Jane Eyre. Autobiografia - Charlotte Bronte - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 799 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jane Eyre. Autobiografia - Charlotte Bronte

Najsłynniejsza powieść Charlotte Brontë, która przyniosła jej międzynarodową sławę.

Brontë opowiada historię młodej dziewczyny, która po stracie obojga rodziców, trafia do domu brata swojej matki. Nie potrafi jednak obudzić uczuć u ciotki, która – gdy tylko nadarza się okazja – pozbywa się dziewczynki, wysyłając ją do szkoły dla sierot, słynącej z surowego rygoru. Jane daje sobie jednak radę, zdobywa wykształcenie i wreszcie znajduje pracę jako guwernantka, w domu Edwarda Rochestera, samotnie wychowującego przysposobioną córkę. Wydawałoby się, że tu wreszcie znajdzie prawdziwe szczęście. Jednak los upomni się zadośćuczynienia za winy z przeszłości jej ukochanego pana. Jane nocą ucieka szukać swojej własnej drogi…

To j e s t autobiografia – być może nie w ujęciu nagich faktów i okoliczności, lecz prawdziwego cierpienia i doświadczenia – pisał angielski filozof, George H. Lewes – to właśnie nadaje książce jej urok: dusza przemawia tutaj do duszy; jest to wypowiedź z głębin wewnętrznego zmagania i bólu ducha, który wiele przeszedł.

Jane Eyre to powie[color=black]ś[/color]ć, o której wnet po jej opublikowaniu gazety angielskie pisały codziennie, do tego – niemal w samych superlatywach, a taki publiczny zachwyt nie zdarza się często. Książka Charlotte Bront[color=black]ë[/color] rzeczywiście porwała tłumy. Po ponad stu sze[color=black]ść[/color]dziesięciu latach[color=black] [/color]nadal pozostaje powie[color=black]ścią [/color]kultową i choć epoka wiktoriańska dawno przeminęła, Jane Eyre wciąż żyje w umysłach czytelników. W czym tkwi jej fenomen? Wydaje się, że w wierno[color=black]ś[/color]ci samemu życiu. Charlotte Bront[color=black]ë[/color] była pisarką, której nigdy nie myliło się ono ze sztuką. Bez względu na epokę, w której człowiek żyje, samotno[color=black]ś[/color]ć, tęsknota i cierpienie są zawsze te same i zawsze tak samo przeżywane. Zwłaszcza jeśli jest to samotno[color=black]ś[/color]ć wśród ludzi, tęsknota za zwykłym ciepłem drugiego człowieka i cierpienie wynikające z odtrącenia przez innych. Czy działo się to dawno temu, czy działo się wczoraj – trauma odrzucenia pozostaje ta sama, a lekcja miło[color=black]ś[/color]ci do odrobienia. Tymczasem Jane Eyre ukazała tę drogę nie tylko jako możliwą do przezwyciężenia, ale pewną, przykładem własnej osoby ręcząc, że sprawiedliwo[color=black]ś[/color]ć istnieje, a cierpienie zostaje wynagrodzone.

Opinie o ebooku Jane Eyre. Autobiografia - Charlotte Bronte

Fragment ebooka Jane Eyre. Autobiografia - Charlotte Bronte









ROZDZIAŁ I

Niepodobna było tego dnia wyjść na spacer. Rano, co prawda, błąkaliśmy się z godzinę po bezlistnym ogrodzie, ale po obiedzie (pani Reed jadała wcześnie, gdy nie było gości) chłodny wiatr zimowy napędził tak ciemne chmury i deszcz tak siekący, że dalsze przebywanie na świeżym powietrzu stało się niemożliwe.

Rada byłam z tego; nigdy nie lubiłam długich spacerów, zwłaszcza w chłodne popołudnia, tak się obawiałam tych powrotów do domu o zmroku, ze zmarzniętymi palcami u rąk i nóg, z sercem ściśniętym upomnieniami Bessie, naszej bony, i upokorzona świadomością, że Eliza, John i Georgiana Reed są o tyle zręczniejsi i silniejsi ode mnie.

Eliza, John i Georgiana skupili się teraz dokoła swej mamy w salonie. Pani Reed spoczywała na kanapce przy kominku, a mając wokół siebie swoich pieszczochów (którzy w tej chwili nie kłócili się i nie krzyczeli), robiła wrażenie zupełnie szczęśliwej. Mnie zabroniła zbliżyć się do siebie.

Żałuje – mówiła – iż musi trzymać mnie z daleka, lecz dopóki nie usłyszy od Bessie i sama nie zauważy, że naprawdę staram się wyrobić w sobie bardziej towarzyskie, odpowiedniejsze dziecku usposobienie, że staram się być naturalniejsza, żywsza i przyjemniejsza w obejściu, dopóty będzie musiała odmówić mi tych przywilejów, jakie się należą tylko zadowolonym i wesołym dzieciom.

– O co Bessie skarżyła się na mnie? – zapytałam.

– Nie znoszę chwytania za słowa i dopytywań, Jane, a przy tym to doprawdy oburzające, gdy dziecko w ten sposób przemawia do starszych. Siądź sobie, gdzie ci się podoba, i bądź cicho, dopóki nie nauczysz się mówić grzecznie.

Pokoik, gdzie jadało się śniadanie, przylegał do salonu.

Tam się wsunęłam. Stała tu półka z książkami; niebawem wyciągnęłam jakiś tom, upewniwszy się przedtem, że jest obficie ilustrowany. Wdrapałam się na kanapkę w zagłębieniu okna, podwinęłam nogi i usiadłam po turecku, a zaciągnąwszy prawie szczelnie pąsową zasłonę z wełnianej mory, poczułam, że jestem ukryta i odosobniona.

Fałdy pąsowej draperii zasłaniały mi widok z prawej strony; z lewej szklana szyba chroniła, choć nie odgradzała mnie od posępności listopadowego dnia. Co jakiś czas, obracając karty książki, przyglądałam się naturze. Daleko na horyzoncie rozpościerała się blada pustka mgieł i chmur; bliżej widać było mokry trawnik i krzew szarpany wiatrem oraz nieustające potoki deszczu, gwałtownie gnane wichrem.

Powróciłam do książki. Była to „Historia ptaków brytyjskich” Bewicka. O tekst drukowany mało, naturalnie, dbałam; jednakże były tam pewne wstępne stronice, które zajmowały mnie mimo mych lat dziecinnych. Była w nich mowa o siedzibach i gniazdach ptaków morskich, „o samotnych skałach i przylądkach”, które tylko one zamieszkują, i o wybrzeżach Norwegii z szeregiem wysepek biegnących od południowego krańca – od Lindesnes czy Naze – aż do przylądka północnego.

Tam gdzie Arktyku wartka, chłodna fala

tuli samotną wysepkę, okala;

tam gdzie do Hebryd wody Atlantyku

szturm ponawiają wśród bałwanów ryku.

Nie mogłam też pominąć wzmianki o zimnych wybrzeżach Laponii, Syberii, Spitsbergenu, Nowej Ziemi, Islandii, Grenlandii z ich olbrzymią przestrzenią strefy arktycznej, tym strasznym bezludnym przestworem, zbiornikiem mrozu i śniegu, gdzie stwardniałe pola lodowe, przez całe wieki narastając do wyżyn alpejskich, otaczają biegun i są siedzibą najsroższego zimna. O tej śmiertelnie białej krainie wytworzyłam sobie własne pojęcia: mgliste jak wszystkie na wpół zrozumiane wyobrażenia, niejasno tworzące się w umysłach dzieci, ale dziwnie przejmujące.

Tekst tych stronic wstępnych nawiązywał do następujących dalej obrazków i nadawał znaczenie to skale sterczącej samotnie wśród morza bałwanów i piany, to zdruzgotanej łodzi wyrzuconej na opuszczone wybrzeża, to zimnej, widmowej twarzy księżyca, spoglądającego spoza zwałów chmur na tonący właśnie okręt.

Nie umiem powiedzieć, jaki nastrój wiał ze spokojnego, opuszczonego cmentarza z widniejącym na nim nagrobkiem, furtką, dwoma drzewami na tle niskiego horyzontu, cmentarza okolonego wyszczerbionym murem, nad którym unosił się cienki sierp księżyca, zwiastujący nadejście wieczoru.

Dwa statki, leżące bez ruchu na spokojnym morzu, wydały mi się nierzeczywiste. Szybko odwróciłam oczy od potwora ciągnącego za sobą straszną sforę; był to widok zbyt okropny. Równie okropny był widok czarnego, rogatego stwora siedzącego wysoko na skale i przyglądającego się dalekiemu tłumowi, zebranemu wokół jakiejś szubienicy.

Każdy obrazek coś opowiadał, często coś zagadkowego dla mojego dziecinnego umysłu i niedokształconych uczuć, ale zawsze coś głęboko zajmującego; jak te bajki, które nam niekiedy w zimowe wieczory opowiadała Bessie, gdy była w dobrym humorze. Wtedy to, przysunąwszy stół do prasowania przed kominek w dziecinnym pokoju, pozwalała nam usiąść dokoła i prasując koronkowe falbanki pani Reed albo rurkując brzegi jej nocnych czepków, karmiła naszą ciekawość opowiadaniami o miłości i przygodach, zaczerpniętymi ze starych bajek i jeszcze starszych ballad lub też (jak później odkryłam) z kart Pameli i Henryka, hrabiego Moreland.

Z Bewickiem na kolanach czułam się w owej chwili szczęśliwa, a przynajmniej po swojemu szczęśliwa. Bałam się tylko, żeby mi nie przeszkodzono; niestety, stało się to aż nazbyt prędko. Otworzyły się drzwi od salonu.

– Hę! Panno mrukliwa! – usłyszałam krzyk Johna Reeda, lecz nagle umilkł; pokój widocznie wydał mu się pusty. – Gdzie, u licha, ona może być? – wołał dalej. – Lizzy, Georgiano – wołał na siostry – Jane tu nie ma; powiedzcie mamie, że wyleciała na deszcz, nieznośne zwierzątko!

„Dobrze zrobiłam, że zaciągnęłam zasłonę” – pomyślałam, gorąco pragnąc, by nie odkrył mojej kryjówki. John Reed nie byłby jej odkrył samodzielnie; nie był on ani bystry, ani pomysłowy, ale Eliza w tejże chwili wsunęła głowę przez drzwi i od razu powiedziała:

– Siedzi przecież we framudze okiennej, John!

Ja też natychmiast wyszłam z ukrycia, gdyż drżałam na myśl, że mnie John stamtąd wyciągnie.

– Czego chcesz? – zapytałam bardzo zalękniona.

– Powiedz raczej: „Czego panicz chce” – odpowiedział. – Chcę, żebyś tu przyszła!

I zasiadłszy w fotelu, wskazał mi gestem, że mam się przybliżyć i stanąć przed nim.

John Reed był czternastoletnim uczniem, o cztery lata starszym ode mnie, gdyż miałam wtedy dziesięć lat. Był duży i tęgi na swój wiek, o nieczystej i niezdrowej cerze, grubych rysach na rozlanej twarzy, ciężkiej budowie i wielkich rękach i nogach. Objadał się zawsze przy stole, co wpływało źle na jego wątrobę, powodowało mętność oczu i obwisłość policzków. Powinien był znajdować się w szkole; jednakże matka zabrała go do domu na miesiąc lub dwa „z powodu delikatnego zdrowia”. Pan Miles, nauczyciel, utrzymywał, że John byłby najzupełniej zdrów, gdyby mu nie przysyłano z domu tyle ciast i słodyczy. Serce matki jednakże nie podzielało tak surowego sądu i pani Reed przypisywała zły wygląd Johna raczej przepracowaniu, a może tęsknocie za domem.

John nie był wielce przywiązany do matki i sióstr, a mnie po prostu nie cierpiał.

Obchodził się ze mną brutalnie i bił mnie, i to nie dwa lub trzy razy na tydzień albo raz lub dwa razy na dzień, ale stale. Bałam się go każdym nerwem, drżałam na całym ciele, gdy się do mnie zbliżał. Były chwile, gdy traciłam wprost przytomność, takim przejmował mnie strachem, gdyż nie miałam znikąd ochrony przed jego groźbami i szturchańcami; służba nie miała ochoty ujmować się za mną, by nie narażać się młodemu panu, a pani Reed była głucha i ślepa na jego zachowanie: nigdy nie widziała, aby John mnie bił, nigdy nie słyszała, aby mi wymyślał, choć nieraz to czynił w jej obecności, jakkolwiek częściej za jej plecami.

Jak zwykle posłuszna mu, zbliżyłam się do jego fotela; najpierw pokazał mi język w całej okazałości, trzymając go tak wyciągniętym przez jakie trzy minuty; wiedziałam, że za chwilę mnie uderzy, a choć lękałam się ciosu, to patrząc na Johna, nie mogłam się opędzić myśli, że jest brzydki i wstrętny. Może wyczytał te myśli z mojej twarzy, gdyż nic nie mówiąc, nagle uderzył mnie z całej siły. Zachwiałam się, a odzyskawszy równowagę, cofnęłam parę kroków.

– To za twoje zuchwałe odpowiadanie mamie – powiedział – i za twoje skradanie się i chowanie za firankami, i za to spojrzenie przed chwilą, ty szelmo!

Przyzwyczajona do besztania ze strony Johna, nie pomyślałam nawet, by mu odpowiedzieć; zastanawiałam się tylko, jak znieść szturchaniec, który z pewnością nastąpi po obeldze.

– Coś ty robiła za zasłoną? – zapytał.

– Czytałam.

– Pokaż książkę.

Poszłam do okna i przyniosłam ją stamtąd.

– Nie masz prawa brać naszych książek; mama powiedziała, że jesteś tutaj na łasce; nie masz pieniędzy; twój ojciec nic ci nie zostawił; powinna byś żebrać, a nie mieszkać z pańskimi dziećmi, takimi jak my, jadać to samo, co my jadamy, i nosić suknie, za które nasza mama płaci. A teraz ja cię nauczę, co to znaczy gospodarować na moich półkach z książkami; bo one są moje; cały dom do mnie należy albo będzie należał za kilka lat. Idź i stań przy drzwiach, z daleka od lustra i od okien.

Uczyniłam to, nie zorientowawszy się od razu w jego zamiarze, ale gdy zobaczyłam, że John podnosi, waży w ręku książkę i wstaje, chcąc nią we mnie cisnąć, instynktownie uskoczyłam w bok z okrzykiem przestrachu; nie dość jednak szybko; tom został rzucony, trafił mnie, a ja upadłam, uderzając głową o drzwi i rozcinając ją sobie. Rana krwawiła, ból był bardzo ostry; strach przesilił się we mnie, natomiast obudziły się inne uczucia.

– Niegodziwy, okrutny chłopaku! – zawołałam. – Nie jesteś lepszy od rozbójnika… od poganiacza niewolników… od rzymskich cesarzy!

Przeczytałam właśnie Historię Rzymu Goldsmitha i miałam wyrobione zdanie o Kaliguli, Neronie i ich następcach.

Robiłam nieraz porównania w milczeniu, nigdy nie przypuszczając, że je w ten sposób głośno wypowiem.

– Co? Co? – krzyknął. – Czy ona to do mnie powiedziała? Słyszałyście, Elizo, Georgiano? Jeżeli ja tego mamie nie powiem! Ale najpierw…

Rzucił się ku mnie; poczułam, że chwyta mnie za włosy i za ramię; ale tym razem walczył ze zrozpaczonym stworzeniem. Ja rzeczywiście widziałam w nim tyrana, mordercę. Czułam, że kilka kropel krwi ścieka mi z głowy po karku, przejmował mnie ból piekący, który zagłuszył we mnie strach; opanowała mnie wściekłość. Nie wiem dobrze, co moje ręce uczyniły, dość że John wrzasnął: „Ty szelmo! ty szelmo!” i zawył na głos. Zaraz też nadeszła pomoc: dziewczęta pobiegły po panią Reed, która była na górze; stanęła teraz wobec tego, co się działo, a za nią Bessie i jej panna służąca, Abbot. Rozłączono nas; usłyszałam słowa:

– Rany boskie! A cóż to za złośnica, żeby tak się rzucać na panicza Johna!

– Czy widział kto kiedy taką ucieleśnioną wściekłość?

A pani Reed dorzuciła:

– Zabierzcie ją do czerwonego pokoju i tam ją zamknijcie!

Czworo rąk pochwyciło mnie natychmiast i zaniesiono mnie na górę.


ROZDZIAŁ II

Stawiałam opór przez całą drogę; był to objaw nowy zupełnie i wielce pogłębiający złe wyobrażenie, jakie Bessie i Abbot skłonne były mieć o mnie. Faktycznie straciłam panowanie nad sobą; wiedziałam, że chwilowym buntem ściągnęłam już na siebie dziwne kary, lecz jak każdy zbuntowany niewolnik, w rozpaczy postanowiłam iść do końca.

– Proszę trzymać jej ręce, panno Abbot! Rzuca się jak wściekła kotka.

– Wstyd! Wstyd! – wołała panna służąca. – Jakie to nieprzyzwoite zachowanie, panno Eyre, bić młodego panicza, syna swojej dobrodziejki! Swojego młodego pana!

– Pana! Jakim sposobem jest on moim panem? Czyż ja jestem służącą?

– Nie; panienka jest mniej niż służąca, gdyż nic nie robi na swe utrzymanie. No, proszę usiąść i zastanowić się nad swoją niegodziwością.

Wniosły mnie tymczasem do wskazanego przez panią Reed pokoju i rzuciły na otomanę; natychmiastowym odruchem chciałam zeskoczyć jak sprężyna; dwie pary rąk powstrzymały mnie w tej chwili.

– Jeżeli panienka nie będzie siedzieć spokojnie, będziemy ją musiały przywiązać – rzekła Bessie. – Panno Abbot, niech mi panna pożyczy swoich podwiązek; moje zerwałaby od razu.

Panna Abbot odwróciła się, by zdjąć z grubej nogi potrzebne tasiemki. To przygotowywanie więzów i dodatkowa hańba z tym złączona uspokoiły mnie nieco.

– Proszę nie zdejmować podwiązek – zawołałam. – Będę siedziała spokojnie.

I na poparcie tych słów chwyciłam się rękami siedzenia.

– No, więc proszę pamiętać – rzekła Bessie; a przekonawszy się, że się rzeczywiście uspokajam, przestała mnie przytrzymywać; teraz stały obydwie, założywszy ręce, patrząc chmurnie i podejrzliwie w moją twarz, jak gdyby niepewne, czy jestem przy zdrowych zmysłach.

– Nic podobnego nigdy przedtem nie zrobiła – rzekła w końcu Bessie, zwracając się do pokojowej.

– Ale to zawsze w niej tkwiło – brzmiała odpowiedź. – Często mówiłam pani, co sądzę o tym dziecku, a pani zgadzała się ze mną. To chytre małe stworzenie; nigdy nie widziałam dziecka w jej wieku tak bardzo skrytego.

Bessie nie odpowiedziała. Po chwili jednak, zwracając się do mnie, rzekła:

– Panienka powinna rozumieć, że ma obowiązki wdzięczności względem pani Reed; pani Reed panienkę utrzymuje; gdyby panienkę wygnała, musiałaby panienka iść do przytułku.

Milczałam na te słowa, gdyż nie były dla mnie nowiną. Od czasu jak sięgam pamięcią, słyszałam już nieraz podobne napomknienia. To wymawianie mi, że jestem na łasce, obijało się o moje uszy jak niejasna zwrotka; bardzo było przykre i upokarzające, ale tylko przez pół zrozumiałe. Abbot dorzuciła:

– I nie powinna się panienka uważać za równą z pannami Reed i paniczem dlatego, że pani łaskawie pozwala, by się panienka chowała razem z nimi. Oni będą mieli dużo pieniędzy, a panienka nie będzie miała nic; panience przystoi być pokorną i starać się im podobać.

– To, co panience mówimy, to tylko dla jej dobra – dodała Bessie łagodniejszym głosem. – Panienka powinna starać się być pożyteczna i miła, a wtedy może będzie panienka miała tutaj swój dom; ale jeśli panienka będzie gwałtowna i szorstka, to jestem pewna, że pani wyśle stąd panienkę.

– A przy tym – wtrąciła Abbot – Pan Bóg może panienkę pokarać. Może jej zesłać nagłą śmierć w chwili gdy wyprawiać będzie hece, a wtedy dokąd pójdzie? Chodźmy, Bessie, zostawimy ją tu. Nie chciałabym za nic mieć takiego serca jak ona. Niech się panienka pomodli, gdy zostanie sama, bo jeżeli panienka nie okaże skruchy, to coś złego może tu przyjść przez komin i porwać panienkę.

Wyszły, zamykając drzwi za sobą i przekręcając klucz w zamku.

Czerwony pokój był to pokój zapasowy, w którym bardzo rzadko sypiano, chyba że niespodziewany napływ gości do Gateshead Hall zmuszał gospodarzy do użycia wszystkich pokoi. A jednak był to jeden z największych i najokazalszych pokoi we dworze.

Na środku, podobne do tabernakulum, stało łoże, wsparte na masywnych mahoniowych filarach z kotarą z ciemnopąsowego adamaszku; dwa wielkie okna z zapuszczonymi stale żaluzjami udrapowane były w festony i fałdy z podobnej materii; dywan był czerwony; stół w nogach łoża nakryty był karmazynowym suknem; ściany miały delikatny beżowy kolor z odcieniem różowym; szafa, toaleta, krzesła były z ciemno politurowanego starego mahoniu.

Na tle tych ciemnych barw wznosił się wysoko i jaśniał białością stos materaców i poduszek na łożu nakrytym śnieżnobiałą pikową kapą.

Niemniej zwracał uwagę szeroki wyściełany fotel, stojący u wezgłowia łoża, również biały, z ustawionym przed nim podnóżkiem; pomyślałam, patrząc nań, że wygląda jak jakiś blady tron.

W pokoju tym było chłodno, gdyż rzadko w nim palono; cicho, gdyż leżał daleko od dziecinnego pokoju i od kuchni; uroczyście, gdyż było wiadomo, że tak rzadko go używano. Służąca tylko chodziła tam co sobotę zetrzeć tygodniowy kurz z luster i z mebli, sama zaś pani Reed odwiedzała go czasami, by przejrzeć zawartość pewnej tajemnej szuflady w szafie, gdzie były złożone różne pergaminy, jej szkatułka z klejnotami i miniatura jej nieboszczyka męża. Tu leży tajemnica czerwonego pokoju, tajemnica jego opuszczenia mimo okazałości.

Pan Reed nie żył już od lat dziewięciu; w tym pokoju wydał ostatnie tchnienie; tutaj leżał wystawiony na paradnym katafalku; stąd ludzie z przedsiębiorstwa pogrzebowego wynieśli jego trumnę – i od tego dnia uczucie uświęcającej grozy chroniło ten pokój od częstych odwiedzin.

Niska otomana, na której zostawiły mnie jak przykutą Bessie i złośliwa Abbot, stała blisko marmurowego kominka; łóżko wznosiło się przede mną; po prawej ręce umieszczona była wysoka ciemna szafa, której błyszcząca powierzchnia załamywała odblaski światła; po lewej znajdowały się udrapowane okna; wielkie lustro pomiędzy oknami odbijało opuszczony majestat łóżka i pokoju. Nie byłam zupełnie pewna, czy one zamknęły drzwi na klucz, i gdy odważyłam się poruszyć, wstałam i poszłam się przekonać.

Niestety, tak; żadne więzienie nie mogło być pewniejsze.

Wracając, musiałam przejść obok lustra; mój wzrok, jakby urzeczony, spoczął na nim bezwiednie. Wszystko wyglądało w lustrze zimniejsze niż w rzeczywistości, a dziwna mała figurka patrząca stamtąd na mnie, z białą twarzą i białymi rękami, jak plamy w ciemności, i błyszczącymi, wystraszonymi oczami, poruszająca się nieśmiało tam, gdzie wszystko tonęło w nieruchomości, zrobiła na mnie wrażenie prawdziwego ducha; pomyślałam, że podobna jest do tych zjaw, co to są niby boginki, niby chochliki, które wedle wieczornych opowiadań Bessie wychodzą z odludnych, paprocią zarosłych zakątków wśród wrzosowisk i jawią się spóźnionym podróżnym. Powróciłam na swoje miejsce.

Strach zabobonny już w tej chwili zaczynał mnie ogarniać, ale nie była to jeszcze godzina jego zupełnego zwycięstwa: czułam jeszcze ciepłą krew w sobie; nastrój zbuntowanego niewolnika krzepił mnie gorzką mocą; musiałam wpierw zatamować szybki pęd myśli, biegnącej wstecz, zanim bym się ugięła przed straszną chwilą obecną.

Cała brutalna tyrania Johna Reeda, dumna obojętność jego sióstr, odraza ich matki, stronniczość służby, wszystko to burzyło się w mojej zaniepokojonej duszy jak brudny osad w zamąconej studni. Dlaczego ja mam zawsze cierpieć, zawsze być upokarzana, zawsze oskarżana, na zawsze potępiona?

Dlaczego nie mogłam nigdy nikomu dogodzić? Dlaczego daremnie starałam się pozyskać czyjekolwiek względy? Elizę, która była uparta i samolubna, szanowano. Georgianie, rozpieszczonej, kapryśnej, skwaszonej, kłótliwej i aroganckiej w obejściu, ogólnie pobłażano. Jej uroda, różowe policzki i złote loki najwidoczniej zachwycały każdego, kto na nią patrzył, i okupywały bezkarność. Johnowi nikt się nie sprzeciwiał, tym bardziej nikt go nie karał, chociaż ukręcał główki gołębiom, zabijał małe pawięta, szczuł owce psami, winogrona w cieplarni ogołacał z owoców, obłamywał pączki najrzadszych roślin w oranżerii; mówił do matki „moja stara”, niekiedy urągał jej, że ma brzydką, ciemną cerę, taką, jak on sam miał; szorstko opierał się wszelkim jej życzeniom, nieraz rozdarł lub splamił jej jedwabną suknię, a jednak był zawsze jej „najdroższym kochaniem”. Ja nie ośmielałam się w niczym zawinić, usiłowałam spełniać wszystkie swoje obowiązki, a jednak od rana do południa i od południa do wieczora nazywano mnie niegrzeczną i nudną, kwaśną i skrytą.

Głowa wciąż mnie jeszcze bolała i krwawiła od uderzenia i upadku. Nikt nawet nie zganił Johna za to, że mnie niesłusznie uderzył, lecz gdy w obronie przed dalszym bezpodstawnym gwałtem zwróciłam się przeciw niemu, spadło na mnie ogólne potępienie.

„Co za niesprawiedliwość! Co za niesprawiedliwość!” – wołał mój rozum, pobudzony przez ból do przedwczesnej, choć przejściowej przenikliwości, i podniecona doznaną krzywdą szukałam w myśli jakichś niezwykłych sposobów wydobycia się z tego nieznośnego ucisku.

Przemyśliwałam, czyby nie uciec, a gdyby to okazało się niemożliwe, czyby już nie jeść ani nie pić, i w ten sposób umrzeć.

Jakaż rozterka targała moją duszą tego okropnego popołudnia! Jak mózg mój wrzał niepokojem, a serce buntem! A jednak w jakiej ciemnicy i głębokiej nieświadomości toczyła się ta walka duchowa! Nie mogłam znaleźć odpowiedzi na wciąż powracające pytanie, dlaczego ja tak cierpię; teraz z odległości tylu lat znajduję ją łatwo.

Byłam dysonansem w Gateshead Hall; do nikogo tam nie byłam podobna; nie miałam nic wspólnego z panią Reed, jej dziećmi i dobranymi przez nią domownikami. Jeżeli oni mnie nie kochali, to i ja również ich nie kochałam. Nie mieli obowiązku kochać stworzenia, które nie mogło myśleć tak jak oni; stworzenia tak odrębnego, tak krańcowo różniącego się od nich temperamentem, zdolnościami, skłonnościami; stworzenia niepotrzebnego, niemogącego służyć ich interesom lub przysparzać im przyjemności; szkodliwego stworzenia, noszącego w duszy zarodki oburzenia na ich traktowanie, pogardę dla ich sądu. Wiem, że gdybym była dzieckiem żwawym, wesołym, niedbałym, wymagającym, ładnym, rozpuszczonym, choć równie zależnym i równie bez przyjaciół, pani Reed chętniej znosiłaby moją obecność, dzieci jej okazywałyby mi więcej serdeczności, koleżeńskich uczuć, a służba mniej byłaby skłonna robić ze mnie kozła ofiarnego w dziecinnym pokoju.

Światło dzienne w czerwonym pokoju zaczynało zanikać. Było już po czwartej, a chmurne popołudnie chyliło się ku posępnemu zmrokowi. Słyszałam, jak krople deszczu bezustannie biły w okno nad schodami, jak wiatr wył pośród klombów za domem; czułam, że stopniowo ziębnę na kość, a wtedy opuściła mnie odwaga. Zwykły mój nastrój upokorzenia, powątpiewania we własne siły, smutnej depresji opadł jak wilgotna mgła na dogasające ognisko mojego gniewu. Wszyscy mówią, że jestem zła, a może to rzeczywiście prawda? Jakąż to myśl miałam przed chwilą? Zagłodzić się na śmierć? Przecież to z pewnością byłaby zbrodnia; a czy jestem przygotowana na śmierć? I czy krypta pod amboną w kościele w Gateshead jest ponętnym schronieniem? Mówiono mi, że w takiej krypcie pochowano pana Reeda. Ta myśl przywiodła mi go na pamięć; z coraz większym lękiem rozmyślałam teraz o nim.

Nie mogłam go pamiętać, ale wiedziałam, że był moim rodzonym wujem, bratem mojej matki, że wziął mnie do swojego domu, gdy byłam małym dzieckiem, sierotą zupełną; że na łożu śmierci wymógł od pani Reed obietnicę, że będzie mnie chowała i utrzymywała jak własne dziecko.

Pani Reed prawdopodobnie uważała, że dotrzymuje obietnicy; i dotrzymywała jej niezawodnie tak, jak na to pozwalała jej natura; ale w istocie, jakże mogła lubić narzucone sobie dziecko nie z jej rodu, niezwiązane z nią po śmierci męża żadnymi więzami?

Musiało jej być ciężko czuć się zniewoloną wymuszonym przyrzeczeniem do zastępowania matki obcemu dziecku, którego kochać nie mogła, i widzieć to tak odmienne, obce stworzenie stałym uczestnikiem jej rodzinnego kółka.

Szczególna myśl zaczęła we mnie świtać. Nie wątpiłam, tak, nie wątpiłam nigdy, że gdyby pan Reed żył, obchodziłby się ze mną dobrotliwie; a teraz, gdym tak siedziała, patrząc na białe łóżko i ciemniejące ściany – raz po raz jak urzeczona spoglądając ku niejasno połyskującemu zwierciadłu – zaczęłam sobie przypominać, co słyszałam o umarłych, niemogących zaznać spokoju w grobach, kiedy się pogwałca ich ostatnie życzenia, i odwiedzających ten świat, ażeby ukarać wiarołomnych i pomścić uciśnionych. Pomyślałam, że duch pana Reeda, dręczony krzywdą dziecka jego siostry, mógłby opuścić swoją siedzibę – czy to w krypcie kościelnej, czy gdzieś w nieznanym świecie umarłych – i stanąć przede mną w tym oto pokoju. Otarłam łzy i powstrzymałam łkanie w obawie, by ten objaw gwałtownego żalu nie zbudził jakiegoś nadnaturalnego głosu ku memu pocieszeniu albo nie wywołał z mroku twarzy w aureoli, schylającej się nade mną z dziwną litością. Czułam, że przypuszczenie to, pocieszające teoretycznie, byłoby straszne, gdyby się ziściło; całą mocą starałam się je odegnać, starałam się być odważna.

Odgarnąwszy włosy z oczu, podniosłam głowę i usiłowałam śmiało rozejrzeć się po ciemnym pokoju. W tej chwili jakieś światło zajaśniało na ścianie.

„Czy to promień księżyca – zadałam sobie pytanie – przedziera się przez szparę w żaluzji?”. Nie: światło księżyca byłoby nieruchome, a to się porusza; gdym na nie patrzyła, przesunęło się na sufit i zadrżało nad moją głową. Łatwo dziś mogę zrozumieć, że ta smuga światła najprawdopodobniej pochodziła z latarni niesionej przez kogoś, kto przechodził pod oknami; wtedy jednak, oczekując rzeczy strasznych, mając nerwy rozbite z powodu wstrząsu, wyobraziłam sobie, iż ten nagły błysk światła to zwiastun nadciągającej zjawy z drugiego świata. Serce zabiło we mnie mocno, krew uderzyła mi do głowy, w uszach poczułam szum, który wzięłam za szum skrzydeł; wydało mi się, że coś się do mnie zbliża; tchu nie mogłam złapać, nie starczyło mi wytrzymałości; rzuciłam się do drzwi i zaczęłam rozpaczliwym wysiłkiem szarpać klamkę. Wzdłuż korytarza usłyszałam kroki; obrócono klucz w zamku i weszła Bessie z Abbot.

– Panno Eyre, czy panienka chora? – zapytała Bessie.

– Co za straszny hałas! Aż mną zatrząsł! – zawołała Abbot.

– Wypuśćcie mnie! Pozwólcie mi pójść do dziecinnego pokoju! – krzyczałam.

– Dlaczego? Czy się panience co stało? Czy panienka co zobaczyła? – znowu zapytała Bessie.

– Ach! Zobaczyłam światło i myślałam, że to duch przychodzi! – chwyciłam teraz rękę Bessie, której mi nie cofnęła.

– Ona umyślnie wrzeszczała – oświadczyła, krzywiąc się Abbot. – A co to był za wrzask! Gdyby ją coś bardzo bolało, można by to jeszcze darować, ale ona tylko chciała ściągnąć nas wszystkich tutaj; już ja znam jej miłe sztuczki!

– Co się tutaj dzieje? – zapytał inny głos rozkazująco; to pani Reed nadeszła korytarzem w rozwianym czepeczku, groźnie szumiąc jedwabiami. – Abbot, Bessie, zdaje się, że wydałam rozkaz, aby Jane pozostała w czerwonym pokoju, dopóki ja sama do niej nie przyjdę.

– Panienka Jane krzyczała tak głośno, proszę pani – tłumaczyła się Bessie.

– Puść ją – brzmiała odpowiedź. – Puść rękę Bessie, dziecko; nie uda ci się wydostać stąd tym sposobem, bądź pewna. Nie znoszę chytrości, zwłaszcza u dzieci. Mam obowiązek pokazać ci, że podstępne sztuczki na nic się nie zdadzą; zostaniesz tu jeszcze o godzinę dłużej, a wypuszczę cię tylko wtedy, kiedy będziesz uległa i cicha.

– O wujenko, miej litość! Przebacz mi! Nie mogę tego znieść! Ukarz mnie innym sposobem! To zabije mnie, jeżeli…

– Cicho bądź! Co za wstrętna gwałtowność!

Wujenka zapewne tak czuła; byłam w jej oczach przedwcześnie dojrzałą komediantką; szczerze widziała we mnie mieszaninę złośliwych namiętności, niskiego charakteru i niebezpiecznej obłudy.

Bessie i Abbot odeszły, a pani Reed, zniecierpliwiona moim nowym gwałtownym wybuchem bólu i rozpaczliwego szlochania, wtrąciła mnie z powrotem do pokoju i zamknęła drzwi na klucz bez dalszego gadania. Słyszałam, jak odchodzi. Wkrótce po jej odejściu – przypuszczam – musiałam dostać jakiegoś ataku.

Straciłam przytomność.


ROZDZIAŁ III

Przypominam sobie, że potem obudziłam się z uczuciem, jakby straszna zmora dręczyła mnie we śnie. Widziałam przed sobą okropny czerwony blask, popstrzony grubymi, czarnymi drągami; słyszałam głucho brzmiące głosy, jakby stłumione płynącą wodą albo wiatrem: wzburzenie, niepewność i górujące nad wszystkim przerażenie zmąciły moje zmysły.

Niebawem poczułam, że ktoś mnie dotyka, że mnie podnosi i podtrzymuje w pozycji siedzącej, i to delikatniej, niż to kiedykolwiek czyniono ze mną.

Oparłam głowę o poduszkę czy ramię i poczułam się lepiej.

Po pięciu minutach chmura otumanienia rozwiała się; wyraźnie zdałam sobie sprawę, że znajduję się we własnym łóżku i że ten czerwony blask to ogień na kominku w pokoju dziecinnym.

Była noc; świeca paliła się na stole; Bessie stała w nogach łóżka z miednicą w rękach, a jakiś pan siedział na krześle koło mojej poduszki, pochylając się nade mną.

Poczułam niewymowną ulgę, uspokajającą pewność opieki i bezpieczeństwa, gdy się przekonałam, że w pokoju jest obcy człowiek, ktoś, kto nie należy do Gateshead ani nie jest krewnym pani Reed. Odwróciwszy się od Bessie (choć jej obecność nie była mi tak niemiła, jak byłaby, na przykład, obecność Abbot) przyjrzałam się twarzy tego pana. Poznałam go; był to pan Lloyd, aptekarz, wzywany niekiedy przez panią Reed, gdy zachorował ktoś ze służby; do siebie i dzieci wzywała doktora.

– No, proszę, kto ja jestem? – zapytał.

Wymówiłam jego nazwisko i równocześnie podałam mu rękę.

Wziął ją, uśmiechając się, i powiedział:

– Pomaleńku przychodzimy do siebie.

Po czym ułożył mnie z powrotem i zapowiedział Bessie, że muszę mieć zupełny spokój w nocy. Dał jeszcze kilka wskazówek, zapowiedział, że zajrzy nazajutrz i odszedł ku mojemu zmartwieniu; dopóki siedział przy moim łóżku, czułam się bezpiecznie, a gdy zamknął drzwi za sobą, cały pokój pociemniał i serce się we mnie ścisnęło; osiadł w nim niewymowny smutek.

– Czy panienka czuje, że będzie mogła zasnąć? – zapytała Bessie wcale łagodnie.

Zaledwie śmiałam jej odpowiedzieć, tak się bałam, że następne zdanie będzie brzmiało szorstko.

– Spróbuję.

– Czy nie chciałaby panienka napić się czego? A może by panienka co zjadła?

– Nie, dziękuję.

– Jeżeli tak, to ja się położę, bo to już po dwunastej; ale może mnie panienka zawołać, gdyby potrzebowała czego w nocy.

Co za zadziwiająca uprzejmość! Ośmieliło mnie to, więc zapytałam:

– Co się to ze mną dzieje? Czy jestem chora?

– Zasłabła panienka, zdaje się, w czerwonym pokoju od płaczu, ale wkrótce z pewnością panienka wydobrzeje.

Bessie weszła do pokoju służącej, który znajdował się obok. Słyszałam, jak mówiła:

– Saro, śpij ze mną w pokoju dziecinnym; za nic w świecie nie chciałabym być sama z tym biednym dzieckiem dziś w nocy, a nuż umrze. To taka dziwna rzecz, że miała ten atak; ciekawa jestem, czy ona co zobaczyła. Pani była za surowa.

Bessie wróciła z Sarą; położyły się; szeptały z sobą przed zaśnięciem dobre pół godziny. Z urywków ich rozmowy, które mnie dolatywały aż nadto wyraźnie, dorozumieć się mogłam, o czym mówią.

– Coś koło niej przeszło, całe ubrane na biało, i znikło… Wielki czarny pies szedł za nim… Trzy głośne stuknięcia do drzwi pokoju… Światło na cmentarzu wprost nad jego grobem… itp., itp.

W końcu obie zasnęły. Ogień na kominku wygasł, świeca się wypaliła; długa wydała mi się ta noc strasznej bezsenności; oczy, uszy i umysł wyostrzał strach – taki strach, jaki dzieci tylko potrafią odczuwać.

Żadna poważna dłuższa choroba nie nastąpiła po tym wypadku w czerwonym pokoju; uległam tylko wtedy wstrząsowi nerwów, którego ślady odczuwam do dziś dnia.

Tak, pani Reed, tobie zawdzięczam niektóre straszne męki duchowe, ale powinna bym ci wybaczyć, gdyż nie wiedziałaś, co czynisz; szarpiąc struny mego serca, sądziłaś, że tylko wykorzeniasz ze mnie złe skłonności.

Nazajutrz w południe, wstawszy i ubrawszy się, usiadłam otulona w szal przy kominku w pokoju dziecinnym. Fizycznie czułam się słaba i wyczerpana; ale więcej dokuczało mi to, że czułam się tak niewypowiedzianie nieszczęśliwa; tak nieszczęśliwa, że mi to wyciskało milczące łzy z oczu; ledwie jedną słoną kroplę otarłam z policzka, płynęła za nią druga. „A jednak – myślałam – powinna bym się czuć dobrze, gdyż żadnej z moich kuzynek nie ma w pobliżu”. Wyjechały powozem z matką. I Abbot szyła w innym pokoju, a Bessie, krzątając się tu i tam, zbierając zabawki i porządkując w szufladach, przemawiała do mnie raz po raz niezwykle dobrotliwie. Taki stan rzeczy powinien był być dla mnie rajem, dla mnie, przyzwyczajonej do ciągłej besztaniny, do ciągłego komenderowania; w rzeczywistości moje rozstrojone nerwy były w takim stanie, że żaden spokój nie mógł ich uciszyć, żadna przyjemność nie była im miła.

Bessie zeszła do kuchni i przyniosła mi ciasteczko z owocami na barwnie malowanym porcelanowym talerzu. To malowidło na porcelanie, przedstawiające rajskiego ptaka otoczonego girlandą pączków różanych, było zawsze przedmiotem mojego najgorętszego podziwu. Często prosiłam, żeby mi pozwolono wziąć ten talerz do ręki, by się dokładniej przyjrzeć malowaniu – nigdy jednak nie uważano mnie za godną tego przywileju. Ten cenny przedmiot umieszczono mi teraz na kolanach i zapraszano serdecznie, żebym zjadła delikatne ciasteczko. Daremna łaska! Przychodziła za późno, jak wiele innych upragnionych, a długo odwlekanych łask. Nie mogłam zjeść ciastka, a upierzenie ptaka i barwy kwiatów wydały mi się dziwnie wyblakłe; odsunęłam talerz i ciastko.

Bessie zapytała, czy podać mi jaką książkę: słowo „książka” pobudziło mnie na razie, poprosiłam ją, żeby mi przyniosła z biblioteki Podróże Guliwera. Książkę tę czytałam wiele razy z rozkoszą. Uważałam ją za opowieść prawdziwą i więcej mnie zajmowała niż bajki o wróżkach i krasnoludkach. Co się tyczy krasnoludków, to ponieważ szukałam ich na próżno pod liśćmi łopianu i dzwonków, pod grzybami i pod cieniem bluszczów, osłaniających stare zakątki murów, pogodziłam się w końcu z tą smutną prawdą, że wszystkie one musiały opuścić Anglię i przenieść się gdzieś do dzikiego kraju, gdzie lasy są większe i gęstsze, a ludność nie tak liczna. Natomiast wierzyłam w istnienie krainy Liliputów i Brobdingnagów i nie wątpiłam, że kiedyś, odbywszy długą podróż, zobaczę na własne oczy te małe pólka, domki i drzewka, tych malusieńkich człowieczków, krowy, owce i ptaki jednego królestwa oraz zboża wysokie jak lasy, olbrzymie psy, potworne koty, mężczyzn i kobiety jak wieże – drugiego kraju. Jednakże, gdy dostałam teraz do rąk ten ulubiony tom, gdy zaczęłam obracać jego karty, szukając w przedziwnych obrazkach tego uroku, który tam dotychczas zawsze znajdowałam – wszystko to wydało mi się niesamowite i straszne; olbrzymi byli jakimiś ogromnymi upiorami, pigmejczycy – złośliwymi, przeraźliwymi chochlikami, Guliwer zaś był nieszczęsnym wędrowcem po strasznych i niebezpiecznych krainach.

Zamknęłam książkę, której nie śmiałam już dłużej oglądać, i położyłam ją na stole obok nietkniętego ciastka.

Bessie skończyła tymczasem ścierać kurze i porządkować w pokoju. Umywszy ręce, otworzyła małą szufladę, pełną wspaniałych resztek jedwabiu i atłasów, i zaczęła fabrykować nowy kapelusz dla lalki Georgiany. Przy robocie śpiewała. Była to piosenka, która się zaczynała:

Kiedy szliśmy na wędrówkę

dawno temu…

Ile razy dawniej słyszałam tę piosenkę, zawsze odczuwałam żywą przyjemność, gdyż Bessie miała miły głos, przynajmniej mnie się takim wydawał. Ale tym razem, chociaż głos jej ciągle był miły, odczułam w tej melodii niewysłowiony smutek. Chwilami, zajęta swoją robotą, śpiewała końcowy refren ciszej, mocno go zwalniając. „Dawno temu” brzmiało jak najsmutniejszy refren żałobnego hymnu. Zaczęła śpiewać inną balladę, tym razem naprawdę smutną.

Stopy mam obolałe i chwiejny mój krok,

a droga taka długa przez górskie wykroty;

wkrótce spłynie na ścieżkę bezmiesięczny mrok

i noc zagubi ślady ubogiej sieroty.

O, czemuż mię wysłano w tę samotną dal,

gdzie wrzos się jeno pleni od groty do groty?

Twarde są ludzkie serca i obcy im żal,

anioł czuwał jedynie nad drogą sieroty.

Delikatny i ciepły owiewał mię wiatr

i gwiazdy z nich mi słały blask senny i złoty,

jak gdyby sam Bóg Ojciec w dobroci swej kładł

spoczynek i nadzieję pod stopy sieroty.

Gdyby nawet pode mną miał zwalić się most

czy błędny ognik zwiódł mię w toń ziejącą błotem -

wiem, że mój Ojciec w niebie usłyszy mój głos

i przytuli do łona ubogą sierotę.

Wiem, że jest ktoś na niebie, kto doda mi sił,

choć nie mam już do życia na ziemi ochoty,

dziś niebo moim domem, gdy ziemię mrok skrył,

a Bóg jest przyjacielem ubogiej sieroty[1].

– No, proszę, panno Jane, proszę nie płakać – powiedziała Bessie, skończywszy. Mogła równie dotrze powiedzieć ogniowi: „Nie pal się”. Lecz skądże ona mogła odgadnąć, jak bardzo cierpię.

Przed południem przyszedł znowu pan Lloyd.

– Jak to? Wstaliśmy już? – zapytał, wchodząc. – Jakże, panno Bessie, czuje się nasza chora?

Bessie odpowiedziała, że czuję się bardzo dobrze.

– W takim razie powinna mieć weselszą minkę. Proszę tu przyjść, panno Jane; panience na imię Jane, prawda?

– Tak, proszę pana, Jane Eyre.

– Otóż panienka płakała; czy może mi panienka powiedzieć, dlaczego? Czy panienkę co boli?

– Nie, proszę pana.

– Ach! Myślę, że ona płacze, ponieważ nie mogła wyjechać z panią powozem – wtrąciła Bessie.

– Z pewnością nie dlatego. Za duża jest na taką dziecinadę.

I ja to samo myślałam, a dotknięta w miłości własnej tym niesłusznym zarzutem, odpowiedziałam czym prędzej:

– Nigdy w życiu dla czegoś podobnego nie płakałam; nie cierpię jeździć powozem. Płaczę, bo jestem nieszczęśliwa.

– O, mogłaby się panienka wstydzić! – rzekła Bessie.

Poczciwy aptekarz zdawał się trochę zdziwiony. Stałam przed nim; przyglądał mi się długo; miał małe, siwe oczy, nie bardzo jasne, ale dziś nazwałabym je bystrymi; twarz jego o surowych rysach miała wyraz poczciwości.

Przypatrzywszy mi się do woli, powiedział:

– Wskutek czego to panienka zachorowała?

– Upadła – rzekła Bessie, znów się wtrącając.

– Upadła! To znowu jak małe dzieciątko! Czy to ona nie umie chodzić w tym wieku? Musi mieć chyba z osiem albo dziewięć lat.

– Upadłam, bo mnie uderzono – dałam śmiałe wyjaśnienie, które wyrwała ze mnie znów boleśnie dotknięta duma. – Ale to nie od tego zachorowałam – dodałam, podczas gdy pan Lloyd zażywał niuch tabaki.

W chwili gdy wkładał tabakierkę z powrotem do kieszeni, odezwał się głośny dzwonek wzywający służbę na obiad. Pan Lloyd wiedział, co to znaczy.

– To na pannę – rzekł. – Proszę spokojnie iść na dół; ja tu tymczasem dam burę pannie Jane.

Bessie byłaby wolała zostać, ale musiała pójść, gdyż punktualność w porze posiłków była surowo przestrzegana w Gateshead Hall.

– Więc nie upadek spowodował zasłabnięcie panienki, co zatem? – dopytywał pan Lloyd dalej po odejściu Bessie.

– Zamknięto mnie w pokoju, gdzie duch pokutuje, i trzymano, nawet kiedy się ściemniło.

Ujrzałam, że pan Lloyd uśmiecha się i równocześnie marszczy.

– Duch! No co, dzieciak z panienki koniec końcem. Boi się panienka duchów?

– Ducha pana Reeda boję się: umarł w tym pokoju, tam go wystawiono po śmierci; ani Bessie, ani nikt inny nie wejdzie tam za żadne skarby w nocy, i to było okrutne zamykać mnie tam samą bez świecy, to było tak okrutne, że myślę, iż tego nigdy nie zapomnę.

– Co znowu? I to dlatego tak się panienka czuje nieszczęśliwa? Boi się panienka teraz, za dnia?

– Nie, ale noc znów niedługo przyjdzie, a przy tym… Ja jestem nieszczęśliwa… Bardzo nieszczęśliwa z innego powodu.

– Z innego powodu? Czy może mi panienka powiedzieć, z jakiego?

Jak bardzo pragnęłam odpowiedzieć wyczerpująco na to pytanie! Jak trudno mi było ułożyć odpowiedź! Dzieci umieją czuć, ale nie umieją analizować swoich uczuć; a jeżeli nawet dokonują częściowo analizy w myśli, nie umieją rezultatu wyrazić słowami. Obawiając się jednak stracić tę pierwszą i jedyną sposobność ulżenia swemu zmartwieniu przez wypowiedzenie go, zdołałam, po kłopotliwym milczeniu, ująć je w szczupłą, ale szczerą odpowiedź.

– Przede wszystkim nie mam ani ojca, ani matki, ani sióstr, ani braci.

– Ma panienka dobrą wujenkę i kuzynków.

Milczałam znowu, a potem wybuchnęłam.

– Ale to John Reed tak mnie uderzył, że upadłam, a wujenka zamknęła mnie w czerwonym pokoju.

Pan Lloyd po raz drugi wyciągnął tabakierkę.

– Czy nie uważa panna Jane, że Gateshead Hall to bardzo piękny dom? – zapytał. – Czy nie jest panienka z tego rada, że może mieszkać w tak pięknym domu?

– To nie mój dom, proszę pana, a Abbot powiada, że mam mniej prawa być tutaj niż służąca.

– Co tam! Panienka nie jest chyba tak nierozsądna, żeby pragnęła opuścić taki wspaniały dom.

– Gdybym miała dokąd pójść, opuściłabym go chętnie; ale ja nigdy nie będę mogła wydostać się z Gateshead, dopóki nie będę dorosłą kobietą.

– A może by panienka mogła, kto wie? Czy panienka ma jakich krewnych oprócz pani Reed?

– Zdaje mi się, że nie, proszę pana.

– Żadnych ze strony ojca?

– Nie wiem. Pytałam raz wujenki, odpowiedziała, że może i mam jakichś biednych, niskiej kondycji krewnych nazwiskiem Eyre, ale ona nic o nich nie wie.

– A gdyby panienka miała takich krewnych, czy chciałaby panienka udać się do nich?

Namyślałam się. Bieda ma pozór straszny dla ludzi dorosłych, tym bardziej dla dzieci; nie mają one pojęcia o pracowitej, pilnej, przyzwoitej niezamożności; dla nich wyraz „bieda” wiąże się z łachmanami, głodem, kominkiem bez ognia, szorstkim obejściem i niskimi nałogami; dla mnie „bieda” oznaczała poniżenie.

– Nie, nie chciałabym należeć do ludzi biednych – odpowiedziałam.

– Nawet gdyby byli dobrzy dla ciebie?

Potrząsnęłam głową; nie mogłam zrozumieć, jakim sposobem ludzie biedni mogą być dobrzy; nauczyć się mówić jak oni, nabrać ich manier, być niewykształconą, wyrosnąć na podobieństwo jednej z tych biednych kobiet, jakie widywałam niekiedy, gdy karmiły dzieci albo prały ubrania przed drzwiami chat we wsi Gateshead; nie, nie miałam w sobie dosyć bohaterstwa, by chcieć kupić wolność za cenę wyjścia ze swojej sfery.

– Ale czyż krewni panienki są aż tak bardzo biedni? Czy to są robotnicy?

– Nie wiem; wujenka Reed powiedziała, że jeżeli mam jakich, to muszą być żebraczą hołotą, a ja bym nie chciała chodzić po żebraninie.

– Czy chciałaby panienka pójść do szkoły?

Znowu zaczęłam się namyślać; niewiele wiedziałam, czym jest szkoła. Bessie niekiedy mówiła o szkole jako o miejscu, gdzie panienki za karę sadzano w dybach, gdzie im zawieszano tablice na piersiach i gdzie wymagano od nich nadzwyczajnej dystynkcji i dokładności we wszystkim. John Reed nie cierpiał swojej szkoły i wygadywał na nauczyciela; jednak gusta Johna Reeda nie były dla mnie prawem, a jeżeli opowiadanie Bessie o rygorze w szkole (słyszała o tym od panienek tej rodziny, w której przebywała, zanim przybyła do Gateshead) wzbudzały we mnie pewien strach, to szczegóły o rozmaitych umiejętnościach, nabytych przez te same panienki, nęciły mnie wielce. Wychwalała piękne widoki i kwiaty malowane przez nie, piosenki, które umiały śpiewać, i muzykę, którą umiały grać; opowiadała o sakiewkach, które umiały robić szydełkiem, o francuskich książkach, które umiały tłumaczyć. Słuchając tego, miałam ochotę współzawodniczyć z nimi.

A przy tym szkoła byłaby całkowitą odmianą; łączyła się z nią długa podróż, zupełne rozstanie z Gateshead, przejście do nowego życia.

– Tak, chciałabym pójść do szkoły – brzmiała odpowiedź, głośny wynik moich rozmyślań.

– No, no, nie wiadomo, co się stać może – powiedział pan Lloyd, wstając. – Dziecku potrzeba zmiany powietrza i otoczenia – dodał, mówiąc do siebie – nerwy w nieszczególnym stanie.

Bessie powróciła teraz; równocześnie rozległ się turkot powozu po wysypanej żwirem drodze.

– Czy to wasza pani powróciła, panno Bessie? – zapytał pan Lloyd. – Chciałbym pomówić z nią, zanim odejdę.

Bessie poprosiła pana Lloyda do pokoju śniadaniowego i wyszła pierwsza, by wskazać mu drogę. W rozmowie, która nastąpiła teraz (wnosząc z tego, co zaszło później), pan aptekarz odważył się poradzić, by mnie odesłano do szkoły. Rada ta niewątpliwie była chętnie przyjęta; gdyż, jak powiedziała Abbot, omawiając tę sprawę z Bessie, podczas gdy szyły pewnego wieczora w dziecinnym pokoju, a ja leżałam już w łóżku i one myślały, że śpię: „Pani byłaby, zdaje mi się, kontenta pozbyć się takiego nudnego, niemiłego dziecka, które zawsze wszystkich szpieguje i jakieś tam intrygi po cichu obmyśla”. Abbot widocznie poczytywała mnie za jakiegoś dziecinnego Guya Fawkesa.

Przy sposobności dowiedziałam się po raz pierwszy z tego, co Abbot opowiadała Bessie, że ojciec mój był niezamożnym duchownym; że matka moja wyszła za niego wbrew woli rodziny, która uważała tę partię za nieodpowiednią dla niej; że mój dziadek Reed tak się rozgniewał tym jej nieposłuszeństwem, iż wydziedziczył ją i nie dał ani szylinga; że po roku małżeństwa ojciec mój zaraził się podczas epidemii tyfusu, odwiedzając biednych w wielkim fabrycznym mieście, gdzie leżała jego parafia; że matka moja zaraziła się od niego i oboje zmarli, jedno w miesiąc po drugim.

Słysząc to opowiadanie, Bessie westchnęła i powiedziała:

– Biedna panna Jane też jest godna litości, Abbot!

– Tak, zapewne – odpowiedziała Abbot – gdyby to było miłe, ładne dziecko, można by współczuć z jej sieroctwem; ale doprawdy nie można lubić takiej małej ropuchy jak ona.

– Nie można jej bardzo lubić, przyznaję – zgodziła się Bessie – w każdym razie taka piękność, jak panna Georgiana byłaby bardziej wzruszająca w tym samym położeniu.

– Tak, ja przepadam za panną Georgianą! – zawołała Abbot z zapałem. – Ślicznotka kochana!… Z długimi lokami, niebieskimi oczami i tymi ślicznymi rumieńczykami jak malowanie!… Zjadłabym grzanki z serem na kolację, Bessie.

– I ja też, z przyrumienioną cebulką. No, chodźmy na dół.

I poszły.


ROZDZIAŁ IV

Rozmowa moja z panem Lloydem i to, co usłyszałam z rozmowy między Bessie a Abbot, dodało mi dostatecznego bodźca, by pragnąć powrotu do zdrowia; zdawało się, że nadchodzi jakaś zmiana, pragnęłam jej i oczekiwałam w milczeniu. Odwlekało się to jednak; dni i tygodnie mijały.

Odzyskałam zdrowie, ale nie było żadnej wzmianki o sprawie, która mnie tak interesowała. Pani Reed przyglądała mi się czasem surowym okiem, ale rzadko do mnie przemawiała. Od czasu mojej choroby zaznaczyła silniej przedział pomiędzy mną a własnymi dziećmi. Wyznaczyła dla mnie małą komóreczkę, gdzie sypiałam sama, kazała mi osobno jadać i przebywać stale w pokoju dziecinnym, gdy kuzynki bawiły ciągle w salonie. Ani słowem jednak nie dotknęła sprawy posłania mnie do szkoły; pomimo to odczuwałam instynktowną pewność, że już niedługo będzie mnie znosić pod wspólnym dachem, gdyż jej spojrzenia zwracane ku mnie wyrażały teraz więcej niż kiedykolwiek nieopanowaną i głęboką odrazę.

Eliza i Georgiana, widocznie stosując się do rozkazów, mówiły do mnie możliwie jak najmniej; John naigrawał się ze mnie, ile razy mnie zobaczył, a raz nawet spróbował mnie zbić; ponieważ jednak natychmiast stanęłam w pozycji obronnej, poruszona tym samym uczuciem gniewu i rozpaczliwego buntu, jaki mnie był uniósł poprzednio, uważał, że lepiej dać spokój, i uciekł, wymyślając mi i zaklinając się, że mu rozbiłam nos. Istotnie, wymierzyłam w ten wystający punkt cios niezgorszy, a widząc, że go poskromiłam tym uderzeniem czy też wyrazem twarzy, miałam wielką ochotę dopełnić miary zwycięstwa; on jednakże już zdążył schronić się pod skrzydła swojej mamusi. Słyszałam, jak płaczliwym głosem zaczął opowiadać, że „ta szkaradna Jane rzuciła się na niego jak wściekła kotka…”. Matka przerwała mu ostro:

– Nie mów mi o niej, kochanie; powiedziałam wam, że macie się do niej nie zbliżać; ona nie jest tego godna; nie chcę, ażebyście się z nią zadawali, ani ty, ani twoje siostry.

Wtedy, przechylając się przez poręcz schodów, zawołałam nagle, wcale się nad moimi słowami nie zastanowiwszy:

– To oni nie są godni zadawać się ze mną!

Pani Reed była osobą raczej tęgą, ale usłyszawszy to dziwne i zuchwałe oświadczenie, wbiegła lekko na schody, jak wicher porwała mnie i zaciągnęła do pokoju dziecinnego; rzuciwszy mnie na brzeg mego łóżka, z całym naciskiem zapowiedziała:

– Żebyś mi nie śmiała ruszyć się stąd i słowa jednego wymówić do końca dnia!

– Co by na to wuj Reed powiedział, gdyby żył? – zapytałam prawie mimo woli.

Mówię: „Prawie mimo woli”, gdyż język mój wymawiał wyrazy bez zgody mojej woli: mówiło przeze mnie coś, nad czym nie panowałam.

– Co? – powiedziała pani Reed głosem ściszonym; jej zwykle spokojne, zimne siwe oczy zamąciły się jak gdyby wyrazem lęku; puściła moje ramię i patrzyła na mnie, jakby w istocie nie wiedziała, czy ma przed sobą dziecko, czy szatana. Ale ja już wzięłam na kieł.

– Wuj Reed jest w niebie i stamtąd może widzieć wszystko, co wujenka robi i myśli; i mój tatuś, i moja mama też; oni widzą, że wujenka mnie całymi dniami zamyka i życzy sobie, żebym umarła.

Pani Reed opanowała się niebawem: wytrzęsła mnie z całej siły, wytargała za uszy i nie mówiąc słowa, wyszła. Bessie następnie wygłosiła mi godzinne kazanie, w którym dowodziła niezbicie, że jestem najniegodziwszym, najniepoczciwszym dzieckiem, jakie się kiedykolwiek uchowało.

Uwierzyłam jej w połowie, gdyż czułam istotnie, że tylko złe, gniewne uczucia kotłują w mej duszy.

Minął listopad, grudzień i połowa stycznia. Boże Narodzenie i Nowy Rok obchodzono w Gateshead jak zwykle radośnie i uroczyście; wymieniano nawzajem podarki, wydawano obiady i przyjęcia wieczorne. Ze wszystkich tych uciech byłam, naturalnie, wyłączona i mój udział w tych wesołościach polegał na przypatrywaniu się, jak strojono Elizę i Georgianę, jak potem schodziły do salonu ubrane w lekkie muślinowe sukienki i szkarłatne szarfy, z włosami ufryzowanymi starannie w loki; a później na przysłuchiwaniu się płynącym z dołu dźwiękom fortepianu i harfy, na przypatrywaniu się, jak tam i na powrót krążyli lokaje, jak dźwięczało szkło i porcelana, gdy roznoszono zakąski, a ile razy otwierano drzwi salonu, dolatywał zmieszany gwar rozmów.

Zmęczywszy się tym zajęciem, wracałam ze schodów do samotnego i cichego dziecinnego pokoju; tam, chociaż trochę smutna, nigdy nie czułam się nieszczęśliwa. Prawdę powiedziawszy, nie miałam najmniejszej ochoty iść pomiędzy gości, gdyż w towarzystwie rzadko na mnie zwracano uwagę; i gdyby tylko Bessie była dobra i towarzysko usposobiona, uważałabym za prawdziwą przyjemność spędzać z nią wieczory, zamiast spędzać je pod groźnym okiem pani Reed w salonie pełnym pań i panów.

Jednakże Bessie, skoro tylko ubrała swoje panienki, zwykła była przenosić się w bardziej ożywione sfery kuchni i pokoju gospodyni, zazwyczaj i świecę zabierając z sobą. Wtedy, dopóki ogień nie przygasł, siedziałam z lalką na kolanach, oglądając się raz po raz dokoła, by się przekonać, czy coś gorszego ode mnie nie pokutuje w tym mrocznym pokoju; a gdy już głownie nabierały ciemnoczerwonego koloru, rozbierałam się prędko, szarpiąc, jak umiałam, węzły i tasiemki, i chroniłam się od zimna i ciemności do łóżeczka.

Do tego łóżeczka zabierałam zawsze swoją lalkę. Istota ludzka musi coś kochać, a ja w braku godniejszych kochania przedmiotów znajdowałam przyjemność w kochaniu i pieszczeniu tej wyblakłej podobizny człowieka, lichej i źle ubranej jak miniaturowy strach na wróble. Zastanawia mnie to, gdy sobie przypominam, jak niedorzecznie a szczerze rozpływałam się nad tą zabaweczką, wyobrażając sobie, że ona żyje i zdolna jest odczuwać. Nie byłabym mogła usnąć, nie otuliwszy jej wpierw swoją nocną koszulką, a gdy leżała przy mnie bezpiecznie i ciepło, czułam się stosunkowo dobrze, wierząc, że i ona również czuje się dobrze.

Dłużyły mi się godziny oczekiwania na odjazd gości.

Nasłuchiwałam odgłosu kroków Bessie na schodach; niekiedy przychodziła to po naparstek, to po nożyczki, czasami przynosiła coś na kolację – jakąś bułeczkę albo ciastko z serem, wtedy siedziała na łóżku, podczas gdy jadłam, a gdy skończyłam, otulała mnie szczelnie kocami, pocałowała mnie nawet dwa razy i powiedziała: „Dobranoc, panno Jane”. Gdy była taka miła i łagodna, wydawała mi się najlepszą, najładniejszą, najpoczciwszą w świecie istotą i tylko jak najgoręcej pragnęłam, żeby zawsze była taka miła i dobra, a nie popychała mnie, nie burczała na mnie, nie stawiała mi nierozsądnych żądań, co aż nazbyt często robiła.

Bessie Lee była, jak sądzę, zdolną z natury dziewczyną, gdyż wszystko robiła składnie i ładnie i miała wybitny dar opowiadania, tak mi się przynajmniej zdaje, sądząc z wrażenia, jakie wywierały na mnie jej bajki. I ładna była przy tym, jeżeli dobrze pamiętam jej twarz i figurę. Przypominam ją sobie jako młodą dziewczynę, wiotką, o czarnych włosach, ciemnych oczach, bardzo ładnych rysach i świeżej jasnej cerze; ale miała usposobienie kapryśne i prędkie i niezbyt gruntowne pojęcie o zasadach i sprawiedliwości; pomimo to wolałam ją niż wszystkich innych mieszkańców Gateshead Hall.

Działo się to piętnastego stycznia, około godziny dziewiątej rano. Bessie zeszła na dół na śniadanie; kuzynek moich jeszcze nie zawołano do matki. Eliza wkładała kapelusz i ciepły płaszcz ogrodowy, by pójść nakarmić swój drób; zajęcie, za którym przepadała, niemniej przepadając za sprzedawaniem jaj gospodyni i gromadzeniem otrzymanych tą drogą pieniędzy.

Miała ona żyłkę kupiecką i wybitną skłonność do oszczędzania; dowodem tego było nie tylko sprzedawanie jaj i kurcząt, ale też sprzedawanie ogrodnikowi za drogie pieniądze cebulek i nasion kwiatowych, i ciętych kwiatów; ogrodnikowi nakazała pani Reed kupować od panienki wszelkie produkty jej ogródka, jakie by tylko sprzedać pragnęła. Eliza zaś sprzedałaby włosy z głowy, gdyby tylko mogła na tym porządnie zarobić.

Pieniądze chowała początkowo w rozmaitych kątach, zawinięte w gałganek albo w stare papierki od papilotów; ponieważ jednak niektóre z tych skarbów odkryła pokojowa, Eliza w obawie, żeby nie stracić swoich skarbów, zgodziła się powierzyć je matce na lichwiarski procent, jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt od sta; te procenty wyciągała co kwartał, z największą skrupulatnością prowadząc rachunki w książeczce.

Georgiana siedziała na wysokim krześle, czesząc włosy przed lustrem i przetykając loki sztucznymi kwiatami i wyblakłymi piórami, których zapas znalazła w jakiejś szufladzie na strychu.

Ja ścieliłam swoje łóżko, otrzymawszy wyraźny rozkaz od Bessie, bym je doprowadziła do porządku, zanim ona powróci (Bessie bowiem często teraz używała mnie do czynności służby w pokoju dziecinnym, do porządkowania, odkurzania krzeseł itp.). Złożywszy nocną bieliznę i zaścieliwszy kapę, podeszłam do okna, chcąc ułożyć niektóre rozrzucone tam książki z obrazkami i mebelki z pokoju lalek; zatrzymał mnie nagły rozkaz Georgiany, żeby nie ruszać jej zabawek (bo malutkie krzesełka i lustra, talerzyki i filiżaneczki do zabawy były jej własnością). Wtedy, nie mając nic lepszego do roboty, zaczęłam chuchać na zamarzłą w kwiaty szybę, by tym sposobem odczyścić kawałek szkła i móc wyjrzeć na świat, gdzie wszystko było takie ciche i stężałe pod wpływem silnego mrozu.

Z okna widać było lożę portiera i podjazd; właśnie też w chwili gdy rozpuściłam tyle tych srebrnobiałych liści zasłaniających szybę, że można było wyjrzeć, zobaczyłam otwierającą się bramę i jakiś wjeżdżający powóz. Obojętnie przyglądałam się powozowi podjeżdżającemu przed dom; ekwipaże często przyjeżdżały do Gateshead, ale nigdy żaden nie przywiózł gości, którzy by mnie interesowali; powóz zajechał przed dom i stanął; odezwał się głośny dzwonek, gość został wpuszczony.

Ponieważ to wszystko niczym było dla mnie, zwróciłam uwagę na coś ciekawszego, na małą, głodną raszkę, która nadleciała i ćwierkała na gałęziach bezlistnej czereśni, przywiązanej do muru pod oknem.

Reszta mojego śniadania, składającego się z bułki i mleka, stała na stole; rozkruszywszy kawałek bułki, starałam się właśnie otworzyć okno, ażeby wysypać okruszyny, gdy Bessie wpadła pędem do dziecinnego pokoju.

– Panno Jane, proszę zdjąć fartuszek; co tam panienka robi? Czy panienka umyła dziś rano twarz i ręce?

Szarpnęłam oknem raz jeszcze, zanim odpowiedziałam, gdyż chciałam, żeby ptaszek dostał pożywienie; okno puściło, a ja wysypałam okruszyny trochę na kamienny parapet, a trochę na gałęzie czereśni, po czym, zamykając okno, odpowiedziałam:

– Nie, Bessie, ja dopiero w tej chwili skończyłam ścierać kurze.

– Nieznośne, niedbałe dziecko! A cóż to panienka robi tam teraz? Cała czerwona, z pewnością jakaś psota była w robocie; po co było otwierać okno?

Nie potrzebowałam się silić na odpowiedź, gdyż Bessie widocznie za bardzo się spieszyła, by czekać na wyjaśnienia; pociągnęła mnie do umywalni, niemiłosiernie, choć na szczęście prędko, wyszorowała mi twarz i ręce wodą, mydłem i grubym ręcznikiem, wyszczotkowała głowę ostrą szczotką, zdjęła ze mnie fartuszek i wyprowadziwszy mnie szybko na schody, kazała natychmiast zejść na dół i stawić się w saloniku.

Miałam ochotę zapytać, kto się ze mną chce widzieć; miałam ochotę zapytać, czy tam jest pani Reed, ale Bessie już odeszła i zamknęła za sobą drzwi dziecinnego pokoju. Z wolna schodziłam ze schodów. Od trzech miesięcy nie byłam prawie nigdy wzywana przed oblicze pani Reed; dla mnie, skazanej tak długo na pokój dziecinny, jadalnia oraz salon stały się jakąś straszną dziedziną, do której bałam się wkraczać.

Stałam teraz w pustym hallu, przede mną były drzwi saloniku, a ja zatrzymałam się onieśmielona i drżąca. Co za biednego, małego tchórza uczynił ze mnie w owych czasach strach, zrodzony z niesprawiedliwej kary! Lękałam się wracać do dziecinnego pokoju, lękałam się iść naprzód i wejść do saloniku; z dziesięć minut tak stałam, wahając się, wzruszona; gwałtowne dzwonienie z saloniku zdecydowało: muszę wejść.

„Kto może chcieć się ze mną widzieć? – pytałam siebie w duszy, gdy oburącz naciskałam klamkę, która opierała mi się przez chwilę. – Kogo zobaczę w pokoju oprócz wujenki? Mężczyznę czy kobietę?”. Klamka ustąpiła, drzwi się otworzyły, a ja wszedłszy i dygnąwszy nisko, podniosłam oczy i ujrzałam – czarny słup! Taką przynajmniej wydała mi się na pierwsze wrażenie sztywna, wąska, czarno ubrana, wyprostowana postać stojąca na dywanie; surowa twarz wyglądała jak rzeźbiona maska umieszczona na szczycie kolumny zamiast głowicy.

Pani Reed siedziała na zwykłym miejscu przy kominku; skinęła na mnie, bym się przybliżyła; posłuchałam, a ona przedstawiła mnie gościowi w tych słowach:

– Oto dziewczynka, co do której zwracałam się do pana.

On – gdyż był to mężczyzna – obrócił z wolna głowę ku mnie, a przypatrzywszy mi się badawczymi, siwymi oczami mrugającymi pod krzaczastymi brwiami, orzekł uroczystym basem:

– Jest małego wzrostu. W jakim jest wieku?

– Dziesięć lat.

– Aż tyle? – odpowiedział tonem powątpiewania, po czym w dalszym ciągu przez parę minut przyglądał mi się badawczo.

– Jak się nazywasz, dziewczynko? – zwrócił się w końcu do mnie.

– Jane Eyre, proszę pana.

Wymawiając te słowa, podniosłam na niego oczy. Ten pan wydał mi się wysoki, ale to prawda, że ja byłam bardzo mała. Rysy miał grube i wszystko w nim było surowe, wymuszone.

– No, powiedz mi, Jane Eyre, czy jesteś dobrym dzieckiem?

Niepodobna mi było odpowiedzieć na to twierdząco; moje otoczenie było przeciwnego zdania; milczałam. Pani Reed odpowiedziała za mnie wymownym potrząśnięciem głowy, dodając:

– Może lepiej o tym nie mówić, panie Brocklehurst.

– Przykro mi, doprawdy, że to słyszę! Muszę z nią trochę pogadać! – tu łamiąc swą prostopadłą linię, zainstalował się w fotelu naprzeciw pani Reed. – Pójdź tutaj – rzekł.

Przeszłam przez dywan; postawił mnie prosto przed sobą.

Jakąż on miał twarz, gdy zobaczyłam ją prawie na jednym poziomie z moją własną! Co za wielki nos! A jakie usta! I co za ogromne wystające zęby!

– Nie ma smutniejszego widoku nad widok niegrzecznego dziecka – zaczął – zwłaszcza niegrzecznej dziewczynki. Czy ty wiesz, dokąd źli ludzie idą po śmierci?

– Idą do piekła – odpowiedziałam szybko i jak należało.

– A co to jest piekło? Czy możesz mi na to odpowiedzieć?

– Piekło to otchłań pełna ognia.

– A czy ty byś chciała wpaść do tej otchłani i smażyć się tam na wieki?

– Nie, proszę pana.

– Więc co winnaś robić, żeby jej uniknąć?

Zastanowiłam się przez chwilę; odpowiedź moja, gdy się na nią zdobyłam, nie spodobała się:

– Muszę być zdrowa i nie umierać.

– Jak możesz być zdrowa? Dzieci młodsze od ciebie umierają codziennie. Nie dalej jak dwa dni temu pochowałem małe dziecko pięcioletnie, dobre, grzeczne dziecko, którego duszyczka jest teraz w niebie. Lękam się, że nie można by tego powiedzieć o tobie, gdyby cię Pan Bóg stąd odwołał.

Nie mogąc go pod tym względem uspokoić, spuściłam tylko oczy, utkwiwszy je w dwóch wielkich nogach spoczywających na dywanie i westchnęłam, pragnąc być stąd jak najdalej.

– Spodziewam się, że to było westchnienie z głębi serca i że żałujesz, iż martwiłaś swą najlepszą dobrodziejkę.

„Dobrodziejkę! Dobrodziejkę! – pomyślałam – oni wszyscy nazywają panią Reed moją dobrodziejką; jeżeli tak, to dobrodziejka jest czymś bardzo nieprzyjemnym”.

– Czy odmawiasz pacierz rano i wieczór? – dopytywał dalej.

– Tak, proszę pana.

– Czytujesz Biblię?

– Czasami.

– Z przyjemnością? Czy bardzo ją lubisz?

– Lubię Objawienia i księgę o Danielu, i Genesis, i księgę Samuela, i kawałek księgi Eksodus, i niektóre części księgi Królów, i o Hiobie, i o Jonaszu.

– A Psalmy czy ci się podobają? Mam nadzieję, że je lubisz.

– Nie, proszę pana.

– Nie? O, to źle! Ja mam małego chłopczyka, młodszego od ciebie, który umie na pamięć sześć Psalmów; a gdy go zapytać, czy woli dostać do zjedzenia orzech osmażany, czy nauczyć się wiersza jakiegoś Psalmu, odpowiada: „O, nauczyć się wiersza jakiegoś psalmu! Aniołowie śpiewają psalmy!”, tak on mówi i dodaje: „A ja pragnę być aniołkiem tu na ziemi!”.

Wtedy dostaje dwa orzechy w nagrodę, że taki pobożny.

– Psalmy nie są zajmujące – zauważyłam.

– To dowodzi, że masz złe serce i powinnaś modlić się do Boga, ażeby ci je odmienił; ażeby dał ci nowe, czyste serce; ażeby ci zabrał serce kamienne, a dał ci serce z żywego ciała.

Już chciałam zapytać, w jaki to sposób miałaby się odbyć taka operacja zamiany mojego serca, gdy wmieszała się pani Reed, nakazując mi, bym usiadła. Zaraz też dalszą rozmowę wzięła na siebie.

– Panie Brocklehurst, zdaje mi się, że w liście pisanym do pana przed trzema tygodniami wyznałam panu, że ta dziewczynka nie ma charakteru i usposobienia, jakie bym sobie życzyła w niej widzieć. Jeżeli przyjmie ją pan do szkoły w Lowood, byłabym rada, gdyby poproszono nauczycielki, by baczne na nią miały oko, a przede wszystkim, by strzegły ją od jej najgorszej wady: skłonności do kłamstwa i obłudy. Wspominam o tym przy tobie, Jane, żebyś nie próbowała oszukiwać pana Brocklehursta.

Czyż mogłam się nie bać pani Reed? Rzecz prosta, że musiałam jej nie znosić, skoro w jej naturze leżała chęć zadawania mi ran okrutnych; nigdy w jej obecności nie czułam się dobrze; i chociaż starałam się być posłuszna i dogodzić jej, usiłowania moje zawsze odpychała i odpłacała zdaniami takimi jak powyższe. Teraz to oskarżenie, wypowiedziane przed człowiekiem obcym, dotknęło mnie do głębi; niejasno spostrzegłam, że ona już mi zaczyna odbierać nadzieję pokładaną w nowej fazie istnienia, na jaką mnie skazywała, i czułam, choć nie byłabym umiała uczucia tego wyrazić, że sieje ona wstręt i nieżyczliwość wzdłuż drogi, jaką w przyszłości iść miałam; widziałam, jak w oczach pana Brocklehursta zamieniam się w dziecko fałszywe i szkodliwe – i cóż mogłam uczynić, żeby tej krzywdzie zaradzić? „Nic w istocie” – pomyślałam, walcząc, by powstrzymać łkanie, i szybko otarłam kilka łez, bezsilne dowody mojej męki.

– Obłuda to w istocie brzydka wada w dziecku – rzekł pan Brocklehurst. – Jest ona pokrewna z fałszem, a wszyscy kłamcy dostąpią kary w jeziorze płonącym ogniem i siarką. Będą jej jednak pilnować, pani Reed. Pomówię z panną Temple i z nauczycielkami.

– Pragnęłabym, żeby Jane została wychowana w sposób odpowiedni do jej widoków na przyszłość – ciągnęła dalej moja dobrodziejka – żeby nauczyła się użyteczności i pokory. Co do wakacji, to jeżeli pan pozwoli, będzie je zawsze spędzała w Lowood.

– Życzenia pani są najzupełniej słuszne – odpowiedział pan Brocklehurst. – Pokora to cnota chrześcijańska, szczególnie odpowiednia dla wychowanek Lowood; toteż wymagam, żeby ją jak najstaranniej wpośród nich hodowano. Wystudiowałem, w jaki sposób można najlepiej w nich upokorzyć uczucie światowej pychy i niedawno temu miałem miły dowód, że mi się powiodło.

Młodsza moja córka poszła z matką zwiedzić szkołę, a wróciwszy, zawołała: „O, drogi papo, jak skromnie i nieładnie wszystkie te dziewczęta w Lowood wyglądają, z włosami sczesanymi za uszy, w tych długich fartuchach i z kieszonkami na wierzchu sukien; wyglądają prawie jak dzieci biednych ludzi! A przy tym – dodała – przyglądały się mojej i maminej sukni, jak gdyby jedwabnej sukni nigdy dotąd nie widziały!”.

– Najzupełniej pochwalam ten stan rzeczy – odpowiedziała pani Reed. – Gdybym przeszukała całą Anglię, nie wiem, czy znalazłabym system wychowawczy odpowiedniejszy dla takiego dziecka, jak Jane Eyre. Konsekwencja, mój drogi panie Brocklehurst; obstaję za konsekwencją we wszystkim.

– Konsekwencja, pani, jest pierwszym obowiązkiem chrześcijańskim i przestrzega się jej pilnie w Lowood: niewybredny pokarm, prosty ubiór, niewymyślne urządzenia, surowe i pracowite zwyczaje, taki jest porządek dnia dla mieszkanek zakładu.

– Bardzo słusznie, łaskawy panie. Czy mogę zatem liczyć na to, że to dziecko będzie przyjęte do szkoły w Lowood i tam chowane odpowiednio do swego stanowiska i przyszłych widoków?

– Tak, pani; będzie przyjęta do tej hodowli doborowych roślin i ufam, że okaże się wdzięczna za ten nieoceniony przywilej, którego dostąpiła.

– Poślę ją zatem możliwie najprędzej, panie Brocklehurst, gdyż zapewniam pana, iż pilno mi uwolnić się od odpowiedzialności, która zaczęła się stawać już nazbyt dokuczliwa.

– Niewątpliwie, niewątpliwie, łaskawa pani; a teraz się pożegnam. Powrócę do Brocklehurst Hall w ciągu tygodnia lub dwóch; mój dobry przyjaciel archidiakon prędzej mnie nie wypuści. Napiszę do panny Temple, że ma oczekiwać nowej dziewczynki, tak że nie będzie trudności z jej przyjęciem. Do widzenia!

– Do widzenia, panie Brocklehurst; proszę mnie przypomnieć pamięci pani Brocklehurst, jej córek i synów.

– Nie omieszkam, łaskawa pani. Dziewczynko, oto masz książkę zatytułowaną Przewodnik dziecka; czytaj ją i módl się, czytaj zwłaszcza Opowiadanie o okropnej nagłej śmierci Marty G., niedobrego dziecka grzeszącego fałszem i kłamstwem.

To mówiąc, pan Brocklehurst wsunął mi w rękę cienką broszurkę wszytą w okładkę i zadzwoniwszy, by podano powóz, odjechał.

Pani Reed i ja zostałyśmy same; kilka minut upłynęło w milczeniu; ona szyła, ja się jej przypatrywałam. Pani Reed mogła mieć wtedy ze trzydzieści sześć lub siedem lat; była to kobieta mocno zbudowana, szeroka w ramionach, o silnych rękach i nogach, i chociaż tęga, nie tłusta; twarz jej była nieco szeroka, gdyż dolną szczękę miała silnie rozwiniętą, mocną; niskie miała czoło, dużą i wystającą brodę, usta i nos dosyć regularne, pod jasnymi brwiami błyszczały oczy pozbawione łagodności; cerę miała ciemną i matową, włosy prawie lnianego koloru; organizm jej był zdrowy, nie wiedziała, co to choroba; była to dokładna, mądra gospodyni; domowników i dzierżawców trzymała krótko, dzieci tylko opierały się niekiedy jej władzy i śmiały się z niej pogardliwie; dobrze się ubierała i nosiła się tak, aby uwydatnić piękne stroje.

Siedząc na niskim stołeczku o parę kroków od jej fotela, przyglądałam się jej postaci, badałam jej twarz. W ręce trzymałam rozprawkę zawierającą opowieść o nagłej śmierci kłamczyni, na którą zwrócono mi przed chwilą uwagę jako na odpowiednią przestrogę.

Wszystko, co zaszło przed chwilą, co pani Reed powiedziała o mnie panu Brocklehurstowi, cała treść ich rozmowy – wszystko to było żywe, świeże, bolesne; odczułam każdy wyraz równie dotkliwie, jak wyraźnie go usłyszałam i jakaś gwałtowna niechęć wrzała teraz we mnie.

Pani Reed podniosła wzrok znad roboty, oczy jej zatrzymały się na moich oczach, a równocześnie palce zaprzestały zręcznych ruchów.

– Wyjdź stąd, wracaj do dziecinnego pokoju – rozkazała.

Moje spojrzenie lub wyraz twarzy musiały jej się wydać obraźliwe, gdyż mówiła z niezwykłym, chociaż hamowanym rozdrażnieniem. Wstałam, poszłam ku drzwiom i znowu wróciłam; podeszłam do okna, przeszłam przez pokój i stanęłam przed nią, tuż blisko.

Czułam, że muszę mówić; zdeptano mnie boleśnie, muszę mieć odwet, ale jak? Gdzież miałam siły, by się zemścić na mojej nieprzyjaciółce? Zebrałam całą energię i wyrzuciłam z siebie te szczere a zuchwałe słowa:

– Nie jestem obłudna; gdybym była, powiedziałabym, że panią kocham, a ja oświadczam, że nie kocham pani; nie znoszę pani, tak jak nikogo na świecie z wyjątkiem Johna Reeda, a tę książeczkę o kłamczyni może pani dać swojej córce Georgianie, gdyż to ona kłamie, a nie ja.

Ręce pani Reed wciąż jeszcze bezczynnie leżały na robótce, a lodowate oczy mroźno tkwiły w moich.

– Co więcej masz mi do powiedzenia? – zapytała takim tonem, jakim ktoś mógłby raczej przemawiać do dorosłego przeciwnika, a nie jakim się zwykle przemawia do dziecka.

Te jej oczy, ten głos obudziły całą antypatię, jaką ku niej czułam. Trzęsąc się od stóp do głów, cała drżąca szalonym wzburzeniem mówiłam dalej:

– Cieszę się, że pani nie jest moją krewną; dopóki żyję, już nigdy pani nie nazwę wujenką; nigdy pani nie odwiedzę, gdy dorosnę; a gdy mnie kto zapyta, czy panią lubię i czy pani była dla mnie dobra, powiem, że sama myśl o pani wywołuje we mnie mdłości i że obchodziła się pani ze mną nielitościwie i okrutnie.

– Jak śmiesz to twierdzić, Jane?

– Jak śmiem? Jak śmiem? Ponieważ to jest prawda. Pani myśli, że ja nie mam uczuć i że mogę się obejść bez odrobiny miłości albo dobroci; ale ja tak żyć nie mogę, a pani nie ma litości. Do końca życia będę pamiętała, jak mnie pani wepchnęła – szorstko i gwałtownie – z powrotem… do czerwonego pokoju i zamknęła tam, chociaż byłam w takim strachu, chociaż wołałam dusząc się od męki: „Miej litość! Miej litość, wujenko!”. A ukarała mnie pani w ten sposób, ponieważ jej niegodziwy chłopak zbił mnie, uderzył za nic, tak że upadłam. Każdemu, kto mnie zapyta, opowiem to dokładnie. Ludzie myślą, że pani jest dobrą kobietą, ale pani jest zła, twarde ma pani serce. To pani jest obłudna!

Zanim dokończyłam tej przemowy, dusza we mnie zaczęła rosnąć, radować się najdziwniejszym poczuciem wolności i nieznanego dotąd triumfu. Wydawało mi się, że pękły jakieś niewidzialne węzły i niespodziewanie wydostaję się na wolność. I nie bez powodu odnosiłam to wrażenie: pani Reed zdawała się wystraszona; robótka zsunęła jej się z kolan, podniosła ręce, kołysząc się tam i z powrotem i nawet wykrzywiając twarz, jak gdyby się jej na płacz zbierało.

– Mylisz się, Jane. Co się z tobą dzieje? Czemu tak drżysz gwałtownie? Nie chciałabyś napić się trochę wody?

– Nie, dziękuję pani.

– Może czego innego życzysz sobie, Jane? Zapewniam cię, że ci dobrze życzę.

– Nie, pani. Powiedziała pani panu Brocklehurstowi, że ja mam niedobry charakter, że mam kłamliwe usposobienie; a ja opowiem wszystkim w Lowood, jaka pani jest i co pani zrobiła.

– Ty tego nie rozumiesz, Jane: dzieci muszą być ukarane, jeżeli zawinią.

– Ja nigdy nie zawiniłam kłamstwem! – zawołałam dzikim, podniesionym głosem.

– Ale jesteś złośnicą, to musisz przyznać; a teraz wracaj do dziecinnego pokoju… no, moja kochana… i połóż się trochę.

– Niech mi pani nie mówi „kochana”, bo to nieprawda! Ja nie mogę się położyć; niech mnie pani jak najprędzej pośle do szkoły, bo życie tutaj jest dla mnie nieznośne.

– Rzeczywiście wyślę ją jak najprędzej do szkoły – szepnęła pani Reed i zabrawszy robótkę, wyszła nagle z pokoju.

Zostałam sama – zwycięska na polu bitwy. Pierwsza to była moja walka i pierwsze zwycięstwo. Stałam przez chwilę na dywanie, w miejscu gdzie przedtem stał pan Brocklehurst, i cieszyłam się samotnością zdobywcy. Zrazu uśmiechałam się do siebie i czułam się podniesiona na duchu; ale dzika radość przygasła we mnie równie prędko, jak uspokoiło się przyśpieszone bicie mego tętna.

Dziecko nie może wojować ze starszymi, tak jak ja to uczyniłam; nie może puszczać wodzy uczuciom wściekłości, nie odczuwając zaraz potem dręczącego wyrzutu sumienia i chłodu reakcji. Wybuch jaskrawego, żywego, gorącego, pochłaniającego płomienia byłby obrazem stanu mej duszy w chwili, gdy oskarżałam panią Reed i groziłam jej; czarna, wypalona pustka z chwilą, gdy płomienie zagasły, byłaby obrazem mego stanu, gdy półgodzinna cisza i zastanowienie wykazały mi szaleństwo mojego postępku i okropność stanowiska nienawidzonej i nienawidzącej.

Zemsty zakosztowałam po raz pierwszy; wydawała mi się winem aromatycznym i krzepiącym, lecz jej zimny i gryzący posmak budził we mnie uczucie, jakbym była otruta. Chętnie byłabym teraz poszła i przeprosiła panią Reed. Wiedziałam jednak, po części z doświadczenia, a po części instynktownie, że odepchnęłaby mnie z podwójną pogardą, tym samym podniecając tylko na nowo w mej duszy niespokojne popędy.

Pragnęłam czym innym zająć wzburzone myśli, znaleźć pokarm dla uczuć mniej wrogich niż uczucia posępnego oburzenia.

Wzięłam do ręki książkę – były to bajki arabskie; siadłam i spróbowałam czytać. Nie mogłam jednak doczytać się sensu; moje własne myśli stawały pomiędzy mną a stronicami, w których zawsze znajdowałam tyle uroku.

Otworzyłam szklane drzwi od ogrodu: cisza tam panowała zupełna; mróz bez słońca i bez powiewu ogarniał cały ogród.

Okryłam głowę i ramiona spódnicą i wyszłam przejść się po zupełnie ustronnej części parku.

Nie znalazłam jednakże przyjemności w widoku drzew milczących, spadających szyszek świerkowych, zmarzniętych resztek jesieni, rdzawych liści, teraz zmiecionych wiatrami na kupki i zesztywniałych. Oparłam się o bramę i wyjrzałam na puste pole, gdzie nie było pasących się owiec na krótkiej teraz, zwarzonej i zbielałej trawie.

Szary to był dzień; nieprzejrzyste niebo zapowiadające śnieg zwisało ciemną oponą nad ziemią; spływały stamtąd od czasu do czasu śnieżne płatki i osiadały, nie topniejąc, na twardej ścieżce i oszronionej trawie. Stałam tak, nieszczęśliwe dziecko, szepcąc do siebie: „Co ja pocznę? Co ja pocznę?”.

Wtem usłyszałam wołający mnie jasny głos:

– Panno Jane! Gdzie panienka jest? Proszę na lunch.

Wiedziałam, że to Bessie, ale nie ruszyłam się; jej lekkie kroki biegły wzdłuż ścieżki.

– Co za niegrzeczna osóbka! – powiedziała. – Dlaczego to panienka nie przychodzi, kiedy ją wołają?

Obecność Bessie w porównaniu z myślami, które mnie gnębiły, wydała mi się radosna, pomimo że Bessie jak zwykle była trochę w złym humorze. Prawdę mówiąc, po starciu z panią Reed i po moim zwycięstwie nie dbałam wielce o przejściowy gniew bony, za to miałam ochotę skorzystać z jej młodzieńczej niefrasobliwości.

Więc też po prostu zarzuciłam jej obie ręce na szyję i powiedziałam:

– No, Bessie, nie gniewać się, nie besztać!

Szczerszy to był i śmielszy odruch z mej strony niż jakikolwiek dotychczas; jakoś jej się to spodobało.

– Dziwne z panienki dziecko, panno Jane – rzekła, patrząc na mnie – takie małe, samotne, zamknięte w sobie stworzenie. Ma panienka pójść do szkoły, zdaje mi się.

Skinęłam głową.

– I nie żal będzie panience opuścić biedną Bessie?

– Co sobie Bessie robi ze mnie? Zawsze tylko burczy na mnie.

– Bo z panienki takie dziwne, wystraszone, nieśmiałe stworzonko. Trzeba być śmielszą.

– Co? Żeby oberwać więcej szturchańców?

– Głupstwo! Ale poniewierają tu panienką trochę, to pewna. Matka moja, gdy mnie tu w przeszłym tygodniu odwiedziła, powiedziała, że nie chciałaby, ażeby które z jej dzieci było na miejscu panienki. No, a teraz pójdziemy do domu, mam dobre wiadomości dla panienki.

– Nie chce mi się wierzyć, Bessie!

– Dziecko! Co ty przez to rozumiesz? Jakimi smutnymi oczami patrzysz na mnie! No więc: pani, panienki i panicz wyjeżdżają dziś po południu na herbatę, a panienka będzie piła herbatę ze mną. Poproszę kucharkę, żeby upiekła panience ciasteczek, a potem pomoże mi panienka przejrzeć swoje szuflady, gdyż mam zapakować walizkę panienki. Pani chce, żeby panienka wyjechała z Gateshead za jaki dzień albo dwa, i ma panienka wybrać sobie między zabawkami te, które miałaby ochotę zabrać z sobą.

– Bessie, musisz mi przyrzec, że już aż do mojego wyjazdu nie będziesz się na mnie gniewała.

– Dobrze, ale proszę pamiętać, żeby panienka była bardzo grzeczną dziewczynką i nie bała się mnie. Proszę nie skakać, gdybym przypadkiem coś ostrzej powiedziała, to tak drażni.

– Myślę, że już się ciebie nie będę więcej bała, Bessie, gdyż przyzwyczaiłam się do ciebie, a wkrótce będę wśród innych ludzi, których się będę bała.

– Jak będziesz się ich bała, nie będą cię lubili.

– Tak jak ty, Bessie?

– Nie mogę powiedzieć, że nie lubię panienki; zdaje mi się, że ja panienkę więcej lubię niż wszystkich tamtych.

– Nie okazujesz tego!

– Jesteś bystrym stworzonkiem, nabyłaś zupełnie nowego sposobu mówienia. Skąd taka odwaga?

– Bo już niedługo stąd odjadę, a przy tym… – miałam coś powiedzieć o tym, co zaszło między mną a panią Reed, ale po namyśle osądziłam, że lepiej o tej sprawie przemilczeć.

– A więc cieszy się panienka, że mnie opuszcza?

– Wcale nie, Bessie; w tej chwili to raczej mi żal.

– „W tej chwili!” i „raczej!”. Jak chłodno moja mała dama to mówi! Przypuszczam, że gdybym teraz poprosiła o buziaka, powiedziałaby panienka: „Raczej nie”.

– Pocałuję cię, i jeszcze jak chętnie! Nachyl tylko głowę!

Bessie nachyliła się, uściskałyśmy się i poszłam za nią do domu zupełnie uspokojona.

To popołudnie upłynęło w spokoju i zgodzie, a wieczorem Bessie opowiedziała mi jedną ze swoich najcudniejszych bajek i zaśpiewała kilka najmilszych piosenek. Nawet dla mnie życie miało przebłyski słońca.


ROZDZIAŁ V

Było to dziewiętnastego stycznia. Zaledwie wybiła piąta rano, kiedy Bessie wniosła świecę do mojej komórki i zastała mnie już na nogach, prawie ubraną. Wstałam na pół godziny przed jej przyjściem, umyłam twarz i ubrałam się przy świetle blednącego właśnie księżyca, którego promienie wpadały przez wąskie okno w pobliżu mego łóżka. Miałam opuścić Gateshead tego dnia dyliżansem przejeżdżającym obok portierni o szóstej rano. Bessie była jedyną osobą, która dotychczas wstała; rozpaliła ogień w dziecinnym pokoju, a teraz zaczęła przyrządzać mi śniadanie. Dzieci rzadko kiedy potrafią jeść, gdy je podnieca myśl o czekającej podróży, i ja też jeść nie mogłam. Bessie, która na próżno usiłowała wmusić we mnie trochę mleka i bułki, zawinęła w papier kilka biszkoptów i wsunęła do mojej torebki; następnie pomogła mi włożyć płaszcz i kapelusz i zawinąwszy się w szal, wyszła ze mną z dziecinnego pokoju.

Przechodząc koło sypialni pani Reed, zapytała:

– Czy panienka wejdzie pożegnać się z panią?

– Nie, Bessie – odpowiedziałam. – Pani Reed przyszła wczoraj wieczorem do mojego łóżka, podczas gdy ty jadłaś na dole kolację, i powiedziała mi, że nie potrzebuję rano budzić jej ani moich kuzynek i mam pamiętać, iż zawsze była moją najlepszą przyjaciółką, tak mam mówić o niej i być jej wdzięczna.

– A panienka co na to odpowiedziała?

– Nic; zakryłam twarz kołdrą i obróciłam się do ściany.

– To było niesłusznie, panno Jane.

– To było zupełnie słusznie, Bessie. Twoja pani nie była moją przyjaciółką, ona była moim wrogiem.

– O, panno Jane! Niech panienka tego nie mówi!

– Żegnam cię, Gateshead! – zawołałam, gdy minąwszy hall, wychodziłyśmy frontowymi drzwiami.

Księżyc już zaszedł i było bardzo ciemno; światło latarni, którą Bessie niosła, migało po mokrych stopniach i żwirze drogi rozmiękłej w świeżej odwilży.

Ostry i chłodny był ten zimowy ranek, szczękałam zębami, idąc szybko aleją. Świeciło się w portierni: doszedłszy tam, zastaliśmy odźwierną rozpalającą właśnie ogień. Walizka moja, przyniesiona tu poprzedniego wieczoru, stała przy drzwiach obwiązana sznurami. Brakło tylko kilku minut do szóstej, a zaledwie godzina ta wybiła, daleki turkot kół zwiastował, że dyliżans nadjeżdża. Stanęłam w drzwiach i śledziłam jego latarnie zbliżające się szybko w ciemności.

– Czy ona jedzie sama? – zapytała odźwierna.

– Tak, sama.

– A jak daleko?

– Pięćdziesiąt mil.

– Taka długa droga! Dziwię się, że pani Reed nie boi się tak daleko puścić dziecka samego.

Dyliżans podjechał; oto stał przed bramą, zaprzężony w cztery konie, naładowany pasażerami.

Konduktor i woźnica głośno nawoływali do pośpiechu.

Wwindowano moją walizkę, zabrano mnie z objęć Bessie, do której tuliłam się, obsypując ją pocałunkami.

– Niech się pan nią dobrze opiekuje – zawołała Bessie, gdy konduktor wsadzał mnie do środka.

– Dobrze, dobrze – odpowiedział; drzwiczki zatrzaśnięto, jakiś głos zawołał: „Wszystko w porządku!” i ruszyliśmy.

W ten sposób rozstałam się z Bessie i z Gateshead; w ten sposób dyliżans unosił mnie w świat nieznany, a jak mi się wtedy wydawało, w jakieś odległe i tajemnicze regiony.

Z tej podróży niewiele pamiętam. Wiem tylko, że dzień ten wydał mi się nienaturalnie długi i myślałam, że przebywamy setki mil. Przejeżdżaliśmy przez wiele miast, a w jednym, bardzo dużym, dyliżans się zatrzymał.

Wyprzężono konie i pasażerowie wysiedli na obiad. Zaniesiono mnie do zajazdu, gdzie konduktor namawiał mnie, żebym coś zjadła na obiad.

Ponieważ jednak nie miałam apetytu, zostawił mnie w ogromnym pokoju, na którego dwu końcach znajdowały się dwa kominki, świecznik zwisał z sufitu, a wysoko na ścianie biegła mała czerwona galeryjka pełna narzędzi muzycznych. W tej sali spacerowałam dłuższy czas i było mi dziwnie i strasznie; śmiertelnie się bałam, że może ktoś wejść i porwać mnie, bo wierzyłam „w porywanie”, nasłuchawszy się o tym w wieczornych opowieściach Bessie.

Nareszcie konduktor powrócił, wpakował mnie znów do dyliżansu, zajął swoje miejsce, zatrąbił i turkocząc, ruszyliśmy „kamienistą drogą” prowadzącą do Lowood.

Popołudnie było wilgotne i trochę mgliste. Gdy zmierzch zaczął zapadać, ogarnęło mnie wrażenie, że Gateshead zostało rzeczywiście bardzo daleko za nami; już nie przejeżdżaliśmy przez miasta; zmienił się widok okolicy; wielkie szare wzgórza wyłoniły się na horyzoncie. Gdy mrok gęstniał, zjechaliśmy w dolinę ciemną, zalesioną, a chociaż już ciemny wieczór zasłonił wszelki widok, słyszałam, jak wiatr szumi pośród drzew.

Ukołysana tym szumem, zapadłam w końcu w sen. Niedługo spałam, gdy mnie zbudziło nagłe ustanie ruchu; drzwiczki dyliżansu były otwarte i jakaś osoba, wyglądająca na służącą, stała przy nich. Zobaczyłam jej twarz i ubranie przy świetle latarni.

– Czy jest tu mała dziewczynka nazwiskiem Jane Eyre? – zapytała. Odpowiedziałam „tak!”, i wtedy mnie wysadzono, oddano moją walizkę i dyliżans natychmiast ruszył w dalszą drogę.

Zesztywniała byłam od długiego siedzenia i oszołomiona turkotem i ruchem dyliżansu. Zbierając myśli, rozejrzałam się dokoła.

Deszcz, wiatr, ciemności wypełniały powietrze. Pomimo to rozpoznałam przed sobą mur i otwarte w nim drzwi; tymi drzwiami weszłam za moją przewodniczką, która je za sobą zamknęła na klucz. Teraz dojrzeć mogłam dom czy też domy, gdyż budynek rozsiadł się szeroko – o wielu oknach; niektóre z nich były oświetlone. Szłyśmy po szerokiej ścieżce, chlapiącej wilgocią, przez jakieś drzwi weszłyśmy do środka, a wtedy służąca przeprowadziła mnie przez korytarz do pokoju, gdzie palił się ogień, i tam zostawiła mnie samą.

Stałam, grzejąc zgrabiałe palce nad płomieniem, a potem obejrzałam się. Nie było świecy, w chwiejnym blasku ognia płonącego na kominku migały tapety, dywan, firanki, błyszczące meble mahoniowe. Był to salonik, nie tak obszerny ani wspaniały jak salon w Gateshead, ale wcale przyzwoity.

Zastanawiałam się, chcąc zrozumieć, co przedstawia obraz wiszący na ścianie, gdy otworzyły się drzwi i weszła do pokoju osoba niosąca świecę, a tuż za nią druga.

Pierwszą była wysoka dama o ciemnych włosach, ciemnych oczach i bladym, szerokim czole. Postać jej częściowo okrywał szal, twarz jej wyrażała powagę, trzymała się prosto.

– Dziecko jest zbyt małe, żeby je wysyłać samo – zauważyła, stawiając świecę na stole. Przypatrywała mi się uważnie przez dłuższą chwilę, a potem dodała: – Najlepiej byłoby położyć ją prędko do łóżka, wydaje się zmęczona. Czy jesteś zmęczona? – zapytała, kładąc mi rękę na ramieniu.

– Trochę, proszę pani.

– I głodna także zapewne. Niech jej pani każe dać coś do zjedzenia, zanim się położy, panno Miller. Czy po raz pierwszy opuściłaś rodziców, jadąc do szkoły, moje dziecko?

Odpowiedziałam jej, że nie mam rodziców. Zapytała, od jak dawna nie żyją, a potem, ile mam lat, jak się nazywam, czy umiem czytać, pisać i szyć trochę; a w końcu, łagodnie pogłaskawszy mnie po twarzy, powiedziała, że „spodziewa się, iż będę dobrym dzieckiem”, i pożegnała mnie i pannę Miller.

Pani, którą pożegnałam, mogła mieć jakie dwadzieścia dziewięć lat. Ta, która ze mną poszła, wydawała się o kilka lat młodsza; pierwsza wywarła na mnie silne wrażenie głosem, wyglądem i obejściem. Panna Miller miała powierzchowność pospolitszą, czerwonawą cerę i wyraz twarzy zatroskany; śpieszyła się, gdy chodziła czy cokolwiek robiła, jak ktoś, kto ma zawsze mnóstwo spraw do załatwienia: sprawiała wrażenie niższej nauczycielki i tym też, jak się później dowiedziałam, była. Idąc za nią, przechodziłam z oddziału do oddziału, z korytarza do korytarza wielkiego i nieregularnego budynku, aż wydostawszy się z całkowitej i dość przykrej ciszy panującej w przebytej przez nas części domu, usłyszałyśmy brzęczenie wielu głosów i weszłyśmy do obszernego, długiego pokoju. Po dwa wielkie sosnowe stoły stały w każdym końcu tego pokoju; po dwie świece paliły się na każdym stole, a na ławkach dokoła nich siedziała cała gromada dziewcząt różnego wieku, od dziewięciu lub dziesięciu lat do dwudziestu.

Widziane przy ciemnym świetle lichych świeczek wydawały mi się niezliczone, chociaż w rzeczywistości nie było ich więcej niż osiemdziesiąt, i były wszystkie jednakowo ubrane w brązowe wełniane suknie dziwnego fasonu i długie płócienne fartuchy. Była to godzina nauki; obkuwały jutrzejsze zadanie, a brzęczenie, które słyszałam, był to łączny rezultat ich szeptanego powtarzania.

Panna Miller dała mi znak, że mam usiąść na ławce przy drzwiach, po czym, poszedłszy na front długiego pokoju, zawołała głośno:

– Dyżurne, zebrać i odłożyć książki!

Cztery wysokie dziewczynki podniosły się od stołów, zebrały książki i odłożyły je. Panna Miller znowu wygłosiła słowa komendy:

– Dyżurne, przynieście tace z kolacją!

Wysokie dziewczynki wyszły i wróciły zaraz, niosąc każda tacę z ustawionymi na nich porcjami czegoś (nie mogłam na razie rozpoznać, co to jest), dzbankiem i garnuszkiem. Porcje rozdawały wokoło; kto chciał, brał łyk wody; garnuszek był wspólny dla wszystkich. Gdy kolej przyszła na mnie, napiłam się, bo miałam pragnienie, ale nie tknęłam jedzenia; podniecenie i zmęczenie podróżą zagłuszyły we mnie apetyt; teraz jednak zobaczyłam, że był to jakiś cienki owsiany placek, podzielony na kawałki.

Po skończonej wieczerzy panna Miller odczytała modlitwy i klasy wyszły rzędem, parami na górę. Wyczerpana doszczętnie ledwie zauważyłam, jak wygląda sypialnia, spostrzegłam tylko, że podobnie jak pokój szkolny była bardzo długa. Tej nocy miałam dzielić łóżko z panną Miller; ona mi pomogła rozebrać się; leżąc już popatrzyłam na długie rzędy łóżek, w których szybko układały się dziewczęta, w każdym po dwie. W dziesięć minut potem zgaszono jedyną świecę, a ja wśród milczenia i zupełnej ciemności zasnęłam.

Noc minęła szybko; zanadto byłam zmęczona, ażeby śnić. Raz się tylko obudziłam, słysząc, jak wiatr szaleje wściekłymi podmuchami i deszcz leje strumieniem, poczułam też, że panna Miller zajęła miejsce przy mnie. Gdy znów otworzyłam oczy, dzwonił głośny dzwonek; dziewczęta wstawały i ubierały się; dzień jeszcze nie świtał; jedna czy dwie świeczki paliły się w pokoju. I ja niechętnie wstałam, gdyż okropnie było zimno; trzęsąc się cała, ubrałam się jak mogłam i umyłam, gdy się doczekałam wolnej miednicy, co nastąpiło nieprędko, gdyż jedna miednica wypadała na sześć dziewcząt. Miednice były ustawione pośrodku sypialni.

Znowu odezwał się dzwonek i wszystkie ustawiły się rzędem, parami, i w tym porządku zeszły ze schodów i weszły do zimnego, słabo oświetlonego szkolnego pokoju. Tutaj panna Miller odczytała modlitwy, po czym zawołała:

– Uformować się w klasy!

Wielki gwar zapanował na kilka minut. Panna Miller kilkakrotnie wołała: „Cicho!”, „Utrzymać porządek!”. Gdy się uciszyło, zobaczyłam, że dziewczynki ustawiły się półkolem przy czterech stołach. Wszystkie trzymały w ręku książki, a wielka książka podobna do Biblii leżała na każdym stole przed pustym krzesłem. Nastąpiło teraz kilka sekund pauzy, wypełnionej szmerem półgłośnych szeptów dziewcząt. Panna Miller przechodziła od klasy do klasy i uciszała te nieokreślone odgłosy.

Z daleka odezwał się dzwonek; natychmiast weszły trzy nauczycielki, z których każda zajęła miejsce przy stole; czwarte krzesło zajęła panna Miller. Krzesło to stało najbliżej drzwi i dokoła niego zgromadziły się najmniejsze dzieci; do tego najniższego oddziału zaliczono mnie i umieszczono na końcu.

Zaczęła się teraz praca.

Powtarzano kolektę dnia, następnie przepowiadano pewne teksty Pisma św., po czym nastąpiło dłuższe odczytywanie rozdziałów z Biblii, a wszystko to trwało godzinę. Gdy zajęcie to ukończono, już i dzień pełny nastał. Niezmordowany dzwonek odezwał się po raz czwarty.

Dziewczęta ustawiły się klasami i pomaszerowały do innego pokoju na śniadanie. Jakże mnie ucieszyła nadzieja, że dostanę coś do zjedzenia! Słabo mi się robiło z czczości, tak mało przecież jadłam poprzedniego dnia.

Refektarz był wielki, niski i posępny: na dwóch długich stołach dymiły miseczki czegoś gorącego, co jednak, ku memu niemiłemu zdziwieniu, wydawało woń wcale nie zachęcającą.

Zauważyłam ogólne objawy niezadowolenia, gdy woń potrawy uderzyła w nosy dziewcząt; od pierwszych par procesji dziewczynek z najstarszej klasy pobiegły szeptem słowa:

– Obrzydliwość! Owsianka znowu przypalona!

– Cicho! – wykrzyknął jakiś głos; nie głos panny Miller, lecz jednej z wyższych nauczycielek, małej, ciemnej osoby, elegancko ubranej, ale nieco surowego wyglądu, która zajęła miejsce na czele jednego stołu, podczas gdy przy drugim prezydowała pełniejsza i przystojniejsza osoba. Na próżno rozglądałam się za tą, którą zobaczyłam wczoraj wieczorem, nie było jej tu. Panna Miller siedziała na końcu stołu, przy którym i ja siedziałam, a naprzeciw niej dziwna, z cudzoziemska wyglądająca starsza dama, nauczycielka Francuzka, jak się później dowiedziałam.

Zmówiono długą modlitwę i odśpiewano hymn, następnie służąca przyniosła herbatę dla nauczycielek i zaczęło się śniadanie.

Zgłodniała i już w tej chwili bardzo osłabiona pochłonęłam łyżkę czy dwie swej porcji, nie zastanawiając się nad smakiem; po stępieniu jednak pierwszego głodu spostrzegłam, że dostałam jakąś wstrętną potrawę; przypalona kasza owsiana nie lepsza jest prawie od zgniłych kartofli, nawet głód przed nią się cofa. Łyżki poruszały się powoli: widziałam, że każda dziewczynka próbuje pożywienia i stara się je przełknąć, ale większość dawała za wygraną.

Skończyło się śniadanie, a nikt nic nie jadł. Po odmówieniu dziękczynnej modlitwy za to, czego nie dostałyśmy, i po odśpiewaniu drugiego hymnu opuściłyśmy refektarz i przeszły do pokoju szkolnego. Przechodząc prawie na końcu orszaku koło stołów, zobaczyłam, że jedna z nauczycielek wzięła miseczkę z kaszą i spróbowała jej; popatrzyła na drugie; wszystkie miały twarze niezadowolone, a ta tęga szepnęła:

– Wstrętne jadło! To wstyd doprawdy!

Minął kwadrans, zanim się znów rozpoczęły lekcje, a w czasie tego kwadransa zapanowała w pokoju szkolnym wspaniała wrzawa; wolno było w tym czasie głośno i swobodnie rozmawiać, toteż dziewczęta korzystały z tego przywileju. Cała rozmowa toczyła się dokoła śniadania, na które wszystkie bez wyjątku wymyślały co się zowie.

Biedaczki! Była to ich jedyna pociecha. Panna Miller była jedyną nauczycielką obecną w pokoju. Kilka starszych dziewcząt otaczających ją rozprawiało z poważnymi i chmurnymi minami. Słyszałam kilka razy powtórzone nazwisko pana Brocklehursta; na to panna Miller potrząsała głową z naganą, ale nie zadawała sobie wiele trudu, by powstrzymywać ogólne oburzenie; najprawdopodobniej sama je podzielała.

Zegar w pokoju szkolnym wybił dziewiątą. Panna Miller opuściła swoje kółko i stanąwszy pośrodku pokoju, zawołała:

– Cicho! Na miejsca!

Rygor zrobił swoje: w pięć minut chaotyczna gromadka rozdzieliła się w porządku i względna cisza zapanowała w tej chwilowej Wieży Babel. Wyższe nauczycielki wróciły teraz punktualnie na swoje miejsca; wszyscy jednakże zdawali się czekać. Rzędami na ławkach w czterech rogach pokoju siedziało osiemdziesiąt dziewcząt prosto i bez ruchu; dziwnym się wydawały zbiorowiskiem, wszystkie ze sczesanymi gładko z czoła włosami, bez jednego widomego loczka, w brązowych, wysoko zapiętych sukniach z wąskimi, białymi kołnierzykami przy szyi i płóciennymi kieszonkami (kształtem podobne do góralskich sakiewek), przywiązanymi z przodu u paska, a mającymi służyć za torebki do roboty; wszystkie też nosiły wełniane pończochy i na wsi fabrykowane trzewiki, zapięte na mosiężne klamerki. Ze dwadzieścia z nich, w ten sposób ubranych, były to dziewczęta dorosłe; nieładnie im było w tym stroju i nawet najładniejsze wyglądały dziwacznie.

Wciąż jeszcze przyglądałam się im, w przerwach także obserwowałam nauczycielki, z których żadna mi się zbytnio nie podobała; tęga bowiem wyglądała nieco ordynarnie, ciemna – ostro i surowo, cudzoziemka – szorstko i dziwacznie, a panna Miller, biedaczka, czerwona, z wypiekami, miała wygląd przepracowanej. Jeszcze im się przyglądałam, przesuwając wzrok od jednej twarzy do drugiej, gdy cała szkoła, jak gdyby sprężyną poruszona, podniosła się równocześnie.

Co się stało? Nie słyszałam, by wydano jakiś rozkaz – byłam zdziwiona. Zanim się opamiętałam, klasy zasiadły z powrotem. Ale ponieważ teraz wszystkie oczy zwróciły się w jeden punkt, więc moje poszły w tym kierunku i napotkały osobę, która mnie przyjmowała poprzedniego wieczoru. Stała na końcu długiego pokoju przed kominkiem, w obu bowiem końcach pokoju palił się ogień, i przeglądała obydwa rzędy dziewcząt milcząco i poważnie.

Panna Miller przybliżyła się do niej, zapytała o coś, a dostawszy odpowiedź, wróciła na swoje miejsce i powiedziała:

– Dyżurna najstarszej klasy niech przyniesie globusy!

Podczas gdy ten rozkaz wykonywano, pani przeszła powoli przez pokój. Przypuszczam, że muszę mieć dosyć silny zmysł uwielbienia, gdyż dziś jeszcze odczuwam wrażenie podziwu i czci, z jaką oczy moje biegły za jej krokami. Widziana teraz w jasnym świetle dnia, wydała mi się wysoka, ładna i kształtna; piwne oczy pełne dobrotliwego wyrazu i blasku, przy długich rzęsach i pięknie zarysowanych brwiach, podnosiły białość jej szerokiego czoła; włosy bardzo ciemne zwijały się na skroniach w okrągłe, krótkie pukle, według ówczesnej mody, kiedy to nie noszono ani gładkich niobów, ani długich loków; suknię miała na sobie także wedle panującej mody z pąsowego sukna, przystrojoną czarnym aksamitem; złoty zegarek (zegarki nie były wtedy w tak powszechnym użyciu jak teraz) błyszczał u jej paska. Niech czytelnik doda dla uzupełnienia obrazu delikatne rysy, cerę jasną, chociaż bladą, pełną godności postać i ruchy, a będzie miał o tyle dokładne, o ile słowa oddać je mogą, pojęcie o powierzchowności panny Temple, Marii Temple, jak kiedyś później wyczytałam na jej książce do nabożeństwa, którą oddała mi do niesienia, idąc do kościoła.

Przełożona szkoły w Lowood (gdyż nią była ta pani), zasiadłszy przed parą globusów, wezwała pierwszą klasę ku sobie i zaczęła z nią lekcję geografii. Niższymi klasami zajęły się inne nauczycielki; przez godzinę powtarzano historię, gramatykę itd., następnie przyszło pisanie i arytmetyka, a niektórym starszym dziewczętom udzielała panna Temple lekcji muzyki. Zegar odmierzał czas trwania każdej lekcji; nareszcie wybiła dwunasta. Przełożona wstała.

– Mam słowo do powiedzenia uczennicom – rzekła.

Rozpoczynał się już hałas po skończonej lekcji, ale umilkł uciszony jej głosem. Mówiła dalej:

– Dostałyście dzisiaj śniadanie, którego nie mogłyście jeść; musicie być głodne. Zarządziłam, żeby drugie śniadanie, chleb z serem, zostało podane dla wszystkich.

Nauczycielki popatrzyły na nią zdziwione.

– Kazałam to zrobić na własną odpowiedzialność – zwróciła się do nich z wyjaśnieniem, po czym natychmiast wyszła z pokoju.

Zaraz też wniesiono i rozdzielono chleb z serem ku pokrzepieniu i wielkiej radości całej szkoły. Teraz padło słowo komendy: „Do ogrodu!”. Dziewczęta włożyły kapelusze z grubej słomy wiązane na szarfy z kolorowego perkalu i płaszcze z szarej syberyny. Mnie ubrano podobnie i w ślad za innymi wyszłam na świeże powietrze.

Ogród stanowiła obszerna przestrzeń otoczona tak wysokim murem, że wykluczał wszelką możliwość wyjrzenia dalej.

Wzdłuż jednego jego boku ciągnęła się kryta weranda, a szerokie ścieżki otaczały przestrzeń środkową, rozdzieloną na cały szereg małych grządek; te grządki wyznaczone były dla uczennic jako ogródki do uprawiania i każda grządka miała swoją właścicielkę. Latem pełne kwiatów grządki musiały niewątpliwie ładnie wyglądać, ale teraz, w drugiej połowie stycznia, wszystko było po zimowemu puste i sczerniałe.

Drżałam, stojąc i rozglądając się dokoła; przykry to był dzień, niezachęcający do ruchu na świeżym powietrzu; nie był dżdżysty, lecz przyćmiony żółtą mgłą; ziemia pod stopami nasiąkła wilgocią po wczorajszej ulewie. Silniejsze dziewczęta biegały i uprawiały jakieś ożywione gry, ale niektóre, blade i szczupłe, skupiały się w gromadki, szukając osłony i ciepła na werandzie; wśród tych, w miarę jak gęsta mgła przenikała drżące ich postacie, słyszałam częsty odgłos głuchego kaszlu.

Dotychczas jeszcze nie przemówiłam do nikogo i nikt też nie zdawał się zwracać na mnie uwagi. Stałam sobie samotna na boku; do tego uczucia osamotnienia byłam przyzwyczajona; nie dokuczało mi ono zbytnio. Oparta o filar werandy otuliłam się jak najszczelniej w fałdy płaszcza i starając się zapomnieć o zimnie i głodzie, zajęłam się przyglądaniem i rozmyślaniami.

Moje rozmyślania zbyt były nieokreślone i niepowiązane, żeby je warto wspominać.

Zaledwie wiedziałam, gdzie się znajduję; Gateshead i moje dotychczasowe życie uleciały gdzieś strasznie daleko, teraźniejszość była niejasna i dziwna, a przyszłości nie umiałam sobie wyobrazić.

Rozglądałam się po tym, jakby klasztornym, ogrodzie, a potem spojrzałam na dom, obszerny budynek, którego jedna połowa wydawała się poszarzała i stara, druga zaś zupełnie nowa. Nowa część obejmująca pokój szkolny i sypialnie miała gotyckie okna, co nadawało jej wygląd kościelny; kamienna tablica nad drzwiami nosiła napis:

„Zakład Lowood. – Ta część została przebudowana A. D… przez Naomi Brocklehurst z Brocklehurst Hall w tym hrabstwie. Tak niechaj świeci światłość wasza przed ludźmi, aby widzieli uczynki wasze dobre i chwalili Ojca waszego, który jest w niebiosach. Św. Mateusz V, 16”.

Odczytywałam raz po raz te słowa; czułam, że wymagają jakiegoś wyjaśnienia, gdyż nie potrafiłam znaczenia ich w pełni zrozumieć. Gdy tak rozmyślałam nad znaczeniem słowa „zakład” i usiłowałam znaleźć związek między tym słowem a początkiem wersetu biblijnego, odgłos czyjegoś kaszlu tuż za mną sprawił, że odwróciłam głowę. W pobliżu na kamiennej ławce siedziała młoda dziewczyna pochylona nad książką, którą czytała z zajęciem. Z miejsca, gdzie stałam, mogłam przeczytać tytuł Rasselas. Imię to wydało mi się dziwne, więc tym bardziej pociągające. Obracając kartę, podniosła oczy, ja zaś zagadnęłam ją w tej chwili.

– Czy to zajmująca książka? – już postanowiłam poprosić ją, by mi tę książkę kiedy pożyczyła.

– Mnie się podoba – odpowiedziała po chwilce, przyjrzawszy mi się uważnie.

– O czym tam jest mowa? – zapytałam znowu. Nie wiem, skąd mi się wzięła ta śmiałość wszczynania rozmowy z kimś obcym; taki krok przeciwny był mojej naturze i przyzwyczajeniom. Myślę, że jej zajęcie dotknęło jakiejś struny sympatii we mnie, gdyż i ja lubiłam czytać, choć tylko rzeczy lekkie i dziecinne; nie mogłam strawić ani zrozumieć lektury poważnej.

– Możesz ją obejrzeć – odpowiedziała dziewczynka, podając mi książkę.

Przejrzałam książkę. Krótki ten przegląd wystarczył, by mnie przekonać, że zawartość jej była mniej porywająca niż tytuł.

Rasselas, jak na mój gust dziecinny, wydał mi się nudny; nic tam nie znalazłam o wróżbach, nic o czarodziejach, żadna barwna rozmaitość nie snuła się po gęsto zadrukowanych stronicach. Oddałam jej książkę; wzięła ją spokojnie i nic nie mówiąc, zabierała się znów do uważnego czytania, gdy po raz wtóry odważyłam się jej przeszkodzić.

– Czy możesz mi powiedzieć, co znaczy napis na tym kamieniu nad drzwiami? Co to jest Zakład Lowood?

– Ten dom, w którym zamieszkasz.

– A dlaczego nazywają go Zakładem? Czy różni się pod jakimś względem od innych szkół?

– Jest to częściowo szkoła dobroczynności publicznej; ty i ja, i my wszystkie jesteśmy dziećmi korzystającymi z dobroczynności publicznej. Przypuszczam, że jesteś sierotą; czy nie straciłaś ojca albo matki?

– Oboje umarli, gdy byłam maleńka, tak że ich wcale nie pamiętam.

– Otóż wszystkie dziewczęta tutaj straciły albo jedno z rodziców, albo oboje, a ten dom nazywa się zakładem wychowawczym sierot.

– Więc my tutaj nic nie płacimy? Czy oni nas utrzymują za darmo?

– Płacimy albo ktoś za nas płaci piętnaście funtów rocznie za każdą.

– A więc dlaczego nazywają nas dziećmi korzystającymi z dobroczynności publicznej?

– Ponieważ piętnaście funtów nie wystarcza na utrzymanie i na naukę, a brakujące pieniądze dopełnia się ze składek.

– A kto się składa?

– Rozmaici dobroczynni panowie i panie z tej okolicy i Londynu.

– Kto to był Naomi Brocklehurst?

– Ta pani, która zbudowała nową część tego domu, jak o tym napisano na tablicy, i której syn kieruje i rządzi wszystkim tutaj.

– Dlaczego?

– Ponieważ jest skarbnikiem i dyrektorem zakładu.

– Ach, więc ten dom nie należy do tej wysokiej pani, która nosi zegarek i która powiedziała, że mamy dostać chleba z serem?

– Do panny Temple? O, nie! Dobrze by było, gdyby należał! Ona odpowiada przed panem Brocklehurstem za wszystko, co robi. Pan Brocklehurst kupuje całe nasze pożywienie i wszystkie ubrania dla nas.

– Czy on tutaj mieszka?

– Nie, dwie mile stąd, w dużym dworze.

– Czy to dobry człowiek?

– Jest duchownym i mówią, że robi wiele dobrego.

– Czy powiedziałaś, że ta wysoka pani nazywa się panna Temple?

– Tak.

– A inne nauczycielki jak się nazywają?

– Ta, która ma rumiane policzki, nazywa się panna Smith; ona uczy robót i przykrawa, gdyż my same szyjemy sobie ubrania, płaszcze i wszystko; ta mała z czarnymi włosami to panna Scatcherd; ona uczy historii i gramatyki i przesłuchuje drugą klasę; a ta, która chodzi w szalu i chustkę do nosa przywiązuje do paska żółtą wstążką, to madame Pierrot; pochodzi z Lisle we Francji i uczy francuskiego.

– Czy ty lubisz nauczycielki?

– Dosyć.

– A tę małą, czarną i madame?… nie umiem wymówić jej nazwiska tak jak ty.

– Panna Scatcherd jest prędka… uważaj, żebyś jej się nie naraziła; madame Pierrot to wcale niezła osoba.

– Ale panna Temple jest najlepsza, prawda?

– Panna Temple jest bardzo dobra i bardzo mądra; ona przewyższa tamte, gdyż umie o wiele więcej niż one.

– Czy od dawna jesteś tutaj?

– Od dwóch lat.

– Czy jesteś sierotą?

– Matka moja nie żyje.

– Czy czujesz się tutaj szczęśliwa?

– Trochę za wiele pytasz. Dałam ci na razie dosyć odpowiedzi, teraz chciałabym poczytać.

W tejże chwili odezwał się dzwonek wzywający nas na obiad; wróciłyśmy do domu.

Zapach unoszący się teraz w refektarzu nie o wiele był ponętniejszy od tego, który uraczył nasze nosy przy śniadaniu. Podano obiad w dwóch dużych blaszanych naczyniach, z których unosiła się para woniejąca zjełczałym tłuszczem.

Potrawa składała się z niesmacznych kartofli i dziwnych obrzynków nie pierwszej świeżości mięsa, a wszystko to było wymieszane i ugotowane razem. Tej papki wydzielono po dość pełnym talerzu każdej uczennicy. Jadłam, ile mogłam zjeść, zadając sobie pytanie, czy też jedzenie będzie co dzień takie.

Po obiedzie przeszłyśmy natychmiast do pokoju szkolnego. Lekcje rozpoczynały się znowu i trwały do godziny piątej.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.