Bookopen, bo po trzydziestce wiele się zmienia - Justyna Lach, Sylwia Jurkiewicz - ebook
Wydawca: E-bookowo Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 347 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bookopen, bo po trzydziestce wiele się zmienia - Justyna Lach, Sylwia Jurkiewicz

CHUTNIK, GRASS, NIEWIŃSKA

I INNI 30 – 40-LATKOWIE W JEDNYM, ZBIOROWYM DZIENNIKU!


Znani i nieznani 30 – 40-latkowe w jednym zbiorowym dzienniku. Poznaj „dni” Sylwii Chutnik - powieściopisarki nominowanej do nagrody Nike 2013, Łukasza Grassa - dziennikarza radiowego i telewizyjnego, Ani Lichoty – trzeciej Polki, która zdobyła Koronę Ziemi, Kamila Iwankiewicza – alpinisty, grotołaza i rekordzisty świata w nurkowaniu wysokogórskim, Edyty Niewińskiej – autorki Kosowa, Agnieszki Kalugi – autorki wielokrotnie nagradzanego bloga „Zorkownia” (najlepszy blog w kategorii blogi literackie, blog roku, blog blogerów) a także wielu singli, matek, ojców, wiecznych dzieci i wiecznie zajętych pracoholików w wyjątkowym zbiorowym dzienniku „Bookopen, bo po trzydziestce wiele się zmienia…”!


Kim są współcześni 30 – 40-latkowie? Co myślą, czym się zajmują i jak się czują ze swoim wiekiem?

Bookopen, bo po trzydziestce wiele się zmienia…”, jedyny w swoim rodzaju zbiorowy dziennik ich wszystkich, daje odpowiedź na te pytania!


Jak rozwija się projekt i co nowego, można śledzić na: https://www.facebook.com/bookopenpl


Redakcja Bookopen

Sylwia Jurkiewicz i Justyna Lach, czyli założycielki portalu literacko-społecznościowego bookopen.pl i redaktorki książki „Bookopen, bo po trzydziestce wiele się zmienia…”


Opinie o ebooku Bookopen, bo po trzydziestce wiele się zmienia - Justyna Lach, Sylwia Jurkiewicz

Fragment ebooka Bookopen, bo po trzydziestce wiele się zmienia - Justyna Lach, Sylwia Jurkiewicz































PODZIĘKOWANIA

dla miesięcznika K MAG
za wsparcie udzielone w trakcie trwania projektu

 

 

 

 

 

Dziękujemy również:

 

Asi Szułczyńskiej – która zaprojektowała nam stronę internetową,

Michałowi vel Mihu – który sprawił, że zadziałała i prawie nigdy się nie zawieszała,

Kindze Offert – która zilustrowała nasz dziennik,

Wszystkim, którzy w nas wierzyli i nas wspierali

oraz Wszystkim, którzy pisali i którzy tak naprawdę są autorami Bookopen.

 

Szczególnie dziękujemy Arkowi M.

Bez jego wiary w nas i w ten projekt mogłoby się nie udać…

Justyna i Sylwia

 

 

 


WSTĘP

 

 

Jest! Mamy książkę! Nie my, Wy. My wszyscy!

Bookopen to projekt literacko-społecznościowy, którego celem było napisanie pierwszego zbiorowego DZIENNIKA 30 - 40-LATKA. W projekcie udział wzięły 262 osoby, które założyły swoje fiszki w portalu Bookopen.pl i które napisały łącznie 455 tekstów. Otrzymały one blisko 6300 głosów na „tak”, a najlepszy tekst miał tych głosów ponad 200! Bookopen był również miejscem, w którym 30 - 40-latkowie dyskutowali na forum – o byciu singlem, o seksie, dorosłości, Bogu i swoistym dekalogu 30 - 40-latka.

 

Ale po co to wszystko?

Żeby dowiedzieć się, jaki jest dzisiejszy 30 – 40-latek. Co robi? Czego się boi, czego jeszcze nie wie, a w czym jest już silniejszy i mądrzejszy? Jak i gdzie podrywa i chce być podrywany, jaki jest jej/jego idealny partner, jak sobie radzi z małżeństwem, rodzicielstwem albo z niespełnioną miłością? Jest już dorosły, czy jeszcze nie do końca? Przecież po trzydziestce tak wiele się zmienia!!!

Również po to, żeby pokazać, jak niezwykli i różnorodni są ludzie wokół nas, jak inspirujące mają pomysły, jak potrafią być kreatywni i jak wiele potrafią z siebie dać, żeby realizować własne plany i marzenia. Jak wierzą w to, że razem można zdziałać wielkie rzeczy. Bo można!

 

Znani i nieznani

Książka, która powstała dzięki portalowi Bookopen.pl, została wzbogacona o kilka dodatkowych tekstów. Dodali je m.in.: Sylwia Chutnik, Łukasz Grass i Edyta Niewińska. Wszystkim 30 – 40-latkom bliżej przyjrzał się prof. Waldemar Kuligowski - jego wstęp otwiera naszą książkę.

 

I co dalej?

Mamy wielki plan, a raczej wielkie marzenie – żeby „Bookopen” wyszedł poza granice Polski. Chciałybyśmy pozbierać „dni” i przemyślenia ludzi z różnych krajów i stworzyć kolejny wspólny dziennik. Europejski czy nawet światowy! ;-) Wiemy już, jak to zrobić, nie wiemy na razie za co. Szukamy więc sponsora! Jeśli ktoś z Was chciałby nim zostać lub wie, kto mógłby pomóc, piszcie na adres: redakcja@bookopen.pl. Razem zrobiliśmy już bardzo dużo. Wierzymy, że warto rozejrzeć się dalej.

 

A tymczasem…

…życzymy interesującej lektury!

 

Książka zawiera tylko wybraną wspólnie w głosowaniach oraz przez
Redakcję część tekstów, komentarzy i wątków. Całość można przeczytać na www.bookopen.pl.

 

Redakcja zamieszcza teksty autorów w oryginale. Są to najczęściej wypowiedzi napisane językiem potocznym, których nierozerwalną częścią są liczne emotikony. Teksty te zawierają również kolokwializmy, słowa zaczerpnięte z języków obcych, neologizmy, skrócenia wyrazów, odstępstwa od reguł ortograficznych itd. Redakcja jednak szanuje indywidualny sposób wyrażania się poszczególnych autorów i dlatego pozwala sobie jedynie na nieliczne skróty, korektę interpunkcyjną, ortograficzną oraz ujednolicenie typograficzne tekstów. Są to zabiegi konieczne, mające na celu ułatwienie odbioru treści przekazanych przez kilkadziesiąt osób, piszących w bardzo różny sposób i korzystających z rozmaitych konwencji literackich.


 

WALDEMAR KULIGOWSKI

 

 

 

Profesor UAM, antropolog kulturowy, eseista, twórca telewizyjny i filmowy, prowadził pierwszy talk-show w historii TVP Poznań. Wydał 7 książek i ponad 150 publikacji naukowych. Badał Love Parade, festiwale w Serbii i Albanii, alternatywę w Niemczech i Polsce. Ostatnio urzeczony karnawałem w Santa Cruz.

 

MIŁOŚĆ W DOMU GRY

 

Książka, do której Państwo zaglądacie, jest intymnym dziennikiem kilkudziesięciu osób. Wszyscy z nich – zarówno kobiety, jak i mężczyźni – urodzili się w ciągu dwóch dekad, a były to lata 70. i 80. XX wieku. Jeszcze przed okrągłym stołem, Mazowieckim i reunifikacją Niemiec. Biologicznie rzecz biorąc, dojrzewanie i dorastanie mają zatem za sobą: zęby są już stałe, co więcej, zaczynają się psuć; cechy płciowe wykształciły się w sposób definitywny; szarych komórek ani centymetrów wzrostu już nie przybywa (i niekoniecznie oznacza to, że zastąpił je błogi constans); najbardziej ważkie decyzje życiowe zostały podjęte; emocje, które miały nad poziomy wylecieć, już wyleciały. Z licznych zapisków dowiadujemy się jednak, że zamiast spodziewanej małej stabilizacji często pojawia się mała apokalipsa.

Czy jest coś, co poza metrykalną bliskością łączy autorów/bohaterów tej książki? Zaryzykuję tezę, że każdy z nich w słoneczne dni dzieciństwa grał w klipę albo w gumę, w ziemia parzy albo w dwa ognie, w państwa-miasta albo w ojca i matkę, że urządzał wyścigi kapsli albo wieczorne podchody. Pewnie jeszcze pamiętają reguły, jeszcze czują dotyk drewnianej rękojeści noża czy satysfakcję z trafienia piłką w przeciwnika. W co wszakże grają dzisiaj? Wachlarz możliwości jest dosyć szeroki: grają w singielstwo, grają w korporację, w weekendowe imprezowanie, w świadome macierzyństwo, w świadome nie-macierzyństwo, w hipsterkę, w rozwód, w zdradę, w podsumowania, gdy okazuje się, że w życiu jest już raczej po południu…

Studia wyższe rozpoczynają dzisiaj ludzie urodzeni w ostatnich latach ostatniej dekady minionego stulecia. Wydaje się, że czasy wcześniejsze są odległe, a ludzie z nich pochodzący to antypoda młodości. W ich wypadku może chodzić co najwyżej o młodość z rynku wtórnego, na pewno nie o extra vergine. Zupełnie niedawno jedna z najbardziej popularnych polskich aktorek udzieliła wywiadu o tyle szczególnego, że jubileuszowego, na swoje 40. urodziny (towarzyszyła mu sesja fotograficzna z bohaterką w skąpym bikini). Wyznała w nim dziennikarzowi, że chce wreszcie poważnie pomyśleć o życiu, przewartościować priorytety, założyć rodzinę, urodzić wymarzoną pociechę. Słowem, ustatkować się i nieodwołalnie wydorośleć. Pół wieku temu taka deklaracja byłaby skandalem; kobieta mająca czwarty krzyżyk na karku miałaby nie tylko urodzone, ale i pewnie odchowane dzieci, „starego” do wykarmienia oraz głęboką obawę przed pokazaniem się komuś obcemu w odważnie skrojonym stroju kąpielowym. Co się stało?

Roztropny niemiecki filozof Odo Marquard twierdzi oto, że „przestaliśmy dorośleć”. Najważniejsze pytanie, jakie stawiają sobie miliony ludzi, nie dotyczy globalnego ocieplenia, zderzenia cywilizacji ani kultury typu instant; dzisiaj ono brzmi: Jak pozostać młodym? Próby poszukiwania zadowalającej odpowiedzi zwykle prowadzą do uprawiania ekstremalnych sportów, stosowania diet, używania kosmetyków, nawiedzania sal treningowych, kultywowania fitness, kończąc ucieczką w fantasmagoryczne podróże. Innym, powszechnym rodzajem ucieczki przed wstydliwą dorosłością jest ława szkolna. Studia wszelkich stopni i trybów, kursy, programy dokształcające, szkolenia obejmujące całość ludzkiego doświadczenia zupełnie poważnie każą brać pod uwagę taką możliwość, że w ławie szkolnej spędzimy całe życie. Człowiek przekształcony w permanentnego ucznia nieuchronnie pozostaje dzieckiem, bo jak ono nie doświadcza świata sam, ale zadowala się doświadczeniem cudzym i jego się uczy. To nakierowanie na pozostanie dzieckiem, wrażliwcem, osobą spontaniczną – jakkolwiek waloryzowane nader pozytywnie – jest dla filozofa tożsame z niezdolnością do bycia dorosłym. „Chwaląc dziecko – pisze on – chwalimy tylko własną słabość”.

Sięgnijmy po jeszcze jednego akademika. Hanna Świda-Ziemba, nieżyjąca już polska socjolożka, jawi się jako niedościgła badaczka kolejnych pokoleń młodych Polaków. Zaczęła swoje analizy już w latach 50., by doprowadzić je aż do początku XXI wieku. Nie ominęła więc także autorów/bohaterów niniejszego tomu. Odnosząc się do nich właśnie, pisała o tzw. „kategoriach osiowych”. Pani profesor miała na myśli pojęcia dla nich charakterystyczne, zajmujące pierwsze pozycje w światopoglądowym top of the top. Przedstawiła długą listę 80 takich pojęć, a badani mieli z nich wybrać słowa klucze, tworzące ich kod, ich kulturowe DNA. Wyłonił się z tego obraz arcyciekawy. Fundamentami owego kodu okazały się kolejno: sukces, ambicje, siła przebicia, atrakcyjność, inwestowanie w siebie oraz niezależność. Niżej wartościowano: inteligencję, kreatywność, samorealizację, popularność. Natomiast na samym dole tej skali znalazły się: patriotyzm, tradycja, skromność, honor, grzech, dojrzałość duchem, sumienie, kształtowanie charakteru.

Poświadczenie akademickich ustaleń Marquarda oraz Świdy-Ziemby znajdziemy i tutaj. „Wypadałoby wierzyć, że w człowieku dokonuje się postęp i pytania z dzieciństwa dawno odfajkowane” (N. Lezneh), zauważa jeden z autorów, ale jest to słaba wiara. Jestem z pokolenia, które „nie musi chodzić do szkoły z obowiązku” (Marta Uparta), oświadcza inny, lecz wypada się domyślać, że to po prostu kamuflaż braku chęci do dorastania. Wiele mamy deklaracji ironiczno-buńczucznych: „30-latek już nie musi udawać orgazmu”; „będę przynajmniej 6 razy w tygodniu spał we własnym łóżku”
(MR D.); „będę chodził w tygodniu tyle razy na siłownię, co do pubu” (Ajsch77); „nie będę czekać na telefon, sama zadzwonię i zaproszę na wino” (femme.fatale); „trzydziestolatek może pyskować starszym” (Marta Uparta); „nie jestem taka naiwna” (Quovadis). Postacie z zamieszczonych w tomie tekstów są mniej więcej w połowie drogi między dzieckiem a dorosłym. Czasem jest to źródłem zgorzknienia, czasem satysfakcji. „Jestem starsza, a co najważniejsze, jestem matką” (Quovadis), trzeźwo i krzepiąco dostrzega swoje położenie jedna z autorek. W innym miejscu znajdziemy wyznanie o „błogim stanie parzystości” (Setisun). Warto się przy nim zatrzymać. Znacząca większość intymnych wyznań z tego zbioru dotyczy bowiem miłości, opowiada o jej poszukiwaniu albo utracie. Ma się nieomal wrażenie, że autorzy/bohaterzy uczestniczą w niekończącej się miłosnej narracji, wobec której wszystkie inne składniki codzienności – praca, religia, obyczaje, polityka to jedynie didaskalia. Liczy się jedynie ów „błogi stan”.

Czy fakt ten nie przeczy „kategoriom osiowym”, napędzanym przez orientację na sukces, niezależność (jak być z kimś, gdy się chce pozostać niezależnym?) i samorealizację? Przywołana już badaczka przekonuje nas, że nie ma sprzeczności, że bardzo wielu Polaków i Polek jako wartość centralną w swoim życiu wskazuje właśnie miłość. Przy czym ma ona nie tylko pieścić ich przekarmione konsumenckie ego, ale też dawać jakże cenne (bo coraz rzadsze) poczucie przynależności, trwałego związania, poszczególności swojego życia.

Redaktorki prezentowanego tomu miały doskonały pomysł i zrealizowały go z podziwu godną skutecznością. Metrykalnie, jak się dowiadujemy, bliskie są zaproszonym tutaj autorom. Jako bardzo nęcące pytanie jawi się kwestia, czy i one „pasują” do osób zamieszkujących strony tej książki, czy są do nich podobne, w iście prestidigitatorski sposób łącząc w sobie nawyki wykształcone pospołu przez brutalny neoliberalizm, ewangeliczny etap transformacji oraz romantyczny model miłości, nadal w Polsce dominujący? Zostawmy jednak tę kwestię nierozstrzygniętą. Zbiór ten niesie bowiem – jakkolwiek w formie niestandardowej – frapujący wgląd w życie i uczynki współczesnych trzydziesto- i czterdziestolatków. Jak wspomniałem, z ich intymnych notatek wynika, że powodem strapień, radości oraz uniesień największych jest miłość. Nie mam wątpliwości, że zdumiewający to wniosek, który potraktować trzeba jak najbardziej serio. Mylą się więc obrażeni na rzeczywistość publicyści, którzy roztaczają ponure wizje cywilizacji śmierci. Tom ten przekonuje wszak, że jego autorzy i bohaterowie żyją w kulturze miłości, która ma nieskończenie wiele twarzy.

Waldemar Kuligowski



O NAS, CZYLI REDAKCJA SIĘ PRZEDSTAWIA

SYLWIA JURKIEWICZ

 

 

 

Długo godziła się z faktem, że nie wszystko musi być poukładane i na swoim miejscu. W końcu udało się! Jest pewna, że jak w coś wierzy się naprawdę, to to musi się udać. Uważa, że trzydziestka niczego nie zmienia, ale trzydziestka trójka już tak.

 

Z charakteru:

Perfekcjonistka, która potrafi odpuścić i poświęcić wiele, żeby robić w życiu to, co pochłania zupełnie.

 

Jeśli chodzi o literaturę, to…

…posiada dużo książek – część z nich jest raczej do oglądania niż do czytania i te lubi najbardziej.

 

Lubi:

Dobry design i ładne przedmioty użytkowe, rozrzutność, leżenie w hamaku, pustkę w głowie, blond whisky, obiady u mamy, ludzi, podróże i wszelkie planowanie rzeczy wielkich i trudnych, szczególnie w realizacji.

 

Chciałaby:

Mieć ogromny własny jacht, na który zaprosiłaby wszystkich swoich znajomych.

 

 

 

JUSTYNA LACH

 

 

 

 

Przez ostatnie dwa lata ciągle coś zmienia, zamienia, wymienia, wprowadza i wyprowadza. Trzydzieste urodziny nie zrobiły na niej większego wrażenia, ponieważ w zależności od okoliczności czuje się jak 17- lub 70-latka.

 

Z charakteru:

Trudno powiedzieć. Czasem spokojna i zrównoważona, czasem wybucha napadami niekontrolowanego śmiechu.

 

Jeśli chodzi o literaturę, to…

…dużo czyta, kiedy jest sama. Laureatka konkursu literackiego „Mężczyzna na zakręcie” „Gazety Wyborczej”.

 

Lubi:

Wynajdować na Allegro duńskie meble z lat 60., żarty słowne, jazdę rowerem i na nartach, botwinkę i makarony, filmy i książki o życiu.

 

Chciałaby:

Znajdować więcej ładnych duńskich mebli z lat 60., pojechać w Himalaje, częściej mieć poczucie, że wszystko jest dokładnie tak, jak ma być.

 

 


 

29.05.2011

NA DOBRY POCZĄTEK

Redakcja

 

JUSTYNA: Miałyśmy jechać dookoła świata…

SYLA: Wszystkie wróżki to potwierdziły! (śmiech)

JUSTYNA: Tam, wróżki… Najważniejsze, że potwierdził to sponsor!

SYLA: Z którym negocjowałyśmy pół roku…

JUSTYNA: I który wycofał się dokładnie wtedy, gdy już zdążyłam zwolnić się z pracy.

SYLA: Zdążyłyśmy już też kupić bilety do Nowej Zelandii i całe mnóstwo BARDZO POTRZEBNYCH PODRÓŻNYCH GADŻETÓW.

JUSTYNA: One przynajmniej nie straciły ważności…

SYLA: Tak samo jak nasz pomysł…

JUSTYNA: Ale na to wpadłyśmy dopiero wtedy, gdy minęła nam depresja…

SYLA: Czyli jak już zjadłyśmy wszystkie kupione na podróż batoniki. (śmiech)

Na samą myśl o batonikach robimy się głodne, idziemy więc do kuchni coś przekąsić. A po jedzeniu, wiadomo, trzeba zapalić… Skoro nie jedziemy, nie rzucamy!

SYLA: Tylko nie pisz, że palimy, bo ludzie pomyślą, że mamy osad na zębach.

JUSTYNA: Żółte palce i szarą cerę. (śmiech)

SYLA: Całe szczęście, że jest Photoshop i na zdjęciach nie widać.

JUSTYNA: No właśnie… zdjęcia miały być ze świata.

SYLA: A są z naszej kanapowej sesji.

JUSTYNA: I niestety, mimo ogromnego talentu i starań Andrzeja, wyglądamy na niej jak dwa nieszczęścia.

SYLA: No… czyli tak, jak się czułyśmy. (śmiech)

JUSTYNA: No dobra, bo nigdy nie dojdziemy, jak to było.

SYLA: Miałyśmy jechać dookoła świata.

JUSTYNA: I zbierać materiał do pierwszego dziennika z podróży, w którym każdy dzień byłby pisany nie przez nas, a przez inną osobę, którą spotkamy po drodze.

SYLA: Przez kogoś, kto naprawę zna miejsca, w których my byłybyśmy tylko przez chwilę. Znaczy przez jakiegoś tubylca.

JUSTYNA: Tambylca.

SYLA: Tu- i tambylca. Dzięki temu byłoby i różnorodnie – bo dużo osób z różnych miejsc świata by pisało, i ciekawie – bo wybierałybyśmy takich, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia.

JUSTYNA: Ciekawe było też to, że każdy miał pisać w swoim języku.

SYLA: A my byśmy to potem poskładały, przetłumaczyły i… wydały!

JUSTYNA: No i być może wydamy!

SYLA: Tylko coś trochę innego! (śmiech)

JUSTYNA: To Ty wpadłaś na pomysł, żeby ten nasz projekt przenieść do Internetu.

SYLA: Skoro my nie możemy pojechać do ludzi, ludzie przyjadą do nas! (śmiech)

JUSTYNA: I stworzymy pierwszy na świecie, a w Polsce to już na pewno, dziennik, w którym każdy dzień pisany jest przez inną osobę.

SYLA: 30-letnią osobę…

JUSTYNA: Mniej więcej, oczywiście. Wszyscy, 27- i 44-latkowie też są mile widziani…

SYLA: Nie mów tak. Bo ktoś będzie miał 45 i się obrazi.

JUSTYNA: O rany! Chodzi tylko o to, że trochę postanowiłyśmy zawęzić grupę docelową, żeby się to wszystko za bardzo nie rozlazło. A że same jesteśmy 30-parolatkami to tak wyszło.

SYLA: I przy okazji chcemy się dowiedzieć, jak inni sobie radzą z tym, z czym my nie za bardzo.

JUSTYNA: Że z życiem tak w ogóle?

SYLA: Z dorosłym życiem.

JUSTYNA: O matko! (śmiech)

Oglądamy pierwsze projekty naszej strony internetowej. Dzięki Asi wygląda dokładnie tak, jak chciałyśmy, a dzięki Michałowi zaczyna działać i można już dodawać wpisy!

SYLA: A jak nikt nie będzie chciał pisać?

JUSTYNA: To będą rysować, też można. (śmiech)

SYLA: No ale jak nikt nie będzie chciał ani pisać, ani rysować?

JUSTYNA: Daj spokój… w końcu mamy trochę znajomych, na pewno któryś z nich coś napisze… Jakoś ich przekupimy…

SYLA: No i mamy profile, znaczy fiszki! Nawet jak ktoś nie lubi pisać, to może się do naszej około 30-latkowej społeczności zapisać, żeby podpatrywać, co piszą inni.

JUSTYNA: No… i może poznać kogoś przy okazji…

SYLA: Przy okazji…

Po dwóch miesiącach, kilkunastu drinkach i kilkudziesięciu zapisanych kartach i karteczkach wszystko w końcu działa jak należy.

JUSTYNA: To co, startujemy?

SYLA: Startujemy!

JUSTYNA: Ciekawe, dokąd dolecimy?

SYLA: No, raczej nie do Nowej Zelandii.

JUSTYNA: Ale jakoś mam wrażenie, że tam będzie jeszcze ciekawiej!

31.05.2011 96 TOPÓW – 7 MIEJSCE W TOP 10




JAK CO DZIEŃ

MILAN O.

 

Dzień z życia 30-latka. Dzień jak co dzień.

Rano kawa. Tylko szybko, bo przecież Magda się spóźni do pracy. Zawsze się spóźnia i to wcale nie przez moją kawę, tylko przez pomadkę czerwoną i cienie wrzosowe i róż na policzkach różowy i prostownicę nierozgrzaną i bluzkę niewyprasowaną i buty…

- Milan! Gdzie jest mój drugi but?

„W mojej torbie na laptopa”, mam ochotę odpowiedzieć, ale potulnie schylam się pod szafkę i wyciągam czarnego pantofelka. Nie wiem, jak to się dzieje z tymi butami. Zawsze się tam chowają.

No więc jedziemy do pracy. Magda wysiada najpierw, ja jadę dalej. Magda pracuje w dużej międzynarodowej firmie, często jeździ na spotkania z klientami, musi ładnie wyglądać i mówić wszystkim „dzień dobry”. Również w językach obcych. Ja pracuję w firmie polskiej i po angielsku słychać u nas tylko Frediego Mercurego, którego kumpel zza biurka jest fanatycznym wielbicielem.

- To much love will kill you… - wita mnie od progu. Na co mam ochotę mu zanucić, że kto jak kto, ale on nie musi się tego obawiać. Marcin od dawna jest sam. Znaczy jest singlem. Znaczy po prostu nie ma laski. Bynajmniej nie z wyboru. Po prostu tak wyszło. Po prostu nie spotkał tej właściwej. Po prostu już nawet nie chce mu się tłumaczyć, dlaczego akurat. Poza tym dobrze jest, jak jest. Taka laska… same problemy. Odpowiedzialność. „Popatrz na siebie”, mówi czasem. „Popatrz na siebie i się zastanów. Każdy telefon – stajesz na baczność. Każda zachcianka - od razu lecisz. Każdy wieczór - szybko do domu. Kiedy ostatnio byłeś na piwie tylko z kumplami, no kiedy?”

- A Ty? - pytam uprzejmie.

- No nie byłem, bo wszyscy mają laski.

No… siadam za biurkiem i nienerwowo rozkładam papiery. Potem je składam. Potem przekładam. Potem segreguję. Potem idę po inne i je też rozkładam. I składam. I odnoszę. Potem przychodzi Michalinka. Że czy ktoś chce coś do jedzenia. Bo idzie. No to chcemy i robi się godzina przerwy. Gadamy, co kto widział. W telewizji i w ogóle. Czy lepszy Majewski czy Wojewódzki. Mołek czy Wellman. Że Facebook się kończy i jest bez sensu. Choć każdy z nas ma po dwustu „znajomych” i co tydzień aktualizuje swoje zdjęcia. No ale się kończy. Jakby ktoś się pytał, to dzisiaj ogłosiliśmy jego upadłość. Nie możemy jednak dłużej pochylić się na tym faktem, bo akurat wchodzi bardzo ważny klient i trzeba się nim zająć. W popłochu drukować dokumenty. Rozłożyć na stole. Podać kawę w międzyczasie, poklepać po ramieniu. Zapytać, jak leci. No i w końcu przejść do rzeczy. O matko… rzeczy miały się nieciekawie.

O 18.00 dzwoni Magda. Że czeka. A ja gdzie jestem? Jak to gdzie, w biurze, u siebie, już wyjeżdżam.

- Zawsze to samo - mówi ona i ma rację. Ale swojego auta nie chce mieć. Bo nie ma prawa jazdy. I też nie chce. Przecież ma mnie.

- No ale czasem właśnie nie masz - tłumaczę jej jak dziecku.

- Zawsze mam - odpowiada jak dziecko.

Więc się spieszę. W popłochu pakuję papiery, laptop do torby, torba do samochodu, samochód do przodu.

- Co jemy dzisiaj na kolację? - Magda zagląda do lodówki, a ja mam wrażenie, że wszystkie dni, wszystkie kolejne dni ostatnich sześciu lat mogłyby streścić się w tym jednym zdaniu: „Co jemy dzisiaj na kolację?”. Każdego dnia, o tej samej porze, z tym samym przykucnięciem przy lodówce pada to sakramentalne zdanie. Nieważne, czy jest poniedziałek, piątek czy niedziela. Problem kolacyjnego menu pojawia się codziennie. A ja codziennie odpowiadam, że nie wiem, żeby zobaczyła, co jest, że mogę coś ugotować, jeśli jest zmęczona, możemy też gdzieś wyjść. Wyjść. No właśnie.

- Magda… - mówię i sam się dziwię, że słyszę siebie, który to mówi. - Wychodzę.

- Słucham? - mówi ona. - Przecież wszystko mamy. Jest sałatka i makaron od wczoraj.

- Wychodzę na drinka. Na piwo, na wódkę, cokolwiek.

- Słucham? - mówi jeszcze głośniej i staje przy lodówce.

- To dobrze, że słuchasz. Nie czekaj na mnie z kolacją. Pa.

Wychodzę i dzwonię do Marcina.

- To co, kolego? Kiedy ostatnio byłeś z kumplem na piwie?

 

 


 

05.06.2011

LOUIS C.


 

 

 


 

08.06.2011 137 TOPÓW – 3 MIEJSCE W TOP 10

SPONSORKA?

MANDALA

 

- Czy ja płacę za ten seks? - patrzyłam na barmana wyczekująco pochylona nad moją kończącą się Margaritą.

- Czy to, co ja robię, to płacenie za seks? - uściśliłam pytanie. - Czy te pieniądze, które wydaję na niego, to zapłata za ten seks, który on mi daje? Ja mam 27 lat. Dwudziestosiedmiolatki nie płacą za seks! On ma 21 lat. Jeszcze chwilę temu przychodził do mnie prawie codziennie. Dziś przychodzi wtedy, kiedy napiszę z pozoru obojętne, podskórnie rozpaczliwe: „Bądź dzisiaj”. SMS: 30 groszy - chwyciłam leżący na barze kalkulator i wstukałam kwotę. - Zawsze kupuję mu browar, nie jeden, ale trzy co najmniej. Bo on się musi zrelaksować, rozluźnić. Co, on wodę ma pić? Czy on wygląda na jebanego kaktusa? Herbatę to mogę swojej matce zrobić. Piwo: 10 zł. Dla mnie wino. 40 zł - wstukałam. - Robię kolację, obiad. Czasami on prosi o pizzę, gdy jest naprawdę głodny. Ale nie zje byle pizzy. Zje tylko tę najdroższą. Tylko i wyłącznie z tej-a-tej pizzeri. Obiad: 50 zł. Potem się kochamy. Ja kupuję prezerwatywy. Prezerwatywy: 6 zł. No a potem on przypomina sobie, że jutro ma egzamin, że okno niezamknięte na tym jego 10 piętrze, że komputer kolegi do naprawy, że zapuścił na torrentach fajny horror, że nie wziął gaci na zmianę. I znika. Ale zanim zniknie, czy ja go wypuszczę samego? - zaczęłam naśladować jego ruchy, ton, głos, mimikę. - Na Wildę? Na dziką Wildę? Samego w środku nocy. Piechotą? Tramwaj jest daleko. Latarnie nie działają. Jeszcze go sklepią jakieś żule. Ja go przecież nie odprowadzę na przystanek, bo sama oberwę. Ma iść na ten tramwaj przez tę zakazaną dzielnicę? Jak go sklepią, to moja wina będzie! Żebym wiedziała! A jak wyląduje w szpitalu? Pobity, połamany. Jak on się boi szpitali. I kariera sportowa w pi…u pójdzie. No więc zamawiam taksówkę. Pod sam dom, tak, niech pan stanie tuż przy bramie. Spod drzwi do drzwi. Wiem, ile kosztuje taksówka do niego. 22 zł. Ale on bierze 30 - na wszelki wypadek. Taksówka: 30 zł - dodałam na kalkulatorze. - Wychodząc, rzuca okiem do lodówki. Bo zgłodniał. Bo ja tylko seks i seks i go zmęczyłam. A on jest młody i ciągle mu się jeść chce. A po seksie toby zjadł wszystko. No ale czasu już nie ma, bo taksa czeka. To on na drogę weźmie. O, to weźmie i sera trochę. A to co? Pesto? Może być pesto. Nie jadł nigdy, ale zje. To już idzie. A to piwo to będę pić? Przecież mam wino. A piwo nie wino - im dłużej poleży, tym wcale lepsze nie będzie. To on je weźmie. Z wypchanymi kieszeniami schodzi do taksówki i odjeżdża. Jedzenie 20 zł. Razem - pochyliłam się nad kalkulatorem - 156,30 zł. Jedna jego wizyta - 156,30 zł!!! Wyobraża pan sobie!

Dopiłam drinka jednym haustem.

- Booooże. Czy ja płacę za ten seks???





KOMENTARZE

 

Clone | 10.06.2011 - 13:46

Mandala. Ja bym wina nie wliczał w ogólny koszt, bo to jakaś przyjemność dla Ciebie. A propos przyjemności. Warto chociaż było ponieść pozostałe koszty? :P

mandala | 12.06.2011 - 21:53

Liczyłam na „ułaskawienie”, a nie wyrok: „PŁACI” :) Co do kosztów i czy warto było… Kurde, drogo trochę, nie? ;)

Clone | 13.06.2011 - 09:47

Hmm. Znam droższe „przyjemności” ;-) Pytanie, na które warto sobie odpowiedzieć, to czy warte są swojej ceny. Jeśli tak, to czemu nie zapłacić. Ale jeśli nie… Odpowiedź jest prosta ;-)

olgaolgaolga | 16.06.2011 - 16:48

Mój 23-latek sam płacił za siebie i za mnie, a ja głupia go rzuciłam…

mandala | 16.06.2011 - 18:27

Olga: Może dobrze zrobiłaś. „Płacenie za” nie powinno być chyba głównym kryterium.

gabbeah | 03.07.2011 - 01:11

A jakie powinno być Główne Kryterium?
Kojarzy mi się z Dworcem Głównym… Wiele dróg we wszystkie strony.

wilhelmz | 14.07.2011 - 12:17

Teraz po prostu nie ma nic za darmo :)

Zja | 18.07.2011 - 23:50

Płacę, nie płacę… Ważne, że sex jest!

mandala | 25.07.2011 - 21:31

Zja - absolutnie się nie zgodzę. Jak dla mnie różnica jest zasadnicza.

Ajsch77 | 01.08.2011 - 15:52

Zgadzam się z Mandalą. Pytanie o to, co jest motywacją - kasa czy fascynacja.

Ama | 03.08.2011 - 12:16

Zaraz, zaraz - a on to nie płaci? :)

SMS w odpowiedzi, to raz.
Prysznic, golenie, mycie zębów i włosów (woda, kosmetyki, prąd), to dwa.
Dojazd (taksówka albo autobus), to trzy.
Kto wie, może czasem z kwiatami nawet przyjedzie?
Co najmniej kilkadziesiąt złotych!

mandala | 08.08.2011 - 21:41

Fakt, Ama - nigdy o tym nie pomyślałam! :)

…---… MR D. | 24.10.2011 - 18:26

Zbytki i luksusy. Szklanka wody zamiast i mamy ersatz.

anioł | 19.01.2012 - 12:47

Ja bym mu jeszcze Kinder Biovital kupiła…


 


MANDALA, czyli KATARZYNA MATUSZYK

 

 

 

 

Miejscowość: Poznań

Rocznik: długo leżakujący

Zajęcie: puk! puk! kup! kup!

Zacięcie: spanie, wspinanie, śpiewanie

 

WYWIAD Z MANDALĄ

 

Twój tekst „Sponsorka” wywołał na BO największe poruszenie, był też najczęściej cytowanym tekstem projektu. Zdawałaś sobie sprawę z tego, że piszesz o czymś, czego nikt wcześniej nie odważył się nazwać po imieniu?

 

Ależ odważył. Mówi się o „kobietach kuguarach” spotykających się z młodszymi facetami. Może to coś innego niż dziewczyna ze „Sponsorki”, ale ten temat już się pojawił. A że tekst był często cytowany… Cóż, widać, Redakcja uznała, że „sex sells” i postanowiła promować projekt opowieścią o sponsorce. (śmiech)

 

To też… ale Redakcja dawała zazwyczaj kilka tekstów do wyboru i jakoś zawsze wybór padał na Twój. Pisałaś, czerpiąc z własnego doświadczenia, czy to czysta „fikcja literacka”?

 

Jak chyba wiele tekstów to wypadkowa rzeczywistości i fikcji. Czasami wystarczy autentyczne zdarzenie podrasować, podkolorować i wychodzi nam niebywała historia. Tak było również w tym wypadku. Sam romans był prawdą, ale już rozważanie o tym, ile wydaję na te spotkania, było lekko naciągnięte. Wtedy o tym nie myślałam.

 

Myślisz, że poruszenie byłoby tak samo duże, gdyby taki sam tekst napisał facet?

 

Myślę, że target projektu był taki, że faceta by zlinczowano i prychano z pogardą, a mnie, kobiecie, gratulowano odwagi i pytano, czy seks był wart tej kasy.

 

Czytałam niedawno artykuł w Wysokich Obcasach o związkach z dużą różnicą wieku. Kobieta, która wiąże się z dużo młodszym facetem, to według stereotypów właśnie najczęściej „sponsorka”. Myślisz, że to prawda?

 

To równie krzywdzące jak twierdzenie, że młoda kobieta widzi w starszym mężczyźnie tylko portfel albo spadek. Ludzie są cudownie różni – niech się zakochują, uprawiają seks i rzucają bez względu na wiek, płeć, rasę, stan materialny. Myślę, że postrzelona 40-latka prędzej znajdzie bratnią duszę w 20-latku niż w zdziadziałym rówieśniku. Jest też inna kwestia: wielu panów po trzydziestce to wciąż „duże dzieci”. Więc co za różnica, czy spotykam się z 20-letnim dzieciakiem, czy z 40-letnim?

 

No właśnie… Jednym z Twoich tekstów na BO jest „Bajka na dziś”. Jaki powinien być Twój „książę” (oprócz tego, że powinien pamiętać o szczęśliwym zakończeniu)?

 

Przede wszystkim nie powinien być „księciem”, bo ze mnie średnia księżniczka jest. Moglibyśmy być dwoma smokami, które latają sobie po świecie: tu zjedzą owieczkę, tam obalą złą królową, a gdzie indziej po prostu poleżą na trawce, ziejąc ogniem. A potem to ładnie opiszą i sfotografują. Ja oczywiście byłabym tym ładniejszym smokiem.

Smok-Mandala dobrze się czuje ze swoimi 30 – 40 latami?

 

Wyśmienicie. Po trzydziestce nagle uświadamiasz sobie, jakimi bzdurami przejmowałaś się jako 20-latka i uwalniasz się od głupich problemów. Teraz czuję się mądrzejsza i seksowniejsza z każdym mijającym rokiem. I oby tak do setki! ;)

 

Na BO jest więcej Twoich tekstów, ale właściwie w żadnym nie mówisz za wiele o sobie. Kim jest Mandala?

 

Ale te teksty mówią wiele o mnie. Po prostu nie wszystkie są pisane w pierwszej osobie, nie mają formy pamiętnika, ale ja w nich jestem. A kim jest Mandala? Kimś, kto bardzo lubi kopnąć kogoś w kostkę, żeby się ocknął. Ale bezpieczniej jest to robić anonimowo, na papierze, niż na co dzień. Nie potrafię powiedzieć znajomym, że rzeczy stały się dla nich ważniejsze niż ludzie. Ale mnie to wkurza i dlatego o tym piszę. Z nadzieją, że przeczytają i zrozumieją, że to o nich.

 

 


 

FISZKA

 

BEES

 

 

 

 

Miejscowość: Poznań

Rocznik: 1978

Zajęcie: przynoszące jakiś dochód

Zacięcie: zapisywanie chwil

 

Lubię: ciepło

Bywam: tu i tam

Polecam: naukę niemyślenia przez pryzmat „JA”

Chcę się pochwalić: że zaczęłam się uczyć. Niedawno

30-latek już może: szczerze powiedzieć, że jeszcze nie potrafi do końca

30-latek już nie musi: kryć się z powiedzeniem „nie umiem”

30-latek wie już na pewno: że warto nauczyć się mówić

30-latek już chciałby: być nieletnim z wiedzą i doświadczeniem trzydziestolatka. Oraz chciałby umieć z tej wiedzy czerpać

 

 

 

 

09.06.2011 108 TOPÓW - 5 MIEJSCE W TOP 10

Sex z Ex

Bees

 

Niewinna kawa? - zapytał komunikatorem.

Kawa z Pieszczuchem? Jasne. Kawa… No ma żonę, ma, myślała sobie, ale myślała też sobie, że słabość mieli do siebie od LO. W LO też za rękę razem chodzili. Potem on ją porzucił, jak twierdziła ona, a on natomiast trwał na stanowisku, że porzuciła go ona.

Potem z innymi za ręce chodzili, innym obrączki na palce założyli, a jeszcze potem ona postanowiła się jednak odobrączkować. Pieszczuch natomiast siedział w swoim domowym gniazdeczku, ale nie ćwierkał w nim raczej zbyt entuzjastycznie.

Kawa? Jasne, z Tobą zawsze - odklikała.

Kawy raczej razem nie pijali. Przynajmniej sobie nie przypominała. Gin pijali i tequillę. Absynt też im się zdarzyło, choć to pamiętała raczej mgliście. Łatwiej byłoby chyba wymienić, czego razem nie pili. Do tych wymienialnych zaliczały się m.in. kawa oraz herbata.

To co? Spontan jak kiedyś? Dzisiaj po pracy? - jęknęło znowu.

Jęknęła i ona. Środek tygodnia. Deadline’y. Nowe briefy. Już jej zaczęło w skroniach pulsować.

W mózgu też jej zaczęło pulsować, bo trzeba wyjść wcześniej z pracy, żeby na termin „po pracy” być prosto spod prysznica. Że niby świeża cały dzień jest. Wyszła dwie godziny wcześniej. Ciuchy wybierała więcej niż godzinę. Bo przecież na kawie niewinnej trzeba wyglądać ładnie. Nie, żeby się zorientował, że to dla niego, że na co dzień bojówki nosi. Po raz kolejny skonstatowała, że kompletnie nie ma się w co ubrać. Kolejna konstatacja, że zmarszczki ma, że znowu przytyła, że bez sensu, no. No bez sensu.

Nic się nie zmienił. Nawet zaryzykowałaby stwierdzenie, że wyprzystojniał jeszcze. Ten sam zapach co 16 lat temu. Jak on to robi?

Jedno, drugie, kolejne piwo. Ona kręci włosy niby bezwiednie, on pali za dużo, opuszczając wzrok pod jej spojrzeniami. Ona słucha uważnie każdego jego słowa. Kiwa głową ze zrozumieniem. On wreszcie może się komuś wygadać. Świeczki, kanapa, ludzie dookoła. Wspomnienia, relacje, szepty i coraz są bliżej. Ludzi dookoła robi się za dużo. Zmieniają miejscówkę i siadają w parku na ławce z kolejnymi piwami. Gesty. Coraz więcej gestów. Umyka jej gdzieś w myślowy niebyt myśl, że przecież on ma żonę. Coraz więcej zaczyna jej umykać. Coraz dalej od TAM jest, a coraz bliżej TU i TERAZ jest. I on też jest coraz bliżej. Godzina mija za godziną. Piwo za piwem. Papieros za papierosem. I znów idą razem za rękę. I znów wchodzą razem po schodach. I znów obudzi się po godzinie snu, a poduszka będzie nim pachniała. Znów przypomni sobie, że on przecież ma żonę. Zamknie oczy. I po raz kolejny pomyśli sobie, że czasem fajnie jest być singlem, mieć ponad 30 lat i ex, który przecież ma żonę.

 

 

KOMENTARZE

 

asdf | 17.08.2011 - 21:24

Nie wiem, czy to tylko fikcja literacka, czy może szczera prawda. Zastanawia mnie natomiast, co ty byś zrobiła na miejscu jego żony. Czy uważacie, że takie postępowanie jest w porządku?

 

Bees | 28.09.2011 - 12:02

To tylko teksty. Publikowane w Internecie. Czasem tkwi w nich ziarno prawdy, czasem nie… Siebie oceniać tutaj na pewno nie będę. Kwestia moralności, zdrady pozostaje otwarta do dyskusji… Gdybym była na miejscu żony Pieszczucha? Zrobiłabym wszystko, żeby mój mąż nie chciał umawiać się ze swoją ex.

 

czekakot | 09.09.2012 - 11:56

Słuszne założenie, większość żon udzieliłaby pewnie podobnej odpowiedzi. Wykonalne jest to, niestety, tylko o tyle, o ile szacowny małżonek informowałby swoją ślubną połowicę o swoich sprawach. Nie chodzi tu oczywiście o spowiedź czy „kontrolną smycz”, ale zwyczajną komunikację, której często brak.

 

 


FISZKA

 

ASTONICK, czyli JOASIA PATEREK

 

 

 

 

Miejscowość: Warszawa

Rocznik: 1981

Zajęcie: grafika

Zacięcie: grafika

 

Lubię: nic nie musieć

Bywam: skrajna

Polecam: ----

Chcę się pochwalić: -----

30-latek już może: może już prawie wszystko

30-latek już nie musi: już prawie nic nie musi

30-latek wie już na pewno: czego nie chce

30-latek już chciałby: wiedzieć, czego chce

 

 

 

15.06.2011 109 TOPÓW - 4 MIEJSCE W TOP 10

uśmiecham się

astonick

 

Uśmiecham się gwiazdkowo.

Nie wiem Babciu, kiedy dziecko.

 

Już po świętach. Dobrze, że się skończył opłatek.

Babci płyną po zmarszczkach łzy wielkie jak groch.

Ona wie najlepiej, jaka jestem nieszczęśliwa.

Modli się za mnie co niedzielę przy radiu.

Może gdybym się nauczyła gotować, zechciałby mnie

za żonę.

 

Ale go nie widziałam już tyle miesięcy.

Zaczął pracę w banku, kłamię.

I naprawdę na wszystko nas stać.

 

Gdzieś mi uciekło dziesięć lat. I co z tego.

To tylko liczby.

Tylko zmarszczki.

 

Ja ciągle odrabiam swoje prace domowe.

Nie zbieram na emeryturę.

I papierosy palę po kryjomu.

 

Nad ranem zaciągam ciężkie zasłony.

Przymykam oczy przy telewizorze.

Śnią mi się pająki, biedronki, ni to brzydkie, wyłażą z cienia.

Wciągam je w odkurzacz.

 

Miałam przyjaciela w przedszkolu.

Ciągle go szukam na fejsbuku.

Na pewno zrobił karierę.

 

Babciu, oszczędzę Ci opowieści z żurnala.

Ciągle jeszcze chcę się gubić i zbierać.

Nie dzwonię, kiedy płaczę.

Dzwonię, kiedy się zakochuję.

 

Moje miasto nie wybacza błędów.

Nocami krzyczy na ulicach.

Podpowiada mi kolor ust.

 

Babciu, czy Ty mnie kochasz mniej bez tego dziecka?

 

Zapomniałam Twoje pocztówki pisane ręcznie.

Zapomniałam Twoje modlitwy.

Mam swoje.

Dziękuję, że nie mam kredytu.

 

Dziękuję za dzieciństwo na podwórku.

Za przyjaźnie, które przetrwały.

Za jedzenie na telefon.

 

Za facetów, którzy mówią wierszem.

Którzy zapamiętują moje imię.

Którzy mnie trzymają za rękę.

 

Jedną nogą w piżamie, drugą w lateksie.

Jedną odważnie, drugą po cichu.

Jedną trzydzieści, drugą dwadzieścia.

 

Utknęłam gdzieś w niewieku. Nie wiem,

czy mnie zbawisz, Babciu.

 

 


FISZKA

KATMA

 

 

 

Miejscowość: Poznań

Rocznik: 1981

Zajęcie: nakłanianie ludzi do nadmiernej konsumpcji dóbr materialnych i usług

Zacięcie: sportowe

 

Lubię: wejść sobie na coś wysokiego

Bywam: tam, gdzie mnie jeszcze nie było

Polecam: nie poddawać się

Chcę się pochwalić: że przed trzydziestką spełniłam największe marzenie życia

30-latek już może: odpuścić sobie sobotnią imprezę i się tego nie wstydzić. Mówić: kiedy ja byłam w Twoim wieku…

30-latek już nie musi: pytać o zdanie mamusi

30-latek wie już na pewno: że nie mieszamy ginu, whisky, piwa i babcinej nalewki. I że młodszy już nigdy nie będzie, więc trzeba się spieszyć z realizacją marzeń

30-latek już chciałby: aby młodzież nie mówiła do niego „proszę pani”, „proszę pana”, a wujek Franek lubieżnym głosem nie mówił: „Aleś nam wyrosła, Kasieńko!”

 

 

 

 

17.06.2011 84 TOPY – 8 MIEJSCE W TOP 10

Pokochałam dziś dziewczynę

katma

 

Pokochałam dziś dziewczynę

kiedy się śmieje – chrumka

ma zabawne dołeczki tuż nad pupą

i strasznie w siebie nie wierzy

jak się stresuje to się :) uśmiecha

śpi z głową pod poduszką

klnie %$###% jak szewc

ypijezatszech

zawsze mówi o dwa słowa za dużo za dużo

i robi o jeden krok za mało

pokochałam jej ciągłe kontuzje

i połamane paznokcie

gonienie za tym czego i tak nie dogoni

jej marzenie o psie idealnym

i słabość do brzydali

 

pokochałam tę dziewczynę

bo warto siebie kochać

 

 


FISZKA

 

CAPRICORN

 

 

 

Miejscowość: z pochodzenia Polska B., z zamieszkania Polska A. Awans społeczny?

Rocznik: nie mam pamięci do liczb

Zajęcie: zmyślanie, na pełen etat

Zacięcie: czasem aż do pierwszej krwi

 

Lubię: lubię to, że mniej rzeczy lubię, niż nie lubię

Bywam: małomówna. Serio, serio! ?

Polecam: truskawki z balsamico, co najmniej czteroletnim

Chcę się pochwalić: jestem z pokolenia, które słyszało, że nie wypada. Ale walczę z tym. Mam już pierwsze sukcesy! (a jednak się pochwaliłam!)

30-latek już może: może wciąż więcej, niż musi. I wciąż może móc to, co chce

30-latek już nie musi: martwić się, jak to jest przekroczyć tę straszną trzydziestkę. Teraz może się już zacząć martwić czwórką z przodu

30-latek wie już na pewno: na pewno nie wie się nigdy. Nawet tego, że się nie wie na pewno

30-latek już chciałby: jeśli naprawdę chce, to nie musi czekać do trzydziestki

 


 

 

22.06.2011 50 TOPÓW

KOBIETA KOT

CAPRICORN

 

To takie uczucie, jakby się tonęło. Najpierw łapczywie chwytasz ostatni haust powietrza. Musi ci starczyć na tę krótką wieczność, kiedy toniesz cała, razem z głową. Ona zanurza się najpierw; jest taka ciężka, tak ołowianie ciężka… I nic dziwnego, przecież kaliber wiadomości, jaka cię właśnie dosięgła, jest wielki. Myślisz, że uderzyła cię tylko w skroń, a tymczasem ona przeszyła mózg i dotarła prosto do serca. I teraz ciągnie cię do dna jak włoski but.

Zanurzasz się na tę jedną straszną chwilę w nicości, gdzie ani światła, ani powietrza. Gdzie nic. Najpierw się bronisz przed tym umieraniem. Paniczne chwytanie się pazurami resztek nadziei. Zaprzeczanie. Pytania, czemu? Czemu znowu? I czemu znowu to ty? Że też ci się chce?… Więc po chwili przestajesz walczyć, bo wiesz, że nie warto. Trzeba to przeczekać, pogodzić się, oszczędzać siły. Na zmartwychwstanie. Na kolejne umieranie.

Jestem jak kot. Mam dziewięć żyć. Miałam, bo większość już wykorzystałam.

Tak, jak wtedy, kiedy usłyszałam, że mogę zostać półmatką. Z wysokości piętnastego piętra patrzyłam oczami tak szeroko otwartymi z przerażenia, że na moment źrenice straciły zdolność akomodacji. Umarłam na ślepo. Ale musiałam zaraz wrócić, bo na co ślepa matka dziecku? Szpitalne korytarze na onkologii są kręte, mały sam nie trafi z sali do zabiegowego, z zabiegowego na blok, z bloku na OIOM, z OIOM-u na chemię, z chemii na… Nie dla matki luksus umierania raz na zawsze.

Jestem jak kot. Mam dziewięć żyć. Kiedy mówiłam, że jesteś całym moim życiem, nie dodałam, że to ci daje prawo, by mi je odebrać. Jak zwykle, kurwa, nie słuchałeś.

Jestem jak kot. Mam dziewięć żyć. Z każdym umieraniem o jedno mniej.

Od dziś o kolejne mniej.

„Halo? Nazywam się X, właśnie potrąciłam pani syna”. Brzytwa niusa weszła w ciało gładko, z początku nie poczułam, że tak głęboko. Albo ona była taka ostra, albo moje ciało tak napięte, że byle finka weszłaby jak w masło. Wykrwawiłam się szybko. Niebezboleśnie. Wiedzieliście, że ta mała bateryjka w telefonie umie zadziałać jak defibrylator? Ja też nie wiedziałam. A więc – do dwustu! do trzystu! Wraca prawidłowy rytm. Potem transfuzja. Ratownik medyczny podłączył się do krwiobiegu i wtłacza do niego po kropli: „przytomny”, „reagujący, „zabieramy go na badania”, „proszę przyjechać do…”.

Jestem jak kot. Mam dziewięć żyć. Ale, do cholery! nie przeżyję kolejnego umierania.



FISZKA

 

MARTA UPARTA, czyli MARTA SZCZEGÓŁA

 


 

Miejscowość: Poznań

Rocznik: 1979

Zajęcie: aktualnie matka na pełnym etacie,
a przedtem i potem (już wkrótce) handlowiec w korporacji ;-)

Zacięcie: słów cięcie, gięcie ;-)

 

Lubię: krówki, uśmiech mojej córki, chłodny deszcz latem, lekkie zdenerwowanie pierwszego dnia na nowym lądzie, płakać ze śmiechu, kiedy mój mąż się wygłupia, moich mądrych rodziców, kalafiory, burze z piorunami… po prostu lubię życie :-)

Bywam: czasami apodyktyczna, w skrajnych przypadkach bezlitosna, na ogół zainteresowana i pomocna, spontanicznie wyrywna… a na mieście często bywam po pieluchy :-)

Polecam: myśleć intensywnie (czasem nawet latami) o tym, co chce się zdobyć lub przeżyć… Ostatecznie zawsze docieram do celu!

Chcę się pochwalić: …no nie mogę się aż tak przechwalać! ;-))

30-latek już może: pyskować starszym i nie być wyzwanym od gówniarzy nie znających życia… ;-))

30-latek już nie musi: chodzić do szkoły z obowiązku. Może uczyć się, bo chce – cóż za komfort psychiczny!

30-latek wie już na pewno: ile jest wart i czego chce od życia

30-latek już chciałby: już, jeszcze, ciągle… chciałby tak wiele!!!

 

 

 

 



FISZKA

 

ADAM KACZANOWSKI

 

 

 

Miejscowość: Poznań

Rocznik: 1976

Zajęcie: pisanie/wymyślanie reklam

Zacięcie: pisanie/wymyślanie przeróżnych fikcji (nie-reklam)

 

Lubię: Waltona Forda, Winsora McCaya i Jane Bowles

Bywam: niechętnie

Polecam: Waltona Forda, Winsora McCaya i Jane Bowles

Chcę się pochwalić: że nie muszę się niczym chwalić

30-latek już może: odpuścić sobie flirtowanie i inne desperackie formy szukania akceptacji u innych

30-latek już nie musi: wychodzić do knajpy na piwo i udawać, że go to bawi

30-latek wie już na pewno: że inaczej nie będzie i że to jest w porządku

30-latek już chciałby: nie wypełniać żadnych ankiet

 


 

ADAM KACZANOWSKI

Raczej pisarz, trochę performer. Wydał dwie powieści (Bez końca, Awersja) oraz kilka książek poetyckich. Publikował m.in. w „brulionie”, „Czasie Kultury”, „Twórczości”, „Ricie Baum”, „FA-arcie”, „Gazecie Wyborczej”, a w Internecie głównie na stronach cycgada.art.pl i fundacja-karpowicz.org. Występował m.in. na ulicy oraz w galeriach Goldex Poldex w Krakowie i Arsenał w Poznaniu. Był Człowiekiem-Małpą. Ojciec, mąż i pracownik. Więcej na: adamkaczanowski.tumblr.com.

 

11.07.2011

TROCHĘ W SŁOŃCU, TROCHĘ W CIENIU

ADAM KACZANOWSKI

 

Była sobota, ale obudziliśmy się dość wcześnie. Od jakiegoś czasu nie udawało nam się dłuższej pospać, przez codzienne wstawanie do pracy chyba ostatecznie wyszliśmy z wprawy w takim wylegiwaniu. Ola była w dziewiątym tygodniu ciąży. Tego poranka, po wyjściu z toalety, przestraszona zakomunikowała, że w jej sikach była krew. Trochę krwi, dwie krople, ale to i tak było niepokojące. Wróciła do łazienki, żeby wziąć kąpiel. Poszedłem tam do niej, posiedzieć. W pierwszej chwili chciała dzwonić do swojej ginekolog, ja też byłem za tym, ale ostatecznie ustaliliśmy, że tylko napisze do niej SMS-a, bo w końcu nic ją nie bolało, a gdyby działo się coś naprawdę złego, podejrzewała, że musiałoby ją boleć. Chyba nie chcieliśmy panikować, bać się aż tak bardzo, chociaż trudno powiedzieć, co robić z takim strachem. Rozdmuchiwać go jeszcze bardziej się nie powinno, ale chować, udawać, że go nie ma, to też nie jest dobra recepta. Po wyjściu z łazienki przez pewien czas leżeliśmy na łóżku, czekając, czy ginekolog coś odpisze. Chwilowo nie odpisywała. I tak mieliśmy wizytę umówioną na najbliższy wtorek.

Po śniadaniu spakowaliśmy koc i trochę prowiantu i poszliśmy do parku tuż obok naszej kamienicy, naprzeciwko, po drugiej stronie skrzyżowania. Pod tym względem to była doskonała lokalizacja. Tego dnia pogoda była idealna na opalanie, więc podejrzewaliśmy, że w parku może być tłum. Ola zaproponowała, żebyśmy rozłożyli się z kocem w krzakach, tam, gdzie nikogo nie było, ale zrezygnowaliśmy z tej opcji, żal było nam słońca. Poza tym okazało się, że na trawniku nie jest tak źle. Trochę pogrymasiliśmy, ale w końcu znaleźliśmy odpowiednie miejsce. Zabraliśmy się do czytania, Ola na chwilę przysnęła. Leżeliśmy tak pół na pół, nasz koc był trochę na słońcu, a trochę w cieniu. Oddychała głośno przez sen, wreszcie ocknęła się, chciała wiedzieć, czy chrapała. W pewnym momencie tak bardzo się zaczytałem, że nie zauważyłem nawet, jak podchodzi do nas chłopak. Przykucnął obok naszego koca. Miał wygląd drobnego cwaniaka, podał mi na powitanie dłoń, mi i Oli, był dziwnie kulturalny i spokojny, to była taka sytuacja, z której mogło wyniknąć coś złego. Zapytał, czy nie wsparlibyśmy go drobną sumą, potrzebną mu na piwo. Ola skomentowała z przekąsem: „skoro musimy…”. Zaprzeczył, mówiąc, że nic nie musimy. Machnąłem na to ręką, powiedziałem, że spoko i sięgnąłem po portfel. Miałem sporo drobniejszych monet, ale wyciągnąłem dla niego piątkę. Podziękował, chyba spodziewał się czegoś mniejszego, bo wyczułem w jego spojrzeniu, że docenił ten gest. „Fajnie tak poleżeć sobie na trawie” - powiedział jeszcze - „i wokół opalają się takie fajne dziewczyny” ­- dodał. Zauważyłem, że w jego spojrzeniu jest jednak coś niepokojącego, w tym, jak przez chwilę patrzył na Olę. W każdym razie odszedł i już nie wrócił, zostawił nas w spokoju. No i miał rację, dookoła leżało kilka atrakcyjnych dziewczyn w kostiumach. Właśnie na trawnik pomiędzy nie wpakował się chwiejnym krokiem kompletnie zalany koleś, bez koszuli, w samych spodniach. Zatoczył się, padł i został tak, leżąc w pełnym słońcu.

Ola zwróciła mi uwagę na coś innego – grupkę dzieciaków, dwie dziewczyny i dwóch chłopców siedzących na ławce. „Zobacz, one obie zaraz go zgwałcą” - skomentowała. Rzeczywiście, dziewczyny niby to siłowały się, mocowały z mniejszym chłopakiem, ale nie było w ich ruchach agresji, raczej erotyczna fascynacja. Zabawne, bo całą czwórkę wyjątkowo śmieszyło powtarzanie frazy Zdradzasz mnie, mówili tak do siebie, każdy do każdego i przy okazji chichotali. Mogli mieć po dwanaście lat. „On jest taki chudziutki, a one takie dość konkretne” - zauważyła Ola. W innym miejscu, na trawniku leżała para, facet smarował swoją dziewczynę kremem, ale robił to w sposób, jakby dawał jej wszędzie klapsa, robił to naprawdę bardzo dziwnie. Słońce zmieniło już trochę pozycję, więc my też musieliśmy się lekko przenieść, przesunęliśmy koc tak, by z powrotem mieć trochę cienia. Zadzwonił telefon Oli. Odebrała. „Słucham?”. Pomyślałem, że może to ginekolog. Okazało się jednak, że nie, chociaż byłem blisko. Dzwoniła kobieta z recepcji kliniki, do której chodziła Ola, potwierdzić wtorkową wizytę. Pijany facet przebudził się, rozejrzał dookoła. Był otoczony tymi wszystkimi ładnymi dziewczynami, przynajmniej dwie leżały na kocach same. Zabrał się za wstawanie, ta sztuka nie przyszła mu wcale łatwo, w końcu jednak wstał i ruszył w stronę młodej brunetki. Ewidentnie ją sobie upatrzył, wystartował całkiem żwawo. Na szczęście, zanim pokonał dzielący ich dystans, stracił sporo z tej energii, nie starczyło mu chyba zapału na całą trasę. Zatoczył się przy dziewczynie, zakręcił, stracił nie tylko wigor, ale i pewność siebie, wyglądało, że chce do niej zagadać, chyba nawet otworzył usta, ale nie wydobył z nich ani słowa. Brunetka czekała, spięta. Mężczyzna uciekł od niej wzrokiem, spojrzał gdzieś za nią, okrążył jej koc łukiem i dotarł kilka kroków dalej, do cienia - zachowywał się teraz tak, jakby jego celem był właśnie ten cień. Tam znowu padł jak zabity. Tymczasem sytuacja na ławce, tej z dzieciakami, zmieniła się diametralnie. Teraz ładniejsza, czy może raczej mniej brzydka z dziewczyn, przytulała się do drugiego chłopaka, tego, który dotąd pozostawał gdzieś zupełnie z boku, natomiast ten drobniejszy chłopiec, przedtem tak obściskiwany, i druga dziewczyna, siedzieli obok sztywno, zawstydzeni, jakby nie wiedzieli, co teraz zrobić ani co powiedzieć. Przypomniało mi się zdanie Fajnie tak poleżeć sobie na trawie. Dotknąłem stopą klapek, które zostawiłem w pełnym słońcu. Nagrzały się, parzyły. Pomyślałem, że naprawdę mi tu dobrze, w cieple, obok żony, że mógłbym tak leżeć i leżeć godzinami. I nie wiem dlaczego, chyba od tego żaru lejącego się z nieba, nagle wyobraziłem sobie, że kiedy my tak siedzimy sobie w parku, nasze mieszkanie płonie.



 

FISZKA

 

AMA, czyli MARTA KULIKOWSKA

 

 

 

 

Miejscowość: Warszawa

Rocznik: 1975

Zajęcie: paragrafy

Zacięcie: gafy

 

Lubię: wszystko, czego nie gubię

Bywam: tam, gdzie odpoczywam

Polecam: e tam, nic nie polecam…

Chcę się pochwalić: że nie lubię się mazgaić

30-latek już może: robić tak, że o mój Boże!

30-latek już nie musi: słuchać się mamusi

30-latek wie już na pewno: że nie jest słodką królewną

30-latek już chciałby: …no i zabrakło mi rymu

 

 

 

22.08.2011

SPEŁNIONE PRAGNIENIA

AMA

 

Zawsze mi się wydawało, że w życiu pewne rzeczy trzeba zrobić raz a porządnie.

Dobrze wybrać i potem już tylko cieszyć się z tego wyboru.
Dobra praca? Świetnie, to pracujesz.

Ślub? Świetnie, masz już wszelkie dylematy uczuciowe z głowy.
Kupujesz mieszkanie? Świetnie, kredyt na 30 lat sprawia, że na pewno go nie zmienisz.

Glazura do łazienki.

Nowa kanapa.

Szafki w kuchni.
Samochód.

Odhaczasz na swojej liście życiowej kolejne załatwione sprawy.

Masz urządzone życie i masz z tego satysfakcję.
Żyjesz tak, jak sobie wybrałeś i jest ci po prostu dobrze.

 

A jednak.

A jednak często okazuje się, że tak się nie da.

Niewielki problem, jak znudzi się kanapa.

Ale jeśli męczy praca?

Albo małżeństwo okaże się pomyłką?

Zawsze mi się wydawało, że to niemożliwe.

Że należy tak dokonać wyboru, żeby nie okazał się on pomyłką.

Nie brałam pod uwagę tylko jednego: braku chęci spełnienia.

 

Czy to możliwe, że szczęście się nudzi?

Czy zadowolenie zawsze przeradza się we frustrację, a spokój w nudę?

Dlaczego niszczymy to, co mamy dobrego?

Czy mamy większą satysfakcję z niszczenia, a nie z budowania?

Najbardziej kręci nas zniszczenie tego, co najpilniej budowaliśmy?

A może po prostu nie umiemy ponosić konsekwencji własnych wyborów?

Nie znosimy myśli, że wybranie czegoś oznacza rezygnację z czego innego?

 

Mam znajomą, która „od zawsze” kochała mężczyznę, z którym wzięła ślub tylko po to, żeby już jako mężatka spotykać się z innym. Znam kumpla, który przez lata nie mógł zdecydować się, z którą ze swoich dziewczyn być. Widzę kolegę, który przez lata uczył się, żeby wykonywać pracę, której nienawidzi.
A ta dziewczyna, dla której żaden facet nie jest wart dwóch randek?
A para jeszcze z liceum, która po wielu wspólnie spędzonych latach się rozwiodła?

 

Pragniemy ponoć miłości, bezpieczeństwa i spokoju.

No i co?

No i nic, na pragnieniach się kończy.

Bo spełnione pragnienia rozczarowują?

 

Komentarze

 

margot | 22.08.2011 – 13:08

Nie potrafimy się cieszyć z tego spełnienia, łakniemy (mniej lub bardziej egoistycznie) więcej i więcej, i więcej. A jak jest adrenalina, to jest ciekawiej. Spokój, do którego wszyscy nieustannie dążymy, zakłóca nasz głód.

 

Kirk Deponde | 22.08.2011 – 22:24

Nic nie jest stałe, a jak powiedział mądry: „w miłości wszystko jest fair”.

 

piątkowa | 22.08.2011 – 23:57

Spełnienie mnie odrzuca, dlatego za każdym razem to, co zyskam, tracę.
W życiu już po prostu tak czasami jest i nic się na to nie poradzi.

 

Jastarnia | 25.08.2011 – 15:24

Zdobywa się kolejne poziomy, pary, prace i dochody, dla samego odhaczenia tego faktu. A brakuje chęci? Siły? Umiejętności? Na trwanie, na proces „posiadania”, a nawet kupienie pralki to dopiero początek, potem się trzeba starać, by jej nie popsuć w rok, co dopiero, gdy chodzi o emocje, serce, spełnienie.

 

 


FISZKA

 

ZORKA, czyli AGNIESZKA KALUGA

 

 

 

 

Miejscowość: Poznań

Rocznik: 1977

Zajęcie: pełne

Zacięcie: również

 

Lubię: oddychać

Bywam: w hospicjum

Polecam: pomagać; pomaganie to luksus.

Chcę się pochwalić: www.zorkownia.blogspot.com – w konkursie Blog Roku 2011 Zorkownia zgarnęła trzy nagrody: Literacki Blog Roku, Blog Blogerów i Wyróżnienie Główne, za to na domowe www.malebe.blogspot.com zagląda pan Michał Rusinek

30-latek już może: odetchnąć

30-latek już nie musi: pielęgnować kompleksów

30-latek wie już na pewno: że nie da się wiedzieć na pewno

30-latek już chciałby: rzeczy możliwych

 

 

 

 

06.10.2011

CO ROBI 34-LETNIA KURA DOMOWA

ZORKA

 

Kura domowa nie ogarnia, nie ogarnia do perfekcji, za to symultanicznie.

Wstaje zawsze przed siódmą, bo śniadanie to rzecz święta – co z tego, że w papierku i na drogę – atawizm, jak nic; matka uczyli.

Potem kawa i komputer, bez wyrzutów sumienia.

Zamiast stać przy garach, jedzie czasem, w taką choćby środę przed południem, do świątyni konsumpcji i odpoczywa godzinę pomiędzy wieszakami.

Bez wyrzutów – jak wyżej.

Najczęściej gania jednak po budowlanych marketach.

Kupuje płytki, panele, farby, silikony, fugi, uszczelki, kontakty, drzwi i ościeżnice.

W sumie nad wyraz ogarnia temat. Duma i chwała.

Przed mężem udaje, że mniej się zna, niż się zna. Bo on biedny jest, bo ciężko pracuje, bo by się znał, gdyby miał czas się zapoznać.

Gdy robotnicy robią ją w bambuko, rezygnuje z pieczenia im placków i zaczyna opierdalać jak rasowy.

Z budowy przez zakorkowane miasto jedzie do hospicjum, bo – by nie zwariować od kurewstwa (kura, kurae) - od dwóch lat jest wolontariuszem.

Nie wiadomo, jak mijają cztery godziny, jest potrzebna, ale trzeba ganiać po dziecko do szkoły.

Odbiera dziecko, wymija słowotokujące świetliczanki i wpycha w potomka resztki zaschniętego śniadania.

Szybko, szybko - korki.

Wiśta wio do drugiej szkoły, bo dziecko ma słuch absolutny, bo nie można zaniedbać, bo szkoła muzyczna pulchra est.

Siedzenie na korytarzu nie wchodzi w grę, bo denerwują ją inne matki i ich mody na sukces.

Znajduje niedaleko lumpeks i dwa razy w tygodniu wyławia jakąś szmatę. Ale to na deser, jak już zrobi zakupy, które zmieszczą się w torbie-worze. Torebki kur domowych – temat osobny.

Znów korki, godzina w aucie, za to szansa na dialog z potomkiem.

Wraca dziesięć minut przed mężem i w błyskawicznym tempie robi obiad, który udaje, że jest obiadem robionym w godzinę.

Mąż od progu przepytuje ją na okoliczność ćwiczenia gry na pianinie/odrobionych lekcji/dokarmiania dziecięcia słodyczami/skarg i zażaleń ze strony szkoły.

Wieczorem próbuje się uczyć, gdyż ponieważ - skoro dziecko wylazło z pieluch - może zrobić coś dla siebie. Robi zatem drugie studia.

Zasypia z nosem w psychologii poznawczej, szczęśliwa, że w ogóle żyje.

Równolatka, którą codziennie opiekowała się w hospicjum, nie ma już tego szczęścia.





FISZKA

 

IMPONDERABILIA

 

 

 

 

 

Miejscowość: Poznań

Rocznik: 1980

Zajęcie: manager

 

Bywam: niecierpliwa, egocentryczna, groźna, nieomylna, dziecinna, przeurocza, męska, kobieca i… pod wodą :)

Polecam: budować wiarę w siebie, żeby bez wyrzutów i kompleksów łamać te konwenanse, które ograniczają szczęście własne…

Chcę się pochwalić: … ujarzmieniem mojego ADHD :)

30-latek już może: pisać pseudogłupoty, wiedzieć najlepiej, nie uprawiać hipokryzji, uprawiać spontaniczny sex i upijać się na umór drogim winem do „Cavalerii Rusticany” :)

30-latek już nie musi: udowadniać sobie i światu, że jest coś wart, udawać orgazmu, dzielić pokoju :)

30-latek wie już na pewno: że Kartezjusz miał rację :)

30-latek już chciałby: kontemplować, nie kombinować :)

 

 


 

FISZKA

 

OLAF ZMIT

 

 

 

Miejscowość: Łódź / Warszawa / Koszalin

Rocznik: 1981

Zajęcie: Manager w branży IT

Zacięcie: pisarz i fotograf / pasjonat komiksów /
w wolnym czasie dorabiam jako X-Man

 

Lubię: Sprawdź Fejsa

Bywam: Gdzie piwo podają i można palić w środku

Polecam: Ruch paikota w Łpdzi: http://rplodz.pl/index.htm

Moj Blog: http://olafzmit.tumblr.com/

Grafika: http://qwazar.deviantart.com/

Chcę się pochwalić: Ruch paikota w Łpdzi: http://rplodz.pl/index.htm

Moj Blog: http://olafzmit.tumblr.com/

Grafika: http://qwazar.deviantart.com/

30-latek już może: zacząć myśleć o odkładaniu na emeryturę, zostać ojcem

30-latek już nie musi: się golić, zmuszać się do seksu po raz drugi po przerwie 2-minutowej, chodzić za rączkę i randkować, gdy ma ochotę tylko na seks

30-latek wie już na pewno: że włosy łonowe się goli, że przytulanie jest fajne = że miłość istnieje, ale boli, że seks bez miłości to standard i wcale nie trzeba za to płacić

30-latek już chciałby: wiedzieć, czego od życia chce i wiedzieć, gdzie jego miejsce

 

 

 

 

23.05.2012

GEJ DAY – OPOWIADANIE Z PUENTĄ

OLAF ZMIT

 

Budzę się i stwierdzam, że jest sobota, że mam lekkiego kaca, że łóżko jest puste i w ogóle zimno w sypialni, bo pewnie znów się ogrzewanie wyłączyło w połowie nocy.

Poranna erekcja, poranna masturbacja i wstaję. Drapiąc się po tyłku jak ten żul, idę powolnym krokiem do łazienki się wysikać. Czuję się nieogolony i jakoś mi to jeszcze z rana przeszkadza. Papka w buzi ma lekki posmak nocnego kebabu z sosem czosnkowym.

Stoję nad tym kiblem i sikam niemrawo. W połowie, stwierdzam, że już lepiej robię to siedząc, bo coś mi ciężko idzie.

Wreszcie kończę, wstaję, spuszczam wodę i wlokę ciało niechętne do kuchni – w kierunku zbawiennego czajnika i słoika z kawą. Nastawiam wodę i w trakcie wyciągam chłodną z colę z lodówki. Ciągnę z gwinta.

O! Zaschnięta ślina w ustach się stapia, a oczy otwierają się powoli, by ogarnąć wzrokiem rozległy obraz postapokaliptycznego burdelu panującego w mieszkaniu. Ciuchy, które miałem na sobie poprzedniego wieczoru, walają się ścieżką od drzwi aż do łóżka - prawdopodobnie najkrótszą możliwą. Mniej więcej co krok leży jakaś część garderoby. Patrząc na ten szlak, zaczynam rozumieć, że skoro jeden but jest przy wejściu, drugi przy łóżku, a spodnie pośrodku, to musiałem się mocować po drodze i wyglądało to wyjątkowo ciężko i niezdarnie. Nie pocieszyło mnie to. Stoję tak i tępo nad tym dumam.

Czajnik zaczyna piszczeć, popijam w końcu kawkę, siadam przed kompem. Dowiaduję się, że jest 13:11. Zastanawiam się, co ja miałem dzisiaj w planach i przeglądam facebookowy kalendarz, który nie może i tak, i tak zdecydować za mnie, co zrobić.

Mam wahania pt.: najpierw śniadanie czy najpierw prysznic? Wygrywa żołądek, więc biorę patelnię i sadzę jajka. O mało ich nie przypalam, bo zacząłem grać w gierkę na telefonie i się zagapiłem. Dopiekam do tego tosty z masłem. Siadam na kanapie i zapuszczam jakiś film na dzień dobry. Po drugim jajku już przykrywam się kocykiem i jem w pozycji półleżącej. Po skończeniu śniadania stwierdzam, że zasługuję na sjestę popołudniową, bo w sumie taka już godzina, że akurat, a poza tym świat jest do dupy. Pada, jest szaro. Albo słońce za ostro świeci. Whatever.

Przebudzam się po godzinie i troszkę lepiej. Idę się wykąpać i pomasturbować pod prysznicem. W końcu czuję, że odżywam. Wracam w ręczniku, bezczelnie ociekając wodą, zostawiając wszędzie mokre ślady i zaczynam ogarniać jakoś bałagan, bo nie wiedzieć czemu, mnie to wkurwia. Ogarnianie różni się od sprzątania w bardzo wielu aspektach. Po pierwsze, wynika z nagłego napływu wyrzutów sumienia, a nie ze szczerej motywacji. Po drugie, nie ma na celu czystości, a jedynie zrobienie więcej miejsca i przestrzeni wizualnie. Po trzecie, nie jest kompleksowe, bo tyczy się jedynie elementów, które przeszkadzają lub zawadzają - jak pełna popielniczka, puszka po piwie, tacka po zapiekance, ten but na środku, o który się potykam już po raz trzeci, kupa ciuchów na środku, które wrzucam do lekko przelewającego się kosza z brudną bielizną.

Po tym następuje faza ubierania się. Jak co sobotę związana ze stwierdzeniem, że a) Nie mam co na siebie włożyć, b) Nie chce mi się prasować, c) Czas jednak wrócić do tej łazienki i nastawić jakieś pranie, bo kończą się skarpetki. Co też robię.

Dochodzi już 16:30 i nadal nie jestem pewien, co mam w dalszych planach. Sprawdzam, ile czasu jeszcze to pranie będzie trwało, po czym odruchowo staję przed lustrem i wyciskam nieistniejącego wągra - tak na zapas - i staram się włosy ułożyć. Jak na złość, połowa oklapła, a druga połowa nadpobudliwie toczy wojnę o niezależność, stercząc w każdą możliwą stronę. Poddaję się i stwierdzam, że zrobię dobrze – nakładam więc maseczkę błotną, biorę nożyczki do paznokci, pilnik i polerkę. Kolejne pół godziny spędzam na próbie zrobienia się na bóstwo.

17:15. Jednak muszę się przebrać, bo to, co widzę w lustrze, jest koszmarem. Dupę mam jakąś płaską w tych spodniach. Przy przebieraniu decyduję, że marsz z powrotem pod prysznic, bo teraz przeszkadza mi, że za bardzo się zapuściłem w dolnych partiach i na klacie – czas z tym zrobić porządek. Kolejne 30 minut, wysuszyłem włosy i uznaję, że bez prostownicy sobie nie poradzę. Siadam przed kompem, włączam film z powrotem, włączam maszynę i maltretuję mój skalp.

18:25. Zgłodniałem - biegnę do Żabki po gotowe danie, podgrzewam i jem przed filmem. Jakoś się nie mogę skoncentrować i go obejrzeć. Nigdzie nie wyjdę, dopóki go nie skończę – mimo wszystko jest ciekawy. A przy okazji biorę się za przycinanie bródki nożyczkami. Znów przerywam film. Okazuje się, że od błotka okropnie mi się skóra zasuszyła, choć istotnie, jest bardzo czysta i pory mam poprzymykane jak ostrygi. Maseczka nawilżająca i dodatkowo, żeby się nie nudzić, pedicure. Miska z ciepłą wodą i solą, kopytka zamoczone. Film się kończy i idę wylać zimną wodę. Fusy wylane, suszę stopy i biorę za tarkę do pięt i zestaw do paznokci. W końcu po całym tym dłubaniu jestem zadowolony. Mogę ruszyć, ale jeszcze nie teraz. Bo w trakcie ściągnął mi się najnowszy odcinek ulubionego serialu i chuj, pierdolę! Wtulam się w kocyk i poduszkę.

Mimowolnie znów odpływam w drzemkę.

Wstaję. 23:00. Połączeń nieodebranych 7 - kurwa, telefon ściszyłem. Oddzwaniam. „Tak… wiem… no już mi nie jęczcie, robiłem coś ważnego w domu i się nie skapnąłem, która godzina. No już jadę”.

Lekki stres. Znajomi czekają na mnie już od godziny. Waham się, czy nie spasować, bo nieźle pod tym kocykiem. Ale próżność wygrywa. Myję zęby, przeglądam się w lustrze zadowolony z całodziennego pucowania i zabieram dupę. Taxi podjeżdża, ubieram kurtkę, pakuję fajki i jadę do Ganimedesa.

Tam ciotki-przyjaciółki czekają, już drugiego drinka popijając. Ja lekko zziajany, witam się z każdym.

- A ty, stara, co, pod ciężarówkę wpadłaś?

- Nie - odpowiadam - a co martwiłyście się, że mnie nie ma?

- Nieeeee… tylko tak wyglądasz.

 

http://olafzmit.tumblr.com/post/23577901297/gej-day-opowiadanie-z-moralem-a-nawet-puenta

 

 


FISZKA

 

…---… MR D.

 

 

Miejscowość: gdzieś w (postpeerelowskim regionie) kolejnej RP

Rocznik: AD73

Zajęcie: ISO 31000 (obecnie)

Zacięcie: nauka, choć czasem… (cenzor wykropkował)

 

Lubię: się uczyć – to odkrycie

Bywam: w laboratorium/na uczelni/w domu/w „Trąbce”

Polecam: intensywny trening

Chcę się pochwalić: uratowałem świat (chyba)

30-latek już może: „jeszcze móc” jeszcze raz

30-latek już nie musi: szukać – wie, gdzie co jest.

30-latek wie już na pewno: że jutro i tak wzejdzie Słońce

30-latek już chciałby: nic nie chcieć

 

 

 

 

 

20.09.2012

Przewróciło się

…---… MR D.

 

- Panie D., nie wydaje się Panu, że wszystko się przewróciło i leży na ryju?

- Pani A., Pani słowa…, tak przewróciło się i to zdrowo. Powiem więcej, dziura jest jak diabli.

- Panie D., wiem i Pan wie, że była to farsa, gra pozorów od początku.

- Łudziłem się, że jest czymś wypełniona… ale, tak, myliłem się.

- Panie D., od początku mówiłam, że się nam nie uda. Tylko Pana upór, godny lepszej sprawy sprawił, że trwałam. Trwaliśmy.

- Pani A., żyłem w przekonaniu, że to prawdziwe, że to rzeczywistość.

- Tym bardziej się cieszę, żeś Pan oprzytomniał!

- Dobrze, byłem – byliśmy w amoku przez 5 lat.

- Panie D., niech wspomnę, przywieziono Pana w stanie głębokiego upojenia alkoholowego w środku pewnej wigilijnej nocy. Pobił Pan wszystkie zanotowane rekordy. Był Pan mięsem z kością…

- Wytrzeźwiałem… Dopiłem, jak pamiętam, resztki produkcji własnej – było prawie cz.d.a.

- Nie, Panie D., nie wytrzeźwiał Pan! Odratowałam Pana i tylko, że było to cz.d.a., udało się, no i ta siła przetrwania w Panu też pomogła.

- No dobra, uratowałaś mnie.

- Skąd u Pana ta poufałość, Panie D.?

- Teraz to poufałość… No tak przewróciło się i leży na ryju.

- Przyznaję, że jak Pan wróci z tego Paryża, to dla Pana ubiorę się w jaśmin.

- Ależ Pani A., to tylko 3-letni kontrakt…

- Wiem Panie D., to dlatego jesteśmy singlami i ratujemy świat.

 

 


 

11.06.2011

DZIEŃ Z DOTYKIEM

BEBEZU

 

Wczoraj dziewczyna w pracy puściła beksę. Najprawdziwszą, histeryczną, wywołaną bezsilnością beksę, no wiecie, ta z cyklu „będę dzielna i się przecież nie rozryczę przez robotę, pogryzę wargi, wbiję paznokieć w rękę”, ale niestety emocje zwykle biorą górę, prawda? No i poszło… Twarz zalana łzami, ciało całe rozdygotane i speszone spojrzenie rzucane na ściany, podłogę, okno, byle nie na ludzi.

No i patrzę sobie na tę jednostkę i widzę jeden wielki niewerbalny krzyk – niech mnie ktoś przytuli. No to się zebrałam w sobie, podeszłam, przytuliłam i jak gąbka wchłonęłam całe to skumulowane w niej złooo tej chwili. Pomogło, no i fajnie.

Ale potem taką to oto miałam refleksję. Niedawno wyjechałam do innego miasta i w sumie nie znam tu za dobrze nikogo i tak mnie tknęło, że, jasna cholera, to był mój pierwszy full contact od kilku tygodni. Nie, no oczywiście, podaję rękę kilkadziesiąt razy dziennie, płacę w sklepach, przybijam pieprzone piąteczki, żółwiki czy coś tam, ale z całą mocą dotarło do mnie, że z nikim się nie obejmuję, nie trzymam za rękę, nie tulę, o nikogo się nie opieram, na nikim się nie uwieszam, nie dostaję kopniaków, nikt mnie nie głaszcze, nikt nie klepie po plecach – no i w drugą stronę – ja nikogo nie szturcham, nie daję przyjacielskich klapsów, nikogo nie szczypię, nie gładzę po buzi.

Nie zrozumcie mnie źle. Tu nie chodzi o case „ojej nie mam faceta i brakuje mi bzykania”, bo to chyba nie problem, żeby na chama byle jakieś mięso znaleźć – kilka shotów więcej chyba by sprawę załatwiło - oczywiście tak tylko słyszałam. Bardziej o case „daleko od rodziny i przyjaciół”. I w ogóle z tymi przyjaciółmi – jak ja ich teraz doceniam i jak mi właśnie tego uwieszania, szturchania, popychania brakuje i włażenia w swoją 70-centymetrową przestrzeń.

No i ta refleksja – że można tak żyć... bez dotyku, bez świadomości, że go nie ma. Człowiek to jednak zwierzę z silnie rozwiniętymi umiejętnościami adaptacyjnymi. No chyba, że grozi mi froteryzm, albo już zapadłam i nie wiem.. a tymczasem… nieświadomie chodzę ulicami, jeżdżę metrem, wchodzę do klubu i pocieram się o wszystko, co się da, he, he, he.

 

 

 


 

 

15.06.2011

BEZPLUS

SETISUN

 

Cała ta sprawa z łączeniem się w pary wydaje mi się cokolwiek dziwna.

Wokół mnie wszyscy (WSZYSCY) myślą, mówią i kierują swoje działania na osiągnięcie jedynego słusznego celu, czyli osiągnięcie błogiego stanu parzystości. Czasem też myślą o tym celu, ale nie mówią. Czasem mówią, że wcale nie, ale sobotnie wyjście w miasto bez zaliczenia sprawia, że wieczór jest jakby nieudany. Tak jakby w pojedynkę stanowili tylko 50% siebie. Tak jakby całe swoje życie byli niekompletni, bez jednej nogi, ręki lub bez jednego oka. Tak jakby niewzięcie na wesele przyjaciół swojej + 1 osoby było powodem do wstydliwego spuszczania oczu i chęci bycia niewidzialnym. W sytuacji bycia bezplusem można się nawet nie malować, nie pachnieć, nie strzyc i komponować ubrania drogą losowania (nie mylić z luźnym hipster-stajlem). Można udawać, że się nie istnieje w przestrzeni, bo pewnie w swojej głowie postrzega się nieparzystych jako niepełnowartościowych.

Widzę to wokół siebie i jednocześnie sobie myślę: „Ludzie, luuuudzie! Rozejrzyjcie się! Ile szczęśliwych par macie wokół?”. No właśnie. Nie przypominam sobie, żebym jakąś znała, co ma też taką zasadniczą zaletę, że nie czuję, że coś tracę. Patrzę na bliskich pozostających w powszechnie pożądanym stanie parzystości, deklarujących zaangażowanie, a czasem nawet miłość, i widzę: codzienną irytację (bo skarpetki, bo deska podniesiona, bo źle zrobione pranie, bo źle złożone pranie, bo obiad z mięsem, a miał być bez mięsa, bo ja chcę do kina, a ja chcę na spacer, bo „nie pij już piwa, bo kaloryczne i niezdrowe” i „dlaczego nie sortujesz śmieci?!” etc.), wieczne niezaspokojenie (dlaczego nie jesteś taka, jaką chcę, żebyś była, dlaczego nie czytasz w moich myślach, dlaczego robisz mi herbatę, choć ja dziś mam ochotę na mojito, dlaczego włączasz radio, podczas gdy chcę się zdrzemnąć, jak to nie masz ochoty na seks?!) i dramatyczne próby wyszarpania tylko dla siebie kawałka wspólnej przestrzeni. I jeszcze codzienne chodzenie na kompromis, postrzegane jako sukces i krok ku wspólnemu szczęściu. Kompromis to chyba najbardziej śmierdzące rozwiązanie, mało że żadna ze stron nie jest zadowolona, to jeszcze odbija się tym kompromisem długi, dłuuuugi czas. Ale, ale! Stwierdzenie „Jesteśmy razem od… (wstaw liczbę) lat” dodaje nam jakieś 5 punktów do lansu, i jeszcze fajnie brzmi. Punktów może być tym więcej, im większą wartość wstawimy w wykropkowane miejsce.

Zdaję sobie sprawę, że są odcienie miłości, o których z oczywistego powodu nie mogę mieć pojęcia. Na pewno (?) są sprawy, które mają sens tylko we dwoje. Wiem też, że im dłużej człowiek jest sam, tym bardziej się do tej samotności przyzwyczaja i się z nią kumpluje. Po pewnym czasie nie widzi nawet (nie widzę nawet), czym jego życie różni się od innych i co takiego może dwójka, czego nie może jedynka. I nikogo nie potrzebuje, żeby czuć się złożonym do kupy. I nawet, nie bez satysfakcji, pławi się w tym swoim poczuciu niezależności i komforcie niedostosowywania się do planów i preferencji drugiej osoby. I nie jest to cynizm, bardziej przyjemne uczucie swobody.

Tak więc sprawa z łączeniem się w pary wydaje mi się cokolwiek dziwna. Ale z drugiej strony… nic mnie nie wzrusza bardziej niż bliscy w błogim stanie totalnego szczęścia. Czyli nie zdrewniałam w środku do reszty, jest dobrze.

 

 

KOMENTARZE

 

Zenek | 15.06.2011 - 21:39

Zgadzam się z Twoją opinią. Ludzie boją się samotności, dlatego wolą być nieszczęśliwi razem. W większości przypadków ilość lat pogłębia tylko codzienną monotonię, która kończy się rozmyślaniem nad tym, co ja tak naprawdę czuję do niej (niego)? Boimy się podjąć jakąś decyzję i czekamy na zbawienie.

Samotność nie jest wcale taka zła. Jest na pewno lepsza niż męczarnie i walka z czymś, co nie ma przyszłości. Jak ktoś kiedyś mądrze powiedział, aby dać komuś szczęście, trzeba być samemu szczęśliwym.

 

setisun | 15.06.2011 - 22:18

No trzeba! Dużo pracy nad sobą trzeba wykonać, żeby umieć dostrzegać dobre rzeczy wokół siebie, a nie fiksować się na tych, których nie ma. Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. I w takiej samotności też można odnaleźć trochę szczęścia :)

 

Ajsch77 | 26.07.2011 - 21:44

Ciekawy tekst i dużo prowokacyjnych pytań…

 

setisun | 27.07.2011 - 14:12

A zwłaszcza „jak to, nie masz ochoty na seks?!” ;)

 

Ajsch77 | 27.07.2011 - 14:24

Odnoszę wrażenie, że w 2011 r. seks i związek można rozdzielić… bardziej chodziło mi o determinację do parowania się i praprzyczyny tej determinacji…

 

setisun | 27.07.2011 - 14:57

Oczywiście, że można, czasem nawet myślę, że zdrowiej jest rozdzielać! Wydaje mi się, że większości jest łatwiej we dwoje. I jest to też swojego rodzaju kulturowy wzorzec.

Ajsch77 | 11.04.2012 - 11:53

Ostatnio lubię hasło „pogodzony singiel” ;)

 

gudrun | 11.04.2012 - 19:46

Ach, proszę @setisun! Aż się wciągnęłam po raz drugi i coś mi a propos „BEZPLUSA” na plus przyszło do głowy: nie wiem Ajsch77’ie, co to do końca znaczy „pogodzony singiel”, ale być może np. to, że ja na weselach jestem zawsze bezplusem i nigdy wstydliwie nie spuszczam oczu… Niewidzialna też nie jestem ;)

 

Ajsch77 | 11.04.2012 - 21:07

Dokładnie - pogodzony ze sobą, ze światem, zdystansowany do presji :)

 

gudrun | 11.04.2012 - 21:41

W takim sensie ja pogodzona ze sobą i ze światem czuję się nawet bardzo, gorzej że świat ze mną nie do końca :) Ale to jest historia na inny tekst… Może się kiedyś pojawi… wywołany presją, od której nie będzie jak się zdystansować :)

 



 

 

17.06.2011

PORANEK. ODCINEK SPECJALNY

MAX PIECHOWSKI

 

Wstaję. Słońce full opcja. Do tego ciepło. Acha. 10 kroków - lodówka. Sok z grejpfruta. Zimny w cholerę. Gardło? Nieważne. 3 kroki - lustro. Dzień dobry. Jak leci? Nie leci, turla się. Acha, to dziękuję. 8 kroków - łazienka. Lustro nr 2. Do widzenia. Prysznic obok. Woda, raz proszę, byleby nie za ciepła. Żel jakoś jest owocowy… piana…

Dobra, dochodzę do siebie. Zwykle pod prysznicem. Dotyk wody jest niezawodny i uniwersalny. Megaaksamitny. Dlatego między innymi uwielbiam nurkować. Pewnie ma to związek z okresem prenatalnym. Poczucie nieagresywnego, cichego opatulenia. Żel też pachnie nietutejszo, co pozwala nieco myślom odpłynąć w nieznane. Jakiś zarys wakacji lepi się w głowie, wspomnienia wolnego czasu i beztroski, niepełnej odpowiedzialności i absolutnego zaufania, że w życiu jakoś to będzie. Dobra, starczy tych refleksji. Otwieram drzwi od kabiny, powietrze już nie takie fajne jak woda, a ręcznik to już w ogóle mnie wkurwia. Gdzie jest Cocolino, czy inny pluszowy gryzoń, co ponoć zwalcza tę szorstkość życia. Cocolino? Przecież to za czasów Polleny 2000 chyba. Lenor by starczył. Dobra, kupię chyba Lenor. Najwyżej będzie do drinków.

15 kroków – biurko. Patrzę za okno. To samo co zawsze. Odpalam kompa. Schnę. Facebook, Gazeta.pl, Onet.pl, Outlook… zaczyna się. Ja jebię. Zabawna jest ta praca. Non stop to samo, a w sumie to ciągle coś nowego. Skąd ta wiara tyle maili z siebie wyciska? Pryszczaci są, czy co? Chyba się starzeję. Dobrze chociaż, że jestem dobry w tym, co robię. Pierdolę, wolę pojechać z mokrymi włosami, niż odpisywać teraz na ten korpo bełkot.

8 kroków - szafa. T-shirt. 3 kroki – żelazko. Prasowanie. Głupia czynność. Ale przywykłem do niej. Od dzieciaka sam sobie prasowałem rzeczy. Trzeba trochę wyprostować ten materiał, co by bardziej pasował do mojego poważnego stanowiska. Chociaż tyle. Sam nadruk jest już wystarczająco porąbany. Może jakaś inna koszulka? Jaka, kurwa, inna? Wszystkie są podobne. Do tego niektóre mają dziury. Małe, ale zawsze. Poza tym ta pasuje do jedynych w miarę czystych spodni. Okej. No to jest deal. Pierwszy dzisiaj. Będzie ich więcej. Że co?

12 kroków - drzwi. Obrót przez ramię. Żelazko widzę wyłączone - chyba, płyta Whirlpoola ze świecącym znaczkiem blokady - chyba, balkon zamknięty, okno otwarte - chyba. Można wychodzić. Na pewno? Na pewno - chyba.

20 kroków - winda. Winda? Przecież ja nigdy nie jeżdżę windą w dół. No to biegniemy. Zawsze za dzieciaka zbiegałem po schodach i uważam to za jedną z przyjemniejszych rzeczy na tym padole. Przypomina mi spadanie. Masa człowieka bezwładnie rozpędza go w dół – jedyne, co trzeba robić, to trafiać w stopnie, tak żeby nie stracić rytmu. Schody są różne. Te w bloku z dzieciństwa były bardziej płaskie, ja miałem krótsze nogi, a opcją docelową było pokonywanie 3 stopni za jednym jumpem. Oznacza to, że nad dwoma stopniami się leciało i lądowało na trzecim. Trochę to był hardcore i kostki były kręcone, ale w sumie radocha była z szybkości. Teraz z laptopem w torbie przelatuję tylko nad jednym schodkiem, czyli pokonuję dwa za jednym kusem. Starość - nieradość - trumna. Poza tym te schody są jakieś pojebane. Za ostre, jak na mój gust, więc lepiej zachować ostrożność. Sam fakt, że po nich zbiegam, dodaje mi +3 do „męskości”. Eeehe…

Dobra. Garaż podziemny. 40 kroków. Chłodno tu. Jakieś 19 stopni. Najs. Ciekawe, czy zajebali auto. Ostatnio ktoś zakosił kołpaki od zimówek. Przynajmniej bardziej penersko wyglądało na czarnych, zwykłych stalowych felach. Pasuje mi. Przy tej marce i roczniku czarne stalowo-surowe fele to awangarda. He, he, he. Głupi dzieciak ze mnie. Wsiadam. Press the button. Jechane. No tak. Wyjazd projektował idiota. Tudzież chciwy chuj, który za wszelką cenę chciał się zmieścić w przestrzeni z niemożliwym. W sumie to projektował to idiota, na polecenie chciwego chuja. W ogóle cały ten garaż jest niemożliwy. Mieści się w nim 12 aut, z czego parkują 3, bo reszta nie może do niego wjechać. Ot taka konstrukcja wjazdu do niego. Kompletny OS - zakręt w cholerę i odcinek specjalny z porysowanymi w pizdu od lakieru ścianami. Pokonuję go pługiem. Dokładnie tak. Ostatni raz poruszałem się tak na nartach, jak miałem 9 lat. Na końcu kończyło się to szpagatem. Dobrze, że kobiety nie są tak skonstruowane. Dobrze w sumie też, że nie mają bramy na pilota i mrugającego światła na plecach. A już absolutnym hitem byłoby, gdyby podczas wjazdu do nich na około automatycznie zapalałoby się światło. Kobieta garaż. Trzeba to wybudować. I zburzyć.

Wyjeżdżam autem prosto w korek. Spoko - myślę sobie - lepszy korek niż kobieta garaż. Posuwam się wolno do pracy i myślę o nich. Potem o garażach. Na końcu o seksie w garażu. Ta… i co jeszcze.

 

 


 

 

17.06.2011

OD ZERA DO BOHATERA

ZENEK

 

Zazwyczaj jak mam zrobić coś pożytecznego, ale bardzo nieprzyjemnego tak jak dziś, to znajduję coś bardziej „priorytetowego”, ale mniej nieprzyjemnego. Tym sposobem robię coś, co i tak musiałbym zrobić później.

OK, wypełnię „Załącznik nr 18 do instrukcji dochodzenia należności detalicznych Banku”

„Imię i Nazwisko *****…” checked czyt. ptaszek

„Adres **** …” ptaszek

„Telefon ***…” ptaszek

„CIF?” Dzięki, ja używam Morning Fresh… ptaszek

„Zwracam się z prośbą o wyrażenie zgody…” J (pięknie brzmi)

„Proponuję następujące zabezpieczenia (weksel własny in blanco […] przywłaszczenie na zabezpieczenie)” - idealnie, przywłaszczę i będę zabezpieczony jak gumy Durexa

„Inne uwagi […]

Oświadczam…”

I na samym końcu

„Uwaga:

W przypadku, gdy dłużnik jest w związku małżeńskim, konieczne jest złożenie podpisu przez współmałżonka…” No to, k… Pięknie! Nie można było tego zamieścić na początku? Zrobiłbym coś bardziej priorytetowego, bo na autograf mojej żony nie mam co liczyć. Prędzej ktoś wystawi mi weksel in blanco.

Przepadła jak Titanic. Tyle że Titanic się odnalazł, a moja żona jest nieuchwytna. Ostatnio, po roku od złożenia wniosku rozwodowego, dostałem update od mojego adwokata… „Pokrótce, Panie Zenonie, Pańska żona nie odesłała do nas żadnych papierów i w tym przypadku będzie Pan musiał udowodnić, że zrobił Pan, co w Pana mocy, by się z nią skontaktować. My poprosiliśmy sąd, by wysłał jeszcze raz papiery na wszystkie adresy, jakie posiadamy […]” (to miło z waszej strony, ale każdy jest nieaktualny J).

Gdzie jesteś, kochanie? Blokujesz mi, k… zmianę statusu na Fejsie. Już wiem, ktoś mi powiedział, że poszłaś do wojska. Że co? Uwierzylibyście? Ja nie, ale ponoć przeszła te ich testy. Ciekawi mnie, co testowali? Moja żona zdecydowanie przewyższa inteligencją Dodę. Pewnie wzięli ją do Mensy. Tam się nadaje, bo pieprzy wszystko.

No nic, moja X-Woman nie może się najwidoczniej odnaleźć, bo jej ostatnie zajęcia są dłuższe niż 7 części Harry’ego Pottera. W kolejności szło jakoś tak:

- pomocnik w organizacji eventów

- picker/packer

- care assistant

- support worker

- beautician

- tu mi się ślad urywa

- a tu gruchnęło newsem, że poszła do wojska. Jak ona to sobie wymyśliła? Pewnie pozazdrościla Harry’emu i chciała mieć jakiś wpływ na walkę dobra ze złem. Taka pokuta za życia. Kochanie, będziesz bohaterem… ostatniej akcji.

Ostatnio pojechałem do Polski na krótki urlop.

Przychodzi text message:

„Wiem, że jesteś w Polsce.” (Ku… skąd? Mówiłem Ci? Pewnie zadziałał wywiad wojskowy) „Ja jestem w wojsku…” (Hell yeah) „w Toruniu.” (Titanic się znalazł). „Mógłbyś mnie odwiedzić.” (Mógłbym, ale nie chcę). „Tęsknię za Tobą. X-Woman”

Witki mi, ku… opadły. Dyszkę dam, że wam też.

 

 


 

 

18.06.2011

LIMERYK NA BOOKOPEN

JUSTYNA LACH

 

Pewna pani (chwilowo) z Berlina

Karierę w PR-rze chciała zaczynać.

Lecz wzdycha, gdy dzień mija:

Na co mi ten PiaR?

Bookopen się tak pięknie rozwija!

 

 


 

 

19.06.2011

ODETCHNĄĆ, ODPOCZĄĆ…

AYEL

 

Od poniedziałku na ten dzień się czeka, na te dwa dni. W końcu weekend przychodzi, można odetchnąć, odpocząć.

Lampka wina. Zaraz po porannej kawie. Tak bez śniadania. A co.

Pierwsze chore myśli przychodzą do głowy.

Druga lampka wina wypita szybko… trzecia i kolejna…

Nie zagłuszają niczego. Ja dalej myślę. Chwila oddechu, bo nie jestem sam, przez moment. Wspólna lampka wina. Pojawia się uśmiech. I to nawet taki szczery, prawdziwy. Do Niego.

Butelka pusta.

Kolejna.

Kolejna lampka, już w samotności. I… znowu myślę.

Wspominałem, że nie lubię śnić? Wino zrobiło swoje…

Niedziela rano. Kawa, papieros, papieros, papieros, oooo i myśli.

Dopijam wino z wczoraj. Za oknem deszcz. Wino.

Wymyśliłem, tęsknię… ale za czym (za kim?).

Pomyślę… wino, papieros, papieros, wino.

Chyba się katuję. Ale chyba już tak mam.

Wieczorem pójdę do teatru. Zanim wyjdę lampka wina.

A jutro? Myślenie off. Czekam na piątek… żeby przez dwa dni odpocząć, odetchnąć.

Naleję sobie jeszcze lampkę wina…

 

 


 

 

20.06.2011

PADA

PEPSI

 

Mam lat trzydzieści

i sukienek też tyle

na wieszaku z IKEI wiszą smutno.

Jestem panną

z głową mokrą.

Tę głowę suszą mi często ciocie

i wujek chrzestny.

A ja lubię ten deszcz.

Lubię, kiedy pada.

Wciągam nosem zapach mokrego chodnika, te białe pasy na przejściu są śliskie, nabrzmiałe.

Kogo będzie bawiło, jak upadnę?

Myślę o tym, którego znam tylko w wersji weekendowej.

Jego westchnienia tylko w moim łóżku.

Bo przecież on teraz nie chce związku.

Myślę o ostatnim porannym seksie, oddałam mu się raz.

On teraz nie chce związku.

Drugi.

Nie chce związku.

Trzeci.

Nie chce.

Co by mi poradziła dziewczyna siedząca w autobusie?

Sucha, czyta książkę.

Odstawić go czy dalej się uzależniać?

Nazywać go kochankiem czy udawać, że nie istnieje?

Jest zapracowany, poza tym mieszka pod Warszawą.

Nie wpadnie na obiad. Jada tylko zupy.

Drugie danie na marne. I deser też.

Myślę o pracy, której nie mam,

o tym, że w kolejnym miesiącu znów trzeba będzie napaść na bank rodziców.

Myślę o butach, których nie kupię i prezencie, którego ode mnie nie dostaniesz,

przyjacielu.

Deszcz sprawia, że włosy mi się kręcą

jak ona nosem na moje CV.

Mam mokrą twarz i resztki tuszu na rzęsach.

I choć oczy matowe, to dużo optymizmu poupychanego po kieszeniach.

Mam trzydzieści lat.

Kilka kroków od domu

na ulicy sama moknę

a od tego deszczu kwitnie mi uśmiech.

 

 




29.06.2011

ALLELUJA

PANTHYMOTY

 

Jest połowa maja. Ciepłe, niedzielne popołudnie. Siedzę w pustawym autobusie linii 67, który leniwie wtacza się do zatoczki przy Śródce.

W słuchawkach Jeff Buckley ciągnie w górę czyste, dźwięczne „alleluja”. Słuchawki doskonale izolują mnie od szumu miasta. Zamykam oczy. Staram się rozpłynąć w muzyce, jednak nie mogę się skoncentrować, wyczuwam jakieś niespokojne wibracje. Otwieram oczy. Przede mną stoi para około trzydziestki. Nie widziałem ich wcześniej, musieli wsiąść przed chwilą. Oboje na galowo, w odświętnych strojach. Jak to przy niedzieli. On - włos zaczesany do tyłu na żel. Białe skarpety frotté podciągnięte wysoko kontrastują z czarnymi sandałami. Na lewym przedramieniu rozmyty tatuaż, w dłoni puszka Żubra. Druga puszka wystaje z kieszeni krótkich spodni.

Kobieta w sukience w kwiaty, na głowie trwała, przesadzony, ostry makijaż na opuchniętej twarzy. W dłoni reklamówka, z której wystaje kawałek alby i świeca typu gromnica.

No tak – dociera do mnie – przecież to czas komunii. Chociaż ich nie słyszę, widzę, że się kłócą. Już wiem, skąd to niepokojące napięcie. Obserwuję ich kątem oka, nienachalnie, żeby nie prowokować. Kontempluję przedziwne zestawienie dźwięku i obrazu. W końcu nie wytrzymuję i ściągam jedną słuchawkę. On właśnie kończy zdanie.

- Kupię czerwony i nie pierdol - pociąga nerwowo z puszki.

- Czerwony? He, he. Dziewczynki dostają czerwone. Dla chłopca niebieski albo zielony.

- Czerwony i chuj, ja kupuję, ja wybieram kolor. Będzie miał czerwony!

- Kurwa, nienormalny jesteś? Niebieski! Niebieski jak ten, co Filipowi zapierdolili z piwnicy, ładny ten.

- Przecież on był czerwony, do chuja! Ja pierdolę! Niebieski?! Co on, kurwa, pedał jest?

- Czerwony? - prycha z lekceważeniem i sylabizuje: - Nie-bie-ski!

- Kurwa, kobieto, czerwony! Ja pierdolę! W pizdu z rowerem, ciuchy mu kupię i chuj!

- Latawiec mu kup, debilu, to se chociaż popuszcza.

- Popuszczać to se może kleksa w gacie, kurwa… Z latawcem, kurwa, jak pedał! Ciuchy będą, i kurwa wszystkie w chuj czerwone!

Wysiedli na Ostrowie Tumskim. Przy katedrze. Alleluja.

 

 


 

29.06.2011

KOTY, JEZUS I ZNAK - Z REJONU

POSTMAN_SHOES

 

Dom państwa S. to ciekawa zbieranina brudu, starych przedmiotów, gazet i miesięczników katolickich. Państwo S. są faktycznie prawicowi. Na ścianie domu państwa S. jest miejsce na flagę. Od 10 kwietnia wisi tam flaga państwowa z widocznym kirem. Czerwień flagi zamieniła się już w ciemny róż. Zwyczajowo dzwonię. Zwyczajowo odplątuję łańcuch na furtce. Zwyczajowo płoszę ze schodów cztery identyczne koty. Tym razem koty postanowiły nie dać się spłoszyć, tylko przywitały mnie radośnie, ocierając się o moje nogawki. Cieszyły się z niewiadomego mi powodu. Zwyczajowo poczekałem, aż pani S. zdejmie skobel z wahadłowych drzwi werandy i wpuści mnie do domu.

- Dzień do…

- Chodź, chodź. Szybko pokażę ci coś - zaciekawiło mnie to, więc pokornie poszedłem za gospodynią. - Chodź tu do pokoju, pokażę ci coś.

Pani S. zaprowadziła mnie do części domu, która znajdowała się obok ich niedużej kuchni.

- Patrz, to znak. Ja wiedziałam, że ty dzisiaj z pieniędzmi przyjdziesz. A skąd? Chodź pokażę ci.

Pani S. zaprasza mnie do pokoju. W pokoju jedno łóżko, meblościanka, kwiaty. Wszystko ładnie poukładane, czyste. Zupełnie inaczej niż w pozostałej części domu.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.