Szachinszach - Ryszard Kapuściński - ebook + książka

Szachinszach ebook

Ryszard Kapuściński

4,0
30,60 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Kiedy w marcu 1979 r. Ryszard Kapuściński przyleciał do Teheranu, Iran był ogarnięty rewolucyjnym wrzeniem. Kilka tygodni wcześniej panujący tam szach musiał opuścić kraj, a na czele państwa stanął, wróciwszy z emigracji, ajatollah Chomeini. Monarchię, która szczyciła się istnieniem od 2500 lat, zastąpiła republika islamska.

Rozmawiając z Irańczykami, studiując książki o losach ich ojczyzny, analizując fotografie, artykuły prasowe i dokumenty, przybyły
z Polski reporter podjął próbę zrozumienia i opisania procesów, które doprowadziły do historycznego przewrotu. Swoje obserwacje zaczął publikować w polskiej prasie już w 1979 r., ale książkę ukończył dopiero po dwuletniej przerwie, mogąc spojrzeć na wydarzenia w Iranie z pewnej perspektywy, a także będąc bogatszy o doświadczenia innej rewolucji – polskiej „Solidarności”.

Szachinszach to druga po Cesarzu publikacja Ryszarda Kapuścińskiego, która zdobyła światowy rozgłos. Można w niej znaleźć nie tylko relację z pracy reportera i opowieść o dziejach Iranu, ale też znacznie ogólniejszą analizę mechanizmów prowadzących do wybuchu rewolucji oraz refleksję nad jej pierwszymi następstwami: narastaniem podziałów pośród jej zwolenników i kształtowaniem się nowego, fundamentalistycznego reżimu.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 196

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Karty, twarze, pola kwiatów

Drogi Boże

ja to chciałbym żeby nie było złych rzeczy

Debbie

(Listy dzieci do Pana Boga, wyd. Pax, 1978)

Wszystko jest w stanie takiego bałaganu, jakby przed chwilą policja zakończyła gwałtowną i nerwową rewizję. Wszędzie leżą rozrzucone gazety, sterty gazet miejscowych i zagranicznych, dodatki nadzwyczajne, rzucające się w oczy wielkie tytuły

ODLECIAŁ

i duże fotografie szczupłej pociągłej twarzy, na której widać skupiony wysiłek, aby nie okazać ni nerwów, ni klęski, twarzy o rysach tak uporządkowanych, że właściwie nie wyraża już nic. A obok egzemplarze innych dodatków nadzwyczajnych, z późniejszą datą, które oznajmiają z gorączką i triumfem, że

WRÓCIŁ

i poniżej, wypełniające całą stronicę, zdjęcie patriarchalnej twarzy, surowej i zamkniętej, bez żadnej chęci wypowiedzenia czegokolwiek.

(A pomiędzy tym odlotem i powrotem jakie emocje, jakież wysokie temperatury, ile gniewu i grozy, ile pożarów!)

Na każdym kroku – na podłodze, na krzesłach, na stoliku, na biurku – rozsypane kartki, świstki, notatki zapisane w pośpiechu i tak bezładnie, że sam muszę teraz zastanawiać się, skąd wynotowałem zdanie – będzie was zwodził i obiecywał, ale nie dajcie się oszukać – (kto to powiedział? Kiedy i do kogo?)

Albo czerwonym ołówkiem na całej kartce: Koniecznie zadzwonić 64-12-18 (a tyle już czasu minęło, że nie mogę przypomnieć sobie, czyj to telefon i dlaczego był wtedy tak ważny).

Listy niedokończone i niewysłane. Stary! Długo by mówić o tym, co tu widziałem i przeżyłem. Trudno mi jednak uporządkować wrażenia, które

Największy nieporządek panuje na dużym, okrągłym stole: fotografie różnych formatów, kasety magnetofonowe, taśmy amatorskie 8 mm, biuletyny, fotokopie ulotek – wszystko spiętrzone, pomieszane jak na pchlim targu, bez ładu i składu. A jeszcze plakaty i albumy, płyty i książki zbierane, podarowane przez ludzi, cała dokumentacja czasu, który dopiero co minął, ale który można jeszcze usłyszeć i zobaczyć, bo został tu utrwalony – na filmie: płynące, wzburzone rzeki ludzi, na kasetach: szloch muezinów, krzyki komend, rozmowy, monologi, na zdjęciach: twarze w stanie uniesienia, w ekstazie.

Teraz na myśl, że powinienem zabrać się do robienia porządków (bo zbliża się dzień mojego wyjazdu), ogarnia mnie niechęć i bezgraniczne zmęczenie. Szczerze mówiąc, ilekroć mieszkam w hotelu – co zdarza mi się często – lubię, żeby w pokoju panował bałagan, ponieważ stwarza on wrażenie jakiegoś życia, jest namiastką intymności i ciepła, jest dowodem (co prawda złudnym, ale jednak), że tak obce i nieprzytulne miejsce, jakim jest z natury każdy pokój w hotelu, zostało choćby częściowo pokonane i oswojone. W pokoju pedantycznie wysprzątanym czuję się drętwo i samotnie, uwierają mnie wszystkie linie proste, kanty mebli, płaszczyzny ścian, razi cała ta obojętna i sztywna geometria, całe to mozolne i skrupulatne uszykowanie, które istnieje jakby samo dla siebie, bez śladu naszej obecności. Na szczęście już po kilku godzinach pobytu, pod wpływem moich działań (zresztą nieświadomych, wynikających z pośpiechu lub lenistwa) cały zastany porządek rozsypuje się i przepada, wszystkie rzeczy nabierają życia, zaczynają przenosić się z miejsca na miejsce, wchodzić w coraz to nowe układy i związki, robi się ciasno i barokowo, a tym samym bardziej życzliwie i swojsko. Można odetchnąć i rozluźnić się wewnętrznie.

Na razie jednak nie mogę zebrać tyle sił, aby coś w tym pokoju ruszyć, więc schodzę na dół, gdzie w pustym, ponurym hallu czterej młodzi ludzie piją herbatę i grają w karty. Oddają się jakiejś zawiłej grze, której reguł nigdy nie mogę pojąć. Nie jest to brydż ani poker, ani oczko, ani zychlik. Grają dwoma taliami jednocześnie, milczą, w pewnej chwili jeden z miną zadowoloną zabiera wszystkie karty. Po chwili losują, rozkładają na stoliku dziesiątki kart, zastanawiają się, coś obliczają, w czasie liczenia wybuchają spory.

Ci czterej ludzie (obsługa recepcji) żyją ze mnie, ja ich utrzymuję, ponieważ w tych dniach jestem jedynym mieszkańcem hotelu. Poza nimi utrzymuję też sprzątaczki, kucharzy, kelnerów, praczy, stróżów i ogrodnika, a myślę, że również parę innych osób i ich rodziny. Nie chcę powiedzieć, że gdybym zwlekał z opłatą, ci ludzie pomarliby z głodu, ale na wszelki wypadek staram się w porę regulować moje rachunki. Jeszcze kilka miesięcy temu zdobycie pokoju było w tym mieście wyczynem, szczęśliwym losem wygranym na loterii. Mimo wielkiej liczby hoteli ruch był taki, że przyjezdni musieli wynajmować łóżka w prywatnych szpitalach, byle znaleźć jakieś schronienie. Ale teraz skończyły się interesy, skończyły się łatwe pieniądze i oszałamiające transakcje, miejscowi businessmeni pochowali przebiegłe głowy, a zagraniczni partnerzy wyjechali w popłochu, rzucając wszystko. Nagle zamarła turystyka, ustał wszelki ruch międzynarodowy. Część hoteli została spalona, inne są zamknięte albo stoją puste, w jednym partyzanci urządzili swoją kwaterę. Miasto zajęte jest dzisiaj sobą, nie potrzebuje obcych, nie potrzebuje świata.

Karciarze przerywają grę, chcą mnie poczęstować herbatą. Tutaj piją tylko herbatę albo jogurt, nie piją kawy ani nic z alkoholu. Za picie alkoholu można dostać czterdzieści batów, nawet sześćdziesiąt, a jeżeli karę wymierza krzepki osiłek (zwykle tacy najchętniej biorą się do bata), zrobi nam na plecach niezłą jatkę. Więc siorbiemy gorącą herbatę, patrząc w drugi koniec hallu, gdzie pod oknem stoi telewizor.

Na ekranie telewizora pojawia się twarz Chomeiniego.

Chomeini przemawia, siedząc na prostym, drewnianym fotelu stojącym na zbitym z desek podwyższeniu, gdzieś na jednym z placów ubogiej (sądząc po niskiej jakości zabudowań) dzielnicy Qom. Qom to miasto małe, szare, płaskie, bez wdzięku, położone o sto pięćdziesiąt kilometrów na południe od Teheranu, na ziemi pustynnej, męczącej, piekielnie upalnej. Zdawałoby się, że w tym morderczym klimacie nic nie powinno sprzyjać refleksji i kontemplacji, a jednak Qom jest miastem religijnej żarliwości, zaciekłej ortodoksji, mistyki i wojującej wiary. W tej mieścinie znajduje się pięćset meczetów i największe seminaria duchowne, tu prowadzą spory znawcy Koranu i strażnicy tradycji, tu obradują sędziwi ajatollahowie, stąd Chomeini rządzi krajem. Nigdy nie opuszcza Qom, nie jeździ do stolicy, w ogóle nigdzie nie jeździ, niczego nie zwiedza, nikomu nie składa wizyt. Dawniej mieszkał tu z żoną i pięciorgiem dzieci, w małym domku przy ciasnej, zakurzonej i dusznej uliczce, środkiem nie brukowanej jezdni przepływał rynsztok. Teraz przeniósł się w pobliże, do domu swojej córki, który ma balkon wychodzący na ulicę, z tego balkonu Chomeini pokazuje się ludziom, jeżeli zbiorą się tłumnie (najczęściej są to gorliwi pielgrzymi odwiedzający meczety świętego miasta i przede wszystkim grób Nieskalanej Fatimy, siostry ósmego imama Rezy, niedostępny dla innowierców). Chomeini żyje jak asceta, żywi się ryżem, jogurtem i owocami i mieszka w jednym pokoju, o gołych ścianach, bez mebli. Jest tam tylko posłanie na podłodze i stos książek. W tym pokoju Chomeini również przyjmuje (nawet najbardziej oficjalne delegacje zagraniczne), siedząc na kocu rozłożonym na podłodze, oparty plecami o ścianę. Przez okno ma widok na kopuły meczetów i rozległy dziedziniec medresy – zamknięty świat turkusowej mozaiki, błękitnozielonych minaretów, chłodu i cienia. Potok gości i interesantów płynie przez cały dzień. Jeżeli następuje przerwa, Chomeini udaje się na modlitwę lub pozostaje u siebie, żeby poświęcić czas rozmyślaniom albo po prostu – co jest naturalne u starca osiemdziesięcioletniego – uciąć drzemkę. Człowiekiem, który ma stały dostęp do jego pokoju, jest młodszy syn – Ahmed, duchowny tak samo jak ojciec. Drugi syn, pierworodny, nadzieja życia, zginął w tajemniczych okolicznościach, mówią, że podstępnie zgładzony przez policję szacha.

Kamera pokazuje plac wypełniony po brzegi, głowa przy głowie. Pokazuje twarze zaciekawione i poważne. W jednym miejscu na uboczu, oddzielone od mężczyzn wyraźnie zaznaczoną przestrzenią, stoją owinięte czadorami kobiety. Nie ma słońca, jest szaro, barwa tłumu jest ciemna, a tam, gdzie stoją kobiety – czarna. Chomeini ubrany, jak zawsze, w ciemne obszerne szaty, czarny turban na głowie. Ma nieruchomą, bladą twarz i siwą brodę. Kiedy mówi, jego ręce spoczywają na oparciu fotela, nie gestykuluje. Nie skłania głowy ani ciała, siedzi sztywno. Czasem tylko marszczy wysokie czoło i unosi brwi; poza tym żaden mięsień nie porusza się w tej twarzy, bardzo zdecydowanej, niezłomnej twarzy człowieka wielkiego uporu, stanowczej i nieubłaganej woli, która nie zna odwrotu i nawet – być może – wahań. W tej twarzy, jakby uformowanej raz na zawsze, niezmiennej, niepoddającej się żadnym emocjom ani nastrojom, nie wyrażającej nic poza stanem napiętej uwagi i wewnętrznego skupienia, tylko oczy są ciągle ruchliwe, ich żywe, penetrujące spojrzenie przesuwa się po kędzierzawym morzu głów, mierzy głębokość placu, odległość jego brzegów i dalej prowadzi swoją drobiazgową lustrację, jakby w natarczywym poszukiwaniu kogoś konkretnego. Słyszę jego głos monotonny, o spłaszczonej, jednostajnej barwie, o równym, powolnym rytmie, mocny, ale bez wzlotów, bez temperamentu, bez blasku.

O czym on mówi? pytam karciarzy, kiedy Chomeini na chwilę przerywa i zastanawia się nad następnym zdaniem.

On mówi, że musimy zachować godność, odpowiada jeden z nich.

Operator przesuwa teraz kamerę na dachy okolicznych domów, gdzie stoją młodzi ludzie z automatami, ich głowy są owinięte w kraciaste chustki.

A teraz co mówi? pytam znowu, bo nie rozumiem języka farsi, w którym przemawia ajatollah.

On mówi, odpowiada jeden, że w naszym kraju nie może być miejsca dla obcych wpływów.

Chomeini przemawia dalej, wszyscy słuchają tego z uwagą, widać na ekranie, jak ktoś ucisza stłoczoną wokół podwyższenia dzieciarnię.

Co mówi? pytam znowu po chwili.

Mówi, że nikt nie będzie rządzić w naszym domu ani nic nam narzucać, i mówi – bądźcie sobie braćmi, bądźcie jednością.

Tyle mogą mi powiedzieć, posługując się nieskładnym i łamanym angielskim. Wszyscy, którzy uczą się angielskiego, powinni wiedzieć, że tym językiem coraz trudniej porozumieć się na świecie. Podobnie coraz trudniej porozumieć się po francusku i w ogóle w jakiejkolwiek mowie, która pochodzi z Europy. Kiedyś Europa panowała nad światem, wysyłając na wszystkie kontynenty swoich kupców, żołnierzy, misjonarzy i urzędników, narzucając innym swoje interesy i kulturę (tę ostatnią w problematycznym wydaniu). Nawet w najbardziej odległym zakątku ziemi znajomość języka europejskiego należała wówczas do dobrego tonu, świadczyła o starannym wychowaniu, a często była życiową koniecznością, podstawą awansu i kariery czy choćby warunkiem, aby uważali nas za człowieka. Tych języków uczono w afrykańskich szkołach, przemawiano nimi w egzotycznych parlamentach, używano ich w handlu i w instytucjach, w azjatyckich sądach i w arabskich kawiarniach. Europejczyk mógł podróżować po całym świecie i czuć się jak u siebie w domu, wszędzie mógł wypowiadać swoje zdanie i rozumieć, co do niego mówią. Dzisiaj świat jest inny, na kuli ziemskiej rozkwitły setki patriotyzmów, każdy naród wolałby, by jego kraj był tylko jego własnością, urządzoną wedle rodzimej tradycji. Każdy naród ma teraz rozwinięte ambicje, każdy jest (a przynajmniej chce być) wolny i niezależny, ceni sobie własne wartości i domaga się dla nich szacunku. Można zauważyć, jak na tym punkcie wszyscy stali się czuli i wrażliwi. Nawet małe i słabe narody (one zresztą szczególnie) nie znoszą, aby je pouczać, i burzą się przeciw tym, którzy chcieliby nad nimi panować i narzucać im swoje wartości (często naprawdę wątpliwe). Ludzie mogą podziwiać czyjąś siłę, ale wolą robić to na odległość i nie chcą, żeby była na nich wypróbowywana. Każda siła ma swoją dynamikę, swoją tendencję władczą i ekspansywną, swoją toporną natrętność i obsesyjną wprost potrzebę rzucania słabych na łopatki. W tym przejawia się prawo siły, wszyscy o tym wiedzą. Ale co może zrobić słabszy? Może tylko odgrodzić się. W naszym zatłoczonym i narzucającym się świecie, żeby się obronić, żeby utrzymać się na powierzchni, słabszy musi się wyodrębnić, stanąć na boku. Ludzie boją się, że zostaną wchłonięci, że zostaną odarci, że ujednolicą im krok, twarze, spojrzenia i mowę, że nauczą ich jednakowo myśleć i reagować, każą przelewać krew w obcej sprawie i wreszcie ostatecznie ich unicestwią. Stąd ich niezgoda i bunt, ich walka o istnienie własne, a więc także o własny język. W Syrii zamknęli gazetę francuską, w Wietnamie angielską, a teraz w Iranie i francuską, i angielską. W radio i telewizji używają już tylko swojego języka – farsi. Na konferencjach prasowych – tak samo. Pójdzie do aresztu ten, kto nie potrafi przeczytać w Teheranie napisu na sklepie z konfekcją damską: Do tego sklepu wstęp dla mężczyzn wzbroniony pod karą aresztu. Zginie ten, kto nie potrafi przeczytać napisu pod Isfahanem: Wstęp wzbroniony. Miny!

Kiedyś woziłem po świecie małe, kieszonkowe radio i słuchając lokalnych stacji, wszystko jedno na którym kontynencie, mogłem wiedzieć, co dzieje się na naszym globie. Teraz to radio, tak dawniej pożyteczne, nie służy mi do niczego. Kiedy przesuwam gałkę, z głośnika odzywa się dziesięć kolejnych radiostacji, mówiących w dziesięciu różnych językach, z których nie rozumiem ani słowa. Tysiąc kilometrów dalej – i odzywa się dziesięć nowych radiostacji, tak samo niezrozumiałych. Może mówią, że pieniądze, które mam w kieszeni, są od dzisiaj nieważne? Może mówią, że wybuchła wielka wojna?

Podobnie jest z telewizją.

Na całym świecie, o każdej godzinie, na milionach ekranów widzimy nieskończoną liczbę ludzi, którzy coś do nas mówią, o czymś przekonują, robią gesty i miny, zapalają się, uśmiechają, kiwają głowami, pokazują palcem, a my nie wiemy, o co chodzi, czego od nas chcą, do czego wzywają. Jakby to byli przybysze z odległej planety, jakaś wielka armia reklamowych naganiaczy z Wenus czy z Marsa, a przecież to nasi pobratymcy, cząstka naszego rodzaju, te same kości, ta sama krew, też poruszają ustami, też słychać głos, a nie możemy zrozumieć się ani na jotę. W jakim języku będzie się toczyć uniwersalny dialog ludzkości? Kilkaset języków walczy o uznanie i awans, podnoszą się bariery językowe, wzrasta niezrozumiałość i głuchota.

Po krótkiej przerwie (w przerwie pokazują pola kwiatów, bardzo tutaj lubią kwiaty, grobowce ich największych poetów stoją w barwnych i bujnych ogrodach) widać na ekranie fotografię młodego człowieka. Rozlega się głos spikera.

Co on mówi? pytam moich karciarzy.

On mówi imię i nazwisko tego człowieka. I mówi, kim on był.

Potem fotografia następna i następna. Są tu zdjęcia z legitymacji studenckich, zdjęcia w ramkach, zdjęcia z automatów, zdjęcia na tle odległych ruin, jedno zdjęcie rodzinne ze strzałką w stronę ledwie widocznej dziewczyny, żeby zaznaczyć, o kogo chodzi. Każdą fotografię oglądamy przez kilka chwil, słychać odczytywaną przez spikera ciągnącą się listę nazwisk.

Rodzice proszą o wiadomość.

Proszą tak od kilku miesięcy, mając ciągle nadzieję, której przypuszczalnie nie ma nikt poza nimi. Zaginął we wrześniu, w grudniu, w styczniu, a więc w miesiącach najcięższych walk, kiedy nad miastami stały wysokie i niegasnące łuny. Widocznie szli w pierwszych szeregach manifestacji, prosto w ogień karabinów maszynowych. Albo z okolicznych dachów wypatrzyli ich strzelcy wyborowi. Możemy się domyślać, że każda z tych twarzy była widziana ostatni raz okiem jakiegoś żołnierza, który naprowadził na nią swój celownik.

Film przesuwa się dalej, to codzienny długi program, w czasie którego dobiega nas rzeczowy głos spikera i spotykamy się z coraz to nowymi i nowymi ludźmi, których już nie ma.

Znowu pola kwiatów i za chwilę następna pozycja wieczornego programu. Znowu fotografie, ale tym razem zupełnie innych ludzi. Są to najczęściej starsi panowie o zaniedbanym wyglądzie, ubrani byle jak (zmięte kołnierzyki, zmięte drelichowe kurtki), spojrzenia desperackie, twarze zapadnięte, nieogolone, niektórym wyrosły już brody. Każdy ma duży kawałek tektury z wypisanym imieniem i nazwiskiem, zawieszony na szyi. Kiedy pojawia się teraz kolejna twarz, któryś z karciarzy mówi – aha, to ten! i wszyscy wpatrują się uważnie w ekran. Spiker odczytuje dane personalne i mówi o każdym, jakich dokonał przestępstw. Generał Mohammed Zand wydał rozkaz strzelania do bezbronnej manifestacji w Tebrizie, setki zabitych. Major Hossein Farzin torturował więźniów, przypalając im powieki i wyrywając paznokcie. Przed kilku godzinami – informuje spiker – pluton egzekucyjny milicji islamskiej wykonał na nich wyrok trybunału.

Jest ciężko i duszno w hallu w czasie tej parady dobrych i złych nieobecnych, tym bardziej że toczące się od dawna koło śmierci kręci się dalej, wyrzucając setki następnych fotografii (już blaknących i zupełnie świeżych, tych szkolnych i tych z więzienia), ta sunąca i coraz to przystająca procesja nieruchomych, milczących twarzy zaczyna w końcu tak przygnębiać, ale i tak wciągać, iż przez moment wydaje mi się, że za chwilę zobaczę na ekranie zdjęcia siedzących obok sąsiadów, a potem moje własne, i usłyszę spikera czytającego nasze nazwiska.

Wracam na piętro, przechodzę przez pusty korytarz i zamykam się w swoim zagraconym pokoju. Gdzieś z głębi niewidocznego miasta, jak zwykle o tej porze, dochodzą odgłosy strzelaniny. Prowadzą ogień regularnie, każdej nocy, zaczynają mniej więcej o dziewiątej, jakby to było ustalone dawnym obyczajem albo umową. Potem miasto milknie, a potem znowu słychać strzały, a nawet głuche eksplozje. Nikt się tym nie przejmuje, nikt już nie zwraca uwagi ani nie odbiera tego jako zagrożenia (nikt poza tymi, których dosięgają kule). Od połowy lutego, kiedy w mieście wybuchło powstanie i tłum rozebrał magazyny wojskowe, Teheran jest uzbrojony, naelektryzowany, pod osłoną nocy na ulicach i w domach rozgrywa się skrytobójczy dramat, przyczajone za dnia podziemie podnosi głowy, zamaskowane bojówki wyruszają na miasto.

Te niespokojne noce skazują ludzi na więzienny przymus pozostawania w domach zamkniętych na cztery spusty. Niby nie ma godziny policyjnej, ale poruszanie się po ulicach od północy do świtu jest uciążliwe i ryzykowne. O tej porze przyczajone i znieruchomiałe miasto znajduje się w rękach milicji islamskiej lub niezależnych bojówek. W obu wypadkach są to grupy dobrze uzbrojonych chłopców, którzy ciągle mierzą do nas z pistoletów, wypytują o wszystko, naradzają się między sobą i czasem, na wszelki wypadek, prowadzą zatrzymanych do aresztu, skąd trudno się potem wydostać. W dodatku nigdy nie mamy pewności, kim są ci, którzy pakują nas do więzienia, gdyż napotkana przemoc nie ma żadnych znaków rozpoznawczych, nie ma mundurów ani czapek, opasek ani znaczków, są to po prostu uzbrojeni cywile, których władzę musimy uznać bezkrytycznie i bez pytania, jeżeli zależy nam na życiu. Po kilku dniach zaczynamy jednak orientować się i klasyfikować. Ten oto elegancki pan w wizytowym garniturze, w białej koszuli i starannie dobranym krawacie, ten to wytworny pan idący ulicą z karabinem na ramieniu jest z pewnością milicjantem w jednym z ministerstw lub urzędów centralnych. Natomiast chłopiec z maską na twarzy (wełniana pończocha naciągnięta na głowę, otwory wycięte na oczy i usta) jest miejscowym fedainem, którego nie wolno nam znać ani z widzenia, ani z nazwiska. Nie mamy pewności, kim są ludzie w zielonych, amerykańskich kurtkach, którzy pędzą samochodem, lufy automatów wystawione przez okno. Może to milicjanci, a może jedna z opozycyjnych bojówek (fanatycy religijni, anarchiści, niedobitki Savaku), którzy gnają z samobójczą determinacją, aby dokonać aktu sabotażu lub zemsty.

Jednakże w sumie jest nam obojętne, kto na nas urządzi zasadzkę i w czyją pułapkę (urzędową lub nielegalną) wpadniemy. Nikogo nie bawią takie rozróżnienia, ludzie wolą unikać niespodzianek i barykadują się na noc w swoich domach. Mój hotel jest także zamknięty (o tej godzinie odgłosy strzałów mieszają się w całym mieście ze zgrzytem opuszczanych żaluzji i hałasem zatrzaskiwanych furtek i drzwi). Nikt nie przyjdzie, nic się nie zdarzy. Nie mam do kogo się odezwać, siedzę sam w pustym pokoju, przeglądam leżące na stole fotografie i zapiski, słucham nagranych na taśmy rozmów.

Dagerotypy

Drogi Boże

czy Ty zawsze wkładasz prawidłowe dusze

do prawidłowych ludzi?

I nigdy się nie mylisz, co?

Cindy

(Listy dzieci do Pana Boga, wyd. Pax, 1978)

Fotografia (1)

Jest to najstarsze zdjęcie, jakie udało mi się zdobyć. Widać na nim żołnierza, który w prawej ręce trzyma łańcuch, do łańcucha przywiązany jest człowiek. Żołnierz i człowiek na łańcuchu patrzą w obiektyw ze skupieniem, widać, że jest to dla nich ważna chwila. Żołnierz jest starszym mężczyzną niskiego wzrostu, jest typem prostego i posłusznego chłopa, ma na sobie przyduży, niezgrabnie uszyty mundur, spodnie marszczą mu się w harmonijkę, wielka, krzywo założona czapa opiera się na odstających uszach, w ogóle wygląda zabawnie, przypomina Szwejka. Człowiek na łańcuchu (twarz szczupła, blada, oczy zapadnięte) ma głowę owiniętą bandażem, widocznie jest ranny. Podpis pod zdjęciem mówi, że ten żołnierz jest dziadkiem szacha Mohammeda Rezy Pahlaviego (ostatniego władcy Iranu), a ten ranny jest zabójcą szacha Naser-ed-Dina. Fotografia musi więc pochodzić z roku 1896, kiedy to Naser-ed-Din, po czterdziestu dziewięciu latach panowania, został zabity przez widocznego na zdjęciu mordercę. Dziadek i morderca wyglądają na zmęczonych i jest to zrozumiałe: od kilku dni wędrują z Qom do miejsca publicznej kaźni – do Teheranu. Wloką się ospale pustynną drogą, w potępieńczym skwarze, w duchocie rozpalonego powietrza, żołnierz z tyłu, a przed nim wychudły zabójca prowadzony na łańcuchu, tak jak to dawniej różni cyrkowcy prowadzali na łańcuchu ćwiczonego niedźwiedzia, dając w napotkanych miasteczkach ucieszne widowiska, z których utrzymywali i siebie, i zwierzę. Teraz dziadek i morderca idą utrudzeni, coraz to ocierając pot z czoła, czasem zabójca skarży się na ból zranionej głowy, ale najczęściej obaj milczą, bo w końcu nie ma o czym mówić – morderca zabił, a dziadek prowadzi go na śmierć. W tych latach Persja jest krajem przygnębiającej biedy, nie ma kolei, pojazdy konne ma tylko arystokracja, więc ci dwaj ludzie z fotografii muszą wędrować piechotą do odległego celu wyznaczonego wyrokiem i rozkazem. Czasem natrafią na kilka glinianych chat, wynędzniali i obdarci chłopi siedzą oparci o ściany, bezczynni, nieruchomi. Teraz jednak, na widok nadchodzącego drogą więźnia i konwojenta, pojawia się w ich oczach błysk zainteresowania, wstają z ziemi i gromadzą się wokół pokrytych kurzem przybyszów. A kogo to prowadzicie, panie? pytają nieśmiało żołnierza. Kogo? powtarza pytanie żołnierz i milczy przez chwilę, żeby wywołać większy efekt i napięcie. Ten, mówi wreszcie, pokazując więźnia, to morderca szacha! W głosie dziadka brzmi nieukrywana nuta dumy. Chłopi patrzą na zabójcę z mieszaniną zgrozy i podziwu. Przez to, że zabił tak wielkiego pana, człowiek na łańcuchu też wydaje im się w jakiś sposób wielki, przez tę zbrodnię jakby awansowany do wyższego świata. Nie wiedzą, czy pałać z oburzenia, czy paść przed nim na kolana. Tymczasem żołnierz przywiązuje łańcuch do wkopanego przy drodze palika, zdejmuje z ramienia karabin (który jest tak długi, że sięga mu prawie do ziemi) i wydaje chłopom rozkazy: mają przynieść wody i jedzenia. Chłopi drapią się w głowy, ponieważ we wsi nie ma nic do jedzenia, panuje głód. Dodajmy, że żołnierz jest też chłopem, podobnie jak oni, i tak samo jak oni nie ma nawet własnego nazwiska, jako nazwiska używa nazwy swojej wsi – Savad-Kuhi, ale ma mundur i karabin i został wyróżniony tym, że prowadzi do miejsca kaźni mordercę szacha, więc korzystając z tak wysokiej pozycji, jeszcze raz nakazuje chłopom przynieść wody i jedzenia, ponieważ sam odczuwa skręcający mu kiszki głód, a poza tym nie wolno mu dopuścić, aby człowiek na łańcuchu umarł w drodze z pragnienia i wyczerpania, gdyż w Teheranie trzeba by odwołać tak niecodzienne widowisko, jakim jest wieszanie na zatłoczonym placu mordercy samego szacha. Wystraszeni chłopi, popędzani z całą bezwzględnością przez żołnierza, przynoszą w końcu to, co mają, czym żywią się sami: są to wygrzebane z ziemi zwiędłe korzonki i płachta wysuszonej szarańczy. Dziadek i morderca zasiadają w cieniu do jedzenia, chrupią z apetytem szarańczę, spluwają na boki skrzydełkami, popijają wodą, a chłopi przyglądają im się w milczeniu i z zazdrością. Kiedy zbliża się wieczór, żołnierz wybiera najlepszą chatę, wyrzuca z niej właścicieli i zamienia ją w chwilowy areszt. Okręca się tym samym łańcuchem, do którego przywiązany jest zbrodniarz (żeby ten mu nie uciekł), obaj kładą się na glinianej, czarnej od karaluchów podłodze i znużeni wielogodzinną wędrówką w skwarze rozpalonego dnia, zapadają w głęboki sen. Rano wstają i wyruszają w dalszą drogę do celu wyznaczonego wyrokiem i rozkazem, a więc na północ, do Teheranu, przez tę samą pustynię, w tym samym rozedrganym upale, idąc w ustalonym dotychczas porządku – na przodzie morderca z obandażowaną głową, za nim dyndająca kita żelaznego łańcucha, podtrzymywana ręką żołnierza-konwojenta, a wreszcie i on sam, w tak niezgrabnie uszytym mundurze, tak zabawnie wyglądający w swojej wielkiej i krzywo założonej czapie, wspartej na odstających uszach, że kiedy po raz pierwszy zobaczyłem go na fotografii, od razu pomyślałem, że jest zupełnie podobny do Szwejka.

Fotografia (2)

Na tym zdjęciu widzimy młodego oficera Brygady Perskich Kozaków, który stoi przy cekaemie i objaśnia kolegom zasady działania tej śmiercionośnej broni. Ponieważ oglądany na zdjęciu cekaem jest unowocześnionym modelem maxima z roku 1910, fotografia musi również pochodzić z tego okresu. Młody oficer (rocznik 1878) nazywa się Reza Khan i jest synem żołnierza-konwojenta, którego spotkaliśmy kilkanaście lat wcześniej na pustyni, kiedy prowadził na łańcuchu mordercę szacha. Porównując oba zdjęcia, natychmiast zwrócimy uwagę na fakt, że w przeciwieństwie do ojca, Reza Khan jest fizycznym olbrzymem. Jest wyższy od kolegów co najmniej o głowę, ma potężną klatkę piersiową i wygląda na siłacza, który bez trudu łamie podkowy. Mina marsowa, spojrzenie zimne i penetrujące, szerokie, masywne szczęki, usta zaciśnięte, nie ma mowy o najlżejszym nawet uśmiechu. Na głowie ma kozacką papachę z czarnych karakułów, gdyż, jak wspomniałem, jest oficerem Brygady Perskich Kozaków (jedynej armii, jaką posiada wówczas szach), którą dowodzi carski pułkownik z St. Petersburga, Wsiewołod Liachow. Reza Khan jest pupilkiem pułkownika Liachowa, który lubi urodzonych żołnierzy, a nasz młody oficer jest typem urodzonego żołnierza. Wstąpił do brygady jako czternastoletni chłopiec, analfabeta (zresztą do końca życia nie umie dobrze czytać ani pisać), i dzięki swojemu posłuszeństwu, dyscyplinie, zdecydowaniu i wrodzonej inteligencji, a także dzięki temu, co wojskowi nazywają talentem dowódczym, stopniowo wspina się po szczeblach zawodowej kariery. Wielkie awanse zaczynają jednak sypać się dopiero po roku 1917, kiedy to szach, posądzając Liachowa (zupełnie niesłusznie) o sympatie dla bolszewików, zwalnia go ze służby i odprawia do Rosji. Teraz Reza Khan zostaje pułkownikiem i dowódcą kozackiej brygady, którą od tej chwili opiekują się Anglicy. Brytyjski generał, sir Edmund Ironside, na jednym z przyjęć mówi, stając na palcach, żeby sięgnąć do ucha Rezy Khana – pułkowniku, jest pan człowiekiem wielkich możliwości! Wychodzą do ogrodu, gdzie w czasie spaceru generał podsuwa mu pomysł zrobienia zamachu stanu i przekazuje mu błogosławieństwo Londynu. W lutym 1921 Reza Khan wkracza na czele swojej brygady do Teheranu, aresztuje stołecznych polityków (jest zima, pada śnieg, politycy skarżą się na chłód i wilgoć cel więziennych), następnie powołuje nowy rząd, w którym zostaje ministrem wojny, a potem premierem. W grudniu 1925 posłuszne Zgromadzenie Konstytucyjne (które boi się pułkownika i stojących za nim Anglików) ogłasza kozackiego dowódcę szachem Persji. Odtąd nasz młody oficer, którego oglądamy na fotografii, kiedy objaśnia kolegom (a wszyscy na tym zdjęciu ubrani są w rubaszki i papachy) zasady działania cekaemu maxim, udoskonalony model 1910, będzie nazywać się Szachem Rezą Wielkim, Królem Królów, Cieniem Wszechmogącego, Namiestnikiem Boga i Centrum Wszechświata, a także założycielem dynastii Pahlavi, zaczynającej się od niego i zgodnie z wyrokami losu kończącej się na synu, który w równie chłodny, zimowy poranek jak ten, kiedy jego ojciec zdobywał stolicę i tron, tyle że w pięćdziesiąt osiem lat później, opuści pałac i Teheran, odlatując nowoczesnym odrzutowcem ku niezbadanym przeznaczeniom.

Fotografia (3)

Wiele zrozumie ten, kto z uwagą spojrzy na fotografię ojca i syna z roku 1926. Na tym zdjęciu ojciec ma lat czterdzieści osiem, a syn – siedem. Kontrast między nimi jest pod każdym względem uderzający: potężna, rozrośnięta postać szacha-ojca, który stoi zachmurzony, apodyktyczny, podpierający się rękoma pod boki, a przy nim, sięgająca mu ledwie do pasa, wątła, drobna sylwetka chłopca, który jest blady, stremowany i posłusznie stoi na baczność. Obaj są ubrani w takie same mundury i czapki, mają takie same buty i pasy i tę samą ilość guzików – czternaście. Ta identyczność ubioru to pomysł ojca, który chce, żeby syn, tak bardzo w swojej istocie odmienny, przypominał go jednak możliwie najdokładniej. Syn wyczuwa tę intencję i choć z natury jest słabym, chwiejnym i niepewnym siebie, będzie starał się za wszelką cenę upodobnić do bezwzględnej, despotycznej osobowości ojca. Od tego momentu zaczną w chłopcu rozwijać się i współistnieć dwie natury – jego własna i ta naśladowana; wrodzona i ta rodzicielska, którą dzięki ambitnym staraniom zacznie nabywać. W końcu zostanie tak całkowicie zdominowany przez ojca, że kiedy po latach sam zasiądzie na tronie, będzie odruchowo (ale często także świadomie) powtarzać zachowania taty i nawet już u schyłku własnych rządów powoływać się na jego władczy autorytet. Na razie ojciec zaczyna panowanie z całą wrodzoną mu energią i impetem. Ma rozbudowane poczucie misji i wie, do czego dąży (mówiąc jego brutalnym językiem, chce zagnać ciemny motłoch do roboty i zbudować silne, nowoczesne państwo, przed którym wszyscy – jak powiada – robiliby w portki ze strachu). Ma pruską, żelazną rękę i proste, ekonomskie metody. Stary, drzemiący, rozwałęsany Iran drży w posadach. (Z jego nakazu Persja nazywa się odtąd Iranem). Zaczyna od stworzenia imponującej armii. Sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi dostaje mundury i broń. Armia jest jego oczkiem w głowie, jego największą namiętnością. Armia musi mieć zawsze pieniądze, musi mieć wszystko. Armia zapędzi naród w nowoczesność, w dyscyplinę i posłuszeństwo. Wszyscy muszą stać na baczność! Wydaje zakaz noszenia irańskich ubrań. Wszyscy muszą chodzić w europejskich garniturach! Wydaje zakaz noszenia irańskich czapek. Wszyscy muszą chodzić w czapkach europejskich! Wydaje zakaz noszenia czadorów. Na ulicach policja zdziera czadory z przerażonych kobiet. Przeciw tym praktykom protestują wierni w meczetach Meszhedu. Wysyła artylerię, która burzy meczety i masakruje buntowników. Każe osiedlać plemiona koczownicze. Koczownicy protestują. Każe zatruwać im studnie, skazując ich na śmierć głodową. Koczownicy protestują nadal, więc wysyła przeciw nim karne ekspedycje, które zamieniają całe okręgi w ziemię bezludną. Dużo krwi płynie drogami Iranu. Zakazuje fotografować wielbłądy. Wielbłąd, powiada, to zwierzę zacofane. W Qom jakiś mułła wygłasza krytyczne kazania. Wchodzi do meczetu i grzmoci krytyka kijem. Wielkiego ajatollaha Madresiego, który podniósł przeciw niemu głos, trzyma latami zamkniętego w lochu. Liberałowie nieśmiało protestują w gazetach. Zamyka gazety, liberałów wsadza do więzienia. Kilku z nich poleca zamurować w wieży. Ci, których uzna za niezadowolonych, za karę muszą meldować się codziennie na policji. Nawet panie z arystokracji mdleją ze strachu w czasie przyjęć, kiedy ten burkliwy i nieprzystępny olbrzym spojrzy na nie surowym wzrokiem. Reza Khan do końca zachował wiele nawyków ze swego wiejskiego dzieciństwa i koszarowej młodości. Mieszka w pałacu, ale nadal sypia na podłodze, zawsze chodzi w mundurze, je z żołnierzami z tego samego kotła. Swój chłop! Jednocześnie jest pazerny na ziemię i pieniądze. Korzystając ze swojej władzy, gromadzi niebywały majątek. Staje się największym feudałem, właścicielem blisko trzech tysięcy wsi i dwustu pięćdziesięciu tysięcy chłopów do tych wsi przypisanych, posiada akcje w fabrykach i udziały w bankach, bierze daniny, liczy i liczy, dodaje i dodaje, wystarczy, że błyśnie mu oko, kiedy zobaczy dorodny las, zieloną dolinę, żyzną plantację, a ten las, dolina, plantacja muszą być jego, niestrudzony, nienasycony cały czas powiększa swoje włości, piętrzy i mnoży swoją szaloną fortunę. Nikomu nie wolno zbliżyć się do miedzy, która wyznacza granicę monarszej ziemi. Pewnego dnia odbywa się pokazowa egzekucja – to z rozkazu szacha pluton wojska rozstrzeliwuje osła, który nie bacząc na zakazy, wszedł na łąkę należącą do Rezy Khana. Na miejsce egzekucji spędzono okolicznych chłopów, żeby nauczyli się szanować pańską własność. Ale obok okrucieństwa, chciwości i dziwactw stary szach miał też swoje zasługi. Uratował Iran przed rozpadem, który groził temu państwu po pierwszej wojnie światowej. Ponadto starał się modernizować kraj, budując szosy i koleje, szkoły i urzędy, lotniska i nowe dzielnice w miastach. Naród pozostał jednak biedny i apatyczny i kiedy Reza Khan odszedł, uradowany lud długo świętował to zdarzenie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Projekt graficzny okładki: Andrzej Heidrich Zdjęcie Ryszarda Kapuścińskiego: fot. Czesław Czapliński © 1986

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright by Ryszard Kapuściński, 1982 © Copyright for this edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2024

ISBN 978-83-07-03597-0