Opis

Raz na siedem lat Karterczycy spotykają się w kamiennym kręgu, aby wybrać nowych Strażników po jednym z każdej frakcji. Od teraz los Dzieci Żywiołów leży w rękach Falena (Powietrze), Ellie (Ziemia), Rin (Woda) i Aleca (Ogień). Ich zadaniem jest zniszczenie wszystkich nerimich krwiożerczych i zmiennokształtnych bestii. Jednak to nie nerimi są prawdziwymi wrogami Strażników. Karter trawi inna siła, potężniejsza i mroczna. Gdy po tysiącu lat dusza dioriego Narissana, syna bogini Nilani i Księcia Piekieł Castiella, uwalnia się z Podziemia, Państwo Żywiołów staje się szachownicą w rozgrywce bóstw i demonów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 383

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Meridiane Sage

Żywioły Karteru

Księga 1: Ziemia

Copyright © by Meridiane Sage 2018Wydawnictwo WasPosAll rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

RedakcjaWydawnictwo WasPos

Projekt okładkiMagdalena Zielińska

Skład i łamanie, konwersja do wersji elektronicznejWydawnictwo WasPos

Wydanie I, poprawione

ISBN978-83-66070-06-6

Wydawnictwo WasPosWarszawatel. [email protected]

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Dzieje Narissana

Rozdział 2

Ceremonia wyboru

Rozdział 3

Trening

Rozdział 4

Odprawa

Rozdział 5

Serce puszczy

Rozdział 6

Kaishi

Rozdział 7

Pierwsza wizja

Rozdział 8

Wspominki pana Fieldsa

Rozdział 9

Marie Lacroix

Rozdział 10

Szansa

Rozdział 11

Wyznania Ziemi i Powietrza

Rozdział 12

Most Bohaterów

Rozdział 13

Osaczeni

Rozdział 14

Mineriss Laxena

Rozdział 15

Łowca i ofiara

Rozdział 16

Młody diori

Rozdział 17

Brat krwi

Rozdział 18

Sen o Lirienn

Rozdział 19

Felissowie i Rossmary’owie

Rozdział 20

Marklend

Rozdział 21

Bezimienny

Rozdział 22

Wizja

Rozdział 23

Hymn utracony

Rozdział 24

Obietnica

Rozdział 25

Listy

Rozdział 26

Zdemaskowany

EPILOG

Prolog

Karterskim dzieciom żywioły podział wyznaczyły.Aquariusom jak zaklinać wodę pokazały,Ventusom koronę i berło wiatrów nadały. Ignisi ogień nasz otrzymali we władanie,A Terraci nad ziemią objęli panowanie.Choć całkowicie inne, te żywioły pradawne,Dopełniają się wzajemnie; są komplementarne.Żaden bez żadnego przenigdy istnieć nie może.Każdy każdemu w imię obowiązku pomożeZatryumfować w grze, gdzie życie stawką mianowano.Gdy nadejdzie czas po temu, by klęskę zadanoMocom nieczystym panoszącym się po królestwie,Na szklanym tronie boski syn odnajdzie swe miejsce.

~ Przepowiednia wygłoszona 33. roku I ery przez Tali, wróżbitkę z Mikayo

Rozdział 1

Dzieje Narissana

31 października 508 roku II ery, późny wieczór

Słońce już dawno zaszło nad Krajem Żywiołów. Centaurion i okalające go frakcje spowiła noc, która niczym pierzyna utuliła żyjących tam ludzi do snu. Gwiazdy jarzyły się bladym blaskiem. Były prawie tak białe jak wirujące w powietrzu płatki śniegu. W tym roku zima przyszła wyjątkowo wcześnie.

Choć światła w domach dawno pogasły, pewien velirieński chłopiec nie mógł zasnąć. Leżał zagrzebany w pościeli, przewracając się z boku na bok. Okna jego komnaty przysłaniały grube kotary, więc jedynym źródłem światła był nie księżyc, lecz paląca się nieopodal łóżka świeca.

Jej żółtawy blask spowijał rzędy zabawek, wpatrujących się w chłopca paciorkowatymi oczami. Pluszowe misie, konie i nietoperze, szczerozłote rycerzyki i srebrne żołnierzyki, szklane figury szachowe… Wszystko to nagle wydało mu się dziwnie smutne i nieprzyjemne. Sam nawet nie wiedział dlaczego.

Drgnął niespokojnie, gdy usłyszał ciężkie kroki dobiegające z korytarza. Wsunął głowę pod kołdrę, jeszcze zanim drzwi się otworzyły. Zacisnął powieki i udawał, że zmorzył go sen.

— Panicz jeszcze nie śpi? – spytała czule Greta, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Przeszła przez pokój i usiadła na krześle nieopodal jego łóżka.

Greta Brown była starszą Aquariuską, córką wody, służącą jako piastunka w dworku Rossmarych. Długie ciemnobrązowe warkocze spływały na wielobarwną chustę, okrywającą kobiecie ramiona. Rumieńce trwale barwiły jej policzki.

— Skąd wiedziałaś? – spytał chłopiec, odrzucając na bok kołdrę.

— Znam cię lepiej niż ktokolwiek tutaj. Mnie nigdy nie nabierzesz – odrzekła, posyłając mu uśmiech tak promienny, że rozjaśniłby najgłębsze ciemności. – Czy coś cię trapi?

— Wszyscy ciągle mówią tylko o nowym dziecku. Jeszcze się nie urodziło, a już jest ważniejsze ode mnie – powiedział z niechęcią, krzyżując na piersi chude ramiona.

— Nie cieszysz się, że będziesz miał braciszka albo siostrzyczkę? – spytała łagodnie Greta. Niania przesunęła dłonią po kruczoczarnych włosach chłopca, na co on skrzywił się mocno. Czuł się prawie dorosłym sześciolatkiem i nie lubił, kiedy ktoś traktował go jak małe dziecko.

Widząc jego nietęgą minę, Greta szybko zabrała spracowaną dłoń.

— Nie chcę siostry. Wszystkie dziewczyny są jakieś dziwne – odparł butnie. – Brata też nie potrzebuję. Przez niego rodzice już w ogóle o mnie zapomną. Podobno chcą mnie oddać do szkoły wojskowej. Daleko stąd, żebym nie zajmował miejsca.

Choć chłopiec dołożył wszelkich starań, by jego głos wydał się obojętny i dojrzały, w którymś momencie rozbrzmiały w nim fałszywe nuty niepewności.

— Na cztery żywioły! Kto paniczowi takich głupot naopowiadał?!

— Nathaniel. Podobno zawsze tak się robi, kiedy rodzi się nowe dziecko.

— Wielkie nieba! Co za nieznośny chłopak z tego twojego kuzyna! Wszystko to bzdura, paniczu. Bzdura!

— Skoro tak mówisz… – Uspokoił się nieco. Milczał przez chwilę, wpatrując się w karmelowe oczy piastunki i próbując zliczyć piegi, które pokrywały całą jej twarz. – Greto, poczytaj mi. Jeszcze mylą mi się wszystkie te literki, a zasnąć nie potrafię.

— No nie wiem… Późno już. Pani nie będzie zachwycona, jeśli nas nakryje.

— Mama tu nie przyjdzie, przecież dobrze wiesz. Skoro nie pamiętała o moich urodzinach, to marna szansa, że postanowi sprawdzić w środku nocy, jak się miewam. Greto, proszę! Prooooooooooszę...

— Dobrze już, dobrze – westchnęła kobieta z pewnego rodzaju rozczuleniem. Faktycznie jej podopieczny kończył dziś sześć lat, ale tylko służba pamiętała, by złożyć mu życzenia. – Jaką chcesz bajkę?

— Coś o bogach albo o demonach! Tak, niech będzie mit. Byleby się działo…

— Znam jedną taką historię… Nie jestem tylko pewna, czy jest dla ciebie odpowiednia. Obiecasz mi, że nie będziesz się bał?

— Słowo legionisty! – zaśmiał się chłopiec, zadowolony, że znów dopiął swego. – Jeszcze nim nie jestem, ale kiedyś zostanę. Zobaczysz!

— Wierzę ci, wierzę… – szepnęła Greta, uśmiechając się szerzej. – Wszystko wydarzyło się tysiące lat temu, gdy świat był jeszcze czysty, a bogowie jak ludzie kroczyli jego ścieżkami. Patronka nauki i sztuki, pani potrzebujących, znana ci pod imieniem Nilani, przechadzała się po leśnej polanie w towarzystwie swych dwórek — nivi. Nivie otaczały boginię, zabawiając ją tańcem i śpiewem. W pewnym momencie przez delikatne dźwięki lutni i liry przebiła się inna melodia. Znacznie głośniejsza, piękniejsza i bardziej nieziemska. Nilani jak zahipnotyzowana poszła za nią, pozostawiając w tyle swe dwórki. Wiedziona śladem muzyki jak po nitce do kłębka dotarła do grajka. Pod starym rozłożystym drzewem wiśni siedział jasnowłosy młodzieniec o porcelanowo białej skórze i ametystowych oczach. Był tak pochłonięty grą na fletni, że nawet nie zauważył zbliżającej się do niego pani.

— Jak cię zwą? – spytała.

Grajek podniósł wzrok i uśmiechnął się promiennie.

— Nazywam się Castiell – odrzekł, podnosząc się z ziemi. – A kim ty jesteś, piękna panno? Pierwszy raz widzę cię w tej okolicy.

Kiedy Nilani przedstawiła się Castiellowi, zszokowany chłopak padł na kolana. Nie miał odwagi spojrzeć na nią ponownie. Zaczął powtarzać, że jest niegodny objawienia, lecz ona nie chciała go słuchać.

— Powstań, Castiellu – nakazała bogini, a on nieśmiało spełnił polecenie. – To nie ty powinieneś wychwalać mnie pod niebiosa, lecz ja ciebie za stworzenie czegoś tak pięknego. Niechaj bogowie mają cię w swej opiece aż po kres twych dni.

— Dzięki ci, pani – rzekł, kłaniając się pokornie. – Do skończenia świata każde żywe stworzenie niech sławi twoje imię.

— Zagraj mi, Castiellu, raz jeszcze. Nim wrócę do alabastrowego pałacu, chcę znów usłyszeć twą muzykę.

— Już zawsze grał będę na twoją cześć i głosił twą nieśmiertelną chwałę. Będę przychodził tu dzień za dniem i wraz z każdym wschodem słońca rozbrzmi na nowo ma pieśń dla ciebie.

Jak Castiell obiecał, tak też i zrobił. Przez rok każdego ranka spotykał się z Nilani pod drzewem wiśni, nazwanym później przez potomnych Drzewem Miłości. Nazwa ta nie jest jednak przypadkowa bowiem to właśnie tam bogini zakochiwała się powoli w przystojnym śmiertelniku. Nie miała niestety pojęcia, że wszystko to działo się za sprawą muzyki z cudownej fletni.

Pewnej nocy młodziutka bogini oddała swemu Castiellowi najcenniejsze, co mogła mu dać, a dziewięć miesięcy później na świat przyszedł ich syn. Wraz z urodzeniem Narissana skończyła się miłość. Stało się tak, gdyż Nilani zobaczyła na ciele niemowlęcia białe znamię w kształcie dwunastoramiennej gwiazdy. Znak diorich.

Dopiero dzięki temu odkryciu zorientowała się, kim tak naprawdę był młodzieniec, który ją uwiódł. Demonem, synem Castora, a co za tym szło — księciem Podziemia.

— Nie myśl, że kiedykolwiek cię kochałem, Nilani. Głupia byłaś, jeśli w to wierzyłaś. Potrzebowałem cię tylko do stworzenia Narissana. Moc dioriego zapewni mi zwycięstwo nad mymi wrogami. Zmiecie ich w proch – powiedział z lubością Castiell, gdy spytała go naiwnie, jaki miał cel w udawaniu miłości.

Nilani wygnała go z pałacu Dioriness i zabroniła zbliżać się do dziecka, lecz demon nic sobie nie robił z jej zakazów. Pozostali bogowie, zmęczeni długotrwałą walką o dziecko światłości i cienia, postanowili zwrócić się do Lorionna, nieomylnego sędziego a brata Nilani, aby to on zdecydował, kto powinien opiekować się Narissanem. Lorionn orzeł, że chłopiec przez pierwsze dziesięć lat życia będzie mieszkał wraz z ojcem, a przez kolejne dziesięć u matki. W dniu dwudziestych urodzin Narissan miał postanowić, czy chce stać się w pełni bogiem, czy demonem. (Odtąd to samo prawo dotyczyło także innych diorich, o których wychowanie kłócili się rodzice).

Jak sędzia powiedział, tak i się stało. Castiell zabrał Narissana do piekła i nauczył czynić zło, zsyłać na ludzi choroby, siać nieszczęścia i śmierć. Jednakże to się chłopcu nie podobało. Nie chciał takiego życia.

Kiedy trafił do pałacu Dioriness, Nilani pokazała mu, jak wiele dobra może sprowadzić do świata ludzi dzięki swej mocy. Nauczyła syna niemal wszystkiego, co sama potrafiła. Narissanowi, dobremu mimo demonicznej natury, podobała się opieka nad ludźmi, a w szczególności nad pewną zielonooką śmiertelniczką zwaną Sophią.

Dwadzieścia wiosen minęło niepostrzeżenie i tak oto młody diori stanął przed wyborem. Był on jasny — bogowie. Część z nich ucieszyła się ogromnie. Narissan bowiem okazał się idealnym kandydatem na króla Ventusów, to znaczy dzieci powietrza. Miał rządzić nimi w imieniu Dioriness i przekazywać im boską wolę.

Castiell wpadł w szał, kiedy to usłyszał. W nocy, gdy wszyscy bogowie spali, zakradł się do alabastrowego pałacu i udusił Narissana poduszką. Zabrał duszę syna z powrotem do podziemia, gdzie uwięził ją na kolejne trzy tysiące lat.

Wedle przepowiedni wygłoszonej przez Tali, wróżbitkę z Mikayo, Narissan wróci, gdy niebo znów przetnie kometa Amaris. Nilani ją zobaczy i zażyczy sobie uwolnienia syna. Dzięki temu Narissan będzie mógł się odrodzić, tylko że nie w swoim, lecz w całkowicie nowym ciele.

Chłopiec cały czas słuchał zafascynowany, ani razu nie przerwawszy niani. Gdy wreszcie skończyła swą opowieść, powiedział niemal bezgłośnie:

— Pewnego dnia skończę jak Narissan. Wiem to. On tak mówi…

— Co też panicz opowiada? Jaki on? – syknęła zszokowana Greta, otwierając szeroko oczy. Przyłożyła mu dłoń do czoła. – Może masz gorączkę?

— Nie wiem, jak się zwie. Nigdy mi się nie przedstawił, ale przychodzi w snach.

— Dziwne, głowa zimna…

— Nie jestem chory, ani nie zwariowałem – odparł niewzruszony, spoglądając na nianię z upiorną powagą. – Czuję w kościach, że tak będzie. Szepczą mi to cienie.

— Koniec z tymi bajkami. Pani Honoria miała rację, kiedy kazała ci się więcej modlić.

Z nieodgadnionym wyrazem twarzy chłopiec powiódł wzrokiem po ciemnych zakamarkach pokoju. Zdawał się dostrzegać tam coś, czego nikt inny nie mógł dojrzeć. Wyraźnie czuł czyjąś obecność… Bynajmniej nie piastunki.

— Gasimy światło, paniczu. Pora już późna. – Kobieta poderwała się z miejsca jak oparzona. Poczuła, jak jeżą jej się włoski na karku. Pospiesznie poprawiła chłopcu kołdrę i ucałowała go do snu. Następnie zdmuchnęła płomień świecy, pozwalając, aby komnata całkowicie pogrążyła się w mroku. Prawie biegiem ruszyła do drzwi (omal nie łamiąc sobie nóg na zabawkach).

— Dobranoc, Greto – wyszeptał miękko chłopiec, unosząc głowę.

— Dobranoc… Falenie – powiedziała, a drzwi się zamknęły.

Opuścił głowę z powrotem na poduszkę, ale dalej nie chciało mu się spać. Błądził oczami po suficie i ścianach, czekając, aż zmorzy go zmęczenie. I wtedy, gdy wzrok chłopca padł na wiszące nad stosem maskotek zwierciadło, zauważył, iż coś w jego wnętrzu błysnęło purpurą. Choć przecież lustro nie miało czego odbić…

On jest teraz ze mną. Nie pierwszy i nie ostatni raz, pomyślał Falen, przewracając się na drugi bok. Wkrótce Kōra, bogini snu, ulitowała się nad nim i zapieczętowała jego powieki.

Rozdział 2

Ceremonia wyboru

18 lipca 522 roku, północ

Wskazówki na tarczach poukrywanych tam i ówdzie zegarków wskazywały północ. Liście dębów, buków i kasztanowców tańczyły z wiatrem nad głowami ludzi. Srebrzący się na nieboskłonie księżyc spowijał swą poświatą leśną polanę, na której wszystko się zaczęło. To właśnie wydarzenia tamtej nocy dały początek czemuś, co na wieki odmieniło losy Państwa Żywiołów.

Jak co siedem lat, przedstawiciele wszystkich frakcji – Aquariusi, Ventusi, Terraci i Ignisi – zjechali się z najdalszych zakątków kraju do stolicy, zwanej Centaurionem, aby wraz z rodzinami uczestniczyć w ceremonii. Stali tak ramię w ramię, każdy równy wobec czar żywiołów, oczekując.

Na twarzach zebranych malowała się powaga. Nikt nie ośmielił się zakłócić ciszy, która zawisła nad zamgloną polaną… Ciszy tak idealnej, że aż przerażającej.

Przybysze tłoczyli się wewnątrz wielkiego okręgu utworzonego z kolumn z czarnego alabastru. W jego centrum znajdowało się kamienne, trzystopniowe podwyższenie w kształcie koła, przypominające trochę teatralną scenę. Stało na nim czworo przywódców, a wszyscy odziani w przeplatane złotymi i srebrnymi nićmi szaty.

Pierwszy z nich, Frederic Lagresse, był dosyć postawnym, raczej nienależącym do szczupłych mężczyzną o czarnych włosach i koziej brodzie. Na jego wysokim czole pogłębiała się zmarszczka zniecierpliwienia. Lagresse miał przed sobą jedną z czterech kamiennych mis usytuowanych na również wykutych z kamienia piedestałach. W naczyniu trzaskał gwałtownie ogień.

Płomień ten symbolizować miał wszystkich Ignisów, których to Frederic Lagresse był „ojcem”, nieomylnym liderem.

Po jego prawej stronie, tuż przy misie z szalejącą w niej miniaturową trąbą powietrzną, miejsce zajęła jasnowłosa Selene Odette, pani Ventusów. Liczyła sobie nawet mniej niż trzydzieści lat. Była zadziwiająco młoda jak na przywódczynię, lecz jakie znaczenie miał wiek przy odpowiednich koneksjach rodzinnych?

Selene Odette wodziła zielonymi jak jodłowe igły oczami po twarzach dzieci powietrza. Na niektórych z nich widziała wielkie napięcie, na części radosną ekscytację, a na jeszcze innych strach. Czystą panikę.

Nieopodal niej miejsce zajęli Eleanore Febris i Jonathan Herrschaft.

Szarawe oczy przywódczyni Terratów wpatrywały się nieruchomo w dno trzeciej z czar żywiołów. Zostało ono wyłożone różanymi płatkami. Wąskie i sine usta Febris były zaciśnięte, a wyskubane do granic możliwości brwi ściągnięte.

Nad ostatnią z kamiennych mis, wypełnioną po brzegi wodą, pochylał się Jonathan Herrschaft — najstarszy z przywódców. Włosy około osiemdziesięcioletniego Aquariusa były całkowicie białe, podobnie jak długa broda zakrywająca jego obfity brzuch piwny.

Jonathan Herrschaft skrzywił się, widząc w wodnym lustrze swoją pomarszczoną twarz. Odkaszlną i rozpoczął ceremonię, wznosząc ręce ku niebu.

— Bądźcie pozdrowieni, bracia i siostry! Zebraliśmy się tu, aby zgodnie z naszą tradycją wybrać czworo Strażników, którzy będą strzec nas i nasze państwo przed plugastwem noszącym miano nerimich!

Miano nerimich[1] w Karterze nosiły wampiry i zmiennokształtni — krwiożercze bestie, zabijające każdego, kto stanie im na drodze. Niechęć wobec nich budził też fakt, że niemal pod każdym względem górowali nad Karterczykami. Byli silniejsi, szybsi, posiadali wyostrzone zmysły… W dodatku szczycili się nieśmiertelnością.

Nerimi pochodzili z sąsiadującej z Karterem Inserii, imperium cara Williama von Donnera, jednego z najbezwzględniejszych istot chodzących po tej ziemi. Nawet wzmocniony czarami mur, strzegący granic Państwa Żywiołów, nie potrafił powstrzymać carskich poddanych przed napływaniem do Karteru i przelewaniu krwi jego obywateli.

— Czary żywiołów wybiorą tej nocy po jednym przedstawicielu z każdej frakcji – ozwał się Frederic Lagresse, mrużąc brązowe, blisko osadzone oczy. – Już za chwilę powietrze, ziemia, woda i ogień wyróżnią czworo spośród was. Tych, w których sercach dostrzegą największą odwagę, niezwykłą wolę walki i niezłomnego ducha. – Przywódca Ignisów zaklaskał w dłonie, a ustawione wokół czar świece rozbłysły nagle jasnym płomieniem. – Selene, ty zaczynasz. Kobiety mają pierwszeństwo.

— Dziękuję ci, Fredericu – powiedziała, udając, że nie widzi jego krzywego uśmiechu. Przesunęła dłonią nad ventuską misą. Szalejąca tam mała trąba powietrzna przybrała na sile i urosła do rozmiarów kobiety. Smagała jak bat ciała zebranych, trzepotała ich szatami, w oczy sypała piach, zrywała liście i próbowała zgasić świece, lecz igniski ogień płonął wytrwale. Pośród wietrznego szumu dało się usłyszeć kilka słów.

Falen William Thomas Gabriel Rossmary[2], syn Jeremiasza i Honorii.

Selene Odette przesunęła dłonią nad czarą raz jeszcze i wtedy wszystko ustało. Odgłosy hulającej wichury zastąpiły gromkie brawa i wiwaty. Z tłumu Ventusów wyłonił się niechętnie wysoki czarnowłosy chłopak o bardzo bladej cerze. Jego stalowoszare, podkrążone z niewyspania oczy wpatrywały się nieufnie w kamienne podwyższenie. Usta zaciśnięte miał w wąską linię. Nie wydawał się szczęśliwy. Liczył sobie może dziewiętnaście lat, a jego ubiór — czarny żupan do kolan, ciemne spodnie i purpurowa peleryna spięta pod szyją złotą klamerką — świadczył o przynależności do stanu szlacheckiego.

Falenowi przez całą drogę towarzyszyły natarczywe spojrzenia ludzi i poszeptywania. Dla wielu mogłoby się to wydać peszące, ale nie dla niego. Był przyzwyczajony do wzbudzania sensacji wszędzie, gdzie tylko się pojawił.

Jako jeden z Rossmarych należał do tego samego rodu, z którego pochodził obecny król. Rodu niemal tak starego jak podział na frakcje. Rodu sławnego i bogatego niczym sam car nerimich.

— Powodzenia – szepnęła Falenowi do ucha Selene Odette, łapiąc go za ramiona. Uśmiechnęła się doń ciepło, prawie po matczynemu. Przyglądała się chłopakowi jeszcze przez chwilę w milczeniu, to otwierając usta, to z powrotem je zamykając. Myślała gorączkowo, czy powinna powiedzieć mu pewną rzecz, czy lepiej zachować ją dla siebie… Jednakże widząc nieprzychylne spojrzenie Jonathana, porzuciła swój pierwotny zamiar i w to miejsce rzuciła tylko naprędce – Myślę, że będzie ci potrzebne. Nawet nie wiesz, jak bardzo…

— Dziękuję… – odparł ostrożnie Falen, spoglądając na przywódczynię z ukosa. Wyczuł, że coś było nie w porządku, ale stwierdził, że to nie najlepszy moment na zadawanie pytań.

— Eleanore, twoja kolej – ponaglił kobietę Frederic Lagresse, wyraźnie już poirytowany.

Gdyby to od niego zależało, wybrałby Strażników w cztery minuty, po jednej na każdego, dał im po szabelce i wio! Do walki za ojczyznę. Niestety pozostali przywódcy nie chcieli burzyć wielowiekowej tradycji, tak więc Lagresse musiał uzbroić się w cierpliwość, której z każdą kolejną ceremonią miał coraz mniej.

— Już – odburknęła Eleanore Febris.

Przywódczyni Terratów nachyliła się nad czarą ziemi. Zanurzyła w niej swą sękatą dłoń i nabrała trochę płatków, po czym rozrzuciła je bezceremonialnie wokoło. Jednak one, zamiast opaść na ziemię jak grawitacja przykazała, wzbiły się w powietrze i zaczęły wirować. Tańczyły tak długo, aż uformowały się w imiona i nazwisko Strażniczki ziemi.

— Czy jest z nami Elizabeth Jane Feliss, córka Sebastiana i Anny? – spytała oschle i bez większego zainteresowania Eleanore Febris, starając się przekrzyczeć oklaski.

Z tłumu wyłoniła się nieśmiało Ellie i chwiejnym krokiem ruszyła ku przywódczyni. Terratka była stosunkowo drobną dziewczyną, odzianą w prostą białą suknię. Ogniste fale, przyozdobione wiankiem ze stokrotek, opadały kaskadą na wątłe ramiona. W jej dużych łagodnych oczach, będących jak dwa szmaragdy, malował się lęk, a z sercowatej twarzy odpłynęła cała krew.

Rozglądała się niepewnie dookoła. Serce Ellie biło tak mocno i szybko, jakby chciało wyskoczyć jej z piersi, spakować walizki i czmychnąć, gdzie pieprz rośnie.

Zastanawiała się, jakim cudem czara żywiołu wybrała akurat ją spośród tysięcy dzieci ziemi, które nadawałyby się do roli Strażnika znacznie lepiej. To wszystko było jak sen… Zły sen.

— Gratuluję – rzuciła obojętnie Febris, wyciągając do Ellie dłoń.

— Dziękuję – powiedziała słabym głosem. Zmusiła się do uśmiechu, który (miała nadzieję) udobruchałby trochę wiecznie zagniewaną przywódczynię, jednak efektów się nie doczekała.

— Stań przy Rossmarym. Zaraz dołączą do was pozostali – rozkazała Febris, nie przestając miażdżyć jej pełnym wyższości spojrzeniem.

Ellie rozejrzała się w poszukiwaniu Falena. Była tak zaaferowana tym, co się właśnie stało, że wcześniej nie zwróciła na niego uwagi. Stał po prawicy Selene Odette, tuż przy krawędzi podestu. On także lustrował ją spojrzeniem.

— Avirii, Falenie – szepnęła Elizabeth, zerkając na Ventusa z ciekawością.

Chociaż z twarzy wydawał się sympatyczny, świadomość kim był, onieśmielała ją niesłychanie.

Avirii to tradycyjne karterskie pozdrowienie, pełniące funkcję powitania oraz pożegnania, a także wyrażające życzenie pomyślności dla rozmówcy.

— Avirii – odpowiedział, uśmiechając się w przelocie.

— Mamy już dwoje. Nadszedł czas, żeby wybrać kogoś spośród Aquariusów – ogłosił Jonathan Herrschaft.

Wodna tafla w czarze pozostawała nieruchoma mimo wiatru. Herrschaft przejechał po niej palcem, kreśląc symbol podobny trochę do podwójnego N.

Wodne pnącza niczym zaklinany wąż zaczęły skręcać się i wić ku górze. Nagle wystrzeliły ku gwieździstemu niebu i zapisały w powietrzu imiona i nazwisko trzeciej Wybranej.

— Proszę do siebie Katherine Sineę Narione! Córkę Petera i Margaret.

Czar podtrzymujący napis opadł, a woda chlusnęła na ziemię, ochlapując ludzi w pierwszym rzędzie.

Jonathan nawet tego nie zauważył.

Ponownie rozbrzmiały brawa, a błękitne oczy mężczyzny ujrzały smukłą dziewczynę w granatowej, sięgającej ziemi sukni, torującą sobie drogę przez tłum. Jej srebrzyste włosy splecione były w przerzucony przez ramię warkocz. Na ładnej twarzy Katherine malował się szeroki uśmiech, a wąskie, niebieskie oczy nowej Strażniczki jaśniały radością.

Jej optymizm podziałał na Ellie kojąco i chwilowo stłumił mdłości, o które przyprawił Terratkę stres.

— Witaj, dziecko – powiedział jowialnie Jonathan Herrschaft, składając dłonie na obfitym brzuchu.

Dziewczyna dygnęła wdzięcznie i uśmiechnęła się jeszcze promienniej niż wcześniej. Zaraz po tym odwróciła się w stronę Falena i Ellie i pomachała do nich na przywitanie. Terratka niepewnie odwzajemniła ten gest, a Ventus nawet go nie zauważył. Mrużył oczy i wpatrywał się w tłum przed sobą, najwyraźniej próbując kogoś w nim odnaleźć.

Przywódca Aquariusów pogratulował Katherine zaszczytu, jaki ją spotkał, i kazał dołączyć do pozostałych.

Został już tylko jeden…

— I tak oto doszliśmy do ostatniego Strażnika lub też Strażniczki – przemówił Frederic.

Te kilka słów wystarczyło, aby na moment cała frakcja ognia wstrzymała oddech. Lagresse szepnął coś we flami, czyli języku, którym posługiwali się Ignisi, prócz tak zwanej: „mowy powszechnej”. W odpowiedzi na jego zaklęcie płomienie z czary i otaczających ją świec buchnęły wysoko i o mały włos nie sparzyły twarzy przywódcy. Frederic zmrużył oczy i czekał. Wystrzeliwujące we wszystkie strony iskry ułożyły się w ostre, krzywe literki, składające się na wyczekiwaną odpowiedź.

Przywódca westchnął ciężko zawiedziony. Wolałby dziewczynę… Ładną, kształtną, najlepiej niezbyt pruderyjną… Przynajmniej miałby na kim zawiesić wzrok.

— Alexandrze? Alexandrze Tristanie Cartwright? – ozwał się, wypatrując wśród tłumu swoich igniskiego wybrańca. – Synu Edwarda i Alexandry, przyzywam cię.

Po raz kolejny rozbrzmiały oklaski. Towarzyszyło im radosne skandowanie imienia Alexandra. Jedni gratulowali Strażnikowi, a inni odetchnęli z ulgą, radzi, iż będą mogli wrócić dziś do swoich domów.

Chłopak przedzierał się dosyć długo przez otaczający go tłum, ale kiedy już stanął na scenie i znalazł się pod ostrzałem surowego spojrzenia przywódcy, miał ochotę wykonać w tył zwrot.

Ignis, podobnie jak pozostali, był bardzo młody, mniej więcej w wieku Ellie. Średniego wzrostu, dobrze zbudowany. Lekko kręcone włosy sięgały mu za uszy, a pogodne oczy swą barwą przywodziły na myśl miód. Na spiczastym podbródku widoczna była mała blizna – pamiątka po przegranym pojedynku z kotem babci Petunii. Wydawał się zaskoczony, że wybór padł akurat na niego, ale niewątpliwie się cieszył.

— Jestem, jestem! – powiedział, stając przed Fredericiem Lagressem.

Wysilił się na mądrą i pełną powagi minę, ale widząc, jak przywódca przewraca oczami, domyślił się, że chyba nie do końca mu wyszło.

— Nareszcie. Gratuluję, Alexandrze. – Lagresse nachylił się ku niemu i poklepał po plecach z fałszywą serdecznością.

A pomyśleć, że mogła być Igniska… Ech, może za siedem lat.

Wybrany skrzywił się na dźwięk swojego imienia.

— Ekhem… wolałbym po prostu „Alec”. Alexander brzmi zbyt pompatycznie.

— Jak sobie chcesz, Po Prostu Alecu. – Wzruszył tylko ramionami.

Następnie głos zabrała Selene Odette.

— Mamy już czworo Strażników! Raduj się, Karterze, oto twoi obrońcy!

Przywódca Ignisów westchnął ciężko. Od tego całego harmidru zdążyła rozboleć go głowa. Czy ci ludzie naprawdę musieli być aż tak weseli? A nawet jeśli, to nie mogli radować się w milczeniu?

Frederic musiał odczekać chwilę, zanim mógł kontynuować ceremonię.

— Czas złożyć śluby wierności. Jesteście gotowi? – spytał Strażników, biorąc do ręki zwój pergaminu, leżący nieopodal czary.

Wybrańcy popatrzyli po sobie i skinęli głowami.

— To dobrze. Powtarzajcie za mną słowa przysięgi – przykazał, rozwijając zwój.

„Na wszystkich istniejących bogów, na wszystkie żywioły i na wszystkie gwiazdy upamiętniające naszych przodków przyrzekamy wiekuistą wierność wobec Karteru, a także króla i Rady, sprawujących pieczę nad naszym państwem i nad nami samymi. Przysięgamy oddać życie za Karter, jeśli tego będzie wymagała od nas misja. Nasze serca nie zaznają lęku, a dusz nie splami zdrada.”

Wybrani chórem recytowali przysięgę, trzymając prawą dłoń na sercu. Z każdym kolejnym słowem dotkliwiej odczuwali jej wagę. Gdy skończyli, Lagresse skinął głową na swojego pomocnika – młodego chłopca, stojącego dotychczas w cieniu za przywódcami i nowo powołanymi Strażnikami. Malec podszedł do niego posłusznie, trzymając w rękach czerwoną poduszkę, na której spoczywały cztery złote pierścienie. Zdobił je wygrawerowany cytat z Karterskiej Księgi Prawa: „Jak walczyć, to do ostatniej kropli krwi. Walczyć za siebie, za rodzinę i za ojczyznę ”.

— Przyjmijcie te obrączki jako symbol waszych zaślubin z Karterem, a także jako znak naszego przymierza. Niechaj zawsze przypominają wam, że cały naród na was liczy i sercem jest z wami – rzekł Jonathan Herrschaft podniosłym tonem, przejmując od chłopca poduszkę z pierścieniami.

Przywódca Aquariusów podchodził kolejno do każdego z Wybranych. Falen, Elizabeth, Katherine i Alexander wzięli po jednej obrączce i nałożyli na serdeczny palec.

Wybrańcy już nie wiedzieli, co było silniejsze – ekscytacja czekającą ich przygodą czy też lęk przed niespełnieniem oczekiwań.

Katherine, Alec i Falen poszeptywali między sobą z ożywieniem, tylko Ellie milczała. Jedynie ona była pewna, która z emocji skradła większą część niej. Lęk. Bała się, że nie podoła, że zawiedzie i przyniesie wstyd rodzinie, a przecież tego nie chciała. Nikt by nie chciał.

— Musicie wiedzieć, że życie, jakie teraz będziecie wieść, nie zostało usłane różami. Mimo to głęboko wierzę, że dacie sobie radę – powiedziała Selene Odette, przytulając czule każde z nich.

— Jakie jest nasze zadanie? – spytał chłodno Ventus, chcąc ukryć zakłopotanie. Falen nie przywykł do publicznego okazywania uczuć... Prywatnego zresztą także.

— Właśnie. Co mamy robić? – zainteresowała się Katherine, wymieniając z Aleciem podekscytowane spojrzenia.

— Nie czas i nie miejsce, by teraz o tym mówić – odparła szorstko Eleanore Febris, wykrzywiając wargi w niechętny im grymas. – Przedyskutujemy wszystko w ośrodku szkoleniowym. Tam czeka was trzytygodniowy trening. Kiedy będziecie gotowi, zdradzimy wam szczegóły.

— Dość już o tym. – Przywódczyni Ventusów machnęła dłonią. — Daję wam chwilkę na pożegnanie się z rodziną. Jeśli chcecie powiedzieć komuś coś ważnego, zróbcie to teraz, gdyż nie wiadomo, kiedy znów się zobaczycie.

Katherine natychmiast pobiegła do rodziców. Gdy tylko zobaczyła mamę, od razu rzuciła jej się na szyję. Szczebiotała wesoło, podczas gdy pani Narione gładziła ją po włosach, prosząc jedynie, żeby była ostrożna. Pan Narione z kolei zamiast się zamartwiać, pozwalał rozpierać się ojcowskiej dumie.

— Zawsze wiedziałem, że zostaniesz kimś wielkim, kochanie. Babcia się ucieszy, gdy jej powiemy. Szkoda, że nie mogła przyjechać… — rzekł, zakleszczając Katherine w niedźwiedzim uścisku.

Co się tyczy Aleca… Zaraz po wymianie słodkimi słówkami mama zapowiedziała mu, że nawet wybór na Strażnika nie zwolni go z domowych obowiązków. Strażnik, nie—Strażnik i tak będzie musiał zrobić porządek w pokoju, co obiecał jej już dobry miesiąc temu…

— Mamo, przecież tam jest czysto! – oponował Ignis. – Poza tym, wybacz, ale szybko nie zobaczysz mnie w domu… Wielka szkoda, bo chciałem się za to zabrać zaraz po powrocie do Losserin. Ups.

— Nic straconego. Bałagan nie zając, sam nie ucieknie. Posprzątasz to samodzielnie, nawet jeśli musiałabym czekać na ciebie siedem lat.

— Jesteś straszną kobietą.

— Też cię kocham.

Chwilę to trwało, nim Ellie odnalazła w tłumie rodziców i siostrę. Nie chciała się z nimi żegnać. Chyba wolałaby, żeby przywódcy od razu zabrali ich do ośrodka. Wiedziała bowiem, że jeśli teraz zobaczy się z bliskimi, jeszcze trudniej będzie jej ich opuścić.

— Moja córeczka została Wybraną! – Matka dziewczyny klasnęła w dłonie z entuzjazmem. – Wszyscy jesteśmy z ciebie tacy dumni, Elizabeth! Takie wyróżnienie w naszej rodzinie! Kto by pomyślał?!

— Spójrz na siostrę, Victorio – polecił pan Feliss swojej drugiej (młodszej, bo dopiero ośmioletniej) córce. – Może ty też pewnego dnia zostaniesz Wybraną – powiedział z rozmarzeniem, a na rumianej buzi dziewczynki pojawił się szeroki uśmiech.

— Tak, tak, tak! – zawołała, obejmując siostrę w pasie.

— Będę za wami tęsknić – powiedziała Ellie, odwzajemniając uścisk Vicky. Wtuliła twarz w jej miękkie brązowe włosy.

Pachnęły cynamonowym olejkiem.

— Ja też! – zawołała dziewczynka, oplatając siostrę jeszcze mocniej swymi chudymi ramionami. – Nie chcę, żebyś jechała.

Z twarzy Victorii zniknął uśmiech, a oczy momentalnie wypełniły się łzami.

— Ej, nie płacz. – Ellie otarła jej policzek wierzchem dłoni. – Niedługo wrócę. Zanim się obejrzysz, znów będę z tobą – zapewniła, całując Victorię w czoło.

— Przysięgasz na paluszek?

— Na paluszek – powtórzyła Ellie, splatając swój mały palec z paluszkiem Victorii. Posłała siostrze spojrzenie pełne miłości, które ta natychmiast odwzajemniła.

Elizabeth nienawidziła składać obietnic, kiedy nie wiedziała, czy zdoła ich dotrzymać. Zostać wybranym to faktycznie wielki zaszczyt, ale i wielka odpowiedzialność, nie wspomniawszy już o niebezpieczeństwie. Każdy mówił tylko o chwale płynącej ze służby, ale nikt nie wspominał o drugiej stronie medalu. O tym jak wielu Strażników nie dożyło końca swej kadencji.

— Tylko pamiętaj, Ellie. Bądź czujna i nie ufaj nikomu. To klucz do przetrwania – przykazał córce pan Feliss. Spojrzał na nią porozumiewawczo. Są rzeczy, o których niebezpiecznie jest mówić przy świadkach. – W trudnych chwilach ludzie robią różne rzeczy. Nigdy nie wiesz, czy owca nie okaże się przebranym wilkiem.

— Wiem o tym. Nie musisz się obawiać. Nie jestem drugą Brianną.

— Mamy nadzieję. Walcz dzielnie. Pamiętaj, że wszyscy bardzo cię kochamy i jesteśmy z tobą – szepnęła jeszcze matka, gładząc ją czule po policzku.

Ellie już nic nie powiedziała. Gardło miała ściśnięte.

U Falena pożegnanie wyglądało zgoła inaczej. W idealnie poukładanym arystokratycznym światku nie było miejsca na uściski czy pochwały albo jakiekolwiek inne przejawy rodzinnych czułości. Nie, rodzina Rossmarych nie traciła czasu na takie błahostki.

— Uważaj na siebie i nie rób głupstw – poprosiła Falena matka, a jej głos był przesycony melancholią. – Nie chcę, żebyś wrócił do mnie w trumnie.

— Możesz być spokojna – odparł lakonicznie, unosząc kąciki ust. – Swojego diabli nie biorą.

— To dobrze.

Następnie do Strażnika zwrócił się ojciec — barczysty mężczyzna odziany w bordowy żupan i ciemne spodnie. Przez niezwykle surowe rysy twarzy i chytre zielonkawe oczy nie wyglądał na miłego i bynajmniej taki nie był.

— W końcu ci się coś udało. Postaraj się choć raz nie przynieść mi wstydu – powiedział Jeremiasz Rossmary.

— Nie obiecuję.

Ojciec zmrużył oczy i wydął usta w prześmiewczy grymas.

— Racja. Nie mam się co łudzić.

Przez chwilę sztyletowali się w milczeniu wzrokiem. Napięcie między nimi było niemal namacalne, a atmosfera tak gęsta, że bez trudu dałoby się pokroić ją nożem…

— Jeremiasz! – syknęła Honoria do męża. – Chociaż teraz się nie kłóćcie! Nie w takiej chwili! Mógłbyś okazać mu choć krztynę wsparcia…

Rękawy jej karmazynowej sukni podwinęły się nieco, odkrywając żółte siniaki na nadgarstkach. Gdy tylko zorientowała się, że Falen na nie patrzy, opuściła ręce, pozwalając, by rękawy znów je przykryły. Niepotrzebnie. Honoria mogła udawać przed światem, ale każdy z domowników znał prawdę.

— No właśnie, tato. Wszyscy już jesteśmy znudzeni wysłuchiwaniem tych wieczny awantur i pretensji – zgodził się z matką trzynastoletni Finn, młodszy z synów Honorii i Jeremiasza.

Chłopiec wyglądał jak wierna kopia Falena, jedynie trochę od niego niższa. Charakter za to miał zupełnie inny. Bardziej opanowany, powściągliwy.

— Ty się nie mieszaj, Fineaszu. Moje stosunki z twoim bratem nie powinny cię interesować – odgryzł się pan Rossmary, posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie.

Finn przewrócił tylko oczami i mruknął do ojca:

— Prosiłem cię, żebyś tak na mnie nie mówił. – Następnie zwrócił się do Falena, kładąc mu rękę na ramieniu. – Powodzenia, bracie. Wierzę w ciebie.

Finn posłał bratu lekki uśmiech. W jego szarych oczach Strażnik dostrzegł ślad jakiejś dziwnej emocji. Czegoś pomiędzy obawą a nadzieją zmieszaną z ulgą.

— Dasz sobie radę? – spytał młodszego, ściszając głos.

— To chyba ja powinienem cię o to spytać – zaśmiał się Finn bez cienia wesołości. Schował ręce do kieszeni i wbił wzrok w czubki butów.

— Nie udawaj. Dobrze wiesz, o czym mówię.

Twarz chłopca stężała. W księżycowym świetle miała barwę popiołu.

— Wytrzymałem trzynaście lat. Kolejne nie robią mi różnicy.

Falen chciał powiedzieć Finnowi coś jeszcze, ale wtedy dopadli go przyjaciele. Trochę niższy od niego chłopak z burzą rudych włosów i szczupła blondynka o delikatnych, dziecięcych rysach twarzy, przez które ludzie często zaniżali jej wiek.

— Proszę, proszę! Jest i nasz Wybraniec! – zawołał Luke, uśmiechając się od ucha do ucha. – Mam tylko nadzieję, że nie zapomnisz o starych przyjaciołach. Wiesz, jak już stałeś się taki ważny…

— Właśnie – przytaknęła mu jasnowłosa Rosalyn. Herbaciane oczy skrzyły szczęściem, a na policzki wypłynęły kolory.

— Jakże bym mógł? – rzucił z przekąsem Falen, przeciągając się leniwie w miejscu. – O was? Nigdy w życiu. Wracacie jak bumerang albo jak wysypka.

— Bardzo zabawne – rzucił Luke, a jego spojrzenie nabrało figlarnego wyrazu. – Tylko pamiętaj. Nie daj się tam gdzieś po drodze skrócić o głowę. Nie zapominaj, że jesteś mi winny przysługę za…

— Lucianie, proszę. Nie przy ludziach – syknął, zatykając Luke’owi usta dłonią. – Nie chcę stracić resztek reputacji.

— Zabieraj ode mnie te łapska. Poza tym, żeby stracić reputację, najpierw trzeba jakąś posiadać.

Falen przewrócił oczami. Wiedział, że będzie mu brakowało tych drobnych, przyjacielskich złośliwości.

Rosalyn założyła ręce na biodra i posłała im spojrzenie spod uniesionej brwi.

— Zachodzę w głowę, o czym wasza dwójka bredzi tym razem, ale chyba boję się pytać. – Pokręciła głową. – Tak czy inaczej, życzymy ci z Lukiem powodzenia. Mamy nadzieję, że wygrasz ze wszystkimi nerimimi, z którymi przyjdzie ci się zmierzyć. Tam, gdzie cię poślą… – powiedziała, obejmując Falena po siostrzanemu.

— Dokładnie – przytaknął natychmiast Luke, po czym poklepał go bratersko po plecach. Niby drobny gest, a jaki krzepiący. – Będziemy tęsknić.

— Nie tylko wy – odrzekł Falen, spoglądając na nich z powagą. – Szkoda, że nie możecie jechać ze mną. Bez dobrego towarzystwa nie ma zabawy.

— Się rozumie – zaśmiał się Luke.

— Tylko wiesz… napisz czasem, jeśli będziesz mógł… — poprosiła nieśmiało Rosalyn. – Wyślij nam gołębia… albo dwa… albo pisz codziennie.

— Masz to jak w banku – obiecał Falen, spoglądając na nich z pewnego rodzaju rozczuleniem. Zerknął za siebie, aby upewnić się, że rodzice nie zwracają na niego uwagi. Odwrócił się z powrotem do przyjaciół, ściszył głos i spytał – Mogę mieć do was jedną prośbę?

— Oczywiście. Co to za pytanie? – obruszyła się Rosie. – Mów szybko, o co chodzi.

— Chciałbym, żebyście pod moją nieobecność mieli oko na Finna. Wiecie, jaka jest sytuacja... – Falen zazgrzytał zębami na samo wspomnienie tego, co powinno być zaledwie przykrym incydentem, a nie codziennością.

— Rozumiem. – Luke skinął głową, zerkając mimowolnie w stronę pana Rossmary’ego. Dyskutował on właśnie z panem Harfordem, ojcem Rosalyn. Zaraz jednak jadeitowe oczy chłopaka znów zwróciły się ku Falenowi. – Finn będzie mógł na nas liczyć.

— Dziękuję – odparł ledwo słyszalnie, czując, jak z jego serca spada wielki głaz. Teraz, kiedy wiedział, że jego brat będzie miał do kogo zwrócić się o pomoc, mógł spokojnie ruszać w drogę.

— Na mnie już czas. Avirii…

— Avirii, bywaj zdrów.

Falen odwrócił się na pięcie i udał się w stronę kamiennego podwyższenia. Elizabeth, Katherine i Alexander już czekali.

— Skoro wszyscy jesteście, możemy ruszać. Powozy stoją kilka kroków dalej. Każdy Strażnik jedzie z własnym przywódcą. Integrować będziecie się na miejscu – powiedział Jonathan Herrschaft, po czym poprowadził ich ku czterem złotym karetom zaprzężonym po cztery konie.

I tak oto, moi drodzy, zaczęła się historia czworga młodych ludzi, którzy mieli niebawem odmienić losy ludu Karteru. I nerimich także.

[1]. Nerimi – z języka Aquariusów „naremji”, co oznacza „nieczysty”, „przeklęty”

[2]. Zgodnie z karterskim zwyczajem w oficjalnych sytuacjach używa się wszystkich imion. W wielu rodzinach dzieci otrzymują imiona po rodzicach, dziadkach, wujkach czy ciotkach, co może skutkować pomyłką. Taka sytuacja miała miejsce w rodzinie przywódcy Aquariusów – było wówczas kilku Jonatanów Herrschaftów i gdy umarł ojciec tego właściwego, nikt nie wiedział, którego Jonathana mianował swoim następcą.

Rozdział 3

Trening

18 lipca, noc

Ośrodek szkoleniowy Strażników znajdował się nieopodal wykonanego w całości ze szkła pałacu Lumieree[3], będącego siedzibą karterskich królów już od niepamiętnych czasów. Dotarcie do niego z lasu Heeria, w środku którego odbyła się ceremonia wyboru, zajęło im około pół godziny. Kiedy powozy z przywódcami i nowymi Strażnikami dotarły na miejsce, oczom wszystkich ukazał się ciężki, zbudowany z kamiennych bloków kasztel z czterema niewysokimi wieżyczkami, na których szczytach powiewały karterskie flagi.

Zapewne zastanawiacie się teraz, jak właściwie wygląda flaga Karteru... Jak większość flag, tak i ona ma kształt prostokąta. Przez środek przebiega wąska złota pręga, przedzielająca ją poziomo na pół. Górna część jest śnieżnobiała, a dolna rubinowa; obie zdobi złota siateczka ułożona z przecinających się na ukos linii. W centralnej części flagi widnieje mały (również złoty) romb, nałożony na wyznaczający środek pas. W jego wnętrze zostało wpisane maleńkie koło.

Biel symbolizuje niewinność i czystość serc, czerwień waleczność narodu karterskiego, cztery boki rombu połączone ze sobą frakcję, a koło od wieków rozumiano jako znak wieczystej harmonii pomiędzy władającymi światem żywiołami, a także między człowiekiem a naturą.

— Jesteśmy na miejscu – powiedziała z uśmiechem Selene Odette, gdy tylko wszyscy wysiedli ze swoich karet. Stali przed wielkimi wrotami, prowadzącymi do środka kasztelu. Strzegło ich dwóch mężczyzn w granatowych mundurach. Byli oni żandarmami. – Przez najbliższe trzy tygodnie ośrodek zastępuje wam dom. To tu nauczycie się walczyć i bronić zarówno ostrzem, jak i mocą żywiołu.

— Brzmi ciekawie – rzuciła Katherine, spoglądając z uznaniem na piętrzącą się przed nią budowlę.

Noc była wyjątkowo chłodna, jak na tę porę roku. Wzdrygnęła się, gdy zawiał lekki wiatr. Widząc to, ozwał się Frederic Lagresse:

— Proponuję, abyśmy już weszli do środka. Faktycznie zrobiło się zimno – powiedział, omiatając Aquariuskę palącym spojrzeniem.

Eleanore Febris przytaknęła mu i ruszyła do drzwi. Widząc, jak się zbliża, strzegący wrót żandarmi rozstąpili się, by zrobić miejsce jej i pozostałym. Przywódczyni Terratów poprowadziła Strażników do ponurego holu skąpanego w blasku dziesiątek woskowych świec.

Wyłożone czerwonym aksamitem ściany, podłoga i kolumny wykonane z czarnego marmuru, a także meble, których jednak nie było zbyt wiele. Jeden stolik, dwa fotele i stary kurantowy zegar. Choć umeblowanie nazwać można skromnym, to obrazów i wymyślnych rzeźb nie brakowało. Przedstawiały one najważniejsze osoby w państwie — obecnego i kilku poprzednich monarchów, przywódców frakcyjnych, zarówno tych obecnych, jak i dawnych, a także innych członków Rady. Gdzieniegdzie przewijały się też wizerunki Strażników z lat wcześniejszych, ale tylko tych wybitnie zasłużonych. Po pomieszczeniu, nie wiadomo skąd, rozchodziła się dusząca woń kadzideł. Panującą tam idealną ciszę zakłócało tylko tykanie wspomnianego wcześniej zegara, wskazującego teraz pierwszą jedenaście.

— To hol główny – zaczęła Eleanore, a jej głos potoczył się echem po wnętrzu. – Korytarz po prawej – wskazała szponiastym palcem na wąskie, zwieńczone ostrym łukiem drzwi – prowadzi do sypialni dziewcząt, a ten po lewej do chłopców. Na razie musicie wiedzieć tylko tyle. Idźcie i odpocznijcie, bo jutro czeka was ciężki dzień.

— Rano ktoś powinien po was przyjść i pokazać drogę do jadalni, a następnie do sali treningowej, gdzie macie się stawić zaraz po śniadaniu – dopowiedział przywódca Aquariusów, gładząc palcami swą białą brodę.

— Właśnie miałam to powiedzieć, Jonathanie – mruknęła zgryźliwie Eleanore, posyłając mu niechętne spojrzenie.

Jonathan Herrschaft jednakże nic sobie nie robił z irytacji kobiety i zbył ją tylko lekceważącym machnięciem dłoni. Widząc, że atmosfera robi się nieprzyjemna, Selene Odette szybko odprawiła Strażników do swoich sypialni.

Tak więc młodzi rozdzielili się. Terratka i Aquariuska szły przez chwilę dosyć wąskim i równie ponurym co hol korytarzem, aż dotarły do podwójnych, pięknie rzeźbionych drzwi. Na przyczepionym do nich kawałku pergaminu widniały ich nazwiska.

– Zapraszam do środka – powiedziała Katherine z szerokim uśmiechem, przepuszczając Ellie w progu.

Terratka rozejrzała się po wnętrzu z dziecinną wręcz ciekawością. Znalazły się w przestronnym pomieszczeniu o ścianach wyłożonych łososiowo—złotą tapetą i podłodze pokrytej wypolerowanymi na błysk kaflami. Mahoniowe meble dodawały elegancji. Przez dwa duże okna, przysłonięte do połowy grubymi zasłonami, można było podziwiać turkusowe wody jeziora Heveein. Między komodami znajdowało się jeszcze dwoje drzwi, jedne prowadzące zapewne do sypialni, a drugie do łazienki.

— Jeny… – wyrwało się Ellie, a na jej pobladłej twarzy odmalował się szczery zachwyt.

W porównaniu z warunkami w większości karterskich domostw było tu naprawdę luksusowo. Można powiedzieć, że nawet królewsko. Wszechobecny przepych kłuł w oczy przeciętnego Karterczyka, ale jednocześnie zapierał mu dech w piersiach.

Z narastającą ciekawością zaczęły przeglądać kąty swojego nowego mieszkania. Okazało się, że gospodarz kasztelu zadbał o każdy szczegół. W szafkach znalazły wszystko, czego tylko mogły potrzebować między innymi dziesiątki identycznych, purpurowych mundurów.

— Prawie jak mundury żandarmerii – zauważyła Ellie, przesuwając palcem po wyszytym srebrną nicią godle.

Był to smukły smok rozpościerający w locie skrzydła. Nazywał się Minoir, co w języku Ignisów oznacza „triumfator”.

Wiele lat temu monarcha Iliannei zapragnął podbić Karter i wydobyć od ludzi informację, jakim cudem zdołali uczynić sobie poddanymi żywioły. Kiedy iliannejskie oddziały wkroczyły na terytorium ognia i kolejne twierdze upadały po sobie jak domino, wszyscy stracili nadzieję na powstrzymanie barbarzyńców. Legenda głosi, że ich bitewne okrzyki przebudziły uśpionego od wieków smoka, który obrócił w popiół wrogie armie i samego króla Iliannei, ratując tym samym naród karterski przed klęską, niewolą i śmiercią.

— Trochę za duże… – Katherine ściągnęła z wieszaka jeden z mundurów i przyjrzała mu się z bliska. – Ale wyglądają wspaniale. Nie mogę się doczekać jutra.

— Ja też. – Ellie stłumiła dłonią ziewnięcie.

Jej oczy same się już zamykały, a powieki chyba nigdy nie były tak ciężkie. Szybko się więc umyła, przebrała i położyła do łóżka. Jedwabna pościel przyjemnie muskała skórę Terratki. Sen zbliżał się wielkimi krokami. Dziewczyna na chwilę przed zaśnięciem myślała, jak będzie wyglądać jutrzejszy dzień. Zastanawiała się, czy poradzi sobie na pierwszym treningu i czy znajdzie wspólny język z pozostałymi Strażnikami. Ciekawiło ją, na czym będzie polegać ich pierwsza misja. Czy czeka ich wielka wyprawa jak bohaterów przygodowych powieści, które tak namiętnie czytała? A może rola Wybranych ograniczy się do chodzenia tam i z powrotem po odcinku muru granicznego?

***

19 lipca, ranek

Nad ranem dziewczęta obudziła młoda służka od Terratów – Annie Morenell. Dała im parę minut na upodobnienie się do ludzi, po czym poprowadziła je do kapiącej złotem jadalni. Złote ściany, złota podłoga, złote kolumny, złote kandelabry i świeczniki, podłużne stoły nakryte złotymi obrusami i krzesła obite w złoty aksamit.

— Dekoratorów chyba poniosła nieco fantazja, nie uważasz? – szepnęła Katherine do Ellie, kiedy Annie ciągnęła je do stołu.

— Nieee, skąd taki pomysł? – rzuciła sarkastycznie, czym zasłużyła sobie na kuksańca między żebra. Zachichotała cicho.

— O, już jesteście! – zawołała radośnie Selene Odette z drugiego końca sali. Niemal natychmiast rozpromieniła się na widok nowych Strażniczek. Jej uśmiech był zaraźliwy.

Przywódczyni powietrza siedziała przy jednym z podłużnych stołów po tej samej stronie z Lagressem, Herrschaftem i Febris. Falen i Alec zajmowali miejsca na przeciw nich. Podobnie jak one, mieli już na sobie mundury.

Gdy tylko Elizabeth pojawiła się na horyzoncie, Falen zmierzył ją od stóp do głów powłóczystym spojrzeniem. Speszona odwróciła wzrok, starając się go ignorować. Szybko dygnęły z Katherine przed przywódcami i zajęły wyznaczone im miejsca.

— Rodzice was nie nauczyli, że nieładnie się spóźniać? – spytał zaspany Frederic Lagresse, nalewając sobie złotawego nektaru do pucharka.

— Przepraszamy, zostałyśmy późno obudzone – odpowiedziała niepewnie Ellie, oglądając się za siebie. Jednak po służącej nie było ani śladu.

— Och, znów ta Morenell – mruknęła zrzędliwie pani Terratów, wykrzywiając sine usta w grymas. – Od początku mówiłam, żeby jej nie zatrudniać.

— Och, daj spokój, Norie. – Selene machnęła na to ręką, nie chcąc, by znów wprowadzano nerwową atmosferę. – Nie unoś się, przecież nic takiego się nie stało.

— Nie mów do mnie Norie.

Selene wymruczała pod nosem przeprosiny, odwracając od niej wzrok, i zajęła się jedzeniem.

Mimo starań młodziutkiej przywódczyni Ventusów, atmosfera przy stole była tak sztywna, jak tylko można sobie to wyobrazić. Na każde zadane przez przywódców pytanie, balansujące często na granicy wścibstwa, Wybrani odpowiadali ostrożnie, uważając, żeby tylko im się nie narazić. Powszechnie było przecież wiadomo, że jedno niewłaściwe słowo przy przedstawicielu Rady bądź, brońcie żywioły, królu mogło całkiem poważnie skomplikować życie albo nawet je skrócić.

— Gdzie właściwie ma odbyć się trening? – spytał w którymś momencie Falen, ucinając temat swojej rodziny. Otarł usta serwetką i podniósł wzrok na Selene Odette. –Skoro nasze przewodniczki wsiąkły gdzieś jak kamfora, raczej nie uda nam się znaleźć sali na czas.

Wszystkich zaskoczyła jego nagła śmiałość, ale w żaden sposób jej nie skomentowano. Selene poinstruowała ich krótko, a po śniadaniu udali się we wskazane miejsce. Tam Strażników powitał muskularny, śniadoskóry mężczyzna w czarnym mundurze, o krótko przystrzyżonych włosach i paciorkowatych oczach.

Stał w otoczeniu dziesiątek mieczy, koncerzy, szabli i sztyletów, łuków i kusz, a co za tym szło, tarcz strzelniczych oraz manekinów treningowych.

Wiecznie zaczytanej Ellie ten wystrój bardzo przypominał zbrojownię księcia Philipa, bohatera Dworskich potyczek – powieści będącej lekturą w karterskich szkołach.

— Witam w moim małym królestwie – powiedział, robiąc ręką zapraszający do środka gest. – Nazywam się Arhem Iwair. Ignis. Przez najbliższe trzy tygodnie będę was musztrował, gnębił i torturował na każdy możliwy sposób. – Widząc ich nietęgie miny, dodał – Oczywiście miałem na myśli ćwiczenia. Nie będzie żadnego łamania kołem ani nic z tych rzeczy, jeśli o tym pomyśleliście. Od paru lat nie mogę doprosić się Lagresse’a o potrzebny sprzęt, więc jesteście bezpieczni. Na razie.

— To może my już pójdziemy… – zaczął Alec, „dyskretnie” wycofując się do drzwi.

— A ty dokąd, robaczku? – spytał Falen, przytrzymując go za kołnierz. – W tył zwrot, no już.

— Moje kości nie lubią być łamane – odburknął Alec, strzepując jego dłoń. – Lubię je takie, jakie są, to znaczy w całości.

— Och, daj spokój. Tylko żartowałem – zaśmiał się Arhem. – Jeśli się postarasz, nie będzie tak źle. Myślę, że się polubimy.

— Em… z całą pewnością. – Ellie ściągnęła brwi. – Gdzieś pomiędzy pierwszym omdleniem z wycieńczenia a krwotokiem wewnętrznym może uda nam się nawet zorganizować wspólne wyjście.

— Niewątpliwie – odrzekł Arhem, po czym rozpoczął rozgrzewkę.

Kiedy zyskał pewność, że wszystkie ich mięśnie są gotowe do pracy, podszedł do jednej ze ścian, na której wisiała imponująca kolekcja mieczy różnych rozmiarów, długości i kształtów. Chwilę stał przed nią zamyślony, zastanawiając się, które wybrać. Ostatecznie zdecydował się na te średniej, wygięte na podobieństwo sierpa.

— No to teraz się zacznie zabawa… – westchnęła ciężko Katherine, kiedy trener ruszył ku nim z bronią.

— Nie panikuj, damy radę – szepnął Aquariusce do ucha Ignis, przeciągając się w miejscu.

— Albo przypadkiem potniemy się na kawałki – wtrącił Falen, posyłając im złośliwy uśmieszek. – No co tak na mnie patrzysz, Cartwright? Wypadki chodzą po ludziach. – Wzruszył ramionami.

Alec nic odpowiedział, przewrócił tylko oczami.

Arhem podał im broń i rozpoczął trening. Na początku zaprezentował prawidłową pozycję, w której powinni zaczynać pojedynek, i to, w jaki sposób należy trzymać ostrze, aby nie wyślizgnęło się z dłoni w ferworze walki. Potem przeszedł do nauki podstawowych ciosów i uników.

Falenowi niemal wszystko przychodziło z dziecinną łatwością. Ojciec — tropiciel, zajmujący się łapaniem i „unieszkodliwianiem” nerimich, zdążył nauczyć syna wszystkiego co z walką związane. Pan Rossmary łudził się, że pewnego dnia pójdzie on w jego ślady.

Alec też „liznął” trochę tej sztuki, ale w nieporównywalnie mniejszym stopniu. Nie posiadał nigdy nauczyciela fechtunku i do wszystkiego dochodził sam, ucząc się na własnych błędach.

Elizabeth i Katherine zostawały w tyle. Żadna z nich nigdy nie trzymała w rękach niczego ostrzejszego od noża kuchennego. W Karterze bowiem kobieta „bawiąca się” w wojowniczkę była traktowana jak wybryk natury, przez co rodzice dziewczynek raczej nie zachęcali swoich córek do rozwijania się w tym kierunku. Chyba, że zostawały Strażniczkami. Z czarami żywiołów nikt nie śmiał się kłócić, więc nawet obyczaje musiały przed nimi ustąpić.

Iwair, zgodnie z obietnicą, nawet pierwszego dnia nie dał nikomu taryfy ulgowej. Przez długie godziny ćwiczył z nimi do znudzenia techniki ataku, pozycje i to, co należy zrobić, kiedy jakiś podirytowany wampir bardzo, ale to bardzo zechce skrócić któregoś z nich o głowę, czyli wcześniej wspomniane uniki.

— Uwaga! – Trener klasnął w dłonie, przerywając toczone między nimi pojedynki. Kiedy wszyscy na niego spojrzeli, zachodząc w głowę, jaką torturę zafunduje im tym razem, on powiedział tylko – Mam dla was dobrą i złą wiadomość.

— Mamy się bać? – spytała Aquariuska, ocierając z czoła strużkę potu.

— Zależy.

— Zacznij od tej złej – wydyszała Ellie, odkładając na ziemię swój miecz. Policzki zalały wypieki, a oddech przychodził z trudem, ale mimo to nie miała zamiaru się poddać. Nie szło jej za dobrze, ale pocieszała się myślą, że jeśli teraz jest najgorsza, może zrobić największy postęp.

— Chcecie dobrą? Nie ma sprawy – rzucił Arhem, na co Terratka odpowiedziała wymownym spojrzeniem w sufit. – Dobra jest taka, że trening zakończony. Czas na obiad.

— Nareszcie! – Alec padł teatralnie na kolana, wznosząc ręce ku niebu. Katherine zachichotała, a i nawet Falen uśmiechnął się pod nosem, choć cały dzień był jak chmura burzowa. – Myślałem już, że ta chwila nigdy nie nadejdzie!

— Nie ciesz się tak, Cartwright. Wspominałem chyba o złej wiadomości, czyż nie? No więc zła jest taka, że zakończyła się dopiero pierwsza część treningu. Zaraz po obiedzie zaczynacie drugą, która potrwa aż do kolacji – oznajmił pogodnie trener, ledwie powstrzymując śmiech na widok ich min.

Alec odrzucił głowę do tyłu i jęknął błagalnie:

— Zabijcie mnie…

— Da się zrobić – szepnął słynący ze swej uczynności Falen, przyglądając się z bliska klindze miecza. Lśniła w świetle kandelabrów. Dyskretnie przekręcił ostrze tak, by odbiła się w nim Ellie.

Przez usta Falena przemknął filuterny uśmiech, gdy tylko zobaczył jej zielone oczy. Zdawały się płonąć, podobnie jak rude fale splecione w warkocz.

Ignis puścił uwagę Ventusa mimo uszu i przy pomocy trenera podniósł się z ziemi.

— Na co jeszcze czekacie? Wychodźcie stąd migiem, zanim dojdę do wniosku, że postanowiliście darować sobie przerwę i chcecie od razu zabrać się do roboty. Płacą mi od godziny, więc naprawdę z chęcią was zatrzymam.

Te parę słów wystarczyło w zupełności, aby cała czwórka wzięła nogi za pas.

— Co myślicie o Arachaimie? – spytał pozostałych Falen, kiedy schodzili po schodach do jadalni.

— Arhemie, jeśli już – poprawiła go Katherine. – W sumie wydaje się całkiem sympatyczny. Jak na sadystę, rzecz jasna.

— Potwierdzam. – Kiwnął głową Alec. – A tak przy okazji… Mam dla was dobrą radę. Nigdy, ale to nigdy nie dajcie mu uścisnąć sobie dłoni. Jak mnie złapał, kiedy pomagał mi wstać, myślałem, że zmiażdży mi palce.

— Zapamiętamy. – Aquariuska uśmiechnęła się do niego figlarnie, po czym dodała coś jeszcze szeptem, czego pozostali już nie usłyszeli.

Ignis parsknął śmiechem.

— Muszę przyznać, że pod koniec już nawet nieźle ci szło – zauważył zaczepnie Falen, zrównując się z Ellie. – Myślałem, że poddasz się po pierwszej godzinie i z płaczem pobiegniesz do mamusi, a tu taka niespodzianka.

— Mówił ci już ktoś, że nie masz sobie równych w prawieniu komplementów? – spytała podirytowana Terratka, spoglądając na niego spode łba.

— Chodzą takie plotki.

Ellie pokręciła głową i przyspieszyła kroku. Szybko dołączyła do Katherine i Aleca, a chwilę potem zniknęła w progu jadalni.

Ventus uśmiechnął się pod nosem, odprowadzając ją wzrokiem do drzwi. Zaraz jednak przywołał się do porządku. Nie mógł myśleć o niej w ten sposób. Nie pochodziła z jego frakcji, prawo tego zabraniało… A jednak… zakazany owoc zawsze kusi najbardziej. Nie chodziło wyłącznie o wygląd Ellie, bo widział w życiu już wiele równie ładnych, a nawet ładniejszych od niej dziewczyn. W oczach córki ziemi było coś magnetyzującego. Coś, czemu nie potrafił się oprzeć. Chociaż nigdy wcześniej się nie spotkali, Falen odniósł dziwne wrażenie, że znał ją od dawna.

W jadalni okazało się, że przywódcy zjedli już wcześniej, więc Strażnicy mieli całą salę dla siebie. Nie rozpaczali z tego powodu…

Falen skrzywił się ledwo zauważalnie na widok wina dołączonego do wykwintnego obiadu.

— Mmm… aż ślinka cieknie – powiedziała z zadowoleniem Ellie, nakładając sobie co nieco na talerz. Bolał ją każdy mięsień, ale zapach jedzenia szybko zajął jej myśli.

— Jeśli każdy posiłek w Centaurionie tak wygląda, to nie dziwię się, że Koziobrody i Wodny Johnny są tacy spasieni – zauważył Alec, zabierając się za indycze udko.

— Gorzej, jeśli my się tak roztyjemy. Wtedy zostanie nam już tylko miażdżenie nerimich własnym brzuchem – odparł Falen, dumając nad pustym jeszcze talerzem.

Ignis w tym samym czasie nalewał Terratce i Aquariusce czerwonego wina.

— W sumie zawsze to jakaś taktyka. – Ellie wzruszyła ramionami. – Dziękuję, Alec.

— Nie ma za co. Rossmary, nalać ci też?

— Nie piję alkoholu – odparł lakonicznie, sięgając do dzbanka z nektarem.

Ignis posłał mu zdziwione spojrzenie. Karterczycy co prawda nie słynęli z pijaństwa, ale abstynentów można było ze świecą szukać.

— Jesteś pewny? Nie upijesz się. Jest słabe jak każde obiadowe…

— I naprawdę genialne – wtrąciła Katherine, odstawiając kielich na stół.

— Nie piję dla zasady – rzucił szorstko Falen, spoglądając na nich wilkiem. – Byłbym wdzięczny, gdybyście skończyli ten temat.

— Jak tam sobie chcesz. – Strażnik ognia wzruszył ramionami, po czym wrócił do pałaszowania indyka.

— Wiecie co? – zagaiła w którymś momencie Aquariuska, wodząc wesołymi oczami po twarzach towarzyszy. – Skoro jesteśmy ze sobą związani na najbliższe siedem lat, wypadałoby poznać się trochę lepiej. Proponuję, żeby każdy opowiedział coś o sobie. Ja mogę zacząć, jeśli nie będzie chętnych.

– To zaczynaj. – Ellie uśmiechnęła się do niej zachęcająco, po czym podniosła do ust widelec z ryżem. – Chętnie posłuchamy.

– No więc tak… Nazywam się Katherine…

— To już wiemy, złotko. – Falen posłał jej ironiczny uśmiech. Założył ręce za głowę i leniwie odchylił się do tyłu.

— Cicho! Nie wiedziałam, jak zacząć. – Zbyła go machnięciem dłoni. – Tak czy inaczej dla przyjaciół i przypadkowo poznanych osób, z którymi mam spędzić najbliższe lata swojego życia, jestem Rin. Mam siedemnaście lat i pochodzę z Akantis. To taka mała wioska nad jeziorem Enein… Uwielbiam grać na flecie. Kocham muzykę, dokładnie tak samo jak moja mama.

— Od jak dawna grasz?– zainteresowała się Ellie.

Rin zmrużyła oczy i zaczęła odliczać na palcach.

— Sześć—siedem lat? Jakoś tak. Lubię też śpiewać.

— Musisz nam kiedyś coś zagrać – rzekł Alec, a w jego piwnych oczach odbiła się szczera fascynacja.

— Albo zaśpiewać – wtrąciła Ellie.

— Jeśli zasłużycie – zaśmiała się dźwięcznie, sięgając po miskę z warzywami.

Na pytanie Elizabeth, czy planuje związać swoją przyszłość z muzyką, odpowiedziała zgodnie z prawdą, że nie. Katherine marzyła o czymś zgoła innym….

— Mówisz poważnie? – zdumiał się Ignis. – Chciałaś zostać Strażniczką?

— Tak… Po prostu… moja babcia też została wybrana i bardzo chciałam pójść w jej ślady. Wiedziałam, że wtedy będzie ze mnie dumna – wyznała cicho, bawiąc się pustym kielichem. – Może o niej słyszeliście? Nazywa się Marion Narione, wcześniej Wenns.

— Czekaj… Czy to nie jej przyznano Order Zasłużonych Karterowi? – spytał wyraźnie zaintrygowany Falen, pociągając jeszcze kilka łyków nektaru.

— Tak, za pomoc w zdemaskowaniu carskiego szpiega – powiedziała z dumą Rin, rozpromieniając się na samą myśl o babci. Zaraz jednak jej twarz stężała, a uśmiech spełzł z ust. – Potem jej go odebrano...

— Co takiego zrobiła? – Ellie zmarszczyła brwi. Nie była pewna, czy wypada o to pytać, czy nie, ale ciekawość okazała się silniejsza od dobrego wychowania.

— Zakochała się w nerimim.

— Jak to?! – Alec aż zakrztusił się trunkiem. – Przecież nerimi to bezduszne potwory! Zabijają wszystkich po kolei! Jak twoja babcia mogła pokochać kogoś takiego?

— Trudno w to uwierzyć, ale ten nerimi był dobry. Babcia i Matheas spotkali się po raz pierwszy podczas jednej z jej misji. Wraz z pozostałymi Strażnikami tropiła wówczas grupę Inserian, którzy najeżdżali i grabili okoliczne wioski. Niestety Wybrani wpadli w pułapkę. Nie zginęli tylko dlatego, że jeden z nerimich, zmiennokształtny Matheas, wstawił się za nimi u swoich braci. Zdołał przekonać lidera grupy, aby puścił ich wolno. Kiedy Strażnicy dostali pozwolenie na opuszczenie nerimskiego obozu, Matheas poszedł za nimi. Z początku nic o tym nie wiedzieli, gdyż śledził ich pod postacią wróbla. Poczekał na moment, w którym babcia oddaliła się od reszty. Dopiero wtedy pokazał jej swoje prawdziwe oblicze. Gotowa walczyć chwyciła za broń, ale Matheas przekonał ją, że nie ma złych zamiarów. Przysiągł, że jej nie skrzywdzi. Wówczas babcia przypomniała sobie, że to on ocalił ich wszystkich. Spytała, dlaczego im pomógł, a Matheas odpowiedział, że zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i nie chciał patrzeć, jak umiera.

— Jakie to romantyczne – szepnęła Ellie, słuchając z zafascynowaniem opowieści dziewczyny. – Historia zupełnie jak z książki.

— W rzeczy samej. – Oczy Rin pojaśniały. – Matheas poprosił babcię, by pozwoliła mu dołączyć do Wybranych. Chciał być z nią, gdziekolwiek Rada ją pośle. Zgodziła się. W końcu już raz uratował im skórę, więc czemu miałaby mu nie zaufać? Tak więc Matheas od tej pory wędrował razem z nimi. Pozostali z początku nie wierzyli mu jak psu, bo to przecież nerimi, a nerimi to zło. Z czasem jednak przekonali się, jak dobrym jest człowiekiem, mimo że tak odmiennym od nich samych.

— Co było dalej? – Falen traktował całą historię z przymrużeniem oka. Bez większego zainteresowania dłubał widelcem w talerzu, bawiąc się ziarnkami ryżu.

Miły nerimi? Dobre sobie. Młody Ventus już prędzej uwierzyłby w krasnoludki albo w to, że Eleanore jednak nie pożera dzieci na śniadanie, niż w istnienie dobrego Inserianina.

Poza tym… myślami był gdzie indziej. Daleko stąd, w pewnym dworku w Velirienn…

— Niestety ówczesny przywódca Aquariusów dowiedział się o wszystkim (to było już po przyznaniu babci orderu) i rozkazał jej zabić Matheasa. Powiedział, że albo zrobi to własnoręcznie, albo wyrok wykona centaurioński kat, ale wtedy poleci i jej głowa. Przecież każdy dobrowolny kontakt z nerimim jest przestępstwem.

— Co wybrała? – spytała zasłuchana Ellie. Szmaragdowe oczy miała szeroko otwarte. Malowało się w nich wyczekiwanie i napięcie.

— Babcia powiedziała, że nie da zabić ani siebie, ani Matheasa. Kochała go i to z nim chciała spędzić resztę życia, a przywódca mógł jej... powiedzmy, że „skoczyć”, choć ona użyła wtedy bardziej adekwatnego słowa. Kiedy babcia pozostawała nieugięta, przywódca zamknął ją w jednej z cel i wysłał tropicieli, by sprowadzili Matheasa do Centaurionu.

— Znaleźli go?

— Niestety tak… Mimo błagań babci, zabili go na jej oczach. Zamiast szybko ściąć Matheasowi głowę, wznieśli mu stos, by dłużej cierpiał. Babcię też chcieli zabić, ku przestrodze dla innych, lecz kilka godzin przed planowaną egzekucją podstępem udało jej się zbiec z Lumieree. Gdy tylko przywódca dowiedział się o tym, wysłał za nią pogoń. Zmęczona i głodna uciekała przez las, a potem przez miasteczko za nim. Kiedy pędziła jedną z uliczek Yeris, myśląc że to koniec, nagle otworzyły się drzwi którejś z kamieniczek. Poczuła tylko, jak ktoś siłą wciąga ją do środka. To był dziadek. Uratował ją, podobnie jak wcześniej Matheas. Pomógł babci przedostać się na wieś, z dala od zagrożenia. Wybrał Akantis, bo wiedział, że tam nikt nie będzie jej szukać.

— Ładna historia. Szkoda tylko, że taka smutna – podsumował Alec.

— Niestety – zasępiła się Katherine. Milczała przez chwilę, po czym zmieniła temat. –A jak jest z wami? Skąd pochodzicie, kim jesteście? Może teraz ty, Ellie – zaproponowała, podnosząc na Terratkę swe niebieskie jak ocean oczy.

— Ja? Em... No więc… Pochodzę z Alianne. To takie małe miasteczko, prawie wieś, we frakcji ziemi. Kocham czytać, rysować… Często pomagam mamie w kwiaciarni. To w sumie tyle. – Wzruszyła ramionami. – O, i jestem zapaloną kociarą. Mam już jedną kotkę, Hirę, ale negocjuję z rodzicami kolejne. Jak nie wyjdzie mi ze strażnikowaniem, zrobię ze swojego domu mini zoo.

— Grunt to mieć plan B – skwitował Falen, przyglądając się Ellie z pewnego rodzaju rozbawieniem.

— Teraz twoja kolej.

– Niezbyt lubię mówić o sobie, więc musicie zadowolić się tym, że nazywam się Falen. Resztę wymyślcie sobie sami.

— Toś my się dużo dowiedzieli. – Ellie przewróciła oczami.

— Jeśli chcesz wiedzieć więcej, nie widzę przeszkód, żebyśmy porozmawiali o tym przy kawie – odparł z filuternym uśmieszkiem, ruszając brwiami.

Do diabła z zasadami. Terratka czy nie, nie mógł przestać o niej myśleć. Skąd to uczucie, że już ją poznał…?

— Och, ależ oczywiście. Przyjdziesz do mnie wieczorem, a potem wymkniemy się z ośrodka. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, może nawet zdążysz napsuć mi krwi po drodze do kawiarenki. Genialne.

— Na osiołku w imię miłości – mruknął pod nosem Alec, a Katherine zaśmiała się cicho.

Falen i Ellie zdawali się go nie słyszeć. Mierzyli się spojrzeniami, jakby rzucali sobie wyzwanie. W tym momencie do jadalni weszła starowinka w fartuszku. Trzymała w dłoniach srebrną tacę z dwupiętrowym tortem, przystrojonym owocami takimi jak: truskawki, kiwi i podzielone na ząbki mandarynki.

— Mam nadzieję, że deser będzie wam smakował – powiedziała służąca, delikatnym podmuchem wiatru robiąc miejsce na stole. Ventuska.

— Z całą pewnością – odparła uprzejmie Ellie, pochłaniając ciasto wzrokiem. Po rozmarzonej minie Aleca wiedziała już, że musi się spieszyć, bo Ignis nic jej nie zostawi.

Służąca pokroiła ciasto na równe kawałeczki i nałożyła je na porcelanowe talerzyki. Następnie za pomocą mocy poderwała do góry naczynia po indyku, sałatkach i całej reszcie, zostawiając na stole tylko napoje. Ruszyła do drzwi, a talerze i półmiski ciągnęły się za nią, dryfując w powietrzu.

— To, że tort wszedł do gry jako piąty zawodnik, nie oznacza, że ci odpuścimy. – Przez usta Rin przemknęła drwina. – Opowiadaj.

— Ale co?

— Cokolwiek. Jak żyjesz, co lubisz…

Ventus westchnął ciężko. Widząc, że znalazł się na przegranej pozycji, zaczął swój monolog. Słowa wyrzucał z siebie z prędkością błyskawicy, byleby tylko szybciej skończyć.

— Od urodzenia mieszkam na obrzeżach Velirienn. Pod koniec października skończę dwadzieścia lat, przez co moja matka nie daje mi spokoju i ciągle nalega, bym w końcu się ustatkował. Twierdzi, że skoro coraz więcej szesnastolatków zawiera małżeństwa, to i na mnie przyszedł czas. Ale ja pozostaję nieugięty.

— Przyznaj po prostu, że nikt cię nie chce. – Ellie otarła dłonią wyimaginowaną łezkę. W jej oczach zatańczyły łajdackie ogniki. – O nic się nie martw, za mundurem panny sznurem, jak to się mówi. Kiedy wrócisz, będziesz miał sto nowych kandydatek na żonę. Cieszysz się, prawda?

W tym momencie Terratka jak nikt inny przypominała mu filigranowego, złośliwego chochlika, występującego w czytankach dla dzieci. Małe to, a jakie zadziorne!

— Skaczę z radości. – Ventus przewrócił oczami. – Zabawa w dom i uwijanie rodzinnego gniazdka nie jest szczytem moich marzeń. Podobnie jak bycie Strażnikiem, choć to w pewnym sensie okazało się błogosławieństwem. Teraz przynajmniej mam gwarancję spokoju na najbliższe siedem lat. Matka była tak zdeterminowana, żeby mnie z kimś ożenić, że poważnie bałem się, że przyjdzie w nocy do mojej sypialni i związanego zawlecze pod ołtarz. Straszna kobieta – zakończył, wzdrygając się teatralnie.

— Spokojnie, tu chętnych brak – odparła z przekąsem Ellie, biorąc dokładkę ciasta. – Mam w planach doczekać starości ze swoimi kociakami, więc sam rozumiesz… Alec, twoja kolej.

— Omm, no tak – wymamrotał, przełykając ostatni kęs. Bita śmietana formowała się w wąsik pod jego nosem, ale nikt nie miał zamiaru go uświadomić. – Mam osiemnaście lat, jestem z Losserin. W wolnym czasie lubię testować poziom wygody kanap. Niestety rodzicom nie podoba się moje hobby i robią, co tylko mogą, żeby zaangażować mnie w prowadzenie rodzinnego interesu. Rodzice prowadzą w Losserin małą karczmę, w której pracuję… Jednak znacznie bardziej od stania za barem interesuje mnie sport. Zwłaszcza pływanie i sempeer[4]. To coś co kocham. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jaki sempeer potrafi być relaksujący. Idealny wypoczynek po ciężkim dniu. Musicie kiedyś spróbować, jeśli dotychczas nie mieliście okazji. W sumie nie wiem, co mógłbym jeszcze powiedzieć. Wolę nie wdawać się w szczegóły mojego bujnego życiorysu, więc na tym zakończmy.

Rin już chciała jakoś to skomentować, ale w tym momencie drzwi jadalni otworzyły się z hukiem. W progu zobaczyli Arhema Iwaira. Wyraźnie zniecierpliwiony trener ruszył ku nim. Para zdawała się uchodzić mu uszami.

— Ludzie! Rozumiem, że byliście po treningu głodni, ale bez przesady! Ile można jeść?!

— Długo?

— Ty, Rossmary, to się najlepiej nie odezwał, dobrze ci radzę – warknął Arhem, posyłając chłopakowi ostrzegawcze spojrzenie.

— Zapamiętał pan moje nazwisko. Jak miło. – Falen uniósł pucharek z nektarem w geście toastu. – Pana zdrowie.

Trener przewrócił oczami, mrucząc pod nosem coś we flami.