Wydawca: Armoryka Kategoria: Języki obce Język: polski Rok wydania: 2014

Żywoty pań swawolnych. Vies des dames galantes ebook

Pierre de Brantôme

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1668 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Żywoty pań swawolnych. Vies des dames galantes - Pierre de Brantôme

Pierre de Bourdeille, seigneur de Brantôme (ur. ok. 1540, zm. 15 lipca 1614) – francuski historyk, żołnierz i biograf. Zasłynął głównie jako pamiętnikarz. Był autorem barwnych Mémoires (t. 1-10) wydawanych w latach 1665-1666. Stanowią one cenny dokument obyczajowy epoki. Obejmują m.in. Żywoty pań swawolnych. (http://pl.wikipedia.org/wiki/Pierre_de_Bourdeille,_seigneur_de_Brantôme)

Pierre de Bourdeille, dit Brantôme, abbé de Brantôme, né aux environs de 15401 à Bourdeilles, en Périgord, et mort le 15 juillet 16142, dans son château de Richemont à Saint-Crépin-de-Richemont, abbé commendataire et seigneur de Brantôme, est un écrivain français, surtout connu pour ses écrits « légers » relatant sa vie de courtisan et de soldat. Pierre de Bourdeille est un personnage à plusieurs facettes. En effet, abbé laïc (ou séculier) de Brantôme, il s'illustre aussi bien par les armes que par la plume de l'écrivain. Il a beaucoup écrit sur les grands personnages de son temps et des générations immédiatement précédentes. Même s'il n'est pas considéré comme un historien, il est un chroniqueur du XVIe siècle, donnant une vision mordante et vive de son temps. (http://fr.wikipedia.org/wiki/Brantôme_(écrivain)

Opinie o ebooku Żywoty pań swawolnych. Vies des dames galantes - Pierre de Brantôme

Fragment ebooka Żywoty pań swawolnych. Vies des dames galantes - Pierre de Brantôme

Pierre de Bourdeille, seigneur de Brantôme

Żywoty pań swawolnych Vies des dames galantes

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej Version bilingue: polonaise et française

na język polski przełożyłTadeusz Żeleński-Boy

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Na okładce wykorzystano fragment obrazu Antoine'a Wiertz'a (1806–1865): Rosine à sa toilette,

(licencjapublic domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Antoine_Wiertz_-_Rosine_%C3%A0_sa_toilette.JPG (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights). 

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

ŻYWOTY PAŃ SWAWOLNYCH

PRZEDMOWA TŁUMACZA

Tytuł, pod jakim znaną jest powszechnie w oryginale niniejsza książka, Vies des dames galantes, nie wyszedł spod pióra Brantome'a. Rozdziały te zatytułowane były w rękopisie po prostu: Druga księga o paniach („Second livre des dames”), w przeciwstawieniu do pierwszej, znanej znowuż francuskiemu ogółowi pod nazwą Vies des dames illustres. Tytuły te, dziś już niemal nierozdzielnie z książkami złączone, nadali im dopiero pierwsi ich wydawcy w XVII wieku (1666), w epoce, kiedy słowa galant i illustre szczególną cieszyły się modą. Dwie te księgi „o paniach”, stanowiące tylko część obfitej puścizny literackiej Brantome'a, bardzo różnią się od siebie charakterem i wartością ludzkiego dokumentu. Pierwsza to szereg wizerunków najznamienitszych monarchiń i księżniczek owego czasu; wizerunków kreślonych przez panegirystę odurzonego kultem ich wielkości, a zarazem wytrawnego i ostrożnego dworaka. Druga to swobodne gawędy bywalca tychże samych dworów; tutaj incognito opisywanych osób i wypadków zostawia szerokie pole obserwacji aż nazbyt niedyskretnej, swobodzie języka aż nazbyt wyzutej z względów szacunku i powściągliwości i czyni z Drugiej księgi o paniach nieoceniony dokument literacki i obyczajowy.

Życie, osoba i pisma Brantome'a tak ściśle złączone są z dworem Walezjuszów, iż uważamy za konieczne przypomnieć tu w kilku słowach fizjonomie monarchów tej epoki. Na pierwszy plan tej krótkotrwałej rasy królów występuje świetna postać Franciszka I (1515-1547). Był to roi gentilhomme, jak sam się nazywał, w całym tego słowa znaczeniu. Dworny, rycerski, miłośnik sztuk i wielbiciel kobiet, wprowadza w surowy rycerski obyczaj dawnej Francji pierwiastki galanterii, bardziej „ludzkiego” kultu kobiety, przenikające do Francji drogą włoskich i hiszpańskich wpływów.  (Warto przytoczyć poważny wywód, w którym Brantome tłumaczy rozkwit życia dworskiego za tego króla: „Król Franciszek miłował równie y nadto: bowiem, będąc młodym a swobodnym, bez różnice imał się to tey, to owey, jako iż w owym czasie nie było galanta, by się nie k...ł wszędy po równości: od czego nabawil się choroby przymiotney, która skróciła dni iego. Y nie pomarł zgoła w swoiey starości, bowiem miał ledwie pięćdziesiąt y trzy łata, co było barzo nic: owo, widząc się nękanym y dręczonym od tego cirpienia, rozmyślił w sobie, że leżeli będzie daley wiódł te amory przygodne, będzie ieszcze gorszey: y, iakoby mądry doświadczeniem, wziął przed się bawić się miłością barzo obyczaynie. K'temu też ustanowił swóy nadobny dwór, nawidzany od tak cudnych y godnych xiężniczek, wielgich pań y panien, z któremi sobie nie żałował, ieno aby się ustrzec tych szpatnych chorób y nie plugawić więcey swego ciała dawną sprosnością: za czym cieszył się a wspomagał miłowaniem nie wszetecznem, ieno wdzięcznem, lubem a czystem.” (Vies des granda capitaines: „Le roy Henry II”) Wpływy te zresztą przesiąkały od dłuższego czasu do Francji. Od czasu wojen Karola VIII, przez czas tych długich i zaciętych walk o posiadanie Mediolanu, Genui, Sieny, Neapolu, wytwarza się ciągłe zetknięcie Francji z Włochami i kulturą Odrodzenia. To, co kulturze tej we Włoszech nadawało najbardziej specyficzne piętno, tj. powszechne i wyrafinowane zamiłowanie artystyczne w kierunku sztuk plastycznych, nie tak rychło mogło znaleźć przyjęcie na nie przygotowanym jeszcze gruncie we Francji (choć i tych wpływów ślady wyraźne widzimy za Franciszka I, który utrzymuje przyjazne stosunki z Leonardem, z Benvenutem); natomiast bardzo wyraźne oddziaływanie wywiera włoska literatura, z Boocacciem i Petrarką; przede wszystkim zaś, wraz z powracającym z wypraw rycerstwem, szeroką falą wpływała swoboda pojęć towarzyskich i obyczajowych, wyzwolenie kobiety, wysubtelnienie kultury erotycznej i rozluźnienie dawnego surowego obyczaju. (Charakterystyczne są wspomnienia, jakie Montaigne przytacza o swoim ojcu (Essais, ks. II, rozdz. II). Król Franciszek wznosi szereg wspaniałych zamków w St. Germam, Chatilly, Chambord, Chenonceaux.

Siostra króla Małgorzata Nawarska pielęgnuje, za przykładem brata, sztuki piękne i literaturę. Sama jest autorką słynnego Heptameronu, tak często cytowanego przez Brantome'a, która to książka jest zbiorem opowiadań wzorowanych w formie na nowelach Boccaccia. Z życiem dworskim w Pau, rezydencji Małgorzaty, ściśle się łączą tradycje rodzinne Brantome'a: babka jego, Luiza de Daillon, była jedną z najzaufańszych dam dworskich królowej; matka, Anna de Bourdeille, występuje nawet w różnych nowelach Heptameronu jako współopowiadająca, pod mianem Ennasuite, podczas gdy ojciec Brantome'a, Franciszek, nosi w nich godło Simontaut.

Po Franciszku I wstępuje na tron syn jego Henryk II (1547-1559). Wbrew panegirykom Brantome'a historia przedstawia go nam jako człowieka ponurego i ograniczonego, zamiłowanego jedynie w ćwiczeniach żołnierskich, które też stały się przyczyną jego śmierci. (Ginie w turnieju, ugodzony nieszczęśliwie kopią przez Montgommery'ego). Ożeniony z Katarzyną z rodu Medyceuszów, pozostawał przez całe życie pod wpływem słynnej Diany de Poitiers (którą uczynił księżną Valentinois), niegdyś faworyty ojca jego, Franciszka, starszej od króla i dzierżącej go pod nieograniczonym wpływem więcej jeszcze przewagą umysłową niżeli świetną urodą. Przez Katarzynę Medycejską zacieśnia się jeszcze związek pomiędzy dworem francuskim a włoską kulturą i obyczajem. Wraz z królową przybywa do Paryża cała armia śpiewaków, tancerzy, muzyków, astrologów, „mietelników” itp. Dworzanin francuski mówi - wedle świadectwa Brantome'a - równie biegle po włosku, a często i po hiszpańsku, jak po francusku; nieustanne cytaty w tych językach w jego książkach dowodnie zaświadczają o tym. Współczesne świadectwa kreślą nam Katarzynę jako kobietę imponującego wejrzenia, choć niepiękną, zażywną, namiętną myśliwą, zamiłowaną w obfitych ucztach i bogatych festynach. Odznaczała się ozdobną wymową i literackim uzdolnieniem, którego świadectwem jest jej dyplomatyczna korespondencja, obejmująca nie mniej jak sześć tysięcy listów. Władzą królewskiej faworyty i jej potężnej kliki odsunięta od wpływu na ster państwa, czeka w cierpliwym milczeniu i pozornej bierności na chwilę, w której śmierć Henryka odda jej w ręce rządy, sprawowane imieniem regentki małoletnich synów, a później przemożnej doradczyni najbardziej z nich ukochanego, Henryka III. Wówczas ujawnia się w całej pełni charakter tej niepospolitej kobiety: namiętna żądza władzy, głębokie spojrzenie polityczne, wytrawność w poruszaniu ludźmi. Wśród orgii i festynów, wśród czczych igraszek zniewieścialego dworu Katarzyna pracuje bez ustanku nad ziszczeniem swych głęboko i tajemnie obmyślanych planów.

Henryk II ginie w r. 1559, zostawiając czterech synów i trzy córki. Z synów, którzy wszyscy zeszli bezpotomnie, trzech zasiadało kolejno na tronie Francji.

Franciszek II (1559-1560) liczy lat szesnaście w chwili wstąpienia na tron; żoną jego, królową Francji, była tak nieszczęsna później Maria Stuart. Młodociany król był równie nierozwinięty fizycznie, jak umysłowo; za panowania jego ster rządów wydzierali sobie matka, Katarzyna, i wujowie jego żony, książęta de Guize. W rok po objęciu tronu Franciszek II umiera wskutek „wrzodu w głowie” czy w uchu, po czym następuje dziesięcioletni okres regencji Katarzyny.

W r. 1560 wstępuje na tron Karol IX. Wysokiego wzrostu, chudy, wątły, zgarbiony, chorobliwie blady, tak przedstawia się nam na słynnym portrecie Franciszka Clouet (Janet), znajdującym się w galerii księcia d'Aumale. Młody król otrzymał niezmiernie staranne wykształcenie literackie.

Pod kierunkiem Amyota, świetnego tłumacza Plutarcha, studiuje Plotyna, Platona, Wergilego, Cycerona, Polybiusa i Makiawela. Sam pisze wiersze, tłumaczy ody Horacego na język francuski. Panowanie Karola IX wypełnione jest ciągłymi zamieszkami religijnymi, które od czasów reformacji i Kalwina nurtowały Francję. Głową partii hugonockiej był Antoni z Nawarry i brat jego książę de Conde; najwybitniejszym z jej partyzantów admirał Coligny; naczelnikami stronnictwa katolickiego byli książęta de Guize. Katarzyna, jakkolwiek zdecydowanie skłaniając się ku wojującemu katolicyzmowi, wygrywała obie partie przeciw sobie, aby ster rządów tym pewniej utrzymać w dłoni. Wreszcie częścią podstępne plany dworu, częścią żywiołowa nienawiść, rosnąca pomiędzy katolikami a hugonotami, sprowadziły ową straszliwą noc św. Bartłomieja (1572), w której w samym Paryżu wymordowano przeszło dwa tysiące hugonotów, przybyłych tam z całym zaufaniem z okazji zaślubin Henryka Nawarskiego z siostrą królewską Małgorzatą. Noc św. Bartłomieja złamała do reszty słabego króla. Karol IX, który według podania z okien Luwru miał strzelać do ratujących się hugonotów, dręczony halucynacjami, wyrzutami sumienia, szuka odtąd spokoju i snu w wytężających ćwiczeniach fizycznych. Całe dni spędza na polowaniu, nie zsiadając po dwanaście i czternaście godzin z konia; jeśli nie poluje, szuka znużenia w szermierce, w grze w piłkę lub kuciu żelaza ogromnym, ciężkim młotem. Wreszcie, w r. 1574, umiera w Vincennes na suchoty. Na łożu śmierci do ostatniej chwili pracuje literacko, pisząc dzieło przyrodniczo-myśliwskie o jeleniach, przy którego dwudziestym dziewiątym rozdziale wypuszcza pióro z ręki i umiera. („Tyle o tym powiedano w tym y owym sposobie, iż nie wiadomo, czemu dać wiarę; wszelako (król) tak był naglony od królowey y przekabacany od pana marszałka Reca, iż dał się nakłonić y przystał dość łacno, y barziey był w tym gorliwy niż wszytcy; tak iż kiedy przyszedł czas oney zabawy y poczęło świtać, gdy wystawił głowę za okno swey kownaty y widział niektóre krzątaiące się y pierzchaiące, wziął wielgą, swoią rusznicę myśliwską y walił z niey do nich raz po raz, wey po próżnicy, bowiem strzelba nie niesła tak daleko; y nieustannie krzyczał: «Śmierć! Śmierć!»” (Brantome, Vies desgrands capitaines: „Charles IX”).

Następcą Karola IX na tronie francuskim był brat jego Henryk, wprzód książę andegaweński, później król polski. W chwili wstąpienia na tron miał lat dwadzieścia pięć. Był to monarcha wytworny, pełen smaku, wykształcony i wymowny. Z przymiotami tymi łączyło się jednakże wspólne wszystkim ostatnim Walezjuszom zwyrodnienie fizyczne, zmienność i słabość charakteru, wahająca się pomiędzy wyuzdaniem a zapędami pokuty i askezy, pomiędzy ucztami i orgiami a procesjami i włosienicą. Panowanie jego to okres wpływu faworytów dworskich, mignons, w których towarzystwie, jak również w towarzystwie kobiet, najchętniej i sam przebrany za kobietę, król przepędzał dni na zniewieściałych igraszkach. W Dzienniku Henryka III, spisywanym przez współczesnego kronikarza Piotra de 1'Estoile, znajdujemy wiemy opis uroczystości danej przez Katarzynę Medycejską na cześć swego zwycięskiegto syna księcia d'Aleneon w cudnym zamku Chenonceaux. Król zjawił się, jak zwykle na podobnych uroczystościach, w stroju kobiecym, ze sznurem pereł na głęboko obnażonych piersiach, w otoczeniu swoich małp i papug. Poniżej króla zasiedli jego faworyci, mignons, uszminkowani, pomalowani, wypomadowani, w olbrzymich wykrochmalonych krezach -„rzekłbyś, głowa św. Jana na półmisku”. Trzy królowe brały udział w festynie. Katarzyna, mimo swoich sześćdziesięciu lat, prowadziła orgię, wciągając w nią córkę Małgorzatę i synowę Luizę Lotaryńską. Usługiwały damy dworskie na wpół nagie, z rozpuszczonymi włosami niby młode oblubienice. Wszystkie przybrane były w męski strój z dwubarwnego adamaszku, zamieniając się niejako z mężczyznami na role i kostiumy. Dobry kronikarz zapewnia, iż „wszystko odbyło się w najpiękniejszym porządku”.

Najmłodszy z synów Henryka II książę d'Alencon, ten właśnie, któremu Brantome poświęca swoją Drugą księgę o paniach, zmarł w trzydziestym pierwszym roku życia (1584) nie doczekawszy się tronu. Wedle portretów współczesnych był to mężczyzna kształtnej postaci, ale o grubych i pospolitych rysach twarzy, a zwłaszcza dużym i szpetnym nosie, będącym współcześnie przedmiotem licznych epigramów. Z charakteru miał być tchórzliwy, kapryśny i drażliwy jak kobieta, niestały, bez poczucia honoru, bez przekonań politycznych i religijnych, uprawiający konszachty z wszystkimi partiami dla dogodzenia swej ambicji i chęci wichrzenia. Henryk, brat jego, nienawidził go i gardzą nim; dopóki mógł, trzymał go niejako w więzieniu, zaledwie zamaskowanym pozorami, przyzwoitości; później jednak d'Alencon wytrwałymi knowaniami zdołał sobie wywalczyć stasnowisko niemal udzielne. Henryk III zginął zasztyletowany przez Jacka Clement.

Jedna z córek Henryka II Małgorzata była zaślubiona Henrykowi, królowi Nawarry. Henryk, syn Antoniego, przywódcy hugonotów, sam również protestant, trzymany był w młodości swej na dworze jako rodzaj zakładnika; po śmierci Henryka III przyjął katolicyzm i wstąpił na tron jako Henryk IV, odtrąciwszy wprzódy żonę swą, Małgorzatę, aby zaślubić Marię Medycejską.

Małgorzata de Valois była szczególnym przedmiotem kultu i uwielbienia Brantome'a, który nawet po zupełnym wycofaniu się z życia dworskiego utrzymywał z nią stosunki i korespondencję. Była to kobieta rzadkiej piękności, bystrego dowcipu i bardzo swobodnych obyczajów. Na dworze Katarzyny Medycejskiej, jak zaświadcza Brantóme, była królową mody.

Rządy ostatnich Walezjuszów były dla Francji epoką ruiny ekonomicznej, z której dopiero geniusz organizacyjny Henryka IV zdołał ją podźwignąć. Główną przyczyną upadku były nieustanne wojny i rozruchy wewnętrzne, które pustoszyły kraj, tak iż - jak Henryk IV wyraził się w Blois - przeważna część folwarków i prawie wszystkie wsie stały próżne i niezamieszkałe. Do ruiny gospodarczej przyczyniły się również rządy faworytów, których łupiestwu kraj był na pastwę wydany, a także i zbytkowny tryb dworu. Budżet osobistych przyjemności Henryka III wynosił około l miliona złotych talarów (dzisiejszych trzydzieści milionów koron). Równocześnie jednak podnosił się Paryż jako środowisko sztuk, nauk i wykwintnego życia i mógł już obecnie rywalizować pod tym względem z Neapolem i Madrytem, aby niebawem zabłysnąć jako stolica cywilizowanego świata.

Oto pobieżny szkic epoki i dworu, z którymi ściśle związana jest osoba, życie i działalność literacka Brantome'a. O życiu jego nie jest nam wiadomo zbyt wiele, a i te wiadomości opierają się niemal wyłącznie na jego własnych wyznaniach.

Piotr de Bourdeille, pan i opat de Brantome, urodził się około roku 1540, jako młodszy syn jednej z najznaczniejszych rodzin perigordzkich. Ojciec jego, człowiek niespokojny i burzliwego temperamentu, był za młodu paziem królewskim, matka, urodzona La Chataigneraie, była damą dworu królowej Nawarry, i w Nawarze prawdopodobnie ujrzał młody Bourdeille światło dzienne. Po śmierci królowej Nawarry Brantome dostaje się do Paryża dla odbycia pierwszych nauk; następnie prowadzi je dalej jako piętnastoletni chłopiec w Poitiers, z którego to czasu pozostało mu w pamięci wspomnienie pięknej hugonotki Gotterelle, tak ofiarnej dla współwyznawców. Po ukończeniu nauk w r. 1556 rodzina przeznaczyła Brantome'a, jako młodszego syna, do stanu duchownego, zaś Henryk II nadaje mu opactwo Brantome w uznaniu zasług jego starszego brata w potrzebach wojennych. W aktach rodzinnych z owego czasu znajduje się podpis szesnastoletniego wówczas chłopca: „Wielebny ojciec w Bogu, opat Brantome.” Godność ta nie wkładała jednak żadnych kościelnych obowiązków i nie stała na przeszkodzie ani do służby rycerskiej, ani do małżenstwa. Rzemiosło wojenne bardziej niż stan duchowny odpowiadało niespokojnej naturze młodego junaka: jakoż licząc lat osiemnaście wyrąbał lasu za pięćset dukatów, wyekwipował się i pociągnął do Włoch na czele gromadki siedmiu szlachty, również przezeń uzbrojonych i posadzonych na tęgie rumaki.

Ziemie, przez które Brantome jechał, bynajmniej nie były spokojne. W Piemoncie, w okolicznościach, których bliżej nie znamy, otrzymuje postrzał w twarz, który o mało go nie pozbawia wzroku; zmuszony jest zatrzymać się w Portofino, w owym cudownie pięknym pogórzu nad Zatoką Genueńską, gdzie przechodzi osobliwą kurację: „...iedna barzo piękna tameczna pani wstrzykiwała mi do oczu mleko ze swoich pięknych i białych piersiątek”. (Vies des capitaines francais). Następnie w orszaku Franciszka de Guize, księcia lotaryńskiego, udaje się morzem do Neapolu; przekazuje nam dokładny opis przyjęcia, jakiego doznał francuski orszak od margrabiego Alkali. (Żywoty pań swawolnych, rozprawa IV). Tutaj poznaje margrabine del Guast, której życzliwość wspomina później z takim rozczuleniem.

W r. 1560 powraca z Włoch do swoich majątków, które przez ten czas były na opiece starszego brata Andrzeja. W tym czasie przypada zetknięcie się Brantome z życiem dworu, gdzie pamięć jego wuja La Chataigneraie zapewniła mu, zwłaszcza u książąt lotaryńskich, znaczne protekcje. Po śmierci Franciszka II Brantome znajduje się w orszaku, który odwozi królowę Marię Stuart do Szkocji. W życiorysie jej przytacza nam piosenkę, jaką biedna królowa żegnała się z Francją. (Premier livre des dames: „Marie Stuart”).

Niebawem wybucha wojna domowa. Brantome walczy oczywiście po stronie dworu; bierze również udział w bitwie pod Dreux. Gdy we Francji chwilowo nie ma gdzie się bić, szuka okazji za granicą. W r. 1564 wchodzi w ściślejsze stosunki z dworem księcia Orleanu (późniejszego Henryka III) i zostaje jednym z jego dworzan, z płacą sześciuset funtów. Jednakże już w tym samym roku przyłącza się znów do wyprawy przeciw Barbareskom na wybrzeżu Maroko. Widzimy go w Lizbonie, w Madrycie, gdzie na dworach jest nader mile widziany. Kiedy sułtan Soliman oblega Maltę, przyłącza się Brantome do ochotników spieszących na odsiecz, która jednak przybyła zbyt późno. Przejeżdżając w powrocie przez Neapol, przedstawia znowu swoje służby margrabinie del Guast, która okazuje chęć zajęcia się jego losem; jednakże niespokojny duch Brantome'a gna go w świat dalej i każe mu przepuścić tę okazję, nad czym później gorzko ubolewa. Tłukąc się tak bez określonego celu po świecie, zamierza Brantome pociągnąć na Węgry, gdzie się biją, po drodze jednak, w Wenecji, wieść o śmierci sułtana Solimana udaremnia te zamysły. Powraca przez Mediolan i Turyn w dość opłakanym stanie; wszelako duma, niezwykła na owe czasy w takich rzeczach, nie pozwala mu przyjąć zasiłku, jaki ofiarowuje mu księżna sabaudzka.

Tymczasem hugonoci zmuszają loróla do coraz większych ustępstw. Książę Conde i admirał Coligny uzyskują chwilowo stanowczą przewagę. Hugonoci, którzy dowiedzieli się, iż Brantome ma jakieś przyczyny niezadowolenia przeciw królowi, starają sią go przeciągnąć na stronę Reformy, ale na próżno. Niebawem otrzymuje Brantome szarżę rotmistrza „nad dwiema chorągwiami”, jakkolwiek jedna z nich tylko istniała w rzeczywistości. Chorągwią tą dowodził Brantome w bitwie pod St. Denis (1567). W r. 1568 mianuje go Karol IX swoim podkomorzym ze stałą płacą. Po bitwie pod Jarnac w roku następnym zapada Brantome na jakąś złośliwą febrę, która go więzi niemal przez cały rok w domowych pieleszach.

Zaledwie wrócił do zdrowia, już rwie się do nowej wojny; ubolewa, iż nie było mu danym walczyć w bitwie pod Lepanto. Natomiast gotuje się wziąć udział w wielkiej egzotycznej ekspedycji do Peru, którą przygotowuje dawny przyjaciel jego Strozzi. Ale jakieś nieporozumienia, zaszłe pomiędzy nim a Strozzim, kazały Brantome'owi poniechać tego zamiaru. Przygotowania do tej wyprawy, które trzymały go z dala od Paryża, oszczędziły mu widowiska krwawej nocy św. Bartłomieja (1572). W następnym roku bierze czynny udział w obleganiu La Rochelle.

Po śmierci Karola IX Brantome zjawia się na dworze i cieszy się nawet względami Henryka III, wszelako niespokojny jego duch i zażyłość z Bussym d'Amboise, pierwszym dworzaninem księcia d'Alencon, ciągnie go w stronę owego brata królewskiego, niemiłym okiem widzianego u dworu. To osłabia życzliwość Henryka III do swego szambelana.

Niebawem zachodzi wypadek, który popycha Brantome'a niemal do jawnego buntu. W r. 1582 umiera starszy jego brat, z którym Brantome posiadał wspólnie opactwo tego imienia. Król przyrzekł mu zrazu sukcesję, okazało się jednak, iż zmarły ustanowił spadkobiercą swojego zięcia, wobec czego monarcha nie mógł dotrzymać słowa. Brantome, zrozpaczony i wściekły z gniewu, pragnął uzyskać opactwo choć dla swego małoletniego siostrzeńca: i to na próżno. Tego już było nadto porywczemu szlachcicowi: „Jednego rana, w drugi dzień nowego roku, przedłożyłem królowi moje żale; usprawiedliwiał się przede mną, mimo że był moim królem. Odpowiedziałem mu jeno: «Najjaśniejszy Panie, postępek W.K.M. nie daje mi bynajmniej przyczyny, abym Jej nadal miał tak gorliwie służyć, jak to dotychczas czyniłem.»” I odszedł w rozżaleniu i gniewie. Wychodząc z Luwru spostrzegł wiszący na sobie złoty kluczyk szambelański; w złości zerwał go i rzucił do Sekwany. Mimo to, jak mówi, uczęszczał nadal na pokoje królowej matki.

W ogóle biedny konik polny, który przeigrał młodość po dworach i polach bitew, nie myśląc o konsekwentnym wspinaniu się na szczeble zaszczytów ani też o poważnym zabezpieczeniu na starość, dziwnie teraz z wiekiem staje się drażliwy i rozgoryczony.

„Owo tedy co do mnie - powiada kończąc swoją czwartą rozprawę, której dłuższy ustęp poświęcił żałosnym rozpamiętywaniem zaniedbanej fortuny - mogę w tym barzo dobrze użyć przysłowia, które nasz święty Zbawiciel Iezus Krystus wymówił własnemi usty, iż «nikt nie iest prorokiem we własnym kraiu». Możebna, gdybych był wysługiwał się cudzoziemskim xiążętom tak dobrze iako własnym y szukał losu śrzód nich, iako czyniłem miedzy naszemi, iż byłbych teraz więcey obciężony maiątkami a godnośćmi, niźlim iest dzisia laty a frasunki. Ano, trza cirpieć! ieśli moia Parka tak uprządła, przeklinam iey; ieśli to zawisło od moich xiążąt, oddaię ich wszytkim dyabłom, ieśli się ieszcze tam nie dostali!”

Oto jeszcze jeden przykład, nie bez interesu ze względu na osobę, której dotyczy. Brantome nie mógł znosić Montaigne'a - w którym zresztą zapewne nie domyślał się jednego z największych pisarzy Francji - dlatego że ten pochodził ze świeżo upieczonej szlachty. To, że „urodzony” szlachcic mógł dla rozrywki zabawiać się piórem, to uznawał Brantome i potwierdził własnym przykładem; żeby jednak, na odwrót, człowiekowi pióra udzielano godności szlacheckich, to nie mieściło mu się w głowie. Brantome otrzymał order św. Michała, co skąpo zaspokajało jego ambicję, bowiem odznaczenie to musiał dzielić z bardzo wieloma; ale przynajmniej wiedział, iż jest ono ograniczone do „urodzonej” szlachty. I oto sąsiad jego, imć p. Michał de Montaigne, otrzymuje toż samo odznaczenie! Brantóme, oburzony do żywego, wybucha w gorzkich refleksjach na ten temat.

Henryk III przebaczył Brantome'owi jego zuchwalstwo, wszelako królewskie pokoje były odtąd dla niego zamknięte. Wówczas przyciągnął go do siebie książę d'Alencon, mianując go swoim szambelanem. Książę próbował stworzyć sobie partię z wszystkich niezadowolonych, zatem niełaska Brantome'a była mu na rękę. Owocem tej zażyłości jest właśnie Druga księga O paniach, której parę rozdziałów musiało być już spisanych za życia księcia. Jednakże d'Alencon umiera w r. 1584, a z nim rozpadają się ostatnie nadzieje Brantome'a.

Wówczas biedny dworak poczyna snuć szersze i zuchwalsze plany, z których sam się nam spowiada w ten sposób: „Postanowiłem sprzedać tę odrobine dobra, jaką posiadam we Francji, i udać się w służbę wielkiego króla Hiszpanii, wspaniałomyślnego i szlachetnego w wynagradzaniu usług. Tak tedy myślę nad tym i przetrawiam, i widzę, iż byłbym zdolen dobrze mu usłużyć, bowiem nie ma portu ani nadbrzeżnego miasta, którego bym nie znał doskonale, od Pikardii aż do Bajonny, z wyjątkiem Bretanii, gdzie nigdy nie byłem; znam również słabe punkty wybrzeża langwedockiego aż po Grasse w Prowancji.” Brantome zamyślał tedy ni mniej ni więcej jak zdradzić Hiszpanii słabe punkty portów francuskich i, w danym razie, sprowadzić najazd wojenny na Francję, Zauważyć należy, iż o tym zamiarze nikt nigdy by nie wiedział, gdyby on sam nie wyspowiadał się zeń z taką dobrodusznością: dowód znanego zresztą faktu, iż pojęcia patriotyczne w dzisiejszym znaczeniu w tej epoce jeszcze nie istniały

I były najzupełniej podporządkowane wybujałej swobodzie indywidualnej i pojęciom kastowym. Brantome chce zresztą prosić króla Francji o zwolnienie z obowiązków poddanego: „Mniemam, iż nie byłby mógł odmówić mojej prośbie, bowiem każdemu wolno jest zmienić ojczyznę i obrać sobie inną. To pewna, iż gdyby mi był odmówił, byłbym opuścił Francję tak samo, ni mniej ni więcej, jak sługa, który pogniewa się na swego pana i chce go poniechać; a jeżeli ten nie chce go zwolnić, nie jest naganną rzeczą zwolnić się samemu i oddać się innemu panu.”

Brantome w rozmyślaniach swoich nieraz powraca do tej kwestii: w innym miejscu, mówiąc o konetablu Burbonie, zwalcza skrupuły tych, którzy godzą się wprawdzie, iż można opuścić ojczyznę, że wszelako nie godzi się ujmować za broń przeciwko niej. „Doprawdy! - wykrzykuje - oto mi dzielne filozofy-skrupulaty! Niechże ich febra ściśnie! Więc ja będę siedział cicho jak głupiec, a kto mnie tymczasem wyżywi? Natomiast skoro dobędę szpady z pochew, ona mi da jeść i przymnoży chwały w dodatku!”

Rzeczywistość jednak udaremniła te awanturnicze plany. Wybuchła wojna Ligi, majątki spadły w wartości, niepodobna było znaleźć nabywcy, a bez pieniędzy nie sposób szukać szczęścia w Hiszpanii. Brantome pociesza się jak może: „Tak to człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi! Bóg wie, co robi: możebna, iż gdybym był ziścił moje plany, byłbym uczynił więcej złego mojej ojczyźnie, niźli uczynił swojej ów renegat z Algieru; i że dla tej przyczyny byłbym na wieki przeklęty u Boga i u ludzi.”

Sądzić można, iż południowa fantazja unosi Brantome'a i każe mu się drapować w płaszcz czarnego charakteru; nie wydaje się prawdopodobnym, aby w tym doskonale przeciętnym charakterze dzielnego szlachcica swojej epoki był materiał na „zdrajcę” w wielkim stylu.

Wówczas zachodzi wypadek, który stanowi bolesny zwrot w całym życiu Brantome'a. Pada nieszczęśliwie pod konia, który gniotąc go łamie mu wszystkie żebra: Brantome na cztery lata przykuty jest do łóżka, a na całe życie zostaje kaleką.

Kiedy podniósł się z łoża boleści, nie odnalazł już dawnej swej Francji. Żelazna ręka Henryka IV ujęła rządy kraju, a w nowym porządku rzeczy zagineło owo ulubione życie dworu ostatnich Walezjuszów. Brantome nie znalazł tam miejsca dla siebie, zdrowie jego przykuwało go zresztą do domowego spoczynku, w którym wreszcie od śmierci starej królowej matki (1589) zagrzebał się już zupełnie.

„Chafouer le papier”, oto wzgardliwa nazwa, jaką stary żołnierz, dworak i podróżnik nadaje swoim przymusowym wczasom literackim. Niewątpliwie Brantome zabawiał się piórem i wprzódy; całe ustępy jego dzieł musiały powstać już za jego bardziej czynnego życia, przynajmniej w formie zapisków; jednakże z drugiej strony można sądzić, iż dopiero ten zwrot w jego życiu sprawił, iż intensywniej niż wprzódy zaczyna uprawiać tę niwę swojej bujnej indywidualności.

W r. 1590 Brantome udał się złożyć pokłon królowej Nawarry, pędzącej życie w zamku Usson w Owernii. Ofiarował jej rozprawę Rodomontades espognoles i przedstawił spis innych dzieł, które miał na warsztacie. Brantóme, dla którego w osobie Małgorzaty de Valois skupiały się obecnie wszystkie wspomnienia i wszystko, czym żył całą swą młodość i wiek męski, oczarowany był wdzięcznym przyjęciem, jakiego doznał od „jedynej pozostałej latorośli szlachetnego domu Francji, najpiękniejszej, najszlachetniejszej, największej, najwspanialszej, najwielkoduszniejszej i najdoskonalszej księżniczki w świecie”. W rozczuleniu przyrzekł jej ofiarować całość swoich dzieł, jakoż dotrzymał wiernie tego przyrzeczenia.

Oprócz literatury wypełniały stare lata Brantóme'a dwie namiętności. Budował i procesował się. Wśród ciężkich trudów i wielkim kosztem wzniósł zamek Richemond. Z sąsiadami pieniał się tak zawzięcie, iż jeszcze w testamencie spadkobiercom swoim zaleca usilnie prowadzenie dalej wszystkich jego procesów. Nękało go osamotnienie i podagra. Ostatnie lata jego wypełnione są skargami i goryczą. Umarł, zapomniany zupełnie od świata, w r. 1614.

Żadne z dzieł Brantome'a nie ukazało się za jego życia. Nie chciał tego mimo nalegań księgarzy, którym pokazywał, częściowo przynajmniej, rękopis i którzy „ofiarowali się wydrukować go za darmo”. Natomiast w testamencie swoim przekazuje wyraźne rozporządzenia co do wydania zostawionych rękopisów i nakłada ten obowiązek spadkobiercom, od spełnienia go czyniąc wprost zależnym prawo korzystania z sukcesji. „Zwłaszcza mają czuwać, aby na tytule drukarz nie umieścił innego nazwiska jak moje własne; inaczej bowiem byłbym pozbawiony owoców moich trudów i sławy, jaka mi się należy.” Z tego rysu i z bardzo szczegółowych rozporządzeń „technicznych”, jakie Brantome, co do wydania swoich dzieł, zostawił w testamencie, widzimy, iż lekceważenie okazywane przezeń dla swoich zabaw literackich z czasem zmieniło się w pieczołowitą troskliwość zawodową.

Mimo tych tak wyraźnych zaleceń ani bratanica jego hrabina Duretal, ani żaden ze spadkobierców nie wypełnili życzeń testatora. Być może lękali się skandalu, może też nie uzyskali pozwolenia królewskiego. Rękopis pozostał w zamku Richemond, jednakże z biegiem czasu wieść o nim rozchodziła się coraz szerzej, poczęły krążyć odpisy. Wreszcie ukazały się, odbite drukiem w Holandii, najpierw Pierwsza księga o paniach pt. Vies des dames illustres (1665), następnie, w r. 1666, dalsze pisma. Razem wydanie to obejmowało dziewięć tomów elzewirowych. Wydanie to, jak również i następne z XVII i XVIII wieku, dokonane były, obyczajem ówczesnym, wedle wątpliwych nieraz odpisów; dopiero w r. 1822 ukazało się wydanie sięgające do manuskryptów znajdujących się w posiadaniu rodziny Bourdeille. Ostatnią, najlepszą i najbardziej wyczerpującą redakcją pism Brantome'a jest wydanie z r. 1858 z przedmową i przypisami Prospera Merimee (Paris, P. Jeannet, Bibliotheque Elzev-irienne, tomów 13). Obejmuje ono:

KSIĘGI O MĘŻCZYZNACH:

Księga I. Żywoty wielkich rycerzy ubiegłego wieku.

Część I: Żywoty wielkich rycerzy cudzoziemskich ubiegłego wieku (75 życiorysów).

Część II: Żywoty wielkich rycerzy francuskich ubiegłego wieku (124 życiorysy).

Księga II. Rozdział I: De tous nos courronnels francais et maistres de camp.

Rozdział II: Rozprawa o pojedynkach.

KSIĘGI O PANIACH:

Księga pierwsza o paniach (zwana Vies des dames illustres).

Księga druga o paniach (Vies des dames galantes).

Prócz tego szereg pism pomniejszych i drobiazgów, jak Rodomontades espagnoles etc.

* * *

Brantome, jak się nam w życiu i w pismach swoich (poza talentem pisarskim) odzwierciedla, jest doskonałym typem współczesnego szlachcica francuskiego. Jest nawet w kroju jego postaci, tak samo jak w jego umysłowości pewna miara, pewna przeciętność, która właśnie czyni go t y p e m. Jest odważny, chciwy przygód, ale bez nieopatrzności i bez przesadnego junactwa. Ma z natury odruchy raczej pańskie i bezinteresowne, ale w rozpamiętywaniach swoich gorzko nad tym ubolewa. Jest hardy, ale ogląda się nieustannie na łaskę możnych. Posiada dość wykształcenia, ale przeważnie na ten użytek, aby j akimś przekręconym przykładem z Plutarcha lub Pliniusza okrasić pieprzną anegdotę; poza tym tkwiący niemal we wszystkich przesądach swojego wieku. Dumny ze swojej Francji i bezwiednie w niej rozkochany, ale zarazem gotów, z całą świadomością, dla błahej prywaty „ściągnąć na nią największe nieszczęścia”. Wreszcie, w religijnych kwestiach niemal obojętny, posiada ów naturalny sceptycyzm człowieka, który wiele żył po świecie i wiele podróżował; nie ma zaciekłości względem hugonotów, pomiędzy którymi liczy wielu osobistych przyjaciół, ale ze spokojnym sumieniem gotów jest powtarzać o wyznawcach Reformy najpotworniejsze baśnie. Oto Brantome jako człowiek, „wizerunek człowieka poczciwego” współczesnej Francji. Na tle ówczesnej epoki jest on może najbardziej podobny do tego typu, jakim był inny ogromny talent literacki, Jan Chryzostom Pasek, na tle Polski XVII wieku.

Mimo tej pewnej przeciętności jeden jest rys w Brantomie, który dowodnie świadczy o jego przynależności do owej wspaniałej rasy ludzi Odrodzenia, a mianowicie ta niesłychana

bujność, ta bezwzględna afirmacja wszystkiego, co jest życiem, ten fanatyczny kult dla energii we wszystkich jej przejawach. Rys ten jest tym bardziej imponujący, ile że Brantome w okresie spisywania swoich wspomnień był starcem złamanym długoletnią chorobą. Ten kult tryska z każdej karty jego książki; wyraża się w jego wybuchach zachwytu, w zabawnych irytacjach, w przykładach dobieranych z historii, w sposobie ich komentowania. Odwaga i dziarskość u mężczyzny, piękność i hojność miłosna u kobiety - oto jedyne credo Brantome'a: „...inym niechay kat świci; bowiem zwrok powinien się zawżdy rozciągać ieno na to, co nadobne, y unikać szpatoty iako może.” W zachwyt wprawia tak samo Brantome'a „piękna zemsta”, której przykłady niejednokrotnie przytacza z naocznych swoich wspomnień: „Na nic się to nie zdało, ieno po iakley sześci, abo siedmi lat, urósłszy w wiek y odwagę, uczynił wyprawę na mordercę swego oćca, tak grzecznie y składnie, iż iednego dnia, wszedłszy chyłkiem do iego domu, zabili iego, iego żenę, iego syny, iego córki, wszytkie iego domowniki, zgoła do psów, kotów y wszytkiego, co było żywe w domu. To się nazywa wziąć pomstę, nie oszczędzaiąc ani kropli krwie!” (Vies des grands capitaines).

Pomimo trzynastu tomów, jakie obejmuje wydanie zbiorowe pism Brantome'a, i mimo że inne jego książki nie są bynajmniej pozbawione historycznego interesu, Brantome pozostał dla potomności jedynie niemal i wyłącznie autorem Żywotów pań swawolnych. Raz przez skandaliczny rozgłos, jaki dla jej tematu i zawiesistości jej języka przylgnął do tej książki, z krzywdą dla niej i dla jej autora; po wtóre dlatego, iż w żadnym z jego dzieł niepospolity talent pisarski Brantóme'a nie rozlewa się tak bujno i swobodnie. Jego „Żywoty wielkich rycerzy” i „Żywoty pań dostojnych” to ciężkie nieco, a bezładne, wzorowane na starożytnych autorach biografie, w których nie brak wprawdzie hojnie rozsypanych rysów żywych i charaksterystycznych, lecz w których koinwencjonalność pochwał, uszanowanie i ostrożność ciągłe nakładają pęta werwie pamiętnikarza. Nic podobnego w Żywotach pań swawolnych. Tutaj namaszczony historiograf zmienia się w przemiłego gawędziarza, rozbawionego gadułę, który z przeżyć i rozmyślań swego barwnego i urozmaiconego życia destyluje te opowiastki zwięzłe, żywe, epigramatytzne niemal i wpół dla nas, wpół dla siebie, aby umilić sobie wspomnieniami smętek przymusowej bezczynności, spisuje to, co w ciągu swych niespokojnych kolei widział i zauważył.

Jako rasowy Francuz widział przede wszystkim kobietę. Patrzy na to osobliwe stworzenie oczyma naiwnego zaciekawienia; wszystko go w niej interesuje: anatomia, umysłowość, skłonności, obyczaje, wszystko to opisuje wiernie z współczesnych żywych wzorów, czerpanych w najwyższych, często koronowanych sferach, nie przebierając zgoła w wyrażeniach, wciskając subtelne nieraz obserwacje w język zabawnie kłócący się ze swoim tematem, czasem paradny naiwnością, czasem monstrualny bezwstydnym obnażeniem i lubowaniem się w szczegółach, a mimo to zawsze okraszony na wskroś sceptycznym i filuternym uśmiechem dworskiego bywalca.

W Brantomie jako kronikarzu należy podnieść jeden rys bardzo dodatni: mimo iż obraca się stale w tak łakomych dla miłości własnej tematach, jak kobiety, wojny i pojedynki, i jakkolwiek możemy przypuszczać, iż miałby w tej materii o sobie niejedno do powiedzenia, nigdy osoby swojej nie wysuwa na pierwszy plan opowiadania, przeciwnie, osłania ją pełną umiarkowania dyskrecją. Ten rys daje nam znaczne gwarancje prawdomówności jego jako dziejopisa i malarza obyczajów, oczywiście z nieodłączną na owe czasy poprawką domieszki fantazji, kursujących bajeczek, nieścisłości w powtórzeniu etc. Dwa razy może jedynie w toku książki Brantome wykracza przeciw swej wstrzemięźliwości. Raz, kiedy on, zazwyczaj tak zwięzły, rozwodzi się w nieskończenie długim opisie nad pozbawionymi wszelkiego interesu dziejami poznania swego z margrabiną del Guast; czuć tu jednak nieodpartą potrzebę rozgadania się w żałosnym wspomnieniu nad uśmiechem szczęścia, którego nie umiał wyzyskać; drugi raz to w owej również długiej, a mało interesującej przygodzie brata swego u królowej Nawarry, zamieszczonej wyraźnie dla niewinnej przyjemności zaznaczenia, iż królowa Nawarry mówiła do brata jego „mój kuzynie”.

Książka Brantome'a ma opinię wysoce gorszącą. Nie mówię tu o tej kategorii czytelników, którzy szukają w Brantomie „pornografii”; co do tych, milej by mi było, aby nie brali tej książki do ręki. Ale w ogóle przyjęte jest mówić i pisać o bezprzykładnym zepsuciu Brantome, „godnego historiografa zwyrodniałych Walezjuszów i ich zepsutego dworu” itd. Zwłaszcza bogobojni Niemcy używają sobie pod tym względem. Pozostawiam uczonym historykom dociekania, o ile dwór Walezjuszów mniej albo więcej był „zepsuty” od dworu Ludwika XIV, Regencji lub Ludwika XV. Pozwolę sobie jedynie zauważyć, iż nie ma i nie było takiego kawałka społeczeństwa, którego sprawy i czyny opowiedziane z prostotą i naiwnością stylu Brantome'a nie zdawałyby się czymś monstrualnym i nie obrażały grubo dzisiejszej naszej wstydliwości. To zatem, co czyni, dla naszego poczucia, jaskrawości książki Brantome najbardziej rażącymi, to właśnie naiwność jego stylu i poniekąd jego niewinność: niewinność jak gdyby dziecka, które z zainteresowaniem budzącej się płci ogląda swoje niepokojące je szczegóły anatomiczne, jak gdyby je po raz pierwszy widziało. Można się o tym przekonać: najbardziej obrażają nasze uczucia wstydliwości te ustępy, w których Brantome oddaje się dociekaniom anatomicznym, obierając sobie, z całą dobrodusznością, za modele swoje koronowane osobistości. Ale w zamian czyż np. szczegół przytoczony przezeń o anatomii Elżbiety Angielskiej nie więcej nam tłumaczy dolę nieszczęsnej Marii Stuart niż cały piękny dramat Schillera?...

Nie wszystko zresztą, co mieści się wtej książce, możemy włożyć na osobisty rachunek Brantóme'a. Pełno tu jest tych iovialitates, które, od Boccaccia począwszy, szły z Włoch na całą Europę i tak samo dotrzeć mogły na komnaty Luwru, jak zbłąkać się pod zacną lipę Jana z Czamolasu, którego księga fraszek, pisanych „dobrym towarzyszom gwoli”, pod względem „trefnego y sprośnego rzeczenia” nie ustępuje bynajmniej Paniom swawolnym. Różnica głównie jest ta, że w Figlikach Reja, Ogrodzie fraszek Potockiego itp. z tych samych wzorów przyswoił sobie polski „geniusz rasy” bogatą niwę epigramu skatologicznego, obracającego się nieodmiennie około spraw związanych z trawieniem, podczas gdy w umysłowości francuskiej znalazł wdzięczniejszy grunt pierwiastek erotyczny.

Oprócz wpływów włoskich przewijają się w Brantomie reminiscencje klasyczne, po których, obyczajem wszystkich współczesnych autorów, buszuje niemiłosiernie. Klasycyzm ów stanowi jakby nagminną chorobę pisarzy XVI wieku całej Europy. Każde zdanie, twierdzenie, uwaga ciągnie za sobą zazwyczaj ogon cytat, anegdot, wywodów z Plutarcha, Pliniusza, Cycerona etc. Dość powiedzieć, iż nawet dobry pan Rej z Nagłowić czuje się w obowiązku streścić na użytek braci sąsiadów doktrynę Platona, a czyni to w następujący sposób: „A iako piszą o Platonie, o owym sławnym mędrcu, iż barzo rad patrzał na te swowolne a wszeteczne krotofile a sprawy ludzkie, to się im uśmiawszy a nadziwowawszy, zasię to powoli dyscypułom przyszedłszy rozważał, iako to są rzeczy zelżywe a sprośne, a poczciwemu nieprzystoyne, aby się z tego karali, a na potem się tego przestrzegali.” (Żywot człowieka poczciwego, rozdz. VI). Starożytne anegdoty, krążące w pewnej ilości, powtarzają się, niemal wciąż te same, u rozmaitych pisarzy. Tak np. w całej Europie, od Sekwany po Wisłę; wentylowana jest kwestia wielkoduszności Scypiona, który w niepojętym bohaterstwie, przed szesnastoma wiekami, nie zgwałcił jakiejś pojmanej branki: nasz Górnicki i Modrzewski wysławiają go za to pod niebiosy, Montaigne chwali z umiarkowaniem, Brantome czyni sceptyczną uwagę, że trzeba by się wprzód „zapytać tey paniey, co sądzi o takowey strzemięźliwości. Możebna, odpowiedziałaby...” etc.

Ale co stanowi już własną, o wiele cenniejszą część książki Brantome'a, to owo cudowne spojrzenie, jakie nam ona dozwala zapuścić w te zamki, gdzie w dużych, półmrocznych komnatach, przy blasku drew na kominie i migocących pochodni, w zimowy odwieczerz ciągną się owe rozhowory, dyskusje i „trefności”; w te ogrody, po których stare ochmistrzynie o „słabych nogach i zwroku” na próżno starają się doścignąć swoje panie przed końcem alei, aby je ustrzec od niechybnego grzechu; w te dusze proste i zapamiętałe, w te bujne i krwiste temperamenty: wszystko to rozsnuwa przed nami książka Brantóme'a niby cudny haft wyblakłego starego gobelinu, podobny temu, na którym on sam oglądał historię biednego mistrza Jana z Meung i obrażonych przezeń pań dworskich. Dzięki niemu wiemy, czym zabawiali się najwyżsi dostojnicy państwa „nie wiedząc, co z czasem począć”; słyszymy, o czym gwarzyli sobie z cicha rycerze leżąc z rusznicą w okopach La Rochelle; znamy piosnki, jakie opowiadały mu, czerpiąc we wspomnieniach z czasu króla Franciszka, „godne wiekowe panie”; ba, nawet historię rękawiczki słynnego rycerza Delorges poznajemy z opowieści „starszych dworzan”, naocznych jej świadków. Cóż rozkoszniejszego jak owa pani, co to „życzyła stać się zimą, a iżby iey miłośnik był ogniem”, a potem „iżby się stała wiesną, a iey przyiaciel ogródkiem całym w kwiatach”, a potem chciała „stać się latem, a owo aby iey miłośnik był źrzódłem iasnem y ślniącem”, „przedsię ku końcu pragnęła na swoią iesień wrócić do pirwszey swey postaci y stać się białą głową, a iey miłośnik mężczyzną, aby znowu oboie mieli zmiarkowanie, dowcip a rozum, aby pozierać a rozpamiętować całe minione ukontentowanie y żyć w onych wdzięcznych wyobrażeniach a rozpamiętywaniach upłyniętych y aby wiedzieć a uradzać ze sobą, iaka pora im była barziej sposobna a rozkoszliwa”.

Albo ten jakże „nastrojowy” obrazek zimowego wieczoru: „Ażaż niedobrze też iest w zakamarku kole ciemnego łóżka, dokąd oczy inych osób (ile że grzeią się naprzeciw ognia) przenikała barzo niecałkowicie abo też owi, siedząc wpodle na skrzyniach i na łożach po kątach, takoż się bawią miłośnem rzemięsłem; abo też widząc ich, iako się trzymała blisko iedni drugich, mnima się, iż to z przyczyny zimna y aby trzymać się barziey ciepło: przedsię owi czynią słodkie rzeczy, ile że pochodnie stoią z boku dobrze odsunięte, abo na stole, abo na kredency.”

I jeszcze jedno. Kiedy czytamy tę księgę, całą poświęconą, jak mówi dedykacja, „wesołym” sprawom, widzimy zaraz w jej pierwszych ustępach, jak te słodkie historie ociekają od przelanej krwi, jak spazm pieszczoty splata się ze spazmem konania.

Oto „iny, który uśmiercił służkę swoiey żeny y barzo go dręczył, iżby sama pomarła od męczeństwa, iż widzi ginącego w mękach tego, którego tak miłowała i ściskała w ramiona”.

„Iny znów we świecie zabił swoią żenę w samym śrzodku dworu...”

„Iny wszedł do niey sam, bez orszaku, y udusił ią swoią ręką y iey własną szarfeczką...”

„Słyszałem o iedney, którą gdy iey mąż, staruch, przychwycił na takowym uczynku, dał iey truciznę, od którey chramała więcej roku y wyschła iak drewno; a zaś mąż często ią nawiedzał y cieszył się z tey niemocy, y powiedał, iż ma to, co się iey należy...”

I tak ciągnie się ta krwawa litania przez kilkanaście stron: mimo woli trudno się oprzeć myśli, iż patrzy się na zaciętą i nieubłaganą wojnę, w której kobieta, walcząca dla płci swojej, dla przyszłych pokoleń o prawo do życia i rozrządzania sobą, krwią własną i swoich „służków” znaczy pobojowisko. Rozczulające niemal jest patrzeć, jak fanatycznym, przekonanym, tkliwym, wyrozumiałym obrońcą, sojusznikiem kobiety jest w tej walce Brantome; jak wszystko jej przebacza, wszystko darowuje, jak szuka przykładów w starożytności, w św. Augustynie, w logice, w religii, jak je gromadzi i piętrzy wśród mnóstwa naiwnych i przezabawnych paradoksów, wszystko ku obronie kobiety a pohańbieniu tych „iadowitych grzybków, głupich mózgowczych, podeźrzliwych, nieprzezpiecznych rogali”.

Jednym z czarów Brantome'a jest jego język. Brantome nie jest stylistą; pisze w najwyższym stopniu niechlujnie, niedbale, nieliteracko, gubi się i bałamuci, ile razy zdarzy mu się webrnąć w jakiś okres żywcem przeniesiony z łaciny, niejednokrotnie zapomina, gdzie podmiot, a gdzie orzeczenie, a z tym wszystkim język jego ma taki urok bezpośredniości, taką żywość, naiwność, jędrność, tyle nieraz dowcipu i subtelnej ironii właśnie w swej niezaradności, że milszy jest od całego oceanu gładkich literacko wypracowań. Dla tego języka trzeba było znaleźć odpowiednik w języku polskim, w czym przez najnaturalniejszą asocjację nastręczał się współczesny język polski z XVI wieku, Tłumaczowi należało tedy jedynie sięgnąć w ów bujny okres literatury naszej, rozczytać się w Reju, Modrzewskim, Kochanowskim, a przede wszystkim w nieocenionym tu właśnie pod względem językowym Górnickim i jego Dworzaninie. Jednakże jedyną myślą przewodnią tłumacza była chęć możliwie najwierniejszego oddania charakteru książki Brantome'a z zachowaniem jej całego swoistego wdzięku, nie zaś chęć przestrzegania jakiejś idealnej filologicznej wierności. Zresztą nie ulega kwestii, iż gdyby polski pisarz w XVI wieku przekładał Brantome'a na język polski, byłby musiał stworzyć do tego celu język zdolny pomieścić wszystkie odcienia tego egzotycznego tematu. W pracy tej wskazanym się zdawało zachowanie ogólnej archaizacji, bez obciążania tekstu słowami i formami zbyt przestarzałymi, które w czytaniu wpłynęłyby ujemnie na jego płynność. Pisownia staropolska w pierwszej chwili może utrudnia czytanie, jednakże zdawała się ona niezbędna jako najskuteczniejszy środek złagodzenia, bodaj dla oczu. jaskrawości tekstu. Wreszcie co do imion własnych, tłumacz uważał za wskazane spolszczać je w taki sposób, w jaki musiałyby się prawdopodobnie spolszczyć w ustach szlachty polskiej XVI wieku; w czym szedł za wzorami zawartymi między innymi w Panu Tadeuszu (książę Dynasów).

Zdaję sobie sprawę, iż wiele osób weźmie mi za złe przyswojenie tej książki piśmiennictwu polskiemu; jednakże, kto zdolny jest odczuć - poprzez drastyczności formy, właściwe całej współczesnej epoce - wartości ludzkie, historyczno-obyczajowe i literackie w niej zawarte, ten mniej surowym okiem będzie patrzał na tę pracę. Co do mnie, tyle znalazłem niewinnej rozkoszy w tej igraszce polskiego języka, iż nie mogłem oprzeć się pokusie przeszczepienia na naszą ziemię gałązki tej winnej latorośli, która się u nas nie rodzi, wyrosłej przed wiekami tam, pod tym słońcem, które się u nas nie śmieje...

Boy

Kraków, w maju 1913 r.

IEGO KRÓLEWSKIEY WYSOKOŚCI NAYDOSTOYNIEYSZEMU XIĄŻĘCIU ALANSONU, BRABANCYEY Y GRABIEMU FLANDRYEY, SYNOWI A BRATU NASZYCH KRÓLÓW

WASZA KRÓLEWSKA WYSOKOŚCI!

Iako iż W.K.W. czyniła mi nieraz ten zaszczyt, aby ugwarzać ze mną na dworze barzo poufale o wielu trefnych rzeczeniach a opowiastkach, które W.K.W. są tak przyrodzone a zwłasne, rzekłbyś, iż rodzą się Iey w uściech w iednem mgnieniu oka, tak dowcip W.K.W. iest rozległy, bystry a subtylny y rzeczenie również takie, a przy tym barzo ozdobne, iąłem się składać oto, tedy y owędy, nalepiey iako mogłem, one niektóre rozprawki, iżby, ieśli nieiakie z nich przypadną do smaku W.K.W., dały Iey wdzięcznie przepędzić czas y przypomnieć Iey o mnie y o naszych pogwarkach, iakiemi W.K.W. raczyła niekiedy poczcić mnie, swego powolnego dworzanina.

Przypisuję przeto W.K. Wysokości te xięgi y błagam Ią, aby raczyła wesprzeć ie swoiem imieniem, a powagą, zanim przyłożę się do rozpraw w statecznieyszey materyey. Uźrzy hnet W.K.W. iednę, będącą nie prawie na ukończeniu, gdzie wywodzę porównanie sześci wielgich xiążąt a hetmanów górujących dziś w naszem krześciiaństwie, którzy są: król Hendryk III, brat W.K.W., Wasza Królewska Wysokość, król Nawarry, szwagier W.K.W, xiążę Giz, xiążę Menu y xiążę Parmeńskie, przytaczając wszytkich Waszych Dostoyności co naypięknieysze cnoty, ozdoby, przewagi a zacne uczynki, w których osądzeniu zdaię się na godnieyszych, lepiey to zdołaiących uczynić ode mnie.

Podczas, Wasza Królewska Wysokości, proszę Boga, aby Ią pomnażał zawżdy w Iey wielgości, pomyślności, a dostoieństwie, którey iestem na zawsze

nayniższym a naypowolnieyszym poddanym y barzo przywiązanym sługą

Bourdeille

ŻALE NA ŚMIERĆ XIĄŻĘCIA ALANSONU

Przypisałem był ona drugą część xiąg o białych głowiech naydostoynieyszemu xiążęciu Alansonu, iako iż wyrządzał mi tę cześć, iż mnie miłował y rozmawiał barzo poufale ze mną y chciwy był słyszeć dobre opowiastki; owo, chocia iego wspaniałe a mężne y szlachetne ciało spoczywa iuż w ziemi pod iego zasłużonym mieczem, nie chciałem wszelako odwoływać moiego daru, ieno oddalę go iego dostoynym popiołom y boskiemu duchowi, o którego cnotach y wielgich uczynkach a przewagach mówię osobno, iako o inych znacznych xiążętach a hetmanach: bowiem, wierę, był miedzy nimi godny iak mało kto we świecie, chocia pomarł barzo młodym.

Owo dość mówić o rzeczach żałosnych, godzi się nieco pomówić o wesołych.

ROZPRAWA PIRWSZA

O białych głowiech, które paraią się postronnem miłowaniem y malżonki swe kładą pomiędzy rogale

Iako iż białe głowy uczyniły fundacyą stanu rogatego y ony to mężczyzn czynią rogalami, umyśliłem włożyć tę rozprawę w one xięgi o paniech, chocia rzecz w niey będzie po równi o mężczyznach, co o białych głowiech. Wiem, iako ważę się na nie lada dzieło y iako nigdy bych mu nie podołał, gdybych chciał uporać się z niem do końca; bowiem na wszytkim papierze pariskiey kamery rachmistrzowskiej nie pomieściłby ani połowy onych historyów, tak mężczyźńskich, iako y białogłowskich. Toć mimo to spiszę, co podołam, a kiedy tchu mi nie stanie, naonczas przekażę pióro dyabłu abo iakiemu dobremu kompanowi, iżby ie podiął po mnie. Wraz exkuzuię się, ieżeli nie trzymam w tey rozprawie statecznego ordynku: wżdy tak wielga iest liczba onych mężów y onych pań, iż nie znam tak biegłego oboźnego, który by uzdolił sprawić miedzy nimi należyte szyki a porządki.

Prowadząc się tedy, iako mi się będzie zdało, rozpoczynam te opowieści w pięknym miesiącu kwietniu, który iest czas a pora na kukułki: rozumiem leśne, bowiem inych trefią się a spotyka podostatkiem po wszytkie miesiące a pory roku.

Owo tedy pośród naszych rogalów siła znachodzi się rozmaitych odmian; ba ze wszytkich nagorszy, y którego białe głowy strachała się nabarziey, iest rodzay onych zagorzalców, nieprzezpiecznych, mózgowczych, złych, iadowitych, okrutnych, krwiożerców a podeźrzliwych, którzy dręczą, katuią, zabiaią, iedni z racyą, drudzy bez racyey, popadaiąc w szaleństwo za leda podeźrzeniem; owo przed takową kompanią snadnie trzeba się mieć na baczności tak żenom, iako ich panom służkom. Wżdy znałem takie panie y ich slużków, którzy nie dbali na to, bowiem byli tak sierdzici iako y tamci, a zaś panie były wielgiego serca, tak iż kiedy chybiało odwagi galantom, same im iey przyczyniały; ile że wszelaka przygoda im barziey iest ślizga a nieprzezpieczna, tem więcey godzi się ią podiąć y dokonać we wspaniałości ducha. Ine znałem białe głowy, które nie miały żadnego serca ani hambitu, aby cytować ku rzeczom dużym, y paskudziły się ieno swoiemi mizernymi sprawami: iako to powiedaią: nikczemna iak k...a.

Znałem jedną godną białą głowę y nie z ledacyiakich, która, gdy uwidziała chwilę sposobną ku zażyciu rozkoszy z przyjacielem, a zaś ten przedkładał iey nieprzezpieczeństwo, iakie by wynikło, gdyby mąż, nie będący daleko, ich podchwycił, wzgardziła onym galantem y rzuciła go, bądź iż okazał się małego serca, bądź też iż chybił iey w potrzebie: ile że skoro rozmiłowaną damę gorącość krwie a ochota przypiera do uczynku, a zaś przyiaciel iey dla bądź iakiey przeszkody nie może abo nie chce zadowolić iey z miesca, nienawidzi takiego y gardzi nim iak nikiem w świecie.

Wierę, trzeba wysławiać odwagę oney paniey y inych iey podobnych, które nie lękaią się niczego, aby zadosyć uczynić swoiey pochoci, mimo iż podaią się na więcey nieprzezpieczeństw niżli żołnierz abo marynarz w co naysroższych potrzebach lądu y morza.

Pewna dama iszpańska szła raz na kownaty królewskie wiedziona przez dwornego kawalera; owo gdy przechodzili przez nieiaki zakątek postronny a przymroczny, ów kawaler, iakoby wynosząc się ze swey iszpańskiej czci a diskrecyey, rzekł iey: „Seńora, buen lugar, si no fuera vuessa merced.” Dama odrzekła mu ieno: „Si, buen lugar, si no fuera vuessa merced.” -„Otoć sposobne miesce, gdyby to była iensza iak wy, pani.” - „Wierę, barzo sposobne, gdyby to był ienszy jak wy, panie.” Tak oto wyszydziła go y w hańbę podała za ona miętkość, iż nie

wziął od niey w tak sposobnem miescu to, czego żądał y czego ona pragnęła; oo byłby uczynił ienszy, śmielszego przyrodzenia: za czym straciła serce ku niemu y poniechała go.

Słyszałem o iedney barzo cudney y znamienitey paniey, która zwoliła swemu przyiacielowi, iżby z nią spał, ieno iż ma nie dotknąć iey w żadnym sposobie ani się brać do samey rzeczy: czego tamten dotrzymał, trwaiąc całą noc w wielgiey żądzy, pokusach a powściągliwości; za co owa pani go tak uczciła, iż w niedługi czas potem dała mu ukontentowanie, podaiąc za swą racyą, iże chciała doświadczyć iego miłości przez posłuszeństwo w tym, co mu nałożyła. Za co miłowała go późni tem barziey, mnimaiąc, iż zdolen by był uczynić na drugi raz iną rzecz równie znaczną co ta, która była z nayznacznieyszych.

Mogą niektórzy wychwalać tę strzemięźliwość abo tę małoduszność, ini zasię nie: zdaię się na mnimania y racye, iakie mogliby wywieść partyzanci iedney y drugiey strony.

Znałem iedną panią, cale znamienitą, która gdy dała zezwolenie swemu przyiacielowi, aby przyszedł z nią spać iedney nocy, tenże przybył całkowicie przysposobiony, w koszuli, iżby spełnił swoią powinność; wżdy że to było w zimie, przymarzł tak po drodze, ba, wszedłszy w łoże nie mógł nic dokonać y troskał się ieno o zagrzanie członków; za co pani owa znienawidziła go y nie dbała iuż oń.

Iensza pani, gdy uradzała o miłości z pewnym szlachcicem, tenże powiedział iey, miedzy inymi rozmówkami, iż gdyby przyszło mu lec z nią w łoże, doliczyłby do sześci potykań, tak barzo iey cudność zalazła mu za skórę. „Barzo o wiele chełpicie się, rycerzu - rzekła pani. - Za czym zamawiam was na tę a na tę noc.” Iakoż nie omieszkał się stawić; ba nieszczęściem dla niego, gdy iuż był w łożu, przyszedł nań taki skurcz, oziębienie humorów, a oporność przyrodzenia, iż nie mógł doliczyć ani do iednego; za czym pani rzekła doń: „Zali nic inkszego nie chcecie uczynić? Owo pomykaycie precz z łożnice; nie naięłam wam iey iakoby łóżka w gospodzie, iżbyście w niem zażywali wczasów a wypoczynku. Tedy pomykaycie, powiedam.” Y tak go odprawiła, naśmiewając się potem barzo z niego y nienawidząc gorzey morowey zarazy.

Szczęście byłoby onemu dobremu panu, gdyby był miał przyrodę cnego wielgiego protonotara Baroda, iałmużnika króla Franciszka, który, kiedy mu się trefiło przyspać z iaką panią ze dworu, liczył co namniey do dwunastu, ba, rano ieszcze powiedał: „Odpuście mi, pani, ieślim godniey nie uzdolił, wżdy brałem medykament wczora.” Znałem go póżniey; był to tęgi Gaskończyk: zrzucił sukienkę y zwano go kapitanem Barodem; siła mi historyów naopowiedał, wszytkie z imienia y nazwiska.

Na stare lata opuściła go ta męska y weneryczna krzepkość; za czym popadł w niedostatek, mimo iż swoiego czasu uszczknął był sobie niezłe kąski z tego, co mu przynosił iego instrument; ba, wszytko przetrwonił y iął się warzenia a destiiowania esencyi. „Wżdy - powiedał -gdybych mógł, iako w moich młodszych leciech, destilować ieszcze esencyę nasienną, lepiey bych radził sobie w moich sprawach y lepiey by mi się działo.”

Podczas ostatnich woyen Ligi pewien godny szlachcic y iunak nie lada wyszedłszy z fortecy, nad którą miał przełożenstwo, y ruszywszy w pole, a nie mogąc za powrotem zdążyć na czas do swego garnizonu, zaiechał na noc do iedney piękney, zacney y znamienitey damy, która zaprosiła go, iżby tam przespał; od czego się nie wymawiał, bo był utrudzon sielnie. Podkarmiwszy go tedy smacznie przy wieczerzy, pani dała mu swoią kownatę y swoie łóżko, ile że wszytkie iensze izby były ogołocone z przyczyny woyny, a zaś statki pochowane, gdyż miała barzo nadobne. Zasię pani sama ścisnęła się w alkierzu, gdzie miała proste łóżeczko na czas dnia.

Szlachcic, nawzbraniawszy się siła brać tę kownatę y to łoże, prośbami oney paniey zniewolony był ie zaiąć: za czym ułożył się y hnet usnął snem barzo głębokim. Ba cóż! ta pani przyszła ku niemu ułożyć się obok, on wszelako nic nie poczuł ani zrazu, ani przez całą noc, tak barzo był zdrożony y zmorzony snem; spoczywał tedy aż do wielgiego dnia nazaiutrz, aż gdy się zaczął budzić, ona pani odchodząc odeń rzekła mu: „Nie spałeś, wasza miłość, iako

widzisz, bez kompaniey, bowiem nie radam była opuścić ci całey łożnicy y zażywałam iey połowy tak dobrze iako y ty. Byway: przepuściłeś okazyą, którey iuż nie odzyszczesz nigdy.”

Szlachcic, klnąc y biadaiąc nad straconą fortunką (a było od czego się obwiesić), chciał ią zatrzymać a ubłagać: wżdy na nic się to nie zdało y pani poszła barzo rozżalona przeciw niemu, iż nie ukontentował iey tak, iak chciała, gdyż nie przyszła tam po ieden raz (iako to mówią, ieden raz iest w łożnicy iako sałata do obiadu) y nie przybyła tam dla liczby poiedynczey, ba dla, mnogiey, którą wiele białych głów woli w tey rzeczy niźli co inego; cale przeciwnie od iedney barzo cudney y poczciwey paniey, znaiomey mi, która gdy raz zamówiła swego galanta do siebie do łóżka, ten w iedno mgnienie oka trzy razy sprawiedliwie ią obrócił; za czym gdy chciał uczynić to samo raz czwarty y ine ieszcze mnogie razy, ona sama rzekła mu, prosiła y nakazała, iżby wyszedł z łoża a oddalił się. Ów, równie rzeźwy iak wprzódzi, okazuie iey swoią gotowość do boiu y przyrzeka raczyć ią całą noc do białego rana; iako że, pry, dla takiego drobiażdżku krzepkość iego bynamniey nie osłabła. Aż ona: „Zadowól się tem (prawi), iżem poznała twoie siły, które są barzo wdzięczne y dostało, y w swoiem czasie a miescu będę umiała lepiey ich zażyć niż teraz; bowiem dość byłoby przypadku, aby nas tu odkryto, a gdyby mąż móy to wiedział, hnet byłabych zgubiona. Byway więc, rycerzu, aż do lepszey a przezpiecznieyszey okazyey, a wonczas swobodnie użyię cię na wielgą bitwę, a nie na tak lichą potyczkę.”

Siła iest białych głów, które nie miałyby tego opamiętania, ieno opite rozkoszą y trzymaiąc iuż w mocy swego współzapaśnika, byłyby mu kazały walczyć aż do białego rana.

Ta godna pani, o którey powiedałem przedtem, była takiey przyrody, iż skoro przyszło na nią zachcenie, nigdy nie znała strachu ani baczenia na męża, chocia był srogi szyrmierz y barzo podeźrzliwy; ba mimo to taka była szczęśniaczka, iż ani ona, ani iey gachowie nie popadli w nieprzezpieczeństwo życia, iako że nigdy nie dali się przychwycić y zawżdy mieli się na pieczy, y rozstawiali dobre a czuyne straże. W czym iednak nie lza zbytnio ufać białym głowam, bowiem dość iest tu iedney nieszczęsney godziny, iako się to przygodziło niedawno rycerzowi mężnemu a walecznemu, który został ubit idąc spotkać się ze swoią lubką, a to dla zdrady, iaką mu zastawiła sama z nakazania męża: zasię gdyby nie był tyle zadufany w swoiem męstwie, byłby się miał na ostrożności y nie byłby zginął, czego była wielga szkoda. iawny to, wierę, przykład, aby nie ufać tyle rozamorowanym białym głowam, które aby ieno umknąć się okrutney ręce mężowskiey, tak tańcuią, iak tamci zagraią, iako uczyniła ta, która ocalała z życiem, a zaś przyiaciel iey śmiercią pomarł.

Bywaią ini mężowie, którzy uśmiercała niewiastę y iey gacha wraz oboie, iako to słyszałem o pewney barzo znaczney damie. Tey małżonek, zazdrosny o nią nie dla iakiegoś pewnie dokonanego uczynku, ale przez samą zazdrość y dla czczych pozorów miłości, uśmiercił swoią żenę od trucizny, w powolnych cierpieniach, z wielgą dla świata szkodą; poprzednio zaś zagładził iey służkę, barzo godnego człeka, powiedaiąc, iż pięknieysza iest ochfiara y barziey ucieszna ubić byczka wprzódzi, a po nim krowę.

Owo xiążę barziey było okrutne naprzeciw swoiey żenie niż późniey naprzeciw iedney ze swych córek, którą wydał za mąż też za znaczne xiążę, ba nie tak znaczne iak on sam, który był nie prawie monarchą.

Owo przygodziło się tey niebaczney niewieście, iż zaszła w ciążę z inym niż ze swoim mężem, który zabawił się w iakoweyś woynie; za czym urodziwszy foremne dzieciątko, nie wiedziała, komu się w pieczę oddać, ieśli nie swemu oćcu, któremu otworzyła wszytko przez iednego zaufanego szlachcica, posławszy go doń. Który usłyszawszy wiadomość przekazał mężowi, aby na gardło swoie nie ważył się godzić na życie iego córki, gdyż wówczas on by się targnął na iego życie y uczyniłby go naynędznieyszym z xiążąt krześciiańskich, iak to było w iego mocy; za czym posłał córce swoiey galerę wraz z orszakiem ludzi, iżby odebrali dziecko wraz z mamką; y zaopatrzywszy ie w przystoyne mieszkanie y opiekę, dał ie bardzo

godnie wyżywić y wychować. Wżdy po nieiakim czasie, skoro iey ociec pomarł, mąż śmiercią zgładził tę niewiastę.

Słyszałem o inym, który uśmierzcił służkę swoiey żeny w iey oczach y barzo go dręczył, iżby sama pomarła od męczeństwa, iż widzi ginącego w mękach tego, którego tak miłowała y ściskała w ramiona.

Iny znów we świecie zabił swoią żenę w samem śrzodku dworu, dawszy iey przez czas piętnastu lat wszytkie swobody w świecie y do syta powiadomiony o iey obyczaiu, tak iż nieraz przedkładał iey to y napominał ią. Owo nagle przystąpiła doń kolera (powiedaią, iż to było z namowy swego pana, barzo możnego xiążęcia) y w iedno rano przyszedł do niey do łóżka, kiedy miała wstawać, y pokładłszy się z nią, pofolgowawszy sobie y nacieszywszy się razem, ugodził ią kilkakroć mieczykiem, za czym dał ią dokończyć swemu słudze, a zaś potem rzucić do lektyki, y na oczach wszytkich wyniesiono ią z domostwa, aby ią pogrześć. Po czym odwrócił się y ukazował się na dworze, tak iak gdyby był dokonał naypięknieyszey rzeczy na świecie y chełpił się z niey. Rad byłby toż samo uczynić iey gachom, wżdy za wiele miałby do czynienia, bowiem miała y obdzieliła ich tylu, iż byłoby ich obstało na mały hufczyk woyenny.

Słyszałem o iednym barzo dzielnym y walecznym rycerzu, który maiąc nieiakie podeźrzenie na swą żenę, poiętą z barzo godnego domu, wszedł do niey sam, bez orszaku, y udusił ią swoią ręką y własną iey białą szarfeczką, po czym dał ią pogrześć naygodniey iak mógł y obecny był przy exekwiach cały w czerni, wieldze stroskany, y długi czas nosił po niey żałobne szatki: wiele ukontentowania było z tego biedney niewieście y snadnie mogła zmartwychwstać od takich ceremoniów! Nie zszedł ów rycerz bez potomstwa z oney paniey, bowiem miał z niey dzielnego syna, z naywalecznieyszych y naypirwszych w oyczyźnie, y który dla swoich postępków a zasług przyszedł do znacznych szarży, iako iż dobrze służył swoim królom a panom.

Słyszałem takoż o iednym możnym we Włoszech, który równie uśmiercił swoią żenę nie mogąc dosiąc iey galanta, który ocalił się do Francyey: ba powiedali, iż ią uśmiercił nie tyle dla iey grzechu, boć od dość dawna iuż wiedział, iż sobie folguie, y nie frasował się tem zbytnio, ale dlatego, aby poślubić iną panią, w którey się był rozmiłował.

Dlatego barzo iest nieprzezpiecznie oblegać y nastawać na kuper dobrze obronny, chocia oblegaią ie takoż, ba nie mniey niżeli ine, bezbronne, y dobywaią nawet, iako wiem o iednym, obronnym tak iak żaden iny we świecie. Był ieden szlachcic, dzielny, wierę, y odważny, który zapragnął z nim poigrać; ba y tem się nie zadowalał, ieszcze chciał chełpić się y rozgłosić swóy uczynek: takoż niedługo trwało, iak hnet został zabity przez nasadzonych ludzi, bez inego zgorszenia y bez krzywdy dla oney białey głowy, która wszelako długi czas strachała się y żyła w niepokoju, ile że była brzemienna y mnimała, iż po zlegnięciu, które by chciała, aby się o wiek opóźniło, y iey przygodzi się toż samo; wżdy iey mąż, dobry y miłosierny, chocia był z naytęgszych szyrmierzy we świecie, odpuścił iey, a nie było iuż z tego iney sprawy, nie bez wielgiego postrachu mnogich inych galantów, których miała: iakoby tamten zapłacił za wszytkich. Iakoż pani, uznaiąc łaskawość y miłosierdzie takowego małżonka, od tego czasu iuż mu tylko niewiele dawała przyczyny do podeźrzeń, bowiem była z dosyć strzemiężliwych y bogoboynych pań onego wieku.

Cale inaczey przydarzyło się w niedawnych leciech w królestwie Neapolu paniey Maryey z Awalos, iedney z nayurodziwszych xiężniczek tey krainy, zaślubioney xiążęciu Wenuzy; ta rozmiłowała się w grofie Andryańskim, też iednym z urodziwych xiążąt tey ziemi, y gdy oboie zmówili się na swoie igry a rozkoszki y mąż ich odkrył (opowiedziałbych, w iaki sposób, ba przydługo by to trwało) iakoby wespołek przytulonych w łożu, kazał ich uśmiercić oboie przez naiętych ludzi; tak iż nazaiutrz znaleziono owe dwie wdzięczne połowy a istoty, cale nieżywe y zakrzepłe, porzucone a wyciągnięte na kamieniach przed bramą domu na widoku wszytkich przechodzących, którzy ich opłakiwali y żalili się ich nędznego losu.

Niektórzy krewni oney paniey barzo byli tem strapieni a oburzeni, tak iż chcieli mścić się tego śmiercią a mordem, iako nakazuie obyczay tey ziemi; wżdy o to, iż była ubita przez nikczemne sługi a niewolniki, niegodne, iżby ich ręce miały się maczać w tak piękney a szlachetney krwie, o to iedno chcieli się upominać a dochodzić tego na mężu, bądź przez sądy, bądź inaczey, nie zaś gdyby był sam dokonał tego własną ręką; wówczas nie byłoby sprawy ani dochodzenia.

Oto mi niedorzeczne a mózgowcze mnimanie y skrupuły; w czym zdaię się na nasze wielgie krasomówcę y uczone prawniki, by orzekli, iaki czyn iest szpetnieyczy: czy ubić żenę własną swą dłonią, która ią tyle miłowała, czy też używszy ręki podłego naiemnika.

Wiele by można racyi w tem wywodzić, których wszelako poniecham, lękaiąc się, aby nie były zbyt słabe naprzeciw racyiom onych mocarzy.

Słyszałem, iż wicekról wiedząc o onym zamiarze przestrzegał o tym miłośnika czy oną lubkę; wżdy taki był snadź ich los, który miał naleźć koniec swóy w tak wdzięczney miłości.

Owa pani była córką don Karla z Awalos, drugiego brata margrabiego Peskary, któremu gdyby wyplatano podobną sztukę w niektórey z iego miłostek wiadomych mi, iuż od dawna zostałby nieżywy.

Znałem męża, który, wróciwszy z podróży y długi czas nie spawszy ze swoią żeną, przybył rad y gotowy, aby to dokonać y pofolgować sobie ile wlezie; wszelako nadiechawszy w nocy uźrzał przez taiemny otworek, iż była w łożu ze swoim przyiacielem; za czym hnet dobył miecza z pochew a zapukawszy do drzwi y nalazłszy otwarte wszedł, aby ią zabić. Obeźrzawszy się wprzódy za gachem, który wyskoczył oknem, podszedł ku niey, aby ią zabić; owo zdarzyło się, iż była tym razem tak pięknie wystroiona, włoski miała tak wdzięcznie zaplecione na noc y koszulkę tak białą y tak cudnie ozdobioną (możecie mnimać, że wychędożyła się tak pięknie, aby się lepiey przypodobać swemu przyiacielowi), że nigdy ieszcze nie widział iey tak dobrze przysposobioney ani tak mu do smaku. Za czym gdy tak w gzłach rzuciła się o ziem y iemu do kolan, prosząc go o przebaczenie tak czułemi a słodkiemi słowy, iak tylko ona sama umiała ie naydować, y gdy ią podnosił y widział tak cudną a wdzięczną, serce w nim zmiękło y porzuciwszy szpadę, on, który tak dawno nie folgował przyrodzie y spragnion był wieldze (co pewnie wyszło oney paniey na pożytek, ile że natura .się w nim przebudziła), odpuścił iey y wziął ją, y obłapił, y pokładł w łożnice, a zaś sam, rozdziawszy się co prędzey, pokładł się z nią społem, zawarłszy drzwi od kownaty; zasię niewiasta tak mu wygodziła swoiemi powaby a przymilątkami (rozumiecie, iż nie oszczędzała fatygi), iż nazaiutrz naleziono ich w lepszey komitywie niż wprzódy y nigdy nie świadczyli tyle pieszczotek ze sobą: tak iako uczynił Menelaus, biedny rogal niebożątko, który przez dziesięć czy dwanaście lat nawygrażawszy się żenie swey Helenie, iż ią uśmierci, skoro mu w ręce popadnie (nawet pokrzykiwał iey to spod murów ku górze), wżdy po zdobyciu Troiey, skoro dostała mu się w ręce, tak był olśniony iey cudnością, iż odpuścił iey wszytko y miłował ią, y pieścił barziey niż kiedy.

Dobrzy są ieszcze tacy oszaleli mężowie, którzy tak łacno ze lwów zmieniają się w motylków; ba niedobrze iest popaść w taką przygodę iak ta, co następuie.

Iedna znamienita, cudna y młoda pani z czasów króla Franciszka Pierwszego, zaślubiona z możnym panem Francyey, z tak wielgiego domu, iak telko może być w tym kraiu, ocaliła się zgoła inaczey y lepiey niż poprzedzaiąca; bowiem czy że odsłoniła iakowyś trop miłosny swoiemu mężowi, czy że napadło go iakoweś podeźrzenie abo nagła wściekłość, dość iż przyszedł do niey z gołym mieczem w dłoni, aby ią zabić. Za czym pani, zwątpiwszy, iżby iaka ludzka pomoc mogła ią ocalić, powzięła nagle myśl, aby się ochfiarować Nayświętszey Maryey Pannie y w razie gdyby ią ocaliła, dopełnić ślubu w iey kaplicy loretańskiey w andegaweńskiey krainie. A oto zaledwie uczyniła ślub w myśli, kiedy ów pan upadł na ziemię, a miecz wypsnął mu się z ręki; po czym się podniósł y iakby zbudzony ze snu spytał żeny, iakiemu świętemu się oddała, aby się umknąć z nieprzezpieczeństwa. Powiedziała mu, że Nayświętszey Panience w rzeczonej kaplicy y że przyrzekła odwiedzić to święte miejsce. Aż on: „Idźże tedy tam y dopełń ślubu”; co też uczyniła y zawiesiła tamże obraz .przedstawiaiący ono zdarzenie, a wraz z nim wiele pięknych y dużych wotów z wosku, iako wówczas było we zwyczaiu y które długo potem można było oglądać. Oto mi piękne ślubowanie y piękny niespodziany ratunek! Czytaycie o tem Chronikę andegawską.

Słyszałem, iż król Franciszek, chcąc raz iść spać z pewną panią dworską, którą miłował, zastał iey męża ze szpadą w dłoni czyhaiącego, iżby ią zabił; ale król przytknął mu swoią do szyie y rozkazał pod gardłem nie czynić iey nic złego, rzkąc, iż gdyby iey zrobił by namnieyszą rzecz w świecie, zabiłby go abo by mu kazał uciąć głowę; za czym wyprawił go na tę noc precz y zaiął iego miesce.

Owa pani była wielga szczęśniaczka, iż nalazła takiego warnego szyrmierza y obrońcę swego kuperka, bowiem od tey pory mąż nie śmiał iey rzec słowa y dawał iey czynić wszytko wedle woley.

Słyszałem, że nie tylko ta pani, ale y wiele inych otrzymały od króla podobne piernacze. Tak iako w czas woienny wielu, aby ochronić swoie maiętności, kładą herby królewskie na drzwiach domu, tak y te panie pomieszczała herby onych wielgich monarchów na zewnątrz y wewnątrz swoich kuprów, tak iż mężowie nie śmieią im słowa przymówić, którzy bez tego nadzialiby ie na ostrze szpady.

Znałem ine panie będące w takowey łasce u królów y możnych y które obnosiły tak wszędy te swoie gleity: wżdy bywało y tak, że im się noga powineła, iako że mężowie nie śmieiąc chwycić się noża wspomagali się truciznami y podstępną a taiemną śmierzcią, rozgłaszaiąc, iakoby to były katary, apoplexy, a nagłe zgony. Omierźli, wierę, są tacy mężowie, którzy patrzą, iak przy ich boku leżą ich cudne żeny, cherłaiąc y z każdym dniem zbliżając się do śmierzci; lub też zgładzała ie w czterech ścianach w wiekuistem więzieniu, iako o tem piszą niektóre stare chroniki Francyey y iak to wiem o pewnym możnym panie francuskim, który tak uśmiercił swoią żenę, barzo cudną y poczciwą białą głowę, a to z wyroku dworu, zyskuiąc tą drogą nie lada pociechę, iż się obwieścił być rogalem.

Tacy zawzięci a zapamiętali mężowie bywaią zwykle ze starców, którzy nie ufaią swoiey mocy a iurności y chcieliby ubezpieczyć przyrodę swoich żen, nawet gdy byli tak głupi, iż poleli ie w ich młodości a krasie; owi to są tak zazdrośni a podeźrzliwi tyleż ze swey natury, co z przyczyny dawnych praktik, które sami uprawiali abo widzieli u inych, iż potem dręczą tak haniebnie te biedne stworzenia, iż czyściec byłby im lekszy niźli ta przemoc mężowska. Iszpan powieda: „E! diablo sabe mucho, porque es viejo”, że to „dyasek mnogo rzeczy świadom, bo iest stary”: tak samo y te starce przez wiek swóy a dawne praktiki siła rzeczy wiedzą. Którzy wieldze są w tym nagany godni, bowiem skoro nie mogą zadowolić białey głowy, po co ią bierą za małżonkę? ba y takie białe głowy młode a urodne źle czynią, iż bierą ich dla ich maiętności, mnimaiąc korzystać z tychże po śmierci mężowskiey, którey czekaią w każdey godzinie; podczas zaś wygadzaią sobie z przymłodszymi galantami, których bierą, a od czego nieiednym mnogo przychodzi utrapień.

Słyszałem o iedney, którą gdy iey mąż staruch przychwycił na takowym uczynku, dał iey truciznę, od którey chramała więcey roku y wyschła iak drewno, a zaś mąż często ią nawiedzał y cieszył się z tey niemocy, y powiedał, iż ma to, co się iey należy.

Iną mąż zamknął w