Wydawca: Akcent Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 857 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kluczowe decyzje - Bush, George Walker

Kluczowe decyzje pokazują George'a W. Busha w przeddzień wyborów 2000 roku, w jego teksańskiej rezydencji, gdy był jeszcze gubernatorem stanu, na pokładzie prezydenckiego samolotu Air Force One podczas wstrząsających
wydarzeń pamiętnego 11 września 2001 r., w jego centrum dowodzenia przed rozpoczęciem ofensywy w Iraku, a także „za kulisami”, w Białym Domu, podczas podejmowania różnych ważkich decyzji. Z książki dowiadujemy się m.in., co spowodowało, że przestał pić, i jak odnalazł swoją drogę do wiary chrześcijańskiej, jak wyglądały jego relacje z żoną, córkami i rodzicami, jak udawało mu się przełamywać lody w kontaktach z przywódcami innych państw i dlaczego najgorsze chwile jego prezydentury to te, gdy oskarżano go o uprzedzenia rasowe podczas walki ze skutkami huraganu „Katrina”. W swojej autobiografii Bush przyznaje się do błędów popełnionych podczas prowadzenia wojny w Iraku, opowiada o swoich obawach, że Irak może stać się drugim Wietnamem, ale pociągającym za sobą o wiele większe koszty, i o tym, jak wielkim jego marzeniem było postawienie Osamy bin Ladena przed sądem.

Kluczowe decyzje zaskoczą zarówno zwolenników, jak i krytyków George’a W. Busha. Zmieniają bowiem ocenę jednego z najbardziej brzemiennych w skutki okresów Ameryki oraz człowieka będącego w centrum tych wydarzeń. Książka, która w USA ukazała się 9 listopada 2010 roku, natychmiast stała się bestsellerem. Na szczycie zestawienia „New York Timesa” pozostawała pięć tygodni, osiągając sprzedaż 2,6 mln egzemplarzy.

„Lektura obowiązkowa dla amerykanistów, politologów i hobbystów” Krzysztof Mroziewicz, Polityka.pl

Opinie o ebooku Kluczowe decyzje - Bush, George Walker

Fragment ebooka Kluczowe decyzje - Bush, George Walker








Miłościom mojego życia – Laurze, Barbarze i Jennie


Wprowadzenie

W ostatnim roku prezydentury zacząłem poważnie myśleć o spisaniu swoich wspomnień. Rozmawiałem z dziesiątkami wybitnych historyków, tak jak polecił mi Karl Rove. Napisanie wspomnień uznali za mój obowiązek. Uważali, że to bardzo istotne, abym opisał prezydenturę ze swojej perspektywy, własnymi słowami.

„Widziałeś »Apollo 13«?”, zapytał mnie jeden ze wspomnianych historyków, Jay Winik. „Każdy wie, że wszystko dobrze się kończy. A ty oglądasz film z zapartym tchem i zastanawiasz się, jak im się to udało”.

Niemal wszyscy polecali mi lekturę „Wspomnień” prezydenta Ulyssesa S. Granta. Książka dobrze oddała jego charakterystyczny punkt widzenia. Za pomocą anegdot odtworzył w niej swoje doświadczenia z czasów wojny secesyjnej. To dzięki nim jego dzieło przetrwało.

Podobnie jak Grant nie chciałem pisać wyczerpującego sprawozdania z całego życia i wszystkich lat prezydentury. Zamiast tego opowiedziałem swoją historię, skupiwszy się na tym, co najważniejsze w pracy prezydenta – na podejmowaniu decyzji. Każdy rozdział nawiązuje do ważnej decyzji albo serii powiązanych ze sobą rozstrzygnięć. Akcja nie biegnie chronologicznie, lecz tematycznie. Nie opisuję wszystkich spraw, które przetoczyły się przez moje biurko. Wielu współpracowników wspominam przelotnie albo nie wspominam wcale, mimo że doceniam ich oddanie – i zawsze będę im wdzięczny za to, co dla mnie zrobili.

Napisałem tę książkę w dwojakim celu. Po pierwsze, mam nadzieję, że udało mi się w niej opowiedzieć, jak to jest być prezydentem przez osiem lat z rzędu. Nie wydaje mi się, żeby można było jednoznacznie podsumować moją prezydenturę – czy którąkolwiek z ostatnich prezydentur – jeszcze przez najbliższe dekady. Musi upłynąć sporo czasu, żeby emocje opadły, wnioski się wyklarowały, a uczeni mieli szansę porównać różnorakie podejścia. Chciałbym jednak, żeby moje wspomnienia były przydatnym źródłem wiedzy dla każdego, kto zechce zgłębić ten okres amerykańskiej historii.

Po drugie, chcę przedstawić czytelnikowi naturę podejmowania decyzji w złożonej sytuacji. Wiele spraw spośród tych, które trafiają na biurko prezydenta, to trudne wyzwania ze sprzecznymi racjami. Na kartach książki opisuję, między czym a czym wybierałem, jakimi zasadami się kierowałem i dlaczego podjąłem takie, a nie inne decyzje. Być może moja historia pomoże nawet niektórym dokonać wyborów w ich życiu…

„Kluczowe decyzje” są oparte głównie na tym, co zapamiętałem. Z pomocą analityków prasowych porównałem i sprawdziłem wszystko z rządowymi dokumentami, ówczesnymi notatkami, wywiadami, artykułami prasowymi i innymi źródłami, włącznie z tajnymi. W niektórych przypadkach mogłem jednak polegać tylko na własnej pamięci. Odpowiedzialność za wszelkie nieścisłości biorę na siebie.

Starałem się najlepiej, jak potrafię, opowiedzieć zarówno o decyzjach słusznych, jak i niewłaściwych, a także o tych, które zmieniłbym, gdyby było mi to dane. Ale kiedy jest się prezydentem, nie ma możliwości dokonywania poprawek. Trzeba robić to, co się uważa za słuszne, i pogodzić się z konsekwencjami. Ja próbowałem tak działać każdego dnia w czasie tych ośmiu lat. Służyłem Ameryce jako prezydent i było to największym zaszczytem w moim życiu. Tym bardziej dziękuję za szansę podzielenia się swoją historią.


Rzucanie nałogu

Pytanie było banalne. „Przypominasz sobie ostatni dzień, kiedy nie piłeś?”, zapytała Laura swoim spokojnym, łagodnym głosem. Nie groziła, nie zrzędziła. Po prostu chciała znać odpowiedź. Moja żona potrafi wybierać odpowiednie momenty. To był jeden z nich.

„Pewnie, że tak” odpowiedziałem oburzony, po czym pomyślałem o ostatnim tygodniu. W poniedziałek wieczorem wypiłem kilka piw z kumplami. We wtorek sam przygotowałem sobie ulubionego poobiedniego B&B, czyli Benedictine z brandy. W środę, kiedy już położyłem Barbarę i Jennę do łóżka, wypiłem bourbon z seven up. W czwartek i piątek piłem piwo. W sobotę poszliśmy z Laurą na spotkanie ze znajomymi. Przed obiadem piłem martini, w trakcie piwo, a po obiedzie jeszcze B&B. No nieźle, ostatni tydzień zawaliłem.

Szperałem więc dalej w pamięci, próbując sobie przypomnieć jeden dzień bez alkoholu w ciągu ostatnich tygodni. W ciągu miesiąca. I jeszcze wcześniej. Bezskutecznie. Picie stało się moim nałogiem.

Taki jestem: mam nawyki. Przez 9 lat paliłem papierosy, zacząłem jeszcze na studiach. Rzuciłem palenie i zacząłem wciągać tabakę. Zerwałem z tym, po czym przerzuciłem się na żucie tytoniu. Ostatecznie skończyłem na cygarach.

Przez chwilę próbowałem jakoś usprawiedliwić swoje picie. Nijak nie dało się mnie przecież porównać do pijaczków z rodzinnego Midland w Teksasie. Nie piłem za dnia ani w pracy. Byłem w dobrej formie i codziennie biegałem (kolejny dobry nawyk).

Po jakimś czasie zorientowałem się, że biegam nie tylko po to, żeby utrzymać kondycję, lecz także by oczyścić organizm z toksyn. I tak jedno małe pytanie Laury sprowokowało mnie do zadania sobie wielu innych. Wolałem spędzić czas w domu z dziewczynkami czy wyjść na drinka? Poczytać w łóżku obok Laury czy raczej pić w samotności bourbon, kiedy wszyscy poszli już spać? Pogłębiać wiarę czy może jako bóstwo postrzegać alkohol? Znałem odpowiedzi na te pytania, jednak zebrać się na odwagę i zmienić część swojego życia nie było łatwo.

W 1986 roku i ja, i Laura skończyliśmy czterdzieści lat. Podobnie jak nasi przyjaciele, Don i Susie Evans. Postanowiliśmy uczcić tę okazję w znanym hotelu The Broadmoor w Colorado Springs. Zaprosiliśmy kolegów z dzieciństwa: Joego i Jana O’Neillów, mojego brata Neila i jeszcze jednego znajomego z Midland, Penny’ego Sawyera.

Kolacja urodzinowa odbyła się w sobotni wieczór. Zjedliśmy ogromny posiłek, któremu towarzyszyło sporo butelek wina Silver Oak (po 60 dolarów za sztukę). Wznosiliśmy wiele toastów – za nasze zdrowie, za nasze dzieci, za niańki, które bawiły nasze dzieci… Zachowywaliśmy się coraz głośniej, opowiadając na okrągło te same historie. W pewnym momencie razem z Donem uznaliśmy, że jesteśmy tacy świetni, że wypijemy przy każdym stoliku. W końcu zapłaciliśmy kolosalny rachunek i poszliśmy spać.

Następnego dnia obudziłem się z potężnym kacem. Kiedy wychodziłem pobiegać, nie pamiętałem za wiele z poprzedniej nocy. Mniej więcej w połowie drogi wszystko zaczęło mi się przypominać. Znalazłem się na rozdrożu życia. Od miesięcy modliłem się, żeby Bóg wskazał mi, jak lepiej wypełniać Jego wolę. Czytając Pismo Święte, pojąłem naturę pokus i zdałem sobie sprawę, że ziemskie przyjemności mogą zastąpić miłość Stwórcy. Moim problemem było nie tylko picie. Był nim też egoizm. Wódka sprawiła, że zacząłem stawiać siebie na pierwszym miejscu, przed innymi – zwłaszcza przed moją rodziną. A zbyt mocno kochałem Laurę i dziewczynki, żeby do tego dopuścić. Wiara pomogła mi znaleźć rozwiązanie. Wiedziałem, że tylko łaska Boża pomoże mi się zmienić. Nie była to łatwa decyzja, ale zanim skończyłem biegać, już wiedziałem: koniec z piciem.

Kiedy wróciłem do pokoju hotelowego, powiedziałem Laurze, że nigdy więcej nie tknę alkoholu. Spojrzała na mnie, jakby wciąż unosiły się wokół mnie opary, i powiedziała: „To dobrze, George”.

Wiem, co sobie myślała. Już wcześniej obiecywałem, że przestanę, i nic z tego nie wychodziło. Ale nie wiedziała, że tym razem zacząłem przemianę od wewnątrz – a to pozwoliło mi zmienić swoje zachowanie raz na zawsze.

Po około pięciu dniach zacząłem tracić zapał. W miarę jak wspomnienie kaca bledło, pokusa wypicia stawała się coraz silniejsza. Mój organizm łaknął alkoholu. Modliłem się o siłę do zwalczenia tego pragnienia. Biegałem dłużej, żeby jeszcze bardziej się zdyscyplinować. Jadłem też mnóstwo czekolady. Moje ciało domagało się cukru, a czekoladą łatwo było je nakarmić. Zyskałem też dodatkową motywację do biegania – musiałem pozbyć się zbędnych kilogramów.

Laura bardzo mnie wspierała. Czuła, że tym razem naprawdę zamierzam rzucić nałóg. Kiedykolwiek zaczynałem temat, nalegała, żebym wytrwał. Czasami mówiłem o alkoholu tylko po to, żeby usłyszeć jej słowa zachęty.

Przyjaciele także mi pomagali, mimo że nie starali się udawać abstynentów w moim towarzystwie. Na początku ciężko było patrzeć, jak inni bawią się przy drinku czy piwie. Ale na trzeźwo zdałem sobie sprawę, jak głupio musiałem się zachowywać, kiedy piłem. W miarę upływu czasu moje postanowienie nabierało rozpędu. Abstynencja stała się nawykiem sama w sobie – jedynym, z którego byłem zadowolony.

***

Rzucenie nałogu było jednym z najtrudniejszych postanowień, jakie kiedykolwiek podjąłem. Bez niego żadna inna decyzja opisana w tej książce nie byłaby możliwa. Z kolei gdyby nie doświadczenia pierwszych 40 lat życia, nie mógłbym przestać pić. To w tym czasie kształtował się mój charakter, liczne przekonania. W tej podróży życia napotykałem wyzwania, walczyłem, doznawałem porażek. To one składają się na świadectwo, jak potężna jest miłość i jak silna jest wiara. Dowodzą, że ludzie mogą się zmieniać. Patrząc z perspektywy, mogę powiedzieć, że to była bardzo ciekawa podróż.

***

Jestem najstarszym synem George’a i Barbary Bushów. W czasie II wojny światowej mój ojciec służył w wojsku, a zaraz po powrocie do domu poślubił swoją drugą połowę i założył rodzinę. Historia jak wiele innych z tamtego okresu. A jednak w George’u H.W. Bushu było coś wyjątkowego.

Kiedy zaatakowano Pearl Harbor, był w szkole średniej. Dostał się do Yale, ale zamiast iść na studia, zaciągnął się do marynarki – dokładnie w dniu swoich osiemnastych urodzin. Został najmłodszym pilotem w historii. Zanim wyruszył na Pacyfik, zakochał się w ślicznej dziewczynie, Barbarze Pierce. Od razu powiedział znajomym, że się z nią ożeni. Miało o tym przypominać jej imię namalowane na kadłubie samolotu.

Pewnego ranka we wrześniu 1944 roku ojciec wykonywał misję nad okupowaną przez Japończyków Chichi-Jimą. Jego TBF Avenger[1] został trafiony, mimo to ojciec nie wycofał się z akcji, dopóki nie zrzucił bomb na wyznaczony cel. Samolot nurkował z prędkością 200 mil na godzinę. Tata rozkazał pozostałym członkom załogi wyskoczyć ze spadochronem, po czym sam to zrobił. Po wylądowaniu na wodach południowego Pacyfiku dopłynął do maleńkiej gumowej tratwy ratunkowej, która wcześniej służyła za poduszkę siedzenia w samolocie. Uratowany przez załogę łodzi podwodnej usłyszał, że może jechać do domu. Ale on wolał wrócić do swojej eskadry. Misję zakończył tuż przed Bożym Narodzeniem i 6 stycznia 1945 roku poślubił mamę w jej rodzinnym kościele w Rye, w stanie Nowy Jork.

Po wojnie rodzice przeprowadzili się do New Haven, gdzie tata kontynuował studia w Yale. Był niezłym sportowcem – pierwszym bazowym[2] i kapitanem drużyny baseballowej. Mama przychodziła prawie na każdy mecz, nawet wiosną 1946 roku, kiedy już nosiła mnie w swym łonie. Na szczęście na trybunach tuż za bazą domową znajdowało się jedno podwójne miejsce, zaprojektowane kiedyś dla profesora prawa Williama Howarda Tafta[3].

Ojciec wyróżniał się też w nauce i w ciągu zaledwie dwóch i pół roku zasłużył na odznaczenie Phi Beta Kappa[4]. Uroczystość rozdania dyplomów oglądałem w ramionach mamy, drzemiąc przez większość czasu. Nie po raz ostatni spałem wtedy w czasie wykładu.

Wiele lat później miliony Amerykanów dowiedziały się o bohaterskiej historii mego ojca. Ja od samego początku znałem ją na pamięć. Jednym z moich pierwszych wspomnień jest to, kiedy siedzę na podłodze, a mama ogląda album. Pokazuje mi zdjęcia z treningu taty w Corpus Christi[5], wyniki meczów College World Series[6] i słynne zdjęcie z Babe'em Ruthem[7] na płycie boiska Yale. Ślęczałem nad zdjęciami z wesela rodziców – oficera marynarki i jego uśmiechniętej młodej żony. Spośród wszystkich pamiątek w albumie najbardziej lubiłem kawałek pontonu, który uratował życie mojemu tacie na Pacyfiku. Musiałem denerwować ojca, każąc mu ciągle opowiadać historie z czasów wojny. Nie lubił się przechwalać, jednak mama uwielbiała o nim mówić. Ubóstwiała go, zresztą tak samo jak ja. Kiedy dorosłem, poznałem wiele osób, które chciałem naśladować. Ale prawda jest taka, że nigdy nie musiałem szukać innego wzoru. Byłem synem George’a Busha.

***

Kiedy tata skończył studia w 1948 roku, wszyscy myśleli, że zacznie pracę na Wall Street – jego ojciec pracował w domu inwestycyjnym, który odnosił sukcesy. Ale on chciał działać na własną rękę. Dlatego spakowali z mamą swój dobytek do czerwonego studebakera i ruszyli na zachód. Zawsze podziwiałem ich odwagę i byłem wdzięczny za to, że wybrali akurat to miejsce. To, że mogłem dorastać w zachodnim Teksasie, uważam za swoje ogromne dziedzictwo.

Pierwszy rok spędziliśmy w robotniczej Odessie, miasteczku z paroma wybrukowanymi ulicami i burzami pyłowymi. Mieszkaliśmy w malutkim mieszkaniu z łazienką, którą dzieliliśmy z jedną bądź dwiema prostytutkami (zależy, kogo się o to zapytało). Ojciec pracował na niskim stanowisku w przedsiębiorstwie paliwowym. Do jego obowiązków należało zamiatanie magazynów i malowanie pomp. Kiedyś jeden z kolegów z pracy zapytał go, czy był na studiach. Tata powiedział, że tak, skończył Yale, na co tamten po chwili odrzekł: „Nigdy nie słyszałem o tej szkole”.

Po krótkim pobycie w Kalifornii w 1950 roku wróciliśmy do zachodniego Teksasu. Zamieszkaliśmy w Midland, miejscu, które mam przed oczami, gdy wracam pamięcią do okresu dorastania. To było 20 mil na wschód od Odessy. Nie rosły tam drzewa, ziemia była płaska, wyschnięta i zakurzona. Natomiast pod nią znajdowało się morze ropy.

Midland leży w samym centrum basenu permskiego, który w latach 50. XX w. zapewniał 20% krajowej produkcji ropy. Miasto miało własny przedsiębiorczy rytm. Toczyła się tam zacięta walka, zwłaszcza w biznesie związanym z wydobyciem ropy. Ale istniało też poczucie wspólnoty. Każdy mógł coś do niej wnieść. Znajomi rodziców wykonywali najróżniejsze zawody. Jeden malował domy, drugi był chirurgiem, jeszcze inny wylewał cement. Dziesięć przecznic od nas mieszkał budowlaniec, pan Harold Welch. Upłynęło dwadzieścia pięć lat, zanim spotkałem go znowu i… zacząłem zalecać się do jego uroczej córki, Laury Lane.

Życie w Midland było takie proste. Jeździliśmy na rowerach z kumplami: Mikiem Proctorem, Joem O’Neillem i Robertem McCleskeyem. Wybieraliśmy się na wycieczki skautów. Chodziłem po domach, sprzedając cukierki na cel charytatywny. Godzinami graliśmy w baseball, wybijając piłki, dopóki mama nie zawołała któregoś z nas na obiad. Kiedy tata przychodził z nami pograć, byłem podekscytowany. Słynął z łapania piłki zza pleców (nauczył się tej sztuczki w czasach studenckich). Próbowaliśmy go naśladować, ale wychodziliśmy z tych prób posiniaczeni.

Jeden z momentów, które napawały mnie największą dumą w moim młodym życiu, nadszedł, kiedy miałem jedenaście lat. Graliśmy z tatą w ogródku. Posłał szybką piłkę, a mi udało się ją złapać. „Synu, dałeś radę”, powiedział z radością. „Teraz mogę rzucać do ciebie tak mocno, jak tylko chcę”.

To były beztroskie lata. Określiłbym je słowem „idylla”. W piątkowe wieczory dopingowaliśmy drużynę Buldogów ze szkoły średniej w Midland. W niedziele rano chodziliśmy do kościoła. W tamtych czasach nikt nie zamykał drzwi w domach. Wiele lat później, kiedy opowiadałem o swoim amerykańskim śnie, miałem na myśli właśnie Midland.

Ten szczęśliwy okres zaburzyło jedno bolesne wydarzenie. Wiosną 1953 roku u mojej trzyletniej siostry Robin wykryto białaczkę – wtedy chorobę właściwie nieuleczalną. Rodzice wysłali ją do szpitala Memorial Sloan-Kettering w Nowym Jorku, licząc na cud. Poza tym wiedzieli, że naukowcy skorzystają, studiując historię jej choroby.

Mama miesiącami siedziała przy łóżku Robin. Tata jeździł tam i z powrotem pomiędzy Teksasem a Wschodnim Wybrzeżem. Mną zajęli się przyjaciele rodziców. Kiedy ojciec był w domu, bardzo wcześnie wstawał do pracy. Po jakimś czasie zorientowałem się, że codziennie chodzi na mszę o 6.30 i modli się za Robin.

Rodzice nie potrafili mi powiedzieć, że moja siostra umiera. Poprzestali na tym, że leży chora gdzieś we wschodniej części kraju. Któregoś dnia w szkole nauczyciel poprosił mnie i mojego kolegę, żebyśmy zanieśli gramofon do innego skrzydła budynku. Kiedy taszczyliśmy ten nieporęczny sprzęt, przed szkołą zatrzymał się groszkowy oldsmobile rodziców. Byłem w szoku. Mógłbym przysiąc, że w oknie widziałem też jasne loczki Robin. Pognałem do samochodu. Mama mnie przytuliła, a ja zerknąłem na tylne siedzenie. Robin tam nie było. „Ona umarła”, wyszeptała mama. W czasie krótkiej drogi powrotnej do domu po raz pierwszy widziałem, jak rodzice płaczą.

Mnie też było smutno – w sposób, w jaki może być smutno siedmiolatkowi. Straciłem siostrę i przyszłego towarzysza zabaw. Smutno było mi także dlatego, że widziałem, jak bardzo cierpią rodzice. Minęło wiele lat, zanim zrozumiałem różnicę pomiędzy moją rozpaczą a rozdzierającym bólem, jaki wdarł się w ich serce po śmierci córki.

***

Śmierć Robin zapoczątkowała nowy okres w relacjach między mamą i mną – zbliżyliśmy się do siebie. Tata zawsze miał dużo pracy, dlatego większość czasu spędzałem z nią, obdarzając ją uczuciem i próbując pocieszać, rozśmieszać. Któregoś dnia Mike Proctor przyszedł po mnie i zapytał, czy przyłączę się do zabawy. „Nie”, odpowiedziałem, „muszę zostać z mamą”.

Przez jakiś czas czułem się jedynakiem. Młodszy o 7 lat Jeb był niemowlęciem. Dwaj najmłodsi bracia, Neil i Marvin, oraz siostra Doro pojawili się dużo później. Ale nawet kiedy dorosłem, mama nadal odgrywała ważną rolę w moim życiu. Opiekowała się drużyną zuchów, woziła nas do parku narodowego Carlsbad Caverns, gdzie łaziliśmy pomiędzy stalaktytami i stalagmitami. Mając syna w Małej Lidze, skrupulatnie notowała wyniki każdego meczu. Woziła mnie do ortodonty (najbliższy był w Big Springs), a po drodze próbowała nauczyć francuskiego. Do tej pory pamiętam, jak podczas jazdy przez pustynię powtarzam: Ferme la bouche… ouvre la fenetre. Ciekawe, co by na to powiedział Jacques Chirac.

Sporo ze swojej osobowości odziedziczyłem po niej. Mamy podobne poczucie humoru. Oboje lubimy się drażnić – z miłości, a czasami żeby udowodnić swoją rację. Oboje mamy wybuchowy temperament. I bywamy bezceremonialni, co nieraz wpędza nas w kłopoty. Kiedy ubiegałem się o fotel gubernatora Teksasu, mawiałem, że oczy mam po tacie, a język po mamie. Niby żartowałem, ale taka właśnie jest prawda.

Bycie dzieckiem George’a i Barbary Bushów zobowiązywało, ale nie w takim znaczeniu, jakiego wielu mogłoby się spodziewać. Rodzice nigdy nie dokonywali projekcji swoich marzeń na mnie. Nawet jeśli liczyli, że zostanę sławnym baseballistą albo ważnym politykiem, albo artystą (o tym nie było mowy!), nigdy mi tego nie powiedzieli. Ich rolą było obdarzanie mnie miłością i zachęcanie do pójścia własną drogą.

Oczywiście wyznaczali nam pewne granice – a ja je czasami przekraczałem. Mama była jak ochroniarz. Nieraz się złościła, ale ponieważ byliśmy do siebie podobni, wiedziałem, czym ją zmiękczyć. Niekiedy pozwalała mi na zuchwałość. Kiedy byłem „świński”, jak to określała, potrafiła porządnie zmyć mi głowę. Nieraz się to zdarzało. Zazwyczaj starałem się jej nie prowokować. Ale byłem pełnym werwy chłopcem, który szukał własnej drogi – tak jak ona szukała własnej jako matka. Niezupełnie żartuję, kiedy mówię, że to przeze mnie osiwiała.

W miarę jak dorastałem, zauważyłem, że miłość rodziców jest bezwarunkowa. Wiem, bo to sprawdziłem. Gdy miałem 14 lat, zaliczyłem dwie stłuczki samochodowe (wtedy można było dostać prawo jazdy już w tak młodym wieku). Rodzice nadal mnie kochali. Urwałem drzwi w samochodzie pożyczonym od taty, bo nieostrożnie ruszyłem na wstecznym. Wlałem wódkę do akwarium siostry, uśmiercając jej złotą rybkę. Czasami byłem opryskliwy i zuchwały. Mimo to rodzice nadal mnie kochali.

Ich cierpliwa miłość miała na mnie dobry wpływ. Kiedy wiemy, że ktoś kocha nas bezwarunkowo, nie ma po co się buntować, podobnie jak nie ma sensu bać się porażki. Dzięki temu mogłem cieszyć się życiem, podążać za własnym instynktem i po prostu kochać rodziców, tak jak oni kochali mnie.

Pewnego dnia, niedługo po tym, jak nauczyłem się jeździć, mama wezwała mnie do sypialni. Tata był wtedy w podróży służbowej. W jej głosie wyczuwałem napięcie. Natychmiast kazała się zawieźć do szpitala, ale kiedy zapytałem, co się stało, odparła, że opowie mi w samochodzie. Kiedy ruszyliśmy, poprosiła, żebym jechał ostrożnie i omijał dziury. Później wyjaśniła mi, że właśnie poroniła. Byłem zaskoczony. Nigdy nie spodziewałem się, że będę z nią rozmawiał na takie tematy. Nigdy też nie sądziłem, że zobaczę pozostałości zarodka – mama wiozła je ze sobą w słoiku. „To jest człowiek”, pomyślałem. „Młodszy brat albo siostra”.

Mama zarejestrowała się na recepcji i poszła na badania. Chodziłem tam i z powrotem po korytarzu, żeby uspokoić nerwy. Pewna starsza pani odezwała się do mnie: „Spokojnie, kochanie, z żoną wszystko będzie w porządku”.

Kiedy pozwolono mi wejść do pokoju mamy, lekarz zapewnił, że nic jej nie będzie, ale na noc musi zostać w szpitalu. Powiedziałem jej, co usłyszałem od staruszki w holu, a ona roześmiała się tym swoim gromkim śmiechem. Wróciłem do domu. Czułem się już trochę lepiej.

Następnego dnia pojechałem odebrać ją ze szpitala. Podziękowała mi, że byłem taki troskliwy i odpowiedzialny. Poprosiła też, żebym nikomu nie mówił o poronieniu – to była prywatna sprawa naszej rodziny. Uszanowałem jej wolę i dopiero za jej zgodą napisałem o tym w tej książce. To, co zrobiłem dla mamy tamtego dnia, pozornie nie było niczym wielkim, ale dla mnie było czymś bardzo ważnym. Więź między nami dodatkowo się zacieśniła.

***

Dorastając w Teksasie, o reszcie rodziny Bushów myślałem jak o ludziach z innego świata. W wieku 6 lat odwiedziliśmy dziadków ze strony taty – mieszkali w Greenwich, w stanie Connecticut. Pozwolono mi wtedy zjeść obiad z dorosłymi, więc założyłem marynarkę i krawat – co w Midland zdarzało się tylko przy okazji szkółki niedzielnej. Stół był elegancko nakryty – nigdy nie widziałem tylu łyżek, widelców i noży, tak równiutko ułożonych. Ubrana na czarno kobieta w białym fartuchu podała dziwnie wyglądającą czerwoną zupę z jasnym kleksem na środku. Spróbowałem odrobinę. Smakowała fatalnie. Wszyscy mi się przyglądali, czekając, aż skończę ten rarytas. Mama ostrzegła mnie, że powinienem zjadać wszystko do końca bez narzekania. Zapomniała tylko powiedzieć kucharzowi, że wychowałem się na maśle orzechowym i dżemie, a nie na barszczu.

Dużo słyszałem o dziadkach ze strony ojca. Mój dziadek, Prescott Bush, był niebotycznie wysokim mężczyzną (mierzył ponad dwa metry), uśmiechniętym i wielkodusznym. W Greenwich dobrze go znano jako biznesmena o nieskazitelnej reputacji i długoletniego przewodniczącego rady miejskiej. Doskonale grał w golfa i nawet zarządzał Amerykańskim Stowarzyszeniem Golfowym. Pewnego razu trafił 66 punktów w zawodach Senior Open.

W 1950 roku Gampy, bo tak go nazywaliśmy, ubiegał się o miejsce w Senacie. Przegrał tysiącem głosów i wycofał się z polityki. Ale dwa lata później Republikanie z Connecticut przekonali go do ponownego kandydowania. Tym razem wygrał.

Kiedy miałem 10 lat, odwiedziłem go w Waszyngtonie. Razem z babcią zabrali mnie na zgromadzenie do Georgetown. Zadowolony spacerowałem pomiędzy dorosłymi, kiedy dziadek złapał mnie za rękę i powiedział, że chce, abym się z kimś spotkał. Zaprowadził mnie do gigantycznego mężczyzny, jedynego, który był równie wysoki jak on sam. „Mam tu jednego z twoich wyborców”, powiedział dziadek do wielkoluda. Moja ręka zginęła w jego wielkiej dłoni. „Miło mi cię poznać”, zwrócił się do mnie kolega Gampyego, przywódca większości w Senacie – Lyndon B. Johnson[8].

Dziadek był surowym, nieugiętym człowiekiem. Reprezentował szkołę, według której dzieci powinno się widzieć, a nie słyszeć, co takiemu mądrali jak ja było dość obce. Kiedy wymagała tego sytuacja, natychmiast przywoływał nas do porządku. Mogłem się o tym przekonać, gdy gonił mnie po pokoju po tym, jak pociągnąłem za ogon jego ulubionego psa. Wtedy uważałem, że dziadek jest przerażający. Wiele lat później przekonałem się, że ma wielkie serce. Mama opowiadała, jak ją pocieszył po śmierci Robin, wybierając dla małej piękne miejsce pod grób na cmentarzu Greenwich. Kiedy dziadek umarł w 1972 roku, został pochowany obok Robin.

Tata kochał i szanował swojego ojca, natomiast mamę wprost uwielbiał. Dorothy Walker Bush była prawdziwym aniołem. Nazywaliśmy ją Ganny. Prawdopodobnie była najbardziej uroczą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Pamiętam, jak układała mnie do łóżka, kiedy byłem mały, i łaskotała po plecach, kiedy odmawialiśmy wieczorne modlitwy. Była skromną osobą i nauczyła nas, że nie wolno się przechwalać. Dożyła momentu, w którym tata został prezydentem. Zmarła w 1992 roku, w wieku 91 lat – kilka tygodni po tym, jak przegrał. Był z nią w jej ostatnich chwilach. Kiedy poprosiła go o przeczytanie fragmentu Biblii, z księgi wypadł plik kartek. To były listy, które tata napisał do niej wiele lat wcześniej. Przez całe życie była do nich bardzo przywiązana i chciała je mieć przy sobie do samego końca.

Rodzice mamy mieszkali w Rye, w stanie Nowy Jork. Jej matka, Pauline Robinson Pierce, zmarła, kiedy miałem 3 lata. Zginęła w wypadku, gdy dziadek Marvin schylił się, żeby zapobiec rozlaniu kawy. Samochód gwałtownie skręcił i uderzył w kamienną ścianę. To po babci dostała imię moja siostra.

Bardzo lubiłem dziadka Pierce’a, na którego wszyscy mówili Monk (Zakonnik). Był dobry w czterech dyscyplinach sportowych na uniwersytecie Miami w Ohio, dzięki czemu urósł w moich oczach do rozmiarów legendy. Był przewodniczącym McCall[9] i dalekim krewnym prezydenta Franklina Pierce’a. Pamiętam go jako łagodnego, cierpliwego i skromnego człowieka.

Wyjazdy na wschód nauczyły mnie dwóch ważnych rzeczy. Po pierwsze, że potrafię czuć się swobodnie niemal w każdych warunkach. Po drugie, że bardzo lubię mieszkać w Teksasie. Oczywiście Wschodnie Wybrzeże miało tę ogromną zaletę, że mogłem oglądać pierwszoligowe mecze baseballu. Któregoś dnia wujek Bucky, najmłodszy brat taty, zabrał mnie na mecz New York Giants na stadion Polo Grounds. Do tej pory pamiętam ten dzień, kiedy mogłem oglądać w akcji swojego idola, Williego Maysa.

Pięćdziesiąt lat później znowu miałem możliwość go zobaczyć – tym razem wystąpił jako honorowy komisarz podczas meczu baseballu dla dzieci rozgrywanego na Południowym Trawniku Białego Domu. Miał 75 lat, ale wciąż wyglądał jak Say Hey Kid[10]. Tym młodym zawodnikom powiedziałem wtedy, że chciałem być Williem Maysem swojego pokolenia, ale nie potrafiłem odbić podkręconej piłki – dlatego zostałem prezydentem.

***

W 1959 roku moja rodzina przeniosła się z Midland do oddalonego o 550 mil Houston. Tata był dyrektorem jednej z firm w rozwijającym się biznesie przybrzeżnych odwiertów i rozsądnie było zamieszkać gdzieś bliżej platform wiertniczych w Zatoce Meksykańskiej. Nasz nowy dom znajdował się w strefie bujnej roślinności, często nawiedzanej przez ulewy. To było zupełne przeciwieństwo Midland, gdzie jedynym rodzajem burzy była burza piaskowa. Stresowałem się przeprowadzką, ale jednocześnie Houston mnie fascynowało. Nauczyłem się grać w golfa, nawiązałem nowe przyjaźnie i zacząłem naukę w szkole Kinkaid. Wtedy wydawało mi się, że Midland i Houston dzieli kolosalna przepaść, a to było nic w porównaniu z tym, co miało nastąpić później.

Któregoś dnia mama czekała na mnie po szkole na końcu naszego podjazdu. Byłem w dziewiątej klasie i nie zdarzało się, żeby matki czekały na nas przed domem, przynajmniej moja tego nie robiła. Była bardzo podekscytowana. Kiedy wysiadłem ze szkolnego autobusu, powiedziała: „Gratulacje, George – dostałeś się do Andover!”. Dla niej to była dobra nowina. Ja nie byłem tego taki pewien.

Poprzedniego lata ojciec zabrał mnie do swojej alma mater, szkoły średniej o nazwie Akademia Phillipsa w Andover, w stanie Massachusetts. Wydawała mi się zupełnie inna od tego, co znałem. Większość internatów znajdowała się w budynkach z czerwonej cegły otaczających dziedziniec. Jak na uniwersytetach. Polubiłem Kinkaid, jednak decyzja została podjęta. Taka była rodzinna tradycja.

Pierwszym wyzwaniem było wytłumaczenie znajomym, o co chodzi z tym Andover. Wówczas większość Teksańczyków, którzy chodzili do szkoły średniej, miała problemy z karnością. Kiedy powiedziałem koledze, że idę do szkoły z internatem, zapytał tylko: „Bush, co zrobiłeś nie tak?”.

Po rozpoczęciu nauki jesienią 1961 roku uznałem, że coś musi być na rzeczy. Musieliśmy nosić krawaty na lekcjach, do posiłków i na obowiązkowych nabożeństwach. Zima była tak mroźna, że równie dobrze mógłbym mieszkać na Syberii. Pochodziłem z Teksasu, więc musiałem nauczyć się nowych pór roku: marznący śnieg, świeży śnieg, roztapiający się śnieg, szary śnieg. Co więcej na kampusie nie było kobiet – oprócz tych, które pracowały w bibliotece. Po jakimś czasie zaczęliśmy je uważać niemal za gwiazdy filmowe.

Szkoła to dopiero było wyzwanie. Pójście do Andover było najtrudniejszą decyzją w moim życiu, dopóki nie wystartowałem w wyborach prezydenckich blisko 40 lat później. Musiałem uczyć się jak szalony, żeby dorównać innym. Na pierwszym roku wyłączano nam światło o 22.00, więc niejedną noc spędziłem na czytaniu przy tym, które przedzierało się przez drzwi z korytarza.

Najcięższe walki toczyłem z angielskim. Jednym z pierwszych zadań było wypracowanie, w którym napisałem o smutku po stracie siostry. Uznałem, że stać mnie na wymyślenie lepszego słowa niż „łzy”. Byłem w końcu na Wschodnim Wybrzeżu, mogłem się chociaż postarać o większe wyrafinowanie. Wyciągnąłem więc słownik Roget’s, który mama wcisnęła mi do walizki, i napisałem: „Ranić spływało mi po policzkach”[11].

Gdy nauczyciel zwrócił mi pracę, na jej pierwszej stronie widniała wielka pała. Czułem się oszołomiony i poniżony. W Teksasie zawsze dostawałem dobre stopnie, teraz musiałem przełknąć pierwszą uczelnianą porażkę. Pożaliłem się rodzicom przez telefon, ale oni zachęcali mnie, żebym mimo to został w tej szkole. Postanowiłem, że wytrzymam. Nie zniechęcam się tak łatwo.

Towarzysko zaaklimatyzowałem się dużo szybciej. W Andover była grupka ludzi z Teksasu, w tym Clay Johnson z Fort Worth. Nadawaliśmy na tych samych falach, więc szybko się zaprzyjaźniliśmy. Z łatwością poszerzyłem grono znajomych. Dla kogoś, kogo interesowały nowe kontakty, Andover było rajem.

Odkryłem, że mam talent organizacyjny. Na ostatnim roku mianowałem siebie komisarzem ligi palanta. Nazwałem się „Tweeds Bush”, po znanym nowojorskim polityku. Wybrałem też gabinet pomocników włącznie z sędzią i psychologiem. Wymyśliliśmy skomplikowane zasady i system play-offów. Nic na dziko – jestem formalistą.

Stworzyliśmy też szablon ligowych identyfikatorów, które bez problemu mogły udawać dowody osobiste. Ale plan został odkryty przez szkolne władze. Musiałem, niestety, zaniechać działań. Moim ostatnim posunięciem jako komisarza było mianowanie następcy – został nim mój kuzyn, Kevin Rafferty.

Na ostatnim roku historii uczył mnie Tom Lyons. Lubił zwracać na siebie uwagę, uderzając jedną z kul o tablicę. Pan Lyons grał w futbol na Uniwersytecie Brown, dopóki nie zachorował na polio[12]. Był dla mnie ogromnym autorytetem. Na jego wykładach historyczne postaci ożywały, zwłaszcza prezydent Franklin Roosevelt. Profesor był wielkim fanem jego polityki i zdaje mi się, że czerpał inspirację ze zwycięstwa Roosevelta nad chorobą.

Pan Lyons ostro popychał mnie do przodu. Był surowy, ale też wychowywał. Krytykował i chwalił. Dużo wymagał – i to jemu zawdzięczam zamiłowanie do historii. Wiele lat później zaprosiłem pana Lyonsa do Gabinetu Owalnego. Dla mnie to był szczególny moment – uczeń, który stawał się historią, stał obok profesora, który kiedyś jej nauczał.

***

Nauka w Andover zmierzała do końca i nadeszła pora na złożenie podania na studia. Moją pierwszą myślą było Yale – w końcu urodziłem się w New Haven. Jedną z bardziej czasochłonnych formalności okazało się wypisanie na niebieskim formularzu nazwisk krewnych, którzy chodzili do tej szkoły. A więc dziadka i taty, wszystkich jego braci i bliższych kuzynów. Nazwiska tych dalszych musiałem już napisać na odwrocie.

Mimo rodzinnych powiązań wątpiłem, że się dostanę. Stopnie i wyniki testów miałem przyzwoite, ale pozostawałem w tyle za innymi z klasy. Dziekan szkoły, G. Greenville Benedict, był realistą. Poradził mi załatwić „jakieś dobre zabezpieczenie” na wypadek, gdyby Yale nie wypaliło. Złożyłem też papiery do innej dobrej szkoły, na Uniwersytet Teksasu w Austin, i nawet zwiedziłem z tatą kampus. Już widziałem tam siebie oczami wyobraźni, realizującego plan B.

Byłem zdziwiony, kiedy któregoś dnia znalazłem w skrzynce grubą kopertę z informacją o przyjęciu do Yale. Rekomendację pisał pan Lyons i jedyne, co mi przyszło do głowy, to że musiała być naprawdę dobra. Clay Johnson otworzył swoją kopertę w tym samym czasie. Postanowiliśmy zostać współlokatorami. Decyzja została podjęta.

***

Opuszczenie Andover było jak pozbycie się kaftana bezpieczeństwa. Na studiach kierowałem się banalną zasadą: pracuj ciężko, baw się intensywnie. Przestrzegałem tego pierwszego, w drugim byłem wybitny. Dołączyłem do bractwa Delta Kappa Epsilon, grałem w rugby i uprawiałem inne sporty, chodziłem na wycieczki do żeńskich kampusów i dużo czasu spędzałem ze znajomymi.

Gwałtowny temperament nieraz mnie ponosił. Na ostatnim roku pojechaliśmy na mecz do Princeton. Natchniony wygraną Yale – a jeszcze bardziej popijawą – zachęciłem naszą grupkę do zniszczenia bramki rywali. Zwolenników Princeton to nie rozbawiło. Siedziałem już na poprzeczce, kiedy ochroniarz ściągnął mnie na dół. Przemaszerowałem przez całe boisko, po czym zostałem wsadzony do radiowozu. Przyjaciele z uniwersytetu zaczęli bujać samochodem, krzycząc „Uwolnić Busha!”.

Przeczuwając katastrofę, Roy Austin – wielki chłop z wysp St. Vincent[13], kapitan drużyny piłki nożnej – krzyknął, żeby tłum się cofnął. Wskoczył do radiowozu i razem pojechaliśmy na komendę. Kazano nam wtedy opuścić Princeton i nigdy więcej nie wracać. Roy nadal rozwijał swoje dyplomatyczne umiejętności. Czterdzieści lat później mianowałem go ambasadorem w Trynidadzie i Tobago.

W Yale nie interesowałem się karierą polityczną. Ale czasami byłem wystawiony na jej działanie. Podczas mojej nauki na pierwszym roku tata kandydował do Senatu. Jego przeciwnikiem był demokrata Ralph Yarborough. Ojciec zdobył więcej głosów niż którykolwiek republikański kandydat w historii stanu, ale nie miał szans w związku z miażdżącym zwycięstwem prezydenta Johnsona. Krótko po wyborach przedstawiłem się uniwersyteckiemu kapelanowi, Williamowi Sloane Coffinowi. Znał ojca ze studiów w Yale, więc myślałem, że powie mi jakieś słowo pocieszenia. Ale on powiedział tylko, że ojciec został „pobity przez lepszego”.

Jego słowa były ciosem dla osiemnastolatka. Kiedy ponad 30 lat później doniosły o tym media, Coffin przysłał przeprosiny za uwagę – napisał do mnie list, w którym stwierdził, że jeśli tak się wówczas wyraził, to jest mu przykro z tego powodu. Przeprosiny przyjąłem. Ale jego obłuda była tylko przedsmakiem jadowitej krytyki, której doczekałem się ze strony byłych wykładowców w czasie prezydentury.

W Yale czułem, że mogę odkrywać i rozwijać swoje pasje. Szeroki wachlarz przedmiotów, na które się zdecydowałem, obejmował astronomię, gospodarkę przestrzenną miasta, archeologię prehistoryczną, dzieła literatury hiszpańskiej i – nadal moje ulubione – japońskie haiku. Uczestniczyłem też w zajęciach z nauk politycznych, komunikacji masowej, która skupiała się na treści i wpływie mass mediów. Ukończyłem je ze średnim wynikiem, co może tłumaczyć moje kruche relacje z mediami przez te wszystkie lata.

Moją pasją była historia – wybrałem ją jako główny przedmiot. Lubiłem słuchać wykładów takich profesorów, jak John Morton Blum, Gaddis Smith czy Henry Turner. Na jednych z pierwszych zajęć omawialiśmy Wielką Rewolucję Francuską. „Przeszłość to mój zawód”, lubił mawiać profesor Stanley Mellon.

Fascynująco opowiadał o słynnej przysiędze w sali do gry w piłkę, terrorze Robespierre’a i powstaniu Napoleona. Przeraziło mnie, jak łatwo rewolucyjne idee zostały odrzucone, kiedy władza skoncentrowała się w rękach nielicznych.

Jednym z najbardziej godnych zapamiętania zajęć była historia Związku Sowieckiego. Wykładał ją Wolfgang Leonhard urodzony we wschodnich Niemczech. Jako dziecko pan Leonhard uciekł z nazistowskiego kraju, dorastał w Związku Sowieckim. Jego matka została aresztowana w czasie stalinowskiej czystki. On sam był szkolony na komunistycznego urzędnika, ale zbiegł na Zachód. Swoim twardym akcentem opisywał procesy, masowe aresztowania i łamanie praw obywatelskich. Po tych wykładach już nigdy nie patrzyłem na Związek Sowiecki i komunizm tak samo jak kiedyś. Zajęcia były wprowadzeniem do walki pomiędzy tyranią a wolnością, która zajmowała moją uwagę przez resztę życia.

Na ostatnim roku zapisałem się do profesora Rollina G. Osterweisa na historię i ćwiczenia amerykańskiego oratorstwa. Czytaliśmy słynne przemowy – od płomiennych kazań pastora Jonathana Edwardsa z czasów kolonialnych, po „Dzień Hańby” w wykonaniu prezydenta Roosevelta po ataku na Pearl Harbor. Uderzyło mnie, jak dużą moc w kształtowaniu historii mogą mieć słowa. Analizowałem przemowę Henry’ego W. Grady’ego, dziennikarza z Georgii, na temat Nowego Południa i naszkicowałem czterominutowe wystąpienie nominujące gwiazdę Red Sox, Carla Yastrzemskiego, na burmistrza Bostonu. Profesor Osterweis nauczył nas, jak konstruować przemówienia: najpierw wstęp, później trzy główne punkty, perora i wnioski. Pamiętałem ten model przez resztę życia, w którym – jak się okazało – kilka mów przyszło mi wygłosić.

Nie żebym sugerował, że byłem jakimś szczególnym studentem. Uczciwie się przyznam, że więcej nauczyłem się z doświadczenia niż od wykładowców. John Morton Blum, zapytany kiedyś, co może powiedzieć o swoim sławnym studencie, George’u W. Bushu, odpowiedział: „W ogóle go sobie nie przypominam”. Ale ja profesora Bluma pamiętam.

***

Koniec studiów był burzliwym okresem. Martin Luther King Jr. został zamordowany w kwietniu, po czym zaczęły się zamieszki na tle rasowym w Chicago i Waszyngtonie. Parę dni przed rozdaniem dyplomów, kiedy wracaliśmy ze znajomymi z wycieczki do Nowego Jorku, usłyszeliśmy w radiu, że Bobby Kennedy także został zabity. Nie odezwaliśmy się wtedy ani słowem. Czuliśmy, że wszystko staje się bardzo niepewne.

Przez większość czasu studenckie dyskusje były zdominowane przez temat praw obywatelskich. Zanim zaczął się ostatni rok, pojawiła się inna istotna kwestia. Wojna w Wietnamie się nasilała i prezydent Johnson ogłosił pobór. Mieliśmy dwie możliwości do wyboru: iść do wojska albo znaleźć sposób, jak przed nim uciec. Moja decyzja była prosta – zamierzałem służyć. Zostałem wychowany przez ojca, który poświęcił się dla kraju. Byłoby mi wstyd, gdybym próbował uniknąć tego obowiązku.

Do wojny podchodziłem sceptycznie, ale ją akceptowałem. Sceptycznie ze względu na strategię i ludzi z administracji Johnsona. Akceptowałem za to wyznaczony cel – zapobiegnięcie rozprzestrzenianiu się komunizmu. Któregoś dnia na jesieni ostatniego roku przechodziłem obok plakatu zachęcającego do wstąpienia do wojska – widniał na nim pilot odrzutowca. Latanie samolotami wydało mi się ciekawym sposobem na odbycie służby. Wypytałem werbownika i wziąłem formularz podania.

Gdy wróciłem do domu na Gwiazdkę, powiedziałem rodzicom, że interesuje mnie lotnictwo. Tata skontaktował mnie z Sidem Adgerem, byłym pilotem, który miał dobre znajomości w lotniczym światku. Ten zasugerował, żebym dołączył do Powietrznej Gwardii Narodowej Teksasu[14], gdzie były wolne stanowiska pilota. W przeciwieństwie do członków regularnej gwardii piloci mieli obowiązek wziąć udział w rocznym szkoleniu, półrocznym specjalistycznym instruktażu, a później musieli regularnie latać, żeby utrzymać swój status.

Służba w roli pilota Gwardii naprawdę do mnie przemawiała. Mogłem nauczyć się czegoś nowego. Gdybym został powołany, walczyłbym na wojnie. Jeśli nie, zyskałbym trochę elastyczności umożliwiającej mi zajmowanie się czymś innym. Wówczas nie myślałem poważnie o karierze. Pierwsze 10 lat po studiach dałem sobie raczej na poznawanie różnych rzeczy. Nie chciałem zapuszczać korzeni. Jeśli coś mnie zaciekawiło, próbowałem tego. Jeśli nie, szedłem dalej.

Właśnie takie podejście miałem do letnich prac sezonowych. W 1963 roku pracowałem na farmie bydła w Arizonie. Brygadzistą był szpakowaty mężczyzna o nazwisku Thurman. O intelektualistach, których znał, mawiał, że: „Mają książkową mądrość, ale są życiowymi niedorajdami”[15]. Obiecałem sobie solennie, że nie będzie się to odnosiło do mnie. Innego roku pracowałem na platformie wiertniczej w Luizjanie, w biurze maklerskim oraz jako sprzedawca w sklepie sportowym firmy Sears Roebuck. Na swojej drodze spotkałem wielu ciekawych ludzi – kowbojów i Cajunów[16], chuliganów i niewykwalifikowanych robotników. Zawsze mówiłem, że otrzymałem dwojakie wykształcenie – jedno w dobrej szkole, drugie od porządnych ludzi.

Jesienią 1968 roku zgłosiłem się na trening do bazy lotniczej Moody w Georgii. Zaczynała nas setka, skończyło tylko pięćdziesięciu. Ludzie odpadali wcześnie i masowo. Pamiętam chłopaka z Nowego Jorku, który po pierwszym locie cessną 172 wrócił tak zielony jak własny mundur – poza tymi jego fragmentami, na które zwymiotował.

Moje pierwsze doświadczenia w powietrzu były tylko ciut lepsze. Instruktor wyczuwał moją niepewność. Nie był to ktoś, kto wierzy w grzeczne, spokojne udzielanie porad. Podczas jednego z pierwszych lotów złapał nagle za drążek, pociągnął tak mocno, jak tylko się dało, i maszyna straciła sterowność. Dziób poszedł w górę, samolot zadrżał. Następnie przesunął drążek do przodu, a dziób opadł. Samolot się ustabilizował. Trener pokazał mi tym samym pierwszy manewr odzyskiwania sterowności. Spojrzał na mnie i powiedział: „Chłopcze, jeśli chcesz być pilotem, to ty musisz kontrolować maszynę, a nie ona ciebie”.

Potraktowałem tę uwagę całkiem poważnie. Ćwiczyłem do perfekcji pętle, beczki i akrobacje. Kiedy tata przyjechał przypiąć mi skrzydełka pilota, miałem poczucie spełnienia misji. Po szkole lotniczej przeniosłem się do Houston, gdzie nauczyłem się obsługi myśliwca F-102 w bazie lotniczej w Ellington. F-102 był jednoosobowym, jednosilnikowym samolotem przechwytującym. Kiedy kołowałeś na pasie startowym, na dopalaczu, nieważne, kim byłeś ani skąd pochodziłeś, lepiej żebyś uważał na to, co się wtedy działo!

Uwielbiałem latanie, ale około roku 1972 zacząłem odczuwać zmęczenie. Zajęcia z latania ustawiałem sobie wieczorami albo w weekendy, a dniami pracowałem w firmie rolniczej. Do moich obowiązków należało studiowanie przemysłu grzybiarskiego w Pensylwanii i odwiedzanie szkółek roślinnych, które należały do przedsiębiorstwa. To nie była szczególnie urzekająca praca.

Któregoś dnia zadzwonił mój przyjaciel, Jimmy Allison – działacz polityczny z Midland, który w 1966 roku prowadził pomyślną kampanię ojca w wyborach do Izby Reprezentantów. Powiedział, że jest szansa współpracy przy kampanii Reda Blounta przed wyborami do Senatu w Alabamie. Brzmiało interesująco, więc przystałem na propozycję.

Mój dowódca, podpułkownik Jerry Killian, zgodził się na przeniesienie mnie do Alabamy, pod warunkiem że nadrobię wymagane godziny zajęć po wyborach. Poinformowałem dowódców Gwardii, że będę musiał opuścić kilka dni w trakcie kampanii. Powiedzieli, że mogę nadrobić je po jej zakończeniu. Tak też zrobiłem. Nie myślałem o tym zbytnio przez następnych parę dekad.

Niestety rejestr prowadzony był dość marnie, a dokumentacja moich obecności niejasna. Kiedy wkroczyłem do świata polityki, przeciwnicy wykorzystali te luki, żeby wykazać niedopełnienie przeze mnie obowiązków. W 1990 roku poprosiłem zaufanego pomocnika, Dana Bartletta, o przeszukanie moich papierów, a te pokazały, że swoje powinności wypełniłem. W 2004 roku Dan odkrył jakiś zapis z gabinetu dentystycznego, który wskazywał, że leczyłem się w bazie lotniczej Dannely w Montgomery w stanie Alabama w czasie, kiedy – zdaniem krytyków – byłem nieobecny. Jeśli zęby Busha były w bazie, można było uznać za pewne, że reszta też tam była – zażartował podczas wywiadu dla prasy.

Myślałem, że sprawa została zamknięta, jednak we wrześniu 2004 roku, kiedy lądowałem na Południowym Trawniku w śmigłowcu Marine One[17], w pokoju spotkań dyplomatycznych[18] zobaczyłem sylwetkę Dana. Ogólnie jest tak, że gdy starszy doradca czeka na śmigłowiec prezydenta, nie ma mu raczej do przekazania dobrych wieści. Dan wręczył mi jakąś kartkę. To była notatka na firmowym papierze Gwardii, napisana na maszynie, zaświadczająca, że nie dopełniłem procedur. Została podpisana przez mojego dawnego dowódcę, Jerry’ego Killiana. Dan powiedział, że dziennikarz telewizji CBS, Dan Rather, zamierza ogłosić tę sensacyjną wiadomość w programie „60Minutes”.

Bartlett zapytał, czy przypominam sobie taką notatkę. Niczego takiego nie pamiętałem, więc poprosiłem, żeby to sprawdził. Następnego dnia wszedł do Gabinetu Owalnego – wyglądał, jakby kamień spadł mu z serca. Wszystko wskazywało na to, że dokument został sfałszowany. Napisano go krojem pisma z nowoczesnego komputera, który na początku lat 70. XX w. jeszcze nawet nie istniał. Po kilku dniach mieliśmy już niezbity dowód – notatka była podrobiona.

Byłem zdumiony i zdegustowany. Dan Rather puścił w obieg wiadomość, która miała istotny wpływ na wybory prezydenckie, opartą na sfałszowanym dokumencie! Niedługo potem został zwolniony. Podobnie jak producent jego programu. Po latach fałszywych zarzutów dyskusja o Gwardii w końcu ucichła.

Zawsze będę dumny z czasu spędzonego w wojsku. Dużo się nauczyłem, nawiązałem przyjaźnie na resztę życia i miałem zaszczyt nosić mundur w służbie krajowi. Podziwiam i bardzo szanuję tych, którzy zostali wysłani do Wietnamu. Blisko 60 tysięcy z nich nigdy nie wróciło do domu. Moja służba była niczym w porównaniu z ich poświęceniem.

***

W 1970 roku tata znowu postanowił kandydować do Senatu. Uważaliśmy, że ma duże szanse wziąć odwet na Ralphie Yarborough. Ale ten stał się tak nielubiany, że w prawyborach uległ Lloydowi Bentsenowi, konserwatywnemu demokracie. Tata stoczył w wyborach dobrą walkę, ale znowu przegrał. To była dla nas lekcja, że w Teksasie nadal niełatwo jest wygrać republikaninowi.

Wkrótce odebraliśmy następną. Porażka, jakkolwiek bolesna, to nie koniec. Niedługo po wyborach w 1970 roku prezydent Richard Nixon mianował tatę ambasadorem przy ONZ. W 1973 poprosił go o przewodniczenie Narodowemu Komitetowi Partii Republikańskiej. To doświadczenie okazało się bardzo cenne w czasie kryzysu, jakim była afera Watergate, przez którą tacie udało się pomyślnie przeprowadzić partię.

Rodzice byli w Białym Domu tego dnia, kiedy Nixon zrezygnował z urzędu, a Gerald Ford złożył przysięgę. Krótko po tym nowy prezydent zaproponował ojcu wybór placówki dyplomatycznej: Paryż albo Londyn (tradycyjnie dwa najbardziej pożądane ambasadorstwa). Ale tata powiedział, że wolałby raczej jechać do Chin, i razem z mamą spędzili czternaście fascynujących miesięcy w Pekinie. Wrócili, kiedy Ford zaproponował ojcu objęcie stanowiska dyrektora CIA. Całkiem nieźle jak na dwukrotnie pokonanego kandydata do Senatu. A na tym się nie skończyło.

Podziwiałem osiągnięcia taty. Od młodych lat kroczyłem blisko drogi, którą on obrał. Andover i Yale, potem służba w lotnictwie. Kiedy dorosłem, zdałem sobie sprawę, że nikt nie oczekiwał ode mnie, żebym powtórzył jego historię, nie musiałem nawet próbować tego robić. Byliśmy w zupełnie innej sytuacji. Tata, zanim skończył 30 lat, walczył na wojnie, ożenił się i został ojcem trojga dzieci, z których jedno zmarło na raka. Kiedy ja opuściłem Gwardię w podobnym wieku, nie miałem poważnych obowiązków. Byłem spontaniczny i ciekawy świata, szukałem przygód. Moim celem było odnalezienie własnej tożsamości i drogi.

Rodzice zaakceptowali moje radosne usposobienie i nie próbowali go tłumić. Zwracali mi uwagę, kiedy przekraczałem granicę. Jedną z najtrudniejszych dyskusji przeprowadziłem z ojcem, kiedy miałem 20 lat. Wróciłem z uniwersytetu na lato i pracowałem dla Circle Drilling na platformie wiertniczej na Jeziorze Charlesa w Luizjanie. Pracowałem w systemie: tydzień pracy, tydzień przerwy. Po długiej i ciężkiej robocie postanowiłem odpuścić sobie ostatni tydzień i spędzić go z dziewczyną w Houston.

Tata wezwał mnie do siebie do biura. Nonszalancko oznajmiłem mu, że kończę pracę tydzień wcześniej. Odparł, że firma mi zaufała, gdy zgadzałem się pracować w konkretnym terminie. Podpisałem umowę i jej nie dotrzymałem. Siedziałem tam i z każdym słowem ojca czułem się coraz gorzej. Kiedy zakończył słowami: „Synu, jestem rozczarowany”, było mi strasznie wstyd.

Kilka godzin później zadzwonił telefon. To był tata. Bałem się, że będę musiał wysłuchać kolejnego kazania. Ale on zamiast tego zapytał: „Co robisz wieczorem?”. Miał bilety na mecz Houston Astros i zaprosił mnie razem z dziewczyną. Od razu się zgodziłem. Ta sytuacja podkreśliła, jak bardzo szanował moje decyzje. I jak bardzo mnie kochał.

Tata był poważny, kiedy było trzeba, ale w domu zwykle huczało od śmiechu. Uwielbiał opowiadać dowcipy: „Słyszeliście dowcip o samolocie? Mniejsza o to, właśnie nad wami leci!”. Wymyślał przezwiska dla rodziny i przyjaciół. W którymś momencie zaczął nazywać mnie Juney, od Junior. Brat Neil był znany jako Whitey (od koloru jego włosów[19]), co przekształciło się w Whitney. Dobry znajomy taty, James Baker, stał się Bakiem. Zwieńczeniem talentu ojca było nazwanie mamy Srebrnym Lisem[20].

Cudowne poczucie humoru towarzyszyło ojcu przez całe życie. Gdy był prezydentem, ustanowił nagrodę Scowcrofta – nazwaną tak na cześć Brenta Scowcrofta, Doradcy ds. Bezpieczeństwa Narodowego – dla współpracowników, którzy zasypiali w czasie spotkań. Nawet teraz, mając 80 lat, wysyła nam dowcipy e-mailem, oceniając każdy w skali od 1 do 10. Kilka lat temu leżał po operacji w Klinice Mayo. Kiedy pielęgniarka przyszła sprawdzić, co u niego, zapytał: „Czy moje jądra są czarne?”. Kobieta była zaskoczona. „Słucham, panie prezydencie?”. Powtórzył: „Czy moje jądra są czarne?”. Kiedy ona już miała zajrzeć pod prześcieradło, tata zażartował: „Powiedziałem: czy wyniki moich badań już wróciły?”[21]. Lekarze ryczeli ze śmiechu.

Przez lata pojawiały się różne spekulacje na temat naszych powiązań. Nic dziwnego – po raz pierwszy od 172 lat prezydentem został zarówno ojciec, jak i syn. Prawda jest taka, że uwielbiam ojca. Przez całe życie szanowałem go, podziwiałem i byłem mu wdzięczny za jego miłość. Jest taka dość haniebna historia: było późno, wracałem do domu samochodem, przejechałem kosz na śmieci sąsiada, a potem pyskowałem ojcu. Kiedy ludzie próbują sobie wyobrazić tę scenkę, widzą psychologiczną rozgrywkę dwóch prezydentów. W rzeczywistości ja byłem podpitym dzieciakiem, a on poirytowanym – co zrozumiałe – ojcem. Później nie myśleliśmy wiele o tym zdarzeniu, dopóki nie opisano go w gazetach 20 lat później.

Chwile takie jak ta przypominają mi, że jestem nie tylko synem swojego ojca. Mam też w sobie przebojowość i lekceważącą uprzejmość Barbary Bush. Czasami zadawałem sobie sporo trudu, żeby okazać niezależność. Ale nigdy nie przestałem kochać swojej rodziny. Sądzę, że wiedzieli o tym, nawet kiedy działałem im na nerwy.

W końcu zobaczyłem wszystko z perspektywy rodziców, kiedy sam zostałem ojcem. Moja córka Jenna bywała bystra i nieco bezczelna, dokładnie jak ja. Kiedy startowałem w wyborach na gubernatora w 1994 roku, pierwszego dnia sezonu polowania na gołębie przez pomyłkę zastrzeliłem siewkę, chronionego ptaka. Ten błąd wytknięto mi w nagłówkach, ale sprawa szybko ucichła. Na kilka tygodni przed wyborami pojechaliśmy z Laurą i dziewczynkami na festyn do Dallas. Dwunastoletnia Jenna wygrała w jednym z konkursów w wesołym miasteczku wypchanego ptaka. Na oczach kamer podniosła pluszowego zwierzaka w górę. „Tato, zobacz”, powiedziała, chichocząc. „To siewka!”.

***

Jesienią 1972 roku odwiedziłem babcię na Florydzie. W okolicy był wtedy Mike Brooks, znajomy z Yale. Grywaliśmy w golfa. Mike właśnie ukończył Harvard Business School[22]. Powiedział, że też powinienem rozważyć te studia. Żeby upewnić się, że zrozumiałem, wysłał mi formularz aplikacyjny. Byłem tym na tyle zaintrygowany, że go wypełniłem. Kilka miesięcy później zostałem przyjęty.

Nie byłem pewien, czy chcę wracać do szkoły albo w ogóle na Wschodnie Wybrzeże. Podzieliłem się wątpliwościami z bratem Jebem. Nie znałem go zbyt dobrze, gdy dorastał – miał zaledwie 8 lat, kiedy ja wyprowadziłem się do szkoły z internatem – ale z upływem czasu staliśmy się sobie bliżsi.

Jeb zawsze był poważniejszy niż ja. Inteligentny, skupiony i utalentowany we wszystkich kierunkach. Nauczył się płynnie mówić po hiszpańsku, wybrał kierunek studiów Ameryka Łacińska, skończył Uniwersytet Teksasu z wyróżnieniem Phi Beta Kappa.

Na ostatnim roku wyjechał do Meksyku na wymianę studencką. Tam spotkał piękną kobietę, Columbę Garnicę. Chociaż oboje byli jeszcze młodzi, widać było, że Jeb się zakochał. Kiedy szliśmy razem na stadion Astrodom, ja oglądałem mecze, a on pisał listy do Colu. Pobrali się dwa tygodnie po jego dwudziestych pierwszych urodzinach.

Któregoś wieczoru jedliśmy z tatą kolację w restauracji w Houston. Pracowałem wtedy nad programem dla jednej z najbiedniejszych dzielnic Houston, Third Ward, i rozmawialiśmy o mojej przyszłości. „George dostał się na Harvard”, wypaplał Jeb.

Po chwili namysłu ojciec powiedział: „Powinieneś poważnie to rozważyć. To dobry sposób, żeby poszerzyć horyzonty”. Tylko tyle, ale tymi słowami skłonił mnie do przemyśleń. Poszerzanie horyzontów – to właśnie próbowałem robić w tamtym czasie. To było jak „zmobilizuj się do wykorzystania talentów, które dostałeś od Boga” powiedziane w inny sposób.

Po raz drugi w życiu przeprowadziłem się z Houston do Massachusetts. Taksówkarz zawiózł mnie do kampusu i powitał w „West Poincie kapitalizmu”. Do Andover poszedłem, bo tego ode mnie oczekiwano; do Yale – zgodnie z przykazaniami tradycji. Na Harvard trafiłem z wyboru. Uczyłem się finansów, księgowości i ekonomii. Lepiej zrozumiałem zarządzanie, a szczególnie to, jak ważne jest stawianie jasnych, określonych celów, rozdzielanie zadań i branie pod uwagę opinii innych. Upewniłem się też, że chcę realizować własną potrzebę przedsiębiorczości.

Naukę na Harvardzie dodatkowo wzmocniło nietypowe wydarzenie – wizyta u rodziców w Chinach. Kontrast był bardzo wyraźny. Z West Pointu kapitalizmu przeniosłem się na wschodnią flankę komunizmu. Z kraju indywidualnych wyborów do miejsca, w którym wszyscy nosili takie same szare mundurki. Jeżdżąc rowerem po ulicach Pekinu, widywałem czarną limuzynę z przyciemnionymi szybami, należącą do którejś partyjnej szychy. Poza tym prawie nie było tam samochodów i żadnych śladów wolnego rynku. Byłem zdumiony, jak kraj z tak bogatą historią może być aż tak ponury.

W 1975 roku Chiny wychodziły z Rewolucji Kulturalnej, czyli starań władzy o oczyszczenie i uaktywnienie społeczeństwa. Komunistyczni urzędnicy uchwalili program indoktrynacji, szerzyli propagandę przez wszechobecne głośniki i dążyli do pozbycia się jakichkolwiek dowodów starożytnego dziedzictwa Chin. Tłumy młodych ludzi atakowały starszych oraz intelektualną elitę. Społeczeństwo było podzielone i popadało w anarchię.

Chińskie doświadczenia przypomniały mi o rewolucjach we Francji i w Rosji. Wzór był taki sam: ludzie przejmowali władzę, obiecując promowanie pewnych idei. Kiedy się w tej władzy umocnili, nadużywali jej, porzucali to, w co wierzyli, i brutalnie obchodzili się ze swoimi współobywatelami. Trochę tak, jakby ludzkość cierpiała na chorobę, którą sama siebie zaraża. Ta otrzeźwiająca myśl tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że wolność – ekonomiczna, polityczna i religijna – jest jedyną sprawiedliwą i produktywną metodą rządzenia społeczeństwem.

***

Przez większość czasu spędzonego na Harvardzie nie miałem pojęcia, jak wykorzystam swój dyplom z biznesu. Wiedziałem, czego nie chcę robić. Nie miałem najmniejszej chęci pracować na Wall Street. Chociaż znałem przyzwoitych i godnych podziwu ludzi, którzy tam pracowali, włącznie z moim dziadkiem Prescottem Bushem, byłem podejrzliwy co do samej branży finansowej. Opowiadałem znajomym, że Wall Street to takie miejsce, gdzie albo cię kupią, albo sprzedadzą, ale tak naprawdę nigdy się tobą nie przejmą – byle tylko dało się na tobie zarobić.

Szukałem innej możliwości, kiedy kolega z zajęć, Del Marting, zaprosił mnie na ferie wiosenne do siebie na ranczo w Tucson w Arizonie. Po drodze na zachód postanowiłem zatrzymać się w Midland. Od przyjaciela, Jimmy’ego Allisona, który został wydawcą „Midland Reporter-Telegram”, usłyszałem, że region kwitnie. Miał rację. Przemysł energetyczny rozwijał się od 1973 roku, kiedy to wprowadzono embargo na arabską ropę. Nie było prawie żadnych barier, żeby wkroczyć do tego świata. Spodobał mi się pomysł na rozpoczęcie własnego biznesu. Wtedy postanowiłem: wracam do Teksasu.

Jesienią 1975 roku spakowałem cały swój dobytek do oldsmobile’a cutlassa 1970 i wyjechałem. Musiałem się sporo nauczyć, dlatego zacząłem szukać mentorów. Jedną z pierwszych osób, które odwiedziłem, był prawnik Boyd Laughlin, czule nazywany Loophole[23]. Załatwił mi spotkanie z Buzzem Millsem, wielkim mężczyzną ostrzyżonym na rekruta, z dużym doświadczeniem w przemyśle naftowym. Znalazłem go, kiedy grał w remika z Ralphem Wayem, jego partnerem głośno zaciągającym się cygarami. Nie wiem, o ile grali, ale na pewno o sumy większe niż te, które stanowiły cały mój majątek.

Za ich przyjaznym, chłopskim nastawieniem kryła się przenikliwa znajomość paliwowego biznesu. Powiedziałem im, że chcę zostać landmanem. Zadaniem landmana jest jeżdżenie po sądach i sprawdzanie, kto ma prawa do minerałów w miejscach, gdzie potencjalnie można wiercić. Kluczem do sukcesu w tym zawodzie jest chęć do studiowania ton papierów, oko wyczulone na szczegóły i niezawodny samochód. Zacząłem od przyłączenia się do doświadczonego w tej materii człowieka, który pokazał mi, jak czytać akty własności. Później jeździłem już sam, sprawdzając rejestry sądowe za dniówkę. W końcu kupiłem kilka tantiem i trochę udziałów w szybach naftowych Buzza i Ralpha. W porównaniu ze zdobyczami wielkich nafciarzy to, co kupowałem, to były okruszyny, ale wystarczało na przyzwoite życie. No i dużo się uczyłem.

Dzięki skromnemu życiu utrzymywałem koszty na niskim poziomie. Wynająłem domek szeregowy o powierzchni 40 metrów kwadratowych, który znajomi określali mianem „wysypiska toksycznych odpadów”. Jeden z rogów łóżka musiałem związać krawatem, żeby cała konstrukcja się nie rozpadła. Nie miałem pralki, więc brudne rzeczy nosiłem do Dona i Susie Evansów. Z Susie znaliśmy się od podstawówki. Wyszła za mąż za Dona z Houston, który ukończył dwa fakultety na Uniwersytecie Teksasu, i razem przenieśli się do Midland, żeby wejść do naftowego biznesu. Don był skromnym człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, ale z dużym poczuciem humoru. Razem biegaliśmy, graliśmy w golfa i zawarliśmy przyjaźń na lata.

Wiosną 1976 roku Don wraz z innym bliskim przyjacielem, chirurgiem--ortopedą Charliem Youngerem, zaproponowali, żebyśmy poszli na koncert Williego Nelsona w Odessie. Żeby się do niego przygotować, oczywiście potrzebna była mała libacja. Kupiliśmy piersiówki burbonu i po drodze wypiliśmy kilka łyków. Kiedy dotarliśmy do Ector County Coliseum, upomniano nas, że nie można wnosić alkoholu. Wypiliśmy więc resztę, wyrzuciliśmy butelki i zajęliśmy miejsca.

Charlie uznał, że potrzebujemy więcej alkoholu, żeby w pełni przeżywać to wydarzenie. Ku naszemu zdumieniu udało mu się przekonać dyżurnego, że Willie Nelson potrzebuje piwa. Facet posłusznie poszedł i kupił je za pieniądze Charliego. Charlie zostawił jedną skrzynkę dla Williego, a jedną podwędził dla nas. Skuliliśmy się na naszych siedzeniach i żłopaliśmy niczym spragnieni wędrowcy. Kiedy opróżniliśmy kilka butelek, Charlie zasugerował, żebyśmy przenieśli się pod scenę i podziękowali nowemu przyjacielowi. Don rozsądnie się od tego powstrzymał. Ale ja nie.

Wśród hałasu usłyszałem, jak zebrani skandują moje imię. Rozpoznała nas grupa ludzi z Midland stojących gdzieś z przodu. Domagali się piwa, więc im dogodziliśmy. Kiedy koncert się skończył, Charlie schował kilka butelek pod koszulką. Gdy wychodziliśmy, wyśliznęły się jedna po drugiej i rozbiły na podłodze. To było jak wszczęcie alarmu. Nasz pewny krok zamienił się w bieg w stronę wyjścia – trzech pajaców uciekających w obronie swojej reputacji.

Następnego dnia parę osób w Midland mówiło, że widziało mnie na scenie z Williem. Nikt tego oficjalnie nie skomentował, z wyjątkiem jednego starszego gościa, który powiedział, że wyglądałem jak głupek. Miał rację.

***

Weekend z okazji Święta Pracy w 1976 roku spędziłem w domu rodzinnym w Kennebunkport. W sobotni wieczór wybrałem się do baru z siostrą Doro, długoletnim pomocnikiem ojca, Pete’em Rousselem, i dwojgiem przyjaciół rodziny: australijską gwiazdą tenisa, Johnem Newcombe’em, i jego żoną Angie. John zapoznał mnie z australijską tradycją picia piwa bez użycia rąk. Chwytasz brzeg kubka zębami, przechylasz głowę do tyłu i piwo leje ci się prosto do gardła. Nieźle się bawiliśmy – do czasu powrotu do domu.

Lokalny policjant, Calvin Bridges, uznał za dziwne, że jechałem 10 mil na godzinę, na dodatek dwoma kołami po poboczu. Kiedy nie zdałem testu polegającego na przejściu kilku kroków po linii prostej, zabrał mnie na komendę. Czułem się winny i przyznałem się do tego funkcjonariuszom.

Byłem zawstydzony. Popełniłem poważny błąd. Miałem szczęście, że nic się nie stało pasażerom, innym kierowcom ani mnie. Zapłaciłem 150 dolarów grzywny i przez określony czas miałem zakaz prowadzenia pojazdów w Maine. Sprawa była zamknięta. Przynajmniej wtedy tak myślałem.

***

Tamtej jesieni zacząłem poważnie rozważać ustatkowanie się. Jazda „pod wpływem” znacznie się do tego przyczyniła, ale myślałem o tym już od miesięcy. Pomysł na życie polegający na niezapuszczaniu korzeni zaczynał się starzeć. Tak jak ja. Latem stuknęła mi trzydziestka. Przyrzekłem sobie, że pierwsze 10 lat po skończeniu studiów przeżyję intensywnie, z niczym lub nikim się nie wiążąc. Słowa dotrzymałem. Ale dekada zbliżała się ku końcowi.

W lipcu 1977 roku stary kumpel Joe O’Neill zaprosił mnie na grilla. Rzadko odmawiałem domowych posiłków – biły na głowę fast foody, które stanowiły podstawowy składnik mojej diety. Joe i jego żona, Jan, chcieli mi kogoś przedstawić – jedną z najlepszych koleżanek Jan, Laurę Welch. Przyjechałem spóźniony. W ogródku zastałem Jan i ubraną w niebieską letnią sukienkę Laurę.

Dziewczyna była przepiękna. Miała cudownie niebieskie oczy i poruszała się z ogromnym wdziękiem. Wydawała się inteligentna i dystyngowana. Miała też taki ciepły uśmiech. Jeśli istnieje miłość od pierwszego wejrzenia, to ja jej wtedy doświadczyłem.

Podczas rozmowy odkryliśmy, że dorastaliśmy w tej samej okolicy w Midland i chodziliśmy do jednej podstawówki San Jacinto Junior High. Mieszkaliśmy nawet na tym samym osiedlu w Houston. Ona w tej cichej części, gdzie przesiadywało się nad basenem i czytało książki. Ja w tej, gdzie do późnej nocy grało się w siatkę. Nic dziwnego, że nasze drogi nigdy przedtem się nie zeszły.

Zadzwoniłem do Laury następnego dnia i umówiliśmy się na wieczór. Zapytałem, czy chce zagrać w minigolfa. Kiedy się zgodziła, wiedziałem, że to dziewczyna dla mnie. Nie grała najlepiej, ale okazała się świetnym kompanem. Utwierdziłem się w pozytywnym wrażeniu z poprzedniego wieczoru. Martwiła mnie jedna sprawa: Laura musiała wracać do Austin, gdzie pracowała jako bibliotekarka w szkole podstawowej Dawsona. Od razu za nią zatęskniłem i starałem się odwiedzać ją tak często, jak tylko się dało.

Dobrana z nas para. Ja jestem gadułą, Laura – idealnym słuchaczem. Ja jestem niespokojny, Laura – przeciwnie. Mnie czasem ponosi, ona jest praktyczna i twardo stąpa po ziemi. I przede wszystkim jest szczera i naturalna. Nie ma w niej ani odrobinę sztuczności. Jest urocza i bezpośrednia. W sierpniu odwiedziłem rodzinę w Kennebunkport z zamiarem pozostania na weekend. Ale już po pierwszej nocy leciałem z powrotem do Laury do Teksasu.

Kilka tygodni po naszym pierwszym spotkaniu przedstawiła mnie rodzicom – Haroldowi i Jennie Welchom. Jej mama, uprzejma, słodka i cierpliwa kobieta, zawsze sprawiała, że czułem się tam mile widziany. Tata kochał sport i od czasu do czasu lubił obstawiać futbolowe zakłady. Chętnie przesiadywał w knajpie Johnny’s Barbecue. Lokalni mieszkańcy nazywali to miejsce „Chorą Świnią” – od okropnej drewnianej świni zamontowanej na dachu. Któregoś dnia ojciec Laury przedstawił mnie tam swoim znajomym, w tym samemu gospodarzowi. Myślę, że to był chrzest bojowy, bo dostałem screwdriver[24]. Odmówiłem. Była 9.00.

Zaloty trwały w najlepsze. W któryś weekend pojechaliśmy we dwoje na ranczo Anny i Tobina Armstrongów w południowym Teksasie. Anna była kiedyś ambasadorem w Wielkiej Brytanii i razem z Tobinem zapraszali samego księcia Karola do gry w polo. Innym razem odwiedziliśmy Johna i Angie Newcombe’ów w akademii tenisa w New Braunfels, w pięknym regionie Texas Hill Country. Tym razem po wypiciu piwa trzymałem ręce z dala od kierownicy. Zakochiwałem się w Laurze coraz bardziej. Kiedy zaprzyjaźniłem się z jej kotem, Deweyem (nazwanym tak na cześć twórcy klasyfikacji dziesiętnej[25]) – pomimo że nie byłem wielkim fanem kotów – wiedziałem już, że nasz związek ma solidne podstawy.

Nigdy nie bałem się podejmować decyzji, a pod koniec września nadszedł czas na jedną z najważniejszych. Pewnego wieczoru w domu, który Laura wynajmowała w Austin, powiedziałem: „Pobierzmy się”. Odpowiedziała „tak”. Od razu. Byliśmy w sobie szaleńczo zakochani, ale zarazem gotowi do podjęcia życiowych decyzji.

Niedługo po zaręczynach pojechaliśmy do Houston na chrzest Noelle, córki Jeba i Columby. Przedstawiłem Laurę rodzinie. Wszyscy byli nią równie zachwyceni jak ja. Laura wiedziała, że wkracza do wielkiej rodziny lubiącej współzawodnictwo, ale to jej odpowiadało. Była jedynaczką, więc hałaśliwy klan Bushów musiał ją nieźle bawić.

Rodzice sprawdzili swoje terminarze i wybraliśmy pierwszą wolną sobotę, 5 listopada 1977 roku. Urządziliśmy małe wesele dla rodziny i bliskich przyjaciół z Midland. Zaproszenia wypisała ręcznie mama Laury. Nie było mistrzów ceremonii, druhen ani drużbów. Po prostu ja, Laura i jej ojciec prowadzący ją do ołtarza.

Wtedy jeszcze nie potrafiłem tego sprecyzować, ale wierzyłem, że jest jakiś powód, dla którego nie spotkałem Laury przez te wszystkie lata. Bóg zesłał mi ją w odpowiednim momencie – kiedy byłem gotowy się ustatkować i mieć kogoś u swego boku. Szczęśliwie potrafiłem rozpoznać tę chwilę. To była najlepsza decyzja w moim życiu.

***

Niedługo po ślubie postanowiliśmy, że chcemy mieć dziecko. Mijały lata, a nam się to nie udawało pomimo starań. Dyskutowaliśmy, zastanawialiśmy się i modliliśmy, aż w końcu podjęliśmy decyzję o adopcji. Na początku czułem się nieswojo na myśl o zostaniu ojcem cudzego dziecka. Ale im dłużej rozpatrywałem tę kwestię, tym stawałem się spokojniejszy. Nasi przyjaciele adoptowali dzieci i uważali je za najcenniejsze błogosławieństwo. Mieliśmy szczęście, że dowiedzieliśmy się o cudownej agencji Edna Gladney Home w Forth Worth.

Założona przez misjonarzy metodystów w 1887 roku Gladney stała się jedną z najsłynniejszych agencji tego typu na świecie. Przedstawiono nas jej wieloletniej dyrektorce, Ruby Lee Piester. Ruby zaprosiła nas do szpitala. Poznaliśmy tam kilka ciężarnych kobiet bliskich rozwiązania. Byłem poruszony ich bezinteresownością, dzięki której podjęły decyzję, by wydać dziecko na świat i oddać je takim parom jak my. Procedura trwała kilka miesięcy. Najpierw odbył się wstępny wywiad polegający na wypełnieniu obszernego kwestionariusza. Na szczęście wypadliśmy dobrze. W kolejnym etapie Gladney zamierzała wysłać swojego przedstawiciela z wizytą do nas do domu. Skrupulatnie się do niej przygotowywaliśmy, kiedy na początku 1981 roku Laura zaskoczyła mnie wiadomością, że być może spodziewa się dziecka.

Kilka tygodni później pojechaliśmy na USG do Houston, do przeuroczej Indianki Srini Malini, która była ekspertem w tej dziedzinie. Denerwowałem się, kiedy przesuwała urządzenie wzdłuż brzucha Laury. Spojrzała na monitor i powiedziała: „Tu jest główka, a tu reszta. To dziewczynka!”. Przysunęła się, żeby spojrzeć z lepszej perspektywy. Nagle krzyknęła: „Widzę dwoje dzieci, dwoje ślicznych dzieci! Drugie to też dziewczynka. Zostaniecie rodzicami bliźniaczek”. Oczy napełniły mi się łzami. To było podwójne błogosławieństwo. Zacząłem nazywać ten obraz USG naszym pierwszym rodzinnym zdjęciem.

Kiedy zadzwoniliśmy do dyrektor Gladney, żeby podzielić się tą wiadomością, czuliśmy się winni, trochę jakbyśmy ją zwodzili. Ale ona powiedziała Laurze coś uroczego: „Kochanie, to się zdarza. Gladney pozwala parom doczekać się dziecka w taki albo inny sposób”. Ruby była bliższa prawdy, niż mogła przypuszczać. Na formularzu Laura zaznaczyła, że chcielibyśmy adoptować bliźnięta.

Lekarze ostrzegali nas, że ciąża bliźniacza jest obarczona wysokim ryzykiem. Laura była przesądna i nie chciała zbyt wcześnie urządzać pokoju dla dzieci. W siódmym miesiącu zdiagnozowano u niej stan przedrzucawkowy, który mógł uszkodzić nerki i zagrozić życiu dziewczynek. Nazajutrz zarejestrowaliśmy się w szpitalu Baylor w Dallas, gdzie chirurgiem był wujek Laury. Lekarze zalecili jej leżenie w łóżku.

Wiedziałem, że Laura jest otoczona opieką najlepszą z możliwych, mimo to się martwiłem. Pamiętałem, jak poroniła moja mama. Widziałem rodziców po tym, jak Robin umarła. Wiedziałem, jak bardzo boli strata dziecka. Wyznałem Laurze swoje obawy. Nigdy nie zapomnę jej reakcji. Spojrzała na mnie swoimi niebieskimi oczami i powiedziała: „George, zamierzam wydać te dzieci na świat. I urodzą się zdrowe”. Siła mojej żony była zadziwiająca. Ta cicha, skromna kobieta była niezwykle twardą osobą.

Dwa tygodnie później, kiedy byłem w swoim biurze w Midland – kursowałem tam i z powrotem do Dallas – zadzwonił doktor James Boyd. To on był odpowiedzialny za prowadzenie ciąży. Nie był szczególnie chętny do pogawędek. „George, jutro urodzą się twoje dzieci”, powiedział zwięźle. „O 6.00”. Zapytałem o stan Laury. Powiedział, że z nią będzie wszystko dobrze. „A co z dziewczynkami?” „Urodzą się 5 tygodni przed terminem, ale będą zdrowe. Tyle że musimy działać szybko”. Zadzwoniłem do Laury, żeby powiedzieć jej, jak bardzo jestem podekscytowany. Później zadzwoniłem do jej rodziców w Midland, do swoich rodziców w Waszyngtonie, do grona znajomych i oczywiście do linii lotniczych.

W całym swoim życiu brałem udział w wielu fascynujących wydarzeniach – zaprzysiężeniu na prezydenta, przemawianiu do tłumów, rzucaniu pierwszej piłki na stadionie Jankesów – ale nic nie może się równać z chwilą, kiedy urodziły się dziewczynki. Laura leżała w łóżku, była pod wpływem środków uspokajających. Głaskałem ją po głowie. Wkrótce lekarz wyciągnął malutkie, czerwone ciałko. Dziecko rozpłakało się, co oznaczało, że jest zdrowe. Pielęgniarka oczyściła je i podała właśnie mnie. To była mała Barbara. Po chwili trzymałem w ramionach Jennę. Chcieliśmy, żeby dziewczynki nosiły imiona dwóch wspaniałych kobiet, więc nazwaliśmy je imionami naszych matek.

Myślałem o tych dzieciach tak długo, że ledwo mogłem uwierzyć, iż są już z nami. To było na dzień przed Świętem Dziękczynienia. Wdzięczność była idealnym określeniem na to, co wtedy czułem. Byłem wdzięczny Bogu za ich życie, personelowi medycznemu za jego kwalifikacje i troskliwą opiekę oraz Laurze za determinację, żeby nosić dziewczynki na tyle długo, by urodziły się zdrowe.

To był niezwykle wyrazisty moment – trzymanie Barbary i Jenny w ramionach po raz pierwszy. Błogosławieństwo i odpowiedzialność jednocześnie. Przysiągłem sobie, że będę najlepszym ojcem na świecie.

Pierwsze miesiące obfitowały w częste pobudki. Dziewczynki płakały w środku nocy. Nosiłem je, po jednej na każdej ręce, i spacerowałem w kółko po domu. Chciałem im nawet śpiewać kołysanki, ale żadnej nie znałem. Zamiast tego nuciłem zagrzewającą do walki piosenkę z Yale „Bulldog, Bulldog, Bow Wow Wow”. To je uspokajało, może po prostu dlatego, że nie chciały mnie dłużej słuchać. Bez względu na powód działało. Kładłem je z powrotem do kołyski i jako szczęśliwy tata wracałem do Laury.

***

Kiedy przyzwyczajaliśmy się do odmienionego życia, prowadziłem już nowy biznes. W 1979 roku założyłem w Midland małą firmę zajmującą się poszukiwaniem ropy i gazu. Udało mi się zebrać pieniądze, pochodzące głównie ze Wschodniego Wybrzeża, na finansowanie wydobycia nisko wydajnych złóż przy małym ryzyku i niewielkich zwrotach. Dokonałem paru pokaźnych odkryć, spośród których kilka nadal jest wykorzystywanych. Jak każdy, miałem na koncie też wywiercone liczne suche dziury. Prowadzenie małego biznesu wiele mnie nauczyło, zwłaszcza tego, że warunki rynkowe szybko się zmieniają, więc lepiej spodziewać się nieoczekiwanego.

Kiedy ceny ropy zmalały w 1983 roku, postanowiłem wejść w kooperację z dwoma przedsiębiorcami z Cincinnati, Billem DeWittem i Mercerem Reynoldsem. Ja miałem być oczami i uszami w Teksasie, do nich zaś należało gromadzenie funduszy. Biznes przez kilka lat nieźle prosperował, a my zostaliśmy bliskimi przyjaciółmi. Na początku 1986 roku cena za baryłkę spadła jednak z 26 dolarów do 10. Wielu ludzi, których znałem, pożyczało na potęgę i znalazło się w skrajnym niebezpieczeństwie. My na szczęście utrzymywaliśmy dług na niskim poziomie, więc mogliśmy połączyć się z większą spółką giełdową – Harken Energy.

Połowa lat 80. XX w. była ponurym czasem dla Midland. Panował niepokój, ludzie szukali celu. Religia zawsze była częścią mojego życia, ale tak naprawdę nie byłem głęboko wierzący. Zostałem ochrzczony w kaplicy ekumenicznej Dwight Hall w Yale. Kiedy byłem mały, rodzice zabierali mnie do Pierwszego Kościoła Prezbiteriańskiego w Midland oraz episkopalnych kościołów św. Marcina w Houston i św. Anny w Kennebunkport.

W Andover chodziłem do kościoła, bo musiałem. W Yale nigdy tego nie robiłem. Gdy odwiedzałem rodziców, bywałem w kościele głównie dlatego, żeby nie irytować mamy. Z Laurą pobraliśmy się w Pierwszym Kościele Zjednoczonych Metodystów w Midland. Regularnie zaczęliśmy uczestniczyć w mszy po tym, jak urodziły się dziewczynki. Czuliśmy się w obowiązku wprowadzić je w tajniki wiary. Lubiłem jednak spędzać ze znajomymi chwile w zgromadzeniu. Cieszyłem się z okazji do refleksji. Raz na jakiś czas usłyszałem kazanie, które mnie zainspirowało. Sporadycznie czytałem Biblię, co uznawałem za metodę samodoskonalenia. Wiedziałem, że mogę z tego skorzystać. Ale w przeważającej części religia była dla mnie bardziej tradycją niż duchowym doświadczeniem. Słuchałem, ale nie słyszałem.

Latem 1985 roku udaliśmy się jak co roku do Maine. Rodzice zaprosili wtedy wybitnego ewangelickiego pastora, Billy’ego Grahama. Tata poprosił go, by po obiedzie odpowiedział na kilka pytań ze strony rodziny. To było typowe dla ojca, zawsze chętnego, by dzielić się z innymi. Mógł się poczuć ważny, mając Billy’ego tylko dla siebie, ale George H.W. Bush taki nie był. To szczodry człowiek pozbawiony wybujałego ego. Tak więc siedziało nas tam w dużym pokoju w Walker’s Point ze 30 osób – Laura, babcia, bracia i siostra oraz bliżsi i dalsi kuzyni.

Tata zadał pierwsze pytanie: „Billy, niektórzy ludzie twierdzą, że należy doświadczyć odrodzenia, żeby móc iść do nieba. Mama (czyli moja babcia) jest najbardziej religijną osobą, jaką znam, ale niczego takiego nie doświadczyła. Czy w takim razie pójdzie do nieba?”. Dość przenikliwe pytanie, trzeba przyznać. Spojrzeliśmy na Billy’ego. Swoim cichym, ale mocnym głosem odpowiedział: „George, niektórzy z nas muszą się odrodzić, żeby zrozumieć Boga, a niektórzy po prostu rodzą się chrześcijanami. Wygląda na to, że twoja mama należy do tej drugiej kategorii”[26].

Byłem nim oczarowany. Miał silną osobowość, bystry umysł, był pełen uprzejmości i wdzięku. Nazajutrz zaproponował mi spacer wokół posiadłości. Pytał o życie w Teksasie. Opowiedziałem mu o dziewczynkach i podzieliłem się przemyśleniami na temat tego, że czytanie Biblii pozwoli mi się stać lepszym człowiekiem. W cudowny, łagodny sposób Billy zaczął pogłębiać moje jakże płytkie rozumienie wiary. Nie ma nic złego w wykorzystywaniu Biblii do samodoskonalenia, powiedział. Życie Jezusa jest dla nas idealnym przykładem. Ale w centrum chrześcijaństwa nie znajduje się własne ego, a samodoskonalenie nie jest sednem Pisma Świętego. Jest nim Chrystus.

Billy wyjaśnił mi, że wszyscy jesteśmy grzesznikami i nie możemy zasłużyć na Boską miłość samymi dobrymi uczynkami, bo drogą do zbawienia jest łaska Boża. A sposobem na odnalezienie tej drogi jest uznanie Chrystusa za zmartwychwstałego Pana – Syna Boga. Boga tak potężnego i kochającego, że poświęcił jedynego Syna, by ten pokonał śmierć i odkupił winy.

To były wnikliwe rozważania i nie od razu je pojąłem. Ale Billy zasiał ziarno. Jego wyjaśnienia uczyniły ziemię mniej niewzruszoną, a cierniowy krzew mniej gęsty…[27]

Zaraz po powrocie do Teksasu dostaliśmy od niego przesyłkę. To był egzemplarz „Żywej Biblii”[28]. Pastor podpisał ją: „Dla mojego przyjaciela, George’a W. Busha. Niech Bóg ma Was zawsze w opiece”. Zaznaczył też fragment listu do Filipian, rozdział 1, werset 6: „Mam właśnie ufność, że Ten, który zapoczątkował w was dobre dzieło, dokończy go do dnia Chrystusa Jezusa”[29].

Wczesną jesienią wspomniałem o rozmowie z Billym Donowi Evansowi, na co on odpowiedział, że razem z innym znajomym z Midland, Donem Jonesem, uczestniczy w spotkaniach wspólnoty biblijnej. Spotykali się w każdą środę wieczorem w Pierwszym Kościele Prezbiteriańskim. Postanowiłem spróbować.

Co tydzień analizowaliśmy jeden rozdział Nowego Testamentu. Na początku byłem dość sceptycznie nastawiony. Nieraz trudno było mi się powstrzymać od żartów. Pewnego razu prowadzący zapytał, czym jest proroctwo. „O proroctwie możemy mówić wtedy, kiedy dochód przewyższa wydatki. Od czasów Eliasza nikt czegoś takiego nie widział”, powiedziałem.

Wkrótce zacząłem podchodzić do zajęć poważniej. Byłem poruszony, z jaką dobrocią Jezus zwracał się do cierpiących, uzdrawiał ślepych i kalekich i z jaką miłością poświęcił się dla nas na krzyżu. Na Gwiazdkę dostałem od Dona Evansa „Biblię na co dzień”[30] – wersję z czytaniami na każdy dzień roku. Czytałem ją co rano, modląc się, żebym rozumiał wszystko coraz lepiej. I z czasem moja wiara się pogłębiła.

Na początku targały mną pewne wątpliwości. Idea żywego Boga była przełomem dla kogoś tak racjonalnie myślącego jak ja. Całkowite oddanie się Bogu jest wyzwaniem dla własnego ja. Ale zdałem sobie sprawę, że walka i zwątpienie są częścią wiary – jeśli nie wątpisz, prawdopodobnie nie myślisz zbyt wiele o tym, w co wierzysz.

I wreszcie wiara jest niczym podróż w kierunku lepszego zrozumienia. Nie da się udowodnić istnienia Boga, ale to nie może być jej wyznacznikiem. Przecież tak samo nie da się udowodnić, że On nie istnieje. Poza tym niezależnie od tego, czy w Boga wierzysz, czy nie, i tak wychodzisz od pojęcia wiary.

Nauczyłem się rozpoznawać znaki Bożej obecności. Dostrzegłem piękno natury, wspaniałość moich córek, nieprzemijającą miłość Laury i rodziców oraz wolność, jaką daje wybaczanie – to wszystko, co pastor Timothy Keller określa jako „wskazówki od Boga”. Podążałem tą ścieżką coraz pewniej. Modlitwa była dla mnie niczym pokarm. Kiedy lepiej zrozumiałem Chrystusa, zbliżyłem się też do pierwotnego celu, jakim było stanie się lepszym człowiekiem – nie po to, by zdobywać punkty w „rejestrze zbawienia”, ale dlatego, że napędzała mnie miłość Boga.

***

Zdałem sobie sprawę z czegoś jeszcze. Kiedy tamtego wieczoru w Maine Billy zaczął odpowiadać na pytania, byłem w trakcie trzeciego kieliszka wina i po kilku piwach wypitych przed obiadem. Przesłanie Billy’ego wygrało z alkoholem. Ale to nie było regułą. Długo piłem tylko dla towarzystwa – z przyjaciółmi, do posiłku, na wydarzeniach sportowych i na przyjęciach. Ale po trzydziestce piłem już regularnie, a od czasu do czasu zdarzały się naprawdę huczne balangi.

W Teksasie mieliśmy takie powiedzenie: „Ubiegłej nocy myślał, że jest kimś, a w rzeczywistości był dupkiem”. Nieraz odnosiło się ono także do mnie. Lubię żartować w towarzystwie, ale przez alkohol moje żarty często dokuczały innym, a nawet ich obrażały. To, co przy alkoholu brzmi zabawnie, potem na ogół okazuje się głupotą. Któregoś lata, po bardzo przyjemnym dniu spędzonym na łowieniu ryb i grze w golfa, jedliśmy kolację. Pragnienie gasiłem burbonem zmieszanym z seven up. Przy stole zwróciłem się nagle do ładnej kobiety, przyjaciółki rodziców, i zapytałem: „To jak wygląda seks po pięćdziesiątce?”.

Wszyscy zerkali cicho na swoje talerze – wszyscy, oprócz rodziców i Laury, którzy patrzyli na mnie z niedowierzaniem. Kobieta nerwowo się uśmiechnęła i rozmowa jakoś potoczyła się dalej. Przypomniano mi o tym następnego dnia, kiedy się obudziłem. Od razu dopadły mnie wyrzuty sumienia. Przeprosiłem tę panią, po czym zacząłem się zastanawiać, czy właśnie tak chcę żyć. Wiele lat później, kiedy sam skończyłem 50 lat, ta dobroduszna kobieta przysłała do posiadłości gubernatora Teksasu wiadomość: „I co, George, jak to jest?”.

Laura też zauważyła pewien szablon. To, co znajomym wydawało się zabawne albo sprytne, dla niej było nużące i dziecinne. Nie bała się powiedzieć, co myśli, ale nie mogła rzucić picia za mnie. Musiałem to zrobić sam. W wieku 40 lat w końcu znalazłem siłę, żeby się tego podjąć – siłę płynącą z miłości, którą czułem od najwcześniejszych lat, i z wiary, której przez długi czas nie potrafiłem odkryć.

Nie wypiłem ani łyczka alkoholu od tamtego wieczoru w Broadmoor w 1986 roku. Nie sposób powiedzieć, gdzie bym się teraz znajdował, gdyby nie decyzja o rzuceniu nałogu. Ale na pewno nie spisywałbym wspomnień jako były gubernator Teksasu i prezydent Stanów Zjednoczonych.

Zapytano mnie kiedyś, czy uważam się za alkoholika. Nie potrafię odpowiedzieć. Wiem, że mam osobowość nałogowca. Piłem za dużo, a to stwarzało problemy. Ale zdolność do rzucenia picia stanowczo utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie byłem jeszcze uzależniony. Wielu pijących nie ma tyle szczęścia co ja. Podziwiam tych, którzy chwytają się innych metod, by przestać pić (na przykład program dwunastu kroków Anonimowych Alkoholików).

Nie rzuciłbym nałogu, gdyby nie wiara. Nie sądzę też, że moja wiara byłaby tak silna, gdybym nie przestał pić. Wierzę, że to Bóg otworzył mi oczy zamknięte przez alkohol. I dlatego czuję szczególną więź ze słowami swojego ulubionego hymnu Amazing Grace[31]: „Byłem zagubiony, ale się odnalazłem / Byłem ślepy, ale teraz widzę”.


Wybory

Poranek 12 czerwca 1999 roku był w Teksasie przepiękny. Rangersi zajmowali pierwsze miejsce w Lidze Zachodniej. Indeks Dow Jones wynosił 10 490 punktów. Tata właśnie świętował siedemdziesiąte piąte urodziny skokiem ze spadochronem (udanym). A ja zamierzałem zrobić krok naprzód.

Po miesiącach mierzenia się ze sobą i rozważań za i przeciw wybrałem się do Iowa, gdzie miał się odbyć pierwszy konwent przed wyborami prezydenckimi zaplanowanymi na 2000 rok. Nie bałem się już podejmowania decyzji, byłem gotowy do podróży. Na pożegnanie ucałowaliśmy dziewczynki, po czym pojechaliśmy z Laurą na lotnisko i weszliśmy na pokład wyczarterowanego samolotu linii TWA do Cedar Rapids. Samolot był pełen – głównie dziennikarzy. Godzinami zdawali relacje dla telewizji i pisali stosy artykułów, debatując nad tym, czy wystartuję w wyborach. Teraz mieli dostać odpowiedź. Postanowiłem się z nimi trochę podroczyć. Ochrzciłem nasz samolot nazwą „Wielkie nadzieje”. Po starcie sięgnąłem po mikrofon i powiedziałem: „Oto i wasz kandydat. Proszę bezpiecznie umieścić swoje nadzieje w schowkach, które znajdują się nad waszymi głowami, w przeciwnym razie mogłyby się poprzesuwać[32] w czasie lotu i komuś zaszkodzić – zwłaszcza mnie”.

Często wykorzystuję humor, żeby rozładować napięcie, ale wtedy wiedziałem jednocześnie, że zabieram się do poważnego przedsięwzięcia. Chyba lepiej niż którykolwiek z kandydatów w historii zdawałem sobie sprawę, z czym wiąże się start w wyborach. Widziałem, jak tata znosił uciążliwe miesiące kampanii, ciągle pod ostrzałem sceptycznie nastawionej prasy. Widziałem, jak wypaczano jego życiorys, krytykowano charakter, wyśmiewano wystąpienia publiczne. Widziałem, jak przyjaciele zwracają się przeciwko niemu, a pomocnicy go opuszczają. Wiedziałem, jak trudno jest wygrać. I jak boli przegrana.

Najbardziej bałem się jednak o nasze siedemnastoletnie córki, Barbarę i Jennę. Nauczyłem się, że bycie dzieckiem polityka jest nawet trudniejsze niż bycie politykiem. Rozumiałem ból i frustrację odczuwane, kiedy ktoś wyzywa twojego ojca. Wiedziałem, jak to jest martwić się za każdym razem, kiedy włączasz telewizor. I jak to jest żyć z myślą, że nawet drobna pomyłka czy przejęzyczenie mogą wpędzić w kłopoty prezydenta Stanów Zjednoczonych. Przeszedłem przez to wszystko, kiedy byłem po czterdziestce. Dziewczynki były na studiach. Mogę sobie tylko wyobrazić, o ile trudniejsza byłaby dla nich moja wygrana.

Zadałem sobie kilka ważnych pytań. Czy jestem gotowy zrzec się anonimowości raz na zawsze? Czy mam prawo na czas kampanii poddać moją rodzinę badawczym spojrzeniom? Czy zniósłbym gorycz porażki na oczach całego kraju? Czy w ogóle nadaję się do tej roli?

Wierzyłem, że znam odpowiedzi, ale nie mogłem mieć pewności.

Czułem powołanie do kandydowania. Martwiłem się o przyszłość kraju i miałem jasną wizję, dokąd go poprowadzić. Chciałem zmniejszyć podatki, podnieść standard w szkołach, zreformować system ubezpieczeń społecznych i służbę zdrowia, ożywić religijne organizacje charytatywne oraz poprawić widoki Amerykanów przez zapoczątkowanie nowej ery osobistej odpowiedzialności. Jak to ująłem w przemówieniu, „kiedy położę rękę na Biblii, przysięgnę nie tylko przestrzegać praw naszego kraju, przysięgnę także strzec honoru i godności urzędu, na który zostaję wybrany. Tak mi dopomóż Bóg”.

Prezydenturę obserwowałem z bliska już wcześniej, wiedziałem więc, jak wielkie niesie ze sobą możliwości. Dwaj prezydenci, których znałem najlepiej – tata i Ronald Reagan – wykorzystali swoje kadencje do osiągnięcia historycznych celów. Reagan stawił czoła Związkowi Radzieckiemu i poprowadził Zachód do zwycięstwa w zimnej wojnie. Ojciec przyczynił się do wyzwolenia Kuwejtu i poprowadził Europę do jedności i pokoju.

Widziałem też aspekt osobisty prezydentury. Mimo całego stresu i ciągłego nadzoru tata kochał swój zawód. Odszedł z urzędu bez najmniejszego uszczerbku na honorze, nie naruszywszy swoich zasad. Mimo odczuwanej presji to doświadczenie jeszcze bardziej zbliżyło naszą rodzinę.

Proces podjęcia decyzji przyćmił wszystko inne. Myślałem o tym, mówiłem, analizowałem i modliłem się. Zgodnie z moją filozofią chciałem posuwać się naprzód i wierzyłem, że potrafię zbudować zespół godny prezydentury. Bez względu na to, czy bym wygrał, czy przegrał, miałem finansowe zabezpieczenie dla rodziny. Ostatecznie o rezultacie zadecydowały mniej konkretne czynniki. Chciałem zrobić ze swoim życiem coś więcej, wykorzystać potencjał i przetestować umiejętności na najwyższym poziomie.

Inspirowałem się przykładami ojca i dziadka. Widziałem, jak tata wkracza na arenę polityczną i odnosi sukces. Chciałem się dowiedzieć, czy mam w sobie to coś, co pozwoli mi do niego dołączyć.

Nawet gdybym przegrał, wciąż wiódłbym cudowne życie. Rodzina mnie kochała. Byłem gubernatorem ogromnego stanu. I nigdy nie musiałbym się zastanawiać, co by było, gdyby. „Kiedy mój czas dobiegnie końca”, mawiałem znajomym, „moja karta się zapełni”.

Swoją decyzję ogłosiłem na grillu w małym miasteczku Amana w stanie Iowa. Mowę wygłosiłem w stodole, na scenie pokrytej sianem, znajdującej się przed gigantycznym polem kukurydzy. Kongresmen Jim Nussle, późniejszy dyrektor Biura Zarządzania i Budżetu, zapowiedział mnie słowami piosenki „Iowa Stubborn”[33] z musicalu „The Music Man”. Z Laurą u boku wygłosiłem oświadczenie: „Będę kandydował w wyborach na prezydenta Stanów Zjednoczonych. I zamierzam zostać następnym prezydentem – nie ma od tego odwrotu”.

***

Doszedłem do tego w dość niekonwencjonalny sposób. Nie planowałem przez całe życie, że zostanę prezydentem. Gdyby tak było, prawdopodobnie za młodu zrobiłbym kilka rzeczy inaczej. Jednak już w trakcie kampanii pojawiło się we mnie pragnienie, żeby stoczyć walkę i ją wygrać. Ziarna decyzji o kandydowaniu, podobnie jak wielu innych, zostały zasiane w zakurzonej ziemi pod bezkresnym niebem Teksasu…

Politycy w Midland byli konserwatywni. Zachodni Teksas charakteryzują niezależność i brak zaufania do scentralizowanego rządu. Jak większość stanu, tak i Midland od pokoleń było zdominowane przez demokratów. Rozległy okręg wyborczy Midland składający się z siedemnastu okręgów od czterdziestu trzech lat reprezentował demokrata George Mahon. Był najdłużej urzędującym kongresmenem w USA. 6 lipca 1977 roku – dokładnie w dniu moich trzydziestych pierwszych urodzin – ogłosił, że wraz z końcem kadencji przejdzie na emeryturę.

Mieszkałem już wtedy w Midland od dwóch lat po powrocie z Harvardu. Zgłębiałem tajniki naftowego biznesu, odnawiałem znajomości i – mówiąc ogólnie – cieszyłem się życiem. Byłem też coraz bardziej świadomy tego, co dzieje się na politycznej scenie.

Chociaż nigdy nie uważałem polityki za zawód, pomagałem ojcu przy wszystkich jego kampaniach: w wyścigu do Senatu w 1964 roku, do Izby Reprezentantów w 1966 i znów do Senatu w 1970. Zanim zacząłem szkolenie dla pilotów w 1968, spędziłem kilka miesięcy jako asystent kongresmena Edwarda Gurneya, który ubiegał się o fotel senatora Florydy. Główną atrakcją programu był wiec w Jacksonville, gdzie Gurneya poparł wysoki, opalony gubernator Kalifornii – sam Ronald Reagan. W 1972 roku zostałem natomiast szefem kampanii senatorskiej Reda Blounta w Alabamie. W 1976 pracowałem jako wolontariusz w prawyborach republikańskich prezydenta Forda w zachodnim Teksasie. Pomogłem mu zdobyć całe zero delegatów…

Taki tryb życia bardzo mi odpowiadał, kiedy miałem dwadzieścia kilka lat. Podobało mi się nieustanne przemieszczanie i poznawanie nowych osób. Podczas intensywnych, zaciętych wyścigów wprost kwitłem. Lubiłem też to poczucie nieodwołalności w dniu wyborów, kiedy wyborcy wskazywali zwycięzcę i trzeba było iść naprzód. Nie planowałem tego w ten sposób, ale zanim kongresmen Mahon przeszedł na emeryturę, byłem już całkiem wytrawnym działaczem politycznym.

Zacząłem myśleć o kandydowaniu do Izby Reprezentantów. Miałem wystarczające doświadczenie, żeby poradzić sobie z wyborami od strony politycznej. Poza tym do polityki ciągnęło mnie coś jeszcze. Obawiałem się o kierunek, w którym zmierza kraj. Doświadczenia zdobyte w szkole biznesu, w Chinach i we własnej firmie przekształciły się w szereg przekonań. Wolny rynek uważałem za najsprawiedliwszy sposób alokacji zasobów. Niższe podatki wynagradzały ciężką pracę i zachęcały do podejmowania ryzyka, co owocowało tworzeniem nowych miejsc pracy. Eliminowanie barier handlowych oznaczało nowe rynki zbytu dla amerykańskich producentów i większy wybór dla naszych konsumentów. A rząd powinien szanować ograniczenia wynikające z konstytucji i dawać swoim obywatelom prawo do własnego życia.

Kiedy patrzyłem na Waszyngton pod rządami Jimmy’ego Cartera i demokratów, widziałem coś dokładnie odwrotnego. Planowali podnieść podatki, zwiększyć kontrolę rządową w branży energetycznej i zastąpić wydatkami federalnymi tworzenie miejsc pracy przez sektor prywatny. Martwiłem się, że Ameryka skręca na lewo, w stronę państwa opiekuńczego – jak w Europie, gdzie centralne planowanie zepchnęło na dalszy plan wolną przedsiębiorczość. Chciałem coś z tym zrobić. Po prostu połknąłem bakcyla.

Kiedy powiedziałem rodzicom o swoim pomyśle, byli zaskoczeni. Ta decyzja musiała sprawiać wrażenie, jakby wzięła się znikąd, jednak nie chcieli studzić mojego entuzjazmu. Tata zapytał, czy chciałbym wysłuchać kilku rad od jego przyjaciela, byłego gubernatora Teksasu, Allana Shiversa. „Oczywiście”, odpowiedziałem. Był legendą – najdłużej urzędującym gubernatorem w historii Teksasu. Był konserwatywnym demokratą, więc jego rady mogły okazać się bezcenne w wyścigu przeciwko Kentowi Hance’owi – centroprawicowemu senatorowi stanowemu i prawdopodobnie kandydatowi demokratów.

Kiedy spotkałem się z byłym gubernatorem, bez ogródek zapytał, czy ubiegam się o miejsce pana Mahona. Powiedziałem, że poważnie o tym myślę. Spojrzał mi wtedy głęboko w oczy i rzekł: „Chłopcze, nie masz szans”. Ani słowa zachęty, nic. Jego zdaniem okręg wyborczy był perfekcyjnie skrojony tak, by wygrał Hance. Wymamrotałem coś w rodzaju: „Jeśli wystartuję, to mam nadzieję, że się pan myli” i podziękowałem za poświęcony mi czas.

Pamiętam, jaki byłem zdziwiony, że ojciec przedstawił mnie akurat jemu. Z perspektywy czasu myślę, że chciał mi w ten sposób powiedzieć – nie tłumiąc moich ambicji – iż powinienem przygotować się na porażkę.

Pierwszym etapem były republikańskie prawybory. W drugiej turze zmierzyłem się z Jimem Reesem – niezłym mówcą, byłym sprawozdawcą sportowym i burmistrzem Odessy. Startował przeciwko Mahonowi w 1976 i czuł się uprawniony do ponownego kandydowania w 1978. Nie był zadowolony, kiedy wygrałem z nim w pierwszej rundzie prawyborów.

Reese miał twardy, nieustępliwy charakter, podobnie jak niektórzy z jego zwolenników. Chcieli przedstawić mnie jako liberała przybłędę, pozbawionego kontaktu z rzeczywistością. Wymyślali jedną teorię spiskową za drugą. Ojciec należał do Komisji Trójstronnej, która chciała powołać ogólnoświatowy rząd. Mnie rodzina Rockefellerów wysłała, żebym kupował ziemię rolną. Na cztery dni przed wyborami Reese pokazywał kopię mojego aktu urodzenia, żeby udowodnić, że urodziłem się na wschodzie Stanów. Jak mogłem się temu sprzeciwić? Odpowiedziałem słowami taty: „Nie, nie urodziłem się w Teksasie, bo chciałem być tego dnia z mamą”.

Reese otrzymał poparcie i datki na kampanię od Ronalda Reagana, który szukał przewagi nad tatą w prawyborach prezydenckich w 1980 roku. Mimo tych wszystkich insynuacji optymistycznie zapatrywałem się na swoje szanse. Przyjąłem strategię budowania poparcia w rodzinnym Midland. Chodziliśmy z Laurą na kawę do lokali we wszystkich częściach miasta, organizowaliśmy okręg ulica po ulicy i przekonywaliśmy znajomych, którzy nigdy nie mieszali się do polityki, żeby nam pomogli[34]. Podczas wieczoru wyborczego okazało się, że nasze lokalne wysiłki przyczyniły się do kolosalnej frekwencji. Przegrałem we wszystkich innych hrabstwach w okręgu, ale zdobyłem Midland tak ogromną różnicą głosów, że dostałem nominację.

Tata dobrze przewidział, że Reagan zadzwoni z gratulacjami, jeśli wygram prawybory. I rzeczywiście zadzwonił następnego dnia. Był tak łaskawy, że zaproponował pomoc w czasie właściwych wyborów. Podziękowałem mu, bo byłem zdecydowany kandydować na własną rękę. Nie chciałem żadnych kampanii ani z Reaganem, ani z ojcem.

Wyścig przeciwko Reese’owi bardzo mnie wzmocnił. Nauczyłem się, że mogę zacisnąć pięści, walczyć i wygrać. Moim kontrkandydatem był Kent Hance, przed którym ostrzegał mnie gubernator Shivers. Jego strategia była dokładnie taka sama jak Reese’a – przedstawić mnie jako obcego ze wschodnich stanów – tyle że Hance zrobił to z większą subtelnością i wdziękiem.

Jeden z moich pierwszych spotów telewizyjnych pokazywał mnie w trakcie joggingu – chciałem w ten sposób podkreślić moją energię i młodość. Hance obrócił to przeciwko mnie, mówiąc, że „tu u nas ludzie uciekają tylko wtedy, kiedy ktoś ich goni”.

Wypuścił też reklamę radiową o takiej treści: „W 1961 roku, kiedy Kent Hance skończył szkołę średnią Dimmitta w 19. okręgu wyborczym, jego przeciwnik George Bush uczęszczał do Akademii Andover w Massachusetts. W 1965 roku, kiedy Hance kończył Politechnikę Teksańską[35], jego przeciwnik studiował na uniwersytecie Yale. A kiedy Kent Hance skończył wydział prawa na Uniwersytecie Teksasu, jego przeciwnik… zapamiętajcie to dobrze… uczył się na Harvardzie. Nie chcemy nikogo z północnego wschodu kraju, kto będzie nam mówił, jakie mamy problemy”.

Hance był świetnym gawędziarzem i wykorzystywał swój talent, żeby przedstawić wiele historii potwierdzających moją „obcość”. Jego ulubiona opowieść mówiła o człowieku w limuzynie, który podjechał na farmę, gdzie Hance pracował. Kiedy zapytał, jak dojechać do najbliższego miasta, Hance powiedział, żeby skręcił w prawo za przeszkodą dla bydła („cattle guard”), a potem jechał tak, jak prowadzi droga. Puenta była taka, że kierowca zapytał: „Przepraszam, ale jakiego koloru mundur ma ten strażnik bydła?”[36]. Tłumy uwielbiały tę historyjkę. Hance zadawał ostateczny cios, mówiąc: „Nie wiem tylko, czy limuzyna była na blachach z Massachusetts, czy z Connecticut”.

Przeprowadziliśmy się z Laurą na jakiś czas do Lubbock, największego miasta w okręgu, oddalonego o około 115 mil na północ od Midland. Było ono ważnym ośrodkiem przemysłu bawełnianego. To tam znajdowała się Politechnika Teksańska. Wykorzystaliśmy to miasto jako bazę w kampanii skierowanej do wiejskich hrabstw. Spędziliśmy z Laurą w samochodzie setki godzin, agitując w takich miastach, jak Levelland, Plainview i Brownfield. Dla kogoś, kto nie zajmował się przesadnie polityką, Laura wyglądała na zaprawionego działacza. Dzięki swojej autentyczności zjednywała wyborców. Po ślubie wybraliśmy się na krótką wycieczkę do Cozumel w Meksyku, ale żartowaliśmy, że tak naprawdę to kampania była naszym miesiącem miodowym.

Czwartego lipca agitowaliśmy w Muleshoe położonym daleko na północy okręgu. W majowych prawyborach w hrabstwie Bailey otrzymałem marne 6 spośród 230 głosów. Miałem tam zatem co poprawiać. Uśmiechaliśmy się i machaliśmy do widowni z tylnych siedzeń naszego białego pickupa. Nikt nie wiwatował. Nikt nawet nie machał. Ludzie patrzyli na nas jak na kosmitów. Ostatecznie przekonałem się, że jedyna osoba w Muleshoe, która mnie popiera, siedzi obok mnie w samochodzie…

Nadszedł wieczór wyborczy i okazało się, że gubernator Shivers miał rację. Wygrałem z dużą przewagą w Midland i na południu, ale niewystarczająco, żeby pobić Hance’a w Lubbock czy gdziekolwiek indziej. Ostateczne zestawienie przedstawiało się tak: 53% do 47%.

Nienawidzę przegrywać, mimo to cieszyłem się, że wystartowałem. Ciężka praca, spotkania z ludźmi i prezentowanie swojego zdania – to wszystko sprawiało mi radość. Nauczyłem się, że jednym z najgorszych błędów, jaki można popełnić w kampanii, jest pozwolenie przeciwnikowi, by to on cię definiował. Odkryłem też, że mogę przegrać i iść naprzód. Nie było to łatwe dla kogoś, kto tak lubił rywalizację. Ale to był ważny etap dojrzewania.

Co do kongresmena Hance’a, zasłużył na wygraną. Po tym wszystkim zostaliśmy dobrymi przyjaciółmi. Po dwóch zwycięstwach w wyborach gubernatorskich i prezydenckich pozostaje jedynym przeciwnikiem, któremu udało się mnie pobić. Służył w Izbie Reprezentantów przez trzy kadencje, dopóki nie przegrał w wyborach do Senatu. Wtedy przeszedł do republikanów i znacznie pomógł mi w kolejnych kampaniach. Obecnie Kent jest rektorem na Politechnice Teksańskiej. Mawia czasem, że gdyby nie on, nie zostałbym prezydentem. Chyba ma rację.

***

Sześć miesięcy po zakończeniu swojej kampanii musiałem myśleć o innej – tata ogłosił, że zamierza kandydować w wyborach prezydenckich w 1980 roku. Mierzenie się z Reaganem było ryzykownym posunięciem, ale nieźle mu poszło w prawyborach w Iowa. Wygrał głosowania wśród członków partii. Niestety jego błyskawiczne sukcesy skończyły się zaraz na prawyborach w New Hampshire, gdzie Reagan go pokonał – i zwyciężał w kolejnych stanach, aż otrzymał nominację od republikanów.

Pojawiło się mnóstwo spekulacji na temat tego, kogo Reagan wskaże jako kandydata na wiceprezydenta. Na konwencie w Detroit dyskutował z Geraldem Fordem o czymś w rodzaju współprezydentury. Obaj zgodzili się jednak, że to nie zdałoby egzaminu – dobra decyzja. Później Reagan zadzwonił do taty i zapytał, czy zechciałby kandydować – i to była jeszcze lepsza decyzja.

W dniu wyborów duet Reagan-Bush pobił Jimmy’ego Cartera i Waltera Mondale’a wynikiem 489 do 49 w Kolegium Elektorów. 20 stycznia 1981 roku polecieliśmy z Laurą do Waszyngtonu na zaprzysiężenie. Po raz pierwszy uroczystość odbyła się pod majestatyczną zachodnią fasadą Kapitolu. Byliśmy rozpromienieni, kiedy tata został zaprzysiężony przez sędziego Pottera Stewarta. Po nim słowa przysięgi za prezesem Sądu Najwyższego, Warrenem Burgerem, powtórzył Ronald Reagan.

Jako magister historii byłem zafascynowany, mogąc siedzieć wtedy w pierwszym rzędzie. Jako syna wiceprezydenta przepełniała mnie duma. Nie przyszło mi nawet do głowy, że sam kiedyś znajdę się na podwyższeniu i podniosę prawą rękę do przysięgi podczas dwóch inauguracji.

Początek lat 80. XX w. obfitował w trudne wydarzenia – począwszy od bolesnej recesji po zamach bombowy na nasze koszary marines w Libanie – ale administracja Reagana i Busha dokonała tego, co obiecała. Obcięła podatki, odzyskała kontrolę w zimnej wojnie i podbudowała morale Amerykanów. Kiedy Reagan razem z tatą przedstawili w 1984 roku efekty wyborcom, wygrali reelekcję w 49 spośród 50 stanów.

Ojciec był oczywistym faworytem na kandydata w 1988 roku, ale walka nie była łatwa. Był tak lojalny wobec Reagana, że nie zrobił niemal nic, by promować siebie. Musiał też stawić czoła syndromowi Van Burena – od kiedy ten zastąpił Andrew Jacksona na stanowisku prezydenta w 1836 roku, nikomu spośród wiceprezydentów nie udało się objąć najwyższego urzędu.

Na początku drugiej kadencji Reagan wspaniałomyślnie pozwolił tacie wykorzystać Camp David na spotkanie z ludźmi odpowiedzialnymi za jego kampanię. Ojciec zaprosił całe rodzeństwo i wszystkie dzieci. Cieszyłem się ze spotkania z jego ekipą, chociaż miałem kilka zastrzeżeń. Głównym strategiem został młody mężczyzna, Lee Atwater. Ten wygadany gitarzysta z Karoliny Południowej zyskał miano jednego z najmodniejszych konsultantów politycznych. Bez dwóch zdań był bystry. Bez wątpienia miał doświadczenie. Chciałem jednak wiedzieć, czy jest lojalny.

Kiedy tata zapytał, czy któryś z członków rodziny ma pytania, podniosłem rękę. „Lee, skąd mamy wiedzieć, że możemy ci zaufać, skoro twoi koledzy po fachu pracują dla innych kandydatów?”. Jeb wtrącił: „Kiedy ktoś rzuci w ojca granatem, oczekujemy, że go przechwycisz”. Mówiliśmy to poważnym tonem, co wynikało z miłości do taty i wymagań wobec jego załogi. Jego współpracownicy mieli na pierwszym miejscu stawiać kandydata na prezydenta, a dopiero na drugim osobistą ambicję.

Lee odparł, że poznał ojca w Narodowym Komitecie Partii Republikańskiej, podziwia go i zależy mu na tym, by wygrał. Dodał, że zamierza też zerwać kontakty z ludźmi o sprzecznych interesach. Widać było, że nasze wątpliwości go dotknęły. Później Lee odnalazł mnie i Jeba i zapytał, czemu któryś z nas nie wybierze się do Waszyngtonu, żeby pomóc podczas kampanii ojca i mieć na oku jego współpracowników, skoro się o niego tak bardzo martwimy.

To pytanie mnie zaintrygowało. Termin mi odpowiadał. Po spadku koniunktury na rynkach naftowych połączyliśmy z partnerami nasze przedsiębiorstwa i znaleźliśmy pracę wszystkim pracującym dla nas osobom. Tacie pomysł się spodobał, a Laura nie miała nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.

W biurze w Waszyngtonie nie otrzymałem żadnego tytułu. Jak ojciec to ładnie ujął, miałem już jeden wystarczająco dobry: syn. Skupiłem się na pozyskiwaniu funduszy, podróżowaniu po kraju, żeby wygłaszać przemowy jako zastępca, i podnoszeniu morale wolontariuszy, dziękując im w imieniu taty. Od czasu do czasu przypominałem też współpracownikom wysokiego szczebla, że są w drużynie, żeby pomóc wygrać wybory George’owi Bushowi, a nie budować własne kariery. Odebrałem wtedy cenną lekcją na temat Waszyngtonu – bliskość władzy daje władzę. Mając dostęp do ucha taty, działałem skuteczniej.

Jednym z moich zadań było sortowanie próśb od dziennikarzy o materiały do sporządzenia sylwetki taty. Kiedy Margaret Warner z „Newsweeka” powiedziała, że chciałaby przeprowadzić wywiad, zaproponowałem współpracę. Była utalentowaną dziennikarką i wydawało się, że napisze uczciwy tekst. Tata się zgodził.

Rano, kiedy tylko tygodnik trafił do kiosków, zadzwoniła do mnie mama. „Widziałeś »Newsweeka«?” Odparłem, że jeszcze nie. „Nazwali twojego ojca mięczakiem!”, warknęła.

Szybko znalazłem jakiś egzemplarz. Przywitał mnie wielki nagłówek: „Zwalczając syndrom mięczaka”. Nie mogłem uwierzyć. Magazyn insynuował, że mój ojciec, który podczas II wojny światowej był pilotem bombowca, jest mięczakiem. Wściekłem się. Zadzwoniłem do Margaret. Uprzejmie zapytała, co sądzę o artykule. Bardzo niegrzecznie odpowiedziałem, co myślę – że wzięła udział w politycznej zasadzce. Wymamrotała coś, że to szefowie redakcji odpowiadają za okładkę. Ja nie mamrotałem, ostrym tonem skrytykowałem szefów redakcji i odłożyłem słuchawkę. Od tamtej pory podejrzliwie patrzyłem na dziennikarzy politycznych i ich niewidzialnych przełożonych.

Po uzyskaniu trzeciego wyniku w Iowa tata wygrał w New Hampshire i zdobył nominację. Jego przeciwnikiem we właściwych wyborach został liberalny gubernator z Massachusetts, Michael Dukakis. Ojciec rozpoczął kampanię od wspaniałej przemowy na konwencji w Nowym Orleanie. Byłem zdumiony siłą jego słów, wytwornie napisanych i dobitnie wygłoszonych. Mówił o życzliwszym i spokojniejszym narodzie, zbudowanym na współodczuwaniu i hojności Amerykanów – określił to mianem „tysięcy jasnych punktów”. Zarysował twardy porządek swojej polityki zuchwałym zobowiązaniem: „Czytajcie z moich warg: żadnych nowych podatków”.

Byłem pod wrażeniem – zawsze potrafił wybrać najodpowiedniejszy moment. Udało mu się idealnie przejść z pozycji lojalnego wiceprezydenta do kandydata. Opuszczał zgromadzenie, przewodząc w sondażach, i zbliżał się do ostatniej prostej. 8 listopada 1988 roku cała rodzina oglądała wyniki wyborów w Houston w domu naszego przyjaciela, Charlesa Nebletta. Wiedziałem, że tata wygra, kiedy zdobył Ohio i New Jersey, dwa kluczowe stany. Jeszcze tej nocy zdobył 40 stanów i 426 głosów elektorskich. George H.W. Bush, człowiek, którego podziwiałem i uwielbiałem, został 41. prezydentem Stanów Zjednoczonych.

***

Laurze i mnie podobał się ten półtoraroczny pobyt w Waszyngtonie. Ale ilekroć ktoś sugerował, żebym tam został i wykorzystał swoje wpływy, nawet nie brałem tego pod uwagę. Kompletnie nie interesowało mnie lobbowanie czy pochlebianie komukolwiek w administracji ojca. Wkrótce po wyborach spakowaliśmy się i wróciliśmy do Teksasu.

Poza tym miałem dodatkowy powód, żeby wrócić. Kiedy kampania dobiegała końca, dostałem intrygujący telefon od dawnego partnera, Billa DeWitta. Jego ojciec był właścicielem Cincinnati Reds i miał niezłe znajomości w świecie baseballu. Dowiedział się skądś, że główny właściciel drużyny Texas Rangers, Eddie Chiles, zamierza ją sprzedać. Czy byłbym zainteresowany kupnem? Omal nie spadłem z krzesła. Posiadanie własnej drużyny było spełnieniem moich marzeń! Byłem zdecydowany, żeby je zrealizować.

Chciałem zostać kupcem z wyboru. Przeprowadziliśmy się do Dallas, gdzie często odwiedzaliśmy Eddiego i jego żonę Fran. Obiecywałem, że będę dobrze strzegł tego, co tak kochał. A on mówił: „Masz dobre nazwisko i duży potencjał. Chciałbym ci sprzedać drużynę, chłopcze, ale nie masz pieniędzy”.

Ustawiłem się w kolejce do potencjalnych inwestorów, głównie wśród znajomych z całego kraju. Kiedy komisarz Peter Ueberroth wykłócał się, że potrzebujemy więcej lokalnych inwestorów, poszedłem zobaczyć się z Richardem Rainwaterem, odnoszącym sukcesy w Fort Worth. Zabiegałem o niego już wcześniej, ale odmówił. Tym razem był otwarty na propozycje. Zgodził się dać połowę pieniędzy na franszyzę, pod warunkiem że zbiorę resztę, a jego przyjaciel Rusty Rose zostanie partnerem w zarządzie.

Spotkałem się z Rustym w klubie golfowym Brook Hollow w Dallas. Sprawiał wrażenie nieśmiałego. Nigdy nie śledził baseballu, ale znał się na finansach. Uznaliśmy, że w takim razie on powinien zostać facetem od finansów, a ja – gościem od kontaktów z publicznością.

Niedługo po tym uczestniczyliśmy z Laurą w oficjalnym przyjęciu charytatywnym. Plan zakupu drużyny wyszedł na jaw i jeden ze znajomych – odciągnąwszy mnie na bok – wyszeptał: „Wiesz, że Rusty Rose jest stuknięty? Lepiej uważaj”. Najpierw zignorowałem to jako głupie gadanie. Ale potem zacząłem się przejmować. Co to znaczy „stuknięty”?

Zadzwoniłem do Richarda i mu o tym opowiedziałem. Kazał zapytać Rusty’ego osobiście. Wydało mi się to trochę dziwne. Ledwo co go poznałem i miałem pytać o jego równowagę psychiczną? Zobaczyłem się z nim na spotkaniu jeszcze tego samego popołudnia. Gdy tylko wkroczyłem do sali konferencyjnej, podszedł do mnie i powiedział: „Rozumiem, że masz jakiś problem z moją kondycją umysłową. Chodzę do psychiatry. Jestem chory. No i co z tego?”.

Okazało się, że Rusty nie jest stuknięty. W nietypowy sposób wyznał mi prawdę o tym, że cierpi na zaburzenia równowagi chemicznej organizmu, które mogły powodować stany lękowe. Czułem się beznadziejnie. Przeprosiłem go.

Później zawiązaliśmy wspaniałą przyjaźń. Pomógł mi zrozumieć, w jaki sposób depresja – choroba, która, jak się okazało, dotknęła w pewnym momencie także moją mamę – może być skutecznie leczona. Dwadzieścia lat później, kiedy w Gabinecie Owalnym podpisywałem z senatorami Pete’em Domenicim i Tedem Kennedym umowę nakazującą firmom ubezpieczeniowym pokrywać koszty leczenia pacjentów z chorobami umysłowymi, myślałem właśnie o Rustym.

Dzięki temu, że mieliśmy Rusty’ego i Richarda w zespole, pozwolono nam na zakup drużyny[37]. Eddie Chiles postanowił przedstawić nas kibicom jako nowych właścicieli podczas uroczystego otwarcia sezonu w 1989 roku. Przeszliśmy od boksu dla zawodników, przez puszystą zieloną trawę, do wzgórka, gdzie dołączyliśmy do Eddiego i legendarnego trenera Dallas Cowboys, Toma Landry’ego, który rzucił pierwszą piłkę. „To jest tak fajne, jak myślałem”, zwróciłem się do Rusty’ego.

Przez następnych pięć sezonów byliśmy z Laurą co roku na 50-60 meczach. Oglądaliśmy wiele wygranych, przeżyliśmy pokaźną liczbę porażek i spędziliśmy niezliczone godziny jedno obok drugiego. Dziewczynki zabieraliśmy na treningi i przyprowadzaliśmy na stadion tak często, jak tylko się dało. Analizowałem rynek i wygłosiłem niejedną mowę, żeby sprzedać bilety. Rozmawiałem z lokalnymi mediami. Z czasem czułem się na mównicy coraz pewniej. Nauczyłem się docierać do tłumów i przekazywać jasne przesłania. Zdobyłem też bezcenne doświadczenie w odpowiadaniu na trudne pytania ze strony dziennikarzy, w tym wypadku dotyczące głównie naszych nie zawsze najlepszych rzutów.

Prowadzenie Rangersów wyostrzyło moje menedżerskie umiejętności. Spędziliśmy z Rustym mnóstwo czasu nad sprawami finansowymi i strategią, pozostawiając decyzje co do samej gry baseballistom. Kiedy nie osiągali zadowalających wyników, wprowadzaliśmy zmiany. Nie było łatwo poprosić niektórych ludzi – takich jak Bobby Valentine, energiczny menedżer, z którym się zaprzyjaźniłem – żeby odeszli. Starałem się przekazać mu to jak najżyczliwiej, a Bobby zniósł to naprawdę mężnie. Czułem wdzięczność, kiedy kilka lat później usłyszałem, jak mówi: „Głosowałem na George'a W. Busha, mimo że mnie zwolnił”.

Kiedy przejmowaliśmy klub, Rangersi kończyli sezon z rekordem siedmiu przegranych w ciągu ostatnich dziewięciu lat. W czterech z pięciu naszych pierwszych sezonów ustanowili rekord wygranych. Poprawa wyników przyciągnęła na stadion więcej ludzi. Ale ekonomia nadal przedstawiała się kiepsko dla drużyny z małego rynku. Nigdy nie musieliśmy prosić grupy własnościowej o zwiększenie kapitału, ale i nigdy nie było zysków do podziału.

Zdaliśmy sobie z Rustym sprawę, że najlepszym sposobem na długoterminowe zwiększenie wartości franszyzy będzie rozbudowa stadionu. Rangersi, pierwszoligowa drużyna, grała na drugoligowym boisku. Wymyśliliśmy częściowo prywatny, częściowo publiczny system finansowania konstrukcji nowego stadionu. Nie miałem zastrzeżeń co do tymczasowego podniesienia podatku od sprzedaży, aby móc sfinansować budowę tego obiektu, pod warunkiem że obywatele będą mogli o tym sami zdecydować. Przegłosowali tę decyzję stosunkiem prawie 2:1.

Dzięki przywództwu Toma Schieffera – byłego członka Izby Reprezentantów z ramienia demokratów, który na tyle dobrze sobie radził, nadzorując projekt stadionu, że mianowałem go później ambasadorem w Australii i Japonii – nowe, piękne boisko było gotowe na otwarcie sezonu w 1994 roku. Przez następne lata miliony Teksańczyków przychodziły oglądać mecze w tym miejscu. Czułem się spełniony, wiedząc, że jestem częścią zespołu, który to umożliwił. Ale do tego czasu wyścig o mistrzostwo nie był jedynym, o jakim myślałem.

***

Krótko po tym, jak kupiliśmy Rangersów w 1989 roku, zaczęła się kampania gubernatorska 1990. Część znajomych radziła, bym wystartował. Schlebiało mi to, ale nie brałem tego poważnie pod uwagę.

Prawie całe polityczne zaangażowanie skupiłem na ojcu. W ciągu kilku miesięcy od objęcia urzędu musiał zmierzyć się z wręcz rewolucyjnymi zmianami. Niemal bez uprzedzenia w listopadzie 1989 roku obalono mur berliński. Podziwiałem ojca za to, jak panuje nad sytuacją. Wiedział, że przechwałki tylko sprowokują Związek Sowiecki, który potrzebował czasu, żeby pokojowo przejść transformację ustrojową z komunizmu.

Dzięki stabilnej dyplomacji taty pod koniec zimnej wojny – oraz dzięki ostrej odpowiedzi na agresję w Panamie i Iraku – kraj miał ogromne zaufanie do jego polityki zagranicznej. Ja natomiast martwiłem się o gospodarkę, która zaczęła zwalniać w 1989 roku. Zanim rozpoczął się kolejny rok, obawiałem się już widma recesji. Upłynniłem swoje skromne akcje i spłaciłem pożyczkę zaciągniętą na zakup Rangersów. Miałem nadzieję, że ta tendencja zniżkowa szybko się odwróci – dla dobra kraju i dla dobra taty.

W międzyczasie ojciec musiał zdecydować, czy będzie ubiegał się o reelekcję. „Nie jestem pewien, czy powinienem”, powiedział mi, kiedy łowiliśmy razem ryby w Maine, latem 1991 roku.

„Naprawdę?”, spytałem. „Dlaczego?”

„Czuję się odpowiedzialny za to, co spotkało Neila”.

Mój brat był członkiem zarządu kasy oszczędnościowo-kredytowej w Colorado, której się nie powiodło. Tata uważał, że Neil padł ofiarą ataków ze strony prasy, bo był synem prezydenta. Było mi żal Neila, rozumiałem też udrękę ojca. Ale kraj potrzebował przywództwa George’a Busha. Odetchnąłem z ulgą, kiedy ogłosił rodzinie, że wystartuje jeszcze raz.

Starania o reelekcję zaczęły się źle. Pierwszą lekcją w wyborach powinno być ugruntowanie podstaw. A w 1992 roku ojciec opierał się na kruchych podstawach. Głównym powodem było złamanie obietnicy o niepodnoszeniu podatków – słynne „Czytajcie z moich warg” z przemówienia na konwencie w 1988 roku. Tata zgodził się podwyższyć podatki w zamian za gwarancję utrzymania wydatków w ryzach. I chociaż ta decyzja przyczyniła się do poprawy budżetu, była poważnym błędem politycznym.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com