zadzwoniłem do gazety, żeby sprawdzić, czy Gardner naprawdę wypowiedział te słowa. Zapewniono mnie: „Wypowiedział, i to na trzeźwo”.

Następnie w naszej okolicy pojawił się Truman Capote, by wygłosić jakiś odczyt na uczelni, lecz kiedy chwiejnym krokiem wszedł o ósmej wieczorem na podium, był już podpity i rozpoczął od obrażania studentów dość kwiecistym językiem. „Dlaczego – pytał – jeżeli chcecie być pisarzami, nie siedzicie w domach i nie piszecie czegoś, zamiast tłoczyć się w tej sali po to, żeby słuchać takiego starego gamonia jak ja?”. Po czym zatoczył się i upadł u stóp podium, skąd zażenowany dyrektor Instytutu Filologii Angielskiej wraz z dwoma pomocnikami zwlekli jego bezwładne ciało ze sceny. Koniec wykładu.

Czytając o tych dramatycznych wydarzeniach w sobotnio-niedzielnym wydaniu jakiejś gazety, powiedziałem do mojej żony: „Czuję się jak dziewięćdziesięciolatek, który dobiega kresu swego zmarnowanego życia. Nie mam prawa nazywać siebie pisarzem”. W rzeczywistości byłem o Mailera, Vidala czy Capote’a zazdrosny. Ciągle na nowo udowadniali oni, że są artystami, stale też przypominali nam, że artyści często wymagają specjalnej wolności – wolność taka nie musi być niezbędna ludziom innych profesji.

W porównaniu z pisarzami, którzy stają się osobami publicznymi, pisarze tacy jak ja przypominają robotników niezrzeszonych w związkach zawodowych; zyskujemy na podwyżkach wywalczonych przez związki, jednakże bez konieczności opłacania składek, wytyczania linii programowej czy wykonywania czarnej roboty przy organizacji strajku. Jesteśmy sępami i zdajemy sobie z tego sprawę.

Moje związki z Trumanem Capote’em, którego uważałem za całkowite przeciwieństwo mnie samego, zaczęły się pewnego dnia w biurowcu Random House, kiedy to Bennett Cerf wpadł do mojego pokoju ze zdjęciem w ręku. Była to odbitka owej niesłychanej fotografii młodego, rozbrykanego panicza z plantacji magnolii na głębokim Południu, rozciągniętego niedbale na szezlongu. Pod słynnym portretem sybaryty ktoś nagryzmolił podpis będący grą słów z tytułem książki, która przyniosła Capote’owi sławę: Other Vices, Other Rooms[1].

– Spójrz, co jakiś sukinsyn mi przysłał! – wrzasnął Cerf swym wysokim, podenerwowanym głosem. Lecz już po chwili nie mógł powstrzymać się od śmiechu. – Michener, potrzebujesz właśnie takiego zdjęcia. Czegoś, co zwróci na ciebie uwagę.

Potem od czasu do czasu natykałem się na Capote’a w biurach wydawnictwa Random House. Byłem tam też tego komicznego dnia, kiedy okazało się, że inny wydawca – na tyle znaczniejszy od Random House, iż mógł zaryzykować ulokowanie swych biur w niemodnej dzielnicy Nowego Jorku – próbował zwabić Capote’a pod swoje skrzydła obietnicą niebotycznych honorariów. Cerf wykipiał nowinę: „Capote miał chętkę, nie da się ukryć. Zaoferowali mu warunki, którym my nie mogliśmy sprostać. W końcu jednak odpowiedział im swym wysokim, piskliwym głosem: «Żaden młody człowiek, który aspiruje do miana poważnego pisarza, nie zgodziłby się na to, żeby publikować w wydawnictwie, które nie ma biura na zachód od Piątej Alei»”.

W jakiś czas potem popadłem w niełaskę u Bennetta Cerfa, a to z tego powodu, iż widywano mnie w nowojorskich bistrach w towarzystwie mego wieloletniego przyjaciela Leonarda Lyonsa, felietonisty „New York Post”, który miał słabość do artystów, muzyków i pisarzy. Lyons publicznie oskarżył Cerfa o podkradanie cytatów z jego rubryki i umieszczanie ich w różnych antologiach powiedzonek, które Cerf wydawał regularnie i z powodzeniem. Jeśli chciałem być przyjacielem Lyonsa, nie mogłem być przyjacielem Cerfa i vice versa. I choć i Capote, i ja stanowiliśmy specjalne atuty Cerfa, poznałem Trumana dopiero przez Lyonsa; co ważniejsze, Lyons przedstawił mnie również pewnej fantastycznej początkującej gwiazdko-piosenkarko-aktorko-gawędziarce rodem z kopalni w Montanie. Miała niewiele talentu, nieziemską urodę i żywiołowe poczucie humoru. Ponadto miała metr osiemdziesiąt pięć wzrostu – była o pół głowy wyższa ode mnie i o półtorej od Trumana.

Ta ostatnia uwaga jest bardzo istotna, gdyż Truman i ja na zmianę umawialiśmy się z nią na randki, a była tak wspaniałym kompanem, że czułem się urażony, gdy towarzyszyła Trumanowi, a nie mnie. Stanowili zadziwiającą parę: wystrzelająca ku niebu posągowa córka górnika i uwijający się wokół niej pulchny gnom. Jest to dla mnie nadal bolesne, gdy zmuszony jestem przyznać, iż lubiła Trumana znacznie bardziej ode mnie. Po części brało się to stąd, iż zdawała sobie sprawę z tego, jak osobliwą parę tworzą, a nie było to bez znaczenia dla młodej kobiety próbującej przebić się w Nowym Jorku. Lubiła też Leonarda Lyonsa, gdyż jej nazwisko dość często padało w redagowanej przez niego rubryce. Pewnego dnia rzekła do mnie: „Dzięki niemu Nowy Jork będzie wznosił toasty za moje zdrowie”. I przez krótki okres wznosił, gdyż dorobiła się głośnego programu telewizyjnego, a gdziekolwiek wkraczała na podobieństwo królowej Amazonek, holując za sobą albo Capote’a, albo mnie, wszystkie głowy zwracały się w jej stronę.

Przyzwoita dziewczyna, nigdy nie mówiła przy mnie o Trumanie ani o mnie przy nim; stale jednak musieliśmy pamiętać o podwójnej grze, jaką prowadziła. Nie mieliśmy jej zresztą tego za złe. Byłem pod jej wrażeniem, podobnie jak pół Nowego Jorku w owym czasie. Przypatrywałem się jej z uwagą, ale i z troską, ponieważ była pierwszą prawdziwą gwiazdą (ja sam podniosłem ją do tej kategorii, gdyż reszta świata była temu raczej niechętna), z jaką dane mi się było zetknąć.

Dlatego też, kiedy ukazało się znakomite Śniadanie u Tiffany’ego Capote’a, a pewna kobieta z Nowego Jorku zagroziła, iż pozwie Trumana do sądu, gdyż, jak twierdziła, centralna postać książki, ta niesłychana Holly Golightly, została wzorowana na niej, ja, w dobroci serca, usiadłem i wysmażyłem do Random House list w obronie mojego towarzysza. Domyślam się, że z oczywistych powodów list, który wysłałem na adres Donalda Klopfera, wiceprezesa firmy, został zniszczony. Dobrze jednak pamiętam jego treść:

Drogi Donaldzie!

Nie potrafię usiedzieć w jednym miejscu, widząc, jak nad głową zarówno Twojego, jak i mojego przyjaciela, Trumana Capote’a, wisi niebezpieczeństwo ukrzyżowania pod postacią procesu sądowego. [Zmyślnie wieloznaczna metafora]. Oskarżenie wysunięte przez tę młodą kobietę z Nowego Jorku jest w oczywisty sposób fałszywe, gdyż tak się składa, iż wiem ponad wszelką wątpliwość, że Truman wzorował Holly Golightly na pewnej uroczej młodej kobiecie z Montany. Co też, na wypadek gdyby miało dojść do procesu, gotów jestem poświadczyć.

Jim Michener

Ledwo list dotarł do biura Random House, gdy Bennett Cerf wrzeszczał przez telefon: „Czy masz jakieś kopie tego idiotycznego listu, który nam przysłałeś!?”. I zanim zdążyłem odpowiedzieć, dodał: „Spal je! Kiedy pokazałem Trumanowi twój list, jęknął: «Obawiam się, że ona też może mnie pozwać»”.

Było dla mnie oczywiste, że Capote wzorował Holly na tej wesołej młodej kobiecie, którą obaj tak bardzo lubiliśmy. Nigdy go jednak nie pozwała, głównie dlatego, że odpowiadała jej popularność, jaką dzięki jego książce cieszyła się w kręgach swych znających prawdę kawiarnianych przyjaciół. Po tej historii z pozwami Truman widywał się z nią coraz rzadziej. Ja zaś nadal znajdowałem się pod przemożnym wpływem jej żywiołowego uroku. Jednakże jej nieodparta potrzeba przyciągania uwagi spowodowała, że i ja musiałem wycofać się z gry.

Taki był początek mojej bezładnej znajomości z Capote’em, który podziękował mi, że chciałem mu pomóc, mimo że moja propozycja okazała się nietrafiona. Sporadycznie spotykałem go w El Morocco, gdzie emablował Marilyn Monroe, która do tańca z nim zdejmowała buty (inaczej ona też byłaby od niego o głowę wyższa).

Im więcej dowiadywałem się na temat Capote’a, tym bardziej go lubiłem. Pracując kiedyś z pewnym producentem z Hollywood, usłyszałem, że w trakcie wycieczek za miasto Truman lubił jeździć do wiejskich bibliotek. Kierowcy kazał czekać, a sam wbiegał do środka. Kiedy zdarzyło się to po raz pierwszy, nic nie powiedziałem. Za kolejnym razem jednak zapytałem: „Truman, co ty do diabła robisz w tych bibliotekach?”, a on z dziecinnym rozbawieniem odparł: „Sprawdzam karty katalogowe. W tej bibliotece Mailer ma siedem kart. Vidal ma osiem. Ale ja mam jedenaście”.

Truman zaprosił mnie do hotelu Waldorf na swą wielką fetę, która miała stać się sensacją sezonu – ja jednak byłem wtedy w Europie i chyba nie spotkałem go już później. Po wpadce w Maryland, kiedy to upadł pijany na oczach zebranych studentów, wysłałem mu wiadomość tej treści: „Trzymaj się, Kiddo. Potrzebujemy Cię”.

Niewątpliwie potrzebowałem go, ponieważ w miarę upływu lat byłem mu coraz bardziej wdzięczny za odgrywanie roli geniusza-clowna, który przypomina publiczności, że artyści są zawsze, czasami wręcz radykalnie, inni. Moje ostatnie spotkanie z nim utwierdziło mnie w tym przekonaniu. Bardzo usilnie pracowałem nad pewnym manuskryptem – harowałem byłoby bardziej odpowiednim określeniem – w nowojorskim biurze Random House. Kiedy z załzawionymi oczami wyszedłem z biura, w kiosku w holu budynku na Pięćdziesiątej Wschodniej Ulicy rzuciła mi się w oczy wyjątkowo biała strona tytułowa dużego dziennika z Greenwich Village. Nie było na niej tytułu, a jedynie wspaniałe zdjęcie zblazowanego, łypiącego na mnie okiem mojego przyjaciela Capote’a – chyba w hiszpańskim sombrero albo dziewiętnastowiecznym szapoklaku Toulouse-Lautreca – i cztery nagie linijki tekstu w górnym lewym rogu:

Jestem alkoholikiem

Jestem narkomanem

Jestem homoseksualistą

Jestem geniuszem.

Zgodziłem się z pierwszymi trzema twierdzeniami, lecz ostatnie sprawiło mi pewien kłopot. W moim raczej tułaczym życiu poznałem osobiście dwóch geniuszy: Tennessee Williamsa, który o wiele lepiej niż którykolwiek z nas umiał wykorzystywać słowa i sytuacje, oraz Bobby’ego Fishera, mistrza szachów, ulepionego z jakiejś dzikiej, niespotykanej gliny. Obydwaj uważali, że być naczyniem, w którym przelewa się geniusz, to stan nie do wytrzymania. I obydwu to zniszczyło.

Larry Grobel, autor wywiadów, na podstawie których powstała niniejsza książka, rozpoczął swe rozliczne sesje z Capote’em w Nowym Jorku mniej więcej w tym samym czasie, gdy przeprowadzał wywiad ze mną na Florydzie. Miałem zatem przyjemność o nich usłyszeć, a później poznać jego opinię na temat kolegi po piórze, którego od tak dawna podziwiałem. Grobel stanowczo nazwał Capote’a geniuszem; jego sposób użycia słów, zawsze precyzyjny, był czymś nadzwyczajnym.

Opinia ta zmusiła mnie do zrewidowania mojej własnej oceny Capote’a.

W czasie kiedy ukazało się Z zimną krwią, pracowałem w najróżniejszych częściach świata i gdziekolwiek bym był, Z zimną krwią, przetłumaczone właśnie na lokalny język, wywoływało równie wielkie wrażenie jak nieco wcześniej angielski oryginał. Krytycy, czytelnicy, pisarze, wszyscy byli tą książką zafascynowani. Żadna inna książka w trakcie lat mej twórczej pracy nie cieszyła się taką popularnością i uznaniem krytyków.

Oceniałem wówczas, że Truman musiał zarobić na książce co najmniej cztery miliony dolarów, a może pięć. To niezwykłe bogactwo pozwalało mu na niezwykłe zachowanie.

Ceniłem go wszakże nie dla jego zarobków, ale dlatego, że dążył do osiągnięcia najwyższej jakości swych dzieł i odmawiał poddawania się jakimkolwiek naciskom. Rozkoszowałem się też jego mistrzowskim użyciem celnego cytatu – umiejętnością, która mnie nie była dana. Bardzo ceniłem sobie sposób, w jaki używał zdania, którego nigdy wcześniej nie słyszałem, mimo że inni rozpoznawali w tym umiejętnie przywołaną klasykę. Capote pomagał swej przyjaciółce, księżnej Lee Radziwill, siostrze Jackie Kennedy, przygotować się do dramatycznej roli w spektaklu telewizyjnym, którą kompletnie położyła. Pocieszając ją, Capote rzekł: „Psy szczekają, a karawana idzie dalej”. Jako ktoś, kto przemieszkał kilka lat pomiędzy karawanami, urzeczony byłem trafnością tego określenia, już to wymyślonego przez Capote’a, już to gdzieś przez niego wygrzebanego. Przypomina mi się ono przynajmniej paręnaście razy do roku i jestem mu bardzo wdzięczny, że mnie z nim zapoznał.

Jako że niniejsza książka może dostać się w ręce wielu młodych ludzi, zmuszony jestem uczynić pewną uwagę. Lubiłem Capote’a pomimo jego wad i ceniłem go jako kolegę po piórze; nigdy jednak nie wynosiłem na piedestał jako pisarzy bez skazy ani jego, ani Oscara Wilde’a, ani Jeana Cocteau. Byron był Trumanem Capote’em swoich czasów; Wordsworth i Goethe nimi nie byli. Większość arcydzieł światowej literatury tworzona jest przez ludzi zwykłych czy wręcz nijakich – jak Saul Bellow, Anthony Trollope, Gustave Flaubert, Joyce Carol Oates czy Władysław Reymont, polski laureat Nagrody Nobla. Niewątpliwie pisarstwo Capote’a sprawia mi przyjemność, nie sądzę jednak, by równą przyjemność sprawiły mi niezliczone próby jego naśladownictwa, podejmowane przez rzesze młodych ludzi, aspirujących do miana pisarzy. Należałoby raczej potraktować Capote’a jako współczesnego Thomasa Chattertona[2], bez wątpienia wspaniałego, bez wątpienia żarliwego, bez wątpienia potępionego.

Czy Grobel słusznie nazywa Capote’a geniuszem? Nie jestem o tym przekonany, gdyż wyznaczam bardzo sztywne kryteria tego pojęcia. Chciałbym jednak dorzucić do tego krytycznego tygla dwie ilustracje, które mogłyby potwierdzić słowa Grobela.

Po pierwsze, wątpię, żeby którykolwiek inny pisarz, żyjący w czasie morderstw w Kansas, był zdolny napisać w którymkolwiek języku Z zimną krwią i kontrolować ów proces tak jak Capote. Chodzi mi o przedstawienie motywu godnego Ajschylosa, ale bez posępnego moralizowania; chodzi mi o umiejętne operowanie elementem napięcia i przerażenia, jednakże bez popadania w huśtawkę nastrojów; chodzi mi o takie poprowadzenie bardzo osobistej historii – wzajemnych relacji z dwoma odrażającymi mordercami – by samemu nie stać się centralną postacią; chodzi mi wreszcie o pionierską próbę nowego typu powieściopisarstwa. Z tych wszystkich powodów należy się Capote’owi uznanie za stworzenie arcydzieła, które przeraża. W owym czasie nikt inny nie był w stanie tego dokonać, a i dziś niewielu mogłoby mu dorównać.

Po drugie, wiele lat później z nieodmiennym zainteresowaniem czytałem wyjątki z ostatniej pracy Capote’a, publikowane w latach 1975 i 1976 w magazynie „Esquire” fragmenty książki, która nigdy nie miała się ukazać – Wysłuchane modlitwy. Od lat dobiegały mnie słuchy, że Truman pracuje nad czymś, co uważa za swoje arcydzieło. Niezmiernie mnie to intrygowało. Pisarz wciąż słyszy, iż jakiś jego współczesny właśnie pracuje nas summum bonum opus, które zapewni mu pamięć u potomnych. Mailer właśnie coś takiego pisze. I James Baldwin. I Graham Greene. I Joyce Carol Oates. I Otto Defore, o którym nikt nigdy nie słyszał, też coś takiego pisze gdzieś w Idaho. Wszyscy coś takiego właśnie piszemy.

Lecz oto Capote zaoferował nam próbki swego chef d’oeuvre, a ja miałem wielką ochotę ich spróbować. Zanim skończyłem lekturę drugiego odcinka, miałem już wyrobioną opinię, którą zanotowałem na przyszłość w mym aide-mémoire.

„Szokujące nadużycie zaufania, uśmiechy przy stole i obmowa za plecami. Znam czworo z tych ludzi, których T.C. szarga, i mogę kategorycznie zaprzeczyć sugestiom, które czyni. Mistrzowskie studium czystego okrucieństwa, które zamknie wiele uprzednio otwartych drzwi. Dlaczego to zrobił? Czy nie ma poczucia odpowiedzialności bądź poczucia noblesse oblige? Analny punkt widzenia amerykańskiego społeczeństwa.

Jestem jednak pewien, że jeśli doprowadzi pracę do końca, Wysłuchane modlitwy staną się roman a clef mojej dekady, amerykańskim odpowiednikiem Prousta, dziełem, które zostanie uznane za podsumowanie naszej epoki. Mogę wyobrazić sobie absolwentów Harvardu w roku 2060, otrzymujących doktoraty z literatury za odszyfrowanie, kim były najbardziej lubieżne i niesławne postacie Capote’a, oraz usprawiedliwienie jego opinii. Najlepsze z tych studiów, to, które utrwali jego reputację, będzie zatytułowane Truman Capote i jego wiek. Podobnie jak Toulouse-Lautrec, Capote stanie się reprezentantem swojej epoki, cenionym za mistrzostwo w jej ukazywaniu.

Lecz jedynie wtedy, gdy będzie w stanie w wielkim stylu skończyć swe dzieło, jedynie wtedy, gdy wprowadzi wystarczającą liczbę znaczących postaci, jedynie wtedy, gdy dopracuje swój temat i nie pozwoli mu się zdominować. Jak słyszę, bierze narkotyki i popija tak tęgo, że szanse na dokonanie tego są niewielkie. Cóż nam zatem pozostawi? Pojedyncze fragmenty do cytowania w przypisach. W rozmaitych przypisach znajduje się cholernie dużo takiej niespełnionej literatury”.

Dzięki niezwykłemu zbiegowi okoliczności dane mi było poznać Capote’a osobiście i osobiście być świadkiem pewnych wydarzeń. Jego samego darzyłem nieustającą sympatią, a jego talent niesłychanym szacunkiem. Zazdrościłem mu tej klasycznej maniery, z jaką się zachowywał i jaką prezentował w swych publicznych wystąpieniach. Jego dykteryjki były pierwszorzędne, jego najlepsze prace wysokiego lotu, a Z zimną krwią wyjątkowa w swym mistrzostwie.

Jego odejście pozostawia lukę. Chciałbym, żeby oznaką mojego niezmiennego szacunku były słowa, które napisałem mu w ostatnim liście: „Trzymaj się, Kiddo. Potrzebujemy Cię”.

Austin, Teksas

październik, 1984



[1] Gra słów z tytułem Inne głosy, inne ściany (Other Voices, Other Rooms). Voices – głosy, vices – grzechy. Wszystkie przypisy w tekście pochodzą od tłumacza.

[2] Thomas Chatterton – osiemnastowieczny poeta angielski. Swoje utwory przedstawiał jako „odkryte” utwory średniowieczne. Z powodu braku sukcesów odebrał sobie życie w wieku zaledwie 17 lat.


WSTĘP

W piątek 16 lipca 1982 roku w południe pojechałem taksówką z hotelu Drake na róg Czterdziestej Dziewiątej Ulicy i Pierwszej Alei. Byłem zdenerwowany, wchodząc do La Petite Marmite, naprzeciwko UN Plaza, gdzie mieszkał, kiedy był w mieście. Maître d’hôtel, do którego się zwróciłem, poprowadził mnie do stolika na środku sali. Restauracja była pełna, ale ja widziałem tylko Capote’a. Siedział, ściskając drinka; był ubrany w niebieską marynarkę z kory, narzuconą na trykotową bluzę. Jego głowa, wielka jak piłka lekarska, była osadzona na krótkiej, grubej szyi.

– Czy to ja się spóźniłem, czy ty jesteś za wcześnie? – zapytałem, kiedy usiadłem przy nim.

– Na pewno to ja jestem za wcześnie – powiedział. – Zamówiłem już jedzenie, a teraz popijam sobie drinka. – Przytknął kieliszek do ust i pociągnął haust.

Nie wyglądał tak, jak się spodziewałem. Twarz miał nalaną, włosy rzadkie, oczy jak u kruka. Wbrew temu, jak go opisywano, wcale nie sprawiał wrażenia karła, ale roztaczał wokół siebie aurę siły i autorytetu.

Podszedł kelner, zamówiłem kieliszek białego wina.

– Ostatnimi czasy wszyscy piją białe wino – powiedział Capote. – Ja piję daiquiri[3].

– Dużo ich pijesz?

– Nie, tylko dwa dziennie.

Kelner podał mi menu, a ja coś zamówiłem. Jedzenie było ostatnią rzeczą, o jakiej myślałem.

– Zapomniałem, z jakiej okazji jemy ten lunch – powiedział Capote.

– Żeby porozmawiać o wywiadzie dla telewizji – odparłem. Robiłem wywiady dla magazynu i telewizji kablowej „Playboya”, a teraz przyleciałem z Kalifornii, żeby spotkać się z Capote’em właśnie w sprawie wywiadu telewizyjnego.

– Nie cierpię Kalifornii, jak możesz tam mieszkać?

– Kiedyś mieszkałem tutaj – odpowiedziałem – ale w 1974 roku przeprowadziłem się do Los Angeles.

– Dlaczego, u licha, to zrobiłeś? – zapytał. – Jest naukowo udowodnione, że żyjąc w Kalifornii, traci się co roku jeden punkt ilorazu inteligencji. To szczera prawda.

Niewątpliwie był osobowością. Zawsze podziwiałem go jako pisarza. Zgadzałem się z tym, co Norman Mailer napisał o nim w Autoreklamie, kiedy stwierdził: „Jest to najdoskonalszy pisarz mego pokolenia, najlepiej operuje słowem i rytmem. W Śniadaniu u Tiffany’ego, które stanie się klasyką, nie zmieniłbym ani słowa”. Pamiętam też pewnego profesora college’u, który stwierdził, że czytanie Lawrence’a Durrella przypomina picie szampana, a czytanie Capote’a przypomina picie czystej, świeżej wody z górskiego źródła. (Dodał też, że Kerouac przypomina coca-colę, co wywołało uśmieszek na twarzy Capote’a).

Nie miałem pomysłu, jak potraktować Capote’a jako osobę publiczną, lecz ktoś, kto chadzał pod rękę z takimi ludźmi, jak Marilyn Monroe, Jacqueline Onassis czy Perry Smith, a bystrością umysłu dorównywał najlepszym ze swoich współczesnych, niewątpliwie wart był zainteresowania.

Capote powiedział mi, że inny program telewizji kablowej poprosił go o występ, ale popełnili błąd, wysyłając mu listę osób, z którymi przeprowadzono już nagrania. Nie zrobiło to na nim szczególnego wrażenia.

– Zwłaszcza że zaczęli od Vidala – dodał ze śmiechem.

Powiedział też, że nie chce więcej udzielać wywiadów u siebie, ponieważ wpuścił kiedyś ekipę Barbary Walters[4], a ci zrobili mu „niezły bajzel”.

Spytałem go o program kablowy, o którym myśleli z Joanne Carson[5], lecz Capote miał wątpliwości, czy realizacja dojdzie kiedykolwiek do skutku.

– Musieliby zapłacić mi dużo pieniędzy, a jak słyszę, telewizja kablowa jeszcze groszem nie śmierdzi – oświadczył.

Przerwało nam pojawienie się rozpromienionego kelnera.

– Niech pan tylko spojrzy. Szef przygotował to specjalnie dla pana – powiedział do Capote’a.

Truman rzucił okiem na rybę i tonem skargi powiedział:

– Oj, nie tak miała być zrobiona. Ale w porządku, spróbuję jej. – Przyjrzał się rybie. – Taak – zwrócił się do mnie – kiedy chcielibyście to zrobić?

– Kiedy tylko tobie będzie pasowało – odrzekłem.

Powiedział, że obojętnie kiedy, byle po połowie sierpnia, po czym dał mi swoje dwa numery telefonu, prosząc o zachowanie ich w tajemnicy, ponieważ właśnie je zmienił.

Powiedziałem mu, że kiedy przygotowywałem się do wywiadu z Marlonem Brando, wielką pomocą był mi bardzo wnikliwy, napisany dla „New Yorkera”, tekst pod tytułem Książę na swych włościach.

– Tak – zgodził się – ale najlepszy utwór okolicznościowy napisałem na cześć Marilyn Monroe.

Przez następną godzinę, kiedy on jadł rybę, a ja grzebałem w mojej porcji krabów, rozmawialiśmy o aktualnych wydarzeniach i o jego pisarskim życiu. John Hinckley[6], który próbował zastrzelić prezydenta, został uznany za niepoczytalnego i skazany na zamknięcie w szpitalu psychiatrycznym, co Capote uznał za słuszny werdykt.

– On jest wariatem, cóż by innego?

Jednakże Clausa von Bülowa, skazanego właśnie za wstrzyknięcie swej żonie śmiertelnej dawki insuliny, uważał za całkowicie niewinnego.

– Wiem to na pewno – stwierdził. – Jego żona próbowała mnie kiedyś nauczyć, jak posługiwać się strzykawką, żeby zrobić sobie zastrzyki witaminy B12.

Zapytałem, dlaczego w takim razie nie pojawił się na procesie von Bülowa.

– Tylko i wyłącznie dlatego, że byłem pewien, że zostanie uniewinniony. A poza tym Norman Mailer dał taki popis w sprawie Jacka Abbotta[7], że nie wydawało mi się właściwe, by inny pisarz robił to samo. Pojawię się jednak na rozprawie apelacyjnej.

Jego głos wznosił się kilka oktaw ponad tenor, nie miał jednak tego wysokiego, nosowego tonu znanego z wywiadów telewizyjnych. Uznałem, że musiał go starannie wyćwiczyć, dopasować do swojej roli „na wizji”.

Kiedy zapytałem go o jego metodę pisarską, odpowiedział, że wstaje codziennie o czwartej trzydzieści, a pracuje od piątej trzydzieści do pół do pierwszej po południu. Dodał, że pisze wolno i co chwilę przegląda to, co już napisał, oraz że właśnie pracuje nad Wysłuchanymi modlitwami i tomem opowiadań. Lubi ponadto czytać własne książki. Powiedział:

– Zawsze, gdy biorę do ręki Z zimną krwią, czytam ją od deski do deski, zupełnie jakbym to nie ja napisał. Wiesz, to jest naprawdę doskonała książka. Nie zmieniłbym w niej niczego.

– Czy jest to również twoja ulubiona książka?

– Nie, moja ulubiona książka to Słychać muzy.

Kiedy zapytałem go, kto jest jego agentem, odpowiedział, że nie ma agenta, a jedynie prawnika. – Dlaczego miałoby mnie to kosztować dwadzieścia procent, skoro i tak prawnik robi całą robotę? A tak zostaje tylko dziesięć procent. Nigdy nie miałem agenta, ponieważ gdy sprzedałem moją pierwszą pracę, a miałem wtedy siedemnaście lat, poszedłem z nią bezpośrednio do wydawcy. I wtedy stałem się najmłodszą osobą, jaka kiedykolwiek pracowała w „New Yorkerze”.

Nasza rozmowa zeszła na tematy filmu. Opowiedział o scenariuszu do swej noweli Ręcznie rzeźbione trumny. Scenariusz został złożony w wytwórni United Artists – ...ale tam było trzęsienie ziemi i teraz jest on w Twentieth Century-Fox.

– Przeczytałem taką książkę o Davidzie Begelmanie Indecent Exposure i niektóre postacie stamtąd pojawiają się tutaj, więc może to nie jest za dobre – dodał ze śmiechem. – Dodałem reportera, żeby scenariusz trzymał się kupy. Maksymalnie też starałem się wyłączyć z tej historii własną osobę.

Kiedy przyniesiono rachunek, Capote upierał się, żeby zapłacić go kartą kredytową. Poskarżył się na zapalenie stawów barkowych i dodał, że musi iść do dentysty, bo zęby ma w nie najlepszym stanie i jest z nimi dużo kłopotu, koniecznie też trzeba naprawić to, co zepsuł jego poprzedni dentysta.

– To oszust – warknął, wychodząc z restauracji.

W sierpniu rozmawiałem z Capote’em telefonicznie, żeby spróbować przełożyć nasz wywiad aż na październik.

– Co to mieliśmy zrobić? – zapytał. Jego głos brzmiał tak, jakby mówił przez durszlak. To był Capote prześmiewca; nie ten głos, który pamiętałem z naszego spotkania.

Przypomniałem mu, a on odparł tym stłumionym głosem:

– Och, właśnie wróciłem z wywiadu, którego udzieliłem tego ranka „60 minutom”. Właśnie wszedłem. Wziąłem długi, chłodny prysznic, he, he – zachichotał. – Hm, nie mam nic przeciwko temu. Niech spojrzę. W październiku mam wykład na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley.

Zaproponowałem, że być może moglibyśmy przeprowadzić ten wywiad w Los Angeles, kiedy będzie na Zachodnim Wybrzeżu.

– Nienawidzę Los Angeles – powiedział. – Chwileczkę, pójdę sprawdzić w kalendarzu. – Kiedy wrócił, w jego głosie słychać było zaskoczenie: – To niesamowite, od razu go znalazłem, a przy tym bałaganie, który mam w pokoju i na biurku... Spójrzmy, wykład mam w listopadzie. Tak, każdy październikowy termin będzie w porządku. Wyślij mi tylko dwa listy z datą, godziną i miejscem. Jeden na mój nowojorski adres, a drugi do mojego domu w Sagaponack. S-a-g... Hm, jak to się pisze?

Trzy tygodnie później zadzwonił.

– Jak się masz? – zapiszczał. – Dostałem twój list. Wszystko w porządku. Co słychać tam, gdzie fale biją o brzeg? – Powiedział, że dzwoni z domu w Sagaponack; jego głos brzmiał bardzo wysoko i przyjaźnie.

Byliśmy umówieni na wywiad we wtorek 12 października, w hotelu Drake. W poniedziałek próbowałem się do niego dodzwonić, ale nigdzie nie mogłem go zastać. We wtorek rano spróbowałem znowu i zastałem go przy goleniu. Tak, będzie na czas, powiedział. Nie, nie chce, by wysyłać po niego samochód, weźmie taksówkę.

Kiedy przyjechał, zaproponowałem mu drinka, ale odmówił. Po chwili jednak, kiedy zaczęliśmy nagranie, zmienił zdanie i zaczął pić wódkę, czystą.

Początkowo był spięty, lecz już po chwili się rozluźnił. Przeczytał nawet swoje opowiadanie Pan Jones ze zbioru Muzyka dla kameleonów – o niewidomym kalekim mężczyźnie z purpurowym znamieniem w kształcie gwiazdy na lewym policzku, który zajmował sąsiedni pokój w czynszowej kamienicy na Brooklynie w 1945 roku. Dziesięć lat później Capote spotkał go znowu; siedzieli naprzeciwko siebie w wagonie moskiewskiego metra – z tą jednak różnicą, że tym razem mężczyzna nie był ani niewidomy, ani kaleki. Nosił jednak to samo znamię. Kiedy skończył czytać, z niejaką satysfakcją zamknął książkę i cedząc słowa, powiedział:

– To by było na tyle... jeśli chodzi o rosyjskich szpiegów.

Ponieważ wywiad szedł tak płynnie – a wiedziałem, że na antenie wykorzystamy tylko około ośmiu minut – gdy skończyliśmy, zapytałem Trumana, czy miałby coś przeciwko temu, byśmy kontynuowali naszą rozmowę z myślą o jakiejś innej audycji. Nie planowałem niczego konkretnego, wiedziałem tylko, że rejestruję historię, a on jest wspaniale zajmującym rozmówcą. Ponadto mocno przesadziłem z przygotowaniami do tego wywiadu i miałem jeszcze do zadania setki pytań.

– Nie mam nic przeciwko temu – powiedział i zasugerował, żebym zastanowił się nad przyjazdem do Berkeley w listopadzie.

Berkeley jednak nie wypaliło. Kiedy do niego zadzwoniłem, powiedział, że przylatuje tylko na jeden dzień i natychmiast musi wracać na Wschodnie Wybrzeże. Poprosił mnie również, bym z naszej rozmowy wyeliminował dwie rzeczy: coś, co powiedział o niedawno zmarłym Thomasie Thompsonie, i pewien epitet, którym obdarzył Jacqueline Onassis.

– Wyrzuć tylko te dwie rzeczy, reszta może zostać. – Powiedział, że pracuje bardzo ciężko. – Mówię ci, harówka. – Skarżył się też na gorąco w Nowym Jorku: ponad dwadzieścia siedem stopni.

Ja opowiedziałem mu o ankiecie przeprowadzonej wśród nastolatków w Cleveland, a dotyczącej ich czytelniczych nawyków oraz książek, które powinni, według nich, przeczytać ich rodzice. Na pierwszym miejscu było Z zimną krwią. Innymi wymienianymi tytułami były: Zapytaj Alice, Ja jestem OK – Ty jesteś OK, Myszy i ludzie oraz Stary człowiek i morze.

– Szczerze nie cierpię Starego człowieka i morza – powiedział Capote – ale reszta jest w porządku.

***

Ponownie rozmawiałem z nim 2 grudnia, a jego pierwsze słowa brzmiały:

– A jak tam twój film?

Zapytałem go, czy ma jakieś swoje zdjęcia, które moglibyśmy wykorzystać. Odpowiedział, że ma jedno „przyjemne, bardzo naturalne” zdjęcie, zrobione w szkole średniej, kiedy miał szesnaście lat.

– A, i jeszcze Carl Van Vechten zrobił mi frapujące zdjęcie, kiedy po raz pierwszy pojawiłem się w redakcji „New Yorkera”. Jest w jego albumie fotograficznym, który ukazał się jakieś trzy lata temu. On już nie żyje. Jego żona też. Właściwie te dwa zdjęcia ilustrują punkty zwrotne w moim życiu. To, kiedy miałem szesnaście lat i właśnie rzuciłem średnią szkołę, i to zrobione przez Cartiera-Bressona, kiedy miałem osiemnaście lat.

– Czy to nie to, które jest na okładce rocznicowego wydania Innych głosów, innych ścian? – zapytałem.

– Tak, to właśnie to. Różnica między tymi zdjęciami jest absolutnie wstrząsająca. Oba są zupełnie niezwykłe.

Coś jednak było nie w porządku. Mówił jak człowiek bardzo zmęczony i słaby. Zapytałem go o samopoczucie, a on odpowiedział:

– Od pierwszego dnia po naszym spotkaniu ciągle mam bóle żołądka. Kiedy wygłaszałem odczyt w Berkeley, poczułem niesłychany ból. Lekarz dał mi demerol, bo to było bardzo bolesne. A kiedy wróciłem, codziennie chodziłem na badania do szpitala. Bóle żołądka miałem od czegoś innego, ale oni przeprowadzali te swoje wszystkie badania i przez przypadek znaleźli bardzo dużą i niebezpieczną narośl w okrężnicy. Wstrzyknęli mi do żołądka taką białą, lepką substancję i prześwietlili mnie od stóp do głów. Cierpiałem okropnie. Idę do szpitala w niedzielę. Wszystko będzie w porządku, nie odrośnie. Mówię ci, najlepiej będzie, jeśli każesz się całkowicie prześwietlić.

– Czy w ogóle byłeś w stanie pracować?

– Jestem za bardzo chory, żeby cokolwiek zrobić. Próbuję się nie przemęczać.

– A czy możesz jeść?

– Nie, nie mogę. Jak tylko coś zjem, zaraz strasznie boli mnie brzuch. Pić też mi nie pozwalają – dodał ze swym typowym śmiechem. – Bardzo osobliwe. Miejmy nadzieję, że uda mi się zrzucić parę kilo.

– A do którego szpitala idziesz?

– Do Mount Sinai. Ale proszę, nie mów o tym nikomu.

Zadzwoniłem do niego nazajutrz, a kiedy zapytał mnie:

– Co tam słychać na starym, dobrym zadupiu? – wiedziałem, że musi czuć się lepiej. – Wiesz – żartował – mówiłem ci już, że tam iloraz inteligencji maleje z minuty na minutę, z sekundy na sekundę, tik-tak, tik-tak. Dlaczego nie przeniesiesz się do Nowego Jorku?

– Mam tam zbyt liczną rodzinę – odpowiedziałem dowcipem.

– Jest na to sposób – odparł ze śmiechem. – W dzisiejszej gazecie jest urocza historia o trzynastolatku, który zabił swoją matkę strzałem w brzuch z magnum 45, a na pytanie dlaczego to zrobił, odpowiedział: „Chciała, żebym poszedł do szkoły”. Jak widzisz, dzieją się tutaj całkiem zabawne rzeczy!

– Prawdę mówiąc – roześmiałem się – nasze gazety pełne są takich historii, więc chyba niczego nie tracę.

– Och, ta wasza żałosna gazeta – powiedział, mając na myśli „Herald Examiner”. – Wielkie nieba, powinni zrobić Patty Hearst[8] naczelną redaktorką. Wniosłaby trochę ożywienia. Opowiedziałaby, jak wygląda praca wydziału policji od wewnątrz!

Potem zapytał mnie, czy widziałem „The Ladies’ Home Journal”, który opublikował świąteczne opowiadanie o jego ojcu.

– Widzisz – powiedział – to była druga strona medalu. We Wspomnieniu gwiazdkowym nie napisałem ani słowa o moim ojcu. Nigdy o nim nie napisałem. Zmarł w zeszłym roku. Random House wyda to w jednej z tych tanich książeczek, a na przyszły rok planują przyzwoitą edycję. „Ladies’ Home Journal” zrobił śliczne nieduże wydanie, chcą rozesłać ludziom, którzy się stale u nich ogłaszają. Ale magazyny... jedynie „Playboy” jest dosyć rzetelny. Dostałem list, nie uwierzysz, od redaktora „McCall’s”, z zarzutem, że oddałem ten kawałek „Ladies’ Home Journal”. Twierdzi, że ma kopię wysłanego do mnie listu, w którym prosił mnie o jakiś tekst do ich świątecznego numeru. Nie pamiętam, żebym dostał taki list. Był bardzo opryskliwy! Widzisz, byłem bardzo poruszony śmiercią mojego ojca. Nie sądziłem, że tak się tym przejmę, aż do momentu, kiedy zacząłem o nim pisać. Dałem to do przeczytania pewnemu pisarzowi, który jest przyjacielem redaktorki „Ladies’ Home Journal”. Przyjechała na wieś zobaczyć się ze mną i powiedziała, że musi to opublikować. Była taka słodka. Powiedziałem: „W porządku”. Hm, na podstawie tego, co powypisywał ten redaktor z „McCall’s”, można uznać, że powinienem siedzieć w Creedmore[9]! Jezus Maria, co za tupet!

Potem zapytałem go, jak się czuje. Po to właściwie do niego dzwoniłem! Powiedziałem, że rozmawiałem z kimś, kto miał narośl w okrężnicy. Leczył to preparatem siarki i nie jest najgorzej. Lecz on odparł:

– Okazało się, że to są dwie rzeczy naraz. Narośl i coś, co nazywają zapaleniem uchyłka; wiesz, co to takiego? Miał to Lyndon Johnson i z dumą pokazywał bliznę.

Zmienił temat, wspominając o „Vanity Fair”, czasopiśmie, z którym właśnie się rozstał.

– Tak się cieszę, że zerwałem z „Vanity Fair”, że aż brak mi słów. Czuję się, jakbym był już po operacji.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.