Rywale - Władysław Książek - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 171 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rywale - Władysław Książek

Władysław Książek, Rywale Powieść z 1890 roku. Władysław Książek (1857–1897) używał pseudonimu Julian Łętowski. Był prozaikiem, dramaturgiem, poetą i dziennikarzem. Od 1879 roku mieszkał w Warszawie, pracował w redakcji „Echa”, a od 1882 roku – w „Słowie”. Był związany ze środowiskiem młodych konserwatystów. Popularność zyskał postromantycznym dramatem „Izrael na puszczy” (1880), wyrażającym uczucia patriotyczne przez metaforę biblijną. W dramacie „Firduzi” (1884), którego bohaterem jest poeta perski, autor usiłował rehabilitować poezję romantyczną. W swej twórczości nowelistycznej pod wpływem naturalizmu umieszczał akcję w środowiskach nizin społecznych, przede wszystkim warszawskiego Powiśla. Do najciekawszych należą nowele ze zbioru „Nowocześni bohaterowie” (1888). W późniejszych zbiorach nowel: „Na Bożym świecie” (1890), „Robakiewicz” (1892), „Stary mąż” (1893) czy w powieściach „Rywale” (1890), „Rogata dusza” (1893) zabrakło realiów społecznych, zamiast prawdy ukazywał pisarz idylliczne sielanki. Zainteresowanie tematyką orientalną, zaznaczone w dramatach, znalazło też wyraz w tomiku „Sonety i ghazele” (wyd. pośm. 1899), w którym autor posłużył się orientalną zwrotką – gazelem.

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Rywale - Władysław Książek

Fragment ebooka Rywale - Władysław Książek





Spis treści

  1. DEDYKACJA
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. ROZDZIAŁ X
  12. ROZDZIAŁ XI
  13. KOLOFON

Państwu

Janostwu Donimirskim.

W Buchwałdzie,

na ziemi malborskiej,

AUTOR


ROZDZIAŁ I

Wchodził mu w drogę – to już było jasne, jak dzień! Wchodził w drogę jemu, takiemu chwatowi – on, ten Felek, co wiecznie opieki jego potrzebował – śmiechu doprawdy warte!

I nie pierwszy raz to czynił. Tak samo podobno było z panną Stefanią, którą poznali obaj jako druhnę na weselu jednego z kolegów; tak samo z tą piękną córką właścicielki narożnego sklepiku, która, nie mogąc się na żadnego z nich zdecydować, wyszła za trzeciego najniespodzianiej; na to samo wreszcie zanosiło się i teraz, w zabiegach około tej ślicznej Frani, co miała oczy czarne, jak węgle, a jak gwiazdy błyszczące i migotliwe.

Znalazł się wprawdzie jeden z kolegów, który wziął w obronę Felka, potępianego powszechnie za tę rywalizację.

– Dużo by o tym mówić – odezwał się tajemniczo – który tu z nich któremu w drogę wchodzi!...

Zakrzyczano go jednak prawie jednogłośnie.

– Ale co jemu mierzyć się z Ludwikiem, co? – odpowiedziano. – Przecie to chłop, jak świeca, a Felek mizerny, blady, zmięty jakiś cały, jakby krowie z gardła wylazł! Co mu się mierzyć!

– Dajcie no pokój! – ciągnął oponent. – Już tam Felek w robocie z każdym mierzyć się może... Mało to razy sam majster, choć Włoch rodowity, więc do wszelkiego kamienia sprawny, udaje się do niego po ostatnie słowo i powiada: „Powiedz no swoje, panie Żarecki”... Każdy radzi się go przy lada trudniejszej robocie, choćby już więcej nagrobków nastawiał, niż dni w roku... A ten nagrobek u ewangelików, a ten na żydowskim kirkofie, co?...

Argumenty wydały się dość mocne, więc milczenie długo panowało. Wreszcie jeden z obecnych, przełknąwszy spory haust piwa, odparł:

– E! gadanie!... Wiadomo, że co robota, to nie dziewczyna...

Mimo tej rywalizacji, która powtarzała się zawsze, przy każdej nowej znajomości niewieściej, widywano Felka z Ludwikiem ciągle razem i przyzwyczajono się uważać ich za serdecznych przyjaciół. Mieszkali wspólnie, na Dzikiej, w pobliżu „fabryki”, która mieściła się pod Powązkami, a kiedy Ludwik zagrał się czasem w bilard z którym z kompanów, Feliks wysiadywał przy kuflu piwa lub szklance herbaty bezczynnie, aby tylko wraz z przyjacielem wracać do domu. Dzielili się przy tym wszystkim i kochali widocznie.

Wprawdzie ten i ów wyrażał zdziwienie, że taki zabijaka, jak Ludwik, mógł polubić tego potulnego Felka, ale bliżej w tę sprawę wtajemniczeni umieli i to wytłumaczyć.

– Ho, ho! – mówili. – Już tam Kostecki dobrze na tej przyjaźni z Felkiem wychodzi!...

A kiedy ktoś i tego jeszcze nie mógł zrozumieć, kolega ich obu, znany pod mianem „Zezowatego Kamieniarza”, zawołał otwarcie:

– Ot, co tu długo gadać!... Doi chłopaka i tyle...

Doił go?... Bagatela!... Ale czy doił?...

Mogło być w tym posądzenia sporo słuszności. Felek bowiem nie tylko zarabiał tyle, co inni, a mało na siebie wydawał, ale nadto odbierał często zapomogi od starej ciotki, która, mając spory domek na Szmulowiźnie, a będąc bezdzietną, obiecywała nawet zapisać mu cały majątek. Tymczasem zaś, ilekroć odwiedził ją przy niedzieli lub święcie jakim, nie puszczała go nigdy od siebie bez paru złotówek.

Stało się to zwyczajem, iż co niedzielę przychodził do niej na obiad i musiał za to wysłuchiwać jednych zawsze i tych samych utyskiwań na ciężkie czasy i na lokatorów, którzy nie płacą za komorne, a na hulanki mają, nicponie!... Ale poświęcenie to niewiele go kosztowało. Słuchał, myśląc o czym innym; najprzód tylko o swych kamieniach, figurach, nagrobkach; potem o owej pannie Stefanii z wesela kolegi; później o ślicznej Mani ze sklepiku; teraz na koniec – ach! teraz! – o tej anielskiej Frani, z oczyma, jak węgle, jak gwiazdy...

A było o czym myśleć!

Dziewczyna, oprócz tych cudnych oczu, miała siedemnaście lat, smukłą kibić i twarz Madonny włoskiej. Może to niedobrze, grzech może – o! pewnie grzech śmiertelny! – ale w przysłanych przed rokiem z Italii świeżych wzorach nagrobkowych, od słynnego Patriziego z Werony, Felek dojrzał wśród kilku wizerunków kamiennej Madonny twarz taką samą. Tylko, jak zwykle w kamieniu, nie wychodziły te oczy czarne; rączki były pobożnie do pacierza na piersiach złożone, czego u Frani nie widział, a krucze włosy – czyż mogłyby być inne przy takiej twarzy? – przykrywała chustą, prześlicznie na skroniach udrapowaną... Zresztą Frania... grzech!... ale Frania!...

Dziwna rzecz, iż najwięcej myślał o tym tam, z dala od niej, od Ludwika i „fabryki” – tam, na Szmulowiźnie, przy starej ciotce, siedząc pod oknem, podparty na ręku i słuchając gderań osamotniałej staruszki.

Jak zwykle przy niedzieli, w pierwszych dniach wiosny, około południa, cisza zalegała tę ruchliwą przedmiejską dzielnicę. Z obiadem pospieszono się tu umyślnie, aby jak najwięcej czasu zyskać na zabawę. Kto żył, ruszał po sześciu dniach ciężkiej pracy na „powietrze”. Saska Kępa, Zacisze, pobliskie pola i łąki, a choćby nawet sama Warszawa, ciągnęły tych ludzi ku sobie.

Wieczorem, gdy będą wracać, podchmieleni zwietrzałym piwem lub zatruci fałszowaną „czystą”, odezwie się tu pijany gwar – och! i jaki!... Szynczki się przepełnią; wybuchnie nawet niejedna krwawa walka na pięści, zęby i noże; będzie tumult wrzał do północy, a gwizdawki policjantów odzywać się będą co chwila...

Ale teraz, o południu, cicho tu było, świątecznie i uroczyście. Nawet dziatwa, hałaśliwa, jak zwykle, podążyła za zabawą ku nasypom krzyżujących się w tej stronie linii kolejowych. Po domach i domkach drewnianych – a drewniane tu dotąd prawie wszystko – pozostali starcy i kaleki, co ruszać się nie mogli; on, co rad by z wichrem polecieć za most, ku Warszawie, do niej – Frani, panny Franciszki, Franuleńki – i stara ciotka, która nie przestawała swej odwiecznej piosnki:

– Mówię ci Felku, źle mi!... Samam została na świecie... Gdyby i ciebie brakło, żyć by się nie chciało... Bo wczoraj znów ten ślusarz, od którego należy mi się za dwa kwartały, nawymyślał tylko mojej starej Karolinie, gdym ją po komorne posłała, a nie dał ani grosza, ani złamanego szeląga!

A on na to odpowiedział:

– Tak, tak, ciociu!... Źle jest!...

Wtedy ona, uderzona grobowym dźwiękiem jego głosu, spytała:

– Tobie Felku?

– Nie... to jest... niby... cioci... – odpowiedział.

Ale myślał:

– Frania... panna Franciszka!... Franuleńka... A ciotka dodała wówczas:

– Poczciwe chłopczysko!... On się przynajmniej użali nade mną. On się użali!...

Widząc zaś, że siostrzeniec powstaje i jak zwykle po odsiedzeniu świątecznego obiadu, wybiera się z powrotem do Warszawy, wydobyła przygotowane już dnia poprzedniego i zawinięte w papierek dwie czy trzy błyszczące „czterdziestówki” – i wtykając mu je w rękę, szepnęła:

– Weź, kochanku!

– Ciocia robi sobie subiekcję – mówił, aby coś odpowiedzieć.

– Żadnej! żadnej, kochanku!... Przecie to wszystko dla ciebie! – odparła ciotka, zataczając ręką krąg po całym mieszkanku. – Wszystko!... Wykujesz mi za to piękny nagrobek... Sam mi go wykujesz... z Matką Boską Bolesną... taki widziałam...

Dziewczynę z obliczem Madonny poznał na cmentarzu, gdy zajęty był właśnie ustawianiem nowego, dość kosztownego nagrobka. Przyszła w chłodny, ale jasny dzień kwietniowy, wraz z matką, ubrana w grubą żałobę – i płakała na świeżym, zaledwie udarniowanym grobowcu, o dwa rzędy dalej. Sam nie wiedział czemu, ale byłby płakał z nią razem, tak mu się serce na jej widok ścisnęło. A przecież widywał nieraz płaczących nad grobami – leżało to w naturze jego zawodu... Ot, los!...

Zanim ustawianie nagrobka było skończone, przyszły obie kobiety jeszcze raz jeden i znowu w dzień powszedni. On tymczasem znał już ich nazwisko i domyślił się nawet, kogo opłakują. Nietrudnym to było do odgadnięcia. Wetknięta w świeży grobowiec blacha, pochodząca z wieka trumny, powiedziała mu, kim był zmarły. Nazwisko, na blasze wypisane, figurowało dotąd na szyldzie, nad jednym z większych sklepów rękawiczniczych w mieście. Płaczące kobiety – to wdowa i córka zmarłego. Tak, tak... nie mylił się... Dziewczynę ową widywał nieraz w tym sklepie, jako podlotka, w krótkiej sukience, przed rokiem, może przed dwoma najwyżej... Dziwne też, doprawdy, że widując taką piękność, mógł wówczas zajmować się panną Stefanią lub biegać za ową Manią ze sklepiku... Gdzie oczy miał?... gdzie?...

Tym drugim razem, wracając od grobowca, przechodziły obie kobiety ścieżką, koło miejsca, w którym on dowodził robotnikami, ubrany w swoją niebieską a ubieloną pyłem kamiennym bluzę. Pomnik, nad którym pracowano, stał już prawie gotów i dobrze się prezentował. Anioł, z wzniesionymi ku niebu rączkami, nie miał tej ciężkości, jaką zwykle aniołom w kamieniach nadają. Zdawać by się mogło, że dopiero co ukląkł i pomodliwszy się, wstanie lada chwila. Był i to wzór włoski, od Patriziego, ale doskonale tym razem zastosowany.

– Patrz, mamusiu! – rzekła piękna dziewczyna, zatrzymując się mimowolnie.

Stały chwilę w podziwieniu, podczas gdy on spuszczał oczy skromnie, ale nie szczędził zarazem uwag robotnikom, pragnąc choć w ten sposób zadokumentować swoje rodzicielstwo tego pięknego nagrobka.

– Odpoleruj no tę rękę. Przetrzyj flanelą! – mówił do jednego z ludzi.

Wdowa, po zamianie paru wyrazów z córką, ośmieliła się pierwsza na pytanie: ile też taki pomnik kosztuje i która „fabryka” go stawia?

Wymienił nazwisko „majstra” i cenę.

Poczęły szeptać ze sobą obie... Dwa tysiące dwieście rubli... Dwa tysiące dwieście... Boże wielki... To nie dla nich, nie!... Przecież nie były milionerkami...

– A jednak tatusiowi trzeba coś postawić na grobie – zauważyła panienka.

Matka otarła łzawiące się na nowo oczy.

– Trzeba, trzeba... – mówiła machinalnie, oglądając się na grób męża.

Młody kamieniarz-artysta, ośmielony tą cichą naradą, której był świadkiem, począł objaśniać powód drożyzny tego, dość zresztą skromnego, nagrobka. Biały marmur, najpierwszego gatunku, prawdziwy włoski... Przy tym robota... jaka robota!... Można mieć o wiele tańsze, a równie trwale i ładne rzeczy... Dlaczego by nie?

Matka, w podzięce za informacje, skłoniła mu się głową, grzecznie, ale z powagą. Córka, minąwszy jedną aleję, obejrzała się dwukrotnie, zwracając ku niemu śliczne, załzawione oczy.

Nie spotkał ich już więcej na cmentarzu, mimo iż wkrótce wypadła mu jeszcze jedna podobna robota, która z powodu złego dopasowania kamieni długo się przeciągała. Było to już w innej stronie Powązek, a jednak nie mógł się powstrzymać, aby w ciągu godzin roboczych nie odszedł od pracy i nie zajrzał po kilka razy na grób, który dobrze mu utkwił w pamięci.

Raz nawet stanął nad nim, w obiadowej godzinie, i począł wyrywać chwasty, jakie się tu szybko rozpleniać poczęły. Jak zwykle na wiosnę, wyrastały one bujnie, ale ponieważ w tej stronie cmentarza stały gęste drzewa, mało słońca przepuszczające, więc owe chwasty były dość mizerne, a smukłe i długie nad podziw. Zawsze jednak świadczyły wyraźnie, iż grobowiec, odwiedzany z początku tak pilnie, począł być teraz zaniedbywanym. Gdy stawał nad nim, robiło mu się smutno i przykro. Nie wiedział, czy żałuje więcej tego ojca, co leżał tam spokojny, cichy, o Bożym niewiedzący świecie, czy tej córki, co powinna była o nim pamiętać w trzy miesiące po zgonie.

On by i dziś jeszcze, po tylu latach, chodził na grób rodziców co najmniej raz na tydzień, gdyby wiedział, gdzie leżą... Tak będzie chodził kiedyś na mogiłę tej dobrej, kochanej ciotki...

Boże! Co jemu przychodzi do głowy, co?... Żeby choć nie wymówił w złą godzinę... Niechże ta dobra ciotka żyje jak najdłużej, niech żyje, choćby pięćset lat...

Ale ci, którzy już pomrą, powinni mieć tych, którzy ich odwiedzają...

Zapomniał jednak o tym smutnym wrażeniu, gdy spotkał obie kobiety, w pewien czas później, w niedzielę, przed kościołem Świętego Krzyża.

Wystrojony odświętnie, nie podobnym był do owego kierownika robót pomnikowych, na cmentarzu. Matka byłaby też przeszła, nie zwróciwszy na niego uwagi, gdyby nie córka, która ja z lekka trąciła.

– Mamusiu!... To ten pan... z cmentarza... i kłonił się wówczas z szacunkiem i z powagą zarazem.

Wzmianka o cmentarzu przypomniała widocznie wdowie zmarłego niedawno męża. Uczuła jakiś żal, jakby wyrzuty sumienia i pod wpływem tego uczucia zagadnęła młodego człowieka:

– Ach, to pan!... Jak to dobrze, że pana spotykamy... Właśnie wybierałyśmy się tam, do fabryki, w sprawie tego nagrobka... Musimy go postawić, musimy... Tylko że te niepogody nam przeszkodziły... Byłam przy tym słaba...

Mówiła coś jeszcze, długo, za długo nawet, jakby sama przed sobą chciała usprawiedliwić swoją opieszałość. Ale on już nic nie słyszał i nic nie rozumiał. Posuwając się Nowym Światem, obok obu kobiet, wśród tłumu wychodzących, po „sumie” ludzi, spoglądał na śliczną dziewczynę i odbierał od niej zachętę w postaci równie ciekawych a ukradkowych spojrzeń.

Dziwiła ją widocznie jego przemiana. Niebieska ubielona bluza zniknęła... pozostał interesujący młody człowiek... interesujący swym smutnym spojrzeniem... Kawałek artysty, nie prosty, zwykły rzemieślnik...

Następnej niedzieli nie mógł się oprzeć pokusie i podążył znowu na „sumę” do Świętego Krzyża. Czekał tym razem od wotywy, ale nadzieja spotkania obu kobiet nie zawiodła go.

Matka odpowiedziała na jego ukłon przyjaźnie, jakby się od dawna znali, a dziewczyna z daleka już uśmiechnęła się do niego. Była pewną, że znowu go spotka, tak pewną, że myśl ta przeszkadzała jej nawet przy modlitwie.

Odprowadził je tym razem do samej bramy domu na Nowym Świecie, a rozmawiano znowu o nagrobku dla „ojca”, który trzeba postawić, koniecznie trzeba...

Przy pożegnaniu wdowa wskazała mu, gdzie mieszkają, i prosiła, aby odwiedził je kiedy. Obiecał przyjść ze wzorami i z cennikiem, zapowiadając przy tym, że cennik ten – to tylko tak sobie, dla ludzi. Gdy przyjdzie do roboty, będzie można coś utargować, może nawet dość dużo...

Widział, że śliczna panienka przy tych jego słowach nadąsała się i zrozumiał, że chciała tym sposobem powiedzieć niejako: „przecież łaski nie potrzebujemy... mamy taki piękny sklep... i fabrykę... i szyld złocony”... Ale uśmiechnęła się zaraz i na pożegnanie wyciągnęła do niego rączkę w ślicznej rękawiczce... Ba!... kto mógł lepsze rękawiczki nosić, jak ona, córka nieboszczyka Walczyńskiego, który ubierał ręce najpierwszych elegantek w mieście na siedem i dwanaście guzików...

Stara ciotka, gdy przyszedł dnia tego na Szmulowiznę, po zwyczaju, na obiad niedzielny, nie mogła go poznać.

Jadł wprawdzie w pierwszej chwili z ogromnym apetytem, co ją ucieszyło, ale, jak się okazało wkrótce, nie wiedział, co je i w ogóle, co robi...

– Co z tobą, kochanku, co z tobą? – pytała zadziwiona staruszka.

– Ach, ciociu! ciociu kochana! – odpowiadał i na tym urywał, skryty był bowiem z natury i ciężki do wyznań i wszelakich wynurzeń.

– Co, co? – pytała ciotka, niezadowolona tą odpowiedzią.

– Nic... Chcę tylko powiedzieć, że bardzo mi dziś obiad smakuje... Jeszcze sobie kotleta dołożę... dobrze?...

Staruszka przeżegnała się lewą ręką, na znak najwyższego zdumienia.

– Kochanku!... Co z tobą?... Nie było dziś kotletów, tylko huzarska... Przeszłej niedzieli były kotlety... Cóż ty znów, Felku?

– Przeszłej... ach, tak!... przeszłej!... Ja tez mówię o huzarskiej... tylkom się pomylił...

Na przeszłej niedzieli skończyła się dla niego rachuba czasu, a od dzisiejszej zaczynała się nowa, mglista, niejasna.

Nie dosiedział też tym razem, jak zwykle, do wieczora, lecz uciekł prędzej. Wyganiało go coś z tych czterech ścian. Nie mógł schwycić oddechu, brakło mu powietrza...

Pożegnał się wreszcie, obcałował staruszce ręce ze wszystkich stron, nazywając ją aniołem, bóstwem, matką – ale właśnie tą swoją gorączką tak ją zadziwił i zmieszał, że dopiero po jego odejściu spostrzegła, iż przygotowane i zawinięte w papierek dwie czterdziestówki pozostały w jej dłoni.

– Boże, Boże! Jezu miły!... – narzekała starowina – a cóż on przez cały tydzień będzie robić bez tych pieniędzy?...

A przyzwawszy później starą Karolinę, rozpoczęła z nią naradę nad stanem, w jakim przedstawił jej się siostrzeniec.

– Nie wiesz ty, moja Karolino, co go mogło spotkać? – pytała.

– Pewnie coś dobrego, proszę pani... Widzi mi się, że coś dobrego... Może pan Feliks wygrał na loterii, bo to wczoraj było ciągnienie czwartej klasy...

– Co pleciesz?... Nie grywa... nie wierzy w loterię... sam mi to powiedział... Jezu miły!... Jezu miły!...

On tymczasem biegł prosto do swego mieszkania, na Dziką. Wzory miał właśnie u siebie już od paru dni, a ceny znał na pamięć, począł je więc notować ołówkiem na odwrotnej stronie każdego rysunku.

Przygotował wszystko, co mogło mu być potrzebnym podczas zapowiedzianych odwiedzin, a bawił się tą robotą, jak niczym lepiej. Najwięcej czasu stracił nad przyglądaniem się nagrobkowi z Madonną i ciągle do wzoru tego powracał... Ale bo niech kto powie, co tu podobieństwa!... niech kto osądzi!...

Na próżno śliczny majowy wieczór wabił go ku sobie; na próżno wygrywały katarynki; na próżno w pobliskiej bawaryjce dzwoniono kuflami, a z ulicy dolatywały gwary rozbawionych przy niedzieli tłumów – wszystko na próżno. Siedział, rozmyślał i kreślił – wszystko pod pozorem przyobiecanych odwiedzin, choć wiedział, że nie pójdzie tam jutro, ani pojutrze, aż dopiero we środę. Tak sobie już ułożył i tak być musiało... Dusza wyrywała mu się tam wprawdzie; rad by był pobiec dziś jeszcze, byle jak najprędzej. Ale i to czuł, że im później pójdzie, tym będzie lepiej widzianym. Zarówno matka, jak i córka, nie powinny wiedzieć, że mu pilno; nie powinny myśleć, że jest jakimś tam popychadłem w pracowni, które „majster” wysłał i basta!... Nie, nie!...

Ludwik zastał go jeszcze nad tymi wzorami, choć wracał późno, bo coś około pierwszej po północy. Przybywał w złym humorze, przegrał bowiem aż siedem partii bilardu, a „odbił” z tego dwie tylko.

– Cóż ty – mówił na wstępie – odciąłeś się tak dziś na cały dzień ode mnie?

Feliks począł się niejasno tłumaczyć.

Sam nie wie, jak się to stało... Tak się jakoś złożyło... Ciotka zatrzymała go dłużej po obiedzie... A potem, nad wieczorem, nie wiedział, gdzie szukać przyjaciela...

– Gdzie? gdzie?! – burknął Ludwik. – Niby to nowina!... Byłem na rogu, u Winiarskiego, na bilardzie... Wiesz przecie...

– Patrzajże!... Myślałem, że tam może bym cię zastał, alem nie był pewien...

– Myślałem!... – przedrzeźnił Ludwik. – Kiedyś myślał, to trzeba było przyjść... Nie miałem czym zapłacić bilardu... Musiałem dług zrobić u markiera... przez ciebie...

Chciał odpowiedzieć, że nie jest przecie obowiązany chodzić za nim i płacić jego długów, których zresztą uzbierało się już i tak sporo... Ten bilard jest przy tym za drogą zabawką... Ale wszak mówił to już nieraz – nadaremnie, a dziś tym bardziej nie miał chęci do nowych uwag.