Onegdaj w Krakowie - Berenika Kluczykowska-Sienkiewicz; Bartłomiej Sienkiewicz - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 119 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Onegdaj w Krakowie - Berenika Kluczykowska-Sienkiewicz; Bartłomiej Sienkiewicz

To opowieść o dziewczynie i chłopcu, a potem kobiecie i mężczyźnie zaplątanych w Kraków lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, zaplątanych w te same miejsca, wydarzenia, a na koniec we wzajemne uczucie. To książka o niełatwym czasie niezwykłego miasta, młodości potrafiącej się cieszyć z małych radości i o wielkiej przemianie, która była udziałem całego pokolenia tej epoki.

To nasza historia – małżeństwa żyjącego teraz z daleka od Krakowa, wciąż pamiętających kiedy nas zranił i kiedy wynagrodził. Opowieść dedykujemy naszym dzieciom i wszystkim tym, którzy chcą zobaczyć to miasto z innej perspektywy niż Rynek, Wawel i tłumy turystów. To opowieść dla tych, którzy chcą zaglądnąć za kurtynę czasu i emocji....

Opinie o ebooku Onegdaj w Krakowie - Berenika Kluczykowska-Sienkiewicz; Bartłomiej Sienkiewicz

Fragment ebooka Onegdaj w Krakowie - Berenika Kluczykowska-Sienkiewicz; Bartłomiej Sienkiewicz











ON: Bartłomiej Sienkiewicz

ONA: Berenika Kluczykowska-Sienkiewicz

Dla Mrófiaczka, Bibiury i DiDżoja


I.

Poza Krakowem


ONA

Panta rhei. Heraklitowa rzeka płynie, a ja z nią. Kształty na brzegu z czasem stają się niewyraźne, ale też podlegają nieświadomej deformacji w pamięci przez ciągle nakładające się obrazy. Wielokrotnie przetworzone nie należą już do pamięci, lecz raczej do wyobraźni – jej bardzo bliskiej krewnej. Mówię „pamiętam”, a to raczej „wydaje mi się”, „przypominam sobie”, kiedy „wyobrażam sobie” jest właściwsze. I gdy pewnej letniej nocy ciepły wiatr wypełnił pokój, przyniósł obraz odległego, lecz znajomego miejsca, które dawno znikło za meandrem rzeki, pozostało tylko w wyobraźni, a i wtedy w znacznej mierze istniało właśnie dzięki niej.

W tamtych latach klimat był stabilniejszy i wakacje oznaczały słońce, słońce, dużo słońca. Wśród pamiątek rodzinnych zachowało się kilka zdjęć. Jesteśmy na nich z bratem w koszmarnych białych majtkach (Bóg raczy wiedzieć dlaczego za dużych). Jest też obowiązkowa miednica wypełniana z rana studzienną wodą, która ogrzewała się na środku murawy. Ta miednica pośród traw była naszym małym aquaparkiem. Kucając, zanurzaliśmy dłonie w chłodnej wodzie, deformując kształty chmur lub wyjmując listki, które sfruwały z rozłożystej lipy. Jej szmer i kojący cień cudownie usypiały podczas poobiedniego odpoczynku. Posiłki często jedliśmy właśnie pod tą lipą, do czasu aż zbite z desek stół i ławy w końcu spróchniały, zapadły się. Ale to było wiele lat później.

Z kilku wakacyjnych pobytów na wsi pozostały pojedyncze sceny, migawki wydarzeń, kilka postaci. Ale nade wszystko zapachy i smaki. Przyjeżdżaliśmy tam przecież z miasta dla zmysłów dość monotonnego, by trafić w sam środek owocującej, szczodrej przyrody. Czego tam nie było! Borówki (które w Warszawie muszę nazywać czarnymi jagodami) ze świeżo upieczonym podpłomykiem, grzyby znoszone po kryjomu do kuchni, które pod nieobecność gospodyni szybko podsmażaliśmy na blasze kuchennego pieca, sypiąc garście grubej soli. Klecone masło, delikatnie musujące, szczypiące w język kawałki zsiadłego mleka. Jednak najbardziej lubiłam wypady na pobliskie pole, gdzie ze zbrązowiałych makówek wsypywałam prosto do ust aromatyczne, czarne nasiona. A może dlatego, biorąc pod uwagę ilości zjadanego przeze mnie maku, moje doznania były tam tak silne?

W tle mój brat bliźniak nad miednicą.

Świat zapachów był równie intensywny. W mieście najbardziej wyrazisty był zawsze zapach mokrego kurzu po letnim deszczu. Albo rześkość topniejącego śniegu. Na wsi pachniało wszystko i wcale niekoniecznie ładnie. Jak to na wsi. Najsilniej zapamiętałam przynoszoną przez wiatr woń rozgrzanych łanów zbóż, którą uwielbiam do dziś. Natomiast z palety uznawanej za mniej przyjemną nie mogę zapomnieć smrodu krowiego łajna. Jeśli wśród smaków mak działał na mnie jak narkotyk (sic!) to wśród zapachów prym wiódł odór obory. Kiedy znikałam na dłużej, można było mieć pewność, że właśnie inhaluję się jej oparami, obserwując uwiązane krowy. Nieuwiązanych bałam się panicznie.

Codziennie od nowa dokonywaliśmy konkwisty tego małego przecież świata – podczas wypadów do bukowego lasu, gdzie uganialiśmy się po jarach, tonąc w brunatnych liściach, gdy bawiliśmy się w Indian i z własnoręcznie wykonanymi łukami i strzałami pędziliśmy na wyimaginowanych koniach, w nocnych eskapadach na skraj lasu, w których towarzyszyło nam pohukiwanie sów, czy nawet podczas wyjazdów do niedalekich Dobczyc, gdzie piorunujące wrażenie zrobił na mnie sklep żelazny. Miałam ochotę zostać w nim na zawsze.

Tej wsi już nie ma. Pożegnałam ją tak pogodnie, jak ona mnie witała, obiecując wszystko, co składało się w dzieciństwie na prawdziwe lato. Poczucie beztroski, przygody, a nade wszystko obietnicę gry niczym nieograniczonej wyobraźni, która w tych letnich dniach rozkwitała i owocowała z daleka od badawczego oka dorosłych. To tyle. Płynę dalej.

ON

Witała mnie aleja lipowa, przechylona od zachodnich wiatrów, cienista i prosta. Wysiadałem z autobusu na jej początku, na końcu przechodziłem przez neogotycką bramę znaczącą dawniej początek naszych posiadłości. Potem mijałem „stary dom” czyli obecnie muzeum i wchodziłem na podwórze rządcówki. Jeszcze skrzyp drzwi i znajdowałem się w sercu świata, do którego tęskniłem cały rok. Dom pełen psów, kotów i ludzi, którzy byli moimi krewnymi, a którzy bytowali osobno, jakby we własnych kokonach. Babcia żyła swoim zmarłym mężem i jego znakomitym ojcem oraz powstaniem styczniowym, Ciotka psami, krowami i pasjansem, moja niania z dzieciństwa tym, co zrobić na obiad, bo się nie przelewało. Od czasu do czasu wpadali inni – kuzyni, kuzynki, znajomi rodziny ze wsi, z miast. Potem wyjeżdżali i znowu zanurzaliśmy się w swoich światach komunikujących się z innymi bez natarczywości. Lato w Oblęgorku, młodociany trening osobności.

Stare kobiety ze wsi zwracały się do mnie jeszcze „paniczu”, w kredensie znajdowałem zagadkowe przedmioty wykonane z kunsztem nieznanym czasom, w których żyłem, o nieokreślonej funkcji. „To srebrny wsad na lód do wazy z ponczem” – mówiła Babcia, a ja zastanawiałem się, jak wyglądała sama waza i jak smakował ten „pącz”. Dotykałem szczątków świata sprzed zagłady. Więcej jednak przebywałem z psami w lesie niż grzebałem w kredensie, częściej gadałem sam do siebie niż z ludźmi.

Ratowała mnie przed zupełnym odlotem biblioteka (potem zresztą, po śmierci Babci, rozproszona). Kolejne lata w Oblęgorku to kolejne lata wtajemniczeń. Lato polskie: Chłopi, i Bolesław Chrobry, ten ostatni rzecz niebagatelna – dziesięć tomów! Potem czytałem o Gołubiewie jakiś złośliwy tekst Miłosza, że uciekł bezpiecznie we wczesne średniowiecze. Może uciekł, ale ładnie to zrobił.

Lato francuskie: Maupassant, Zola (Babcia oburzona, że czytam autora opisującego smród ludzkiego potu), Camus.

Amerykanie przywiezieni z biblioteki Mamy z Krakowa – Hemingway, Steinbeck i Faulkner. Na psach ćwiczyłem mówienie krótkimi zdaniami (Hemingway), wychodziło dobrze, próba rozmowy z ludźmi kończyła się fiaskiem. Faulkner właściwie opisywał to, co widziałem w Oblęgorku na co dzień, umarły świat, zrozumiały aż do znudzenia.

A jeszcze były przerywniki – Rubijaty Ommara Khajama, w tłumaczeniu mojego dalekiego krewnego Xsawerego Pusłowskiego – perska poezja sprzed wieków, Rosjanie, ale starannie przebrani przez nieżyjącego dziadka, tylko Turgieniew i Czechow, Chandler z podręcznej półeczki Cioci leżący obok podręczników o cieleniu się krów.

Przypadkowa zbieranina książek połykanych z równą łapczywością jak papierosy palone po kryjomu. Narastający bajzel w głowie, gdzie mieszkała bezpłodna tęsknota za tym, co było, kolejne prawdy serwowane przez literaturę, codzienność pobłażliwych uśmiechów dorosłych.

Wchodziłem na wzgórze nad rolniczą spółdzielnią produkcyjną imienia mojego przodka i patrząc na całą dolinę, mówiłem sobie: „to wszystko nam zabrano”. Potem szedłem wieczorem do tej samej spółdzielni po przydziałową bańkę mleka, należącą się rodzinie każdego pracownika (czyli Cioci). Czasami przewodnicy wycieczek, gdy je mijałem, mówili: „A to potomek naszego wielkiego…”, uśmiechałem się głupkowato i przyspieszałem kroku, czując wypełzającą na twarz czerwień. Byłem u siebie i nie u siebie, miałem swoją nieograniczoną wolność i wyłem za czymś innym.

Kiedy Babcia umarła, byłem już na studiach. W listopadowy pochmurny dzień, wśród prószącego śniegu, rodzina i cała wieś odprowadzały trumnę wiezioną na wozie typu półkosz do odległego o cztery kilometry kościoła parafialnego i cmentarza w Chełmcach. Tradycyjne zapaski, w które przyodziane były stare kobiety ze wsi, zdawały się być jedynym źródłem kolorów pod jednostajnie grafitowym niebem. Potem dom stracił swoją magię, biblioteka znikła, psy, z którymi się przyjaźniłem, dawno rozłożyły się zakopane pod drzewami. Dużo przeszedłem, zanim się zorientowałem, że z tego okresu właściwie zostało parę książek, modlitwa za zmarłych i przekonanie, że życie jest przed nami. I tego się trzymam.

Wiele lat potem patrzę na Oblęgorek jak wtedy, gdy myślałem:
„wszystko to nam zabrali…”


II.

Kawiarnie


ON

Z mojej młodości pod Wawelem wyniosłem obyczaj porannej lektury gazet w miejscach, które wtedy nazywały się lokalami gastronomicznymi. Przejąłem go od starszych panów, którzy zaludniali krakowskie kawiarnie. Niedługo po otwarciu schodzili się pojedynczo lub parami, a rozchodzili koło południa, gdy kawiarnie wypełniały już kłęby dymu papierosowego. Przystawali jeszcze przy szatni na parę słów, jakby trudno im było się rozstać. W zimie z trudem wciskali się w płaszcze z bobrowymi, z lekka wyliniałymi kołnierzami. Kim byli owi stali bywalcy? Trochę emerytami, trochę prywatną inicjatywą i rzemieślniczą bracią, po części kamienicznikami lub handlarzami walutą starego typu. W każdym razie stanowili drobne mieszczaństwo silnie nadgryzione przez komunizm i związaną z nim degradację materialną. Uprawiali swój kawiarniany obyczaj jak im podobni w każdym starym europejskim mieście czy miasteczku – tyle tylko że robili to w czasach, gdy między krakowskim Rynkiem a jego odpowiednikami na Zachodzie ziała przepaść, rów, ciemne morze, a raczej linia zasieków z drutu kolczastego ze strażnicami i dziesiątkami tysięcy uzbrojonych ludzi pilnujących, by nawet zabłąkany pies nie przemknął się przez ten limes.

***

Ówczesne picie kawy i czytanie gazet w miejscu publicznym, w ciągu dnia, gdy klasa robotnicza pracowała, było kultywowaniem tradycji wbrew okolicznościom, rodzajem zaklęcia czasu, udawaniem, że się nic nie zmieniło od chwil, gdy ich ojcowie i dziadkowie robili to samo. Kawa była paskudna, papierosy wyjątkowo śmierdzące, a ciastka wstrętne, ale z uporem pili, jedli i palili te jedynie dostępne wytwory państwowych monopolistów. Były to konieczne rekwizyty sztuki odgrywanej dla wierności swojemu pochodzeniu, podobnie jak gazety, wtedy – bezwartościowy bełkot. A jednak pochylali się nad nimi z uwagą, czytali bowiem nie czarne znaczki liter, lecz białe, niezadrukowane fragmenty. Czytali to, czego nie napisano, co pozbawiono istnienia w państwie, które postanowiło reglamentować wiadomości w sposób podobny do wydzielania karmy dla zwierząt. Ich punktami odniesienia była plotka, podawane z ust do ust wieści zdobyte w nocnych nasłuchach zachodnich rozgłośni. Drugim punktem odniesienia było doświadczenie, które pozwalało im bezbłędnie dostrzec strach, chęć panowania, przemoc, chciwość i oszustwo – prastare żądze trawiące po części ich samych, ich przodków, sąsiadów, inne narody i krainy, jednym słowem – wszystko to, co pozwala nam lepiej rozumieć mechanizmy świata. Tak uzbrojeni, potrafili sobie poradzić z wytworami propagandy, żelazną kurtyną, wszechogarniającym kłamstwem – wiedzieli swoje.

***

W Krakowie kawiarnie umierały długo. Powoli zaczęły znikać z nich panie, które uważały, że bez rękawiczek i kapelusza nie można usiąść przy stoliku na Rynku, a w ślad za paniami znikały stare ekspresy kawowe jeszcze sprzed wojny. Toteż królowało parzenie „po turecku”, z grubym na dwa palce osadem na dnie ordynarnych szklanek. Kiedy poznawałem krakowskie kawiarnie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, były to już smętne resztki, a typy bywalców odzwierciedlały nowy porządek społeczny, dokonaną rewolucję (Santos – taksówkarze, Europejska – cinkciarze itp.). Ale na marginesie tej degrengolady trwał proces kontynuacji – profesorowie historii UJ spotykali się regularnie na Karmelickiej w Kopciuszku, Rio koncentrowało artystów, rozmowy między wykładami toczyli studenci filozofii w Kasztelańskiej na Grodzkiej, niedziela nadal zaganiała do Noworola mieszczaństwo czy raczej to, co z niego zostało.

***

Istotą kawiarni (oprócz samej kawy, rzecz jasna) jest jej niezmienność, zarówno jeśli chodzi o lokalizację, jak i ludzi. To stali bywalcy plus miejsce tworzą tę specyficzną mieszankę, ciągłość pozwalającą nam oswajać szalony świat, udawać, przez pokolenie czy najwyżej dwa, że żyjemy w jakiejś obliczalności. Drugim niezbywalnym elementem kawiarni jest osąd spraw, jaki dokonują ich stali bywalcy. To rodzaj „władzy sądzenia”, przejawiająca się w wymianie nowin z przeczytanych gazet, doświadczenia własnego, poglądów z sąsiedniego stolika. To nic, że konkluzje są w większości banalne, to nic, że po pewnym czasie wiemy, co nasz sąsiad obok powie za chwilę. Owa powtarzalność rytuału sądzenia ludzkich spraw nad filiżanką kawy jest zajęciem bezinteresownym i szlachetnym, bo celem nie jest wyrok i kara, lecz pragnienie porządku na własną miarę, niespiesznym poszukiwaniem sensu, bez pychy popychającej do publicznej demonstracji.

***

Najbardziej lubię kawiarnie rano, zaraz po otwarciu. Idzie nowe, jeszcze nieznane. Będę się mu przyglądał z ciekawością i bez lęku, razem ze znajomymi, ulubionymi gazetami, papierosem w palcach. Moi poprzednicy wzywający mnie do stawienia czoła przyszłości, cokolwiek ona niesie, to nie Hektor i Roland, lecz starsi panowie sprzed parudziesięciu lat siedzący w Noworolu bądź u Mauricia…

ONA

Kawiarnie to stoliki przykryte kwadratami ze szkła, z ubitymi rogami: stawianie na nich szklanek wypełnionych nieśmiertelnym sokiem z czarnej porzeczki za każdym razem groziło pęknięciem jednego lub drugiego. Szatniarze i szatniarki zawsze przygnębiająco starzy i mdli w szaro-niebieskich fartuchach. I oczywiście kelnerki – antypatyczne, obnoszące szkaradne koafiury i wieczorowy makijaż. W restauracjach obsługa była jeszcze bardziej opryskliwa, tyle tylko że nerwowe kontakty z nią odbywały się w cichej obecności dywanów i obrusów, gdzie szklanka z sokiem oznaczała inne zagrożenie: plamę nie do ukrycia bez względu na kolor tkaniny.

Jednak ponad wszystko pamiętam specyficzne połączenie odświętności i nudy. Dorośli też tam byli, ale istnieją w tych wspomnieniach jak fantomy. Nie widzę ich twarzy ani nie słyszę rozmów. Czasem ktoś rysował coś na papierowej serwetce albo pudełku zapałek. Byli zajęci sobą i bez przerwy palili. Szklane popielniczki (wyszczerbione, oczywiście) szybko się wypełniały. Żadnych gazet – na szczęście – tych podstępnych rekwizytów wszechobecnej władzy, beznadziejnej egzystencji pośród estetycznie poniżających doświadczeń zmysłów.

Za to w SPATiF-ie świat wirował. To jest to miejsce, w którym dorośli nagle ożywają: przypominają mi się twarze uśmiechnięte i rozgrzane alkoholem, gwar rozmów, które tylko chwilami toczyły się w obrębie poszczególnych stolików. Była to raczej niekończąca się, wielka „ponadstolikowa” dyskusja, do której co chwilę ktoś coś dorzucał ku uciesze bądź furii pozostałych. Były też gazety – traktowane jak zagrycha, która miała wyostrzyć smak buntu i pobudzić krew do szybszego krążenia.

W Krakowie funkcjonowały również lokale, w których dogorywała dawna mieszczańska świetność, gdzie krzesła były miękkie, we wnętrzach panoszył się kolor burgunda, tu i tam połyskiwały zdobienia z metalu udającego brąz. Przechodziłam obok nich, rzucając szybkie spojrzenia do środka, gdzie poprzez szarą zasłonę dymu z giewontów i popularnych widać było starszych panów czytających gazety i starsze panie w potwornych kapeluszach z pluszu popijające kawę, które odstawiały przy tym zgięty mały palec. W moim świecie była to strefa zarezerwowana głównie dla ubeków, handlarek złotem i walutą. Kraina staromodnych palt z bobrowymi kołnierzami, karakułowych futer i burych garsonek. Wieczna zima.

Moje wspomnienia lokali gastronomicznych dzieciństwa zamyka epizod – niemal na wagę inicjacji – kiedy to pijąc sok (z czarnej porzeczki, oczywiście), odgryzłam kawałek szklanki. Kelner zdaje się uznał mnie za nienormalną, Mama była tak oszołomiona, że chyba nic nie pomyślała. Ale to zdarzyło się w Rabce, gdy nareszcie schodził śnieg i w powietrzu pachniało wiosną.


III.

Stołówki


ONA i ON

Żywienie zbiorowe w PRL-u. Mogę podejść do tematu jak buchalterka i beznamiętnie wyliczyć: stołówka szkolna, potem CEFARM, następnie stołówka PAN-u na Sławkowskiej, w końcu Wawel.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com