Szpital nad Pisą - Krzysztof Więckiewicz - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 250 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szpital nad Pisą - Krzysztof Więckiewicz

Polska w czasie II wojny światowej. Do szpitala polowego Wehrmachtu nad rzeką Pisą trafia młody niemiecki oficer SS, Rolf von Dornhoff. Jedynym ratunkiem dla rannego żołnierza w tamtych warunkach jest amputacja nogi. Na jego gorącą prośbę Otton Brink, lekarz, który go operował, zakopuje pozostałości jego kończyny w dobrze oznakowanym miejscu. Rolf zostaje wkrótce odwieziony do Niemiec i dzięki swoim znajomościom ściąga tam Ottona. Udaje im się uzyskać zgodę na wyjazd do Szwajcarii w celu rehabilitacji, gdzie zastaje ich koniec wojny. Po wielu latach oficer Rolf von Dornhoff wraca do Polski, by z pomocą przypadkowo poznanych polskich harleyowców odnaleźć nad Pisą teren byłego szpitala i odsłonić skrywaną tam od czasu wojny tajemnicę…

 

W przygotowaniu znajduje się kolejna część przygód bohaterów powieści „Szpital nad Pisą”, nosząca tytuł „Krypta w Monachium”.

Opinie o ebooku Szpital nad Pisą - Krzysztof Więckiewicz

Fragment ebooka Szpital nad Pisą - Krzysztof Więckiewicz







Strona redakcyjna


Słowo wstępne

Książkę tę dedykuję Wojtkowi, staremu przyjacielowi i niezrównanemu gawędziarzowi, który swoją przedziwną opowieścią z dawnych, harleyowskich lat, zainspirował mnie do jej napisania.

Wszystkie postacie występujące w książce są fikcyjne, chociaż pewnymi cechami mogą przypominać faktycznie istniejące i znane niektórym z czytelników osoby. Ale, jak wiemy, takie podobieństwa w literaturze się zdarzają i nie da się ich uniknąć.

Większość wydarzeń i dziwnych przypadków, które są udziałem opisanych w książce postaci, również została od początku do końca wymyślona.

I tylko historia nogi straconej w Polsce przez niemieckiego żołnierza w czasie wojny i jego późniejsze próby odnalezienia miejsca nad Pisą, w którym się to stało, jest autentyczna.

Krzysztof Więckiewicz


Rozdział 1

Był lipiec 1942 roku. Spoza ciemnej ściany lasu, widocznego na przeciwległym brzegu szeroko rozlanej rzeki Pisy i oddalonego w tym miejscu o dobre kilkaset metrów, doszedł nieregularny warkot samolotu.

Jeden z jego silników krztusił się i słychać było wyraźnie, jak na przemian zwalniał i przyspieszał obroty, przerywane wybuchami kaszlu, dochodzącego z rur wydechowych.

Siedzący na trawie obok dużych, zamaskowanych siatką kamuflażową namiotów, ubrani w polowe mundury Wehrmachtu młodzi żołnierze, poderwali się gwałtownie i zaczęli wpatrywać w niebo ponad wysoką ścianą lasu, dochodzącego prawie do samej rzeki.

– Chyba dostał w silnik – powiedział jeden z nich.

– Nie kracz, Hans – odezwał się wysoki, lekko utykający mężczyzna w mundurze oficera i narzuconym na ramiona białym, szpitalnym kitlu. – Idźcie szykować salę operacyjną i myjcie narzędzia. Wiozą znowu rannych, ciekawe ilu...

Żołnierze obrócili się natychmiast i pobiegli w kierunku jednego z dużych, polowych namiotów, rozstawionych na łagodnie schodzącej w kierunku rzeki łące.

– Wyprodukujemy dzisiaj kolejną partię kalek ku chwale naszego Führera i III Rzeszy – po cichu powiedział do siebie oficer i westchnął ciężko.

***

Kapitan Otton Brink nie lubił wojny. Był doskonałym chirurgiem i zanim to wszystko się zaczęło, prowadził luksusowe życie w Berlinie, korzystając ze swojej pozycji, znakomitej sytuacji finansowej oraz statusu kawalera, którym się szczycił i który udawało mu się utrzymywać od wielu lat, mimo nacisków swojej rodziny.

Pracował jako naczelny chirurg w jednej z klinik urazowych, zszywając i składając z połamanych kończyn wszystko, co jeszcze nadawało się do złożenia. Specjalizował się w ortopedii i uchodził za jednego z wybitniejszych lekarzy w tej dziedzinie. Niestety, nie był zwierzęciem politycznym i mimo nacisków, jakie na niego wywierano, nie zapisał się do NSDAP, a na dodatek nie krył zbyt dobrze swoich poglądów i braku zainteresowania polityką, co nie przysparzało mu przyjaciół.

Był nieźle ustosunkowany i zanim wybuchła wojna, puszczano mu to płazem, ale gdy tylko się to wszystko zaczęło w 1939 roku, protektorzy nagle gdzieś się ulotnili, a jego zmobilizowano i po ataku Hitlera na Rosję wysłano na front. Miał trochę szczęścia i znajomości i dzięki temu nie posłano go do Rosji. Przydzielono mu stanowisko naczelnego lekarza w szpitalu polowym Wehrmachtu, mieszczącym się w okolicach Łomży, w okupowanej Polsce.

***

Samolot wyskoczył nagle sponad krawędzi drzew. Był to dwusilnikowy, transportowy Junkers 52, którym regularnie zwożono z frontu wschodniego, gdzieś z okolic Woroneża, rannych oficerów, wymagających intensywnej opieki chirurgicznej. Toczyła się tam w tym czasie operacja wojenna Fall Blau, walki musiały być ciężkie, bo rannych z każdym dniem przybywało.

Wypluwając z silnika kłęby czarnego dymu, samolot opadł gwałtownie tuż nad powierzchnię wody i kołysząc się na boki, zaczął zbliżać się do lądowiska znajdującego się na przeciwległym brzegu rzeki, nieopodal szpitala polowego.

– Wszystko gotowe, panie doktorze – zameldowali dwaj młodzi sanitariusze i razem z Ottonem patrzyli z niepokojem na samolot podchodzący do lądowania.

Ale pilot musiał być mistrzem. Tuż przed przyziemieniem wyrównał lot, odpuścił i zwiększył trochę obroty. Junkers zadarł lekko nos, a potem szybko, ale łagodnie, usiadł na trawiastym pasie i zaczął wytracać prędkość.

Samochód straży pożarnej wyjechał na pełnym gazie spoza niedużego wzniesienia, za którym mieściła się baza techniczna, i wyjąc, pędził po wyboistej, gruntowej drodze w kierunku końca pasa startowego. Za nim trochę wolniej jechały dwie sanitarki, z wymalowanymi na dachach czerwonymi krzyżami na białym tle.

– No to będziemy dzisiaj mieli roboty do samego rana. Wszystko gotowe?

– Tak jest, panie doktorze – odpowiedzieli sanitariusze.

Pierwszy duży ambulans podjechał pod namioty szpitala polowego po około piętnastu minutach. Wy­skoczyli z niego szybko dwaj żołnierze, otworzyli tylne drzwi i zaczęli wynosić rannych. Układali ich po kolei na noszach i przenosili do dużego namiotu, tuż obok polowej sali chirurgicznej.

Po chwili przyjechał, kołysząc się niezgrabnie na wybojach, mały wojskowy VW łazik. Młody oficer w mundurze SS wysiadł powoli, rozejrzał się i podszedł bez chwili wahania do oglądającego rannych doktora. Zasalutował, przedstawił się i powiedział:

– Panie doktorze, proszę ze mną na bok, mam coś poufnego do przekazania.

Odeszli kilka kroków w stronę leniwie płynącej rzeki i młody oficer SS, patrząc mu z zimnym uśmiechem w oczy, powiedział:

– Mam dla pana specjalne polecenie od generała dywizji.

– Specjalne polecenie? Nie jesteśmy jednostką specjalną, jeśli pan tego nie zauważył. Jesteśmy szpitalem polowym – odpowiedział doktor, patrząc ironicznie na młodego esesmana.

– Proszę mi nie przerywać, kapitanie, przekażę panu to, co mi polecono, a pan zrobi to, co będzie uważał. Przypominam tylko, że generał Walter von Reichenau ma dobre koneksje w Berlinie... Jeśli nie pasuje panu stanowisko chirurga w szpitalu polowym tutaj, w okupowanej Polsce, to może panu załatwić przeniesienie na front. Tam też potrzebujemy chirurgów...

Otton Brink był bardzo inteligentnym człowiekiem i natychmiast wyczuł aluzję.

– Dobrze, wszystko jasne, rozumiem, o co chodzi, poruczniku.

– Tutaj są dokumenty pewnego kapitana SS, którego przywieźliśmy dzisiejszym transportem. To ktoś z rodziny generała von Reichenau... – Esesman wręczył kapitanowi skórzaną raportówkę. – Proszę zaopiekować się nim w pierwszej kolejności i z nadzwyczajną troską. Zależy nam na tym.

– Nie traćmy zatem czasu – powiedział doktor, biorąc teczkę z papierami. – Który to jest?

– Zaraz panu pokażę, jest nieprzytomny.

***

Młody, na oko dwudziestokilkuletni mężczyzna w mundurze SS, leżał nieruchomo na noszach. Jego cała prawa noga, aż do połowy uda, owinięta była grubym opatrunkiem, pod którym widać było jakieś elementy usztywniające. Przez brudny bandaż, w okolicach kolana i poniżej, widoczne były ciemne plamy krwi, nad którymi pobrzękiwały natrętne muchy. Lewa ręka, również obandażowana, była zgięta w łokciu i przymocowana bandażami do torsu.

Mężczyzna nie wyglądał najlepiej. Był zarośnięty, o jasnych blond włosach, z wydatnym nosem i wyrazistej, trawionej gorączką twarzy. Miał zamknięte oczy, którymi poruszał pod powiekami niespokojnie, pewnie majaczył.

– Sanitariusze, do mnie! – krzyknął krótko doktor. Przybiegli natychmiast. – Proszę zanieść pacjenta do sali operacyjnej, zaczniemy od niego!

– Ale jednego już mamy na stole, panie doktorze. Przygotowany do amputacji. Podkolanowa, obie stopy zmiażdżone.

– Przytomny?

– Tak, tylko bardzo go boli.

– Zdjąć ze stołu, niech poczeka. Przygotować miejsce dla tego oficera. Specjalne zadanie. Wykonać! – dodał podniesionym głosem, widząc wahanie na twarzy jednego nich.

– Tak jest, panie doktorze. – Pobiegli pędem w kierunku namiotu szpitalnego.

Porucznik SS obserwujący zajście z boku uśmiechnął się, podszedł do doktora i powiedział:

– O to nam właśnie chodzi, panie kapitanie. Proszę o niego dbać, to kapitan SS Rolf von Dornhoff, bardzo zasłużony oficer, generał chce go mieć z powrotem najszybciej jak można.

– Zobaczymy, co się da zrobić, poruczniku. Postaram się mu pomóc.

– Dziękuję, panie kapitanie, Heil Hitler!

Wyprężył się, stuknął obcasami i szybkim krokiem skierował się w stronę łazika.

***

Sanitariusze zabrali leżącego na noszach nieprzytomnego kapitana SS i doktor powoli ruszył za nimi w stronę namiotu. Nie lubił tych z SS. W ogóle nie lubił wojska i swojego obecnego życia. Marzył tylko o tym, żeby to się jak najszybciej skończyło i żeby mógł wrócić do kliniki w Berlinie. Ale na to się nie zapowiadało. Był rok 1942, walki na froncie wschodnim, głęboko na rubieżach Rosji trwały i sądząc po liczbie rannych, których do jego szpitala ostatnio przybywało coraz więcej, szykowała się poważna ofensywa. Dochodziły różne wieści, mówiono nawet o klęsce Hitlera na froncie wschodnim i o tym, że zwycięstwo wymyka mu się z rąk. Ale w to doktor nie wierzył i na pewno z nikim nie chciał się takimi informacjami dzielić. Defetyzm to była poważna sprawa i nikt nie chciał narażać się na taki zarzut, można za to było wylądować bardzo szybko na froncie wschodnim.

***

Doktor Otton Brink skończył dokładne mycie rąk, zdezynfekował je spirytusem i podszedł do stołu operacyjnego. Sanitariusze zdejmowali opatrunek z nogi rannego oficera SS, który ciągle nieprzytomny, jęczał w gorączce. Widok nie był ciekawy i chociaż doktor był do tego przyzwyczajony, wywołał w nim lekki dreszcz i odruch odrazy. Usunięte warstwy opatrunku odsłoniły wszystko i sanitariusze popatrzyli na doktora, który kiwnął głową potakująco.

– Początki gangreny, nic się nie da zrobić, trzeba natychmiast amputować.

Cała część nogi, od połowy łydki w dół, przypominała jeden krwawy strzęp. Zmiażdżony i zdeformowany staw skokowy wyglądał jak coś, co w ogóle nie przypominało tego, czym do niedawna jeszcze było, a żałośnie stercząca przez skórę kość piszczelowa dopełniała okropności tego przerażającego widoku.

Nagle nieprzytomny do tej pory Rolf von Dornhoff ocknął się i otworzył trawione gorączką oczy.

– Gdzie ja jestem, co się ze mną stało? – zapytał całkiem przytomnie, zwracając się do doktora.

– Jest pan w moim szpitalu polowym, kapitanie, właśnie pana do mnie przywieziono. Wyjdzie pan z tego, proszę się nie martwić, ale niestety musimy panu amputować tę nogę. Nic tu się nie da zrobić, wszystko zmiażdżone aż do połowy łydki i prawdopodobnie początki gangreny. Musimy się spieszyć. – Doktor patrzył na niego uważnie i czekał na jego reakcję. Nie miał zamiaru niczego ukrywać, to w końcu była wojna, wszyscy ponosili jakieś straty...

– Rozumiem – odpowiedział po krótkiej chwili Rolf von Dornhoff. – Proszę robić, co do pana należy. A co z moją ręką?

– Ma pan złamane przedramię i obojczyk, ale to się da złożyć, nic poważnego – odpowiedział i odwrócił się w kierunku sanitariuszy.

W tym momencie, zupełnie nieoczekiwanie, leżący na stole kapitan SS chwycił go zdrową ręką za ramię i przyciągnął do siebie. Otton Brink spojrzał na niego, wyraźnie zdziwiony jego reakcją.

– O co jeszcze chodzi, kapitanie? – zapytał.

– Doktorze, dziękuję za szczerość, ale mam do pana pytanie, jeśli można.

– Słucham pana?

– Ta moja noga, po amputacji, co z nią zrobicie?

– Obawiam się, że trzeba ją będzie utylizować, tak jak resztę podobnych przypadków – odpowiedział, najgrzeczniej jak potrafił, kapitan Brink. – A ma pan jakieś specjalne życzenie co do swojej własności?

– Tak, panie doktorze, mam. Chciałbym pana prosić, jeśli można, żeby pan włożył tę moją nogę do jakiejś skrzynki amunicyjnej i kazał zakopać w oddzielnym, dobrze oznaczonym miejscu. Czy może pan to dla mnie zrobić? Bardzo proszę, to ważne...

Doktor popatrzył na niego z pewnym rozbawieniem. „Dziwny przypadek – pomyślał. – Człowiek jest na krawędzi, nie wiadomo nawet, czy przeżyje, gangrena rozwija się szybko, a on się martwi o resztki czegoś, co jeszcze do niedawna było jego nogą...”

Uśmiechnął się lekko, spojrzał na niego ponownie i wtedy zobaczył w oczach leżącego na stole rannego oficera SS coś takiego, co spowodowało, że nie zastanawiając się, czemu to robi, odpowiedział:

– Dobrze, zrobię to dla pana, kapitanie.

– Dziękuję panu, doktorze. I jeszcze jedno, na szyi mam srebrny ryngraf, pamiątkowy, po moim dziadku. Wie pan, kim był mój dziadek?

Doktor popatrzył na niego pytająco.

– Był ministrem w rządzie Bismarcka... Ale nie o tym chciałem mówić. – Zaśmiał się nagle. – To przez tę gorączkę, przepraszam. Proszę włożyć ten ryngraf do skrzynki i zakopać gdzieś razem z moją nogą. Proszę tylko zrobić notatkę i dobrze opisać miejsce, w którym pan to zrobi. Mogę na pana liczyć, doktorze?

– Może pan, przyrzekam. Musimy pana teraz uśpić, trzeba się spieszyć. Proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze. Hans, chloroform i zaczynamy.

Sanitariusze oczyścili delikatnie ranę powyżej stawu skokowego, a właściwie tego, co nim kiedyś było, i doktor Brink nachylił się nad nogą Rolfa. „Paskudnie to wygląda” – pomyślał.

Noga była spuchnięta aż do połowy uda, a ponad zdeformowaną, rozerwaną prawie na strzępy stopą, która przypominała krwawy kalafior, widać było ślady postępującej gangreny. Charakterystyczny odór, który doktor tak dobrze znał, drażnił nozdrza, mimo że był już do tego przyzwyczajony.

– Robimy amputację podkolanową, tuż nad złamaniem kości piszczelowej. Mam nadzieję, że to wystarczy i że uda się uratować staw kolanowy. Zaczynamy, panowie.

***

Poszło im sprawnie, od dwóch lat było to ich główne zajęcie. Amputacje były normą przy tym rodzaju ran. Tam już nie było czego składać, można było tylko ciąć i zaszywać.

Po założeniu opatrunku wzięli się za rękę kapitana SS, poskładali wszystko, jak należy, zrobili opatrunki i przenieśli Rolfa von Dornhoff do wielkiego namiotu obok, pełnego polowych łóżek, na których leżały dobre dwa tuziny podobnych mu nieszczęśników.

– Wszystko w rękach Boga – powiedział doktor Brink, chociaż w Boga dawno już przestał wierzyć. Za dużo naoglądał się w ciągu ostatnich lat rzeczy, które jego wiarę w Boga i w dobro podobno tkwiące w ludziach bardzo mocno nadszarpnęły.

Reszta dnia, aż do samego wieczora, zeszła im na podobnych zajęciach, głównie amputacjach. Trzech pacjentów było w stanie agonalnym, nie dożyli nawet do operacji, reszta, pozbawiona różnych kończyn, opatrzona i wymyta czekała cierpliwie na swój wyrok. Rany były przeważnie zanieczyszczone, wielodniowe, gangrena siała spustoszenie i nigdy nie było wiadomo, jak to się skończy.

Gdy już uporali się z ostatnim pacjentem, doktor Brink podszedł do jednego z sanitariuszy.

– Hans, zrobiłeś z nogą kapitana to, o co cię prosiłem? – zapytał.

– Tak jest, panie doktorze. Włożyłem ją do pustej, metalowej skrzynki amunicyjnej, której używaliśmy na odpadki. Stoi w pomieszczeniu ambulatoryjnym, tak jak pan kazał.

Wszyscy tak się do niego zwracali, „Herr Doktor”. Nie chciał, żeby go tytułowali kapitanem, czuł się lekarzem, nie wojskowym.

– Dziękuję, Hans, nie mówcie o tym nikomu, to nie jest zgodne z regulaminem. Sam nie wiem dlaczego, ale nie mogłem kapitanowi von Dornhoff tego odmówić, mam nadzieję, że to zrozumiecie. A poza tym nie wiadomo jeszcze, czy w ogóle przeżyje. Odzyskał już przytomność?

– Tak, panie doktorze, wybudziliśmy go po chloroformie, ale bardzo cierpiał, więc dostał morfinę i teraz znowu śpi.

– Dobrze, niech śpi, jak przeżyje następne trzy dni, będzie miał szansę z tego wyjść.

***

Było już ciemno, gdy Otton Brink mył się dokładnie pod prysznicem. Mimo odczuwanego zmęczenia, nie mógł przestać myśleć o nodze Rolfa von Dornhoff. Zaskoczyła go ta dziwna prośba niezwykłego pacjenta i coraz bardziej się dziwił, czemu właściwie się na nią zgodził.

Przepisy były jasne. Pozostałości pooperacyjne zakopywano w dołach zasypywanych wapnem albo palono w dużym piecu ambulatoryjnym do odpadków. Żadnych prywatnych pochówków amputowanych kończyn przepisy nie przewidywały...

Doktor z zainteresowaniem oglądał stary ryngraf zdjęty z szyi kapitana SS. Srebrny medalion był bardzo oryginalny. „Ciekawa, rzadka robota – pomyślał. – Muszę to włożyć do tej skrzynki i gdzieś to zakopać po zapadnięciu zmroku. Co też mi przyszło do głowy...”.

***

Noc była widna i ciepła, zbliżał się koniec lipca. Była pełnia, księżyc świecił tak jasno, że można było się poruszać po okolicy jak za dnia. Wszyscy już dawno spali, a terenu pilnowała tylko wartownia umieszczona tuż przy wjeździe na teren szpitala. Z rzadka wzdłuż wysokiego ogrodzenia z drutu kolczastego przechodziły patrole z psami. Miejsce było spokojne, polska partyzantka jeszcze wtedy niezbyt aktywna i wszyscy czuli się raczej bezpiecznie, przynajmniej do końca czterdziestego trzeciego roku.

Doktor Brink po wieczornym obchodzie poszedł do ambulatorium i z zainteresowaniem popatrzył na metalową, solidnie zamykaną skrzynkę amunicyjną, stojącą w rogu pod dużym stołem. Wyciągnął ją, postawił na blacie, otworzył zamek, wziął głęboki wdech, a następnie otworzył lekko pokrywę i szybko wrzucił do środka srebrny ryngraf. Zatrzasnął, zaryglował zamek i odetchnął z ulgą. Zapach nie był przyjemny.

Wziął skrzynkę pod ramię, w drugą rękę złapał wojskową saperkę, wyszedł z ambulatorium i ruszył szybko w kierunku niedużego wzgórza, oddzielającego teren szpitala od pasa startowego. Po kilku minutach marszu stał na szczycie wzniesienia, na skraju grupy drzew, wśród których wyróżniał się imponujący wielkością dąb. Obok przebiegała stara, gruntowa droga prowadząca z wartowni na lądowisko, wzdłuż której biegło ogrodzenie, a tuż obok niej, pod konarami dębu, stała niewielka, murowana, przydrożna kapliczka.

Otton Brink rozejrzał się wokoło uważnie, panowała zupełna cisza. Tylko z pobliskiej wioski dochodziło szczekanie jakiegoś psa. Patrol chodził regularnie co pół godziny, doktor spojrzał na zegarek – fosforyzujące wskazówki pokazały kilkanaście minut po północy. „Mam dobre piętnaście minut” – pomyślał i położył skrzynkę pod dębem.

Grunt za kapliczką był miękki, pełen zbutwiałych liści i po kilku minutach skrzynka z nogą kapitana von Dornhoff wylądowała w głębokim na pół metra dole. Doktor przysypał wszystko dokładnie ziemią z wykopu, a na wierzchu położył trzy sporej wielkości polne kamienie, których pełno było w tej okolicy. Nagarnął na nie saperką warstwę zbutwiałych dębowych liści, rzucił na to uschłą gałąź i ruszył z powrotem w kierunku wartowni. Nie spotkał nikogo po drodze, uspokoił się, skręcił w kierunku wyraźnie widocznych w księżycowej poświacie namiotów szpitala i po paru minutach siedział w swoim pomieszczeniu.

„Chyba należy mi się po tym wszystkim lampka koniaku – pomyślał doktor Brink i otworzył przechowywaną od dawna butelkę martela. – Lepszej okazji już chyba nie będę miał”.

Delektował się trunkiem przez dobrą chwilę, po czym sięgnął na półkę po swoją raportówkę i wyjął z niej plik map sztabowych okolicy. Przekartkował, wyciągnął jedną stronę, wodząc palcem po mapie, odszukał miejsce na wzgórzu, przez które przechodziła gruntowa droga, i zaznaczył je małym krzyżykiem. Obok napisał: „Ka­pliczka pod dużym dębem. Noga Rolfa von Dornhoff”.

W poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku Otton Brink położył się na swojej polówce i po pięciu minutach spał jak zabity.

Śniły mu się kobiety, a zwłaszcza jego ostatnia kochanka z Berlina, urocza aktorka rewiowa, Anita Billstein, która oprócz wszystkich zalet, jakie kobieta może posiadać, miała też, niestety, jedną wadę – była Żydówką.

Miało ją to wiele kosztować, ale doktor Brink wtedy jeszcze o tym nie wiedział.


Rozdział 2

Na drugi dzień kapitan von Dornhoff wciąż jeszcze żył. Miał wprawdzie wysoką gorączkę, ale był przytomny. Jak przystało na prawdziwego esesmana, dzielnie znosił swoje położenie i z wyraźnym oczekiwaniem na twarzy spojrzał pytająco na doktora Brinka, gdy ten pojawił się obok jego łóżka w czasie porannego obchodu. Otton Brink nie kazał mu długo czekać. Zbliżył się do niego, nachylił nad nim i powiedział po cichu:

– Zrobiłem wszystko, o co mnie pan prosił, kapitanie, dokładnie tak jak pan chciał. – Wyjął z kieszeni munduru szarą kopertę. – Jest tu fragment mapy polowej z zaznaczoną pozycją. Bardzo charakterystyczne miejsce na terenie naszego szpitala, nie powinien pan mieć trudności z odszukaniem... Co mam z tym zrobić?

– Dziękuję panu serdecznie, doktorze. Bardzo mi na tym zależało. Proszę to włożyć do kieszeni mojego munduru, mam tam dokumenty. Co ze mną, jak poszła operacja?

– Cóż, zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy. Mam nadzieję, że gangrena nie posunie się dalej i uratujemy panu staw kolanowy. Musimy czekać, jutro już wszystko będzie wiadomo. Bardzo pana boli?

– Jak się obudziłem, nie czułem nic, teraz zaczyna coraz bardziej dokuczać.

– Dostanie pan morfinę, powinno pomóc.

– Jeszcze raz panu za wszystko dziękuję. Gdyby pan miał jakieś kłopoty lub potrzebował pomocy, proszę się na mnie powołać, mam wysoko postawionych przyjaciół, mogę wiele zrobić. Długo tu zostanę?

– Wyślę pana do Berlina pierwszym transportem, samolot powinien być za trzy dni. Mam nadzieję, że pański stan zacznie się poprawiać, ale nie ukrywam, że jeszcze wszystko się zadecyduje. Niestety, ode mnie to już nie zależy.

– Rozumiem, doktorze, jeszcze raz za wszystko dziękuję.

Otton Brink odwrócił się i poszedł do kolejnego pacjenta. Ale cały czas myślał o tym, co zrobił minionej nocy.

„Że też dałem się na to namówić... Co mi do głowy strzeliło? Jakby mnie na tym złapano, to pewnie od razu wylądowałbym gdzieś na froncie wschodnim. Po co ja tak ryzykowałem? – pytał sam siebie. – A z drugiej strony – zastanawiał się – co za dziwny człowiek z niego, nie potrafię zrozumieć. Nie ma jeszcze żadnej pewności, że przeżyje, a martwi się o los amputowanej kończyny? Tak jakby stał jedną nogą nad grobem swojej drugiej nogi i myślał o tym, czy będzie miała ładny pogrzeb...” – Roześmiał się z makabrycznego i niezamierzonego żartu.

***

Minęły kolejne dwa dni i kapitan Rolf von Dornhoff wbrew wszystkiemu miał się coraz lepiej. Gorączka spadła, pozostały po amputacji kikut wyraźnie stęchł, a rana się goiła, nie ropiała i nie widać było śladów gangreny. Pacjent bardzo cierpiał, ale znosił to mężnie i nie skarżył się.

– Chyba się panu udało z tego wywinąć, kapitanie. Goi się na panu jak na przysłowiowym psie – zażartował doktor.

– Bardzo w to wierzyłem i wiedziałem, że tak będzie. Ale to głównie pańska zasługa – proszę pamiętać o tym, co panu powiedziałem. Gdyby pan czegoś potrzebował, proszę się na mnie powołać... A może jest coś takiego?

– Nie chciałbym wykorzystywać sytuacji, ale przyznam, że ten szpital polowy dał mi się już solidnie we znaki. Marzę o powrocie do swojej kliniki w Berlinie... Przeniesiono mnie tu, bo nie za bardzo chciałem się angażować przed wojną w politykę, rozumie pan... No i był ktoś, kto się polityką interesował bardziej niż ja, a na dodatek miał ochotę na moje stanowisko...

– Rozumiem. Jak się nazywał ten człowiek? A właściwie – proszę mi nie mówić, tylko napisać na tej mapie na dole, mógłbym zapomnieć...

***

Samolot po kolejną partię rekonwalescentów przyleciał zgodnie z planem i kapitan SS Rolf von Dornhoff miał w nim zagwarantowane miejsce. Wyniesiono go na noszach z namiotu szpitala polowego i ustawiono obok dwunastu innych szczęśliwców, którzy mieli wrócić do domu. Wszyscy mieli szansę na przeżycie, ale wojna zrobiła z nich kaleki i już więcej ich nie potrzebowała. Mimo to byli szczęśliwi, że wracają do domu, i dumni ze swojej ofiary dla III Rzeszy.

Kapitan Otton Brink podszedł do Rolfa, podał mu rękę i powiedział:

– Za trzy godziny będzie pan w Berlinie, proszę nie zapomnieć tego pięknego miejsca. – Wskazał ręką na widoczne w oddali łagodne wzniesienie, na którym wyraźnie dominując nad innymi drzewami, stał dorodny, majestatyczny dąb. – Zwłaszcza tego wysokiego drzewa... – dodał.

Rolf von Dornhoff spojrzał we wskazanym przez doktora kierunku, uśmiechnął się i odpowiedział:

– Nigdy go nie zapomnę, zbyt wiele mnie z nim łączy. Żegnam pana, doktorze Brink.

Samolot wystartował o czasie, niemiecka machina wojenna ciągle działała jak dobrze naoliwiony zegarek i kapitan SS Rolf von Dornhoff po trzech godzinach lotu znalazł się w Berlinie. A po kilku kolejnych, wykąpany, ogolony i ubrany w czystą piżamę leżał wygodnie w jednym z łóżek berlińskiej kliniki, czekając na wstępne badanie.

– Kto panu robił ten zabieg? – zapytał chirurg, patrząc z uznaniem na wyraźnie gojący się kikut nogi kapitana SS. – Powiada pan, doktor Otton Brink? Zna­łem go, chyba kiedyś tu pracował... Dobra robota, niczego nie będziemy poprawiać, oczyścimy tylko i zmienimy opatrunki. Niedługo zaczniemy szykować panu protezę i za pół roku wróci pan do normalnego życia. Przy okazji, jestem Herman Grinberg, naczelny chirurg tej kliniki, miło mi pana poznać, kapitanie.

Rolf von Dornhoff popatrzył na niego bez słowa.


Rozdział 3

Musiał być rzeczywiście dobrze ustosunkowany i dotrzymywał raz danych obietnic, bo po dwóch tygodniach od tego wydarzenia na lądowisku szpitala polowego położonego nad Pisą, w okolicach Łomży, w okupowanej przez Tysiącletnią Rzeszę Polsce, wylądował niezapowiedziany samolot z Berlina. Wysiadło z niego dwóch oficerów, jeden w czarnym mundurze SS, a drugi w polowym Abwehry. Łazik wojskowy już na nich czekał i po kilku minutach znaleźli się na terenie szpitala. Otton Brink z ciekawością i pewnym niepokojem wyszedł im na spotkanie. Takie niezapowiedziane wizyty zazwyczaj nie wróżyły niczego dobrego.

Strzelili obcasami, powitali go standardowym „Heil Hitler” i ten z SS, w randze porucznika, przedstawił się:

– Porucznik Johan Loewe, witam pana, kapitanie. Mam dla pana pozdrowienia od Rolfa von Dornhoff i dobrą wiadomość – wraca pan do Berlina.

Doktor Brink spojrzał na niego, wyraźnie zaskoczony.

– Jest nam pan tam bardziej potrzebny, mamy sporo trudnych przypadków z powodu tej wojny. Musimy dbać o najlepszych oficerów, to przyszła elita naszej Rzeszy. Zastąpi tu pana kapitan Herman Grinberg. Słyszałem, że się znacie, panowie, tym lepiej... Oto pańskie papiery, zaraz powiadomię o tym dowódcę placówki, pułkownika Schroedera. Proszę się szybko przygotować i przekazać szpital nowemu lekarzowi. Za godzinę wylatujemy do Berlina.

Kapitanowi Brinkowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Spojrzał z satysfakcją na bladą, pokrytą kropelkami potu twarz swojego byłego kolegi, Hermana Grinberga, odwrócił się na pięcie i poszedł się pakować.

***

Jeszcze tego samego dnia, późnym popołudniem, pojawił się w berlińskiej klinice obok łóżka kapitana Rolfa von Dornhoff.

– Cieszę się, że pana widzę, doktorze. Mam do pana zaufanie i chciałem, żeby to pan prowadził moją rekonwalescencję.

– Ja też się cieszę, kapitanie, i dziękuję, że pan o mnie pamiętał. Sądzę, że tutaj będę bardziej potrzebny naszej Rzeszy...

– Proszę dać spokój, doktorze... Chyba się na tyle dobrze rozumiemy, że możemy być ze sobą szczerzy. Jestem pewien, że Rzesza mogłaby sobie poradzić i bez nas, ale ja jakoś nie mogłem sobie poradzić bez pana. Widzi pan, jak wycenili moją nogę? – Wskazał na żelazny krzyż zasługi, leżący na szpitalnej szafce.

Otton Brink popatrzył na odznaczenie i uśmiechnął się nieznacznie.

– No właśnie, też tak myślę – powiedział z nutą sarkazmu w głosie kapitan von Dornhoff. – Muszę powiedzieć, że cholernie się do tej mojej nogi przyzwyczaiłem i mam poważne wątpliwości, czy to odznaczenie może mi jej stratę choć w części zrekompensować... Ale cóż, stało się i teraz muszę zacząć martwić się o siebie. Muszę jeszcze jakoś przeżyć resztę życia i sądziłem, że pan mi w tym pomoże. Podobno przed wojną specjalizował się pan w zaawansowanych protezach?

– Tak, to prawda, robiliśmy tu prawdziwe cacka dla zamożnych klientów.

– O to proszę się nie martwić, moja rodzina nie ma problemów finansowych. Przynajmniej na razie, doktorze Brink...

– To dobrze, bo to nie są tanie rzeczy. Nie chciałbym się chwalić, ale nasza klinika należała do przodujących w świecie placówek w dziedzinie zaawansowanej pro­tetyki. Współpracowaliśmy z pewnym specjalistą ze Szwajcarii i obawiam się, że w pewnym momencie będziemy musieli się tam udać. Czy ma pan takie możliwości?

– Mam wszystkie możliwości, panie doktorze. Pochodzę z Bawarii i spora część mojej rodziny od wielu pokoleń mieszka w Szwajcarii. Ma pan tam otwarte konto.

– W takim razie wszystko jasne. Pozwoli pan, że udam się teraz do domu i postaram się jakoś zorganizować swoje życie w Berlinie. A jutro rano zaczynamy. Proszę być dobrej myśli, zrobimy wszystko, żeby stratę pańskiej nogi zrekompensować na tyle, na ile jest to możliwe.

***

Doktor Otton Brink wysiadł ze służbowego mercedesa i stanął na chodniku, naprzeciwko okazałego, otoczonego wielkimi platanami domu na Kaiserstrasse, gdzie mieściło się jego luksusowe mieszkanie.

Wszystko wyglądało tak samo jak przed dwoma laty, gdy równie szybko, jak teraz powrócił, kazano mu opuścić to miejsce. Wojna znowu stała się jakimś fikcyjnym ciągiem wydarzeń, które go w ogóle nie dotyczyły.

Na chodnikach, po obu stronach szerokiej ulicy, życie toczyło się normalnym, spokojnym trybem. Doktor Brink wyjął z bocznej kieszeni swoją srebrną papierośnicę, wyciągnął papierosa, przypalił go i z wielką przyjemnością się zaciągnął. Resztki wspomnień z ostatnich, niezbyt ciekawych dwóch lat odchodziły od niego z każdą wydychaną porcją aromatycznego dymu i gdy skończył, wydało mu się, że to był tylko zły sen i że właśnie się obudził.

Ruszył w kierunku wejścia, ale zanim zdążył nacisnąć solidną, wypolerowaną mosiężną klamkę, za mrożonymi szybami coś się poruszyło, drzwi się otworzyły i ukazała się w nich uśmiechnięta twarz znajomego portiera, pana Stedtke.

– Witam pana, doktorze, cieszę się, że znowu pana widzę, i to w dobrym zdrowiu.

– Witam pana, panie Stedtke. Jak tam moje mieszkanie?

– Wszystko w jak najlepszym porządku, panie doktorze. Nic się nie zmieniło, oto pańskie klucze, gdyby pan czegoś potrzebował, to jak zwykle proszę do mnie zadzwonić. Bardzo się cieszę z pańskiego powrotu.

Otton Brink dotarł szerokimi schodami na pierwsze piętro i powoli otworzył drzwi do swojego apartamentu. Wszedł do środka i rozejrzał się dookoła. „Rzeczywiście, nic się nie zmieniło” – pomyślał.

Zdjął płaszcz, powiesił go na wieszaku i przeszedł do salonu. Podniósł słuchawkę telefonu i wykręcił znajomy numer.

– Teatr Adria, czym mogę służyć? – powiedział sympatyczny kobiecy głos z drugiej strony.

– Tu doktor Otton Brink, czy mogę prosić do telefonu pannę Anitę Billstein?

Po drugiej stronie słuchawki zapanowało kłopotliwe milczenie i tym razem męski głos odpowiedział:

– Witam pana, doktorze. Niestety, panna Billstein już u nas nie pracuje, podobno gdzieś wyjechała.

– Ach, tak. A czy zostawiła jakiś adres?

– Niestety nie, chyba wyjechała z Rzeszy.

Doktor Brink powoli odłożył słuchawkę i usiadł w fotelu. Był rozczarowany. Nie upłynęło więcej niż pięć minut, gdy telefon zadzwonił.

– Kapitan Otton Brink, słucham?

– Witam pana, kapitanie. Cieszymy się, że wraca pan do kliniki. Czy w mieszkaniu zastał pan wszystko w porządku?

– Tak, dziękuję, wszystko dobrze. Kto mówi?

– To dobrze – głos po drugiej stronie zignorował pytanie. – A o pannę Anitę Billstein proszę więcej nie pytać, tak będzie dla pana lepiej... – Rozmówca odłożył słuchawkę.

A zatem jego telefon był na podsłuchu, nawet nie starali się tego ukryć...

Pewnie zrobili to celowo, żeby wszystko było jasne. Otton Brink siedział w fotelu przez dłuższą chwilę i rozluźniające uczucie, że wyrwał się wreszcie z łap wojny, którego doznał, wracając do swojego domu w Berlinie, ulotniło się jak kamfora.

Z ciekawością rozglądał się po domu, nie było go tu ponad dwa lata. Wszystko wyglądało tak, jak to wówczas zostawił, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że ktoś grzebał w jego rzeczach. Duża, zamykana szuflada jego biurka w gabinecie, w której trzymał najważniejsze dokumenty dotyczące pracy i inne prywatne notatki, była otwarta. A mógł przysiąc, że ją zamykał, jak wychodził z domu. Wyjął klucz z sekretnej skrytki i spróbował przekręcić go w zamku, ale nie udało mu się to, zamek był zepsuty, ktoś musiał przy nim grzebać.

Przebrał się, założył cywilne ubranie i wyszedł na miasto. Znajomy portier w jego ulubionej restauracji zachował się tak, jakby zobaczył ducha swojego dziadka, i aż zaniemówił.

– Proszę stolik na dwie osoby, gdzieś przy oknie na ulicę – powiedział Otton Brink, podając mu płaszcz.

– Oczywiście, panie doktorze, proszę usiąść i chwileczkę poczekać, zaraz przygotują.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.