Snajper. Przetrwać piekło - Piotr Guroś - ebook
Wydawca: E-bookowo Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 125 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Snajper. Przetrwać piekło - Piotr Guroś

Bob stracił pamięć w zamierzonym przez kogoś celu. Zostaje wciągnięty w zabójczą misję ocalenia ludzkości  przed zabójczym wirusem. Okazuje się bowiem, że tylko on potrafi stworzyć lekarstwo, by ocalić zdrowych i zarażonych ludzi.

Pomaga mu grupka osób z bujną przeszłością, którą zdołał uwolnić z rąk szaleńca pewien naukowiec, który miał dosyć mordów i eksperymentów  na ludziach. Stworzył on tajną bazę, z której stara się ocalić resztkę nie zarażonych ludzi.

Niestety, sprawy się komplikują i nic nie jest tak jak powinno być. Na szczęście odnalazł Boba, który był kiedyś najlepszym strzelcem wyborowym. Jego doświadczenie pomoże w przetrwaniu i przedarciu się przez zabójczą misję tak, aby złapać tyrana, który ma zamiar zarazić wszystkich ludzi,  eksperymentować i modyfikować wirusa, tak aby byli mu posłuszni.  Stoi za nim największa korporacja na świecie, która daje wszelkie fundusze na jego tajne badania.

Z czasem grupa ludzi zaczyna przywiązywać się do siebie i coraz bardziej wierzyć w Boba i powodzenie misji,  która jest prawie niemożliwa do wykonania…

Akcja trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, bez chwili na wytchnienie od dramatycznych wydarzeń w prawdziwie sensacyjnym stylu. To typowo męska proza dla twardych facetów.


Piotr Guroś
urodził się w 1985 roku w Knurowie. Ukończył Technikum Mechaniczne. Pracuje jako kierowca samochodów ciężarowych. W

wolnych chwilach zasiada i przelewa swoje bujne pomysły na papier. Jego historia jako początkującego pisarza zaczęła się w 2011 roku, pewnego dnia przebudził się z kilkoma pomysłami na powieść, zasiadł przy laptopie i zaczął pisać i pisze nadal. Interesuje się sportami siłowymi, kinem i motoryzacją. 
W latach 2001-2003 był trzykrotnym mistrzem Polski w wyciskaniu sztangi leżąc.           
Jako pisarz zadebiutował w 2012 roku powieścią „Snajper. Przetrwać piekło”.

Opinie o ebooku Snajper. Przetrwać piekło - Piotr Guroś

Fragment ebooka Snajper. Przetrwać piekło - Piotr Guroś

Piotr Guroś

Snajper. Przetrwać piekło


© Copyright by Piotr Guroś & e-bookowo

Grafika i projekt okładki: Rafał Karcz

ISBN 978-83-63080-96-9

Wydawca:
Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:
wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Opowiem wam moją historię, jestem Bob (Quard Bob) wplątano mnie w wielką aferę, nawet nie wiem, jak się tu dostałem, do tego koszmaru, ale wszystko po kolei. Zaczęło się tak…

Budzę się na stole, otwieram oczy, wszystko mam za mgłą, czuję jakby podano mi jakiś narkotyk, powoli zaczynam dostrzegać barwy, nie wiem, gdzie jestem, nie wiem, co się stało, nie wiem nic, siedzę na krześle oparty o stół, na którym leży snajperka z zajebistym celownikiem optycznym i koperta. Zaciekawiony otwieram kopertę, w której znajduję mikro słuchawkę i kartkę, na której pisze: „wyjrzyj przez okno”, podchodzę ostrożnie, odsłaniam zasłonę i widzę wieżowiec, parking, a w oddali budynki (ale ktoś mnie robi, myślę).

Po chwili dzwoni telefon, odbieram, lecz nikogo nie słyszę, po chwili dobijanie do drzwi. Lekko przerażony podchodzę do nich, patrzę przez wizjer, lecz nikogo nie ma, otwieram, patrzę na klatkę, jest pusto, znów dzwoni telefon, odbieram, a w tle słyszę głos.

– Załóż słuchawkę, weź broń i podejdź do okna.

Zaciekawiony pytam:

O co tu chodzi?

– Weź broń, Bob – ponownie głos mówi.

– Pierdolę, nie mam zamiaru, skąd znasz moje imię.

W mieszkaniu jest 25 kilogramów C4 w skrzyni pod stołem, jeżeli chcesz żyć, to słuchaj. Masz 5 minut na zlikwidowanie celu, który zaraz podjedzie pod budynek, albo umrzesz.

Po chwili zastanowienia wziąłem broń, podszedłem do okna, odsłoniłem zasłony i wypatrywałem.

Po około minucie podjeżdża limuzyna, wychodzi kilku ochraniarzy, za nimi człowiek w garniturze. Zauważyłem, że wyjmuje coś z kieszeni, patrząc przez celownik, dostrzegłem jakieś małe urządzenie, dokładnie nie widziałem, co to jest, nagle usłyszałem w słuchawce.

To twój cel, zlikwiduj go, Bob.

– Zapytałem, kto to jest, o co tu, kurwa, chodzi, w co wy mnie wpierdalacie?

Masz 2 minuty, skup się, Bob.

Co jest, co się dzieje, ja pierdolę, kurwa.

Zamknij ryj i słuchaj, za chwilę cel odjedzie, a ty umrzesz, masz minutę, zlikwiduj gościa, teraz!!! Bob.

– Kurwa, powoli.

Nie ma czasu – słyszę w słuchawce.

Cel odwraca się podchodzi do auta, oddaję strzał prosto w głowę.

Chowam się za okno, zerkając delikatnie, dostrzegam zbliżających się ochraniarzy. Skurwiele byli dobrze uzbrojeni, myślę jak by tu się ukryć, choć wydawało mi się, że to jakaś podpucha, myślę o skoku z okna, ale za wysoko, więc szukam innej możliwości.

Niestety, nic nie udało mi się wymyślić, dostrzegłem tylko jedną drogę przez drzwi, podchodzę powoli, dostrzegam cień pod drzwiami i delikatne ruszanie klamki. Schowałem się w łazience, ktoś wchodzi do mieszkania. Poczekałem na odpowiedni moment, gdy przechodził obok łazienki, zaszedłem go od tylu i szybkim, gwałtownym ruchem skręciłem mu kark, nie wiem, czy dobrze, ale nie miałem wyjścia, znalazłem przy nim glocka z tłumikiem i konkretną kosę, więc mogłem już załatwiać sprawę po cichu. Wyszedłem z mieszkania, wchodzę na wyższe piętro i obserwuję, co się dzieje, nie minęły trzy minuty, jak skurwiele wjebali mi się na chatę, lecz byłem sprytniejszy. Wbiegłem na schody przeciwpożarowe, ale tamci wezwali chyba posiłki, bo podchodząc do okna na tyłach budynku, jakiś jeleń zaczął do mnie strzelać, zdjąłem gościa ze snajperki, miałem już czystą drogę, schodząc w dół zauważyłem jak podjeżdża czarny bus. Zdążyłem się ukryć za kontenerem z gruzem. Przyczaiłem tych skurwieli, byli dobrze zorganizowani, mieli sprzęt za konkretną kasę, a ja dalej nie wiedziałem, o co tu kurwa chodzi. Stwierdziłem, że muszę się dowiedzieć, zdobyć więcej informacji. Skupiłem się na ochraniarzach z busa. Wysiadło kilku ochraniarzy i pobiegło na górę, zostało trzech. Jednego zdjąłem po cichu z glocka, drugiemu wbiłem kosę w szyję, trzeciemu zainwestowałem „low kick”, a następnie kolano w twarz, teraz mogłem go przesłuchać. Przyłożyłem mu nuż do gardła i grzecznie zapytałem.

O co tu chodzi? czemu ja? czemu próbują mnie zlikwidować?

Ja nic nie wiem – powiedział ochroniarz.

Kto wie?

– Zabiją mnie jak się dowiedzą.

– Myślisz, że ja się zawaham, skurwielu?

Nie wiem dużo, wiem, że jesteś weteranem, znasz się na broni i dobrze strzelasz. Musieli mieć pewność, że gościu zginie, nie wiedzieli jednak, że będziesz sprawiał tyle problemów. Dobry jesteś, nie zawiodłeś nas, ale i tak umrzesz.

Co? Co to ma być? Przesłuchanie do idola? Pogięło cię.

– Wiem, że masz przejebane, mam nadajnik, zaraz tu będą, frajerze.

Po kilku sekundach ktoś wybiega przez schody pożarowe i zaczyna strzelać. W ostatniej chwili zasłoniłem się gościem, dobrze, że byłem obok busa i schowałem się za nim, podziurawili gościa naprawdę konkretnie, zanim zdążył upaść niemiał już głowy. Zza rogu wyleciała reszta ochraniarzy. Pomyślałem, że mam przejebane, na szczęście byłem niedaleko trupa bez głowy, wziąłem od niego AK-47, podszedłem na skraj busa i puściłem serie w ochraniarzy. Musiałem ich trzymać na odległość, żebym mógł uciec. Jedyną drogą było przejść obok schodów przeciwpożarowych, ale z góry pruło do mnie dwóch ochraniarzy. Nie było wyjścia, teraz albo nigdy. Wystrzelałem cały magazynek w ochraniarzy, żeby się pochowali, z ukrycia zaczęli walić do mnie ze wszystkiego, co mieli, to była masakra, dziurawili busa coraz bardziej. Miałem coraz mniej czasu, przeczołgałem się na drugi koniec auta, ściągnąłem z pleców snajperkę, nacelowałem na schody przeciwpożarowe i zdjąłem dwóch naraz prosto w głowę. Wtedy wstałem i biegłem w stronę schodów. Dobiegłem do zachodniej ściany, udało się, biegłem ile sił w nogach. Trzymałem mocno glocka, jakbym przeczuwał, że to jeszcze nie koniec, że tak łatwo nie będzie, biegłem obok budynków.

Dobiegając do końca przecznicy, zajechał mi drogę jakiś samochód. Pomyślałem, strzelam bez zastanowienia, albo oni albo ja, zdążyłem zdjąć kierowcę i pasażera. Rzuciłem się na ziemię, chciałem się ukryć, ale nie było za czym. Gdy z auta wychodziło trzech karków, auto wyjebało w powietrze, musiała to być rakieta kierowana, bo z auta nie zostało nic, siła uderzenia była tak silna, że podmuch wyrzucił mnie na kilka metrów dalej, leżałem trochę poturbowany. Nie umiałem zebrać myśli, nie wiedziałem, co się dzieje, nie wiedziałem już kurwa nic.

Obok palącego się wraka samochodu, podjechała jakaś jasna furgonetka z jakimiś naklejonymi, jebanymi kwiatkami na budzie. Otwarły się drzwi, wyskoczyło dwóch gości, byłem oszołomiony wybuchem. Widzę za mgłą, zbliżające się jakieś postacie, mają zdeformowane twarze, myślę, kurwa, co jest, podjeżdża jakaś pedalska furgonetka, rozpierdala auto z jebanej rakiety, a potem wyskakuje dwóch Mutantów, ale dobra, zobaczymy, co będzie dalej. Nie pytają mnie o nic, tylko biorą pod pachę i zaciągają do furgonetki, nie miałem sił na obronę, ale spoko, nie strzelają do mnie, pomogli rozwalić tamtych gości, nie jest tak źle, jakby się wydawało.

Wsiadamy do furgonetki i ruszamy z piskiem opon, zapytałem.

Kim jesteście? dokąd jedziemy? kim oni byli?

Nie gadaj tyle, leż, później dowiesz się wszystkiego, teraz musimy się stąd wydostać, zostało mało czasu, całej ludzkiej rasie grozi niebezpieczeństwo, zaufaj nam, wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.

Minęło kilka minut i usłyszeliśmy strzały, tamci musieli jechać za nami. Po chwili byli coraz bliżej, a ich strzały trafiały coraz celniej, krzyknąłem do zdeformowanych:

Strzelajcie do nich!!! Bo nas rozwalą!!!

Ale tamci mieli przewagę, goniło nas 5 terenowych czarnych aut, a my uciekaliśmy jebaną furgonetką po lodach, to się nie uda, (pomyślałem) ci zdeformowani strzelali jak noga, z 20 strzałów trafiali może ze dwa razy, musiałem przejąć inicjatywę, bo zaraz nic by z nas nie zostało. Zapytałem:

Macie jakąś broń dodatkowo?

Tam pod fotelem na tyłach są dwie skrzynie, z jednej się ucieszysz.

Tak więc idę sprawdzić. W jednej stinger rakieta kierowana, myślę: ładnie, kurwa. Zaciekawiony otwieram drugą skrzynię, a tam zajebista snajperka na 30 pocisków, półautomat 7,62 mm. Myślę: cacuszko, przy tym po jednym strzale nikt nie wstanie. Wziąłem ją pewnie w ręce i podszedłem na tyły furgonetki. Nie musiałem rozbijać okna, bo już było rozbite przez strzały tamtych, przyłożyłem do ramienia kolbę bardzo mocno, żeby mieć jak najprecyzyjniejszy strzał.

– Jedź prosto!!!! – krzyknąłem.

Strzał, prościutko w oko, koleś już nie poczyta. Pasażer przejął kierownicę, strzał prosto w serce, auto zaczęło koziołkować piękny widok, jeden z głowy. Następne dwa wyprzedziły nas i zaczęli strzelać w kierowcę. Ten chował się jak mógł, musiałem szybko coś wymyślić. Po paru sekundach wziąłem stingera, podszedłem na miejsce pasażera, wychyliłem się przez okno i zacząłem namierzać ze stingera samochody wroga, ale poczekałem na odpowiedni moment, jak będą koło siebie, nagle strzeliłem. Rakieta szybko zbliżała się do celu, tamci nagle zaczęli odbijać kierownicą, ale za późno, bum, trafiłem w prawy bok. Siła była tak potężna, że przy wybuchu płomienie wdarły się do drugiego auta, parząc przy tym kierowcę. Drugi samochód uderzył w blok, nie było, co zbierać. Zdeformowani zaczęli się cieszyć, zauważyłem jeszcze, że ich twarze powoli się zmieniają, jakby wracały do normalnego wyglądu, ale chyba coś mi się wydawało, po tym wszystkim miałem już jakieś omamy i niezbyt dobrze się czułem, ale nie czas na myślenie, zostały jeszcze dwa bum, bum. Nagle nasza furgonetka zaczyna koziołkować tak szybko, że wypadam przez okno, zauważyłem jeszcze, że furgonetka wybuchła, dalej nie pamiętam nic, straciłem przytomność.

* * *

Budzę się gdzieś na jakimś zadupiu, aaa, kurwa, mam przebity lewy bok, boli jak cholera, aaa, urwałem swoje dwa rękawy, zdjąłem koszulkę, przyłożyłem do rany w brzuchu, obwiązałem dwoma rękawami zakrwawiony bok, poczułem się trochę lepiej. Mogłem iść dalej, najlepsze jest to, że dalej nic nie wiem, próbowałem się zastanowić, ale nic nie przychodziło mi do głowy, co teraz, najważniejsze jest to, by zaszyć ranę, straciłem dużo krwi, ale gdzie tu, kurwa, iść, wszędzie były jakieś jebane pola. Było ciemno, przede mną las, za mną wrak furgonetki i droga prowadząca do ciemnej przeszłości, coś mi mówiło, żebym się nie cofał, tak też zrobiłem i szedłem dalej. Po jakiś trzech kilometrach zauważyłem światło w oddali. Coraz ciężej mi się było poruszać, ale idę dalej, idę, bo nie poddam się, nie teraz, muszę poznać prawdę, muszę wiedzieć, o co tu chodzi, czemu ziemia jest zagrożona i co ja mam z tym wspólnego, wiem, że dam radę. Dalej ciemno, wszędzie las, światło w oddali było coraz bliżej. Po dwugodzinnym marszu doszedłem do domu. Powoli i ostrożnie zbliżam się do niego, nie miałem broni, podchodzę do okna, nie ma nikogo, obchodzę dom dookoła po cichu tak jak zostałem wyszkolony.

Pamiętam, na początku standardowe wojsko to było przedszkole. Po 5 latach służby pojechałem na misję do Afganistanu, mieliśmy mieć misję pokojową. Misja była, ale przez miesiąc, potem byliśmy od brudnej roboty. Góra dała rozkazy, a my mieliśmy je wykonywać, likwidowaliśmy cele po cichu, nikt nigdy nie wiedział, kto, co i jak, byliśmy najlepiej przeszkoloną drużyną w tamtych czasach, lecz po pewnym czasie dowódcy odjebało. Kazał wysłać konwój i niszczyć każdą napotkaną wioskę, nie oszczędzał nikogo. Ja jako jedyny przeciwstawiłem się jemu, inni się bali, powiedziałem, pierdolę, nie będę miał ludzkiej krwi na rękach, za co, za nic, co ci zrobili kapitanie.

Zabijali naszych, wysadzali konwoje, muszą zginąć, muszą – odparł Kapitan.

Zabijali, ale inni, nie oni, nie będę zabijał cywili, nie zasłużyli na to, nie z zimną krwią, za co, kurwa?

Za żywot zabić wszystkich.

– Nie, kurwa.

Jak nie wy, to ja, cioty.

Zabił wtedy kobietę w ciąży, nie mogłem na to patrzeć i nie wytrzymałem, zastrzeliłem go, gdy wróciliśmy do bazy, czekał mnie sąd wojskowy, trafiłem do pudła, za to, że próbowałem ratować życie, dla jednych jestem bohaterem dla drugich ścierwem. Przesiedziałem 5 lat, ale to i tak było lepsze niż wojna, więzienie to było przedszkole. Na wojnie przyjaciel, który oberwał z granatnika nie miał nóg i gadał: kocham, cię stary, nie zostawiaj mnie, wszędzie latają kule, bomby, a ty siedzisz, i wpatrujesz się, bo nie masz sumienia go zostawić w tym stanie. W ogóle to jest masakra, udało mi się przeżyć wojnę, ale tego, co tam widziałem, nikt nie chciałby wiedzieć, ale to moje zmartwienie… Dobra, nie czas na wspomnienia.

Na tyłach też nie ma nikogo, podchodzę do drzwi, próbuję wejść, przekręcam klamkę, drzwi są otwarte wchodzę do środka, to naprawdę przerażający stary dom, wszędzie ciemno, jedyne światło to księżyc, przenikający przez dziury i okna. Idę dalej, podłoga zaczyna skrzypieć, skupiony a zarazem lekko przerażony kieruję się w stronę pokoju. Przede mną, to chyba salon, wszędzie ciemno, wszedłem do pomieszczenia, dostrzegam po lewej drzwi, malutkimi krokami zbliżam się do nich. Otwieram je delikatnie i spojrzałem. Znalazłem łazienkę, nic nie było widać. Na szczęście miałem zapalniczkę, zaświecam ją i zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu. Znalazłem apteczkę, była tam igła. Teraz mogłem zaszyć ranę. Znalazłem jeszcze parę bandaży i dwie ampułki z adrenaliną, wraz ze strzykawkami. Pomyślałem, że może się przyda na krytyczne chwile, po zaszyciu rany i chwilowym odpoczynku, poczułem się o wiele lepiej. Wyszedłem z łazienki. Chciałem sprawdzić, co jest na piętrze, może coś bym znalazł ciekawego i przydatnego. Idę więc dalej, podchodzę do schodów, wchodzę jeden stopień, drugi (skrzyp), ugięła się deska pod nogą, przestraszony zatrzymałem się i rozejrzałem powoli w lewą i prawą. Zauważyłem jakiś cień, jakby jakiś osobnik, obok niego dwie postacie, nie ruszały się, gdy je zauważyłem, też stanąłem dębem. Pomyślałem, co w nocy robią trzy osoby stojące po ciemku, ale nie miałem zamiaru tego sprawdzać. Zacząłem wycofywać się, ale gdy zdejmowałem nogę ze stopnia znów (skrzyp). Wtedy coś się stało. Usłyszałem dziwny pisk, a osobniki rzuciły się na mnie jak zwierzęta. Zacząłem uciekać, przebiegłem przez salon, ale ktoś był już za mną. W ostatniej chwili odwróciłem się, widziałem jak jego ręce szybko zbliżają się do mojej szyi, pochyliłem się i jego siłą ciężkości przerzuciłem go przez siebie, uderzył o róg ściany tak mocno, że widziałem fragmenty jego czaszki, wtedy padł. Nie minęło kilka sekund, a już rzucała się na mnie pozostała dwójka. Kobieta i dziecko. Miało może sześć lat. Z jakimś dziwnym piskiem zbliżali się do mnie błyskawicznie. Nie miałem wyjścia, kopnąłem kobietę z pół obrotu, padła. Dziecko trafiłem piszczelem w twarz. Chyba przemieściłem mu szczękę, bo słyszałem jakiś gruchot kości. Gdy się odwracałem, kobieta stała już za mną, rzuciła się na mnie i zaczęła mnie dusić. Broniłem się jak mogłem, ale była tak silna, że nie dawałem jej rady. Już prawie mnie udusiła, zacząłem tracić przytomność, nie wiedziałem już prawie nic, kiedy nagle ktoś staranował drzwi, wbiegły trzy osoby, podlecieli do nas i potraktowali paralizatorami, straciłem wtedy przytomność.

Gdy się ocknąłem, byłem już gdzieś indziej. Leżałem na jakiejś wojskowej pryczy w malutkim pokoiku bez okien, nie miałem pojęcia, gdzie jestem i co tu robię, to był najbardziej pokręcony dzień w moim życiu.

Wstałem, byłem w jakiejś piżamie i strasznie bolała mnie szyja, obok mnie była szafka. Leżało na niej jakieś ubranie, takie jak używają w siłach specjalnych SWAT, lub GROM. Ubrałem się i podszedłem do drzwi, chwyciłem za klamkę, delikatnie otwarłem drzwi, wyszedłem i popatrzyłem w lewo. Korytarz ciągnął się 30 metrów po prawej to samo, to były jakieś podziemia. Przy drzwiach stał jakiś człowiek, wpatrywał się we mnie, a ja w niego, miał zdeformowaną twarz jak tamci z furgonetki, po chwili powiedział do mnie:

– Idź przez 20 metrów przed siebie, po 15 metrach skręć w lewo, tam spotkasz Mesjasza, on ci powie, co i jak.

Gdzie ja jestem, co to za miejsce?

To jest ostatnie miejsce, gdzie można się schronić po opanowaniu wirusa.

Jakiego wirusa? Co się stało, skąd się wziął, nic nie wiem.

Nie mogę na razie nic więcej ci powiedzieć, wszystko ci wytłumaczy Mesjasz, koniec rozmowy, idź już.

Z