Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę - Hampton Sides - ebook

Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę ebook

Hampton Sides

4,5
41,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

W kwietniu 1968 roku James Earl Ray przyjechał do Memphis. Wynajął obskurny pokój ze świetnym widokiem na motel Lorraine, kupił karabin snajperski i wziął na cel historię. Po oddaniu śmiertelnego strzału do Martina Luthera Kinga porzucił broń, wsiadł do białego mustanga i spokojnie odjechał. Policja, która już parę minut po zabójstwie pojawiła się na miejscu zdarzenia, minęła się z nim o kilka chwil. Śledztwo wkrótce przejęło FBI, rozpoczynając największy pościg w historii Ameryki, w którym udział wzięło ponad trzy i pół tysiąca agentów, który kosztował prawie dwa miliony dolarów i który zakończył się daleko poza granicami USA.

Sides stworzył pasjonujący thriller non-fiction, konstruując równoległe portrety dwóch bardzo różnych mężczyzn, ofiary i zabójcy: charyzmatycznego lidera ruchu na rzecz walki z dyskryminacją rasową i zaburzonego samotnika z zagmatwaną i brutalną przeszłością, którego motywy były równie mętne jak jego tożsamość.

Książka nominowana do Nagrody Edgara, dorocznej nagrody wręczanej przez Mystery Writers of America.

Jedna z najlepszych książek roku według „Time”, „The Washington Post”, „The Christian Science Monitor”, „The Oprah Magazine”, „St. Louis Post-Dispatch” i „San Francisco Chronicle”.

„Sides przedstawia fascynującą historię ostatnich dni Martina Luthera Kinga i późniejszych poszukiwań jego zabójcy Jamesa Earla Raya. To nie tylko kronika tamtych wydarzeń, ale również trzymająca w napięciu sensacyjna historia.” „Publishers Weekly”

„Sides fenomenalnie wprowadza czytelnika w świat dwóch przeciwstawnych bohaterów – ofiary i oprawcy, a także doskonale nakreśla tło burzliwej końcówki lat 60. Tej książki, znakomicie udokumentowanej i wciągającej niczym powieść, pozazdrościłby Sidesowi niejeden autor kryminałów. Sides nie stara się tłumaczyć motywów zbrodni, obala jedynie teorie spiskowe, które przez lata narosły wokół zabójstwa Martina Luthera Kinga.” „Bookmarks Magazine”

„Na kartach tej książki powracają do życia i ofiara, i morderca. Opowieść Sidesa zapiera dech w piersiach.” „The New York Times”

„Tylko spod pióra Sidesa mógł wyjść tak mistrzowski reportaż. Od tej książki nie można się oderwać.” „Associated Press”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 629

Oceny
4,5 (20 ocen)
14
3
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



SERIAAMERYKAŃSKA

Patti Smith Poniedziałkowe dzieci

Jack Kerouac Allen Ginsberg Listy

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero

Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki

Johnny Cash Cash. Autobiografia

Allen Ginsberg Listy

Bob Dylan Kroniki. Tom pierwszy

William S. Burroughs Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały

Lawrence Wright Droga do wyzwolenia.

Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów

David Ritz Respect. Życie Arethy Franklin

Alysia Abbott Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu

Jon Krakauer Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija

Kim Gordon Dziewczyna z zespołu

Dennis Covington Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach

Rick Bragg Jerry’ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu

Scott Carney Śmierć na Diamentowej Górze.

Amerykańska droga do oświecenia

Hampton Sides Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu

James Grissom Szaleństwa Boga. Tennessee Williams i kobiety z mgły

Patti Smith Pociąg linii M

Billie Holiday, William Dufty Lady Day śpiewa bluesa

Dan Baum Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

Jill Leovy Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów

Brendan I. Koerner Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego

HAMPTON SIDES

OGAR PIEKIELNY ŚCIGA MNIE

Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę

Przełożył Tomasz Bieroń

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Hellhound on His Trail. The Electrifying Account of the Largest Manhunt in American History

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Flip Schulke Archives / Getty Images

Fotografie wewnątrz tomu: s. 13 i 425 © Bettman / Corbis, s. 23 © AP / Wide World Photos

Copyright © 2010, 2011 by Hampton Sides. All Rights Reserved

This translation published by arrangement with Doubleday, an imprint of The Knopf Doubleday Group, a division of Penguin Random House LLC

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Bieroń, 2017

Redakcja Anna Brynkus-Weber

Korekta Katarzyna Rycko / d2d.pl,

Małgorzata Tabaszewska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-589-0

Dla McCalla, Grahama i Griffina

Przyszłość wygląda optymistycznie

Dyskryminacja to ogar piekielny, co kąsa czarnych każdego dnia.

Martin Luther King junior (1967)

Czas ruszać w drogę

Czarne myśli opadają mnie

Każdego dnia się boję

Ogar piekielny ściga mnie

Robert Johnson (1937)przekład Janusz Ruszkowski

NOTA DO CZYTELNIKÓW

Kiedy to się wydarzyło, byłem małym dzieckiem – sześciolatkiem mieszkającym w pełnym zakamarków domu z cegły na Cherry Road, blisko Southern Railway. Mój ojciec pracował w kancelarii prawnej w Memphis, która reprezentowała Kinga, kiedy przyjechał do miasta walczyć o prawa śmieciarzy. Pamiętam, że tego wieczoru tata wrócił do domu wzburzony, nalał sobie kilka drinków i zaniepokojony opowiadał o tym, co się stało i jakie będą tego konsekwencje dla miasta, dla kraju i dla świata. Pamiętam godzinę policyjną, wycie syren, żołnierzy z bagnetami na karabinach. Pamiętam, że po raz pierwszy w życiu widziałem czołgi. Przede wszystkim jednak przypominam sobie strach w dorosłych głosach dochodzących z radia i telewizji – wszystko było podszyte paniką, ponieważ ludzie mieli wrażenie, że nasze miasto się rozpada.

Cztery dni po zamachu do Memphis przyjechała Coretta Scott King, z twarzą zasłoniętą wdowim welonem, i stanęła na czele pokojowego marszu, którego nie mógł poprowadzić jej mąż. Ciągnący się kilometrami pochód żałobników sunął w stronę ratusza posępnymi ulicami śródmieścia. Wszystko spowijał piękny smutek, nikt się nie odzywał. Nie było krzyków ani haseł, nie było nawet śpiewów. Słychać było tylko odgłos kroków.

Wszyscy pisarze prędzej czy później wracają do miejsca, z którego pochodzą. Pisząc tę książkę, chciałem wrócić do przełomowego momentu dla miejsca swojego pochodzenia. W kwietniu 1968 roku do miasta, które znam i kocham, przyjechał zabójca. Uzbrojony w snajperski karabin, zajął stanowisko kilka przecznic od rzeki Missisipi i wziął na cel historię. Z pokoju 306 w motelu Lorraine­ do tej pory wychodzą fale wstrząsowe rejestrowane na całym świecie. Lorraine stał się międzynarodowym celem pielgrzymek, odwiedzanym przez takich ludzi jak Dalajlama, Nelson Mandela czy członkowie zespołu U2 – miejscem świętym. Ludzie przyjeżdżają z całego świata, żeby stanąć na balkonie, na którym stał King, mrużąc oczy przed blaskiem słońca i oglądając horyzonty przyszłości wyznaczone przez los. Próbują sobie wyobrazić, co się naprawdę stało i jakie mogły być ukryte za tym wszystkim scenariusze.

Pierwszy pisarz, którego w życiu poznałem, wybitny historyk z Memphis Shelby Foote, powiedział kiedyś o swojej trylogii na temat wojny domowej, że „posłużył się metodami powieścio­pisarza, ale bez jego licentia poetica” – tak w skrócie można okreś­lić cel, jaki sobie postawiłem. Dołożę starań, żeby opowieść tę czytało się płynnie, ale nie jest to beletrystyka. Każda scena znajduje oparcie w źródłach historycznych. Każdy szczegół dotyczący topografii i atmosfery wywodzi się z danych faktograficznych. Każda rozmowa jest zrekonstruowana na podstawie dokumentów. Wykorzystałem protokoły posiedzeń komisji kongresowych, relacje prasowe, opowieści, wspomnienia, protokoły sądowe, raporty z sekcji zwłok, archiwalne materiały telewizyjne, fotografie z miejsca zdarzenia oraz oficjalne raporty władz Memphis, FBI, Departamentu Sprawiedliwości, Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej i Scotland Yardu. Przeprowadziłem dziesiątki rozmów i przemierzyłem dziesiątki tysięcy kilometrów – od Puerto Vallarta po Londyn, od Saint Louis po Lizbonę. Czytelników zainteresowanych tym, jak zbudowałem swoją opowieść, odsyłam do przypisów i bibliografii.

Co się tyczy zabójcy Kinga, chciałem, żeby jego opowieść przemówiła sama za siebie. Niezależnie od tego, czy przypadkowo, czy celowo, nierozsądnie pozostawił ogromny materiał dowodowy. Znaczna część mojej relacji z jego podróży po całym świecie opiera się na jego własnych słowach. Reszta pochodzi z dokumentów. Bez odpowiedzi pozostaje wiele pytań na temat jego pobudek, źródeł finansowania i ewentualnych wspólników. Nie zmienia to faktu, że zabójca, dosłownie i w przenośni, na wszystkim zostawił odciski palców.

Santa Fe, Nowy Meksyk

PROLOG

#416-J

23 kwietnia 1967, Jefferson City, Missouri

Więzienni piekarze, smażąc się w żarze bijącym od pieców, robili chleb dla wygłodniałych ludzi z więziennego gospodarstwa rolnego. Od świtu upiekli ponad sześćdziesiąt bochenków. W środku unosił się zapach drożdży, kiedy świeży chleb stygł na półkach przed pokrojeniem. Wokół kuchni krążył uzbrojony, ale niezbyt czujny strażnik.

Jednym z piekarzy w ten słoneczny niedzielny poranek był więzień #00416-J, smukły mężczyzna pod czterdziestkę, z jasną cerą i kruczoczarnymi włosami, nieco posiwiałymi na skroniach. Skazany w 1960 roku za napaść z bronią w ręku, 416-J odsiedział siedem lat w więzieniu stanowym w Jefferson City. Wcześniej przez cztery ponure lata kiblował w Leavenworth za kradzież i realizację pocztowych przekazów pieniężnych wartych kilka tysięcy dolarów. Za kratkami spędził większość dorosłego życia, więc dobrze wiedział, jak przetrwać w środowisku więziennym.

W „Jeff City”, wielkiej gotyckiej bastylii powstałej w 1836 roku jako pierwsze amerykańskie więzienie na zachód od Missisipi, tłoczyło się ponad dwa tysiące osadzonych. Z czasem zakład ten wyrobił sobie renomę szkoły dla bandziorów – i jednego z najbardziej brutalnych w Stanach Zjednoczonych. W 1954 roku zespół penitencjarystów następująco opisał to więzienie, w którym co rusz wybuchały zamieszki: „Jest to milimetr po milimetrze najkrwawsze dwadzieścia hektarów Ameryki”1. A przecież kompleks więzienny był usytuowany w leniwym, niemal bukolicznym regionie Środkowego Zachodu. Za murami z wapienia po rzece Mis­souri pływały holowniki, a klucze gęsi gęgały podczas przelotu do ciepłych krajów. Po starych torach wzdłuż rzeki wlekły się pociągi towarowe, pogwizdując ciężko.

W Jeff City 416-J spędzał dużo czasu na oglądaniu tego krajobrazu i rozmyślaniach o tym, jak się do niego przedostać. W piekarni należał do starych wiarusów. Od lat pracował w kuchni i nigdy nie było z nim żadnych kłopotów; właściwie nie zwracał na siebie uwagi. Większość funkcjonariuszy więziennych nie wiedziała, jak się nazywa, i słabo pamiętała jego twarz – dla nich był tylko kolejnym osadzonym z numerem. Jeden ze strażników w Jeff City określił go jako drobnego kieszonkowca. Pewien sędzia sądu penitencjarnego ujął to trochę dosadniej: „On był tam po prostu nikim”2.

Rok wcześniej 416-J zbadał psychiatra stanowy i stwierdził, że chociaż nie można go nazwać szaleńcem, jest to „ciekawy i dosyć skomplikowany człowiek – osobowość socjopatyczna z ciężką nerwicą”3. Nie był upośledzony umysłowo, z IQ 106 lokował się trochę powyżej średniej. Psychiatra zwrócił jednak uwagę, że więzień przejawia „nieuzasadnione lęki” i „obsesyjno-kompulsywne zainteresowanie” swoim zdrowiem. Był hipochondrykiem, nieustannie skarżył się na różne dolegliwości i przeglądał książki medyczne. Twierdził, że ma palpitacje serca i zdeformowany mózg. Często można go było zobaczyć, jak ze stoperem w dłoni mierzy sobie puls. Martwił się o swój żołądek, dlatego nie jadał niczego ostrego. Zażywał librium na nerwy i rozmaite środki przeciw­bólowe na prawie nieustanne migreny, ale lekarz uznał, że trzeba się nim poważniej zająć4.

„W moim przekonaniu więzień potrzebuje pomocy psychiatrycznej – zaopiniował stanowy psychiatra w podsumowaniu – ponieważ coraz bardziej się o siebie zamartwia”5. Taka diagnoza mogła dotyczyć wielu więźniów w Jeff City – być może setek z nich – toteż funkcjonariusze nie zwrócili na raport psychiatry większej uwagi.

Gdyby strażnicy baczniej go obserwowali w pierwszych tygodniach kwietnia 1967 roku, zauważyliby, że 416-J zachowuje się dziwnie. Czytał książki podróżnicze o Meksyku i wypożyczył z więziennej biblioteki słownik angielsko-hiszpański. Próbował pociemnić sobie skórę barwnikiem z orzecha włoskiego6. Wypijał znaczne ilości oleju mineralnego7 (jednego z wielu dziwnych medykamentów, które z zapamiętaniem stosował) i nie spał do późna w nocy z powodu natłoku myśli.

Przyczyną tej gonitwy myśli bardzo często była amfetamina – pod różnymi nazwami: speed, bennies, splash, spaniels – łatwo dostępna w Jeff City. Z reguły zażywał ją w postaci pastylki albo proszku, ale zdarzało mu się również dawać sobie w żyłę, a wśród współwięźniów był znany jako amfetaminowy „kupiec”. „Po wzięciu prochów – powiedział jeden z więźniów, który znał go od lat – kładł się w swojej celi i myślał. Mówił, że przejaśnia mu się po tym w głowie. Wracał do czasów, kiedy miał sześć lub siedem lat. Albo opowiadał o swojej pracy i popełnionych błędach”8.

Od pewnego czasu 416-J ćwiczył w celi jogę, a w każdym razie coś, co ją przypominało. Zwijał się w kulkę i trwał w tej pozycji przez kilka godzin, usiłując maksymalnie ścisnąć swoje ciało. Udawanie obwarzanka powinno się wydać osobliwe mijającemu celę strażnikowi, jednak 416-J ciągle robił w celi dziwne rzeczy – pompki, trenował kalistenikę, chodził na rękach i tak dalej.

Ale była jeszcze jedna rzecz: wcześniej, 22 kwietnia, 416-J przyjął gościa w sali widzeń. Odbiegało to od normy – wydawało się, że ten samotnik nie ma na zewnątrz żadnej rodziny ani znajomych. W więzieniu rozeszła się plotka, że gościem był jego brat z Saint Louis, jednak 416-J nie chciał o tym z nikim rozmawiać9.

Tego dnia o ósmej rano pozwolono mu opuścić salę i pójść do kuchni. Miał ze sobą torbę kąpielową, która nie zwróciła niczyjej uwagi, ponieważ osoby zatrudnione w kuchni miały prawo wziąć prysznic i ogolić się w kuchennej łazience. Wyjechał windą do piekarni, w której pojawił się na długo przed jedenastą, kiedy zaczynała się jego zmiana. Ugotował i zjadł dosyć zaskakującą liczbę jajek: tuzin10.

Potem poszedł do łazienki, rzekomo po to, żeby się umyć. W torbie miał lusterko, grzebień, maszynkę do golenia i kilka zapasowych żyletek, mydło i dwadzieścia batoników. Było tam też kieszonkowe radio tranzystorowe Channel Master, które dwa dni wcześniej kupił w więziennej kantynie. Zgodnie z obowiązującymi w Jeff City przepisami na obudowie radyjka wygrawerowano numer 00416. W butach schował dwa zwitki banknotów – które z pewnością nieprzyjemnie uciskały mu stopy – o łącznej wartości prawie trzystu dolarów11.

Kilka dni wcześniej ukrył gdzieś w łazience czystą białą koszulę i parę więziennych spodni, które zafarbował tuszem na czarno, szczególnie starannie zakrywając wymowny pasek z boku. Szybko zdjął więzienny strój, włożył czarne spodnie i białą koszulę i na powrót wskoczył w pasiak, miał zatem teraz na sobie dwie warstwy ubrania.

Następnie zjechał windą do punktu odbioru towaru, w którym stała metalowa skrzynia z odchylanym wiekiem, częściowo załadowana świeżym chlebem. Miała wymiary sto dwadzieścia na dziewięćdziesiąt na dziewięćdziesiąt centymetrów, toteż dorosły mężczyzna bez problemu mógł do niej wejść. I tak właśnie postąpił więzień – zmiażdżył kilka bochenków ciepłego, miękkiego chleba, a następnie zwinął się do pozycji embrionalnej.

W tej fazie musiał mieć wspólnika – albo kilku wspólników – ponieważ przykryto go fałszywym dnem, w którym zrobiono małe dziurki, żeby się nie udusił. Na to drugie dno położono kolejne kilka warstw chleba, a kiedy skrzynia się wypełniła, opuszczono wieko. Potem skrzynię wytoczono na zewnątrz i zostawiono na rampie.

Kilka minut później przyjechał samochód dostawczy. Dwóch osadzonych dźwignęło skrzynię z chlebem do kabiny ładunkowej, która miała plandekę, ale z tyłu była otwarta. Więźniowie dali sygnał kierowcy, który podjechał do tunelu bezpieczeństwa. Z wartowni wyszedł funkcjonariusz i sprawdził, czy w pojeździe nikt się nie schował, obejrzał podwozie i zaglądnął pod maskę, a potem wszedł na pakę.

Więzień, rozgrzany i lepki od potu w swoim ciasnym legowisku, niespokojnie oddychał nasyconym zapachem drożdży powietrzem, kiedy ktoś na górze uchylił wieko skrzyni z chlebem. Strażnik ostukał kontener i trochę nim potrząsnął, ale zobaczył, że bochenki chleba leżą jeden na drugim aż do samej góry. Więzień zapewne odetchnął z ulgą, kiedy usłyszał, że wieko się zamyka.

Strażnik przeszedł do przodu i kiwnął głową do kierowcy, że może jechać. Brama się otworzyła i kierowca ruszył w drogę do więziennego gospodarstwa rolnego.

Tego samego ranka, kiedy 416-J uciekał, pewien polityk, którego więzień darzył wielkim podziwem, siedział półtora tysiąca kilometrów dalej w studiu telewizyjnym NBC. W odpowiedzi na jedno z pytań prowadzącego Lawrence’a Spivaka z programu Meet the Press ów kontrowersyjny człowiek ogłosił społeczeństwu, że rozważa ubieganie się o prezydenturę. Nazywał się George C. Wallace. Ten były gubernator Alabamy kilka lat wcześniej wprawił Amerykanów w osłupienie, gdy zablokował wejście do budynku Uniwersytetu Alabamy, żeby zapobiec integracji rasowej na tej uczelni.

Czterdziestosiedmioletni Wallace był populistą, który gwałtownie gestykulował, złorzeczył i kokietował publiczność, energicznie unosząc krzaczaste brwi. Niektórzy mówili o nim, że potrafi dumnie kroczyć na siedząco12. Ale tego ranka grał człowieka dostojnego i opanowanego, który nadaje się na prezydenta. Miał na sobie gładko wyprasowany garnitur, starannie modulował głos i do minimum ograniczał aktorskie zapędy. Jego zawsze wypomadowane włosy błyszczały jakby trochę mniej. Wallace zapewniał naród, że nie jest rasistą i w swojej kampanii nie urządza „nagonki na ludzi o innym kolorze skóry”13.

Dodał jednak: „W naszym kraju prowadzi się nagonkę na silne państwo”. Spojrzał prosto do kamery, a jego czarne jak smoła oczy rozświetliły się dla milionów jeszcze zaspanych Amerykanów.

„Jest to ruch obywateli – powiedział – i nie ma żadnego znaczenia, czy politycy go poprą, czy nie”. Kampania będzie zaadresowana do „[…] zwykłego człowieka […] pracownika zakładów włókienniczych, pracownika stalowni, fryzjera, kosmetyczki, policjanta patrolującego ulicę, drobnego przedsiębiorcy. To o nich chodzi. Właśnie ci ludzie chcą zmiany polityki wewnętrznej w naszej ojczyźnie”14.

Potem zerknął w kamerę z lekkim grymasem i powiedział: „Jeżeli politycy staną na drodze tego ruchu, to wielu z nich zostanie rozjechanych”15.

Poza murami Jeff City 416-J wydostał się ze skrzyni, przy okazji depcząc i zgniatając chleb. Po przybyciu na miejsce bochenki były tak bardzo zmasakrowane, że pracownicy farmy dali je kurom16. Stojąc na pace furgonetki pod plandeką, 416-J zdjął zielony więzienny uniform i włożył go do torby. W zafarbowanych na czarno spodniach i białej koszuli od biedy mógł uchodzić za cywila. Furgonetka przejechała na drugą stronę rzeki i poruszała się teraz z prędkością prawie osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, za szybko, żeby mógł się bezpiecznie ewakuować. Ale kiedy kierowca zwolnił na kilka sekund przed wysypanym żwirem wjazdem na farmę, więzień wyskoczył do tyłu. Furgonetka pojechała dalej – kierowca nie zobaczył go w lusterku wstecznym.

Teraz 416-J zszedł na brzeg rzeki. Skierował kroki w stronę dawnego złomowiska blisko mostu i ukrył się w chaszczach koło zardzewiałych wraków porzuconych samochodów. Przez cały dzień nasłuchiwał odgłosów końskich kopyt albo ujadania psów gończych. Co jakiś czas włączał swoje radyjko, żeby sprawdzić, czy ogłoszono komunikaty o jego ucieczce. Na razie wszystko było w porządku: w wiadomościach o niczym nie wspomniano, chociaż wydział penitencjarny stanu Missouri miał niedługo wysłać za nim list gończy z niewygórowaną nagrodą w wysokości pięćdziesięciu dolarów za ujęcie zbiega.

Po zapadnięciu zmroku wrócił na drugą stronę rzeki i zaczął iść na zachód wzdłuż torów kolejowych w stronę Kansas City – co było podstępem, ponieważ nie wybierał się do tego miasta. Funkcjonariusze więzienni wiedzieli, że ma rodzinę w Saint Louis (około stu pięćdziesięciu kilometrów na wschód), i z pewnością tam skierowali pierwsze kroki. Zbieg liczył na to, że idąc na zachód w kierunku Kansas City, zyska trochę czasu.

Przez sześć dni maszerował na zachód wzdłuż torów kolejowych, żywił się zachomikowanymi w więzieniu batonikami, pił wodę ze strumieni, a w nocy rozpalał ognisko skradzionymi ze starej przyczepy zapałkami. „Dużo patrzyłem na gwiazdy – powiedział później. – Przedtem długo ich nie oglądałem”17. Pewnej nocy zaskoczyło go dwóch robotników kolejowych, kiedy grzał się przy ognisku. Powiedział im, że polował nad rzeką i przemókł do nitki. Najwyraźniej mu uwierzyli i zostawili go w spokoju. Ale innej nocy zobaczył żołnierzy gwardii stanowej, którzy powoli jechali wiejską drogą równoległą do torów, i doszedł do wniosku, że są na jego tropie.

Jednak szóstego dnia zeszło z niego napięcie. Cały czas słuchał radia i z zaskoczeniem stwierdził, że w wiadomościach nie wspominano o jego ucieczce. Gdzieś po drodze znalazł pilnik albo inne odpowiednie narzędzie i próbował zetrzeć z radyjka swój więzienny numer.

Szóstej nocy zobaczył w oddali niewielki sklep, którego światła błyskały zapraszająco. Żeby nie wyglądać na włóczęgę, trochę się ogarnął i wszedł do środka. Kupił kanapki i piwo – pierwsze prawdziwe jedzenie od czasu, kiedy w więziennej kuchni napchał się jajkami.

Był głodny jak wilk, miał obolałe stopy i nerwy w strzępach po tygodniu uciekania w napięciu i prawie bez snu. Ale teraz, jedząc kanapki, mógł sobie pozwolić na uśmiech satysfakcji. W skrzyni nachleb! Musiał się tym ponapawać, pogratulować sobie klasycznego piękna tej akcji. Z Jeff City nie da się uciec – ciągle to słyszał i większość osadzonych w to wierzyła. W całej historii tej instytucji doszło tylko do trzech zarejestrowanych prób ucieczki – wszystkie udaremniono.

Za posępnymi szarymi obwałowaniami Jeff City spędził siedem lat, a w perspektywie miał kolejne osiemnaście. Zorganizował swoje więzienne życie wokół ucieczki – skupienie energii na tym celu pomagało mu przetrwać. Oszczędzał pieniądze i tkwił w cieniu narzuconej sobie anonimowości. Wypracował swoistą antytożsamość, żeby nikt go nie dostrzegał – i nie zauważył jego nieobecności.

Tego wieczoru 416-J zadzwonił do brata i ustalił miejsce spotkania18. Potem wskoczył do pociągu towarowego jadącego na wschód19. Koło kompleksu więziennego Jeff City przejechał zapewne z poczuciem niepokoju i zachwytu jednocześnie. Ileż to nerwowych nocy przeleżał bezsennie w swojej celi i słuchał gwizdania lokomotyw jadących po tych samych torach, po których teraz uciekał?

Kiedy więzienne mury przestały go otaczać, skierował umysł na inne zadania, bardziej skomplikowane i ambitniejsze projekty. Na razie jednak jechał do domu, w kierunku Saint Louis.

KSIĘGA PIERWSZA

W mieście królów

Kiedy podniosłem krzyż, zrozumiałem jego znaczenie…

Krzyż to jest coś, co dźwigasz i na czym w końcu umierasz.

Martin Luther King junior (1967)

1

Miasto białego złota

Na początku maja 1967 roku mieszkańcy Memphis stali na nadrzecznej promenadzie pięćset kilometrów w dół rzeki od Saint Louis i rozkoszowali się orzeźwiającym chłodem, który wiatr przywiewał znad wody. Siedemdziesiąt pięć tysięcy stosownie ubranych na tę okoliczność ludzi czekało o zmierzchu. Wywodzili się ze wszystkich tajnych organizacji: z Mistycznego Stowarzyszenia Memphi, Osiris, RaMet i ze Sphinx20. Przyszli członkowie wszystkich klubów – Chickasaw, uniwersyteckiego, kolonialnego, łowieckiego i polo, Memphis Country Club – i stowarzyszeń ogrodniczych. Porządne rodziny, stare rodziny, w najlepszych ubraniach od Jamesa Davisa i z butelkami burbona w rękach, zebrały się na inauguracji największej imprezy Południa.

Powierzchnia brązowej rzeki Missisipi, szeroka od wód roztopowych z północy, była zmarszczona rozmaitymi prądami i bystrzynami. W głównym korycie ku morzu pędziły całe drzewa. Półtora kilometra dalej, za rzeką, ciągnęła się równina zalewowa Arkansas, świat tropikalnych pcheł, aligatorów i węży mokasynów mieszkających w mulistych jeziorach starorzecza. Na długich łachach piasku dzikie świnie biegały pośród cmentarzy naniesionego przez rzekę drewna i zbutwiałych kikutów cyprysów.

Ale na suchych terenach za tymi dzikimi peryferiami rozciągały się setki kilometrów bawełny. Jak okiem sięgnąć – bawełna, w idealnie równych rzędach. Gossypium hirsutum. Białe złoto wydobywane na najżyźniejszej równinie aluwialnej świata.

Memphis zbudowano w miejscu, w którym hiszpański podróżnik Hernando de Soto w 1541 roku jako pierwszy Europejczyk zobaczył rzekę Missisipi21. Miasto założył dwieście siedemdziesiąt osiem lat później Andrew Jackson z grupą kolegów inwestorów, a nazwę zapożyczono od starożytnej stolicy Egiptu koło piramid w Gizie. Ale Memphis zaczęło się naprawdę rozwijać dopiero w połowie XIX wieku, kiedy postanowiono wyciąć gęste lasy liściaste nad rzeką, dzięki czemu na równinie zalewowej zwanej deltą Missisipi nareszcie można było uprawiać rolę. Kiedy kraj zmierzał w stronę wojny domowej, Memphis stało się stolicą regionu, który gorączkowo budował ostatni przyczółek południowego społeczeństwa plantatorów. Delta Missisipi późno weszła w bawełniany biznes, ale zrobiła to z wielkim rozmachem i fanatyczną desperacją wyznawcy osaczonej religii.

Bawełna rosła nad Nilem koło pierwotnego Memfis, ale współczesne Memphis tego wilgotnego wieczoru 10 maja 1967 roku przybyło nad rzekę oddać hołd tej roślinie. W Arkansas i sąsiednim Missisipi cenne pędy zaczęły już wychodzić spod ziemi, piloci samo­lotów szykowali się do rozpylania chemikaliów – jednym słowem, zbliżał się początek pradawnego cyklu. Mieszkańcy Memphis przyszli pobłogosławić kolejny sezon w prześwietnym królestwie bawełny.

Za chwilę miał się rozpocząć trzydziesty trzeci doroczny Karnawał Bawełny, odpowiedź Memphis na Mardi Gras. W programie festiwalu były degustacje, targi i bale charytatywne. W konkursie piękności miano wybrać najurodziwszą Maid of Cotton, Królową Bawełny. Wiele tysięcy ludzi miało odwiedzić gigantyczną salę recepcyjną i wziąć udział w paradach z pracowicie skonstruowanymi makietami – niektóre z nich tkano z bawełny i przedstawiano na nich nieistniejące już, ale niezapomniane Stare Południe i zdradziec­kość kwieciaka bawełnowca. Zaplanowano trwające cały tydzień imprezy na dachu Peabody. W hotelu tym swoją rezydencję miały kaczki krzyżówki, które od czasu do czasu wychodziły po czerwonym dywanie, żeby się popluskać w fontannie w foyer.

Pierwszego wieczoru odbywała się inauguracyjna parada – majestatyczne przybycie króla i królowej, siedzących na tronach w otoczeniu dworzan w wybitych cekinami strojach, na wielkiej rozmigotanej barce, która miała zawinąć do portu w Memphis tuż po zachodzie słońca. Celebrowano nie tylko bawełnę, lecz także ufundowany na niej szczególny osiadły tryb życia – życia wypełnionego polowaniami na synogarlice, pieczeniem świniaka i balami dla dziewcząt wprowadzanych do towarzystwa, życia arystokracji ziemskiej, którego relikty wciąż można było znaleźć na niektórych obszarach Memphis.

Bawełna, wszędzie bawełna. Operatorzy dźwigów podnoszących dziesiątki dwustukilowych bel bawełny zbudowali wielkie łuki rozpięte nad śródmiejskimi ulicami. Uczestników zachęcano do wkładania na siebie ubrań z bawełny i oczywiście się zastosowali: panie w sukniach z krynoliną, dandysi w garniturach z kory, dzieci w wykrochmalonych koszulach z tkaniny oksfordzkiej. Czekając na przybycie królewskiej barki, ludzie jedli watę cukrową[1].

W zgromadzonym nad rzeką tłumie znaleźli się przedstawiciele wszystkich warstw społecznych z bawełnianego świata delty Missisipi: faktorzy, sortowacze, operatorzy odziarniarek, pośrednicy handlowi, sprzedawcy nasion, właściciele plantacji, właściciele maszyn włókienniczych, członkowie zarządu giełdy bawełnianej, analitycy z Banku Związku Plantatorów, inżynierowie chemicy, którzy nauczyli się wykorzystywać oleje i tajemne związki chemiczne pozyskane z tej rośliny do wszelkich celów przemysłowych, jakie potrafiła wymyślić bogini Mamona.

Obecność bawełny, a także jej przeszłość, wyczuwało się na całej długości ocienionego nabrzeża. Za wiwatującymi tłumami, wysoko na porośniętej magnoliami skarpie zamieszkanej niegdyś przez Indian Czikasawów, rozciągał się park Konfederacki z wykonanym z brązu pomnikiem Jeffersona Davisa, który zamieszkał w Memphis po wojnie domowej. Kawałek od parku, przy Adams Avenue, znajdował się zarządzany przez Nathana Bedforda Forresta gigantyczny targ niewolników, uchodzący za największy na Południu i szczycący się „najlepszym wyselekcjonowanym asortymentem robotników rolnych, służby domowej i mechaników […] ze świeżymi dostawami zapewne młodych Murzynów”.

Równolegle do krawędzi skarpy przebiegała Front Street, główna arteria bawełniana22. W sortowniach na piętrze specjaliści o wyostrzonym spojrzeniu do tej pory sortowali próbki bawełny, posługując się wyłącznie intuicją – dzielili ją na kategorie o takich osobliwych nazwach jak „ścisła kiepska przeciętna” albo „ścisła dobra zwyczajna”. W tamtych czasach Memphis nadal należało do największych targów bawełnianych świata, nadal budowano i trwoniono tu wielkie fortuny. Wiele nazwisk otoczono legendą – Dunavant, Cook, Turley, Hohenberg, Allenberg okazali się mistrzami tego trochę hermetycznego zajęcia. W październiku, porze żniw, nad Front Street nadal wirowały tumany kłaków.

Bawełna, bawełna, bawełna. Miasto Memphis nigdy nie miało jej dosyć. Bawełna nadal była królem. I na zawsze miała nim pozostać.

Prawdę powiedziawszy, chociaż tej balangowej nocy w 1967 roku nikt nie chciał o tym rozmawiać, stary bawełniany świat w delcie Missisipi znalazł się w poważnych tarapatach. Życie na plantacjach zmieniało się nie do poznania. Coraz mocniejszą pozycję w bawełnianej monokulturze rolnej zdobywała soja. Garderoby Amerykanów podbijał poliester. Ogromne maszyny żniwne, a także nowe receptury pestycydów i herbicydów odesłały robotników rolnych z delty Missisipi do lamusa. Zepchnięci na margines przez chemikalia i maszyny czarni pracownicy plantacji masowo je opuszczali i przyjeżdżali z rodzinami do Memphis, najbliższego miasta, a jednocześnie jedynej większej amerykańskiej miejscowości nazwanej od afrykańskiej stolicy.

Niestety większość byłych robotników rolnych nie miała kwalifikacji, które mogłaby wykorzystać w mieście, bo z pewnością nie należały do nich poganianie mułów ani krojenie bawełny. Niektórym udawało się zarobić na utrzymanie graniem bluesa na Beale Street, głównej ulicy czarnego Memphis. Wielu pracowało jako służący, woźni, kelnerzy, ogrodnicy, kucharze, dokerzy. Niektórzy nie mieli wyboru i brali najpodlejszą pracę – zgłaszali się do wydziału robót publicznych i zostawali śmieciarzami.

Na plus mogli natomiast zaliczyć to, że przyjechali do miasta bogatego, tajemniczego i zwichrowanego. Memphis, liczące sześćset tysięcy mieszkańców miasto wciśnięte w południowo-zachodni narożnik Tennessee, zawsze cechowała odrobina szaleństwa, ale również sympatyczne, choć czasem obrazoburcze, poczucie humoru. Słynęło z nietuzinkowych postaci i na poły obłąkanych geniuszy: zapaśników, kapitanów statków rzecznych, wynalazców, hazardzistów, handlarzy olejem wężowym, muzyków naszprycowanych jakimś dziwnym rodzimym specyfikiem, którego obecność się wyczuwało, ale nie sposób było to udowodnić. Od stu pięćdziesięciu lat na brukowane kocimi łbami nabrzeża wylewały się cały ból i patos rzeki. W 1878 roku epidemia żółtej febry o mało nie wybiła wszystkich mieszkańców, ale metropolia nad amerykańskim Nilem wróciła do zdrowia, jeszcze bardziej szalona i dziwna, stawiająca sobie jeszcze zuchwalsze cele23. Jak powiada autor pewnego znanego cytatu, Memphis „zbudowano na blefie[2], a później zarządzano nim zgodnie z tą samą zasadą”24.

Memphis od samego początku funkcjonowało na styku dwóch ras. Pierwszy burmistrz Marcus Brutus Winchester wywołał niemały skandal, ponieważ zakochał się w „kolorowej kobiecie” i ostatecznie ją poślubił. Jedna z najbardziej fascynujących mieszkanek miasta pod koniec lat dwudziestych XIX wieku, urodzona w Szkocji utopistka Fanny Wright, założyła eksperymentalną komunę niewolników, których chciała wykształcić i którym chciała przyznać pełne prawa obywatelskie25. Kilka pokoleń później Memphis dało światu Idę B. Wells, jedną z pierwszych siłaczek ruchu praw obywatelskich, niezwykle odważną kobietę, która w ostatniej dekadzie XIX stulecia wielokrotnie narażała życie, głośno protestując przeciw­ko samosądom26. Inna ciekawa postać to zagadkowy pan Forrest, który podczas wojny domowej porzucił swój targ niewolników i chwycił za miecz, dołączając do grona najwybitniejszych generałów w dziejach Ameryki. Po wojnie wrócił do Memphis, gdzie przez jakiś czas sprawował urząd wielkiego czarnoksiężnika Ku Klux Klanu, a potem najwyraźniej spłynęło na niego objawienie – wyrzekł się tej organizacji i na krótko przed śmiercią nawoływał do pojednania rasowego27.

Największym darem i szczególnym genius loci miasta była jednak muzyka: blues Beale Street W. C. Handy’ego, soul wytwórni Stax Records i pewna międzyrasowa mikstura dźwiękowa, którą kiepsko wykształcony wirtuoz Sam Phillips upichcił w maleńkim studio przy Union Avenue, mniej niż sto metrów od miejsca pochówku Forresta. Kwintesencją muzyki z Memphis było płodne połączenie czarnego i białego. Elvis Presley, zachęcany i mobilizowany przez Phillipsa, znalazł sposób na przekształcenie surowego brzmienia Beale Street w coś, co znalazło oddźwięk na całym świecie. Białe i czarne gwiazdy, które przeszły przez studia i nocne kluby Memphis, były równie liczne, jak legendarne: nie tylko Elvis, lecz także Rufus Thomas, Johnny Cash, B. B. King, Albert King, Carl Perkins, Ike Turner, Jerry Lee Lewis, Carla Thomas, Isaac Hayes, Roy Orbison, Muddy Waters, Howlin’ Wolf, Otis Redding, John Lee ­Hooker, Memphis Minnie, Memphis Slim. Enigmatyczny Robert Johnson, bodaj najwybitniejszy bluesman z delty Missisipi, w Memphis i okolicy spędził większość swojego krótkiego i tragicznego życia. Można się pokusić o tezę, że muzyczny ferment w Memphis bardziej przyczynił się do integracji rasowej Ameryki niż sto ustaw.

W jakimś sensie podstawą tego fermentu była bawełna, bo to ona zrodziła Memphis. Zbudowała miasto, dzięki któremu blues wypłynął na szerokie wody. Nie da się jednak ukryć, że większość czarnych mieszkańców Memphis skończyła z bawełną i nienawidziła prawie wszystkiego, co wiązało się z tym kosmatym, kolczastym krzewem, który ich tak długo niewolił. Tego majowego wieczoru 1967 roku nad rzeką z pewnością nie było zbyt wielu czarnych oczekujących na przybycie królewskiej szkuty.

Niebo nad Arkansas oblało się głęboką czerwienią, a potem zniknęło w ciemnościach. Można było odnieść wrażenie, że słońce dosłownie zakopało się w polu bawełny. Orkiestra grała Vivaldiego, a niebo trzaskało fajerwerkami.

Potem z pomostu wyłonił się olśniewający okręt, z podziwem oglądany przez tłumy. Najpierw buchnęło jasne światło i nad taflą wody przemknęła muślinowa zjawa. Dopiero kiedy szkuta znalazła się bliżej przystani, można było dostrzec zachwycające detale. Barka miała rozmiary boiska futbolowego, a nad tą rozmigotaną konstrukcją wisiała gigantyczna torebka nasienna bawełny w stylu art déco. W dekoracje wpleciono motywy egipskie: piramidy, sfinksy, hieroglify – Stare Południe spotkało się z krainą faraonów.

Wysoko w okazałej torebce nasiennej siedzieli na tronach król Joseph i królowa Blanche, monarchowie w 1967 roku, w koronach na głowach i z berłami w rękach. Jak zawsze, wybrano ich w tajemnicy, w ramach jakiejś sekretnej procedury znanej tylko Mistycznemu Stowarzyszeniu Memphi. Jak zawsze, król był starszym mężczyzną, potentatem biznesowym, a królowa gibkim ucieleśnieniem południowej kobiecej urody, dziewczyną w wieku studenckim i z założenia dziewicą. Byli oślepiająco biali, mieli na sobie oślepiająco białe stroje i siedzieli wysoko w swojej majestatycznej sali tronowej. Zgodnym gestem unieśli odziane w rękawiczki dłonie i zakreślili nimi w powietrzu niewielkie falki, tak jakby chcieli powiedzieć: „Oto jesteśmy!… Oto wy jesteście!… Oto wszyscy jesteśmy!”.

Królewska świta składała się z ponad stu osób, stojących na szkucie jak uczestnicy hucznego wesela. Byli wśród nich księżniczki, hrabiowie, paziowie i osoby do towarzystwa we frakach. Były dygające z wyćwiczoną sztucznością młode dziewczyny, które troszczyły się o tren sukni Jej Wysokości. Były chrząszcze ryjkowce, zielone błazny w maskach, których tożsamości nikt nie znał28. Przy jednej burcie królewskiej szkuty stały damy królestwa – piękności miast plantacyjnych delty Missisipi. Przy drugiej burcie stały dwórki – piękności samego Memphis, panny na wydaniu z dobrych rodzin.

Na pokładzie szkuty dwór wykonywał starannie wyreżyserowany balet. Wszyscy się uśmiechali, kłaniali, machali.

– Nie podskakujcie – ostrzegł żartobliwie król – bo każę was wszystkich skrócić o głowę.

Kiedy wezbrały muzyczne fanfary, król Joseph i królowa ­Blanche­ powstali i się pokłonili. Wzdłuż całej skarpy z gardzieli siedem­dziesięciu pięciu tysięcy lojalnych poddanych dobyły się ogłuszające wiwaty: „Niech żyje król Bawełna i jego królowa!”.

Potem, w wirze świateł, dwór zszedł ze sceny, a następnie ze szkuty i pod strażą młodych mężczyzn w mundurach konfederackich pułkowników stąpał po starym bruku. Jak kaczki z hotelu Pea­body dworzanie paradnym krokiem zdążali po długim czerwonym dywanie do konwoju kabrioletów marki Cadillac, którymi rozwieziono ich na pierwsze bale w sezonie.

2

Postawić wszystko na jedną kartę

Sześć miesięcy później, w listopadzie 1967 roku, Martin Luther King junior znalazł się w miejscowości Frogmore, w bagnistym regionie Karoliny Południowej niedaleko Hilton Head, gdzie jego organizacja obrony praw człowieka Southern Christian Leadership Conference (Konferencja Chrześcijańskiego Przywództwa Południa, dalej SCLC) zorganizowała swój doroczny zjazd. King postanowił wykorzystać tę okoliczność do ogłoszenia odważnego nowego kierunku programowego SCLC. W obecności prawie stu sztabowców, członków zarządu i wolontariuszy miał przedstawić ambitny plan zmiany sposobu działania organizacji. Była to kontrowersyjna, radykalna, rewolucyjna wizja.

King postanowił, że wiosną następnego roku – 1968 – ponownie pojedzie do National Mall, miejsca, z którego wygłosił swoje słynne przemówienie „Miałem sen”. Tym razem jednak wyobraził sobie coś znacznie bardziej konfrontacyjnego niż popołudnie podniosłych deklaracji. Zamierzał przyprowadzić ze sobą armię biednych ludzi z całego kraju – nie tylko Afroamerykanów, lecz także nędzarzy z różnych plemion indiańskich, białych z Appalachów, Latynosów, Portorykańczyków, Eskimosów, mieszkańców amery­kańskich wysp na Oceanie Spokojnym. Mieli tygodniami obozować na terenie Mall, mieszkać w ogromnym prowizorycznym miasteczku u stóp pomników. Mieli sparaliżować miasto, zakorkować ruch, codziennie urządzać okupacje budynków rządowych, mieli zająć stolicę kraju i pozostać tam do czasu, aż ich żądania zostaną spełnione. Miał to być akt nieposłuszeństwa obywatelskiego na bezprecedensową skalę. King znał tylko jedno porównywalne wydarzenie: akcję Bonus Marchers[3], weteranów I wojny światowej, którzy latem 1932 roku wkroczyli do Waszyngtonu i zażądali obiecanych im świadczeń.

King od lat zmierzał w tym kierunku, ale plan ten ostatecznie wykrystalizował się w lecie 1967 roku, po tragicznych w skutkach zamieszkach w Detroit i Newark, które wzbudziły w nim przekonanie, że Ameryka – jej struktury, jej praktyki, jej zasadnicza idea – jest w poważnych tarapatach. „Przez wiele lat – powiedział – pracowałem nad reformą istniejących instytucji społecznych: trochę zmian tutaj, trochę zmian tam. Teraz podchodzę do tego zupełnie inaczej. Uważam, że musimy przebudować całe społeczeństwo, musimy doprowadzić do rewolucji wartości”29.

W jego opinii Ameryka była społeczeństwem potrzebującym „radykalnej operacji chirurgicznej moralności”. Stała się arogancka, egoistyczna, bardziej zainteresowana rzeczami niż ludźmi. Waszyngton kontynuował katastrofalną wojnę w Azji Południowo­-Wschodniej, a jednocześnie uprawiał zimnowojenną politykę, która zdawała się prowadzić świat ku zagładzie jądrowej. „Mój własny rząd stał się największym siewcą przemocy w dzisiejszym świecie”30.

King stwierdził, że masowe zamieszki są objawem rozleglejszej choroby republiki. Rząd, zaprzątnięty Wietnamem, wyścigiem w kosmosie i innymi kosztownymi projektami wojskowo-przemysłowymi, nie chciał się zmierzyć z problemem fatalnych warunków panujących w gettach Ameryki. King uważał, że ten brak empatii jest krótkowzroczny, ponieważ jeżeli nie zrobi się czegoś natychmiast, następnego lata wybuchną znacznie bardziej destrukcyjne zamieszki. Autentycznie się obawiał, że Ameryka może się pogrążyć w wojnie rasowej, która ostatecznie doprowadzi do przejęcia władzy przez skrajną prawicę i budowy quasi-faszystowskiego państwa policyjnego.

Przekonywał, że niektóre spośród fundamentalnych problemów wiążą się z samym kapitalizmem. Kinga od lat oskarżano o to, że jest utajonym komunistą, co było wierutną bzdurą, ale rzeczywiście od kilku lat grawitował ku jakiejś formie socjaldemokracji podobnej do skandynawskiej (koncepcję tę zainspirowała między innymi jego wizyta w Szwecji i Norwegii, gdzie w 1964 roku odebrał Pokojową Nagrodę Nobla). „Dobre i sprawiedliwe społeczeństwo – powiedział – nie jest ani tezą kapitalizmu, ani antytezą komunizmu, lecz społecznie wrażliwą demokracją, która godzi ze sobą prawdy indywidualizmu i kolektywizmu”31.

Koncepcja najazdu biednych ludzi na Waszyngton wyrosła z wielomiesięcznych przemyśleń i pobytu w kamienicy czynszowej w jednym z najgorszych slumsów Chicago, gdzie spędził lato. Przez cały ten czas zastanawiał się nad kwestią biedy – jej korzeni, skutków i możliwych rozwiązań problemu. Nową kampanię traktował jako alternatywę dla zamieszek, ostatnią szansę na pokojowe rozstrzygnięcie. Jego armia biednych ludzi miała zażądać, żeby rząd zainicjował coś w rodzaju planu Marshalla do walki z biedą w Ameryce – programy tworzenia miejsc pracy, reformę służby zdrowia, stworzenie lepszych szkół, gwarantowany dochód minimalny dla każdego obywatela.

Zdawał sobie sprawę, że jest to znacznie bardziej radykalne od wszystkiego, co do tej pory proponował. Taką koncepcję zawsze byłoby trudno sprzedać, ale podczas wojny zadanie wydawało się prawie niewykonalne. Miał świadomość, że jego projektowi brakuje logistycznej i moralnej klarowności z dawnych czasów ruchu praw obywatelskich, kiedy zło wydawało się tak oczywiste, a naród był podatny na płomienną retorykę Kinga. Zamiast domagać się czegoś już zagwarantowanego w konstytucji, King żądał, żeby jego kraj sięgnął głęboko do kieszeni i rozwiązał jeden z najtrudniejszych problemów od zawsze trapiących ludzkość. „Likwidacja barier rasowych w lokalach gastronomicznych nie kosztowała kraju ani centa – powiedział. – Zagwarantowanie prawa do głosu nie kosztowało kraju ani centa. Teraz jednak mamy do czynienia z kwestiami, których nie da się załatwić bez wydania miliardów dolarów, bez radykalnej redystrybucji władzy ekonomicznej”32.

King nalegał jednak, aby SCLC przystąpiła do tej kampanii, tej pokojowej okupacji na ogromną skalę. „Jestem na to totalnie napalony – powiedział swoim ludziom we Frogmore. – Tym razem musimy postawić wszystko na jedną kartę”33.

Większość sztabowców Kinga była jednak znacznie mniej „napalona”. Kampania Biednych Ludzi pachniała im donkiszoterią – co gorsza, uważali, że pomysł ten odzwierciedla zaburzony stan umysłu ich przywódcy.

Jesienią 1967 roku Martin Luther King był wyczerpany psychicznie. Ten trzydziestoośmiolatek od dwunastu lat bez chwili wytchnienia walczył o prawa obywatelskie. Jego życie nie należało do niego. Napięty do granic możliwości grafik, praca do późna w nocy i nieustanne podróże – jego sztabowcy nazywali to „wojną ze snem” – zrobiły swoje. Za dużo palił i pił, przybierał na wadze, zażywał tabletki nasenne, które nie skutkowały. Prawie codziennie grożono mu śmiercią. Jego małżeństwo się rozpadało. W wyniku krytyki wojny wietnamskiej stracił prawie wszystkich najważniejszych sojuszników w Waszyngtonie. Coraz więcej osób traktowało go jako niegdyś wybitnego przywódcę, którego czas minął.

Z całą pewnością nie był już mile widziany w Białym Domu. Martin Luther King i Lyndon Johnson razem tworzyli historię – wspólnymi siłami przeforsowali przełomową ustawę o prawach obywatelskich z 1964 roku i ustawę o prawie wyborczym z 1965 roku – ale teraz Johnson nie chciał nawet rozmawiać z Kingiem. Prezydent widział w nim zdrajcę, zdarzyło mu się nazwać go „tym czarnuchem kaznodzieją”.

Chociaż King nadal cieszył się powszechnym szacunkiem, jego pozycja się pogorszyła, nawet wśród swoich. W 1967 roku po raz pierwszy od dekady nie trafił do pierwszej dziesiątki „najpopularniejszych Amerykanów” w sondażu Gallupa. Jego baza poparcia od kilku lat powoli się wykruszała. W 1965 roku, kiedy pojawił się w Los Angeles podczas zamieszek w dzielnicy Watts, czarni go wygwizdali. Jego wizja pokojowych protestów znajdowała w gettach coraz mniej zwolenników. Wielu młodych ludzi nazywało go „Lordzik” i traktowało jako kaznodzieję z Południa, sztywniaka, który stracił kontakt z rzeczywistością. Ruch Black Power, pod wodzą młodych radykałów takich jak Stokely Carmichael i H. Rap Brown, rósł w siłę. King znalazł się między młotem a kowadłem.

Chodziło mu po głowie, żeby porzucić ruch praw obywatelskich. Po co się dalej męczyć? Dosyć już zrobił i wycierpiał. Od 1955 roku, kiedy niechętnie zgodził się zostać rzecznikiem bojkotu autobusów w Montgomery, historia złapała go w sidła i nie chciała puścić. Jego odwaga była zdumiewająca. Osiemnaście razy trafił do więzienia. Jego dom obrzucano koktajlami Mołotowa. Obłąkana Murzynka dźgnęła go nożem, jakiś nazista uderzył go w twarz, raz dostał kamieniem w głowę. Brał udział w marszach w całym kraju, mając przeciwko sobie gaz łzawiący, psy policyjne, paralizatory i armatki wodne. Nie sposób zliczyć, ile razy spalono jego podobizny. Jakby tego wszystkiego było mało, bez przerwy deptało mu po piętach FBI, obserwowało go i podsłuchiwało.

Czasami marzył o prostszym życiu jako pastor, pracownik akademicki czy pisarz. Zdarzało mu się mówić, że chętnie złożyłby śluby ubóstwa, rozdał swój skąpy majątek i spędził rok za granicą. Sam wiedział, że powinien przynajmniej wziąć krótki urlop, na jakiś czas rozstać się ze swoim ruchem i pozbierać myśli34. „Mam dosyć tego ciągłego podróżowania, do którego jestem zmuszony – powiedział do swoich wiernych w Atlancie. – Wykańczam się i rujnuję sobie zdrowie. Jestem zmęczony”35. Żyjąc w nieustannym zagrożeniu śmiercią, „od czasu do czasu czuję się zniechęcony i mam wrażenie, że moja praca zdaje się na nic. Ale potem Duch Święty odradza moją duszę”36.

Sprawy zaszły jednak tak daleko, że King nie był w stanie się z tego wszystkiego wyplątać. Ruch praw obywatelskich stał się jego życiem. King nie miał innego wyboru, jak tylko zacząć następny logiczny etap walki.

Doszedł do wniosku, że podstawowa kwestia została przesunięta ze sfery czysto rasowej do sfery ekonomicznej. Porównał położenie czarnych do sytuacji więźnia, który po wielu latach odsiadki został wypuszczony na wolność, ponieważ okazało się, że fałszywie go oskarżono. „Idź, jesteś wolny”, mówi naczelnik więzienia. Ale więzień nie ma żadnych kwalifikacji, żadnych perspektyw, a naczelnik więzienia nie pomyślał nawet o tym, żeby dać mu pieniądze na autobus do miasta.

Kampania Biednych Ludzi miała więc podjąć kwestię długiego cienia niewolnictwa, cienia ekonomicznego. Mimo oporów sztabu King przeforsował swój pomysł. SCLC zamierzała poświęcić następne kilka miesięcy na zorganizowanie wielkiej kampanii.

King powrócił do Atlanty podbudowany podjętą we Frogmore decyzją. 4 grudnia wystąpił na konferencji prasowej. „Wiosną następnego roku SCLC poprowadzi fale biednych i wydziedziczonych Amerykanów do Waszyngtonu – zakomunikował nieco skonsternowanym mediom ogólnokrajowym. – Nie wiemy, co się wydarzy. Mogą próbować nas przegonić. Jak pamiętacie, zrobili tak przed laty z Bonus Marchers”37.

King nie ukrywał, że jego plan jest ryzykowny, ale niepodjęcie żadnych działań, jak ogłosił, „[…] byłoby moralną nieodpowiedzialnością. Kiedy poszliśmy do Birmingham, mówiono nam, że Kongres nie ustąpi. To samo nam mówiono, kiedy poszliśmy do Selmy. Nasze doświadczenia pokazały, że potulne domaganie się sprawiedliwości nie rozwiąże problemu. Musimy przystąpić do zmasowanej konfrontacji ze strukturami władzy”38.

King rwał się do największego przedsięwzięcia w całym swoim życiu. „Jest to rodzaj ostatniej rozpaczliwej prośby do narodu, żeby w końcu zareagował na pokojowe protesty”39.

3

Miesiąc iguany

Na pustej plaży pod Puerto Vallarta, mając w uszach szelest liści palm Colimy, Eric Galt wycelował obiektyw w leżącą na piasku młodą Meksykankę40. Majstrując przy nowym aparacie Polaroid 220 Land, próbował tak ustawić światło i kadr, żeby wyszło mu zdjęcie podobne do tych, które oglądał w sprośnych pisemkach.

Był ciepły tropikalny dzień w listopadzie 1967 roku. Przez wizjer widział toczące się fale Pacyfiku. Wydmy za jego plecami wspinały się stromo ku dżungli orchidei i bromelii, w tym zielonym baldachimie roiło się od papug.

Pora monsunowa dobiegła końca i powietrze było tak przejrzyste, że Galt mógł dostrzec Bahía de Banderas, drugą co do wielkości zatokę Ameryki Północnej, dosięgał wzrokiem aż po zarośnięty cypel Punta de Mita daleko na północy. Na tym krętym odcinku wybrzeża rozciągały się dziesiątki takich trudno dostępnych plaż, do niektórych z nich dało się dotrzeć tylko wodą – w tych ukrytych miejscach turyści mogli spędzić cały dzień, smażąc się w słońcu jak dziki Kaliban.

Plaża, którą znalazł Galt, znajdowała się w tak odludnym miejscu, że jego modelka, miejscowa dziewczyna Manuela Medrano, nie miała powodów do skrępowania. Nie licząc wszechobecnych pangas rybackich, które chybotały w oddali, fotograf i uwieczniany przez niego obiekt mieli całe to miejsce dla siebie.

W pewnym momencie Galt powiedział Manueli, żeby usiadła za kierownicą jego mustanga, oparła stopy o deskę rozdzielczą i podciągnęła spódnicę. Zachichotała i uśmiechnęła się, ale ochoczo wykonała polecenie. Galt zaczął ją fotografować pod różnymi kątami. Taki ekshibicjonizm nie był dla niej niczym nadzwyczajnym. Chociaż miała dopiero dwadzieścia trzy lata, od dawna pracowała w burdelu Casa Susana – największym w Puerto Vallarta – i należała do największych atrakcji tego przybytku.

Galt jeszcze trochę pomajstrował przy aparacie i poinstruował Manuelę, jak ma się ustawić. Robił zdjęcie, wyjmował naświetloną błonę i patrzył na wyłaniający się obraz.

Blady, nerwowy i chudy mężczyzna pod czterdziestkę nie znał się na sztuce ani fotografii, ale był gorliwym uczniem. Od jakiegoś czasu zastanawiał się nad wejściem w biznes pornograficzny – filmy i pisemka ze zdjęciami. Był to jeden z kilku pomysłów, które chodziły mu po głowie. Wyobrażał sobie, że będzie kiedyś zarządzał stajnią talentów i dysponował koneksjami w przemyśle wydawniczym, dystrybucji i organach ścigania, żeby nie mieć problemów z wymiarem sprawiedliwości. Był ambitny i gotowy do ciężkiej pracy. Wiedział, że jeżeli ma być liczącym się graczem, najpierw musi opanować swój nowy sprzęt.

Z katalogu wysyłkowego zamówił niedawno kamerę Kodak Super 8, projektor Kodak Dual i maszynę do montażu, sześciometrowy kabel do zdalnego obsługiwania kamery i rozmaite akcesoria41. Rozglądał się również za projektorem dźwięku i nagrywarką do kopiowania filmów, które miał nadzieję robić. Czytał czasopismo „Modern Photography”, zdobył też podręczniki i gadżety erotyczne. Przeglądał sprośne czasopisma, żeby się dowiedzieć, jakie foto­grafie dobrze się sprzedają, i zauważył, że wydawcy szczególnie lubią zdjęcia zrobione w egzotycznej zagranicznej scenerii, na przykład na odludnych plażach w tropikach.

Ale kiedy obejrzał swoje polaroidy z Manuelą, był na siebie zły. Zdjęcia go nie porywały, były nijakie i nieciekawe. Może zaczął się obawiać, że nie ma talentu fotograficznego. Manuela zauważyła frustrację na jego twarzy. Wyraźnie wzburzony podarł wszystkie polaroidy42.

Eric Starvo Galt przyjechał do Puerto Vallarta drogą krajową 200 trzy tygodnie wcześniej. Tego popołudnia w czwartek 19 października zameldował się w hotelu Rio na końcu brukowanej kocimi łbami głównej ulicy, przecznicę od plaży. Hotel nie był luksusowy, ale przyzwoity, ze ścianami z białego stiuku, żeliwnymi balustradami i dachem krytym hiszpańską dachówką43. Po cztery dolary za noc wynajął pokój na pierwszym piętrze, z widokiem na rzekę Cuale, gdzie rybacy rozciągali sieci w słonawej wodzie, a potem smażyli złapane ryby w cieniu kauczukowców, które porastały pachnące piżmem brzegi.

Kierownictwo hotelu nie wiedziało, co ma sądzić o tajemniczym nowym gościu. Galt był nerwowym gringo, który chodził z daszkiem na głowie i mówił bardzo niewyraźnie. Przyjechał fordem mustangiem kabrioletem z 1966 roku, który miał zachlapane opony z białymi bokami i tablice rejestracyjne z Alabamy. Galt powiedział recepcjoniście, że jest „asystentem wydawcy”44, ale innym spotykanym w miasteczku ludziom przedstawiał się jako pisarz na urlopie. W swoim pokoju miał maszynę do pisania i czasem do późna w nocy stukał w klawisze, jednocześnie słuchając tranzystorowego radyjka.

Okolice Puerto Vallarta wydały się Galtowi „idylliczne”, a miasteczko tak bardzo przypadło mu do gustu, że rozważał zamieszkanie tam na stałe45. Przed przyjazdem większość 1967 roku spędził w ruchu: w Saint Louis, Chicago, Toronto, Montrealu, a potem Birmingham w stanie Alabama. Na kilka dni zatrzymał się w Acapulco, ale czuł się tam fatalnie – nie podobały mu się zbyt gęsta zabudowa i tłum turystów, a poza tym „wszyscy chcieli tylko pieniędzy, pieniędzy, pieniędzy”46. Tymczasem Puerto Vallarta wciąż było prawie nieskażonym cywilizacją rajem – ocean z cieplutką wodą, zachody słońca w kolorze czerwonego grejpfruta, dzikie laguny przemierzane przez krokodyle. Po niebie śmigały fregaty i pelikany, a w zatoce widywało się czasem gejzery wystrzeliwane przez humbaki, które przypływały tutaj, żeby się rozmnażać w ciepłych wodach. Strome wzgórza były upstrzone motylami, a tysiąc kogutów każdego ranka ogłaszało nadejście kolejnego dnia. Ludzie zamieszkujący okolicę sprawiali wrażenie biednych, ale szczęśliwych, spędzali życie poza domem, jedli poza domem, a nocowali na dachach pod gwiazdami. Obyczaje były bardzo swobodne, zwłaszcza w kwestii ubioru, którego zasady dobrze podsumowywało lokalne powiedzenie: „Mężczyźni mają chodzić w spodniach, a kobiety mają pięknie wyglądać”.

Niedługo po przyjeździe do Puerto Vallarta Galt zaczął regularnie odwiedzać miejscowy burdel. W tym wyjątkowo tanim przybytku klient wchodził po drabinie do któregoś z ustawionych jeden na drugim boksów, gdzie czekała na niego prostytutka – wskakiwał do jednego z tych pudełek na szybki numerek za kilka peso. Przez cienkie jak papier ściany przenikały jęki innych usługo­biorców, tworząc swoiste erotyczne sprzężenie zwrotne: każda hałaśliwa para słyszała wszystkie inne hałaśliwe pary, co składało się na kako­fonię, która bardzo podniecała Galta47.

Później zaczął uczęszczać do trochę bardziej ekskluzywnego Casa Susana w recepcji na dole, która służyła również za bar i kantynę, gdzie kurwy siedziały na metalowych krzesłach pod brudnymi ścianami48. Małe półprzezroczyste jaszczurki przywierały do sufitu i skrzeczały w cieniu między posiłkami złożonymi z komarów. Szeroko uśmiechnięty barman z fatalnym uzębieniem nie szczędził gorzałki, a klienci siedzieli wokół stolików albo tańczyli do broadwayowskich kawałków ze zdezelowanej szafy grającej.

Prowincjonalna, trochę zapyziała Casa Susana ze swobodną atmosferą była czymś w rodzaju miejscowego domu kultury. Wielu mieszkańców przychodziło tutaj tylko dla widowiska. Zdarzało się, że po pomieszczeniach na dole truchtały kwiczące dzieci, a nawet kwiczące świnie. Manuela Aguirre Medrano z jakiegoś powodu wpadła w oko Galtowi. Była trochę przy kości, ale młoda, z szerokim uśmiechem i rozmarzonymi oczami w kolorze ciemnoczekoladowym. Przedstawiła się mu jako Irma – jak się okazało, był to jej pseudonim zawodowy zaczerpnięty z komedii Billy’ego Wildera Słodka Irma, w której Shirley MacLaine gra chodzącą w siatkowych pończochach paryską prostytutkę cieszącą się dużym wzięciem.

Galt zabrał Manuelę na górę i zaspokoił się za równowartość mniej więcej ośmiu dolarów. Kilka dni później znowu przyszedł i również poprosił o Manuelę. Z czasem się zaprzyjaźnili. Galt siedział z nią przez cały wieczór przy stoliku w kantynie Casa Susana, pijąc wódkę z sokiem pomarańczowym. Manuela prawie nie mówiła po angielsku, a on po hiszpańsku, więc porozumiewali się za pomocą uniwersalnych gestów i zakłopotanych uśmiechów.

Czasami Galt przyjeżdżał po nią w ciągu dnia i woził ją po Puerto­ Vallarta swoim mustangiem, driftując po błotnistych drogach. Dziewczyna, wychowana w miasteczku z kilkoma starymi dryndami i rzężącymi gruchotami, miasteczku, w którym większość mężczyzn jeździła na osłach, nigdy nie widziała takiego luksusowego samochodu, a tym bardziej takim nie jechała, więc kiedy Galt paradował z nią po ciudad, czuła się jak królowa.

Kilka razy pojechali na oddaloną o dwadzieścia kilometrów plażę w Mismaloi, gdzie cztery lata wcześniej John Huston sfilmował Noc iguany. Eric i Manuela lubili pić piwo pod palmą w zacisznym wąwozie niedaleko planu Iguany, który do tej pory niewiele się zmienił. W rozciągającej się przed nimi wielkiej zatoce czasem widywali delfiny figlujące wokół skalistych wysepek z licznymi jaskiniami, zwanych Los Arcos.

W filmie Hustona – „Jeden mężczyzna… trzy kobiety… jedna noc”, jak można było przeczytać na plakatach – Richard Burton grał suspendowanego księdza, a Ava Gardner rozerotyzowaną właścicielkę taniego nadmorskiego hotelu podobnego do tego, w którym zatrzymał się Galt. Podczas kręcenia filmu do Puerto Vallarta ściągnęły dziesiątki paparazzich, żeby obfotografować wybuchową mieszankę wielkich osobowości, obejmującą między innymi dramatopisarza Tennessee Williamsa (scenariusz filmu był oparty na jego sztuce), ale światowe media były zainteresowane przede wszystkim burzliwym romansem Elizabeth Taylor i Burtona. Mimo że oboje byli w związkach małżeńskich, Burton zaprosił Taylor do Puerto Vallarta, żeby mu towarzyszyła podczas pracy nad filmem. Wynajął jej dom naprzeciwko swojego i zbudował „mostek miłosny” łączący dwie rezydencje.

Romans wywołał tak wielki międzynarodowy skandal, że głos zabrali nawet przedstawiciele Watykanu, oskarżając Taylor o „erotyczne włóczęgostwo”. Sukces kasowy Iguany w połączeniu z kolportowanymi przez prasę zakulisowymi informacjami ugruntowały reputację Puerto Vallarta jako przybytku rozwiązłości i dramatycznych intryg – uruchamiając pierwszą falę gringo. W 1966 roku w Puerto Vallarta ukrywał się pisarz Ken Kesey, który uciekał przed FBI, ścigającym go za narkotykowe ekscesy. Teraz, rok później, do tego exodusu dołączył Eric Galt. O Puerto Vallarta dowiedział się z jednego z licznych artykułów na temat kręcenia filmu przez Hustona. Podczas prawie miesięcznego pobytu w Meksyku żył jak typowy Amerykanin w tropikach, to znaczy leniuchował i się łajdaczył. W przerwach między alkoholowo-erotycznymi sesjami udawał pisarza, dziennikarza, fotografa, reżysera filmowego; swoją tożsamość budował z rozmaitych informacji, które przeczytał albo usłyszał.

Tak jak z góry skazana na zgubę iguana, Galt sprawiał wrażenie człowieka, który znalazł się w ślepej uliczce. Manueli wydawał się dziwny. Uskarżał się na bóle głowy, bóle żołądka i inne dolegliwości. Był zamknięty w sobie, rozkojarzony, wiecznie zmęczony49. Rzadko dawał napiwki i nigdy się nie śmiał50. Żył w paranoicznym strachu przed policją, ciągle oglądał się przez ramię. Pod siedzeniem samochodu woził naładowany rewolwer Liberty Chief .38 z krótką lufą, który nazywał swoim „uspokajaczem”51. Twierdził, że odsłużył dwadzieścia lat w amerykańskiej armii. Od czasu do czasu jeździł do okolicznych wiosek, najprawdopodobniej po marihuanę52.

Jak na częstego klienta niehigienicznych burdeli zaskakująco starannie się ubierał i prowadził regularny tryb życia. Prawie codziennie jadł obiad w tym samym lokalu Discotheque Café i zawsze zamawiał to samo: hamburgera i pepsi. Bardzo chciał się nauczyć hiszpańskiego, wszędzie nosił ze sobą rozmówki ­angielsko-hiszpańskie. Z nie mniejszym zapałem uczył się kroków meksykańskich tańców. Za instruktorkę służyła mu Manuela, ale okazało się, że Eric ma drewniane nogi53.

Manuela musiała jednak przyznać, że przy wszystkich swoich dziwactwach Galt był dla niej miły. Razem spacerowali po Malecón, chłonąc barwne uliczne życie: słuchali ciekawostek związanych ze Świętem Zmarłych, jedli mango na patyku, oglądali zrobione z paciorków figurki znanych z zamiłowania do pejotlu Indian Huichol, którzy mieszkali w Sierra Madre. Kilka razy, gdy Galt się upił, prosił Manuelę o rękę (uprzejmie odmawiała). Zdarzyło się nawet, że pojechał obejrzeć dom wystawiony na sprzedaż – właściciel tej nieruchomości zaproponował zamianę jej na mustanga Galta. „Poważnie się zastanawiałem nad tą transakcją – powiedział później Galt. – Meksyk to kraj nieskażonej natury. Tak bardzo polubiłem Puerto Vallarta, że myślałem o tym, by zbudować sobie jakąś chałupkę i przejść na emeryturę”54.

Pewnego wieczoru w Casa Susana Manuela Medrano zobaczyła inne oblicze Erica Galta, co dało jej do myślenia. Wszedł do kantyny o dziewiątej – w poniedziałek – i jak zawsze usiadł przy stoliku koło Manueli. Pili i słuchali szafy grającej, ale kilka stolików dalej sześciu Amerykanów, którzy parę godzin wcześniej zeszli z jachtu, strasznie hałasowało. Dwóch było białych, czterech czarnych.

Jeden z Afroamerykanów, pijany, potknął się, przechodząc koło stolika Galta i Manueli, prawdopodobnie w drodze do łazienki, i odruchowo złapał Manuelę za ramię, żeby się nie wywrócić. Galt nagle stężał, pochylił się do dziewczyny i powiedział coś na temat „czarnuchów”. Nigdy wcześniej nie widziała go tak wkurzonego. „Powiedział wiele obraźliwych rzeczy: »sukinsyn« i inne wyzwiska”, wspominała, chociaż z powodu bariery językowej nie zrozumiała większości jego słów55. Nagle Galt wstał, podszedł do stolika Amerykanów i zbluzgał czarnego, który dopuścił się tego karygodnego czynu. Po krótkim pojedynku na miny i pozy wrócił do swojego stolika i usiadł.

Ale na tym się nie skończyło. Szafa grała dalej, a Eric nadal się dąsał. Kilka minut później Afroamerykanin podszedł do nich, żeby się pogodzić, ale Galt warknął kolejną obelgę. Potem znowu wstał i wyszedł na parking. Po kilku minutach wrócił.

– Gdzie byłeś? – zapytała Manuela.

– Pomacaj moją kieszeń – odparł z ukradkowym spojrzeniem.

Wyciągnęła rękę i stwierdziła, że Galt ma w kieszeni broń – rewolwer spod siedzenia mustanga.

Amerykanie, którzy z pewnością nie wiedzieli o tym niespodziewanym zwrocie akcji, niedługo wstali i wyszli z kantyny; roztropnie postanowili udać się na spoczynek. Galt rzucił się za nimi do drzwi. „Zabiję ich”, powiedział, a w każdym razie tak się wydawało Manueli56.

Udało jej się przekonać go do odstąpienia od tego zamiaru – w jakiś sposób przekazała mu, że za chwilę zjawi się policja, jak zawsze o dziesiątej. Wytłumaczyła, że zadzieranie z Amerykanami akurat w tym momencie byłoby głupie, katastrofalne nie tylko dla niego, lecz także dla Casa Susana. Argument poskutkował – Galt, który panicznie bał się konfrontacji z policją, zaczął się uspokajać. Manuela nie miała pewności, czy jego gwałtowna reakcja wynikała z uprzedzeń rasowych, czy po prostu z tego, że obcy mężczyzna dotknął jego kobiety. Ale nigdy wcześniej nie widziała go takiego. Rozstrojona tą awanturą zaczęła się bać zmiennych nastrojów Erica.

Nie zmieniło to jednak faktu, że w chwilach pijackiego rozklejenia Galt nadal oświadczał się Manueli, a ona nadal odmawiała, między innymi dlatego, że wiedziała o tym, iż sypia z innymi kobietami – a raczej korzysta z usług innych prostytutek. Pewnego wieczoru, kiedy kolejny raz odrzuciła jego oświadczyny, wyciągnął rewolwer i zagroził, że ją zabije.

Galt nie zabawił długo w Puerto Vallarta. Jak można było przewidzieć, jego znajomość z Manuelą została zerwana. Pod koniec listopada mniej więcej przez tydzień spotykał się z inną Meksykanką – Elisa pracowała jako handlarka papierosami i asystentka fotografa. Chodzili do nocnych klubów i nocowali razem w hotelu Las Glorias.

Galt zainteresował się Elisą ze względu na jej wiedzę fotograficzną. Wydobywał z niej wszystko, czego się nauczyła w swojej pracy. Tak jak to było z Manuelą, zabierał ją na zaciszne plaże i robił jej zdjęcia polaroidem. Pewnego razu usiadł na Elisie okrakiem i posługując się wspomnianym kablem do zdalnej obsługi aparatu, pstryknął sobie i jej fotkę w pornograficznej pozie57. Zdarzało mu się również robić autoportrety. Sprawiał wrażenie człowieka, który ma obsesję na punkcie swojej twarzy. Nosił przy sobie lusterko i czasami przez kilka minut wpatrywał się w swoje odbicie, wykrzywiając gębę na widok pewnych elementów urody, które mu się nie podobały – wydatnego cebulastego nosa i kłapciatych uszu58. Stwierdził, że chciałby mieć „twarz, której nikt nie potrafiłby opisać”.

Pewnego dnia powiedział Elisie, że płynie kupić marihuanę do Yelapy, wioski rybackiej bez elektryczności, dostępnej tylko drogą wodną. Osiadło tam trochę Amerykanów, którzy prowadzili proste życie, mieszkali w wyplatanych palapas bez dachów, tak jak miejscowi. Hipisi udawali się tam po silne ziele, które podobno rosło w dżungli nad miejscowością. Odbijając od brzegu, Galt dał Elisie czterdzieści osiem dolarów, żeby wynajęła dla nich jakieś małe gniazdko miłosne, ale ona uciekła z tymi pieniędzmi do Guadalajary. U barmana w Posada Vallarta zostawiła mu list pożegnalny, w którym prosiła go o wybaczenie.

Galta tak to zniechęciło, że postanowił wyjechać z Puerto Vallarta. „W Meksyku nie mogłem niczego więcej osiągnąć w kwestii zamieszkania tam na stałe”59, stwierdził, dorabiając uzasadnienie do swojej decyzji. „W Meksyku nie da się mieszkać. Nie mają tutaj klasy średniej, jesteś albo na górze, albo na dole, a myślę, że byłoby trudno się przyzwyczaić do życia na dole, ponieważ wiąże się to z rozmaitymi niedogodnościami”60.

Tydzień później, prawdopodobnie 16 listopada, Eric Galt wypchał dętkę zapasowej opony najlepszej jakości konopiami z Jalisco, zapakował bagaże do mustanga i wyjechał z miasteczka. Wkrótce znalazł się na drodze 15 i zmierzał na północ w kierunku­ Tijuany61.

4

Postrach dla złoczyńców

Na przełomie jesieni i zimy 1967 roku Martin Luther King wytrwale realizował swój ambitny plan poprowadzenia armii biednych ludzi do Waszyngtonu w lecie następnego roku. Przedsięwzięciu temu z całą pewnością uważnie przyglądał się J. Edgar Hoover, siedemdziesięciodwuletni dyrektor FBI. Hoover urodził się i wychował w Dystrykcie Kolumbii i spędził tam całe swoje życie zawodowe, szefując FBI za dziewięciu prezydentów. Ten pobożny prezbiterianin, który kiedyś chciał zostać pastorem, już dawno mianował się strażnikiem stołecznej moralności. Perspektywę najazdu armii ubogich wywrotowców na National Mall postrzegał nie tylko jako zagrożenie dla republiki, lecz także jako atak wandali na swoje rodzinne miasto.

Siedząc za biurkiem w swoim sanktuarium na trzecim piętrze budynku Departamentu Sprawiedliwości z szarego granitu, z otrzymaną od matki, oprawioną na czarno Biblią zawsze przy sobie, amerykański szeryf numer jeden z narastającym niepokojem czytał raporty FBI na temat planów SCLC. Co ten King kombinuje? Czy to początek murzyńskiej rewolucji? Czy za tą awanturą stoją Sowieci? A przede wszystkim czy tego buraka da się zatrzymać?

„Burak” to jedno z licznych przezwisk Kinga nadanych mu przez Hoovera, który żywił do pastora niemal patologiczną nienawiść od 1955 roku, kiedy ten stanął na czele ruchu praw obywatelskich62. FBI Hoovera toczyło na razie nieskuteczną kampanię, której celem było (jak to barwnie określano w rozmaitych notatkach funkcjonariuszy) „zdemaskowanie tego łajdaka”, „strącenie go z piedestału”, „zneutralizowanie go” jako przywódcy społecznego. Kilka miesięcy wcześniej Hoover poinformował prezydenta Johnsona w prywatnym liście: „Z niedawnych działań i wypowiedzi publicznych Kinga jednoznacznie wynika, że jest on narzędziem w rękach wywrotowych sił, które chcą osłabić nasz kraj”63.

Chociaż J. Edgar Hoover nadal miał pełną kontrolę nad FBI, były to schyłkowe lata jego kariery – szef federalnych śledczych stał się karykaturą samego siebie z plamami wątrobowymi na twarzy. W tamtym okresie miał sterczący brzuch, worki pod oczami i wydatne czerwone podgardle. Cierpiał na nadciśnienie i inne dolegliwości. Ubierał się równie elegancko, jak zawsze, w prążkowany garnitur z odpowiednio dobranymi kolorystycznie chusteczkami i krawatami, ale jego krok nie był już tak prężny jak dawniej. Przejawiał różne dziwne fobie związane z robactwem, muchami czy niedoskonałym kształtem żółtka porannego jajka na parze64. Posługiwał się archaicznym językiem, okraszał swoje tyrady sformułowaniami z czasów wielkiego kryzysu, które wprawiały młodszych funkcjonariuszy w konsternację, takimi jak „kryminalne szumowiny”, „moralne szczury” czy „zagraniczna hołota”. Lubił powtarzać, że jego wrogowie cierpią na „mentalną halitozę”65.

Pod koniec lat sześćdziesiątych był żywym anachronizmem, zamieszkującym zastygły w dawnej epoce świat, który sam sobie zbudował. Art Buchwald żartował, że Hoover to „postać mityczna wymyślona przez »Reader’s Digest«”66. Hoover jak zawsze posługiwał się swoim niebieskim długopisem z gderliwą precyzją. Jak zawsze sporządzał indeks wichrzycieli i inne listy niebezpiecznych radykałów, realnych albo wyimaginowanych. Nadal regularnie wyjeżdżał na „nieurlopy” (prasę informowano, że nawet przebywając poza Waszyngtonem, ani na chwilę nie przestaje pracować) do centrów gry w shuffleboard[4] w Miami Beach albo trącących myszką hoteli w pobliżu torów wyścigów konnych w Del Mar czy Saratodze, gdzie zawsze rezerwował sąsiadujące ze sobą apartamenty ze swoim wieloletnim przyjacielem i zastępcą Clyde’em Tolsonem. Wytrwałe starokawalerstwo Hoovera w połączeniu z jego dziwnie matrymonialną relacją z Tolsonem rodziły liczne spekulacje, a także mnóstwo dowcipów, z których jeden przytacza Truman Capote: „Spotkałeś się kiedyś z terminem »zabójczy owoc«? Jest to gatunek homosia, którego krwiobieg chłodzi freon. Na przykład Hadrian albo J. Edgar Hoover”67.

FBI Hoovera stało się instytucją dziwnie zuniformizowaną. Od sześciu tysięcy porozrzucanych po całym kraju agentów oczekiwano, że będą wyznawali poglądy dyrektora, naśladowali jego styl i przewidywali jego zachcianki. „Musisz zrozumieć – napisał pewien agent specjalny do kolegi – że pracujesz dla obłąkanego maniaka, że twoim obowiązkiem jest wykryć to, czego on chce, i stworzyć świat, w który on wierzy”68. Pewnego razu, kiedy Hoover wziął do ręki swój niebieski długopis i z wściekłością napisał na jakiejś notatce „pilnujcie granic” [watch the borders], agenci pognali na granice meksykańską i kanadyjską, aby sprawdzić, o co chodziło szefowi, a okazało się, że wściekłość Hoovera wzbudziły za małe, jego zdaniem, marginesy w tej konkretnej notatce69.

Gabinet Hoovera był reliktem dawnych czasów. Ścianę zdobiła maska pośmiertna Johna Dillingera, tapicerowane krzesła kojarzyły się z dziewiętnastowiecznym mieszczaństwem, wykwintne filiżanki i inną porcelanową zastawę dyrektor odziedziczył po swojej drogiej świętej pamięci matce, a nad drzwiami wisiało jego wędkarskie trofeum istiophorus. Oddana sekretarka Helen Gandy sumiennie pracowała w sąsiednim pokoju70. Odbierała telefony do Hoovera, opłacała jego rachunki, oddawała jego rzeczy do pralni, umawiała ogrodnika do jego domu i zajmowała się wszystkimi drobiazgami od czterdziestu dziewięciu lat.

Mimo że Hoover był przeżytkiem dawnych czasów, zachował bardzo silną pozycję na scenie politycznej, a pod względem pewności zatrudnienia prawdopodobnie nikt w Waszyngtonie nie mógł się z nim równać. Dyrektorem ówczesnego Biura Śledczego został w 1924 roku, w wieku dwudziestu dziewięciu lat. Jako pierwszy i do tamtej pory jedyny dyrektor FBI siedział w centrum świata, który praktycznie sam stworzył. Nomenklatura, urzędowy głos, zasady ubioru, zamiłowanie do skrótowców i struktur quasi-militarnych – wszystko to było jego dziełem. Hoover zaszczycał swoją obecnością uroczystości zaprzysiężenia wszystkich prezydentów od Calvina Coolidge’a, niezłomny i najwyraźniej nie do ruszenia. Uchodził za człowieka charakteryzującego się „straszliwą cierpliwością”. Doświadczony waszyngtoński dziennikarz Hugh Sidey napisał na łamach miesięcznika „Life”, że zawsze, kiedy uczestniczył w paradach inauguracyjnych, uroczystościach pogrzebowych albo świętach państwowych, widział Hoovera stojącego na balkonie swojego gabinetu, „w milczeniu i z wysoka obserwującego swoje zamglone królestwo na dole, prezydent po prezydencie, dekada po dekadzie”71.

W długoletnim okresie swojego urzędowania Hoover wprowadził do pracy policyjnej zasady profesjonalizmu i naukowego rygoru. Nadzorował wprowadzanie wszelkich postępów w krymino­logicznym rzemiośle, od centralnego rejestru odcisków palców, przez supernowoczesne laboratorium balistyczne, po usystematyzowanie zasad sprawozdawczości. Laboratorium Kryminalistyczne FBI, lista wrogów publicznych, rejestr najbardziej poszukiwanych przestępców, powszechne wykorzystywanie analizy włókien i charakteru pisma – wszystko to przyszło za urzędowania Hoovera. Dziennikarz Jack Anderson całkiem słusznie napisał, że Hoover „przekształcił FBI ze zgrai wyrobników, odmieńców i lizusów w jeden z najskuteczniejszych i najpotężniejszych organów ścigania na świecie”72.

Pod koniec drugiej dekady XX wieku Hoover wykreował się na pierwszego waszyngtońskiego eksperta od zagrożeń anarchistycznych i komunistycznych; od tej pory w polu jego zainteresowań znajdowali się wszyscy wywrotowcy albo rzekomi wywrotowcy. Zarządził skandaliczne operacje Palmer Raids przeciwko ludziom podejrzewanym o radykalizm. Ścigał Marcusa Garveya. Aresztował i deportował Emmę Goldman. W czasach wielkiego kryzysu FBI zaczęło być utożsamiane z rozwiązywaniem zagadek głośnych przestępstw. Agenci Hoovera złapali Machine Gun Kelly’ego, schwytali i zabili Johna Dillingera, zatrzymali podejrzewanego o zamordowanie dziecka Lindberghów Brunona Hauptmanna. Podczas zimnej wojny funkcjonariusze FBI uczestniczyli w udanym polowaniu na Algera Hissa oraz Ethel i Juliusa Rosenbergów.

Przez te wszystkie lata Hoover założył teczki niezliczonym osobom publicznym, gromadził wszelkie kompromitujące je plotki i legendy. Frank Sinatra, Harry Truman, Eleanor Roosevelt, Charles­ Lindbergh, Helen Keller – wydawało się, że Hoover ma na oku wszystkich. John F. Kennedy chciał się go pozbyć, ale żywił słuszne obawy, że cwany dyrektor ma na niego za dużo haków. Brat prezydenta Robert, który jako prokurator generalny przez jakiś czas nominalnie był zwierzchnikiem Hoovera, nazwał go człowiekiem niebezpiecznym i raczej psychopatą: „Myślę, że cierpi na starcze zniedołężnienie i jest dosyć przerażający”73.

Do momentu zamachu na JFK Lyndon Johnson przez chwilę się zastanawiał nad zwolnieniem Hoovera, ale przejrzał na oczy i podobno powiedział: „Wolę, żeby był w moim namiocie i sikał na zewnątrz, niż żeby był poza namiotem i sikał do środka”74. 1 stycznia 1965 roku, kiedy Hoover skończył siedemdziesiąt lat, czyli osiągnął ustawowy wiek emerytalny, Johnson przedłużył jego urzędowanie na czas nieokreślony. „J. Edgar Hoover – oświadczył prezydent podczas którejś uroczystości – jest bohaterem dla milionów porządnych obywateli i postrachem dla złoczyńców. Pod jego przewodnictwem FBI stało się najwybitniejszym urzędem śledczym w dziejach”75.

W innym miejscu Johnson nazwał Hoovera „opoką siły w mieście słabych ludzi”76.

Hoover miał obsesję na punkcie Martina Luthera Kinga juniora od co najmniej dekady. Przez prawie całe lata sześćdziesiąte prowadził półoficjalną walkę z Kingiem i SCLC. Publicznie nazwał Kinga „najczęściej kłamiącą osobą w kraju”77. Kiedy w 1963 roku tygodnik „Time” ogłosił Kinga „Człowiekiem Roku”, Hoover z oburzeniem napisał na marginesie notatki: „Musieli sięgnąć głęboko do kubła ze śmieciami, żeby to wymyślić”78. W 1964 roku, kiedy rozeszła się wiadomość o Pokojowej Nagrodzie Nobla dla Kinga – najmłodszego jej laureata w całej historii – Hoover psioczył, że King zasługuje co najwyżej na „nagrodę dla największego chuligana na podwórku”79. Kiedy King odwiedził w Watykanie papieża Pawła VI, ­Hoover nie posiadał się z wściekłości. „Jestem zdumiony – napisał na wycinku prasowym – że papież udzielił audiencji takiemu degeneratowi”80.

Już na wczesnym etapie kariery Kinga Hoover nabrał przekonania, że przywódca ruchu praw obywatelskich jest narzędziem Sowietów, i pod koniec 1963 roku nakłonił prokuratora generalnego Roberta Kennedy’ego, by ten wyraził zgodę na podsłuchy i inne środki operacyjne w celu wytropienia rzekomych powiązań Kinga z komunistami. Całe lata wytężonego śledztwa i niezliczone roboczo­godziny inwigilacji nie potwierdziły jednak podejrzeń Hoovera. Najbardziej obciążającym dowodem, który udało się zdobyć FBI, było to, że jeden z najważniejszych doradców Kinga, ­liberalny żydowski adwokat z Nowego Jorku Stanley Levison, w młodości był blisko związany z partią komunistyczną, ale później według wszelkich danych nie utrzymywał z nią żadnych kontaktów.

Agenci Hoovera dowiedzieli się również, że pewien związany z Amerykańską Partią Komunistyczną człowiek mający tę samą grupę krwi co King w odpowiedzi na publiczny apel w 1958 roku oddał krew po napaści na pastora, do której doszło podczas podpisywania książki w Harlemie; przez jakiś czas w notatkach FBI z upodobaniem rozwodzono się nad tym, że w żyłach Kinga dosłownie płynie komusza krew.

Na tym jednak kończyły się owoce wieloletniego, kosztownego śledztwa Hoovera, które miało na celu wykrycie czerwonych powiązań Kinga. Martin Luther King junior nigdy nie był komunistą i nie miał żadnych związków z Chinami ani Sowietami. Uganianie się przez FBI za tym mirażem było gigantycznym marnotrawstwem publicznych pieniędzy. Jak to kiedyś ujął King, „w ruchu wolnościowym jest tylu komunistów, ilu Eskimosów na Florydzie”81.

Wszystkie te lata szpiegowania przywódcy ruchu praw obywatelskich zaowocowały jednak innymi informacjami – takimi, które Hoover uznał za równie smakowite. FBI odkryło, że King ma słabość do kobiet. Agenci Hoovera dowiedzieli się o kilku kochankach Kinga i stwierdzili, że piękne dziewczyny miały zwyczaj włazić mu do łóżka, kiedy kursował po kraju, a on nieszczególnie się bronił przed tymi awansami. Zbulwersowany Hoover usłyszał również, że King mówi o seksie sprośnym językiem, pije, pali i imprezuje do rana, a także opowiada świńskie dowcipy. FBI dysponowało kiepskiej jakości nagraniem, na którym rzekomo słychać, jak King uprawia seks w waszyngtońskim hotelu, używając przy tym dosyć wulgarnego języka.

Hoover był przerażony, a jednocześnie podniecony tym, co przeczytał – nazwał Kinga „kocurem z obsesyjnymi i zboczonymi ciągotami seksualnymi”82. Pewien urzędnik FBI