Żywy nieboszczyk. The Black Doctor - Arthur Conan Doyle - ebook
Opis

O jakie dziesięć mil angielskich na południowy wschód od Liverpoolu leży mała wioska Bishop’s Crossing. Tam to osiedlił się około roku 1870 lekarz, Alojzy Lana. Nic nie wiedziano ani o jego pochodzeniu, ani o powodach, które go zagnały w ten cichy, wiejski zakątek w hrabstwie Lancaster. Co do dwóch okoliczności tylko istniała wszelka pewność, mianowicie, że studia medyczne z odznaczeniem ukończył w Glasgow, a następnie, że niewątpliwie musiał pochodzić z jakiejś podzwrotnikowej rasy, był bowiem cery tak ciemnej, że nawet przymieszkę krwi indyjskiej przypuszczać było można, to też przybyłego przezwano niebawem „czarnym doktorem”. Dr Lana poznał pannę Frances Morton, młodą kobietę z miejscowej szlachty. Po nieoczekiwanym zerwaniu ich zaręczyn został znaleziony martwy, a brat Frances aresztowany. Ale... na rozprawie przeciw bratu byłej narzeczonej pojawił się sam... dr Lana... Arcyciekawa historia, której dalszy ciąg pozna się po przeczytaniu całej książki. Zachęcamy!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 63

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Arthur Conan Doyle

Żywy nieboszczyk

The Black Doctor

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.

A dual Polish-English language edition.

Przekład anonimowy

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Joseph Finnemore (1860–1939), Ilustracja do opowiadania Arthura Conana Doyle „The Black Doctor”, licencja public domain, źródło: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/68/The_Story_of_the_Black_Doctor_by_Joseph_Finnemore_6.jpg

Tekst polski według edycji z roku 1947.

Tekst angielski z roku 1908.

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-590-6

Żywy nieboszczyk

O jakie dziesięć mil angielskich na południowy wschód od Liverpoolu leży mała wioska Bishop’s Crossing. Tam to osiedlił się około roku 1870 lekarz, Alojzy Lana. Nic nie wiedziano ani o jego pochodzeniu, ani o powodach, które go zagnały w ten cichy, wiejski zakątek w hrabstwie Lancaster. Co do dwóch okoliczności tylko istniała wszelka pewność, mianowicie, że studia medyczne z odznaczeniem ukończył w Glasgowie, a następnie, że niewątpliwie musiał pochodzić z jakiejś podzwrotnikowej rasy, był bowiem cery tak ciemnej, że nawet przymieszkę krwi indyjskiej przypuszczać było można. Rysy twarzy jednakże miał europejskie, a godność w postawie i pewna szlachetna dworskość obejścia przemawiały zatem, że musiał być z pochodzenia Hiszpanem. Oliwkowa cera, kruczo-czarny włos i błyszczące oczy, ocienione gęstymi brwiami, szczególniejszy stanowiły kontrast z lnianym lub kasztanowatym kolorem włosów wieśniaków angielskich; to też nowo przybyłego przezwano niebawem ˝czarnym doktorem˝ z Bishop’s Crossing. Zrazu było to przezwisko żartobliwe, z biegiem lat jednak z wielkim szacunkiem powtarzano nazwanie to w całej okolicy.

Okazało się bowiem, że nowy przybysz zdolnym był chirurgiem i równocześnie wytrawnym internistą. To, w połączeniu z osobistymi zaletami i miłym obejściem, dało mu wkrótce zupełną przewagę nad osiedlonym w tej miejscowości drugim lekarzem. Szczęśliwie przeprowadzona operacja i kuracja jednego z członków okolicznej arystokracji otworzyła mu wstęp do wyższych towarzyskich sfer wiejskich, których wkrótce, dzięki miłej swej wymowie i wytworności towarzyskich manier, stał się ulubieńcem.

Pacjenci jego jedną jedyną tylko wadę odkrywali i jedno tylko mieli mu do zarzucenia. Mniemano o nim mianowicie, że z zasady ślubował starokawalerstwo. Dziwiło to wszystkich, ponieważ wiedziano, że zamieszkiwał dom obszerny i że przy ogromnie licznej klienteli musiał mieć znaczne dochody i oszczędności.

Z początku swaci miejscowi bawili się w kojarzenie nazwiska jego z nazwiskami różnych panien na wydaniu; gdy jednak lata mijały, a doktór Lana pozostawał bezżenny, uwierzono, że dla jakiegoś tam niewiadomego powodu pozostanie już kawalerem do końca życia. Niektórzy nawet posuwali się aż do twierdzenia, że jest już żonaty i że właśnie uciekając przed niewłaściwym, a nieszczęśliwym małżeństwem, zagrzebał się w Bishop’s Crossing. I właśnie wtedy, gdy zrozpaczeni swaci zaczynali już dawać za wygraną, rozeszła się wieść o zaręczynach jego z Miss Franciszką Morton z Leigh Halle.

Miss Morton dobrze była znana w całej okolicy, ponieważ do ojca jej, James Haldane Morton’a, należały dobra Bishop’s Crossing. Oboje jej rodzice nie żyli już, ona zaś mieszkała przy jedynym bracie, Arturze Mortonie, który majątek rodzinny odziedziczył.

Miss Morton, osoba wysoka i okazała, znana była z żywego, łatwo unoszącego się usposobienia i z prawości charakteru. Poznała doktora Lana na jakimś wiejskim pikniku i wkrótce nawiązała się między tym dwojgiem życzliwość, która się niebawem w miłość przedzierzgnęła. Związało ich gorące, wzajemne uczucie. Istniała tu wprawdzie pewna różnica wieku, gdyż doktor liczył lat trzydzieści siedem, a panna dwadzieścia cztery, ale skądinąd nic związkowi temu zarzucić nie było można. Zaręczyny nastąpiły w lutym, w sierpniu miał się odbyć ślub.

Dnia 3. czerwca. Dr. Lana otrzymał list z zagranicy. W małej wiosce pocztmistrz łatwo się staje ˝plot-mistrzem˝, a Mr. Brankley z Bishop’s Crossing chlubił się posiadaniem niejednej tajemnicy sąsiadów. Odnośnie do tego listu zauważył tylko, że był w dziwnej kopercie, że adres pisany był charakterem męskim, że nosił stempel Buenos Ayres, a markę republiki Argentyńskiej. Był to pierwszy, jak twierdził, list, który Dr. Lana otrzymał z zagranicy; z tego powodu przyjrzał mu się tak uważnie, zanim go oddał miejscowemu listonoszowi. List został wręczony adresatowi tegoż dnia wieczorem.

Nazajutrz rano, tj. 4. czerwca, Dr. Lana odwiedził Miss Morton i po długiej z nią rozmowie, zauważono, że odjeżdżał wielce poruszony. Miss Morton znów przez cały dzień nie wychodziła z pokoju, a służąca kilka razy widziała ją płaczącą.

W ciągu tygodnia przestało już dla wszystkich być tajemnicą, że zaręczyny zerwane, że Dr. Lana w stosunku do Miss Morton brzydko postąpił i że brat jej, Artur Morton, odgrażał się, że oćwiczy go spicrutą. W jaki sposób i o ile Dr. Lana ˝brzydko˝ postąpił, nie wiedział nikt; jedni przypuszczali to, drudzy co innego; w każdym razie zauważono i poczytano to za dowód złego sumienia, że odtąd doktor wolał raczej milę drogi naddać, niż przejść pod oknami Leigh Hall, i że przestał chodzić na ranne niedzielne nabożeństwo, gdyż w kościele mógłby spotkać się z panną.

Zauważono też ogłoszenie w lekarskiej gazecie ˝Lancet˝, mówiące o chęci odstąpienia miejsca z wyrobioną klientelą. W ogłoszeniu nie podano wprawdzie żadnego miejsca, przypuszczano jednak, że odnosi się to do Bishop’s Crossing, że to więc Dr. Lana myśli o porzuceniu pola wdzięcznej swojej pracy.

Tak stały sprawy, gdy d. 21. czerwca w poniedziałek wieczorem zaszło wydarzenie, które mały, wiejski skandal zamieniło w tragedię i zwróciło na nią oczy całego kraju.

W domu, oprócz doktora, mieszkała tylko gospodyni jego, starsza i bardzo szanowana kobieta, Marta Wood, i Mally Pilling, pokojówka. Stangret i służący mieszkał poza domem. Doktor miał zwyczaj siadywać późno w noc w gabinecie swoim, przyległym do pokoju przyjęć; te pokoje znajdowały się w części domu, najdalszej od pokojów służących. To właśnie skrzydło domu miało osobne drzwi dla dogodności pacjentów, tak, że doktor mógł wpuścić lub wypuścić gościa bez niczyjej wiedzy. Zazwyczaj też późno przychodzących pacjentów wpuszczał sam tym wejściem do pokoju przyjęć, gdyż pokojowa i gospodyni chodziły spać wcześnie.

Owego krytycznego wieczora Marya Wood o wpół do dziesiątej zajrzała do gabinetu doktora. Doktor przy biurku zajęty był jakimś pisaniem. Powiedziała mu dobranoc, posłała dziewczynę spać, a sama krzątała się jeszcze około jakiegoś gospodarskiego zajęcia aż do trzech kwadransy na jedenastą. Jedenasta biła w sieni, gdy wchodziła do swego pokoju. W jaki kwadrans, a może w dwadzieścia minut później usłyszała krzyk, czy wołanie, dochodzące, jak jej się zdawało, skądś z głębi domu. Poczekała czas jakiś i nadsłuchiwała, ale krzyk się nie powtórzył. Mocno przestraszona, gdyż krzyk głośny był i jak gdyby naglący, narzuciła na siebie szlafrok i co tchu pobiegła do gabinetu doktora.

— Kto tam? — odpowiedział głos z zewnątrz na jej pukanie.

— To ja, proszę pana — ja, Mrs. Wood.

— Zostaw mnie pani w spokoju! Proszę zaraz wracać do siebie!

Pani Wood była najpewniejsza, że to głos jej pana. Brzmiał zaś tak szorstko i tak od zwykłego jego, uprzejmego i łagodnego, tonu odbijał, że nie tylko zadziwiła się, ale poczuła się dotknięta.

— Zdawało mi się, że pan wołał — odpowiedziała, nie dostała jednak żadnej odpowiedzi.

Mrs. Wood, wracając do swego pokoju, spojrzała na zegar. Wskazówka stała na wpół do dwunastej. Pomiędzy godziną jedenastą a dwunastą (nie miała czasu określić dokładniej), spóźniona pacjentka przyszła do doktora, ale nie mogła się do niego dopukać. Była to Mrs. Madding, żona miejscowego sklepikarza, który przechodził niebezpieczny tyfus. Dr. Lana, będąc u nich za dnia, kazał kobiecie przyjść jeszcze nocą i przynieść wiadomość o tym, jak się czuje mąż. Kobieta widziała światło w gabinecie, ale ponieważ na kilkakrotne pukanie do drzwi poczekalni nie otrzymała żadnej odpowiedzi, więc, przypuszczając, że doktor wyszedł z domu, powróciła do siebie.

Przed domem doktora znajduje się krótka, kręta droga zajazdowa, oświetlona lampą przy końcu. W chwili, gdy Mrs. Madding wychodziła z bramy, mężczyzna jakiś szedł właśnie ścieżką ku bramie. Sądząc, że to może Dr. Lana wraca z wizyty od chorych, Mrs. Madding zaczekała na niego i zdziwiła się, poznając Mr. Artura, młodego dziedzica. W świetle lampy zauważyła, że wyglądał silnie wzburzony i że trzymał w ręku ciężką szpicrutę. Zaczepiła go w chwili, gdy wchodził w bramę.

— Doktora nie ma w domu, proszę pana — rzekła.

— Skąd to pani wie? — zapytał ostro.

— Na próżno kilka razy pukałam do drzwi poczekalni.

— Widzę światło — rzekł młody dziedzic, patrząc wzdłuż zajazdu. — Czy to się nie w jego gabinecie świeci?

— Tak proszę pana; a jednak z pewnością doktora nie ma w domu.

— To nic, w każdym razie musi przecież wrócić — odpowiedział młody Morton i wszedł w bramę, podczas gdy Mrs. Madding zabrała się do domu.

O