Skok w przepaść - Marcin Radwański - ebook
Wydawca: E-bookowo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 178 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Skok w przepaść - Marcin Radwański

Dwadzieścia niepokojących, wrzących, wypełnionych do reszty emocjami opowiadań autora z Zielonej Góry. Przeczytacie tu między innymi o zmaganiu się z nałogiem narkotykowym, alkoholowym i hazardem. Na pewno poruszą Was też opowieści o życiu w latach dziewięćdziesiątych, miłości, braku pracy i tym, czym nasiąknięte jest całe nasze życie.

Teksty emanują prawdą i realizmem, co sprawia, że czyta się je jednym tchem i z wielkim zainteresowaniem. Autor zawarł w zbiorze sporo swoich osobistych doświadczeń, przez co opowiadania nabrały niezwykłej wiarygodności i są oryginalnym portretem otaczającego nas świata.

Niektóre z opowiadań ukazały się drukiem w magazynach literackich: „Sen przeznaczenia” (Parnasik nr 3-5, 2006 r.), „Głos” (Akant nr 111, lipiec 2006 r.); (Pro Libris nr 38/2012), „Śmiertelna droga” (Pro Libris nr 38/2012), „Skok w przepaść” (Akant nr 126, wrzesień 2007 r.), „Hazardzista” (Pro Libris nr 41/2012); (Parnasik 68/2011) „Umrzeć z miłości” (Gazeta Studencka UZ-etka 2/2013 r.).

Marcin Radwański

rocznik 1978. Urodzony w Zielonej Górze, gdzie nadal zamieszkuje. Absolwent Zespołu Szkół Budowlanych i Centrum Kształcenia Ustawicznego w Zielonej Górze, z epizodem edukacyjnym na Uniwersytecie Zielonogórskim. Z zawodu technolog drewna, informatyk i bhp-owiec. Pracował jako magazynier, krojczy pianki poliuretanowej, sprzedawca, kasjer, a także jako doradca klienta w sklepie komputerowym. Wielbiciel kryminałów i literatury obyczajowej.  Wolny czas lubi spędzać na lekturze, przy grach video, w kinie, a latem na rowerze, lub w piwnym ogródku.

Autor wielu opowiadań, których większość ukazała się drukiem w magazynach literackich: „Sen przeznaczenia” (Parnasik nr 3-5, 2006 r.), „Głos” (Akant nr 111, lipiec 2006 r.);  (Pro Libris nr 38/2012), „Śmiertelna droga” (Pro Libris nr 38/2012), „Skok w przepaść” (Akant nr 126, wrzesień 2007 r.), „Hazardzista” (Pro Libris nr 41/2012); (Parnasik  68/2011) „Umrzeć z miłości” (Gazeta Studencka UZ-etka 2/2013 r.). Publikuje również teksty na łamach wielu portali internetowych, takich jak: portal uniwersytecki „wZielonej” przy UZ, „Szafa”, „Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa”, „Cegła”, „Liternet”.

Stypendysta Prezydenta Zielonej Góry w dziedzinie literatury w roku 2013. Współpracuje z kwartalnikiem literacko – kulturalnym „Pro Libris”, studencką gazetą „UZ-etka” i portalem wZielonej.pl.

Aktualnie pracuje nad powieścią obyczajowo- kryminalną, której wydarzenia będą toczyły się w Zielonej Górze.

Opinie o ebooku Skok w przepaść - Marcin Radwański

Fragment ebooka Skok w przepaść - Marcin Radwański






Głos

 

Była gorąca, letnia noc. Powietrze stało w miejscu, dając dużo pracy mojemu, pamiętającemu dziecinne czasy wentylatorowi. Leżałem na wznak w mokrej od potu pościeli. Wsłuchiwałem się w odgłosy, dochodzące zza uchylonego okna. Myśli przeskakiwały mi w szalonym tempie, mieszając się w szaloną, niezrozumiałą mozaikę. Znowu byłem naćpany.

Obiecałem sobie kilka godzin wcześniej, że dziś tego nie zrobię. Nie mogę. Uległem jednak i po zachodzie słońca rozsypałem dwie równe ścieżki białego proszku. Wciągnąłem je szybko przez zwinięty dziesięciozłotowy banknot i poczułem w gardle znajomy, gorzki smak „białej damy”, wymieszany z zapachem drewnianego blatu biurka. Spędzałem bezsenną i samotną noc w swoim pokoju. Zwykle, nie mogąc się skupić oglądałem telewizor, przerzucając w kółko czterdzieści kanałów dostępnych w lokalnej kablówce, ale dziś działo się ze mną coś dziwnego. Byłem niespokojny. Nie było, tak jak zawsze. Czułem, że coś się stanie i czekałem na to przestraszony. Po kilku godzinach przyszedł. Głos.

Jest nas teraz dwóch – odezwał się.

Jakich dwóch? Kim ty jesteś? – zapytałem.

Jestem Tobą – stwierdził.

Rzuciłem się niespokojnie na łóżku. On siedział w moim umyśle i mówił do mnie. To nie może dziać się naprawdę – powtarzałem sobie patrząc bezmyślnie w ekran telewizora. Głowę zaczął rozrywać mi przerażający, rozsadzający od środka ból. Objąłem ją rękoma i mocno ścisnąłem w skroniach. To nie była zwykła amfetaminowa „jazda”. To było czyste szaleństwo. Nie wiedząc co zrobić, wybiegłem do łazienki. Namoczyłem ręcznik zimną wodą i zawiązałem go sobie wokół głowy. Stanąłem i spojrzałem na siebie w lustrze. Wyglądam jak „Rambo” – zaśmiałem się szaleńczo do swojego odbicia. Po kilku sekundach ulgi, ból znowu zaczął pulsować. Był straszny, rozrywał mnie niczym mechaniczna piła, na milion małych, kwadratowych kawałków. Spanikowałem i naprawdę się przestraszyłem. Poszedłem do kuchni i nerwowo wyjąłem z szafki kilka tabletek „paracetamolu”. Łyknąłem je wszystkie naraz, popijając zimną wodą z kranu i wróciłem z powrotem do pokoju. Po chwili ból odrobinę zelżał, a ja się trochę uspokoiłem. W telewizji zaczął się akurat pokaz damskiej bielizny, więc swoje lekko ukojone tabletkami zmysły skierowałem ku szczupłym modelkom, w butach na wysokim obcasie i czarnych, seksownych pończochach. Po godzinie spokojnego, narkotycznego „haju”, pomyślałem że to koniec. Przymknąłem oczy i oddałem się we władanie swym erotycznym wizją. On jednak nie dawał za wygraną.

– Jesteś pedałem! – usłyszałem Go ponownie, wytrącony z jednego, ze swoich najlepszych, chemicznych snów.

Nie jestem żadnym pedałem – sprzeciwiłem się stanowczo.

– Jesteś pedałem, jesteś słaby i boisz się! – atakował mnie.

Czułem przerażenie i wszechogarniający lęk. Był naprawdę silny i pożerał dokładnie każdą myśl, doprowadzając mnie do obłędu. Nie mogłem mu uciec, nie miałem gdzie. Czułem się słaby i bezbronny. Skuliłem się na łóżku jak dziecko. Nie wiedziałem co się dzieje i co mam z tym wszystkim zrobić. Chciałem już obudzić się z tego koszmaru. Zażyłem niewielką dawkę i niedługo powinien zacząć się już po narkotyczny „zjazd”. Jutro przecież muszę załatwić kilka ważnych spraw – tłumaczyłem sobie spokojnie.

Jakich spraw? Będę Ci towarzyszył! – wykrzykiwał.

 

Szedłem energicznym krokiem przez deptak. Miejscami wydawało mi się nawet że biegnę, a ludzie się na mnie dziwnie patrzą. Ubranie kleiło mi się skóry, a na twarzy pojawiły się czerwone wypieki. Zupełnie nie zwracałem na to uwagi. Miałem umówioną wizytę na komisji lekarskiej, odnośnie odszkodowania za wypadek. Tydzień wcześniej, w pracy rozciąłem sobie rękę i dziś miała zapaść decyzja odnośnie odszkodowania. Wydawało mi się że gdzieś Go zgubiłem. Dotarłem spocony i zasapany.

Usiadłem na drewnianym, niewygodnym krześle, a pani doktor spojrzała na mnie przeszywającym wzrokiem.

– Proszę pokazać rękę – odezwała się szorstko.

Grzecznie, unikając jej wzroku podałem rękę.

No tak – zamruczała i zaczęła coś pisać. Wyprostowałem się na krześle, chowając okaleczoną rękę. Czułem się wycieńczony i chciałem jak najszybciej wrócić do domu. Po chwili kobieta przestała pisać i spojrzała prosto w moje oczy.

Bierze pan narkotyki? – zapytała.

Co za wścibska baba – pomyślałem i grzecznie odparłem, że nie biorę, tylko jestem nie wyspany. Spojrzała na mnie jeszcze raz, a na jej twarzy pojawił się grymas niedowierzania.

Dobrze, to wszystko – odparła w końcu, gdy skończyła pisać.

Wyleciałem stamtąd jak oparzony. Gnałem do domu. Chciałem się położyć i spróbować zasnąć, bo noc mnie wykończyła.

 

Znów leżałem na łóżku. Zażyłem dwie, ziołowe, uspokajające tabletki. Przymknąłem oczy i próbowałem odpocząć. Spokój jednak nie nadchodził. Wciąż czułem zmęczenie, ale nie miałem jeszcze szans na zwykły sen. On ciągle był ze mną.

– Jesteś pedałem!

Jakim pedałem? Przecież nie lubię chłopców!

– Jesteś pedałem, wszyscy Cię nienawidzą!

Złapałem się za głowę i zacząłem ją ściskać, ale On mówił do mnie dalej.

Musisz stąd wyjechać! Musisz jechać!

Nie, nie mogę – krzyczałem i przewracałem się na łóżku.

 

Po kilku godzinach uległem. Pojechałem.

 



Śmiertelna droga

 

Obudził się wczesnym rankiem, z wielkim bólem głowy. Sny nie dawały mu spokoju. W sumie nie wiedział, czy to sny, czy koszmar dnia poprzedniego. Na razie nic, oprócz bólu głowy nie wskazywało na nic poważniejszego.

Nie był głodny, jednak chciał zjeść choć lekkie śniadanie. Usmażył więc sobie jajecznicę i zaparzył gorącą herbatę. Po jedzeniu połknął dwie tabletki paracetamolu i poszedł do łazienki. Puścił wodę do wanny i zapalił papierosa. Zgubiłem Go – pomyślał.

Od kilku minut leżał wygodnie w wannie, słuchał szumu lecącej wody i przyglądał się swoim stopom. Na paznokciu dużego palca prawej stopy zauważył czarny ślad. Skąd ja to mam? Nic mi przecież nie upadło na stopę. Dotknął ręką śladu zaskoczony. I wtedy znów się odezwał.

Jestem razem z Tobą. Jestem Tobą.

Kim, lub czym jesteś? Odczep się ode mnie! – krzyczał odpowiedzi w myślach.

Jestem Tobą. Jesteś pedałem! Nikt cię nie lubi, wszyscy cię nienawidzą!

Nie jestem żadnym pedałem, odejdź! – krzyczał, trzymając się za czarny paznokieć.

Powrócił koszmar z dnia wczorajszego. Ten Głos usłyszał po zażyciu ostatniej dawki. Miał nadzieję, że po przespanej nocy wszystko wróci do normalności. Ale skąd jest ten Głos? Co się ze mną dzieje? Skąd on do mnie mówi? Zna wszystkie moje myśli? Co za pieprzony nadajnik mi zamontowali? Znów spojrzał na swoją stopę.

Musisz uciekać! Musisz jechać! – kołatało mu w głowie.

– Dokąd? Po co?

Nach Szczecin! Uciekaj!

Własne myśli mieszały mu się z Głosem wydobywającym się nie wiadomo skąd. Złapał się za głowę w rozpaczy. Co się ze mną dzieje? Nach Szczecin? O co kurwa chodzi? – pomyślał. Szybko wyszedł z wanny i zaczął wycierać się ręcznikiem. Z kuchni zawołała go matka.

– Pójdź po mąkę do warzywniaka – poprosiła i wręczyła mu pięć złotych.

Ścisnął monetę w ręku, a wychodząc z mieszkania włożył do kieszeni swoje dokumenty.

Zaraz wrócę! – krzyknął wybiegając.

Biegł schodami w dół wieżowca. W głowie miał zupełny chaos. Nie wiedział co z tym wszystkim zrobić. – Nach Szczecin!, Nach Szczecin! Musisz uciekać!

Gdy po chwili znalazł się przy ladzie w pobliskim zieleniaku, zapomniał o mące. Poprosił o dwa mocne piwa. Wypił je szybko, ale dużej ulgi nie poczuł. Głosy przytępiły się, ale nadal tkwiły w środku jego głowy.

Szedł po chodniku oszołomiony piwami, aż znalazł się przed oddziałem swojego banku. Wybrał niewielkie oszczędności i włożył do kieszeni.

Co teraz? – pytał się w myślach.

Kupił w pobliskim sklepie kolejne butelki piwa i skierował się na dworzec kolejowy. Był już pijany i nie bardzo wiedział dlaczego i co robi. Po krótkim spojrzeniu na rozkład jazdy, znalazł peron i brudny pociąg do Szczecina.

Przedziały były w większości puste, więc wybrał jeden z nich. Zamknął drzwi, zasłonił firanki i położył się na siedzeniach.

Jezu, co ja robię? Po co jadę do Szczecina?

Nach Szczecin! Uciekaj! Musisz jechać! – w myślach wciąż się wszystko mieszało.

Po kilku godzinach usypiającej jazdy, na dworze zrobiło się ciemno. Przez całą podróż do przedziału nikt nie wchodził, oprócz konduktora sprawdzającego bilet. Tym razem musiał wypisać mandat.

Pociąg w końcu zakończył bieg. Dochodziła północ, a Szczeciński dworzec był opustoszały. Kręciło się kilku bezdomnych i podejrzane, młode dziewczyny z podkrążonymi oczami i tłustymi włosami. Sam też nie wyglądał najlepiej, ale nie martwiło go to zupełnie.

Nigdy nie był w tym mieście i wychodząc z dworca poczuł się niepewnie. Nie wiedział, co ze sobą zrobić i gdzie się skierować. Chętnie wypiłby kolejne piwo, ale nie mógł znaleźć otwartego o tej porze sklepu. Błąkał się po ulicach, aż w końcu postanowił wsiąść do taksówki. Miał jeszcze trochę pieniędzy i postanowił znaleźć miejsce, gdzie będzie mógł je wydać.

Taksówkarz zawiózł go do całonocnego klubu, przy okazji odkupił też telefon komórkowy. Klub znajdował się chyba gdzieś na obrzeżach miasta, bo jechali dość długo. Na miejscu było głośno, duszno i ciemno. Znów wypił kilka piw. Próbował też z kimś porozmawiać, ale ludzie ignorowali go. Chyba szaleństwo miał w oczach. Na pewno zrobił też swoje pity od rana alkohol. Ledwo odczytywał otaczającą go rzeczywistość.

Po kilku godzinach znów znalazł się w przedziale pociągu. Za oknem świtało. Przemknęło mu w pamięci, że odwiedził przez noc kilka klubów, wypił kilka piw i drinków, i że w tej chwili jedzie do Świnoujścia.

Podróż nie była długa, ale miejsce zupełnie go zaskoczyło. Znów nie wiedział gdzie ma pójść, a zmysły orientacji zawodziły go zupełnie. Wyszedł z pociągu i poszedł do pobliskiej knajpy. Nawet nie pomyślał o morzu. Zjadł niedobrą zapiekankę i kupił kilka piw. Chciał się stąd wydostać. Całe to miejsce śmierdziało. Śmierdział dworzec, śmierdziała ulica, śmierdział peron. Śmierdział on sam.

Chciał wracać.

Znów siedział, ale dla odmiany w przepełnionym przedziale. Był tłok, ale jakoś udało mu się znaleźć wolne miejsce. W większości młode osoby, zakochane pary. Wciąż posyłali mu pogardliwe spojrzenia.

Podróż się dłużyła, bo pociąg nie był pospieszny. Na szczęście z biegiem czasu przedział się opróżniał. Gdy na dworze się już ściemniło został sam. Wtedy nastąpił kolejny atak.

– Umrzesz! Będziesz martwy! Już na ciebie czekają!

Wiesz przecież że cię ścigają? Już po Tobie!

Kto? Za co? Przecież nic nie zrobiłem?

Dobrze wiesz za co! Będziesz martwy! – Głosy mówiły do niego.

Wstał z siedzenia i oparł się o ścianę pustego przedziału. Na twarzy wystąpiły krople obfitego potu. Otworzył okno i spojrzał przez nie.

– Tędy nie ucieknę. Chyba już po mnie – pomyślał.

Po chwili poczuł że pociąg zwalnia i zbliża się do jakiejś stacji.

Nie wytrzymam. Tak mocno się boję. Chyba mnie dopadną.

Gdy pociąg się zatrzymał, wybiegł z przedziału i pociągu. Znalazł obskurną ubikację na poboczu dworca i zesrał się ze strachu. Wychodząc, zauważył że pociąg mu odjechał. Został sam, w środku nocy na odległej, małej stacji.

Dopadniemy cię, będziesz nasz! Turlaj się po torach! Masz się turlać!

Upadł na tory i zaczął się turlać. Nie czuł żadnego bólu. Słyszał w oddali szczekanie owczarków niemieckich i wyobrażał sobie jak Oni idą po niego. Po chwili usłyszał nadjeżdżający pociąg i zobaczył jego światła.

Czy mam teraz umrzeć? Czy mogę żyć? Dla kogo mam żyć? Dla niej, czy dla siebie? Nie chcę umierać!

Pociąg był coraz bliżej, a on wciąż leżał na torach.

Nie chcę umierać! Będę żył dla siebie! – krzyknął i zatoczył się w stronę pobocza. Pociąg przejechał kilka metrów dalej, omijając go. Leżał w trawie oszołomiony słysząc nadal Ich i Ich owczarki.

Po chwili z lasu wyłoniła się jakaś spowita mrokiem postać. Stanęła i popatrzyła na niego.

Spierdalaj stąd – odezwała się niskim głosem i przeszła obok.

Leżał jeszcze kilka minut w trawie, dochodząc do siebie. Oni zrobili się coraz słabsi. Wstał, otrzepał ubranie i powoli zaczął iść z powrotem w stronę stacji. Obszedł wszystkie budynki stacji i znalazł automat telefoniczny. Chciał zadzwonić do rodziców, lub brata, ale telefon był na kartę. Nie miał pojęcia, jak się dostać do miasta. Na peronie stał pociąg, ale jego wszystkie wagony były pozamykane łańcuchami. Szedł wzdłuż niego, aż znalazł się przed lokomotywą. Drzwi były otwarte, a ze środka wydostawał się dym papierosowy. Wahał się chwilę, ale w końcu złapał za uchwyt i wdrapał na górę.

Podwiezie mnie pan? – spytał niepewnie maszynistę. Ten spojrzał na niego z papierosem w ustach.

Wsiadaj – odpowiedział i machnął zachęcająco ręką.

Ruszyli w milczeniu. Palili papierosa za papierosem i patrzyli przed siebie nie odzywając się do siebie. Droga tej nocy mijała szybko. Po pół godzinie byli na miejscu. Podziękował i wyszedł na peron. Ich już nie było. W końcu poczuł zmęczenie i uświadomił sobie co się stało. To był koszmar. Usiadł na pobliskiej ławce i złapał się za głowę.

Jezu, co się ze mną dzieje? Co się stało? – pytał się sam siebie. – Muszę coś z tym zrobić. Muszę iść na leczenie.

Wstał z ławki i poszedł w stronę domu.

 


Miłość niejedno ma imię

 

Poznałem ją latem. To była znajoma mojego kuzyna. Zanim ją spotkałem słyszałem od wielu znajomych, że jest naprawdę nie z tego świata. Myślałem o niej wieczorami leżąc na łóżku i wpatrując się w chropowaty sufit pokoju. Chciałem jej dotknąć, powąchać i poczuć jak to jest być z nią. Kuzyn wiedział o tym, więc na pierwsze spotkanie nie czekałem długo.

Umówiliśmy się na imprezę w szerszym gronie, żeby atmosfera była przyjemna i sprzyjała pierwszemu kontaktowi. Troszkę się denerwowałem tego dnia, lecz te dreszcze były przyjemne i zapowiadały naprawdę miłe chwile. Czułem, że to będzie to. Po drodze na wymarzone spotkanie kupiłem kilka moich ulubionych piw i paczkę lekkich Marlboro.

Drzwi otworzył mi nieznajomy, niski i wątły blondyn w okularach. Przywitałem się i skierowałem do dużego pokoju, gdzie czekało już towarzystwo. Spotkanie dopiero się rozkręcało. Szczupła brunetka siedząca z boku cicho puszczała na wieży wakacyjny hit „Coco jambo”. Reszta siedziała sztywno sącząc powoli mocne drinki. Znałem wśród nich prócz kuzyna tylko jednego kolegę ze szkoły. Przywitałem się z każdym z osobna i usiadłem na wolnym fotelu niedaleko niego. Zacząłem lustrować siedzące na kanapie dziewczyny. Jej na razie nie było. Siedziałem cicho i nie wiedząc co zrobić z rękoma zapaliłem papierosa. Wciąż myślałem o niej. Ponoć zawsze robiła to na pierwszym spotkaniu. To nie dawało mi spokoju i po chwili ręce zaczęły mi się kleić od potu, a popiół z papierosa spadł mi na spodnie. Martwiłem się, czy mi wszystko wyjdzie, bo nie robiłem tego wcześniej. Nie chciałem wyjść na mięczaka i nieudacznika. Moje rozmyślania przerwał po chwili gospodarz, który wrócił do pokoju i zaczął rozlewać kolejną butelkę wódki, a ja zachęcony sięgnąłem po puszkę piwa. Po kilku łykach zdenerwowanie minęło. Rozluźniłem się i zacząłem wtrącać do rozmów o niczym. Wraz z upływem czasu atmosfera się zmieniła. Brunetka, która puszczała muzykę podkręciła potencjometr i zaczęła tańczyć w rogu pokoju. Mocno już wstawiony klient osiedlowej siłowni nieśmiało przyłączył się do niej. Gospodarz siedzący na honorowym miejscu zrobił się czerwony i zaczął bełkotać. Okazało się, że konsumpcję alkoholu rozpoczął kilka godzin wcześniej niż jego goście. Pozostali śmiali się głośno, a ja wraz z nimi. Zaczęły się roszady i większość osób zaczęła zmieniać swoje pozycje siedzenia. Po kolejnej wyprawie do ubikacji, usiadłem obok swojego kuzyna. Nie chciałem być nachalny, ale musiałem zapytać o nią. W końcu poszedłem tam tylko dla niej. Zapewnił mnie, że w ciągu godziny ona na pewno się zjawi. Zapaliłem więc kolejnego papierosa z kończącej się już paczki i patrzyłem na kulturystę obmacującego tyłek brunetki. Minęły dwie godziny i nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Wzdrygnąłem się. Po chwili w drzwiach pokoju ukazała się postawna postać w dresie z włosami ulizanymi do tyłu i rozbieganymi oczami. To był dobry przyjaciel kuzyna. Znali się jeszcze z czasów wspólnych wyjazdów za granicę. Znałem go z widzenia. Był z nią. Znów zacząłem się pocić. Nie wiedziałem, czy przyjście tam, to był dobry pomysł. Nerwowo poprawiłem podkoszulek i wyprostowałem się. Usiedli obok mnie. Przywitałem się i szybko zapaliłem kolejnego papierosa, maskując swoje podniecenie. Stwierdziłem jednak, że nie ma na co czekać i zapytałem nowego gościa:

– Może poznasz mnie ze swoją przyjaciółką?

Ten obrócił się do mnie i zaśmiał, ukazując czarny ząb w dolnym rzędzie swojej szerokiej szczęki.

– Oczywiście – powiedział i wyciągnął z kieszeni dresu mały woreczek z zielonymi ziołami.

To była ona. Marihuana. Obiekt mojego pożądania, moich westchnień i pragnień tamtego okresu. Wreszcie mogłem ją powąchać, dotknąć i spróbować. Przyjaciel sprawnie skręcił jointa używając mojego opakowania od marlboro i jednego ze swoich mentolowych papierosów. Nie wahałem się długo.

– Zrób wdech i trzymaj dym jak najdłużej w płucach– poinstruował mnie – podając skręta.

Zrobiłem wdech i poczułem jej smak. Przypominał mi połączenie majeranku z natką. Dym był strasznie duszący. Wytrzymałem kilka sekund i zakrztusiłem się. Przyjaciel znów się zaśmiał i odebrał mi skręta. Wstałem szybko z kanapy i zacząłem kaszleć. Pobiegłem do kuchni i złapałem ze stołu otwartą wodę mineralną. Upiłem kilka łyków i po kilku minutach kaszel ustał. Postałem w kuchni jeszcze kilka minut i stwierdziłem, że czas wracać do pokoju. Miałem załzawione oczy i byłem już lekko pijany, ale nic nowego nie czułem. Wróciłem więc na swoje miejsce na kanapie. Jointa już nie było. Siedziałem i zacząłem patrzeć na włączony bez dźwięku telewizor. Leciał teledysk z seksowną wokalistką. Wpatrywałem się w nią, a obraz zaczął mi się wydłużać i na zmianę zwężać. Poczułem się jak w gabinecie luster. Zacząłem się śmiać. Najpierw delikatnie, później coraz mocniej. Spojrzałem kątem oka na przyjaciela. On się tylko uśmiechał. Jednak mnie, po kilku minutach ogarnął szał. Ciągle wpatrywałem się w telewizor i śmiałem do granic wytrzymałości. Nie mogłem się powstrzymać. W pewnym momencie, z impetem upadłem z kanapy na podłogę i zwinąłem do pozycji embrionalnej. Brzuch mi pękał. Miałem wrażenie, że to nigdy się nie skończy. Nie miałem pojęcia, co w tym momencie robią inni. Śmiałem się szaleńczo, trzymając ręce na brzuchu. Straciłem poczucie czasu.

Nagle koniec. Wszystko minęło. Wstałem z podłogi, lekko oszołomiony. Spojrzałem dookoła. Nikt nic nie zauważył. Usiadłem z powrotem obok przyjaciela.

– Podobało się? – zapytał, jak zwykle z uśmiechem na twarzy.

Spojrzałem na niego i nie wiedziałem co odpowiedzieć. Moja głowa stała się ciężka jak młot i właściwie nie wiedziałem, co się ze mną działo.

– Nieźle – mruknąłem i zacząłem wypatrywać na stole czegoś do jedzenia.

 

To był mój pierwszy raz. Zacząłem spotykać się z nią później. Coraz bardziej mi się podobała. Namiętność nigdy nas nie opuszczała i robiliśmy to ze sobą w różnych miejscach. Powoli pokochałem ją szczerą i bezpretensjonalną miłością. Można powiedzieć, że byliśmy w trwałym związku. Kilka lat. Różnie z nami bywało. Mieliśmy dobre i złe chwile. Mieliśmy chwile rozstań i powrotów. Trwało to naprawdę długo. Ona na zawsze pozostanie w moim sercu.

 

 


Skok w przepaść

 

Wrzesień

 

Było piękne, wrześniowe popołudnie. Po niebie płynęło ospale kilka rzadkich i małych chmur, oddając miejsce mocnym promieniom słońca. Przyszedł do parku jak zwykle dość wcześnie i usiadł na jednej z wolnych ławek. W oczekiwaniu, obserwował przez brązowe szkła swoich przeciwsłonecznych okularów przechadzające się nieopodal parki emerytów, młode mamy i ich znudzone pociechy. Wszyscy wydawali się wyjątkowo rozleniwieni atmosferą tego miejsca i ładną pogodą. Rozsiadł się więc wygodnie i zapalił papierosa. Wiedział, że przyjdzie punktualnie.

Zjawiła się, gubiąc po drodze tylko dwie minuty. W ciemnych okularach i ładnie ułożonych do tyłu brązowych włosach prezentowała się interesująco. Od początku znajomości pociągała go i dlatego wciąż pozwalał sobie na te spotkania. Lubił jej obecność. Styl, w jakim opowiadała o swoich planach, sukcesach i wpadkach. Sposób w jaki piła kawę i śmiała się. To wszystko sprawiało, że wciąż się widywali.

Usiadła blisko niego, ocierając się znacząco przy powitaniu i uśmiechnęła się. Była bardzo zadowolona.

– Z czego się tak cieszysz? – zapytał.

– Mam po prostu dobry humor. Co się tak dziwisz?

– No nie wiem. Jesteś strasznie podniecona. Co się stało?

– Nic szczególnego. Ładny dziś mamy dzień – odpowiadała wymijająco zapalając mentolowego papierosa i poprawiając włosy.

– Jak się miewa syn? – zmienił temat, wiedząc, że nic z niej nie wyciśnie.

– W porządku – odparła krótko.

Siedzieli z twarzami skierowanymi ku ciepłemu słońcu, łapczywie zaciągając się papierosami. Delektowali się pogodą i swoją obecnością, wiedząc, że obydwie rzeczy nie potrwają zbyt długo. Mówili o codzienności, próbując przedstawić ją w jak najbardziej pozytywny sposób. Uciekali dziś od poważnych tematów i ocen, zostawiając je w niewypowiedzianej próżni. Zdawali sobie sprawę, że ich świat to iluzja, ale to właśnie jej pragnienie ich łączyło.

Po kilku minutach pogawędki nagle spoważniała i zaczęła szukać czegoś w swojej dużej torebce. Zamilkł, spodziewając się esencji tego spotkania. Wyjęła bezbarwną pomadkę i zaczęła subtelnie pokrywać nią swoje pełne usta. Robiła to powoli, chcąc zyskać trochę czasu. Po chwili skończyła, spojrzała się na niego i znów uśmiechnęła.

– Pewnie wiesz, czego chcę, Szymon? – zaczęła niewinnie.

– Domyślam się, że chodzi o specyfik, który dostałaś ode mnie ostatnio?

– Dokładnie. Wiesz, dobrze się po nim bawiłam w poprzedni weekend i chciałabym to powtórzyć w nadchodzącym – argumentowała bawiąc się rączką torebki.

– Myślę, że coś da się z tym zrobić. Nie sądzisz jednak, że robisz to zbyt często? – zapytał odruchowo, znając już wcześniej odpowiedź.

– Nie przesadzaj. Nie znasz mnie? Jestem już dorosła i wiem kiedy przestać. Nie baw się zresztą w moją mamę. Masz tu pieniądze i daj mi to co chcę – mówiła wpychając mu ukradkiem banknoty do ręki.

Wcisnął szybko zwitek pieniędzy do jednej z kieszeni swoich spodni, nie przeliczając ich nawet, co robił zazwyczaj przy zawieranych transakcjach. Spojrzał na przechadzających się ludzi i bez słowa włożył jej małe zawiniątko do otwartej torebki.

– Powinnaś być zadowolona – powiedział cicho.

Położyła torebkę na kolana i zamknęła ją jednym energicznym ruchem. Znów poprawiła włosy i wstała z ławki. Założyła sobie torebkę na ramieniu i stojąc odwróciła się do niego.

– Muszę już zmykać Szymon. Jesteś kochany. Pamiętaj, że Kasia o tym pamięta – powiedziała odchodząc.

– Cześć – wymamrotał patrzą z żalem i lekkim poczuciem winy jak się oddala.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.