Opis

Pewnego listopadowego wieczoru w Winsford, miasteczku w południowo-zachodniej Anglii, pojawia się tajemnicza kobieta. Nikt nie zna jej prawdziwego nazwiska, a cel jej pobytu pozostaje nieznany. Żywi i umarli w Winsford to opowieść o ucieczce od dawnego życia. O próbie rekompensaty. A także o rozpoczynaniu wszystkiego od nowa, mimo że nie ma się już nastu lat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 415

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


I

1

Wczoraj postanowiłam przeżyć swojego psa. Jestem mu to winna. Dwa dni później, to znaczy dziś, postanowiłam wypić lampkę wina w Weddon Cross.

Teraz tak właśnie radzę sobie z czasem. Podejmuję decyzje, a potem je realizuję. Niezbyt to trudne, choć trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Oczywiście wszystko zależy od okoliczności.

Deszcz towarzyszył mi przez całą drogę przez wrzosowiska, od chwili kiedy zjechałam z A358 przy Bishops Lydeard, a szybko zapadający zmierzch sprawił, że płacz przelewał się po moim wnętrzu jak powoli zastygająca lawa. Najpierw wzbierał, potem opadał. Ale taki napierający płacz to dobry znak. Za mało w życiu płakałam, ale o tym potem.

Z Londynu wyjechałam około pierwszej i kiedy już się przecisnęłam przez Notting Hill i Hammersmith, podróż poszła łatwiej, niż myślałam. Na zachód M4 przez Hampshire, Gloucestershire i Wiltshire, przynajmniej tak mi się wydaje, że tak się nazywa to hrabstwo, a po dwóch godzinach, za Bristolem, na południe M5. Swego rodzaju spokojem napawała mnie świadomość, że wszystkie te drogi mają swoje numery, miejsca zaś swoje nazwy, choć sam fakt, że tak na to reagowałam, skłaniał raczej do niepokoju.

Nie do końca też można powiedzieć, że podróż poszła łatwiej, niż myślałam, ale przynajmniej strach przed zgubieniem się, przed tym, że wybiorę zły zjazd, wyląduję w beznadziejnych korkach i nie dojadę na czas, przez kilka ładnych godzin powstrzymywał mnie przed zaśnięciem. Stara historia o kochanku siostry Martina – przez resztę nocy. Nie wiem, czemu właśnie akurat oni przyszli mi na myśl, ale tak było. Przed nastaniem świtu człowiek staje się taki bezbronny.

Nie jestem doświadczonym kierowcą, tak wyszło. Pamiętam, że jako dziecko myślałam, że kiedy się tak siedzi za kółkiem i jest się panem lub panią własnego losu, można się poczuć wolnym. Ale przez ostatnie piętnaście czy dwadzieścia lat to Martin prowadził. Dużo czasu minęło, odkąd po raz ostatni w ogóle rozważaliśmy, kto podczas wspólnych wypraw samochodem usiądzie na miejscu kierowcy. A Martin zawsze krzywił się na GPS.

Bo od czego są mapy? Czemu nagle mielibyśmy uznać, że się do niczego nie nadają?

Na dodatek w tym starym, konserwatywnym kraju obowiązywał ruch lewostronny, więc ryzyko, że coś pójdzie nie tak, było większe. Jakoś się jednak udało. Pokonałam gmatwaninę przestarzałych rozwiązań drogowych Londynu i koszmarne autostrady. Udało mi się bez problemów zatankować i zapłacić gotówką. Dopiero na prowadzącej to w górę, to w dół drodze przez Exmoor dopadła mnie melancholia. Mimo to nie zrobiłam ani jednego postoju, choć pewnie podniosłoby mnie to na duchu. Nie jestem nawet pewna, czy widziałam jakikolwiek parking.

Ponieważ jednak w tym kraju nadal jest tak, że w każdej dziurze zaznaczonej na mapie jest pub, tuż po wpół do piątej zatrzymałam przy białym vanie z napisem „Peter’s Plumbing”, na najwyraźniej odludnym parkingu przy najwyraźniej opuszczonym boisku do krykieta. Pospieszyłam do budynku, żeby się przypadkiem nie rozmyślić.

I tak wylądowałam w Wheddon Cross. Nigdy wcześniej tu nie byłam, nigdy nie słyszałam o tym miejscu.

Zanim wypiłam tę lampkę wina, rozważałam jeszcze krótki spacer z Castorem, ale on nie przepada za deszczem. Poza tym był na dworze półtorej godziny wcześniej, kiedy tankowałam. Gdy otwierałam i zamykałam drzwi, chyba nawet nie podniósł łba. Castor lubi wypoczywać. Jeśli okoliczności pozwalają, może spać piętnaście, szesnaście godzin na dobę.

Okazało się, że pub nazywa się The Rest and Be Thankful Inn. Tego listopadowego popołudnia poza biuściastą farbowaną blondyną za barem (w moim wieku, może nieco młodszą) były w nim jeszcze dwie osoby: starsza filigranowa dama popijająca herbatę nad krzyżówką i otyły mężczyzna koło trzydziestki, w ubraniu roboczym i brudnej czapeczce z daszkiem. Na otoku widniały ozdobne litery PP, a kufel z piwem wydawał się przyklejony do opartej o stół silnej dłoni. Domyśliłam się, że to hydraulik z vana, ale kiedy weszłam, ani on, ani starsza pani nie podnieśli nawet wzroku.

Spojrzała na mnie li tylko blondyna. Najpierw jednak dokładnie wytarła pękatą szklankę, którą już miała w ręku, i postawiła ją na półce przed sobą. Ale potem spojrzała.

Zamówiłam lampkę czerwonego. Zapytała, czy może być merlot. Odpowiedziałam, że oczywiście.

– Mała czy duża?

– Dużą proszę.

Możliwe, że w tym momencie pan PP i amatorka krzyżówek unieśli raz czy dwa brew, ale nawet jeśli, to zauważyłam to tak, jak można zauważyć motyla za swoimi plecami.

– Pada – oznajmiła blondyna, nalewając.

– Tak – odparłam. – Rzeczywiście pada.

– Pada, pada, pada.

Powiedziała śpiewnym tonem. Domyśliłam się, że to refren jakiegoś starego szlagieru. Nie wiem, czemu na myśl przyszło mi akurat słowo szlagier, w końcu nie mam więcej niż pięćdziesiąt pięć lat. Łapię się na tym, że ostatnio zaczęłam używać wyrażeń, których używał mój ojciec. Się wie. Babeczka. Li tylko, jak może zauważyliście.

Wzięłam lampkę i usiadłam przy stoliku, na którym leżała ulotka z okolicznymi szlakami turystycznymi. Udawałam, że ją przeglądam, żeby gdzieś podziać wzrok. Najchętniej wychyliłabym wino trzema haustami i pojechała dalej, ale nie chciałam zwracać na siebie uwagi. Może przyjdzie mi tu wrócić, choć zatrzymałam się tutaj właśnie z tego powodu: żeby nie wracać. Obca, samotna kobieta w dojrzałym wieku wchodzi do lokalu po południu i zamawia lampkę wina – w małej mieścinie to nie przejdzie niezauważone. Tak to już jest, nie ma po co walić głową w ten mur, jeśli się nie jest poetą lub artystą. A ja nie jestem.

Poza tym Wheddon Cross nie było moją mieściną. Moja nazywała się Winsford i zgodnie z rozłożoną przede mną ulotką leżała jakieś sześć mil na południe. W tym pubie absolutnie nie mogłam zrobić fałszywego kroku. Może zagoszczę tu ponownie, żeby zamienić słowo z innymi. Tak przynajmniej to wcześniej zaplanowałam. Po pierwszym łyku wina z radością poczułam, że lawa w moim wnętrzu jakby się uspokoiła. Ta aksamitna miękkość wina mogłaby mnie doprowadzić do alkoholizmu, ale ja miałam zamiar iść w innym kierunku.

Choć o kierunkach mam raczej marne pojęcie. Tak wyszło, więc to, jak sprawy będą wyglądać za pół roku, wiązało się z budzącą śmiech niepewnością. Każdy dzień przynosi wystarczająco dużo zmartwień.

W ciągu tych dwudziestu minut, które spędziłam w The Rest and Be Thankful Inn, zmrok przeszedł w ciemność i akurat przestało padać. Dałam Castorowi mały przysmak – suszoną wątrobę, to jego cicha pasja – i spojrzałam na mapę. Wyjechałam z parkingu i skręciłam w A396, na Dulverton, i po kilku milach jazdy krętą drogą dotarłam do zjazdu w prawo, oznaczonego tablicą z napisem Winsford I. Droga biegła wąskim parowem, prawdopodobnie wzdłuż rzeki Exe, od której – o ile wiem – wzięło nazwę całe wrzosowisko, ale za szybą samochodu jej koryto ledwie majaczyło w tle. Jak duch albo jakaś niemrawa istota. Nietrudno było o takie mroczne wyobrażenie w tym obcym, zaciemnionym pejzażu, zwłaszcza że zaczęła też opadać mgła. Kiedy więc światła reflektorów uchwyciły pierwsze budynki, poczułam atawistyczną ulgę. Minęłam sklep i pocztę, skręciłam w lewo i zgodnie ze wskazówkami zaparkowałam pod pomnikiem poległych podczas pierwszej wojny światowej. Razem z Castorem przeszliśmy przez prostą drewnianą kładkę położoną nad płynącą wartko wodą. Na tle niespokojnego ołowianego nieba, które nagle wyjrzało zza mgieł, zlokalizowałam wieżę kościelną i ruszyłam uliczką o nazwie Ash Lane. Wokół ani żywej duszy. Minąwszy kościół, zapukałam do niebieskich drzwi niskiego domku z kamienia. Dziesięć sekund później otworzył mi pan Tawking.

– Miss Anderson?

Takie nazwisko mu podałam. Nie wiem, dlaczego zdecydowałam się akurat na nazwisko panieńskie matki, może z tego prostego powodu, że jego akurat bym nie zapomniała. W dodatku to Anderson przez jedno s, jak to zapisują tu, w Anglii. Pan Tawking zaprosił mnie gestem do środka. Zasiedliśmy w fotelach ustawionych przy niskiej ławie z ciemnego drewna i kominku gazowym. Dzbanek herbaty, dwie filiżanki i talerz herbatników, to wszystko. Do tego dwa klucze na breloczku ułożone na papierze. Domyśliłam się, że to umowa najmu. Pan Tawking nalał herbaty, pogłaskał Castora po karku i powiedział mu, żeby się ułożył w cieple, przed kominkiem. Castor posłuchał. Widać było, że pan Tawking miał w życiu do czynienia z psami. Choć ja na razie żadnego nie zauważyłam. Pan Tawking był stary i zgarbiony, dobrze po osiemdziesiątce. Może miał czworonożnego przyjaciela, który zmarł przed rokiem, i może wiedział, że już za późno na kupowanie nowego. Psy nie powinny przeżywać właścicieli, sama niedawno doszłam do tego wniosku.

– Sześć miesięcy, licząc od wczoraj – powiedział pan Tawking. – Od pierwszego listopada do końca kwietnia. Cóż, co złego to nie ja.

Spróbował się uśmiechnąć, ale mięśnie twarzy nie bardzo go słuchały. Może minęło już sporo czasu, odkąd miał powody do radości. Zarówno od niego, jak i od całego pokoju biła goszcząca tam od dawna melancholia. Może odszedł nie tylko jego pies, pomyślałam, ale i żona. Żony powinny przeżywać mężów, ale to już zupełnie inna historia. Nad tym doprawdy nie miałam wtedy ochoty się zastanawiać. Skupiłam się na czym innym: zauważyłam, że wykładzina jest przetarta i brudna. Wzorzystą tapetę pokrywały plamy wilgoci, a w górnym prawym rogu telewizora z jakiegoś powodu naklejono czerwoną taśmę. Wiedziałam, że zabiorę się stamtąd tak szybko, jak się da. Mój ponury nastrój nie potrzebował dodatkowych bodźców. Kwadrans zajęło mi podpisanie umowy, zapłacenie ustalonej sumy za pół roku, trzy tysiące funtów gotówką (plus sześćset, które dwa dni wcześniej przelałam na konto) i odebranie kluczy. Rozmawialiśmy tylko o pogodzie i kwestiach praktycznych.

– Na blacie leży instrukcja. Jest oczywiście przeznaczona dla gości odwiedzających nas latem, ale jakby co, może pani tam zajrzeć albo zadzwonić. Mój numer też tam jest. Proszę uważać, kiedy będzie pani palić w kominku.

– Czy komórki działają na wrzosowisku?

– Zależy, jakiego ma pani operatora. Zawsze można spróbować na pagórku po drugiej stronie drogi. Tam dobrze słychać. Tam, gdzie jest pochowana ta kobieta. Elizabeth.

Uścisnęliśmy sobie dłonie. Pan Tawking znów pogłaskał Castora po karku i wyszliśmy.

Pies i jego pani wrócili Ash Lane do pomnika i samochodu. Zaczęło wiać, wiatr szarpał gałęziami modrzewia i przewodami telefonicznymi, ale nie padało. Wisząc na tej wysokości, mgła sprawiała, że widoczność wynosiła trzydzieści metrów. Wokół nadal nie było żywej duszy. Castor wskoczył na swoje miejsce w samochodzie, a ja dałam mu kolejny kawałek wątroby. Wymieniliśmy kilka uspokajających myśli i na tyle, na ile się dało, spróbowałam wymazać znaki zapytania widniejące w jego zmartwionych oczach. Potem powoli ruszyliśmy tą drugą drogą.

Halse Lane. Już po pięćdziesięciu metrach minęliśmy pub. Nazywał się The Royal Oak Inn. Dach był pokryty solidną warstwą strzechy. Przynajmniej tam w oknach wychodzących na ulicę widać było słabe światło. Tuż obok, ale po drugiej stronie drogi, stał zabity dechami hotel o nazwie Karslake House, z beznadziejnie ciemnymi prostokątami okien. Dalej kończyły się zarówno zabudowania, jak i latarnie. Droga robiła się jeszcze węższa, ledwo mieścił się na niej jeden pojazd, ale w ciągu tych siedmiu czy ośmiu minut jazdy do Darne Lodge przez ciasne, trudne do pokonania zakręty nie spotkaliśmy ani jednego samochodu. Widoki zasłaniały prastare wysokie murki z kamienia i żywopłoty z trawy, z wyjątkiem ostatniego odcinka, gdzie nagle wrzosowisko rozciągało się we wszystkie strony, w tamtej akurat chwili oświetlone światłem księżyca w pełni, któremu na kilka sekund udało się przecisnąć przez chmury i mgły. Krajobraz od razu nabrał nadprzyrodzonego charakteru, jak na starym obrazie – Gainsborough albo Constable’a. A może i Caspara Davida Friedricha.

Friedrich zawsze był ulubionym artystą Martina. Reprodukcja Mnicha nad morzem wisiała w jego biurze jeszcze zanim się poznaliśmy. Kiedy wysiadłam z samochodu, żeby otworzyć bramę, poczułam strach zmieszany z ulgą. Niewykluczone jednak, że ten diabelski alians ciemności i światła towarzyszył mi już od wizyty na plaży w Międzyzdrojach.

Międzyzdroje. Wciąż nie umiem wymówić tej nazwy, ale tak się ją pisze, sprawdzałam. To już jedenaście dni: trudny do przetrwania okres, ale w tym czasie te przyprawiające o utratę zmysłów, paraliżujące uczucia traciły na sile z każdym rankiem, z każdą nową decyzją. Tak przynajmniej chciałam to widzieć.

Tego się trzymajmy.

I o ile tylko uda mi się rozpalić w kominku i włączyć prąd w Darne Lodge, a do tego zaopatrzyć się w lampkę lub dwie porto, rozciągnie się przede mną morze spokoju. Sześć miesięcy, zima i wiosna na wrzosowisku. A za towarzystwo jedynie Castor, moje starzejące się ciało i zbłąkana dusza. Jeden dzień podobny do drugiego, żadnej godziny nie da się odróżnić ani od minionej, ani od nadchodzącej. Tak, o ile w ogóle rozważałam w myślach, jakie będzie kolejne pół roku, to właśnie tak miało wyglądać. Pustelniczy żywot, skupienie na uzdrawianiu, refleksji i Bóg wie czym jeszcze – ale i ja, i Castor wiedzieliśmy aż nadto dobrze, że nie ma się co martwić o jutro, i kiedy godzinę później on wyciągnął się na owczej skórze, a ja na bujanym fotelu przed kominkiem, w którym niepewnie trzaskał ogień, po prostu zasnęliśmy.

Był drugi listopada, warto to odnotować. Dotarliśmy dalej, niż przypuszczałam w najśmielszych snach i, o ile wiedziałam, zatarliśmy wszystkie ślady. Z tym uspokajającym przekonaniem tuż przed północą przenieśliśmy się do sypialni, do trzeszczącego podwójnego łóżka. Przez chwilę nie spałam, układałam sobie w głowie wstępne praktyczne plany na następny dzień. Wsłuchiwałam się w wiatr hulający nad wrzosowiskiem i w szmer lodówki stojącej w połączonej z salonem kuchni, i pomyślałam, że wreszcie definitywnie skończyło się to, co się działo przez ostatnie miesiące. A mówiąc ściślej – ostatnie lata.

A jeszcze ściślej: przez całe moje dotychczasowe życie.

2

– Rozumiem, że potrzebujecie odskoczni – powiedział Eugen Bergman, spoglądając na nas znad staroświeckich okularów. – Ze względu na tę wariatkę i w ogóle. No i pora też niezła. Cokolwiek z tego wyjdzie, powinno się dać sprzedać.

Te niepowiązane ze sobą zapiski nie mają opowiadać o tym, co było, a jeśli już, to tylko o tym, bez czego nie da się zrozumieć obecnej sytuacji. O ile w ogóle mam jakieś ambicje, to chodziłoby mi mniej więcej o taką treść. Człowiek pisze – i czyta – żeby zrozumieć, tak o tym często myślę. Wielu rzeczy nigdy nie pojmę. Ostatnio przekonałam się o tym aż nadto wyraźnie, ale przecież można przynajmniej spróbować rzucić na sprawy trochę światła. Zaczęłam zdecydowanie za późno, ale człowiek czekający na śmierć musi przecież coś robić, jak mawiał w ponure poniedziałkowe poranki mój kolega z Domu Małp. Zaczynam się już gubić, słowa i daty się mieszają. Wróćmy na Sveavägen. Dokładnie miesiąc temu. Eugen Bergman.

– Cokolwiek z tego wyjdzie? – odparł Martin, jakby zupełnie nie trafiła do niego ta uprzejma ironia w tonie wydawcy. – Pozwolę sobie przypomnieć, że nad tym materiałem siedzę od trzydziestu lat. Jeśli wasi spece od finansów nie doceniają takiej wartości, to w innym wydawnictwie na pewno znajdą się tacy, co docenią.

– Przecież powiedziałem, że to wydamy – odpowiedział Bergman z jednym z tych swoich krzywych uśmiechów na ustach. – A ty dostaniesz zaliczkę. Co z tobą, stary? Mogę ci od ręki obiecać tłumaczenie na siedem, osiem języków. W Anglii będą się pewnie licytować. Więc ruszaj w drogę, do cholery, masz moje błogosławieństwo. Całość składasz ostatniego dnia kwietnia przyszłego roku, ale chętnie coś tam poczytam w międzyczasie, wiesz przecież.

– To nie wchodzi w grę – odparł Martin, kiwając na mnie głową. – Nikt nie przeczyta ani słowa, dopóki całość nie będzie dopięta na ostatni guzik.

Zrozumiałam, że czas się pożegnać. Spędziliśmy w tym pokoju nie więcej niż dziesięć minut, ale, rzecz jasna, omawiano to już wcześniej. Bergman był wydawcą Martina od dwudziestu lat i należał do starego, chyba już wymierającego gatunku. Tak przynajmniej twierdził Martin. Każdą umowę – choć nie było ich znowu tak dużo, sześć czy siedem, o ile się nie mylę – podpisywali w biurze Bergmana. Podpis, uścisk dłoni i odrobina amaro w zniszczonych szklaneczkach do espresso, które trzymał w szufladzie biurka. Zawsze odprawiali ten sam rytuał, również w to piątkowe popołudnie na początku października.

A dokładnie siódmego. Trwało prawdziwe babie lato, przynajmniej w Sztokholmie. Nie jestem do końca pewna, dlaczego Martin nalegał, żebym była na tym spotkaniu, najprawdopodobniej chciał coś w ten sposób zademonstrować.

Nietrudno się domyślić co.

Otóż to, że nadal jesteśmy razem. Że zawirowania ostatnich miesięcy nie zdołały wstrząsnąć solidnymi podstawami naszego związku. Że nadal stoję za mężem czy gdzie tam samodzielna, ale dobra żona powinna stać. Może u jego boku?

Choć przyznaję, że słowo „nalegał” nie jest najlepsze. Martin po prostu o to poprosił, nic więcej. Eugen Bergman od wielu lat był dobrym przyjacielem zarówno jego, jak i moim, choć bliskie relacje skończyły się w momencie śmierci jego żony Lydii w roku 2007. Więc w tym zagraconym biurze przy Sveavägen byłam nie po raz pierwszy. Bynajmniej. Wcześniej, trzy czy cztery razy, też piłam amaro.

Kiedy już wyszliśmy z wydawnictwa, Martin wyjaśnił mi, że umówił się też w kilku innych miejscach, i zaproponował, żebyśmy się spotkali na Sturehof o szóstej. Choć gdybym chciała jechać do domu, to mogę wziąć samochód, on bez problemu może wrócić pociągiem. Odparłam, że jestem umówiona z tą Violettą di Parma, która ma u nas mieszkać, kiedy nas nie będzie – o czym zresztą powinien był wiedzieć, bo wspominałam o tym, kiedy rano jechaliśmy samochodem do miasta – tak więc szósta na Sturehof pasowała mi idealnie.

Przytaknął z lekkim roztargnieniem, szybko mnie uścisnął i ruszył dalej Sveavägen, w stronę placu Sergela. Z jakiegoś powodu stałam jeszcze chwilę na chodniku i odprowadzałam go wzrokiem, kiedy znikał w tłumie. Pamiętam, że pomyślałam, że gdybym trzydzieści lat wcześniej, w tamto Boże Narodzenie, które spędziliśmy z jego okropnymi rodzicami, nie zaszła w ciążę, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Jego też.

Myśl banalna jak cellulit, ani nie przyniosła mi ukojenia, ani nie miała sensu.

Dostałam się na studia w Instytucie Literaturoznawstwa jesienią 1976 roku. Miałam dziewiętnaście lat, a dostał się tam również mój chłopak i moja pierwsza miłość – Rolf. Studiowałam dwa semestry. Pewnie kontynuowałabym naukę, gdyby nie wypadek Rolfa podczas wakacji, choć nie mogę być pewna. Wątpliwości co do tego, czy ślęczenie z lupą nad tekstami to moje powołanie, opadały mnie na pierwszym roku regularnie. I mimo że zaliczałam kolokwia bez większych problemów – choć nie śpiewająco – wyobrażałam sobie, że są i inne areny, na których można rozgrywać życie. O ile można to tak wyrazić.

Śmierć Rolfa była, rzecz jasna, czynnikiem decydującym. To on był w naszym związku amatorem literatury i molem książkowym. To on lubił nocami, po sześciu kieliszkach wina, deklamować Rilkego i Larkina, to on wyciągał mnie na seminaria w ABF1 i w Towarzystwie Literackim Asynja, i to on wolał wydać ostatnie pieniądze na pół tuzina używanych książek Ahlina, Dagermana i Sandemossego, niż dopilnować, żebyśmy mieli co jeść w weekend. Nie zdążyliśmy założyć wspólnego budżetu, ale gdybyśmy zdążyli, nie obyłoby się bez problemów.

Ale w połowie sierpnia 1977 roku Rolf spadł pięćdziesiąt metrów w dół, z masywu górskiego w Szwajcarii, więc kwestia pieniędzy nie miała kiedy zaistnieć. Rzuciłam studia literaturoznawcze i po kilku miesiącach żałoby – trochę pomieszkiwałam u rodziców, a trochę pracowałam jako nocna portierka w hotelu Kungsholmen – w styczniu dostałam się na kurs dziennikarski na Gärdet, i to tą drogą poszłam. Półtora roku później zatrudnili mnie w Telewizji Szwedzkiej, gdzie z przerwą na dwa urlopy macierzyńskie i pewien dodatkowy projekt pracowałam do sierpnia zeszłego roku.

To dziwne, że można ot tak podsumować swoje życie. Jeśli się jednak pominie dzieciństwo i wszystko, co dla człowieka ważne, nie ma przeszkód.

Zaledwie rok po śmierci Rolfa poszłam na ogródkową imprezę na Starym Mieście. Była połowa czerwca 1978 roku. Wbrew mojej woli wyciągnął mnie tam znajomy z kursu dziennikarskiego, i właśnie tam spotkałam Martina. Przez cały ten rok robiłam wszystko wbrew własnej woli, bo przeżywałam żałobę nie z powodu jednej śmierci, a dwóch. Dawnej i niedawnej, potem do tego wrócę, a przepracowywać żal można na wiele sposobów.

Okazało się, że spotkałam Martina już wcześniej.

– Nie poznajesz mnie? – zapytał młody mężczyzna, który podszedł do mnie z czerwonym ponczem w plastikowym kubku. Miał długie ciemne włosy, a na piersi wizerunek Che Guevary. Palił fajkę.

Nie poznałam.

– Nie patrz na fryzurę ani na Ernesta – dodał. – Literaturoznawstwo, rok temu. Gdzie zniknęłaś?

Wtedy skojarzyłam, że to Martin Holinek. Był asystentem w Instytucie Literaturoznawstwa, przynajmniej przez ten rok, kiedy tam studiowałam. Wtedy nie zamieniliśmy ze sobą zbyt wielu zdań, poza tym nie uczył na żadnym z kursów, na które chodziłam, ale poznałam go. Uchodził za młodego geniusza, a Rolf chyba często z nim rozmawiał.

– Straszna sprawa z tym twoim chłopakiem – dodał.

– Tak – odparłam. – To mnie przerosło. Nie mogłam kontynuować studiów, jak planowałam.

– Bardzo mi przykro. Doszłaś jako tako do siebie?

Nie miałam bynajmniej ochoty zagłębiać się w ten temat, mimo że empatia w jego głosie wydawała się szczera. Zapytałam więc, skąd zna ludzi, który zorganizowali imprezę. Wyjaśnił, że mieszka tuż obok i zna większość z nich. I tak zaczęliśmy rozmawiać o Starym Mieście i o wadach i zaletach różnych dzielnic Sztokholmu. Przedmieścia kontra centrum i takie tam: że to kwestia przynależności klasowej. Jakimś dziwnym sposobem nie udało nam się zejść na inne tematy. Potem wylądowaliśmy obok siebie przy stole i ku memu zdziwieniu spostrzegłam, że siedzenie obok niego sprawia mi przyjemność. Nie tylko jego sąsiedztwo, ale i cała impreza. Ludzie bawili się dobrze i bez zadęcia. Było pełno dzieci i psów, a wczesne lato przeżywało rozkwit. Od czasu wypadku byłam raczej mało towarzyska, siedziałam sama, okopywałam się rozpaczą, a wtedy chyba po raz pierwszy od sierpnia zaśmiałam się spontanicznie. Chyba z czegoś, co powiedział Martin, ale nie mogę sobie przypomnieć z czego.

Pamiętam za to, co opowiadał o Grecji. Tydzień później miał wsiąść do samolotu do Aten, a potem popłynąć z Pireusu na Samos. Na południowo-wschodnią część wyspy. Miał tam spędzić co najmniej miesiąc w jakimś kolektywie pisarzy. To samo robił latem rok wcześniej. I kiedy tak o tym opowiadał, zrozumiałam, że to faktycznie nietuzinkowe przeżycie. Naturalnie jarali tam trawę różnego sortu i chodzili na haju, sam chętnie to przyznał – sporo ludzi było z Kalifornii – ale najważniejsza była twórczość literacka. Taka jakby fabryka pisarzy. Tego pierwszego wieczoru nie udało mu się wyjaśnić mi, co to tak naprawdę miało znaczyć, ale cała ta kolonia skupiała się wokół dużego domu należącego do angielskiego poety Toma Herolda i jego młodej amerykańskiej żony Bessie Hyatt. Znałam tę parę. Herold miał na koncie kilka udanych tomików, mimo że był dopiero po trzydziestce, a debiutancka powieść Bessie Hyatt Zanim się rozpadnę była jedną z tych książek, o których w zeszłym roku mówiło się najwięcej. Nie tylko w USA – na całym świecie. Fakt, że było w niej wiele kluczy do jej skomplikowanego związku z Heroldem, był dodatkową zaletą.

Oczywiście Martin mi tym zaimponował i oczywiście zauważyłam, że sam jest dumny z tego, że się obraca w tak znanym towarzystwie. Dla literaturoznawcy to przecież niebywała okazja – może stanąć u źródła, nie musi się z mozołem przedzierać przez te wszystkie dyskusje, analizy i eseje, które narastają wokół każdego znaczącego tekstu czy pisarza niczym pleśń w zatęchłej piwnicy. Nie wiedziałam, czego dotyczyły jego badania, ale skoro pisał doktorat, prawdopodobnie zajmował się raczej tematyką szwedzką lub przynajmniej skandynawską.

Nigdy jednak o to nie zapytałam i kiedy kilka lat później byliśmy już małżeństwem i mieszkaliśmy we wspólnym mieszkaniu przy Folkungagatan, jedyną rzeczą, jaką pamiętałam z naszej pierwszej rozmowy, był kolektyw na Samos.

Później uznałam, że w zasadzie chyba nie rozmawialiśmy o niczym więcej.

Dostałam pracę w Telewizji Szwedzkiej, ponieważ byłam ładna i mówiłam ładną szwedczyzną.

Jeden z moich szefów – facet w wytartych dżinsach, czarnej marynarce i z twarzowym zarostem – po kilku miesiącach tak właśnie podsumował zatrudnienie mnie. Zrobił to przy okazji jakiejś imprezy w sztokholmskim pubie, nie pamiętam w którym. Ponieważ on też w tym zatrudnianiu uczestniczył, uznał, że możemy pójść do jego pięciopokojowego mieszkania na Östermalmie i przez chwilę posłuchać unikatowych nagrań Coltrane’a. Wymigałam się, mówiąc, że jestem szczęśliwą mężatką, w dodatku w ciąży, ale jeśli się nie mylę, zadowolił się moją radosną rudą koleżanką, którą zapewne przyjęto na tej samej solidnej podstawie co mnie.

W każdym razie Dom Małp stał się moim miejscem pracy. Ja i Martin tak właśnie nazywaliśmy Telewizję Szwedzką przez wszystkie te lata, jego uniwersytet natomiast czasem był Zakładem Opieki, a czasem Piaskownicą. Przez kilka lat byłam prezenterką w wiadomościach, przez kilka kolejnych – gospodynią przeróżnych nadzwyczaj atrakcyjnych programów, a tuż po nastaniu nowego tysiąclecia zostałam producentką. Nadal mówiłam ładną szwedczyzną, ale w tamtym czasie moja uroda zrobiła się na tyle dojrzała, że nie pasowała już do ekranu, o czym nie omieszkał mnie poinformować kolejny szef z twarzowym zarostem.

Przez całe moje dorosłe życie witali się ze mną całkiem obcy ludzie. Przywykłam do tego. W spożywczaku, na mieście, w metrze. Zna mnie połowa Szwedów, taka jest brutalna prawda, i nawet jeśli to Martin pojawił się w maju i w czerwcu na pierwszych stronach gazet – absolutnie nie chcę mu tego odbierać – to moje nazwisko i moja twarz niewątpliwie nadały tym doniesieniom większą medialną wartość.

Nie zwolniłam się jednak z Domu Małp. Zadowoliłam się złożeniem prośby o roczny urlop bezpłatny – podanie w dwie minuty i bez zbędnych komentarzy rozpatrzył Alexander Skarman, tymczasowo odpowiedzialny za tego typu wnioski. Było to w połowie lipca, a w siedzibie małpopodobnych celebrytów było goręcej niż zwykle. Od Skarmana czuć było rieslingiem, który pił podczas lunchu. Pochodził z rodziny od lat wiernie działającej w świecie mediów, choć sam nie był żadnym magnatem, nie był nawet szczególnie zdolny. Miał na sobie wypuszczoną na wierzch lnianą koszulę i szorty. Cóż, czasy się zmieniły. Do tego sandały na brudne stopy.

Nie uzasadniłam swojej prośby o urlop, ale w tych okolicznościach nie było to absolutnie konieczne.

– Od pierwszego września? – upewnił się tylko.

– W sierpniu jestem na płatnym urlopie.

– Wiesz, że jesteś gwiazdą.

Nie odpowiedziałam. Beknął dyskretnie, a potem podpisał wniosek.

Nasze dzieci, Gunvald i Synn, zadzwoniły latem kilka razy – nie wiele, zaledwie kilka – i dopiero w połowie sierpnia któreś z nich wybrało się do nas z wizytą. Była to Synn. Zatrzymała się u nas na trzy dni w drodze z Nowego Jorku. Odejdziesz teraz od taty? – zapytała na wstępie, a w jej skrywającym natłok emocji głosie najwyraźniej słychać było oczekiwanie. Między nią i Martinem nigdy nie układało się najlepiej. Wydaje mi się, że to, co się stało, było wodą na jej młyn, który budowała, odkąd weszła w okres dojrzewania.

Gunvalda nie widziałam od Bożego Narodzenia. W drodze na południe planowaliśmy zatrzymać się w Kopenhadze i go odwiedzić, ale ponieważ wymyśliliśmy, żeby pojechać przez Polskę, nic z tego nie wyszło. Chociaż może wcale tego nie planowaliśmy. Myślę sobie, że może Gunvalda i Martina łączyło pewne porozumienie. Zawarli dżentelmeńską umowę, żeby się nie spotykać twarzą w twarz, co z pewnością nie było głupim pomysłem. Zdaje się, że w tej akurat sytuacji największą przysługą, jaką mogliśmy wyświadczyć dzieciom, było zostawienie ich w spokoju.

Piszę my, ale zapewne powinnam się ograniczyć do ja.

Zostawienie ich w spokoju może nawet na zawsze. Przyznaję, że tej jesieni ta myśl nękała mnie coraz mocniej. Ta – ale i inne. Różnica między poszczególnymi dniami, latami i całym życiem znacznie zmalała.

3

Pierwszy poranek był szary i zimny.

W każdym razie w domu było zimno. W sypialni wyraźnie dało się odczuć zapach starej pleśni, ale wydawało mi się, że uda mi się do tego przyzwyczaić. Dom miał tylko dwa, ale za to duże pokoje. Okna obu wychodziły na południe. Za nierównym omszałym murkiem, który otaczał działkę z trzech stron, rozpościerało się wrzosowisko. Kawałek dalej teren opadał, tworząc podłużną nieckę, która przechodziła w dolinę, ciągnącą się, jak sądzę, aż do wioski, ale tego ranka kładąca się gęstym woalem mgła utrudniała rozpoznanie topografii.

Zwłaszcza jeśli oglądało się ją z perspektywy wezgłowia łóżka. Dopiero co zaczęło świtać i ani ja, ani Castor nie mieliśmy ochoty wychodzić spod kołdry i zostawiać względnie wygrzanego przez noc łóżka.

Prędzej czy później trzeba jednak pójść za potrzebą, tego ranka nie było inaczej. Castor potrafi wprawdzie wstrzymywać się z tym w nieskończoność, ale wypuściłam go na dwór, po czym, dygocząc z zimna, przysiadłam na desce sedesowej. Kiedy skończyłam, czekał przed drzwiami i patrzył z wyrzutem, jak to ma w zwyczaju. Wytarłam mu łapy i napełniłam karmą i wodą dwie plastikowe miski w pastelowych kolorach, które poprzedniego wieczoru znalazłam pod blatem. Jego stara miska wciąż leżała w samochodzie. Nie chciało mi się rozpakowywać bagaży po ciemku.

Nastawiłam wodę na herbatę, udało mi się też rozpalić ogień. Niepokój, który bulgotał mi pod czaszką, powoli się rozpierzchł pod wpływem ciepła i dobrego samopoczucia, które nieśmiało, na przekór wszystkiemu, starało się dojść do głosu. Oto objawiła się prawda trwalsza niż tak zwana cywilizacja i błędne ogniki współczesności: jeśli utrzymasz przy życiu ogień, życie też utrzymasz przy życiu.

Sam dom był równie skromny jak jego właściciel. Znajdowały się w nim jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Lodówka i kuchenka. Sofa, fotel, stół z trzema krzesłami i staromodne biurko pod oknem. Bujany fotel. Każda rzecz z innej parafii. Nad kanapą wisiał krzywo obraz przedstawiający kilka koni na wrzosowisku. Do tego niezbyt dekoracyjna makatka z sześcioma koślawymi drzewami. Wyglądała na robótkę dziecka.

I wspomniany już działający kominek. Dzięki Bogu. Castor, rzecz jasna, wyciągnął się na rozłożonej przed nim owczej skórze. Pewnie cały czas się zastanawiał, gdzie się podział Martin, choć nie dawał tego po sobie poznać. Ani trochę.

W zabudowanej garderobie w sypialni znalazłam dwa elektryczne grzejniki – za ich używanie miałam płacić panu Tawkingowi ekstra – podłączyłam więc po jednym w każdym pokoju. Oba nastawiłam na maksa, w nadziei, że da się osiągnąć przyzwoitą temperaturę bez palenia w kominku, a przy okazji pozbyć się części wilgoci.

Wypiłam herbatę bez mleka i cukru, zjadłam pół tuzina sucharków i jabłko, bo tylko to mi zostało z podróżnego prowiantu. Potem zrobiłam szybki przegląd kuchennych utensyliów schowanych w szafkach i szufladach, a następnie zaczęłam spisywać, co trzeba kupić. Na przykład tarkę, na przykład patelnię i garnek do makaronu, na przykład porządny nóż do chleba. Przed dziesiątą trzydzieści – wstaliśmy tuż po siódmej – zdołałam też wnieść do domu wszystkie rzeczy z samochodu. Pochowałam je w garderobie i w komodach.

Jakoś to będzie, odważyłam się pomyśleć. Będę robić tylko jedną rzecz i jakoś to będzie. Castor nadal leżał wyciągnięty przed kominkiem i, jak mi się zdawało, odczuwał błogi spokój. Pomyślałam, że ciekawie byłoby na chwilę móc zajrzeć w jego myśli. Ciekawie byłoby stać się psem, choćby na chwilę.

Niewykluczone, że byłoby to nad wyraz przerażające przeżycie.

Kiedy skończyłam rozpakowywanie i porządki, przez chwilę stałam na podwórku i próbowałam ocenić sytuację. Pomimo rześkiego wiatru znad leżącej wyżej północnej części wrzosowiska mgła za bardzo nie opadła. Z każdej strony widać było tylko na jakieś sto metrów, więc zamiast się wybrać na pieszą wyprawę, jak planowałam, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do wioski po zakupy.

W sklepie – Winford Stores – udało mi się dostać zaledwie niewielką część tego, czego potrzebowałam. Właścicielka, krągła sześćdziesięciopięciolatka, była za to bardzo pomocna i wyjaśniła, że jeśli tylko wybiorę się do Dulverton, z pewnością większość z tego dostanę. Zapewne chodziło jej po głowie niedające się wypowiedzieć pytanie o to, kim jestem i co mnie sprowadza do malutkiego Winsford, mnie zaś po głowie chodziła równie niedająca się wypowiedzieć odpowiedź. Ale tego ranka o niczym więcej nie rozmawiałyśmy. Dostałam za to dokładne wytyczne. Do wyboru miałam dwie możliwości: A396 wzdłuż Exe przez Bridgetown i Chilly Bridge albo B3223, prowadzącą najpierw przez wrzosowiska, a potem w dół, wzdłuż Barle, drugiej co do wielkości rzeki w Exmoor. Spojrzałyśmy razem na mapę, którą najpierw od niej kupiłam, i zgodziłyśmy się, że w tamtą stronę lepiej pojechać pierwszą drogą, natomiast z powrotem – drugą. Zwłaszcza jeśli się mieszka na wrzosowisku, choć z jakiegoś powodu nie przyznałam jej się, że tak właśnie jest. Zapłaciłam za to, co kupiłam, w tym za tuzin nakrapianych jajek, które tego ranka przywieziono z położonej rzut beretem stamtąd Fowley Farm, a które ponoć były najsmaczniejsze i najzdrowsze w całym królestwie. Podziękowałam za pomoc i życzyłam jej miłego dnia. Odwzajemniła się tym samym, a wspomnienie jej ciepła i uprzejmości towarzyszyło mi przez spory kawałek drogi do Dulverton.

Pół godziny później zaparkowałam przed The Bridge Inn, stojącym przy starym kamiennym mostku nad Barle. Dulverton to bez wątpienia miasteczko, które zapewnia wszystko, czego tylko współczesny, czy też bynajmniej nie współczesny człowiek może potrzebować. Podczas dziesięciominutowego spaceru – niebo było szarobiałe, mgła się rozpierzchła, słońce było bliskie przedarcia się przez chmury – ja i Castor mieliśmy okazję stwierdzić, że są tam zarówno restauracje, jak i posterunek policji i straż pożarna, apteka, biblioteka, przeróżne sklepy, pub i herbaciarnia. Był nawet stary antykwariat, do którego nie mogliśmy nie zajrzeć, ponieważ na koślawych drzwiach widniał znak obwieszczający, że czworonożni przyjaciele są szczególnie mile widziani.

Bez pośpiechu zrobiliśmy zakupy, poszliśmy na niezbyt długą przechadzkę wzdłuż wartko płynącej rzeki Barle. Och, jakże się cieszę, że mogę napisać wartko płynącej, to chyba kwestia rekompensaty. Choć nie miałam pojęcia, skąd w rzece wzięło się tyle wody. Na koniec zjedliśmy tartę z mięsem jelenia z porcją zielonego groszku w The Bridge Inn.

To znaczy Castor musiał się zadowolić garścią psich smakołyków, które chętnie wyciągnięto dla niego spod baru.

Zauważyłam, że jest duża różnica między byciem samotną kobietą w średnim wieku a byciem samotną kobietą w średnim wieku z psem. Towarzystwo wyciągniętego pod moim stolikiem w pubie Castora w niewyjaśniony sposób dodawało mi naturalnego prestiżu i nadawało rację bytu. Było niczym niezasłużony bonus, z którego można ot, tak sobie skorzystać. Nie zniosłabym sytuacji, w której się znalazłam, gdybym nie miała oparcia w jego obecności. Nie byłam wprawdzie absolutnie pewna, czy to wszystko znajdzie szczęśliwy koniec, cokolwiek to banalne określenie miałoby oznaczać, nawet z tak niesamowitym towarzyszem życia u boku, ale wiedziałam, że przynajmniej jako tako zapanuję nad krótkimi odcinkami czasu. Minutami, godzinami, może nawet dniami. Zapewne psy też myślą i idą przez życie, używając takich właśnie miar. Kawałek po kawałku. W tym mają nad nami przewagę.

Ale na początku Castor należał do Martina. Kiedy dzieci się wyprowadziły, to on się upierał, że potrzebujemy jakiegoś domowego zwierzęcia, a przez zwierzę domowe rozumiał, rzecz jasna, psa, nic innego. Wychowywał się z mnóstwem kundli. W moim poukładanym dzieciństwie nie było miejsca na takie ekstrawagancje, sama nie wiem dlaczego. Musiałam się zadowolić samolubnymi kotami i kilkoma rybkami akwariowymi, które umierały dość szybko. I tyle. Ach tak, i bratem. I młodszą siostrą. Najchętniej w ogóle bym o niej nie wspominała, omijałabym ten temat szerokim łukiem, ale wiem, że to się nie uda.

Castor skończył siedem lat, wkroczył w rok ósmy. Rhodesian ridgeback. Nie słyszałam o takiej rasie, dopóki Martin nie przyszedł z psem do domu. Chyba nieśmiało marzył o tym, żeby zwierzę leżało u jego stóp w jego uniwersyteckim gabinecie, może nawet towarzyszył mu podczas wykładów. Tak się oczywiście nie stało. To ja zabierałam Castora na szkolenia i do weterynarza. Ja zajmowałam się wszystkimi praktycznymi sprawami, jakimi trzeba się zajmować, mając psa, i to ja chodziłam na dwa długie spacery dziennie.

Ponieważ to ja miałam czas.

Czy raczej wykorzystywałam swój czas, jak należy, ale nigdy nawet o tym nie rozmawialiśmy. Po prostu sprawiało mi to przyjemność. Spacerowanie po lesie i łąkach parę godzin dziennie z cichym i wiernym towarzyszem u boku, bez żadnego innego celu poza tym jednym – wędrowaniem w milczeniu na łonie natury – tak, już po kilku tygodniach to właśnie zajęcie stało się najważniejszym i najbardziej znaczącym w moim życiu.

Może mówi to coś o tym właśnie życiu.

Kiedy wracałam do Darne Lodge prowadzącą przez wrzosowiska pagórkowatą drogą, mgła się podniosła. Widać było okolicę w promieniu mili. Opuściłam szybę. Wydawało mi się, że gdzieś w oddali jest morze albo przynajmniej Kanał Bristolski. Wtedy z całą mocą poczułam, że jestem sama, porzucona, zupełnie nic nie znaczę. Pod wieloma względami łatwiej jest żyć bez horyzontów, we mgle, bez przestrzeni. W takich okolicznościach przynajmniej do mnie dociera, że muszę się zajmować prostymi praktycznymi sprawami: muszę podejmować decyzje i realizować plany, w przeciwnym razie wszystko się sypie. Kiedy żaden krok, żadne działanie, żadne przedsięwzięcie nie ma już sensu, kiedy równie dobrze można by robić coś zupełnie innego niż to, co się właśnie robi, i nie da się o tym zapomnieć, i sens można znaleźć tylko w błędach i występkach z przeszłości… cóż, wtedy szaleństwo czyha za rogiem.

Życie na wrzosowisku wiąże się z piękną i niebezpieczną wolnością, już wtedy zaczęłam to rozumieć. Zatrzymałam się na niedużym parkingu i pozwoliłam Castorowi przeskoczyć z tyłu na przednie siedzenie. Lubi to. Przytyka nos do wlotu powietrza i w ten sposób dostarcza sobie nieziemskiej dawki wrażeń zapachowych.

Albo zwiesza łeb za oknem, jak to robią psy na wsiach. Nikt na świecie nie wie, że tu jesteśmy.

Powtarzam: nikt na świecie nie wie, że tu jesteśmy.

4

Nad ranem dziesiątego kwietnia mój mąż zgwałcił w hotelu w Göteborgu młodą kobietę. Nazywała się Magdalena Svensson, miała dwadzieścia trzy lata i pracowała w hotelu od początku roku. Zawiadomienie na policję złożyła po trzech tygodniach, drugiego maja.

A może tak naprawdę jej nie zgwałcił. Nie mogę być pewna, ponieważ mnie tam nie było.

Martina zabrano na przesłuchanie. Przesiedział dzień i noc w komisariacie, a potem go wypuścili. Miał czekać na proces.

Trochę ponad dwa tygodnie później, osiemnastego maja, jakaś gazeta dowiedziała się, że znany publicysta, pisarz i profesor literatury Martin Holinek jest oskarżony o gwałt. W ciągu tygodnia usłyszeli o tym wszyscy. Magdalena Svensson opowiedziała o tym, co się stało tamtej nocy, przedstawicielom wielu mediów i przez pięć dni temat znajdował się na pierwszych stronach zarówno w „Aftonbladet”, jak i w „Expressen”. Mój mąż odmawiał komentarza. Dostał zwolnienie lekarskie. O sprawie dyskutowano w radiu, telewizji i prasie. Ale przede wszystkim w mediach społecznościowych: jakaś kobieta napisała na blogu, że i ją „ten zboczony profesorek” zgwałcił, w innym hotelu, w Umeå, niecały rok wcześniej. Był „napalony jak szympans” – sformułowanie zaczerpnęła najwidoczniej z wcześniejszej sprawy znanego francuskiego finansisty i polityka – nigdy jednak tego nie zgłosiła, ponieważ się bała. Dwie inne kobiety napisały na swoich blogach, że zostały zgwałcone przez innych profesorów. Komentarze przypominały egipską plagę szarańczy.

Wisienką na torcie była propozycja pewnego kanału telewizyjnego: chcieli, żebyśmy za pięćdziesiąt tysięcy koron we troje usiedli na kanapie w ich wieczornym programie. Przez we troje rozumieli zgwałconą dziewczynę, sprawcę i żonę sprawcy. Uznali, że to wzbudzi spore zainteresowanie. Odmówiliśmy i nigdy się nie dowiedzieliśmy, czy Magdalena Svensson przyjęła propozycję, czy nie. Ja w każdym razie nigdy się nie dowiedziałam.

Dziesiątego czerwca panna Svensson wycofała oskarżenie i po kilku dniach sprawa znów złapała w mediach wiatr w żagle. Zaczęły się spekulacje o groźbie karalnej i o tym, że sprawca kupił sobie wolność zgodnie ze starym patriarchalnym zwyczajem, i takie tam. Demonstracja przeciwko mężczyznom, którzy nienawidzą kobiet, zgromadziła na placu Sergela dwa tysiące ludzi. Ktoś wcisnął do naszej skrzynki na listy prezerwatywę wypełnioną kałem.

Gwoli sprawiedliwości: odezwało się kilka głosów w obronie Martina, tych co zawsze. On sam obstawał przy nieudzielaniu komentarzy. Tak samo jego adwokat, mimo że należy do najlepszych w kraju i z reguły nie milczy.

Postępowanie przygotowawcze wstrzymano, sprawę umorzono.

Ja też miałam niewiele do powiedzenia, ale w najgorszym momencie pod naszym domem w Nynäshamn naliczyłam ponad dwudziestu fotografów i dziennikarzy. Pewnego wieczoru Martin oddał przez okno dwa strzały z wiatrówki na łosie. Wycelował prosto w niebo nad lasem. Całe to zgromadzenie miało o czym donosić. Wrócili do Sztokholmu i na chwilę zostawili nas w spokoju. Cóż, dla reportera zajmującego się śledzeniem gwiazd wystawanie pod domem w Nynäshamn to żadna frajda.

Pamiętam, że kiedy Martin odkładał broń, starał się wyglądać na zadowolonego.

– No dobrze – powiedział. – To może po lampce wina?

Ale jego głos bynajmniej nie brzmiał tak chwacko. Odmówiłam. Z jakiegoś powodu nikt nie złożył skargi, nie doniósł, że strzelał z wiatrówki na terenie zabudowanym.

Rozmawialiśmy o tym, co się stało – co może się stało – tylko raz, potem już nigdy. Ja nie chciałam.

– Spałeś z tą kobietą? – zapytałam.

– Spałem – odparł.

– Zgwałciłeś ją?

– Nigdy w życiu.

To było tego dnia, kiedy po raz pierwszy napisali o tym w gazetach. Wcześniej nie mogłam się na to zdobyć, choć chciałam. Żadne z dzieci nie zadzwoniło do nas tego wieczoru. Ani żaden znajomy. Pamiętam, że telefon był wyjątkowo głuchy.

Nie licząc telefonów od nieznanych numerów, rzecz jasna, ale tych nie odbieraliśmy.

– A ta kobieta z Umeå? – zapytałam jednak kilka dni później, kiedy i ten wątek wzięto na tapetę.

– Chyba jej nie wierzysz? – odpowiedział.

Jedną z rzeczy, które przez całe lato wydawały mi się dziwne – podkreślam, raczej dziwne niż trudne – było to, że mogłam zdecydować, gdzie leży prawda. To wszystko chyba mnie przerosło, wydawało mi się nie do ogarnięcia, a jeśli się czegoś nie pojmuje, nie można ocenić, na ile jest prawdopodobne. Tak przynajmniej to sobie wyobrażam. Budziłam się rano i po kilku sekundach nieświadomości przypominałam sobie, co się stało. Docierało do mnie, dlaczego jestem taka zmęczona i dlaczego mam takie ciężkie serce. I kiedy szłam chwiejnym krokiem do toalety, wydawało mi się, że jestem aktorką, która trafiła do nie tego filmu co trzeba. Zupełnie nie tego, w dodatku spóźniona o dwadzieścia pięć lat.

Zarówno Martin, jak i ja mieliśmy na koncie zdradę, ale po każdej z tych historii udawało nam się utrzymać związek. Najpierw to on zdradził, potem ja, jakby z zemsty. Było to kiedy jeszcze dzieci mieszkały z nami, więc nie wykluczam, że gdyby już ich z nami nie było, podjęlibyśmy inną decyzję. Ale nie wiem, trudno na ten temat spekulować. W każdym razie żadne z nas nie ciągnęłoby związku na boku, nawet gdyby miało taką możliwość. Przynajmniej mówiliśmy to sobie – każde sobie i sobie nawzajem – przez te lata, które minęły od naszych skoków w bok. To znaczy przez szesnaście i czternaście lat. Mój Boże, ze wstydem uświadamiam sobie, że kiedy poszłam do łóżka z tym operatorem, miałam czterdzieści jeden lat. Mógłby być kolegą Gunvalda, gdyby Gunvald zadawał się z takimi typami.

Kiedy najgorsze minęło, mniej więcej w połowie lipca, zaczęłam sobie uświadamiać, że chcę się dowiedzieć, co się stało. Chcę wiedzieć wszystko o tym, co mój mąż robił w hotelu z tą kelnerką.

Tamtej nocy.

Problem w tym, że było za późno na to, żeby go spytać. Przekroczyłam tę niewidzialną granicę, poniekąd ogłoszony został rozejm. Czułam, że nie mam prawa rozdrapywać tego na nowo. Seks nie był już dla mnie jakąś specjalną frajdą. Może trochę na wyrost uznałam, że Martinowi wystarczy masturbowanie się pod prysznicem i wyimaginowane gorące uściski, ale nie było to aż tak proste.

Zażądać rozwodu? Oczywiście, miałam do tego pełne prawo. Ale to mnie nie przekonywało. Było w tym coś zbyt banalnego. W końcu byliśmy małżeństwem od trzydziestu lat. Już od dawna, za obopólną zgodą, żyliśmy jakby równolegle, no i mieliśmy zaklepany wspólny grób na cmentarzu Skogskyrkogården.

Zadzwoniłam do niej. Do Magdaleny Svensson. Wyszukałam numer na Eniro i zastałam ją w domu, w Göteborgu, przy Guldheden. Odebrała komórkę.

Spotkałyśmy się trzy dni później, dwudziestego sierpnia, w kafejce w dzielnicy Haga. Dzień był niesłychanie gorący. Przyjechałam ze Sztokholmu porannym pociągiem. Znalazłam się w Göteborgu trochę za wcześnie, więc postanowiłam przejść pieszo całą drogę z dworca. Dotarłam spocona. Poza tym nagromadziło się we mnie niejasne poczucie obrzydzenia, zwątpiłam w sens tego przedsięwzięcia i kiedy od Hagi dzieliło mnie zaledwie kilka ulic, mało brakowało, żebym się obróciła na pięcie. W ręku miałam komórkę. Chciałam wybrać jej numer i wyjaśnić, że zmieniłam zdanie. Że nie chcę z nią rozmawiać i najlepiej będzie, jeśli obie zapomnimy o sprawie.

Tak się jednak nie stało. Wzięłam się w garść.

Czekała na mnie przy stoliku pod parasolem. Miała na sobie jasnozieloną sukienkę i cienki biały lniany szal i mimo że widziałam ją wcześniej na zdjęciach w prasie, wydawała mi się zupełnie inna. Była młoda i ładna, ale niezbyt seksowna. Wyglądała na nieśmiałą i zakłopotaną, ale zważywszy na okoliczności, nie było w tym chyba nic dziwnego.

Na mój widok wstała. Najwidoczniej należała do tej połowy szwedzkiego społeczeństwa, która mnie rozpoznaje. Skinęłam głową, żeby potwierdzić, że ja też ją poznałam, a gdy w końcu uścisnęłyśmy sobie dłonie i przywitałyśmy się, dopadło mnie poczucie, że sytuacja jest paradoksalnie beznadziejna. To skromne dziewczątko mogło zostać zgwałcone przez mężczyznę, z którym spędziłam całe dorosłe życie, w którym to wypadku byłoby mi jej żal. Albo z własnej i nieprzymuszonej woli zgodziło się uprawiać z nim seks. Wtedy bynajmniej bym jej nie współczuła.

– Przykro mi – powiedziała.

To były jej pierwsze słowa. Myślałam, że doda coś jeszcze, ale zamilkła. Pomyślałam, że jeśli czekała na mnie – starszą o trzydzieści lat, oszukaną kobietę – to powinna była wymyślić coś bardziej do rzeczy niż przykro mi. Ten wspólny wywiad w telewizji, do którego w końcu nie doszło, byłby doprawdy kłopotliwym przeżyciem.

– Mnie też – odparłam. – Ale nie przyszłam tu opowiadać o tym, co czuję.

Uśmiechnęła się nieśmiało, nie patrząc mi w oczy.

– Ani żeby się dowiedzieć, jak ty się czujesz. Chciałam tylko, żebyś mi powiedziała, co się tam stało.

Usiadłyśmy.

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu – dodałam.

Przygryzła dolną wargę. Widziałam, że jest bliska płaczu. Nietrudno było się domyślić, skąd się wzięły te wszystkie wypowiedzi w prasie. Dziennikarze do niej wydzwaniali, a ona nie miała dość rozumu, żeby odkładać słuchawkę.

– Tak mi przykro – powtórzyła. – To musi być dla pani straszne. Nie pomyślałam o tym.

Niby kiedy? – zadałam pytanie w myślach. Kiedy o tym nie pomyślałaś?

– Ile masz lat? – zapytałam, choć znałam odpowiedź.

– Dwadzieścia trzy. W przyszłym tygodniu kończę dwadzieścia cztery. Dlaczego pani pyta?

– Mam córkę. Jest pięć lat starsza.

– Tak?

Chyba nie zrozumiała, co miałam na myśli. Ja zresztą też nie wiedziałam. Podeszła do nas kelnerka. Ja zamówiłam espresso, Magdalena Svensson poprosiła o jeszcze jedną filiżankę herbaty.

– Rozumiem, że to dla ciebie trudne – powiedziałam. – To trudne dla nas obu. Byłoby mi jednak łatwiej, gdybym wiedziała, co zaszło między tobą a moim mężem.

Przez chwilę siedziała cicho, drapiąc się po rękach i walcząc ze łzami. Znów przygryzała wargę, trudno jej było nie współczuć. To prawda, pomyślałam. Zgwałcił ją.

– To moja siostra – powiedziała.

– Twoja siostra?

– Tak. To ona kazała mi iść na policję. Żałuję, że to zrobiłam. Nic dobrego z tego nie wynikło. Przez całe lato czułam się fatalnie. Nie wiem, jak to będzie.

Kiwnęłam głową.

– Ja też nie.

– Ją też zgwałcono – wyjaśniła i wydmuchała nos w chusteczkę. – Pięć lat temu. To nas łączy. Ale ona nigdy tego nie zgłosiła. Dlatego namawiała mnie, żebym poinformowała policję.

Nagle zaczęła przypominać dziewczynkę. Uczennicę gimnazjum, którą złapano na drobnej kradzieży albo wagarach. Przez sekundę miałam przed oczami ją i Martina, nagich, w hotelowym łóżku. Wyglądało to tak absurdalnie, że nie mogłam wziąć tego na serio.

Czy coś takiego da się wziąć na serio? Co to znaczy na serio?

– Powiedziała, że zawsze należy takie rzeczy zgłaszać, w przeciwnym razie kobiety nigdy nie będą wolne. Nigdy nie stanie się zadość sprawiedliwości… czy jakoś tak. Więc to zrobiłam. Poszła ze mną do komisariatu. Ma na imię Maria, tak na marginesie. Jak pani.

Kolejny raz skinęłam głową.

– Ciebie i twoją siostrę spotkało to samo?

– Tak.

– Maria i Magdalena?

– Tak, a co?

Odpędziłam to skojarzenie.

– Ale wycofałaś oskarżenie?

– Tak.

– Dlaczego?

– Tego było już za dużo.

– Za dużo?

– No… te gazety i w ogóle.

Dostałyśmy kawę i herbatę. Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu.

– Wybacz – powiedziałam, i w tym momencie naprawdę poczułam się jak dyrektorka przepytująca uczennicę swojej pensji dla dobrze urodzonych panien. – Wybacz, ale nie do końca rozumiem. Twierdzisz, że mój mąż naprawdę cię zgwałcił?

Przez chwilę się zastanawiała.

– Odurzono mnie narkotykami – powiedziała w końcu.

– Odurzono?

– Tak, tak musiało być. Całkiem odleciałam. A potem prawie nic nie pamiętałam.

– Nie pamiętasz? Ale… nie twierdziłaś, że…

– Obudziłam się przecież w jego łóżku – wyjaśniła. – A na brzuchu miałam jego spermę.

Jednym haustem wychyliłam espresso. Wbiłam wzrok w tylne koło roweru, który ktoś niedbale zaparkował przy zielonej ścianie, i poczułam, że właściwie nie miałabym nic przeciwko temu, żeby móc zwymiotować.

– To coś musiało być w drinku… Ten narkotyk.

Dałam znak, żeby mówiła dalej.

– Tego wieczoru kończyłam o dziewiątej, ale zostaliśmy w kilka osób w restauracji. Koleżanka miała urodziny i zaplanowaliśmy dla niej taką niespodziankę…

Zamilkła i wyjęła chusteczkę. Pomyślałam, że te szczegóły na pewno już krążyły w prasie, tylko ja nie śledziłam doniesień.

– Twierdzisz, że mój mąż dosypał ci czegoś do drinka, a potem zwabił do swojego pokoju i… tak?

– Ktoś musiał to zrobić – odparła. – Siedzieli przy sąsiednim stoliku. I zaczęliśmy z nimi rozmawiać… tak jakby.

– Zaczęliście z nimi rozmawiać?

– Tak.

– Czyli było ich kilkoro?

– Kilka kobiet i kilku mężczyzn – wyjaśniła. – W pani wieku.

Zaczęłam się zastanawiać, kto to mógł być. Zapewne koledzy Martina po fachu, jacyś ludzie z uczelni, których spotkał na konferencji. Nie miało to jednak większego znaczenia. Większość tych szczegółów nie miała znaczenia.

– A nie spiłaś się po prostu? – zapytałam.

Wtedy się rozpłakała. Siedziałyśmy w kafejce jeszcze dziesięć minut, ale nie udało mi się już z niej wydobyć ani jednego sensownego słowa.

W drodze powrotnej do Sztokholmu tylko jedna rzecz nie dawała mi spokoju.

„Na brzuchu miałam jego spermę”.

To wtedy, kiedy po rozmowie z Magdaleną Svensson późno wieczorem wróciłam do domu, do Nynäshamn, Martin przedstawił mi swój plan na zimę. Czułam się trochę tak, jakbym była z innej planety, i w zasadzie nie zaprotestowałam. Nie przyznałam się też, co tego dnia robiłam.

5

Około trzeciej po południu, zanim jeszcze słabe światło dnia zdążyło się schować, ruszyliśmy na pierwszą trochę dłuższą przechadzkę po wrzosowisku.

Przez trochę dłuższą rozumiem niecałe dwie godziny. W antykwariacie w Dulverton kupiłam różne mapy i opisy szlaków, ale tego dnia nie miałam czasu, żeby przygotować jakąś specjalną trasę. Przede wszystkim chciałam się trochę rozejrzeć po wrzosowisku, zanim zapadnie zmrok. Castor najwyraźniej był tego samego zdania, bo od razu ruszył przodem, co znaczyło, że według niego to ciekawy i sensowny pomysł.

Zaczęliśmy od Darne Lodge. Przeszliśmy albo przeskoczyliśmy kamienny murek i ruszyliśmy wydeptaną ścieżką na zachód. W niektórych miejscach było sporo błota, ale włożyłam swoje świetne buty trekkingowe, które trzy dni wcześniej kupiłam w Queensway w Bayswater, a Castor za bardzo się nie przejmuje trochę mazistym podłożem. Nie cierpi twardych, ostrych powierzchni. Pod tym względem jesteśmy do siebie odrobinę podobni.

Już po kilkuset metrach doszliśmy do zaznaczonego na mapie zabytku, tak zwanego kamienia Caratacusa: częściowo obudowanego głazu z czasów rzymskich.

Dla laika inskrypcja jest nieczytelna, ale uważa się, że kamień miał uczcić miejscowego przywódcę, który dwa tysiące lat temu odważnie stawił opór przeważającym siłom okupanta.

Potem poszliśmy na południe, równolegle do drogi do Dulverton, choć w niektórych miejscach ledwo ją widzieliśmy. Przez chwilę zastanawiałam się luźno nad kwestią stawiania oporu, zarówno kiedyś, jak i dziś. Władza i poddani, pozycja mężczyzn i kobiet. Szybko porzuciłam te myśli, bo nie pasowały do okoliczności przyrody. Nadal nie wiem, co do nich pasuje, a co nie. Na wrzosowisku panuje dojmująca pustka i szczególna cisza, tyle mogę stwierdzić. Wyjątkiem są chwile, gdy się wystraszy jednego czy dwa bażanty, bo są tam ich setki. Dumne samce sprawiają wrażenie, jakby nie umiały latać, nie skrzecząc przy tym głośno. Wkrótce trafiliśmy na niedużą grupę słynnych dzikich koni z wrzosowisk. Miały długą sierść i wyglądały na narowiste, ale prezentowały się godnie. Czytałam, że chodzą po wrzosowisku cały rok. Całe życie, od narodzin po śmierć, spędzają w tym surowym otoczeniu. Prawie w ogóle nie przejmowały się naszą obecnością. Castor zadowolił się oglądaniem ich z bezpiecznej odległości. Potem bez pośpiechu ruszyliśmy dalej. Dla tak niewprawnego oka jak moje samo wrzosowisko to już coś. Robi przytłaczające wrażenie, jest surowe i monotonne, może i nieco tajemnicze, a przez to, że teren jest lekko pofałdowany, sprawia wrażenie wyschniętego morza. Tylko niskim krzewom udaje się wyrosnąć na tej jałowej glebie. Wrzos, paprocie i kolcolist – niektóre kwitną bez przerwy. Gdzieniegdzie krajobraz przecinają doliny, żłobione setki lat przez szukające drogi do Exe albo Barle rzeczki. W tych miejscach roślinność jest dla odmiany bujna. Wkrótce znaleźliśmy się w jednej z przesiąkniętych wilgocią niecek. Buk, dąb, olsze i leszczyny. Nie znam się za dobrze na gatunkach drzew, więc postanowiłam, że muszę kupić atlas. Jak najszybciej. Rozpoznałam ostrokrzew, mech i bluszcz. Ostrożnie i metodycznie przystrajały pnie i gałęzie. A łagodne strumienie szemrały pod krzewami rododendronu. Wyraźnie czuć było zapach zgnilizny.

Wszystkie te spostrzeżenia poczyniłam w ciągu pierwszych trzydziestu, czterdziestu minut, kiedy schodziliśmy ze zbocza. Szliśmy bardzo błotnistą ścieżką, najwidoczniej dopiero co wydeptaną przez owce i konie. Przypominała szlak, który rano widzieliśmy z sypialni. Chyba faktycznie była to ta sama trasa: według jednego z niewielu drogowskazów miała prowadzić aż do Winsford. Na wysokości zagrody o nazwie Halse Farm, od której zapewne pochodziła nazwa drogi do Darne Lodge, zdecydowaliśmy się zawrócić. Była czwarta i nadciągał zmierzch. Przechadzkę w stronę miasteczka bez wątpienia najlepiej było zacząć rano albo przed południem. Ani ja, ani Castor nie chcielibyśmy, żeby zmrok zaskoczył nas w tej nieodgadnionej, przesiąkniętej zadumą okolicy.

Po powrocie do Darne Lodge kilka godzin poświęciliśmy na prace domowe. I znów to językowe rozdwojenie, które sugeruje zaimek m y. To ja, rzecz jasna, zapaliłam świece, rozpaliłam w kominku i pokroiłam warzywa, cebulę i baraninę na gulasz, który następnie zjadłam w samotności. To ja pozmywałam i wytarłam naczynia, powkładałam je do szafek i szuflad, ułożyłam ubrania w szafie i komodzie w sypialni. Jedynym wkładem Castora było zjedzenie wieczornej porcji karmy Royal Canin Maxi dla psów o wadze powyżej dwudziestu sześciu kilogramów i głośne wychłeptanie pięćdziesięciu łyków wody ze starej metalowej miski. Całą resztę popołudnia i wieczór spędził na owczej skórze przed kominkiem.

Nietrudno jednak pojąć, dlaczego mimo wszystko trzymam się liczby mnogiej. Przez ponad trzydzieści lat mieszkałam pod jednym dachem z mężem i odcisnęło to piętno na mojej gramatyce. Może po prostu się boję, a my waży o wiele więcej niż j a, nawet jeśli tylko pies usprawiedliwia jego użycie. A może to przez starszą siostrę Samodzielności – Samotność, tę która się źle prowadzi, ma chropowatą cerę i nieświeży oddech, tę, którą muszę pokonywać i grzebać. Ciągle od nowa, takie jest życie. To ona jest potworem, wrogiem, zarówno Castora, jak i moim. Nie wiem w zasadzie, dlaczego zaczęłam ten wątek, do diabła z tym. Do diabła z takim zatęchłym myśleniem, wierzę przecież w samotnego człowieka. Muszę wierzyć.

Na odtrutkę wypiłam dwa kieliszki znakomitego porto, które kupiłam w Dulverton, i wyciągnęłam komputer. Laptop Martina musiał na razie zostać w swojej czarnej teczce, tej z tą głupią naklejką z Barcelony. Przypuszczałam, że w końcu będę musiała je otworzyć, zarówno teczkę, jak i laptopa, ale tego wieczoru nie wydawało mi się to konieczne. Upewniłam się, że w domu nie ma sieci. W zasadzie już o tym wiedziałam. Gdybym potrzebowała połączenia z internetem – z jakiegoś powodu, który w tamtej chwili nie bardzo umiałam sobie wyobrazić – mogłam pojechać na wybrzeże, do Minehead, gdzie było kilka kafejek, albo do biblioteki do Dulverton. Tak mi się przynajmniej zdawało. Może były gdzieś bliżej inne miejsca. Wypróbowałam też telefony: ani mój, ani Martina nie działały w domu, postanowiłam więc, że za dnia sprawdzę to miejsce przy grobie, o którym wspomniał pan Tawking. Pod żadnym pozorem nie chciałam do nikogo dzwonić ani wysyłać mejli ani esemesów, ale byłam ciekawa, czy ktoś próbował się skontaktować ze mną.

Choć może to ryzykowne włączyć komórkę, pomyślałam, nie znam się na tym. Jeśli jednak zaczną nas szukać, tak na serio, przez Interpol i śledczych, i tak dalej, to prędzej czy później oczywiście nas znajdą. Chodziło jednak o to, żeby nikt nie zaczął szukać. Bo nie było powodu.

Po drugim kieliszku porto, kiedy ogień zaczął przygasać, wypuściłam Castora za wieczorną potrzebą. Zniknął w ciemnościach, a ponieważ minęło pięć minut, zanim wrócił, zdążyłam sobie wyobrazić to i owo. Pomyślałam, że działka nie ma pewnie więcej niż tysiąc metrów kwadratowych, ale przecież przeskoczenie murku nie byłoby dla niego żadnym problemem. Gdyby chciał.

Potem poszliśmy do łóżka. Było zaledwie kwadrans po dziesiątej, ale ciemność i sam dom – i deszcz, który zaczął uderzać w łupkowy dach i bylinowate krzewy za oknem, w tym rododendrony, jestem niemal pewna – wszystko to redukowało pojęcie czasu do… mocno skrzywionego teoretycznego konceptu. Zanim zasnęłam, po raz pierwszy zaczęłam rozmyślać o domu, o jego historii, o tym, ile ma lat, jaką pełnił funkcję, kto w nim mieszkał przez cały ten czas i dlaczego stoi w swej samotnej okazałości tam, w głębi wrzosowiska. Kawałek dalej w stronę Winsford, nad Halse Farm, leży spora posiadłość. Może Darne Lodge zostało wydzielone z tamtego gospodarstwa. Jest też zamknięta na kłódkę stajnia, której dotąd nie chciało mi się obejrzeć. Pomyślałam, że jeśli będę miała ochotę, o detale będę mogła dopytać pana Tawkinga. Albo zapytam w The Royal Oak Inn, którego na razie nie odwiedziłam.

W każdym razie dom jest stary, ma zapewne kilkaset lat. Kamienne ściany są grube, sufity niskie, okien jest niewiele. Liczy się surowe, praktyczne podejście. I choć pokoje są duże, kiedy się położyłam do łóżka, zauważyłam, że jeśli tylko porządnie napali się w dzień, to nawet w sypialni można korzystać z utrzymującego się w murach ciepła. Po chwili wstałam i odłączyłam oba grzejniki. Lepiej polegać na ogniu, pomyślałam. Składzik z drewnem w szczycie stajni był dobrze zaopatrzony, choć możliwe, że mój gospodarz spodziewał się, że zostawię go w takim stanie, w jakim go zastałam. Jeśli tak, to nie wiem, skąd miałabym brać drewno. Uznałam, że nie jest to problem, który należałoby rozwiązać w najbliższej przyszłości. Kiedy wsunęłam się z powrotem pod kołdrę, kolejny raz przyszła mi do głowy ta słodko-gorzka myśl: że nikt nie wie, gdzie jesteśmy. Gdzie są Castor i jego pani.

Gdzie jest jego pan – też nie.

A ci, którzy wiedzą, że ktoś mieszka w Darne Lodge za mieściną Winsford w hrabstwie Somerset, niedaleko granicy z Devon – może na razie wiedział o tym tylko pan Tawking – nie mają pojęcia, kim jesteśmy.

Kobieta z psem, to wszystko.

Ot, jesienna noc.

Obudziłam się nagle, jakąś godzinę później. Nie mogłam się w żaden sposób zorientować, czy obudziło mnie coś, co było poza mną, czy coś we mnie, ale czułam, że tłucze mi się w środku bardzo niemiłe uczucie. Usiadłam, oparłam się o wezgłowie łóżka. Deszcz ucichł, ciemność była nieprzenikniona. Czuć było słaby zapach wilgoci. Jedynym dającym się słyszeć odgłosem był dobiegający spod kołdry równomierny oddech Castora. Mimo to czułam, że w pokoju jest jeszcze ktoś. Jakby ktoś stał przyciśnięty do ściany przy garderobie i przyglądał się nam. A może ktoś zamknął drzwi i to ten dźwięk mnie obudził – ale to było absolutnie niemożliwe. Castor zareagowałby na coś takiego. Słuch ma o wiele lepszy ode mnie i nawet jeśli jego wartość jako psa obronnego można by kwestionować, zazwyczaj daje znać, jeśli w pobliżu pojawia się jakieś obce stworzenie.

Serce mi waliło i dopiero po chwili zdołałam się uspokoić. Pomyślałam, że powinnam kupić mały odtwarzacz CD. Bez wątpienia przydałby się jakiś miły głos albo saksofon. Złagodziłyby ciemność i ciszę. Może Dexter Gordon? Albo Chet Baker? Czy da się znaleźć Cheta Bakera w sklepie muzycznym w Minehead albo w Dulverton? Czy muszę jechać aż do Exeter? To jedyne większe miasto w tym odległym zakątku Anglii, a jeśli dobrze odczytałam mapę, da się tam dotrzeć samochodem w półtorej, może w dwie godziny.

W końcu zasnęłam i od razu zaczęła mi się śnić białoszara plaża w Międzyzdrojach. Spacer na wschód, pod wiatr, i ta szczególna przechadzka z powrotem.

Ta szczególna przechadzka z powrotem.

6

Martin był latem na Samos trzy razy. W roku 1977, 1978 i 1979. Kolektyw literacki kontynuował działalność jeszcze przez pięć lat, ale Tom Herold i Bessie Hyatt opuścili zarówno swój dom, jak i swoją wyspę na Morzu Śródziemnym we wrześniu 1979 roku. Druga powieść Bessie Hyatt – Męski krwiobieg – wyszła miesiąc później, kiedy już osiedli za Tazą w Maroku. Mieszkali tam aż do samobójstwa Bessie, do roku 1981.

W lipcu i sierpniu 1980 roku Martin gościł przez kilka tygodni w ich nowym domu w Maroku. Ja w tym czasie byłam w Sztokholmie, oczekiwałam narodzin Gunvalda. Wcześniej, w maju, wprowadziliśmy się do pierwszego wspólnego trzypokojowego mieszkania przy Folkungagatan. Nie wiem, co się dokładnie stało w Tazie, ale coś się stało. Kiedy Martin wrócił do Szwecji, był innym człowiekiem. Zrozumiałam to dopiero kilka lat później. Mieliśmy zamiar zostać rodzicami, ale nie znaliśmy się zbyt długo. Kiedy byłam w ciąży, nie obeszło się bez komplikacji, więc koncentrowałam się na tym, co się działo z moim ciałem, na wewnętrznych, nie zewnętrznych przemianach.

W każdym razie nie rozmawialiśmy dużo o Tazie. Ani przed samobójstwem Bessie Hyatt, ani po. W tamtych latach sporo pisano o Hyatt i Heroldzie. Pewien angielski producent zaczął nawet kręcić film o ich życiu z dwojgiem relatywnie znanych aktorów w rolach głównych, ale z nieznanych przyczyn przerwał. Pewnie poszło o brak pieniędzy albo adwokaci Toma Herolda zagrozili mu pozwem.

Ale Martin nigdy nic nie opublikował na ten temat, ani jednego zdania, a kiedy dużo później zapytałam go – raczej przypadkiem, nie z czystej ciekawości – odparł jedynie, że musi dotrzymać pewnych obietnic. Nie, nie odpowied ział, zasugerował mi to. Teraz, kiedy się nad tym zastanawiam, jestem pewna, że tak właśnie było.

Tom Herold żył jeszcze kilka ładnych lat i nadal był sławny. Mieszkał w Maroku, choć już nie w Tazie, aż do początku nowego tysiąclecia, kiedy to przeprowadził się do Anglii. Wydał jeszcze ponad dwadzieścia tomów wierszy, trzy powieści i jakieś wspomnienia. Ukazały się po jego śmierci w 2009 roku. Poza tym w latach dziewięćdziesiątych wyreżyserował i wyprodukował dwa oryginalne filmy długometrażowe, choć wśród szerszej, niezwiązanej z literaturą publiczności jego sława sięgnęła zenitu w maju 2003 roku, kiedy w swoim domu w Dorset obciął młodemu włamywaczowi głowę tysiącletnią arabską szablą. Złodziej był uzbrojony zarówno w nóż, jak i broń palną, więc Toma po procesie całkowicie oczyszczono z zarzutów.

Zdążył jeszcze zaliczyć krótkie małżeństwo – mniej więcej w latach 1990–1995. Jego wybranką była młoda Marokanka o imieniu Fatima, ale i oni pozostali bezdzietni.

O Tomie Heroldzie pisano przez całe jego życie, mimo że unikał rozgłosu. Nigdy nie udzielał wywiadów, nawet w tych okresach, kiedy atakowali go wszelkiej maści dziennikarze. Szczególnie po samobójstwie Bessie urządzili na niego prawdziwą nagonkę. Wiele osób obwiniało go o śmierć młodej żony. Spekulowano o nadużywaniu narkotyków i różnych rytuałach okultystycznych. Ale Herold nigdy nie skomentował swojego małżeństwa, choćby słowem. Dlatego kiedy niemal trzydzieści lat po samobójstwie Bessie i po jego śmierci wydano jego wspomnienia, wszyscy sporo się po nich spodziewali. Nie było zresztą jasne, czy przed śmiercią Herold zgodził się na publikację, czy to jego wydawca wziął sprawy w swoje ręce. Herold nie miał w zasadzie żadnych spadkobierców i nie napisał testamentu. Zabił go złośliwy nowotwór jelita grubego i według jego nielicznych przyjaciół ostatnie lata jego życia były naznaczone bólem i zwątpieniem.

W każdym razie Suma dni rozczarowała, zarówno w sensie literackim, jak i rynkowym. Recenzenci byli wyraźnie sceptyczni, ci zaś, którzy spodziewali się autodemaskatorskich opisów, zwłaszcza dotyczących lat spędzonych z Bessie Hyatt, srodze się rozczarowali. Te tak zwane wspomnienia okazały się w dużej mierze ogólnymi obserwacjami, dość miałkimi i bez finezji. Jedyne nieco bardziej osobiste rozdziały dotyczyły wakacji, które jako dziecko spędzał z jakąś kuzynką na farmie w Walii. Nazwisko Bessie Hyatt pojawiło się dwa razy, natomiast ich słynnemu związkowi poświęcono w sumie jakieś trzy i pół strony. Dodatkowo w opinii większości książka była słabo zredagowana i mimo że Herold był tak znany w wielu krajach, nie doczekała się międzynarodowej promocji.

Obie powieści Bessie Hyatt – Zanim runę i Męski krwiobieg – trzydzieści lat po jej śmierci sprzedano w ponad dwudziestu pięciu milionach egzemplarzy na całym świecie, co mniej więcej dziesięciokrotnie przewyższyło wyniki sprzedaży dzieł Herolda.

– Rozumiem – powiedział Eugen Bergman tamtego październikowego dnia przy Sveavägen. – Jak obszerny jest twój materiał, tak plus minus?

– Tysiąc stron – odparł Martin, wzruszając lekko ramionami. – Plus minus sto. Potrzebuję pół roku, żeby to jakoś uporządkować. Może i więcej, ale na początek powiedzmy pół roku.

– Hm…

– Jeśli chodzi o Maroko… – ciągnął Martin, rzucając mi porozumiewawcze spojrzenie, oznaczające, że omówiliśmy tę sprawę, że jedziemy na tym samym wózku. Na stabilnym wózku naszego związku, pokonującym trudny teren. Nasuwało mi się tysiąc różnych skojarzeń i nagle mnie zemdliło. – Nadal mam tam wielu znajomych, no i zawsze dobrze jest być we właściwym miejscu.

– Hm… – powtórzył Bergman i powoli podniósł się z obrotowego krzesła. Stanął przy oknie i przez chwilę patrzył na kościół Adolfa Fredrika. W charakterystyczny sposób przeniósł ciężar ciała z pięt na palce. Ręce założył za plecami. Włosy miał w nieładzie. Za oknem był piękny jesienny dzień.

Martin dał mi skinieniem znak, żebym się nie odzywała. Rozejrzałam się po pokoju. Sprawdziłam, gdzie w razie potrzeby mogłabym ewentualnie zwymiotować. Obstawiłam kosz na śmieci obok biurka.

– A Bessie Hyatt? Wtedy? – wymamrotał to cicho, jakby mimochodem, nie odwracając się do nas.

– Oczywiście – odpowiedział Martin swoim neutralnym, dyskretnym tonem. – Przecież to o to w tym wszystkim chodzi.

Równie dobrze mogłoby chodzić o to, jak wyleczyć zgagę lub jaki dach położyć na wychodku w ogrodzie. Mdłości zaczęły ustępować. Bergman wrócił do biurka i założył okulary. Zsunął je na czubek nosa i popatrzył na nas, jakbyśmy byli rebusem, który właśnie próbuje rozwiązać.

– Tak, rozumiem, że potrzebujecie odskoczni. Ze względu na tę wariatkę i w ogóle.

Podsumował Eugen Bergman, wydawca, patafizyk i stary dobry znajomy.

O dalszym ciągu tej rozmowy już opowiedziałam.

Plan był prosty. Martin przedstawił mi go miesiąc przed spotkaniem z Bergmanem, a ja zgodziłam się bez szczególnego namysłu. Może to był błąd, oczywiście, że był – nie to, że nie przemyślałam sprawy, ale to, że w ogóle powiedziałam „tak”. Takie czy inne rozważania nic by nie dały, w tej sytuacji trzeba było postawić na intuicję, nie na logiczne czy emocjonalne kalkulacje.

Możliwe, że podjęłam złą decyzję. Cholernie złą.

Ale miałam świeżo w pamięci spotkanie z Magdaleną Svensson, to pewnie przez to.

– Zniknijmy na pół roku – powiedział Martin. – Pozwólmy sobie na taki luksus.

– Co dokładnie masz na myśli?

Przez chwilę udawał, że się zastanawia, mierzył mnie tym swoim szczerym wzrokiem, który przez tyle lat był jego asem w rękawie, ale wtedy już nie.

– Mam na myśli to… to, żebyśmy wyjechali na sześć miesięcy, nikomu nie mówiąc, dokąd się wybieramy.

– Ach tak?

– Całkiem realny byłby wyjazd do Maroka. Pocztę moglibyśmy przekierować do Marrakeszu albo Agadiru. Poste restante nadal się sprawdza. Będziemy odbierać listy, kiedy nam się zachce. A jeśli będziemy musieli się skontaktować ze światem, znajdziemy kafejkę internetową. Żadnych komórek, mam tak cholernie dość komórek. Tylko ty i ja… czas na refleksje, zaleczenie ran i na co tylko chcesz.

– Myślisz o jakimś konkretnym miejscu? – zapytałam. – O jakimś domu?