Polskie piekiełko. Obrazy z życia elit emigracyjnych 1939-1945 - Koper, Sławomir - ebook
Wydawca: Bellona Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Polskie piekiełko. Obrazy z życia elit emigracyjnych 1939-1945 ebook

Koper, Sławomir

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 434

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 13 godz. 13 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Polskie piekiełko. Obrazy z życia elit emigracyjnych 1939-1945 - Koper, Sławomir

W książce miedzy innymi
- skandaliczna sprawa rozliczeń za rządy sanacji i klęskę wrześniową,
- czy Sikorski był przed wrześniem 1939 roku agentem francuskim? Czy przekazał Czechom
polskie plany inwazji na Zaolzie?.
- dziwna sprawa ewakuacji z kraju: Heleny Sikorskiej, Zofii Leśniowskiej i Jadwigi Sosnkowskiej,
- kto zaszczuł Wieniawę na emigracji? Czy Piłsudczycy odpowiadają za jego śmierć?.


Nowa książka Sławomira Kopra to pozycja poruszająca tematy pomijane w dotychczasowych publikacjach. Sprawy wstydliwe, rzucające cień na polską emigrację po klęsce wrześniowej: spory polityczne, rozgrywki personalne, bezwzględną walkę o władzę.

Eliminację z życia publicznego ludzi związanych z sanacją, chorobliwe rozliczenia z przeszłością, obozy internowania dla niewygodnych oficerów i polityków. Ambicje i brak zdecydowania generała Sikorskiego, żenujące obsesje jego podwładnych, konflikty wstrząsające polskim światem w Paryżu, Londynie i Nowym Jorku.

Informacje zaskakujące, czasami wręcz nieprawdopodobne i bardzo odległe od stereotypowego postrzegania polskiej emigracji tego okresu. Ale autor znalazł też inne tematy. Nieprawdopodobne losy pięknej Krystyny Skarbek (ulubionej agentki Churchilla), obrazy z życia polskich bohaterów "Bitwy o Anglię", rozpad przyjaźni skamandrytów, tajemniczą postać Józefa Rettingera, kobiety w życiu generała Andersa czy zadziwiające przypadki byłego premiera Felicjana Sławoja Składkowskiego. I dziwną grę hitlerowskiej Abwehry patronującej wyjazdowi z okupowanego kraju rodziny Sikorskiego i żony generała Sosnkowskiego. I to zapewne bez wiedzy samych zainteresowanych...

Opinie o ebooku Polskie piekiełko. Obrazy z życia elit emigracyjnych 1939-1945 - Koper, Sławomir

Fragment ebooka Polskie piekiełko. Obrazy z życia elit emigracyjnych 1939-1945 - Koper, Sławomir









Od autora

Wrzesień 1939 roku przyniósł kres Drugiej Rzeczypospolitej, a wraz z nią zakończyła się jedna z najbarwniejszych epok w dziejach naszego kraju. Nic nie było już takie jak wcześniej, a powstały po wojnie PRL niewiele miał wspólnego z Polską Piłsudskiego, Dmowskiego czy Witosa.

Agresja niemiecko-radziecka nie oznaczała jednak końca polskiej państwowości. Przedwrześniowe tradycje przejęli ludzie, którzy wprawdzie odżegnywali się od związków z sanacją, ale czasami wiernie naśladowali metody poprzedników. A co gorsza, z reguły w sprawach nieprzynoszących im chwały.

Polskie piekiełko jest książką o naszych elitach emigracyjnych w latach 1939-1945, to opowieść o wojennych losach ludzi odgrywających wówczas główną rolę. Niektórzy z nich występowali już na łamach moich książek (Wieniawa-Długoszowski, Słonimski, Lechoń, Tuwim), inni pojawiali się epizodycznie (Sikorski, Sosnkowski, Składkowski). Czasy wojny przyniosły jednak nowych bohaterów, takich jak tajemniczy Józef Retinger – szara eminencja gabinetu Sikorskiego, czy profesor Stanisław Kot, zajadły wróg piłsudczyków i sanacji. Oddzielny rozdział poświęciłem również losom Krystyny Skarbek, pięknej agentki brytyjskiego wywiadu.

W książce o polskich elitach w czasach drugiej wojny światowej nie mogło zabraknąć Władysława Andersa. Dzieje II Korpusu zajmują najdłuższy rozdział tej książki, podejrzewam zresztą, że obraz przeze mnie przedstawiony nie wszystkim przypadnie do gustu. Zdobycie Monte Cassino nie było wcale wielkim sukcesem polskiego oręża, ale samowolą Andersa, który polską krwią okupił pragnienie sławy. A na domiar złego to krwawe zwycięstwo nie przyniosło efektów dla sprawy polskiej, na co liczył generał.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie poświęcił nieco miejsca życiu prywatnemu Andersa. Obfitowało ono w różnego rodzaju zawirowania, generał, jak przystało na rasowego kawalerzystę, był mężczyzną wrażliwym na uroki dam. Wywoływało to perturbacje natury obyczajowej; w pierwszych miesiącach po zakończeniu wojny we Włoszech mieszkały dwie panie generałowe. Podwładni Andersa nazywali je „starą” i „młodą” generałową.

Dzieje II Korpusu to jednak nie tylko Monte Cassino, to także ratowanie ponad stu tysięcy Polaków z sowieckiego piekła. Relacje, które przytaczam, czasami szokują, ale przekazy naocznych świadków są najlepszym źródłem historycznym.

W książce o losach polskich elit emigracyjnych musieli się znaleźć nasi lotnicy, dzielnie walczący pod niebem Wielkiej Brytanii. Piloci byli najlepszą wizytówką Polskich Sił Zbrojnych, a ich styl życia odbiegał od stereotypu. Ci ludzie żyli chwilą, a fantazję mieli nieprawdopodobną, co także starałem się przedstawić.

Polskie piekiełko to książka o wydarzeniach mało znanych szerokim rzeszom czytelników. Opowiadam o epizodach z naszej historii, o których nie mówi się głośno lub które skazano na zapomnienie. O koszmarnych emigracyjnych waśniach, ludzkiej zawiści, walce o władzę i uznanie. O Wyspie Węży, gdzie internowano przeciwników generała Sikorskiego, o buntach oficerów przeciwko Naczelnemu Wodzowi czy rozpadzie przyjaźni skamandrytów.

Wielu czytelników mogą zaskoczyć fakty, które przytaczam. Naczelny Wódz i premier nie był wcale taką posągową postacią, jak z reguły jest przedstawiany. Miał wiele skaz – bywał małostkowy, pamiętliwy, popełniał błędy. A co gorsza, ulegał otoczeniu, zadziwiającej grupie ludzi, którzy zamiast działać na rzecz wygrania wojny, zajmowali się głównie załatwianiem osobistych porachunków. Polskie Siły Zbrojne również nie stanowiły monolitu, wstrząsały nimi spory i waśnie, a prywatne interesy brały górę nad sprawami najważniejszymi. Podział zapoczątkowany przewrotem majowym ciągle trwał i przynosił gorzkie owoce.

Nie poruszam natomiast tematu katastrofy gibraltarskiej. W ostatnich latach pisano o niej wyjątkowo dużo i uznałem, że nie ma tu już nic do dodania. Postawiono wiele hipotez, sprawy ostatecznie nie wyjaśniono; wiadomo tylko tyle, że Sikorski zakończył życie w Gibraltarze. A jego śmierć wywołała prawdziwe trzęsienie ziemi w szeregach polskiej emigracji.

Polskie piekiełko to chwilami gorzka książka, to obraz naszych elit dalekich od doskonałości, czytając ją, można dojść do wniosku, że przez lata niewiele się zmieniło. Polacy są wspaniałym narodem gotowym do wielkich poświęceń, ale nasze negatywne cechy są, niestety, ciągle w tym samym stopniu obecne.

Sławomir Koper


Rozdział 1
Koniec pewnej epoki


Warszawa, 12 maja 1935 roku

Piętnasty maja w 1935 roku wypadał w środę. Solenizantka Zofia Nałkowska uznała jednak, że niedziela będzie lepszym terminem spotkania z licznymi gośćmi, zaprosiła ich więc trzy dni wcześniej. Znana i ceniona pisarka lubiła życie towarzyskie, kochała wymianę myśli i poglądów, uwielbiała błyszczeć i być adorowana. W niedzielne popołudnie w jej przestronnym mieszkaniu przy Marszałkowskiej 4 pojawił się kwiat polskiej literatury. Kogo tam nie było. Dąbrowska, Kuncewiczowa, Kuszelewska, Wierzyński, Słonimski, Parandowski, Boy, Gombrowicz. Przybyli także malarz Chmieliński i prawicowy dziennikarz Stanisław Piasecki oraz grupa znajomych solenizantki ze sfer rządowych. Panom towarzyszyły żony, paniom mężowie, panowała beztroska atmosfera. Po godzinie dwudziestej pierwszej do telefonu poproszono Antoniego Słonimskiego, dzwonił jego znajomy z Ministerstwa Spraw Zagranicznych – Juliusz Sakowski. Przekazał informację, że kilkanaście minut wcześniej w Belwederze zmarł Józef Piłsudski.

„Wiadomość o tym – zanotowała Nałkowska w Dziennikach – przyszła tutaj w chwili, gdy dom pełen był obcych ludzi. Przełamana w różnych reakcjach, w różnych twarzach i słowach. Szła z pokoju do pokoju, od grupy do grupy, nie wiadomo dlaczego szeptem – po całej skali wrażenia, po wszystkich jego szczeblach i odcieniach. Było cicho, niektórzy odchodzili od razu, inni stali jeszcze trochę, zatrzymywali się i żegnali”.

Jako jedna z pierwszych wyszła Maria Dąbrowska. Natychmiast udała się do domu, inni goście zresztą również „rozpierzchli się momentalnie jak kuropatwy”. Idąc na Polną, zauważyła, że wiadomość o śmierci Piłsudskiego nie rozeszła się jeszcze po mieście, restauracje funkcjonowały normalnie, a w salach dansingowych panował tłok. Dąbrowska przekazała żałobną informację swojemu partnerowi, Stanisławowi Stempowskiemu, chociaż obawiała się jego reakcji. Stempowski poważnie chorował na serce i pisarka wiedziała, że zgon Komendanta będzie dla niego poważnym ciosem. Nie położyli się jeszcze spać, do drugiej w nocy słuchali żałobnych komunikatów radiowych. Oboje płakali.

„Rozeszliśmy się natychmiast – wspominał Kazimierz Wierzyński. – Znalazłem się w drzwiach razem ze Stanisławem Piaseckim, redaktorem »Prosto z Mostu«. Podwiozłem go taksówką do placu Trzech Krzyży, sam pojechałem dalej, do »Gazety Polskiej« na Szpitalną. W redakcji zastałem Ignacego Matuszewskiego i przesiedziałem w jego gabinecie kilka godzin. Było już późno w nocy, gdy poszedłem pod Belweder. W Alejach Ujazdowskich spotkałem Światopełka Karpińskiego i Janusza Minkiewicza, którzy szli ku miastu. Minęliśmy się, nie zaczynając rozmowy. Brama Belwederu była zamknięta. Stało przy niej kilkadziesiąt milczących osób. Patrzyłem na żelazne ogrodzenie, na wartownika, na oświetlone podwórko i ciemny dom. W pewnej chwili poczułem, że ktoś przysuwa się i dotyka mnie ramieniem. Był to Wojciech Jastrzębowski. Długo tak staliśmy przy sobie. Gdyśmy odchodzili, Jastrzębowski wskazał głową na tłum i powiedział: »To wszystko sieroty, już nie będzie brwi, pod które mogliśmy się schronić«”.

Śmierć Piłsudskiego była wyraźną cezurą w dziejach Drugiej Rzeczypospolitej. Osobę Marszałka utożsamiano z niepodległością kraju, powszechnie uważano, że potrafi zapewnić Polsce bezpieczeństwo. I chociaż „nie był ojcem dla wszystkich, ale był nim dla wielu milionów. Ojcem wybranym i przybranym, surowym i bezwzględnym, czasami zdało się, że nieczułym”, ale jednak ojcem. Zdobył przecież władzę w efekcie krwawego zamachu wojskowego, rządził w sposób autorytarny i bez jego zgody nic właściwie nie mogło się w kraju wydarzyć. Ale Marszałek starał się przestrzegać obowiązującego prawa i nawet liderzy opozycji zostali osadzeni w Brześciu dopiero po wygaśnięciu immunitetu poselskiego. W kraju wychodziła wolna prasa, przeciwnicy Komendanta wystawiali swoich kandydatów w wyborach, a cenzura miała raczej prewencyjny niż restrykcyjny charakter. Piłsudski zadowalał się stanowiskami dozwolonymi przez obowiązujące prawo, zupełnie zresztą nie dbając o zaszczyty, tytuły czy wizualną oprawę władzy. Wszyscy wiedzieli, że Polska była najważniejszą miłością jego życia, że to było jego szczęście i przekleństwo zarazem. I że nikt nie będzie miał już takiego autorytetu jak samotnik z Belwederu.

„Piłsudski szef bojówki – pisał Stanisław Cat-Mackiewicz – Piłsudski komendant strzelców, Piłsudski brygadier Legionów, Piłsudski Naczelnik Państwa z czasów Kijowa i inwazji był niewątpliwie wielkim człowiekiem. Poniewierała go i odpychała cała Polska. Nie rozumiały go polsko-austriackie ekscelencje, nie rozumiał burżuj warszawski, nie rozumiał ksiądz na ambonie, nie rozumiał sąsiad przy kartach, nie rozumiał krzykliwy socjalista ani nawet wszystko rozumiejący Żyd. I bracia rodzeni, autentyczni bracia nie rozumieli, nie chcieli, nie mogli. Najgrzeczniej to się nazywało: potępiali jego linię polityczną. Ten człowiek w naszej historii istotnie cierpiał, walczył i szarpał za miliony. A siły każdych nerwów mają swój kres”.

Największą porażką Piłsudskiego był brak sukcesora. Ten człowiek tak bardzo przerastał współczesnych, że nie znalazł w swoim otoczeniu nikogo, kto mógłby go zastąpić. Mimo iż zdawał sobie z tego sprawę, to poszukując rozwiązania, popełnił błąd, który zaważył na losach Polski. Nie wziął pod uwagę podstawowego czynnika – ludzkich ambicji.

„Nie było systemu pomajowego – pisał Kajetan Morawski. – Był tylko najpierw Piłsudski, genialny szlachcic o intuicji męża stanu i temperamencie rewolucjonisty, wielkopański i rubaszny, równie bliski trywialności legendy, dla którego Polska była jakimś wielkim Zułowem czy Pikieliszkami, że chodził po niej, gderząc i dziwacząc, i kijem sękatym poganiał lub przepędzał parobków i ekonomów. Swą renesansową bujnością i litewskim uporem, szerokością swych koncepcji i małostkową mściwością, swą osobą i legendą przysłonił i przytłoczył cały okres dziejów Polski i wdarł się w życie każdego z nas. Wszyscy ci, co chcieli i nie chcieli, bardziej niż sobą samym byliśmy jego współczesnymi. A potem był Piłsudski stary i chory, a potem były walki diadochów”.

Krajobraz bez Marszałka

Kazimierz Wierzyński zauważył, że Polacy są „znakomitymi grabarzami”. Faktycznie w naszym kraju pogrzeby znanych osób są doskonałą okazją do zjednoczenia narodu, a często do ekspiacji wobec zmarłego. Zebrane tłumy przepraszają za swoje grzechy, politycy podnoszą zasługi nieboszczyka, a potem obowiązuje zasada, że o zmarłym mówi się dobrze albo wcale.

Uroczystości żałobne po śmierci Piłsudskiego przewyższyły jednak wszystko, co Polska dotychczas widziała. Właściwie już nigdy więcej nie miała oglądać, nie licząc centralnie sterowanej histerii po zgonie Stalina. Ale pogrzeb Komendanta był czymś więcej niż tylko pożegnaniem polityka, to był bolesny koniec pewnej epoki, pozostawiający bez odpowiedzi pytania o przyszłość Polski.

„Uczucia te ogarnęły – wspominał Wierzyński – wszystkich w całej Polsce. Ksawery Pruszyński opisywał, jak dwunastoletni chłopiec, Władysław Lachowicz, przekradł się koleją ze Stanisławowa do Warszawy, aby zdążyć na pogrzeb. Stanisław Mackiewicz wspomina, że w Wilnie w dniach żałoby nie zanotowano ani jednego wypadku przestępstwa. Słonimski widział w oknie szewskiej sutereny na poły zatarty portret Piłsudskiego wycięty z gazety, oświecony łojówką w butelce. To nie był sentymentalizm. To każde porażone serce reagowało po swojemu”.

Pogrzeb trwał trzy dni. Uroczystości w stolicy, eksportacja zwłok koleją do Krakowa w blasku spontanicznie zapalanych ognisk, aż wreszcie ostatnia msza i złożenie trumny na Wawelu. Żałoba narodowa we Francji, w Niemczech i ZSRR, na żywo transmisja radiowa z pogrzebu.

„Tydzień po śmierci Marszałka – notowała Dąbrowska – przeszedł jak w tragicznym śnie. Byłam dwa razy w Belwederze – raz z Zośką Poniatowską i raz ze Stachem. Eksportację słyszałam częściowo przez radio, częściowo widziałam z Zosią Poniatowską z mieszkania Poniatowskich na Krakowskim Przedmieściu. Pogrzeb widzieliśmy ze Stachem i doktorem Rudzkim z tarasu mieszkania profesora Wolskiego. Rewię na Polu Mokotowskim słyszeliśmy przez radio. Oboje ze Stachem płakaliśmy”.

Wydawało się, że nawet przyroda połączyła się w żałobie z narodem. Podczas uroczystości w Warszawie pogoda była fatalna, kiedy generałowie zdjęli trumnę z kopca na Polu Mokotowskim, nagle rozpętała się burza. Spadł ulewny deszcz pomieszany z gradem i płatami śniegu (była połowa maja). W dawnych wiekach zapewne takie anomalie pogodowe uznano by za symbol i przepowiednię dalszych losów państwa. Kraju bez człowieka, który zdominował dwudziestolecie międzywojenne.

„Gdy w państwie umiera jeden z ministrów – pisał Roman Dmowski – powstaje tylko kwestia postawienia innego na jego miejsce. Zgon wszakże ministra spraw wojskowych Rzeczypospolitej wytworzył kwestie niewspółmiernie większe. Człowiek, który formalnie zajmował skromne stanowisko ministra, był w istocie głową władzy w Polsce […]. Sam rząd legitymował się tym, że jest jego woli wykonawcą. […] Gdy pytano o program, odpowiedź była »idea marszałka Piłsudskiego«. Wyznawcy tej idei nie ważyli się jej tłumaczyć […]. Dziś, gdy mózg, który tę ideę stworzył i rozwijał, przestał działać, spadkobiercy jej będący w rządzie czy poza rządem są zmuszeni sformułować ją w program, o ile się bowiem zdaje, nie ma wśród nich nikogo, którego nazwisko za program by starczyło”.

Dmowski miał rację, po pogrzebie Marszałka jego współpracownicy musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Wkrótce okazało się, że ludzi niełatwo zmienić, a wola zmarłych (nawet tych najwybitniejszych) nie ma żadnego znaczenia.

Piłsudski zaplanował harmonijną współpracę prezydenta (miał nim zostać Walery Sławek) z Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych (Śmigły-Rydz lub Sosnkowski) oraz rządem. Nie dał żadnych dyspozycji co do osoby premiera, uznając to za sprawę drugorzędną. Ale zrobił wyjątek, na stanowisku ministra spraw zagranicznych widział Józefa Becka, i w tym przypadku jego wolę uszanowano.

Podstawowy problem w realizacji testamentu politycznego Marszałka stwarzał Walery Sławek. Najbliższy przyjaciel i współpracownik Piłsudskiego w chwili jego śmierci sprawował funkcję premiera, a miał zastąpić Ignacego Mościckiego na stanowisku prezydenta Rzeczypospolitej. Ale Sławek był zbyt uczciwym i bezinteresownym człowiekiem, aby domagać się bezwzględnie wykonania testamentu. Oczekiwał, że Mościcki dobrowolnie zrezygnuje z urzędu, na co ten nie miał jednak ochoty. Sławek, ortodoksyjny legalista, nie potrafił zdobyć się na to, aby zmusić prezydenta do ustąpienia. Konstytucja kwietniowa dawała ogromną władzę głowie państwa, a Mościcki miał prawo nie rezygnować ze sprawowania tego urzędu. Sławek nie protestował, kiedy prezydent przyjął dymisję jego rządu po kolejnych wyborach, ale sprzeciwił się, gdy najwybitniejsi piłsudczycy (tzw. grupa pułkowników) zaproponowali wezwanie Mościckiego do ustąpienia. Plan swoich zwolenników uznał za niedopuszczalny atak na głowę państwa, rzecz nie do zaakceptowania w kraju, w którym przestrzega się prawa.

Mościcki za to nie miał skrupułów. Ten rówieśnik Piłsudskiego zaskakiwał otoczenie swoim wigorem. Dwa lata wcześniej poślubił młodszą o blisko trzydzieści lat Marię Dobrzańską (małżeństwo było bardzo udane), a teraz brał odwet za lata upokorzeń. Chemik światowej sławy, profesor kilku uniwersytetów, uważany dotychczas za figuranta uznał, że wreszcie nadeszła jego chwila. Zawsze zresztą doskonale czuł się na tym stanowisku, sprawiając wrażenie, „jakby urodził się w pobliżu tronu”. Miał idealną prezencję, doskonałe maniery, a teraz poczuł się najważniejszą osobą w kraju.

„Był to piękny, rasowy okaz Polonusa – pisał Konrad Olchowicz – z mlecznobiałą czupryną i takimż wąsem, jakby żywcem z dawnych wieków we współczesność przeniesiony, dopiero co z kontusza w modnie skrojony frak czy żakiet przebrany, obdarzony przy tym szlachetną wyniosłością postawy i dostojeństwem w posuwistych […] polonezowych ruchach”.

Prezydent Ignacy Mościcki

Mościcki został prezydentem po przewrocie majowym, a następnie Piłsudski wyznaczył go na kolejną kadencję. Prominentni członkowie obozu rządowego lekceważyli go jednak, mówiąc: „tyle znacy co Ignacy, a Ignacy gówno znacy”. A Mościcki miał doskonałą pamięć.

Nie można jednak odmówić prezydentowi sprytu politycznego. Natychmiast po śmierci Piłsudskiego podpisał nominację na Generalnego Inspektora dla Śmigłego-Rydza i panowie podzielili się władzą w kraju. Śmigły oficjalnie stał się osobą numer dwa w Polsce (wbrew konstytucji), a niebawem otrzymał awans na marszałka. Doskonale się uzupełniali i bez znaczenia były złośliwe uwagi, że „pierwszy marszałek [Piłsudski – S.K.] skazał Polskę na wielkość, a drugi ją z tego wyroku ułaskawił”. Liczyły się fakty, Sławka stopniowo izolowano, a innych pułkowników przesunięto na zaszczytne, ale pozbawione znaczenia stanowiska. Prystor i Car zostali marszałkami sejmu i senatu, a Świtalski wojewodą krakowskim. W 1940 roku upływała druga kadencja Mościckiego i jego następcą miał zostać Śmigły-Rydz. A kilka miesięcy przed wybuchem wojny zniknęła ostatnia przeszkoda w przejęciu całkowitej władzy przez tandem Mościcki-Rydz, Walery Sławek popełnił samobójstwo.

Zmierzch

Ostatnie cztery lata dziejów Drugiej Rzeczypospolitej to okres narastającego zamętu. Flirty obozu rządzącego ze skrajną prawicą, powstanie Obozu Zjednoczenia Narodowego, Bereza Kartuska, antysemityzm na polskich uczelniach, niszczenie cerkwi prawosławnych na Lubelszczyźnie. A wszystko to w atmosferze narastającego zagrożenia i kolejnych hitlerowskich aneksji.

Społeczeństwu polskiemu nie można odmówić ofiarności, słynna pożyczka narodowa na obronę przeciwlotniczą przyniosła aż trzy miliony złotych. W życiu kraju coraz większą rolę odgrywało pokolenie wychowane już w odrodzonej Polsce. Niezwykle ofiarne i dumne z niepodległości miało się stać najlepszym potwierdzeniem skuteczności systemu wychowawczego Drugiej Rzeczypospolitej. I właśnie to pokolenie poniosło największe straty podczas sowieckiej i niemieckiej okupacji, własną krwią potwierdzając miłość do ojczyzny.

Nad opinią publiczną czuwały władze, głosząc nośne hasła propagandowe. Szczególnie ostatni rząd niepodległej Polski z Felicjanem Sławojem Składkowskim na czele uznał propagandę za ważny instrument sprawowania władzy. A Sławoj Składkowski, lekarz w stopniu generała, nazywany „wesołym zupakiem”, był idealnym wykonawcą poleceń Śmigłego i Mościckiego. Cat-Mackiewicz zauważył złośliwie, że jego umiejętności rządzenia ograniczały się do zbiórki narodowej i Berezy Kartuskiej, a osobiste ambicje kierował na podniesienie higieny społeczeństwa. Było w tym dużo racji, do legendy przeszły malowane na biało płoty i przydomowe ubikacje do dzisiaj nazywane „sławojkami”. W ostatnich latach wolnej Polski premier był prawdziwym postrachem wszelkich samorządów, osobiście dokonując kontroli i natychmiast wyciągając konsekwencje. Czasami jednak mania porządkowania przybierała u Składkowskiego humorystyczną postać.

„Wczesnym rankiem – opisywał wizytę generała w Truskawcu Stanisław Boguski – około godziny szóstej, dziadka mego, Rajmunda Jarosza [właściciela uzdrowiska – S.K.] obudziły donośne głosy, dochodzące z tyłu willi przy ulicy Mickiewicza. Dziadek, zaniepokojony nagłym hałasem, wyjrzał przez okno sypialni i z ogromnym zdziwieniem zobaczył potężną postać generała, w koszuli wydającego tubalnym głosem rozkazy ogrodnikowi pracującemu u dziadka.

Okazało się, że generał, widać nie mogąc spać, wybrał się na spacer ulicami miasta, a że był znany z tego, że miał »bzika« na punkcie schludnego wyglądu wsi i miast, więc nie omieszkał rzucić krytycznym okiem na ulicę Mickiewicza. Myszkując po zaułkach i podwórkach, natrafił na studnię z pompą na tyłach domu dziadka. A na to tylko czekał! Nie tracąc czasu, kazał przerażonemu ogrodnikowi założyć długi wąż i pokrzykując, zaczął pompować wodę. Kurtka generalska i rogatywka spoczęły na pobliskim kołku, a strumień zimnej wody wylewał się na ulicę. Po pewnym czasie zadowolony ze swej pracy generał dał ogrodnikowi kilka złotych do łapy, uporządkował umundurowanie i dziarskim krokiem pomaszerował dalej. Gdzieś koło południa generał-minister złożył oficjalną wizytę u dziadka na ratuszu i nic nie wspominając o swoich porannych wyczynach, odjechał służbowym samochodem w stronę Borysławia…”.

Nawet podczas tragicznego odwrotu we wrześniu 1939 roku premier sumiennie prowadził notatki, zapisując wszelkie zauważone niedociągnięcia, ze szczególnym uwzględnieniem higieny i porządku.

Schyłek Drugiej Rzeczypospolitej to również bezprecedensowe osiągnięcia gospodarcze. Dobiegał końca światowy kryzys i władze zdecydowały się na inwestycję przewyższającą rozmachem budowę Gdyni. Mościcki mógł nie mieć kwalifikacji politycznych, ale znał się na inwestycjach przemysłowych. Potrafił także dobierać sobie współpracowników, z których najważniejszym okazał się Eugeniusz Kwiatkowski, ambitny zwolennik rozbudowy gospodarczej kraju.

Prezydent obdarzał go zaufaniem zbliżonym „do wiary kobiety zakochanej w jakimś mężczyźnie”, ale Kwiatkowski w pełni na to zasługiwał. Odznaczył się przy budowie Gdyni, jego zasługą było też stworzenie Centralnego Okręgu Przemysłowego. Kraj potrzebował silnego przemysłu, a wicepremier zaproponował jego koncentrację w tak zwanym trójkącie bezpieczeństwa. Obszar położony w widłach Wisły i Sanu leżał poza zasięgiem lotnictwa niemieckiego i radzieckiego, co w razie wojny miało podstawowe znaczenie. Projekt zakładał budowę nowych lub modernizację istniejących zakładów, a inwestycjom towarzyszyła rozbudowa infrastruktury komunikacyjnej, energetycznej i socjalnej. Za narodziny COP uznano przemówienie sejmowe Kwiatkowskiego w lutym 1937 roku. Niebawem znalazło tam zatrudnienie ponad sto tysięcy pracowników, co w ówczesnych realiach stanowiło ogromną liczbę. O trafności inwestycji (niedokończonej z powodu wojny) świadczy fakt, że do dnia dzisiejszego obszar ten pozostaje jednym z najbardziej uprzemysłowionych regionów Polski.

Niestety, zmiany na politycznej mapie Europy zniszczyły mit „trójkąta bezpieczeństwa”. Hitlerowska aneksja Czech znacznie wydłużyła granicę polsko-niemiecką, a niepodległa Słowacja miała wziąć udział w agresji na nasz kraj.

Z dziejów państwowej propagandy

Dzisiejszym Polakom słowo propaganda kojarzy się z reguły z czasami PRL. Przed oczami stają obrazy brutalnej agitacji stalinowskiej czy też propaganda sukcesu z epoki Edwarda Gierka. Ale Druga Rzeczypospolita również miała osiągnięcia w tej dziedzinie, niewiele ustępujące wyczynom komunistów. Apogeum przypadło na lata narastającego zagrożenia wojennego po śmierci Piłsudskiego.

Józef Piłsudski straszący władze Litwy – karykatura Zdzisława Czermańskiego

Z czasopism znikały rysunkowe komentarze do aktualnej sytuacji politycznej, nie było już mowy o karykaturach w typie rysunków Zdzisława Czermańskiego. Wprawdzie i ten artysta nigdy nie przekraczał pewnej granicy, ale znając kontekst sytuacji, nie można nie uśmiechnąć się, oglądając karykatury Marszałka. Za życia Piłsudskiego obowiązywała zresztą niepisana zasada, że samego Komendanta nie atakowano, ale jego współpracownikom dostawało się solidnie. Nie oszczędzano nawet urzędującego premiera (Leona Kozłowskiego), inna sprawa, że ze względu na ułomności charakteru był on wdzięcznym tematem dla satyryków.

W ostatnich latach przed wybuchem wojny Piłsudskiego przedstawiano niemal wyłącznie jako Ojca Narodu. Po latach z trudem można uwierzyć w realność plakatów ukazujących Marszałka siejącego zboże (w tle oczywiście kawaleria), jak na obrazie Józefa Świrysza-Ryszki (wykorzystanym zresztą jako wyborczy druk propagandowy).

Wdzięcznym tematem dla plastyków stała się epopeja Legionów. Piłsudski wkraczający do Kielc, Komendant na frontach pierwszej wojny światowej, podczas wojny z bolszewikami, a nawet układający słynnego pasjansa. Nie cofano się przed ewidentnym fałszowaniem historii, jak na obrazie Ludomira Śledzińskiego Piłsudski pod Wilnem. Marszałek, w otoczeniu żołnierzy, śledzi przez lornetkę postępy w wyzwalaniu ukochanego miasta. Tyle tylko że gdy Śmigły-Rydz i Belina-Prażmowski zajmowali gród nad Wilią, Naczelnik Państwa był daleko. W Wilnie pojawił się dopiero dwa dni później.

Józef Świrysz-Ryszka – „Siewca”

Polityków sanacji można jednak łatwo rozgrzeszyć. Po śmierci Marszałka brakowało autorytetu moralnego, a naród należało zjednoczyć wokół jednego symbolu. W sytuacji gdy odrodzone państwo liczyło zaledwie kilkanaście lat, pamięć o Piłsudskim stała się doskonałym motywem przewodnim. Nadgorliwość bywa jednak zgubna; opór wzbudzały nakazy dotyczące oprawy świąt państwowych. Niedopracowane przepisy i ścisłe ich egzekwowanie przyczyniały więcej szkód niż pożytku, co doskonale zilustrował w jednym z reportaży Ksawery Pruszyński. W Warszawie, Krakowie czy we Lwowie podobne obowiązki nie stanowiły zapewne problemu, ale właściciel zagubionego gdzieś na Kresach sklepu był w zupełnie innej sytuacji:

„Istotnie, kupiec miał dwóch wielkich Marszałków. Jeden był w zwykłym mundurze, popiersie, groźne, prawo patrzące oczy, włosy nastroszone. Czy myślał On kiedy, że go każą komuś kupować? Drugi był reprodukcją jakiegoś obrazu, z buławą opartą o jakiś dokument, z uchyloną portierą czy draperią, z jakąś małą armatką u nóg. Bóg Wojny nabyty z rozporządzenia administracji. Potem było dwóch Prezydentów. Jeden, pamiętam, w czapce marynarskiej, u spodu równiutko wypisanym pismem Prezydenta Rzeczypospolitej hasło o polskim morzu. Potem były dwa portrety Rydza-Śmigłego, znowu jeden w czapce marynarskiej, drugi w generalskim mundurze. Wreszcie czarna, z boleśnie skurczonymi ustami, fotografia Bronisława Pierackiego [ministra zastrzelonego przez ukraińskich nacjonalistów – S.K.]. Czyście pomyśleli, że wasze podobizny będą nabywać z rozkazu?”.

To jednak nie wszystko, do obowiązków właściciela sklepu należało również posiadanie obowiązującej wersji godła (w 1927 roku uchwalono ustawę o godle i barwach narodowych) oraz właściwych flag. Nieeksponowanie ich w odpowiednich dniach groziło surowymi karami, a obowiązku pilnowała miejscowa policja. Nic dziwnego, że właściciel sklepu z żalem tłumaczył Pruszyńskiemu:

„Ja miałem swojego Orła, tu go teraz nie ma, ale jest w domu. Tego Orła to ja już dawno miałem w domu, a jak przyszła rewolucja, to go dałem w sklepie na Trzeciego Maja. Wtedy byli tu Niemcy, robili Białoruś, ale nic mi nie zrobili. Grano u nas wtedy w resursie Kościuszkę pod Racławicami. Ksiądz, który już nie żyje, przemawiał, pani Korsakowa śpiewała od fortepianu, a mego Orła dali nad sceną. Teraz Orzeł był nieprzepisowy. Powiedzieli mi, że mogę sobie go w domu trzymać, a w oknie na święta musi być przepisowy”.

Konstanty Mańkowski – „Rok 1920”

Zakupy odpowiednich portretów czy flag wiązały się oczywiście z kosztami dla właściciela „biednego, taniutkiego sklepu w ubogim mieście”. Nieszczęsny kupiec przed laty nabywał symbole narodowe z potrzeby serca, wspominał, że popyt na portrety Piłsudskiego był tak wielki, iż nie nadążano z ich produkcją. A teraz fizjonomię Marszałka zredukowano do obowiązku eksponowania w witrynie sklepowej, wizerunek godła zresztą podobnie.

„Właściciel tego sklepu – podsumował Pruszyński – musiał posiadać po dwóch Marszałków, dwóch Prezydentów, dwóch Rydzów-Śmigłych, musiał ponadto – prawda! – mieć Żwirkę i Wigurę oraz Orła. Jakie to przykre, że te nazwiska, nazwiska nieraz oczernione żałobą serdeczną, profanowane są nakazami. Jakie to przykre, że się wie, że za tymi nakazami stoi na pewno ktoś, co te portrety wydaje, drukuje i sprzedaje, że ktoś z tego ciągnie zyski i powiększa drogą nakazów. Choćby to nawet szło na nie wiedzieć jak dobry cel – ileż w tym szkody. Gdzie jesteś godzino pięć przed dziewiątą każdej uroczystości, święta morza, obchodu, gdzie jesteś wtedy w tym kresowym miasteczku NN dawna Polsko z 1917 roku? Gdzie jesteś dniu piękny, gdy może byli tu Niemcy, ale Kościuszkę pod Racławicami reżyserowała dobra wola narodu, z dobrej woli śpiewała jak umiała pani Korsakowa, po swojemu, może nieudolnie, ale szczerze, przemawiał ksiądz proboszcz, który nie żyje? Gdzie jesteś dniu jeszcze piękniejszy, gdy Piłsudski zdobył Wilno, a w małym miasteczku nie można było jego wizerunków nastarczyć i gdy jeszcze biedny właściciel sklepiku nie był zarazem, z łaski starosty powiatowego, właścicielem galerii obrazów?”.

Kult Marszałka doprowadzono do granic absurdu. Imię Piłsudskiego uznano właściwie za święte i każda krytyka mogła zakończyć się tragicznie. W Aferach i skandalach Drugiej Rzeczypospolitej opisywałem wydarzenia w Wilnie w lutym 1938 roku, kiedy to na polecenie miejscowego inspektora armii, generała Dęba-Biernackiego, umundurowani oficerowie (!) pobili dziennikarzy „Dziennika Wileńskiego”. Władze porządkowe nie reagowały, a dziennikarze zostali aresztowani i po głośnym procesie skazani na kary więzienia. Przy tej okazji uchwalono ustawę o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego wprowadzającą karę pięciu lat więzienia za obrazę pamięci Marszałka. Powodem całego zajścia było słowo „kabotyn” użyte przez Stanisława Cywińskiego pod adresem Komendanta w recenzji prasowej. Do dzisiaj zresztą grozę wzbudza pomysł jednego z parlamentarzystów, który zaproponował podniesienie górnej granicy kary do piętnastu lat. To chyba najlepiej obrazuje histerię sfer rządowych w sprawie pamięci Marszałka.

Edward Śmigły-Rydz

Następca Piłsudskiego na stanowisku Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych był osobą w armii popularną. Ceniono jego doświadczenie frontowe, powszechnie lubiano za skromność i łatwy kontakt z otoczeniem. Marian Romeyko z uznaniem opisywał zachowanie Śmigłego podczas letnich wojaży taktycznych Wyższej Szkoły Wojennej:

„Podróże te odbywały się na terenie całej Polski. Wszyscy pamiętali długie pociągi Czerwonego Krzyża załadowane słuchaczami i wykładowcami, tygodniami stojące na bocznych torach różnych stacyjek. Do takiego pociągu na czas podróży taktycznej generał Śmigły doczepiał swój mały i skromny wagonik – salonik, własność wojska. Całe dnie spędzał w terenie, jak i wszyscy. Był obecny […] na każdym ćwiczeniu, na każdym omówieniu. Wnikliwie wsłuchiwał się w odpowiedzi słuchacza, nigdy nie przerywał, nigdy nie wnosił zamętu swoją osobą. Zawsze wypoczęty, mile uśmiechnięty, nigdy swoją obecnością nie peszył słuchacza. Gdy dochodziło do końcowej fazy ćwiczeń […] mówił spokojnie, ważąc każde zdanie, ciekawie, trafnie wyciągając wnioski. Wyznam szczerze: rzadko kiedy obecność tak »wysokiego naczalstwa« tak dodatnio wpływała na wszystkich. Lubili go wszyscy, po prostu lubili – i słuchacze, i wykładowcy”.

Podobne zdanie miał ambasador francuski w Polsce, Leon Noël, który dostrzegł „bezpośredniość i szczerość” Śmigłego, uważając, że jest „pozbawiony większych ambicji, o prostych gustach, raczej nieśmiały” i „unikał przyjęć, ceremonii i parad”.

Po śmierci Piłsudskiego w psychice Śmigłego-Rydza zaszły jednak niepokojące zmiany. Nie pozostał odporny na zaszczyty i splendory, możliwe zresztą, że przyszły one zbyt szybko. Zły wpływ na Rydza wywierała jego partnerka życiowa, Marta Thomas-Zaleska, uchodząca za bezwzględną karierowiczkę. Śmigły-Rydz zaś, niestety, nie miał ani samokrytycyzmu, ani zdrowego rozsądku Piłsudskiego. Stanisław Cat-Mackiewicz nazwał go bałwanem, którego ludzie „ulepili własnymi rękami, bo im był potrzebny, a potem wołali: »Wodzu, prowadź nas«, a on mógł tylko jeździć popychany na taczkach”. Ale czy on jedyny w dziejach zmienił się pod wpływem uwielbienia otoczenia? Zdarzali się przecież i tacy, „co wzywali Śmigłego do przyjęcia tytułu hetmana, bo marszałek to za mało”.

„Ten miły, kulturalny, inteligentny człowiek – pisał Janusz Jędrzejewicz – uległ jakby zaczadzeniu w dymach pochlebstw otoczenia, często najfatalniej dobranego i nie wytrzymał niebezpieczeństwa pokus, które daje każde wybitne w społeczeństwie stanowisko”.

Na rok przed wybuchem wojny z Rydzem identyfikował się jednak niemal każdy Polak. Kiedy we wrześniu 1938 roku w Monachium mocarstwa przesądzały o losach Czechosłowacji, Polska wysunęła swoje żądania. Chodziło o Śląsk Cieszyński zagarnięty przez Czechów podczas wojny polsko-bolszewickiej i pozostający poza granicami Polski. W planach obozu rządzącego zajęcie spornego terytorium miało stać się osobistym sukcesem Becka i Śmigłego-Rydza.

Marszałek Edward Śmigły-Rydz

Politycy sanacyjni prawidłowo przewidzieli przebieg wydarzeń: mocarstwa poddały się dyktatowi Hitlera za cenę iluzorycznego pokoju w Europie. To była jedyna okazja do załatwienia porachunków z Pragą, a sukces militarny miał wywołać nastroje nacjonalistyczne. Śmigły-Rydz wydał słynny rozkaz: „maszerować”, i polskie oddziały pod dowództwem generała Bortnowskiego wkroczyły na Zaolzie.

Wbrew powielanym przez dziesiątki lat opiniom (szczególnie w czasach PRL) nie było żadnego współdziałania z Niemcami, doszło nawet do konfliktu o zajęty przez Polaków Bogumin. Aneksja Zaolzia była suwerenną decyzją Polski, próbą załatwienia dwudziestoletniego sporu terytorialnego. Inna sprawa, że było to posunięcie wyjątkowo niezręczne, ale podobno zwycięzców się nie sądzi.

Opanowanie Zaolzia wywołało histeryczną reakcję opinii publicznej. Nie pozostała od niej wolna nawet opozycja, a kongres Stronnictwa Ludowego „witał z radością powrót Śląska Zaolziańskiego do Macierzy i przesyłał serdeczne pozdrowienia tamtejszym chłopom, którzy wrośnięci korzeniami w ziemię, przechowali ją przez wieki dla Polski”. I o to obozowi rządowemu chodziło. Nic dziwnego, że pojawiły się nawet rymowanki i piosenki sławiące marszałka:

Nikt nam nie zrobi nic,

Nikt nam nie weźmie nic,

Bo nas prowadzi Śmigły

Marszałek Śmigły-Rydz.

Ostatnie tygodnie

Społeczny entuzjazm podsycano umiejętnie sloganami typu „silni, zwarci, gotowi” i opowieściami o niemieckich czołgach z tektury i samolotach z papieru. 5 maja 1939 roku Józef Beck w swoim słynnym przemówieniu sejmowym zapowiedział, że nie będzie ustępstw wobec Niemiec. Odniósł bezprecedensowy sukces, a społeczeństwo przyjęło jego wystąpienie z euforią.

Józef Beck

„Przed południem w domu – zanotowała tego dnia Dąbrowska. – Słucham mowy Becka w sejmie. Słucha jej cała Polska, wszędzie przerwano pracę, wszyscy przy głośnikach. Doskonała mowa, zarówno w formie, jak i treści. Monumentalna i krótka, co wspaniale odcina się na tle wielogodzinnych wygłupiań się i wrzasków Mussoliniego czy Hitlera”.

Nawet z perspektywy lat przemówienie polskiego ministra wywołuje ogromne wrażenie. W czasach demokracji ludowej do bólu prezentowano w telewizji fragment o Polsce niepozwalającej odepchnąć się od Bałtyku, a tymczasem najbliższe sercu każdego Polaka słowa padły na koniec wystąpienia:

„Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną – mówił Beck. – Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na okres pokoju zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jedna jest tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną: tą rzeczą jest honor”.

Entuzjazmowi uległ nawet trzeźwy Słonimski. Chociaż od czasu sprawy brzeskiej skłócony z Beckiem (panowie byli poprzednio w doskonałych stosunkach), to po przemówieniu ministra „uściskał się z nim serdecznie”.

W najwyższych kołach wojskowych panował jednak pesymizm. Śmigły-Rydz uważał, że „pierwszą fazę wojny przegramy”, ale „nie ulega wątpliwości, że wraz z Francją i jej sprzymierzeńcami wojnę ostatecznie wygramy”. Zdarzało mu się jednak wyrażać bardziej pesymistyczne poglądy, ponieważ powątpiewał w możliwości francuskiego sojusznika. Ale żaden z naszych polityków nie podejrzewał najgorszego scenariusza – samotnej walki z hitlerowską nawałnicą, a następnie uderzenia Stalina od wschodu.

Nie jest tematem tej książki ocena polityki polskiej w przededniu wojny ani analiza popełnionych błędów. Warto jednak zauważyć, że koszmarne zaniedbania zbrojeniowe sięgały czasów Piłsudskiego. Marszałek był genialnym politykiem, ale nie doceniał znaczenia lotnictwa czy broni pancernej. Inna sprawa, że niemal do końca za głównego przeciwnika uważano ZSRR i pod tym kątem rozwijano siły zbrojne i doktrynę wojenną. Rydz i jego współpracownicy zrobili wiele, aby w ciągu czterech lat po śmierci Komendanta dostosować armię do wymagań współczesnego pola walki. Zabrakło jednak czasu i pieniędzy, zresztą nawet najlepiej wyposażone Wojsko Polskie nie miało szans w jednoczesnym starciu z Niemcami i Sowietami.

W atmosferze narastającego zagrożenia toczyło się normalne życie, w zapiskach Nałkowskiej nie znajdziemy śladów niepokoju z powodu zbliżającej się wojny. Wypełnione są codziennymi problemami finansowymi i wydawniczymi oraz trudnym związkiem z Bogusławem Kuczyńskim. Dąbrowska notowała bieżące wydarzenia polityczne, ale dopiero po ogłoszeniu mobilizacji dotarła do niej prawda o bliskiej wojnie.

Na 2 września zapowiedziano w stolicy inaugurację działalności „Figara”,nowego kabaretu Fryderyka Járosyego. Ostatnie próby przebiegały już w nerwowej atmosferze:

„Miasto było zaciemnione – wspominał Jerzy Jurandot – wyklejone afiszami mobilizacyjnymi, w nocnych aptekach stały długie kolejki po tampony, mające zastąpić maski przeciwgazowe. Nikt z nas nie miał wątpliwości, że wojna wisi na włosku. Ale też nikomu nie przychodziło na myśl, żeby zrezygnować z premiery […]. Późną nocą próba dobiegła końca. Ostatnim numerem był piękny kujawiak. Marian Rentgen wyczarował barwne pary, scena wirowała i wreszcie zamarła. – Po zakończeniu – powiedział Járosy – zaśpiewamy hymn. Czy wszyscy dokładnie pamiętają słowa? Powtórzmy sobie. Pianiści zasiedli z powrotem do instrumentów i zagrali Jeszcze Polska. Z pierwszych rzędów widowni widziałem wyraźnie łzy, które zaczęły spływać po twarzach, kiedy śpiewali. Płakały wszystkie kobiety. Płakał Járosy. Płakali sceptyczni, z trudem poddający się wzruszeniu kabareciarze – Lawiński, Minowicz, Znicz. Płakał już zmobilizowany siwowłosy porucznik Marian Rentgen. Płakali przy fortepianach Boruński i Gimpel. Wszyscy”.

W stolicy panowało podniecenie, warszawiacy poszukiwali masek przeciwgazowych. Uznano je za produkt pierwszej potrzeby, a ogólnej histerii uległa nawet zrównoważona Dąbrowska:

„[…] całe miasto ugania się za tymi maskami. Wszyscy mamy już uszczelniony jeden pokój na »komorę przeciwgazową«. Stach dostał w biurze wspaniałą prawdziwą maskę, my mamy tylko jakieś maseczki z jakimś tam węglem przeciwgazowym”.

Specjalnego niepokoju nie widać natomiast w zapiskach Iwaszkiewicza. Chociaż zauważył: „zdaje się jesteśmy w wigilię wojny”, to sprawiał wrażenie spokojnego. Nie docierało do niego zagrożenie, a bohaterstwo było „czymś niepojętym: ugrzązł w obowiązkach, w zajęciach, w potrzebach, w »sławie«”. Dziwił się Wierzyńskiemu, który „napisał jakiś wiersz patriotyczny”, nie rozumiejąc, jak „można spod lip radzymińskich czy ossowskich wyjść prosto na kule nieprzyjaciela”.

Notatki Iwaszkiewicza sprawiają wrażenie czegoś nierealnego, są to obserwacje człowieka dopuszczającego do siebie wyłącznie doznania estetyczne. Analiza dziennika Gide’a była dla niego ważniejsza niż wojna mająca zniszczyć jego świat. Inna sprawa, że rozważania pana Jarosława są wyjątkowej urody.

„Noc, w której ważą się losy Europy – notował na tydzień przed hitlerowską agresją – a zarazem losy tylu, tylu ludzi spokojnych, pracowitych i bogobojnych, jest nad wszelki wyraz piękna. Pół księżyca na niebie, niebo upstrzone w nieduże jasne obłoki, jaki spokój, jak cudnie. Ciepło i dobrze, cicho, Plejady już widać, ma się ku jesieni. I to wszystko mąci myśl o rzeczach ponad nasz rozum, o prawie zbiorowości, które ponad nami pcha nas i rządzi nami, po co, dlaczego?”.

Ostatecznie jednak uległ atmosferze. Dzień przed wybuchem wojny zawiózł do swojego stołecznego mieszkania kilka obrazów i rękopis Efebosa – powieści Karola Szymanowskiego. Miał do tego lokalu większe zaufanie niż do domu w Stawisku, ale zastanawiał się, czy nie zrobił głupstwa. I faktycznie je popełnił, bowiem mieszkanie Iwaszkiewiczów przy Kredytowej 8 spłonęło we wrześniu 1939 roku, a zgromadzone w nim pamiątki przepadły.

Obsesyjnie natomiast lękała się wojny Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Bała się o męża oficera-lotnika, o swoją rodzinę, o wszystko, co było jej bliskie. Pod koniec sierpnia 1939 roku wróciła z Juraty do Warszawy; miasto ogarnął już niepokój oczekiwania. Poetka nie chciała uwierzyć w najgorsze, miała nadzieję, że jeszcze coś się zmieni. W stolicy 2 września miała się odbyć premiera jej Baby-Dziwo – satyry na totalitaryzm niemiecki. Ostatniego dnia sierpnia, nie mogąc opanować zdenerwowania, zadzwoniła do Hanny Mortkowicz-Olczakowej. Panie zjadły w „Bristolu” kolację, a humory poprawił im powrót Stefana Jasnorzewskiego „powitanego przez żonę okrzykiem ulgi”. W pewnej chwili Lilka dostrzegła osobę, której najbardziej teraz potrzebowała:

„Był to Ossowiecki – opisywała Olczakowa – słynny wróżbita. – Czy będzie wojna? – pytała błagalnie. – Proszę, niech pan powie. Co będzie? – Nic nie będzie. Nie będzie wojny. Wiem o tym. Mogę panią zapewnić – uspokajał jasnowidz”.

Niestety, tym razem Ossowiecki pomylił się, była to jedna z nielicznych pomyłek jasnowidza. Dotyczyła jednak niezwykle ważnej sprawy.

Niemal wszystkie relacje z ostatnich dni Drugiej Rzeczypospolitej mówią o urodzie stolicy i pięknej pogodzie, o symbolicznym pożegnaniu z odchodzącą w przeszłość epoką. Dąbrowska przyznała, że napięcie „zaczęło ją podniecać i w jakiś dziwny sposób bawić”, lecz jednocześnie dostrzegła, że Warszawa dwa dni przed wojną była „taka śliczna, radosna, kipiała od owoców, kwiatów, tłumów”. I taka miała pozostać już na zawsze w pamięci jej mieszkańców. 1 września na miasto spadły hitlerowskie bomby, zaczynała się nowa epoka i nic już nie było takie jak dawniej.


Rozdział 2
Wieniawa, niedoszły prezydent Rzeczypospolitej


Kuty, 17 września 1939 roku

Dwudziestego trzeciego sierpnia 1939 roku w Moskwie podpisano niemiecko-sowieckie porozumienie będące w praktyce czwartym rozbiorem Polski. Dwaj potężni sąsiedzi uzgodnili podział stref wpływów na terenie środkowej Europy. Sowieci zobowiązali się do ataku na Polskę po rozpoczęciu wojny przez Niemcy, i zobowiązania dotrzymali. O świcie 17 września 1939 roku Armia Czerwona rozpoczęła inwazję na nasz kraj. Na całej długości granicy doszło do walk z Korpusem Ochrony Pogranicza, a losy kampanii wrześniowej zostały ostatecznie przesądzone. Nie było szans na skuteczną obronę, wojna z dwoma agresorami nie mogła się powieść.

W chwili sowieckiej agresji polskie władze przebywały w Kutach nad granicą rumuńską. Panował umiarkowany optymizm, uważano, że doszło do przesilenia i są szanse na zatrzymanie Wehrmachtu. Utrzymanie pozycji na tzw. przedmościu rumuńskim miało pozwolić na dostawy sprzętu francuskiego, a porozumienia z Bukaresztem gwarantowały swobodny tranzyt uzbrojenia.

Meldunki o agresji sowieckiej wywołały w Kutach konsternację. Podniosły się głosy, że to już nie wojna, ale katastrofa na niespotykaną skalę. Dalsza walka była możliwa wyłącznie z terytorium zachodnich sojuszników, zapadła więc decyzja o opuszczeniu kraju.

„Widoczne było, że katastrofa jest nieunikniona – zapisał minister Józef Beck. – Na moje pytanie, czy marszałek Śmigły dysponuje jakimiś siłami w Małopolsce Wschodniej, aby powstrzymać napór wojsk sowieckich, otrzymałem odpowiedź, że poza KOP-em mogą się znaleźć tylko luźne bataliony marszowe, ale praktycznie opór jest beznadziejny”.

Nie było czasu do stracenia, Kuty znajdowały się w zasięgu operacyjnym Armii Czerwonej. Zaistniała więc realna groźba, że polscy dygnitarze wpadną w ręce Sowietów, co mogło mieć niewyobrażalne konsekwencje. Jednocześnie zapadła decyzja o ewakuacji tysięcy żołnierzy ściągających zewsząd na granicę polsko-rumuńską.

Nie tylko oddziały wojskowe wycofywały się do Kut. Zmierzały tam tysiące cywilnych uchodźców, całe rodziny uciekinierów przekraczały zbawczą granicę.

„Ludzie szli nieprzerwanym potokiem – wspominał Stefan Soboniewski. – Nikt nie wie ilu. Może 15 tysięcy, może 30 tysięcy, a może 50 tysięcy ludzi. Szli w całkowitym milczeniu zbitą masą, bez twarzy, bez żadnego gestu. Nawet dzieci nie płakały. Czasem ktoś podnosił głowę, by z trwogą spojrzeć na niebo, na którym nagle mogły się pojawić sowieckie samoloty. Dzień był pogodny, a noc zaczynała się jasna. Za nimi czarną plamą pozostawały zaciemnione Kuty i Polska. Przed nimi zdawała się jaśnieć tysiącami świateł rumuńska Wyżnica”.

Nie było wątpliwości, że prezydent i rząd powinni niezwłocznie opuścić kraj. Problemem była natomiast osoba Naczelnego Wodza. W kraju trwały jeszcze walki i Śmigły-Rydz nie powinien porzucać podkomendnych. Marszałek w pierwszym odruchu odrzucił propozycję przekroczenia granicy:

„Z oszklonej werandy, na której oczekiwałem na przyjęcie – relacjonował pułkownik Józef Jaklicz – widziałem marszałka rozmawiającego z generałem Berbeckim. Zdawał się wydawać mu jakieś polecenia. W międzyczasie przyszedł do mnie generał Sławoj Składkowski, wzburzony, zaprosił mnie do jednego z pokojów i zawiadomił o decyzji marszałka pozostania w Polsce celem dołączenia do batalionów w Stryju. Zaklinał mnie (dosłownie), abym odwiódł marszałka od tej decyzji. Wobec rozruchów ukraińskich, które wybuchły w Małopolsce Wschodniej w dniu dzisiejszym, w związku z wejściem Sowietów do Polski, uważał tę decyzję za szaleńczą (dosłownie). Jako minister spraw wewnętrznych i premier nie może dopuścić, aby marszałek zginął z rąk Ukraińców”.

Ze sprzeciwem spotkała się także propozycja przebijania się w kierunku walczącej w okolicach Lwowa grupy generała Sosnkowskiego. Marszałek rozważał również lot do oblężonej Warszawy, ale i z tego pomysłu zrezygnował pod wpływem sugestii otoczenia. Oblężone miasto musiało niebawem skapitulować, a niewola Naczelnego Wodza spowodowałaby fatalne efekty propagandowe. Miejsce Śmigłego-Rydza było we Francji, na czele odbudowywanych sił zbrojnych, a nie w niemieckim obozie.

Inna sprawa, że marszałek nie wykorzystał propagandowych możliwości ewakuacji. Zapomniał, że w obliczu porażki militarnej czasami ważniejsze są patetyczne gesty niż realne działania. Klęskę pod Waterloo osłodził Francuzom generał Cambronne swoim „gwardia umiera, ale nie poddaje się” (czy też słynnym „merde”), legendę Kamieńca Podolskiego ugruntowała przypadkowa śmierć Jerzego Wołodyjowskiego. Naczelny Wódz powinien poczekać na zbliżenie się Sowietów i jako ostatni polski żołnierz opuścić kraj. Ale wybrał inne rozwiązanie, a okoliczności przekroczenia przez niego granicy do dzisiaj wzbudzają niesmak.

Stefan Soboniewski, kierujący ruchem uchodźców na granicznym moście, nie mógł uwierzyć, gdy w środku nocy zameldowano mu, że zbliża się kolumna samochodów Śmigłego-Rydza.

„[…] – Czy pan oszalał – krzyknąłem na jakiegoś komisarza policji, który mnie o tym powiadomił. – Każę oddać pana pod sąd wojenny za sianie paniki. To się nie może zdarzyć. Hetman nigdy nie opuszcza swoich wojsk! Lecz to był rzeczywiście Śmigły”.

Pułkownik Ludwik Bociański nie chciał dopuścić do hańby i na moście zatrzymał kolumnę Rydza. Z marszałkiem znali się od dawna, Bociański był powstańcem wielkopolskim, żołnierzem POW, uczestnikiem wojny z bolszewikami i komendantem szkoły podchorążych w Komorowie. Przez wiele lat sprawował urząd wojewody wileńskiego, przed wybuchem wojny poznańskiego, a podczas kampanii wrześniowej mianowano go generalnym kwatermistrzem rządu. Teraz stanął przed samochodem Rydza, uniemożliwiając dalszą jazdę. Marszałek zapytał, o co chodzi. Bociański miał odpowiedzieć, że o honor wojska. Chwilę rozmawiali przyciszonymi głosami, następnie Śmigły-Rydz ręką odsunął na bok pułkownika. Ten wyjął z kabury pistolet i strzelił sobie w pierś. Po chwilowej konsternacji Rydz rozkazał wrzucić ciało na samochód i ruszać na granicę. Już w Rumunii okazało się, że Bociański żyje, kula przeszła obok serca. Następne pół roku spędził w szpitalach i nikomu poza najbliższą rodziną nie przekazał relacji o tym zdarzeniu.

Wspomnienia Bociańskiego potwierdza relacja podporucznika Józefa Borkowskiego dowodzącego w Kutach zwiadem konnym jednego z pułków. Borkowski obserwował, jak kolumna samochodów Naczelnego Wodza (kilka limuzyn i dwa samochody ciężarowe) została zatrzymana przez ludzi w mundurach. Pojazdy stały kilka minut, ale Borkowski nie słyszał, o czym rozmawiano. Zauważył jednak ożywioną gestykulację, a w pewnym momencie padły strzały. Uznał, że to obstawa marszałka strzela w powietrze, torując mu drogę. Po chwili jednak zobaczył wyraźnie, że żołnierze ładują na skrzynię samochodu ciężarowego dwa ciała (?), a za chwilę kolumna przekroczyła granicę.

„Mam tylko jedno zastrzeżenie do Naczelnego Wodza, który się wahał, co ma robić – stwierdził Paweł Wieczorkiewicz. – Wracać do okupowanej Warszawy i walczyć do końca, czy też, na co namawiali go wszyscy, wyjechać. Chociaż opuścił kraj później niż Mościcki i rząd, to powinien był to zrobić jeszcze później. Proponowano mu, i to było genialne, żeby przekroczył granicę z karabinem w ręku, ostrzeliwując się symbolicznie nadciągającym oddziałom sowieckim. Byłby to piękny czyn i myślę, że wtedy nikt nie mógłby mieć do niego nawet cienia pretensji”.

Dostojnicy opuścili terytorium Polski, ale Kuty miały się jeszcze zapisać ponuro w dziejach Polski. Następnego dnia do miejscowości zbliżyli się Rosjanie i z ich rąk poległ podchorąży Tadeusz Dołęga-Mostowicz.

Nie wiadomo, czy słynny pisarz nie chciał się ewakuować, czy też wypełniał jakieś rozkazy. Pozostał jednak w Kutach do końca, z fatalnym dla siebie skutkiem. Relacje się różnią – według jednej dowodził patrolem pilnującym porządku na przygranicznym terytorium, według innej zgubiło go dobre serce.

„Mostowicz wrócił z granicy rumuńskiej do Kut – wspominał Zygmunt Antoszewski – tylko po to, by rozdać głodującym pozostawiony przez żołnierzy w koszarach chleb. Przyjechał na rynek samochodem ciężarowym. W tym czasie nadjechały trzy czołgi radzieckie. Dołęga-Mostowicz daleko nie uciekł. Samochód ostrzelany z karabinu maszynowego wjechał w betonową ścianę”.

Według innej relacji, gdy Sowieci zażądali, aby się poddał, Mostowicz zwlekał z oddaniem broni, wobec czego został zastrzelony. Opowiadano również, że zabił go sowiecki żołnierz zainteresowany jego butami. Jak było naprawdę, tego zapewne nigdy już się nie dowiemy, podobnie jak niemożliwa do ustalenia jest data jego śmierci. Czy pisarz zginął 18 września, czy dwa dni później? Wiadomo tylko, że poległ z rąk Sowietów jako jedyna ofiara opanowywania Kut przez Armię Czerwoną. W tym czasie członków polskich władz już internowano.

Biada zwyciężonym

Rumunia dołączyła do smutnej listy wiarołomnych sojuszników Drugiej Rzeczypospolitej. Warszawę i Bukareszt łączył pakt z 1921 roku zobowiązujący oba państwa do współdziałania przeciwko ZSRR, agresja Kremla powinna więc spowodować wypowiedzenie wojny przez Rumunię. Polscy politycy przekraczający granicę na Czeremoszu uważali jednak, że Bukareszt nie dotrzyma zobowiązań, dlatego Józef Beck przezornie wynegocjował prawo tranzytu dla polskiego rządu. Okazało się jednak, że Rumuni nie zamierzali respektować również i tej obietnicy.

Na władze Bukaresztu naciskali Niemcy, żądania wysuwali również Sowieci. Rumuni panicznie obawiali się Stalina, ponieważ Kreml od lat zgłaszał pretensje terytorialne. Zresztą nie tylko Rosjanie i Niemcy byli zainteresowani wyeliminowaniem władz sanacyjnych. Do gry włączyli się Francuzi, chętnie widzący Polaków w roli sojuszników, ale pod innym kierownictwem. Politycy znad Sekwany woleli współpracować z ludźmi bardziej uległymi, nie mieli również ochoty tłumaczyć się z niedotrzymanych obietnic.

Pod błahym pozorem polskich dostojników internowano, prezydenta osadzono w Bicaz, rząd w Slănic, a marszałka Śmigłego-Rydza w Craiovej. Odosobniony Mościcki nie miał możliwości naradzenia się ze współpracownikami, a sytuacja wymagała szybkich decyzji. Musiał natychmiast wyznaczyć następcę, zaprzeczając niemieckiej i sowieckiej propagandzie głoszącej, że państwo polskie przestało istnieć.

Internowani w Rumunii politycy nie wiedzieli wówczas, że tydzień wcześniej zachodni sojusznicy ostatecznie zrezygnowali z planowanej ofensywy. Chociaż w Polsce trwały jeszcze walki, broniła się Warszawa, Modlin i Hel, to nad Sekwaną wydano już wyrok. Decyzja zapadła 12 września podczas narady dowództwa sprzymierzonych z udziałem premierów Francji i Anglii. Alianci znali już ustalenia paktu Ribbentrop-Mołotow i w każdej chwili oczekiwali agresji Sowietów. A to całkowicie zmieniało obraz sytuacji. O swojej decyzji oczywiście nie raczyli poinformować polskiego sojusznika.

Wieniawa

Mościcki nie miał zbyt wielkiego pola manewru, desygnowany po wybuchu wojny na jego następcę marszałek Śmigły-Rydz również został internowany. Na prezydenta nadawał się generał Kazimierz Sosnkowski, ale walczył gdzieś w kraju i nie znano jego losów. W tej sytuacji jedynymi kandydatami pozostawali ambasadorowie Rzeczypospolitej w stolicach europejskich, i z tego grona prezydent dokonał wyboru.

Zdecydował się na najbarwniejszą osobowość obozu sanacyjnego – generała Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego. Był on ambasadorem polskim w Rzymie, ale w dziejach Drugiej Rzeczypospolitej zapisał się jako prawdziwy „król życia”, człowiek o niezwykłej fantazji i uroku.

Chyba o żadnym polityku okresu międzywojennego nie krążyło tyle anegdot, co o Wieniawie. „Piękny Bolek” stał się symbolem przedwojennych elit, w udany sposób łącząc sfery polityczne z artystycznymi. Ulubieniec Piłsudskiego i jego adiutant z czasów Legionów, dowódca 1. Pułku Szwoleżerów, a jednocześnie bliski przyjaciel skamandrytów i artystów kabaretowych. Uczestnik zakulisowych gier politycznych i bywalec słynnego stolika na półpiętrze „Małej Ziemiańskiej”. Najbardziej honorowy człowiek w armii i autor poważnych przekładów literatury francuskiej. Ulubieniec kobiet, bożyszcze Warszawy, mężczyzna, który przyznawał się do miłości do trzech „k” (kobiety, koniak, konie).

Gdyby jednak chociaż połowa opowieści o Długoszowskim była prawdą, to z wyczerpania nie utrzymałby się w siodle. Anegdoty wymyślano przy kawiarnianych stolikach, nazwisko Wieniawy dołączano do znanych już historyjek, autorem niektórych był sam zainteresowany. Nie zmienia to jednak faktu, że przez długie lata kondycja faworyta Piłsudskiego wzbudzała podziw. Miał za sobą wojnę i sowieckie więzienie, regularnie widywano go jednak na mocno zakrapianych imprezach, na których chętnie i dużo tańczył; trudno było uwierzyć, że pełnił normalną służbę.

Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski

Długoszowski regularnie nadużywał trunków, przejawiał zresztą pod tym względem niespotykaną odporność fizyczną. Lubił alkohol, dobrze czuł się na bankiecie czy sali dansingowej. Z drugiej strony jednak nie mógł pokazać się w miejscu z wyszynkiem, aby nie wypić kilku niezaplanowanych kolejek. Tylu biesiadników chciało się napić ze słynnym ułanem! Swoje dorzucała również obsługa lokalu i rząd kieliszków przed Wieniawą rósł w zastraszającym tempie. Uważano, że to „alkohol szuka jego, a nie on alkoholu”, ale nie miał zwyczaju, czy też nie potrafił, odmawiać. W jednej dłoni pomiędzy palcami potrafił jednocześnie utrzymać trzy kieliszki wódki i kolejno je opróżnić, nie uroniwszy nawet kropli! Nic dziwnego, że zdarzały się, jak wspominał Józef Beck, „wielkie huczki o późnych godzinach wieczornych na mieście”, ale kawalerzyści zawsze uchodzili za najbardziej niesforną część armii. Antoni Słonimski zauważył jednak, że to, iż Wieniawa „wypić lubił, nie czyniło go pijakiem”, a Beck dodawał od siebie:

„Miałby mnie niewątpliwie Wieniawa za kpa, gdybym na przykład usiłował twierdzić, że wódki nie lubił, ale ta dziwna jednostronność relacji w zestawieniu z tak piękną i bogatą naturą, jaką losy obdarzyły Wieniawę, z tak doniosłymi pracami, które wykonywał, i z tak szerokim polotem artystycznym, którym promieniował – musi budzić poważne i niemiłe zastrzeżenia”.

Marian Hemar wspominał, że „w towarzystwie Wieniawy było się w polu magnetycznym jego osoby – w polu magnetycznym jego wdzięku, swady, polotu i humoru, jego niespożytej energii, jego ochoty do życia, głodu życia”. Kornel Makuszyński uważał, iż „jak wiatr z kadzidła rozwiewa, tak on wesołym, młodzieńczym śmiechem rozpraszał wszelką brodatą dostojność”. A niemiecki dziennikarz przebywający w Warszawie nie mógł wyjść z podziwu, kiedy w kawiarni wysłuchał w swoim ojczystym języku wykładu nieznajomego polskiego generała o literaturze niemieckiej. Zauważył, że u Wieniawy dominował „ten duch słowiański, tak na pozór podobny do francuskiego, lecz go znacznie przewyższający swą psychologiczną głębią”. Nie ukrywał, że coś podobnego nie byłoby możliwe w Berlinie.

Zachowanie Wieniawy wzbudzało jednak czasami sprzeciw jego kolegów w mundurach. Ale Długoszowski powoływał się na tradycję kawaleryjską, biorąc za przykład księcia Józefa Poniatowskiego.

„Był kiedyś taki kawalerzysta – tłumaczył pewnemu nudnemu służbiście – który zrobił dwie rzeczy: raz o zakład po pijanemu przejechał nago czwórką z Zamku do Mokotowa i z powrotem, a drugi raz w mundurze marszałka Francji wskoczył do Elstery i utonął. A że mu pomnik na placu Saskim postawili w koszuli, to nie wiadomo, czy za pierwsze, czy za drugie”.

Marian Romeyko, porządkując w latach dwudziestych dokumenty Biura Ścisłej Rady Wojennej, trafił na sprawozdanie Długoszowskiego z manewrów na Wołyniu. Znaleziony meldunek wprawił Romeykę w osłupienie, nie przypominał bowiem żadnej znanej relacji wojskowej:

„[Wieniawa] zapewne się nudząc, zapewne nie będąc zadowolonym z tempa akcji kawaleryjskiej, wolne swe chwile, spędzane pod cichą lipą lub na przyzbie chaty, poświęcał muzom: poezji i malarstwu. Nie zaniedbując obowiązków rozjemcy, notowania godzin »spotkania się« z nieprzyjacielem, zaangażowania grosu sił, pułkownik Wieniawa ilustrował te ewenementy pastelowymi kolorami, a ponadto i fraszkami a la biskup Krasicki; siedząc na przyzbie chaty przy powzięciu »decyzji« i notując jej treść, nie omieszkał tuż obok uwiecznić przechodzącej Horpyny z wiadrami na koromyśle, dzieląc się ze sztabem generalnym swymi spostrzeżeniami co do jej wdzięków, i to w stylu a la Fredro. Zaiste można by powątpiewać, czy jakikolwiek »sztab generalny« otrzymał podobnego rodzaju »sprawozdanie« od jakiegokolwiek pułkownika sztabu generalnego: grandiuka, erzherzoga, kronprinca lub od zupełnie już zwariowanego pułkownika »zamudońskiego« pułku. Wieniawa natomiast, jak widać, szedł za radą Woltera, »Pisz pan, jak chcesz – byle nie nudno«. Sprawozdanie ogromnie bawiło nas, oficerów, z »wydziału doświadczeń i wielkich manewrów«, a jednocześnie podziwialiśmy zuchwałość ze strony pułkownika Wieniawy, który zapewne sądził, że dawna jego pozycja – adiutanta naczelnego wodza – na wszystko mu nadal pozwala”.

Informacje o wyczynach niesfornego szwoleżera nieraz docierały do Piłsudskiego. Ale Wieniawa potrafił zbyć je żartem, dowcipem sytuacyjnym, Marszałek zresztą zawsze przejawiał ogromną słabość do dawnego adiutanta. Mawiał, że Wieniawa nigdy go nie zawiódł, zawsze postępował tak, jak nakazywała sytuacja. A do tego uważał go za najbardziej honorowego człowieka w całej armii polskiej.

Inna sprawa, że Piłsudskiemu nie udało się nakłonić ulubieńca do służby w dyplomacji. Komendant uważał, że człowiek o takiej inteligencji, znający biegle kilka języków (sześć nowożytnych plus łacina i greka), uroczy światowiec o artystycznych zainteresowaniach jest idealnym kandydatem na dyplomatę. Wieniawa odznaczał się jeszcze fantastyczną prezencją – Piłsudski powtarzał, że Długoszowski ma twarz jak „dyplomaci, wysoki kler, aktorzy kinematograficzni”. Ale Wieniawa bronił się przed zmianą zawodu, co Piłsudskiego czasami doprowadzało do pasji. Podobno powiedział kiedyś do Józefa Becka, ciskając czapką:

„Nieszczęście z tym Wieniawą! Mógłby być ambasadorem, mężem stanu, a on nic, tylko wciąż mnie nudzi, że chce szwoleżerami dowodzić!”.

Aleksandra Piłsudska wspominała, że „mąż miał kłopot z Wieniawą, bo chciał go odciągnąć od zajmowania się tylko kawalerią i sprawami artystycznego życia Warszawy, ale nie sposób było do tego Wieniawy skłonić”.

Popularność Wieniawy zwiększały karykatury zamieszczane w prasie, szczególnie „Cyrulik Warszawski” nie mógł się obejść bez podobizny Bolesława (czasami nawet kilku w jednym numerze). Wieniawa był tam przedstawiany jako birbant i wielbiciel kobiecych wdzięków. Kiedy do Polski przybyła królewska para Afganistanu, satyrycy sugerowali słabość orientalnej władczyni do pierwszego ułana Rzeczypospolitej. Czytelnicy mogli obejrzeć podobiznę Długoszowskiego „puszczającego oko” za plecami króla do królowej Surii, a rekordy popularności biła karykatura przedstawiająca Wieniawę zabawiającego królową rozmową. Obdarzono ją podpisem: „Żołnierz królowej Madagaskaru”!

Niestety, anegdota opowiadająca, że Wieniawa wjechał konno do „Adrii”, nie jest prawdziwa. Zapewne gdyby była taka możliwość, to uczyniłby to bez wahania, ale lokal nie był do tego przystosowany. Wejście było tak wąskie i niskie, że nie zmieściłby się tam nawet Pigmej na kucyku. Wieniawa nie był również autorem przypisywanego mu zdania wypowiedzianego rzekomo w drzwiach tego lokalu po suto zakrapianym bankiecie: „Panowie, żarty się skończyły, zaczynają się schody”. Prawdziwe są natomiast opowieści o wyczynach Długoszowskiego w podrzędnych knajpach. Dansingi kończyły się o czwartej rano, panie odwożono do domów, a imprezę należało gdzieś kontynuować. Wieniawa często odwiedzał wówczas słynny szynk „U Joska” na Gnojnej czy inne tego rodzaju miejsca. Zajeżdżał z kompanami dorożką, osobiście powożąc, mając na głowie kaszkiet zabrany woźnicy. Powracał z jeszcze większym szykiem, trzema dorożkami. W pierwszej on, w drugiej jego szabla, a w trzeciej rękawiczki.

Wieniawa był wielbicielem płci pięknej i na ogół nie zachowywał się jak wierny małżonek. Był źródłem doskonałych anegdot o sprawach damsko-męskich, czego przykładem jest opowieść, jak udał się ze swoją suczką na spotkanie z przeznaczonym jej samcem tej samej rasy. Pod wskazanym adresem powitała go elegancka i urodziwa dama, która zażądała dwieście złotych za usługi swojego pupila. Wieniawie cena wydała się zbyt wygórowana, zapytał więc o przyczyny. Dama wyjaśniła:

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com