Pasjans z niepotasowanych kart. Opowieści (nie tylko) rodzinne - Piotr Dzięciołowski - ebook
Wydawca: Filologos Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Pasjans z niepotasowanych kart. Opowieści (nie tylko) rodzinne ebook

Piotr Dzięciołowski

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pasjans z niepotasowanych kart. Opowieści (nie tylko) rodzinne - Piotr Dzięciołowski

Wyobraźmy sobie dom otwarty warszawskiej inteligencji w siermiężnym okresie PRL. Na brydża wpada Mieczysław Czechowicz. I oczywiście nie stroni od żartów. Bywają Stefania Grodzieńska, Jerzy Jurandot, Jan Kobuszewski, Irena Dziedzic. Wiesław Gołas na poczekaniu wymyśla skecze. Pan tego domu, to Włodzimierz Dzięciołowski, dziennikarz i satyryk, podobnie jak jego ojciec, Alfons. Pani domu - Ludwika Woyciechowska- Dzięciołowska, zwana Wisią, recenzentka teatralna i dziennikarka, podobnie jak jej siostra Danuta i szwagier Ryszard Winter-Rudnicki. Ot, intelektualiści, mole książkowe. Wisia, potrafiąca „pożreć” kilkaset stron w jeden wieczór, Włodek, analizujący zdanie po zdaniu. Zapaleni brydżyści. A przede wszystkim rodzice Piotra Dzięciołowskiego, autora „Pasjansa z niepotasowanych kart". To niezwykła książka. Napisana pięknym, potoczystym językiem, lapidarna, gęsta od emocji, osobista. Chociaż opisuje historię rodziny dziennikarskiej od pokoleń, nie jest typowym, skonstruowanym linearnie, chronologicznie uporządkowanym wspomnieniem. Piotr Dzięciołowski, doświadczony dziennikarz z 36-letnim stażem wie, że barwna opowieść, napisana bez zadęcia i patosu, lepiej charakteryzuje wydarzenia i uczestniczących w nich ludzi, niż precyzyjnie uporządkowany lecz suchy zbiór faktów. A flashowy, wręcz migawkowy sposób narracji zmusza czytelnika do konfrontacji z własnym zasobem wiedzy o opisywanych ludziach i czasach, w których żyli. Autor wyciąga więc, jak atuty z rękawa niepotasowane karty pasjansa, anegdoty, fragmenty listów i obozowego pamiętnika ojca, wiersze pisane przez dziadka, ojca i własne, historie zasłyszane od matki, oraz ciekawych osób spotkanych przez autora w reporterskiej drodze. Sytuacje opisane przez Piotra Dzięciołowskiego zaskakują, bawią i wzruszają. Budzą sentyment, tęsknotę nie tyle do czasów, ile do ludzi minionej epoki, kiedy tzw. dusza towarzystwa była ciekawym człowiekiem a nie nudnym i pustym celebrytą. Kiedy inteligent był nie tylko udręczonym twórcą, ale też, jak powiedziałby Florian Znaniecki, człowiekiem zabawy. Czytamy więc te niepotasowane karty, raz jeszcze się przekonując, że nawet w bardzo dramatycznych sytuacjach (wojna, marzec '68) poczucie humoru bywało jedynym dostępnym kołem ratunkowym.

recenzja Marii Mamczur

Opinie o ebooku Pasjans z niepotasowanych kart. Opowieści (nie tylko) rodzinne - Piotr Dzięciołowski

Fragment ebooka Pasjans z niepotasowanych kart. Opowieści (nie tylko) rodzinne - Piotr Dzięciołowski













Strona redakcyjna


Wstęp

Stefania Grodzieńska, nawiązując do wczesnego odejścia moich rodziców, powiedziała: Pamiętaj, dopóty, dopóki żyją Ci, którzy ich znali, Wisia i Włodek też żyją [1]. Powiedziała to dobrych parę lat temu. Dziś, co włączam radio, co zerkam na kolumny nekrologów, przekonuję się, jak niewiele już im tego życia zostało...


Bez znaczenia

Rasowy czy mieszaniec? – dla mnie bez znaczenia. Saga była kundlem jak się patrzy: wzrost spaniela, mocno zakręcony ogon, bardzo długie uszy. Zdaniem mojego ojca, właśnie z racji tych uszu, wyglądem przypominała nietoperza. No, może nie do końca, ale urodą rzeczywiście nie grzeszyła. Dla mnie nie miało to najmniejszego znaczenia. Psiak sam w sobie był przesympatyczny, choć bardzo ostry. Chodził na krótkiej smyczy, w kolczatce i w kagańcu. Skłonność do agresywnych zachowań zawdzięczał poprzedniemu właścicielowi, który trzymał go na łańcuchu i solidnie okładał, czym popadło*.

Dla bezpieczeństwa współmieszkańców stolicy, ilekroć chodziliśmy na spacery, odziewałem Sagę w stały zestaw ochronny. Kaganiec przydał się m.in., gdy na Kruczej – a może to była Żurawia? – zaczepił nas kompletnie pijany osobnik i, przemawiając do psa tonem pełnym miłości, próbował go pogłaskać. Suka zareagowała warczeniem – wiele więcej z namordnikiem na pysku zdziałać nie mogła. Wtedy pijak wyprostował się i rzekł bełkoczącą polszczyzną:

– Piękny wilczur, cudo pies!

– Jaki wilczur! – uśmiechnąłem się – to najzwyklejszy kundel!

– Wiesz pan co? – zareagował stanowczym głosem – jak to jest

kundel, to pan jesteś Żyd!!!

* Dorota Sumińska, lekarz weterynarii, w uroczej książce Autobiografia na cztery łapy (Wydawnictwo Literackie 2008) cytuje wuja swojej babci, Ojca Melchiora Fordona (spowiednika Ojca Maksymiliana Kolbego): „Na Sądzie Ostatecznym Pan Bóg odbierze ludziom mowę, a pozwoli mówić zwierzętom i to one będą świadczyć o nas.”


Piotr Dzięciołowski

Do synów

Zapewne przyjdzie taki dzień,

że spytasz mnie mój synu:

dlaczego imię: Alek-Włodek masz,

choć przecież to nie do rymu.

Dlaczego Alek? – nie wiem wcale,

czemu Włodzimierz? – wyjaśniam już:

Twój dziadek zwał się tak mój mały;

możesz mu zanieść bukiet róż...

...............................................................

Zapewne przyjdzie taki dzień,

że spytasz mnie mój synu

Dlaczego imię: Filip-Jakub masz,

choć przecież to nie do rymu.

Dlaczego Filip? – nie wiem wcale,

dlaczego Jakub? – wyjaśniam już:

Twój brat zwał się tak mój mały,

połóż mu, proszę, bukiet róż...

...............................................................

Nie przyjdzie nigdy taki dzień,

byś spytał mnie mój synu,

dlaczego imię: Jakub-Piotr masz,

choć przecież to nie do rymu.

Nie spytasz nigdy nikogo o nic,

nie powiesz nigdy niczego już;

tylko ja wspomnę, może bez sensu:

Filip położył Ci bukiet róż...


(Rys. 1) Rysunkowe życzenia noworoczne od Eryka Lipińskiego.

Dziadkowe groby

Zamieszczone tu historyjki od Sasa do Lasa zaczynałyby się najpewniej od moich hipicznych fascynacji: o koniach mogę rozmawiać zawsze, wszędzie i o każdej porze. A jednak w związku ze zdarzeniem, którego przewidzieć nie mogłem, koniom w tym miejscu daję spokój, a czytelnika zapraszam do Tomaszowa Mazowieckiego.

(Fot. 1) Alfons Dzięciołowski, dziadek.
(Fot. 2) Jadwiga Dzięciołowska, moja babcia z moim ojcem.

Przez kilkanaście przedwojennych lat mieszkali tam moi dziadkowie: Jadwiga i Alfons Dzięciołowscy. Ja znalazłem się w tomaszowskim miasteczku w styczniowe popołudnie roku 2008, przy okazji mojego autorskiego spotkania. Poznałem wówczas człowieka, który odkrył przede mną nieznane mi fakty – najprościej rzecz ujmując – „z życia” mojego dziadka, choć to określenie wyjątkowo nie pasuje do niniejszej opowieści.

– Jak byłem w Warszawie – wspominał Jerzy Wojniłowicz, człowiek-encyklopedia, wiedzący chyba wszystko o Tomaszowie i ludziach z nim związanych – to odwiedziłem grób pana dziadka. Kiwnąłem potakująco i poczułem się w obowiązku wyjaśnić:

– Tak, w 1979 roku, po śmierci mojego ojca, zrobiliśmy z mamą symboliczny napis na rodzinnym, powązkowskim grobowcu.

– Ale ja byłem na grobie...

– No właśnie mówię – przerwałem. – Po śmierci ojca...

– Rozumiem – tym razem przerwał Wojniłowicz – ale ja odwiedziłem grób Alfonsa Dzięciołowskiego!

– ???

– To pan nie wie? Przecież pana dziadek jest pochowany na Cmentarzu Powstańców Warszawy na Woli. Wiele lat temu, nie mając żadnego kontaktu z pańską rodziną, zwróciłem się do Polskiego Czerwonego Krzyża z pytaniem, czy znane są losy Alfonsa Dzięciołowskiego. Dostałem odpowiedź, prześlę panu kopię, podam też rząd i kwaterę. Wszystko mam zapisane.

(Fot. 3) Grób mojego dziadka na Cmentarzu Powstańców Warszawy.

Byłem zdumiony, zaskoczony, przeszedł mnie taki dreszcz, o jakim czyta się chyba tylko w książkach. Spotkanie z czytelnikami miałem właściwie z głowy, myślami byłem przy mogile dziadka. Nazajutrz, ledwie zerwałem się z łóżka, już dzwoniłem do Urzędu Dzielnicowego Warszawa-Wola, sprawującego pieczę nad Cmentarzem

Powstańców [2], z pytaniem, czy mogę ustalić, gdzie dokładnie pochowany jest Alfons Dzięciołowski.

– Proszę zadzwonić za godzinę – oznajmiła urzędniczka.

– Za godzinę? Dopiero?

– Czekał pan tyle lat, może pan jeszcze chwilę poczekać.

– Pewnie, że mogę – uśmiechnąłem się sam do siebie.

Nie wytrzymałem jednak i zadzwoniłem kilkanaście minut przed czasem. Wiadomość już na mnie czekała. Pospiesznie zanotowałem numery kwatery i rzędu, kilkadziesiąt minut później byłem na cmentarzu. Dwie godziny usiłowałem odnaleźć grób. Okazało się, iż, przejęty niezwykłą historią, zrobiłem błąd w notatce: pomyliłem kwatery z rzędami. W końcu trafiłem pod właściwy adres i po 64 latach zapaliłem na dziadkowej mogile pierwszy „odrodzinny” znicz, a pierwsze, co przyszło mi wtedy na myśl, było to, że najbardziej zainteresowani – ojciec i babcia – nigdy się o tym nie dowiedzą.

***

Dziadek zmarł na serce w 1944 roku.

„Ojciec Pana dzisiaj umarł i jest pochowany na Złota 9. Rzeczy zabezpieczono. January” – karteczkę tej treści, przekazaną przez kogoś mojemu ojcu, przechowuję po dziś dzień, jest dla mnie jedną z najważniejszych i nielicznych pamiątek – wszystko przepadło w Powstaniu Warszawskim. Kim był ów January, nie mam pojęcia. Nie miałem też pojęcia, co stało się z ciałem Alfonsa. Ojciec próbował to zapewne ustalić zaraz po wojnie, ale najwidoczniej bezskutecznie.

W kilka dni po spotkaniu w Tomaszowie Mazowieckim otrzymałem od Jerzego Wojniłowicza obiecane ksero dokumentu Polskiego Czerwonego Krzyża. Informacje tam zawarte nie są co prawda

w pełni prawdziwe, ale jakie to ma znaczenie: Alfons nie zginął w dniu 30 września, lecz zmarł, i to na początku sierpnia. Podobno wszystkim ekshumowanym powstańcom jako datę śmierci wpisywano ostatni dzień września 1944 r. Nie do końca zgadza się też adres tymczasowego pochówku, choć idzie zapewne o to samo miejsce, które odnotował na skrawku papieru nieznany mi „January”. Z dokumentu PCK dowiaduję się, że: „Alfons Wojciech Dzięciołowski zamieszkały ostatnio w Warszawie przy ul. Topiel 16 został pochowany przy Marszałkowskiej 114 róg Złotej 11, a ekshumowany 21 stycznia 1946 roku”...

***

(Fot. 4) Reprodukcja kartki z informacją o śmierci mojego dziadka Alfonsa.

Ów „21 stycznia” powtarzał się w historii mojej rodziny jeszcze dwa razy: w 1980 roku, kiedy to na świat przyszedł mój starszy syn, Aleksander Włodzimierz, i w 1987, kiedy zmarła moja matka, Ludwika Woyciechowska-Dzięciołowska.

***

Zachęcony przez Jerzego Wojniłowicza, spróbowałem odszukać grób drugiego dziadka, Jana Rajgrodzkiego. Wiedziałem o nim tyle, że został ranny 5.09.44 w swoim mieszkaniu przy ul. Okólnik 11 w Warszawie i nieprzytomnego przeniesiono go do piwnicy. Odpowiedź z PCK rozwiała nadzieje. Wyczytałem w niej między innymi, że: „z rozmaitych dokumentów wynika, iż po ekshumacji w czerwcu 1946 roku zwłoki osób z terenów posesji położonych przy ul. Okólnik zostały pochowane na Cmentarzu Powstańców Warszawa-Wola. Szczątki zwłok, nie zabrane przez rodziny i organizacje wojskowe, zostały pochowane jako NN (...).” Jeśli tak, to niewykluczone, że obaj moi dziadkowie, których nie dane mi było znać, a urodzeni i zmarli dokładnie w tych samych latach, spoczywają na tym samym warszawskim cmentarzu.

(Fot. 5) Jan Rajgrodzki, dziadek od strony matki.

Dziadek Janek zginął zapewne na własne życzenie. Jako jedyny lokator domu przy ul. Okólnik 11 nie zszedł do schronu podczas nalotu. Kilka dni wcześniej otrzymał nieprawdziwą informację o śmierci żony i dzieci (rodzina dla bezpieczeństwa rozdzieliła się: Celina, jego żona, mieszkała ze starszą córką Danutą, Wisia, moja matka, z narzeczonym, Dziadek sam).


Édith Piaf pocięta na strzępy

O Julii Pirotte-Sokolskiej, [3] znanej fotoreporterce, dokumentalistce, dziennikarce, usłyszałem po raz pierwszy jakieś czterdzieści lat temu, gdy za sprawą swego rewelacyjnego zestawu trzech przedwojennych portretów Édith Piaf wygrała telewizyjny konkurs fotograficzny, zorganizowany z okazji Dnia Kobiet.

Kilka miesięcy później, w Domu Prasy w Kazimierzu Dolnym, miałem przyjemność poznać autorkę i rozmawiać z nią, a właściwie słuchać tego, co Ona miała do powiedzenia na fascynujący mnie po dziś dzień temat fotografii reporterskiej. Przy okazji nie omieszkałem pochwalić się, że w Dniu Kobiet „wisieliśmy” obok siebie na ekranie telewizyjnym: portret mego autorstwa zakwalifikowany do tegoż konkursu, a przedstawiający moją żonę, sąsiadował na ścianie studia ze zdjęciami francuskiej pieśniarki.

– Wie Pan – zwróciła się do mnie – miałam setki zdjęć Édith Piaf, a zostały mi tylko te trzy i to przez zupełny przypadek. Kiedy bowiem dowiedziałam się, że podczas wojny Piaf śpiewała dla Niemców, pocięłam wszystkie negatywy z jej wizerunkiem. Te trzy gdzieś się zawieruszyły, przez to ocalały. Dziś oczywiście żałuję, że tak zrobiłam, ale wtedy...


Korzenie

Kiedy przed paru laty zmarł tata mojej sporo ode mnie starszej koleżanki i ze wszech stron płynęły wyrazy współczucia, powiedziałem jej: „A ja ci zazdroszczę, miałaś ojca 57 lat!”

(Fot. 6) Włodzimierz Dzięciołowski – mój ojciec.

Nie odkrywam Ameryki: kiedy ma się lat naście, niewiele człowieka obchodzą dzieje rodziny; wydaje się zresztą, że najbliżsi, nawet jeśli nie są wieczni, to na tyle długowieczni, że w razie potrzeby zdążą nam opowiedzieć o wszystkim, co ważne i ciekawe. Też tak rozumowałem i, jak wielu, przeliczyłem się. Moja matka, Ludwika Diana Woyciechowska-Dzięciołowska, zwana przez wszystkich, także przeze mnie WISIĄ, zmarła w styczniu 1987 roku, kiedy miałem niecałe 33 lata. Ojciec, Włodzimierz Piotr Dzięciołowski, zwany przez wszystkich, także przeze mnie, WŁODKIEM, odszedł jeszcze wcześniej, bo w lipcu 1979 roku – miałem lat 25.

Matka wzrostu skromnego z kruczoczarnymi włosami, ojciec szatyn wzrostu słusznego, 193 centymetry! Intelektualiści, mole książkowe. Wisia, potrafiąca „pożreć” kilkaset stron w jeden wieczór, Włodek, analizujący zdanie po zdaniu. Zapaleni brydżyści. ONA dziennikarka, tak jak jej siostra Danuta i szwagier Ryszard Winter-Rudnicki. ON dziennikarz i satyryk, tak jak jego ojciec, Alfons. Wisia znakomicie radząca sobie z męskimi zajęciami – młotek nie miał przed nią żadnych tajemnic. Włodek najszczęśliwszy w bezruchu, z lekturą w ręku, w tumanach papierosowego dymu (80 Ekstra Mocnych bez filtra dziennie!).

ON czerwony harcerz – ONA zielona druhna. Właściwie nie powinni się lubić, zwłaszcza ON JEJ. To w końcu jacyś zieloni, może nawet koledzy Wisi, napadli go w wieku szczenięcym i pobili tylko za to, że w uniformie czerwonych przechadzał się którąś ze stołecznych uliczek.

W Warszawie mieszkali oboje. Włodek z dziada pradziada, korzenie Wisi sięgały Łodzi, skąd pochodzili jej rodzice: Celina i Jan Rajgrodzcy. Jan, w młodości aktor scen stołecznych i łódzkich, m.in. grał rolę dziennikarza w Weselu – stąd zapewne Wisi dozgonna fascynacja teatrem i dziennikarstwem. Tak opisuje mojego dziadka Janka, Kazimierz Brandys w Małej Księdze [4]:

(...) Jan II był najpotężniejszym z moich wujów. Jego dwumetrowy wzrost, pewność ruchów i złotobrunatny, obfity wąs zawsze wprawiały mnie w oszołomienie. Przypominał portrety Sobieskiego, te z mądrymi, ciemnymi oczami i rumieńcem. Za młodu był aktorem, grywał podobno z Solskim. Z tych czasów pozostała mu szczególnie dźwięczna dykcja i niezawodność gestu, a ponadto wyjątkowy dar scenicznej obecności. Nigdy nie wchodził do pokoju: zawsze miał wejście. Jedząc befsztyk, nie tylko jadł, lecz był świadomy tego, że je; jak gdyby wspaniale pamiętał o sobie i o befsztyku, czy też grał siebie jedzącego befsztyk. Prawdziwe misteria. Kiedy do nas przyjeżdżał, od razu stawałem się publicznością. Był pierwszym ze znanych mi ludzi, który – wyczuwałem to – dokładnie opracował swoją własną kreację i wykonywał ją ze swobodą mistrza. Do końca i bez względu na okoliczności. Miałem się o tym przekonać, bo zbliżyła nas do siebie wojna i widywałem go bardzo często w tych latach, gdy wychudł, posiwiał i zapuścił brodę. Była to tylko korekta charakteryzacji; Sobieski stał się Czarnieckim i kiedy szedł Krakowskim Przedmieściem w burce przepasanej rzemieniem, waląc sękatą laską o płyty chodnika, oficerowie Wehrmachtu w bezwiednym odruchu podnosili dłonie do daszków. Odwiedzał mnie w tym czasie niemal codziennie i nawet przede mną nie wypadał z roli starego zagończyka o kresowym akcencie. Z roli niezupełnie fikcyjnej: jeszcze jako aktor był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej i wprost ze sceny zgłosił się do armii. Ranny w kampanii roku 1920, po wyjściu ze szpitala nie wrócił już do teatru (...).

(Fot. 8) Celina Rajgrodzka, moja babcia od strony mamy.

Żona Jana, Celina, ale to już w PRL-u, próbowała w przychodni dla uzależnionych nawracać alkoholików. Bezskutecznie. Druga moja babcia, Jadwiga, za komuny pracowała w Lidze Kobiet. Przed wojną była m.in. sekretarką krytyka literackiego i teatralnego Jana Lorentowicza (1890-1903), zbierała materiały do jego prac, robiła korekty i katalogowała książki w jego bibliotece.

Podczas wojny Rajgrodzcy i Dzięciołowscy mieszkali w Warszawie. Po upadku Powstania moja matka, sanitariuszka, kapral podchorąży Armii Krajowej, trafiła do stalagu XB w Sandbostel, później do obozu karnego Strafflager VI C w Oberlangen. Nie wiem czemu, ale utkwiła mi w pamięci piosenka Hej, maszerujemy po obozie, którą co jakiś czas nuciła (fałszując zresztą okropnie), a którą więźniarki często śpiewały. Mało tego, same ją napisały. Stąd autor tekstu zbiorowy, melodia natomiast bazująca na pieśni żołnierskiej z I Wojny Światowej Maszerują strzelcy, maszerują. Oto fragment:

Hej, maszerujemy po obozie

Druty tworzą tamę naszych dróg.

Aż zabłysną nam wolności zorze,

Wtedy do Warszawy prowadź Bóg.

Nie nosim lampasów, lecz szary nasz strój,

Nie nosim ni srebra, ni złota.

Samotnie w śmiertelny ruszyliśmy bój,

My Armii Krajowej piechota.

Hej, maszerujemy po obozie...

12 kwietnia 1945 roku o godzinie 18.00 obóz w Oberlangen został wyzwolony przez żołnierzy I Dywizji Pancernej generała Stanisława Maczka. Matka opowiadała, jak nazajutrz jedna z jej koleżanek spóźniła się z przepustki, a że wciąż obowiązywały regulaminy wojskowe, dowódca ukarał ją kilkoma dniami aresztu. Kobieta nie wytrzymała, powiesiła się w baraku...

Wisia wróciła do Polski w 1946 roku wraz z mężem, Feliksem, oficerem AK, i z kilkumiesięcznym synem, Andrzejem. Mój przyszły ojciec natomiast po Powstaniu trafił ze swoją matką do obozu przejściowego w Pruszkowie. Stamtąd został wywieziony na roboty do Niemiec. Jego niemieckie dzieje znam niemal na pamięć: opowiadał mi o nich tygodniami w kilkunastu niedzielnych odcinkach, gdy miałem 8 czy 9 lat. Wskakiwałem mu rano do łóżka i zamieniałem się w słuch.

Po wyjeździe z Pruszkowa, 8 października 1944 roku, po kilkunastu godzinach mój ojciec dotarł do Wrocławia, gdzie, jak się okazało, nie było już miejsc dla kolejnego transportu Polaków. Więźniów zawieziono więc do obozu przejściowego w Wilhelmshage. Tam zabrano im ubrania do dezynfekcji i skierowano do łaźni. Kiedy nadzy stanęli pod prysznicami przed młodą kobietą mierzącą do nich z karabinu, nawet nie czuli wstydu. Byli przekonani, że to ostatni prysznic w życiu, że za chwilę, dwie... zostaną zagazowani.

Po jedenastu dniach wszystkich przewieziono do obozu pracy pod Berlinem na Rudow (Rudow Lager, Kopenickerstr 39/45), odległym kwadrans drogi od fabryki zbrojeniowej, do której zostali przydzieleni. Niemiecki lekarz niemal od razu zakwalifikował ojca do obozowego szpitala. Włodek spędził w nim wiele tygodni, żartując, że nawet wróg poznał się na jego kiepskim sercu. O pobycie w niewoli mawiał, że w porównaniu z innymi obozami ten bardziej przypominał sanatorium niż więzienie. Ucieczka nie miała sensu, zwłaszcza że gdyby się nie powiodła, finał byłby zapewne tragiczny. Ojciec dotrwał w Rudow Lager końca wojny.


Ludzie powiadają, że...

Stefcia Górska [5] zakomunikowała mi kiedyś, że ludzie gadają, iż autorką moich najlepszych kawałków ponoć wcale nie jestem ja, tylko Jurandot! Oczywiście, że tak – odrzekłam – bo on mnie uwielbia i wszystko, co dobre, podpisuje moim nazwiskiem, a byle co swoim!

Opowiedziała mi Stefania Grodzieńska.


„Piotruś-kosmonauta”

(Fot. 9) (Fot. 10)

To o mnie, słowo daję! Ledwie Herman Titow [6] szczęśliwie wylądował po 25-godzinnym locie w kosmosie, Alicja Zglinicka, dziennikarka z redakcji „Kulis” [7], przeprowadziła ze mną wywiad. W rozmowie zatytułowanej „Piotruś-kosmonauta”, jak można się domyślić, nie występowałem w roli eksperta, ale siedmiolatka, który pozazdrościł Gagarinowi [8] i Titowowi. Oto fragment:

(red.) – Ale...hm... Polska nie ma jeszcze swoich pojazdów kosmicznych...

(ja) – Titow mi pożyczy. Na pewno

– A mamusia? Co powie mamusia?

– Ależ nie musi nic wiedzieć. Wylecę po śniadaniu, a wrócę na kolację. Dłużej to bym nawet nie chciał, bo nudno i chyba w głowie się kręci. Myśli pani, że temu Titowowi to się nie kręci? Jeszcze jak! (...)

Było to jedyne sensowne stwierdzenie w tym wywiadzie, choć... wątpię, czy moje. Moje za to były koszmarne ilustracje, na podstawie których niezbyt nawet lotny psycholog skierowałby mnie do szkoły specjalnej. I choć rysowanie zawsze sprawiało mi przykrość, mój wysiłek nie poszedł na marne. Za rozmowę i rysunki dostałem honorarium w postaci czekolady. Na tamte czasy ewenement: w PRL-u nikomu nie płaciło się za udzielanie wywiadów.


Z ojcowskiego pamiętnika – fragmenty

Wtorek, 24 kwietnia 1945

Na ulicach posterunki sowieckie. Ludności niemieckiej prawie nie widać. Cudzoziemcy wylegli i prowadzą rozmowy z żołnierzami. Właściciele sklepów rozdają lub sprzedają zapasy żywności. W ten sposób aprowizujemy się. Wreszcie człowiek podjada smacznie i do syta po długiej głodówce. W godzinach poobiednich nad naszymi głowami silny ogień artylerii niemieckiej. Przypomina nam, że wojna jeszcze nieskończona. Odłamki szrapneli przelatują nad naszymi głowami, zaraz potem oficer sowiecki poleca nam wynieść się na tyły, gdyż tędy przypuszczalnie będzie niebawem przechodziła linia frontu. Tobołki na plecy i w pośpiechu w drogę. Zdobywamy taczkę na graty. Jest bardzo niewygodnie i ciężko. Po kilku kilometrach napotykamy opuszczony majątek, w którym zdobywamy zdezelowaną bryczkę i źrebną klacz. Ze strachem wyprowadzam klacz ze stajni, ale nie mogę dać jej rady; zamiast ja ją, ona mnie prowadzi. Przy pomocy jakiegoś Holendra zaprzęgamy i jeszcze nie zdążyliśmy wyruszyć w drogę, gdy nad naszymi głowami kilkanaście minut piekła. Huk szrapneli, gwizd odłamków. Padamy plackiem, gdy się uciszy, czym prędzej ruszamy w dalszą drogę. Docieramy do Dahlewitz. Zostajemy na nocleg w opuszczonym domu. Łapiemy bezpańskie kury, wyżerka pierwsza klasa. Wieczorem wizyta majora armii sowieckiej. Opowiada nam o życiu w Polsce, w Warszawie; że jest jak przed wojną. Pokazuje polskie pieniądze i darowuje 50 zł.

Sobota, 28 kwietnia 1945

Zdobywamy żywność jak żebracy, ale jemy wyśmienicie.

Poniedziałek, 30 kwietnia 1945

Do naszej grupy dołącza się jeszcze grupka Włochów. Spotykają się dwaj bracia. Jako jedna rodzina złożona z dwudziestu paru osób zatrzymujemy się w jakiejś kamienicy w Trebbin. Panuje pełna komuna, wszystko stanowi wspólną własność. Nasze panie pitraszą doskonałe posiłki. Mamy możność słuchać na kwaterze radia. To wielka radość. Dowiadujemy się o śmierci Mussoliniego, o powtórnej konferencji Himmlera [9] w sprawie kapitulacji i o ciągłych sukcesach aliantów. Centrum Berlina płonie i biją w niego jak w bęben. Dobrze, że nas tam nie ma. Trujemy się tylko myślą, że nasi najbliżsi nie wiedzą, co się z nami dzieje, a nie wiadomo, kiedy powrót będzie możliwy. Przez radio Himmler jakoby oświadczył, że Hitler [10] jest umierający po ataku apoplektycznym. Mamy nadzieję, że może niedługo koniec.

Wtorek, 1 maja 1945

Budzę się o 5 rano. Zupełna cisza. Dywersanci zostali nocą rozbici i wzięci do niewoli. Drogi nadal zajęte. Oczekujemy z niecierpliwością wiadomości o kapitulacji. Walki o Berlin dobiegają końca.W Luckenwalde zorganizowano obóz dla cudzoziemców, w którym rzekomo oczekują decyzji w sprawie powrotu do swoich krajów. W związku z tym decydujemy się nadal poczekać w Trebbin i starać się na własną rękę o wyżywienie. Lokum mamy całkiem znośne. Zajmujemy całe piętro kamienicy z bieżącą wodą, elektrycznością, łazienką, w której można przygotować sobie nawet kąpiel. Godzina 10.35. Hitler umarł.

Środa, 2 maja 1945

3 porcje risotto

2 grochówki

chleb

kanapki z pasztetem

ryż z jabłkami

3 filiżanki czekolady

Czwartek, 3 maja 1945

Sraczka

Piątek, 4 maja 1945

Wyruszamy z Trebbin drogą na Luckenwalde. Nie posiadamy już bryczki ani konia, gdyż nad ranem zarekwirowane zostały przez wojsko. Droga do Luckenwalde obfituje w silne wrażenia. Mijamy teren niedawno stoczonych walk z partyzantami niemieckimi. Wkoło obraz strasznego zniszczenia. Drzewa połamane jakby przez potwornych rozmiarów huragan. Wszędzie pełno zniszczonego sprzętu niemieckiego. Samochody, samochody pancerne, czołgi, rowery, motocykle, karabiny, pociski armatnie, amunicja karabinowa. I trupy, pełno trupów żołnierzy niemieckich. Jedne sczerniałe, już rozkładające się, inne stosunkowo świeże. Poskręcane w najdziwaczniejszych pozach z powykręcanymi konwulsyjnie kończynami, zbroczone krwią. Niektóre zwłoki porozrywane na strzępy przez pociski. Tu cześć klatki piersiowej, tam znowu ręka czy noga. Jakiś młody chłopak ugodzony w jamę ustną, tak że obydwie szczęki zmieniły swe położenie o 90 stopni i świecą dwoma rzędami białych zębów od brody do oczu. Prawdziwy obraz wojny, którego się nie zapomni chyba nigdy. Wszystko to spowite dymem palących się okolicznych lasów. W oddali drzewa wyglądają niczym jakieś diabelskie kandelabry.

Poniedziałek, 7 maja 1945

Wyjazd z Werbig, godz. 9 rano. Jeden z naszych towarzyszy zdobywa gdzieś na lewo prosiaka. Dziś zostaje oprawiony i na obiad mamy doskonałą wieprzowinkę z kładzionymi kluskami. Nocleg we wsi o dwa kilometry za Dahme.

***

Wojenną tułaczkę Włodek zakończył w Zielone Świątki 1945 roku w Brwinowie, gdzie od końca Powstania ukrywała się jego matka. Po wojnie zamieszkała na Pradze, ale rodzinę w Brwinowie odwiedzała często. Tamtego dnia też odwiedziła; przyjechała rankiem oznajmiając wszem wobec: „Ja to czuję, że Włodzio dziś wróci”. I wrócił, ale gdy zastukał do drzwi, mamy nie było, poszła na spacer. Wskoczył więc do wanny i kiedy wreszcie pluskał się w gorącej wodzie, szorował szarym mydłem, rozległo się energiczne pukanie do drzwi.

– Włodziu, otwórz – prosiła zapłakana mama – otwórz jak najszybciej.

– Nie mogę, jestem w wannie, jeszcze kilka minut!

– Włodziu, błagam, ja muszę do łazienki. Nie wytrzymam dłużej – tłumaczyła, próbując opanowywać wywołany wzruszeniem rozstrój żołądka.

Takie to było biegunkowe powitanie ocalonych.


Odp.....l się, strażaku!

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.