Wydawca: MAG Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Żywe srebro - Neal Stephenson

Akcja serii rozgrywa się na przestrzeni 60 lat (1655-1714) niemal na całym globie. Angażuje dwory królewskie, myślicieli i filozofów, żołnierzy i złodziei, wynalazców i pisarzy, astrologów i alchemików, postaci historyczne i fikcyjne. Przez karty książki przewijają się wszystkie znaczniejsze osobistości siedemnasto- i osiemnastowiecznej Europy i Ameryki: nie tylko Newton, i Leibniz, ale także John Locke, Robert Hooke, Robert Boyle, Christiaan Huygens, Czarnobrody, cała rzesza królów i książąt, a nawet siedmioletni Ben Franklin. Pełno tu pojedynków i pościgów, lecz nie brak także opisów systemów filozoficznych, rekonstrukcji powstania rachunku różniczkowego i teorii Newtona. Cykl barokowy wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Trudno określić jego przynależność gatunkową, wskazać poprzedników czy nadać mu etykietkę poza etykietką powieści absolutnie genialnej. Stephenson ma niepowtarzalny dar: skomplikowane idee przedstawia w sposób zarazem prosty, zabawny, rozczulający i przyprawiający o dreszcze.

Opinie o ebooku Żywe srebro - Neal Stephenson

Fragment ebooka Żywe srebro - Neal Stephenson

Tytuł oryginału:Quicksilver

Copyright © 2003 by Neal Stephenson

Copyright for the Polish translation © 2014 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Ilustracja na okładce: Irek Konior

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

ISBN 978-83-7480-475-2

Wydanie III

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 22 813 47 43 e-mail: kurz@mag.com.plwww.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

Kobiecie z piętra wyżej

Podziękowania

Dzieło takie jak to spoczywa zawieszone w ogromnej sieci wzajemnych zależności, którym nie sposób dać wyraz na krótkiej stronie z podziękowaniami. Plan zakrojony na tak szeroką skalę nie miałby szans realizacji, gdyby nie wysiłki uczonych od czasów Wilkinsa i Comeniusa aż do współczesności. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym twierdził inaczej. Ale w powieści, która siłą rzeczy nie zawsze trzyma się faktów historycznych i prawdy naukowej, podziękowania mogą się zemścić. Dlatego poważnych uczonych, o których za chwilę będzie mowa, należy docenić za dorobek naukowy, a nie obwiniać o moje dyletanckie dywagacje.

Cała praca nie ruszyłaby z miejsca, gdybym przed kilku laty nie odbył nieoczekiwanych rozmów z Georgem Dysonem i Stephenem Horstem.

Następujący specjaliści (nazwiska znów podaję w porządku alfabetycznym) opublikowali prace, które miały kluczowe znaczenie dla realizacji mojego projektu. Jestem im głęboko wdzięczny, ale zdaję sobie sprawę, że moje liczne odstępstwa od faktów mogą być dla nich drażniące. Czytelnicy, którzy chcą poznać całą prawdę o tamtych wydarzeniach, powinni kupić i przeczytać ich dzieła, na mnie zaś zwalić winę za wszelkie omyłki. Oto ci ludzie: Julian Barbour, Gale E. Christianson, A. Rupert Hall, David Kahn, Hans Georg Schulte-Albert, Lee Smolin, Richard Westfall, D.T. Whiteside.

Szczególne wyrazy uznania należą się Fernandowi Braudelowi; można by wręcz powiedzieć, że moja powieść jest zaledwie obfitującym w dygresje przypisem do jego dzieła. Korzystałem także z wielu innych opracowań, których z braku miejsca nie jestem w stanie tu wymienić. Szczególnie przydatna okazała się sześciotomowa biografia Marlborougha pióra sir Winstona Spencera Churchilla, którą czytelnicy szczerze zainteresowani tym okresem historii powinni przeczytać, a ci, którzy uważają, że zbytnio się rozpisałem – zważyć.

W sposób szczególny dziękuję Béli i Gabrielli Bollobásom, Dougowi Carlstonowi i Tomi Pierce za udostępnienie mi miejsc, których w przeciwnym razie nigdy bym nie zobaczył (Bollobásowie) lub w których nie mógłbym pracować (Carlston i Pierce). George Jewsbury, Catherine Durandin i Hugo Durandin DeSousa przyszli mi z pomocą w doskonałym momencie. Greg Bear pożyczył mi dwie książki (obiecuję, że je oddam!). Za rozmowy o prochu strzelniczym i za cierpliwe wysłuchiwanie moich wynurzeń na temat alchemii dziękuję Marco Kaltofenowi z Natick Indian Plantation, oraz Needham West Militia Companies.

Pomocną dłoń podali mi i wykazali anielską cierpliwość: Jennifer Hershey, Liz Darhansoff, Jennifer Brehl i Ravi Mirchandani. Bez nich nie doszłoby do wydania tej książki.

Jeremy Bornstein, Alvy Ray Smith i Lisa Gold czytali przedostatnią wersję tekstu i opatrzyli ją bezcennymi komentarzami. Dwoje ostatnich, wraz z kartografem Nickiem Springerem, pomogło mi sporządzić mapy, wykresy i drzewa genealogiczne. Więcej informacji czytelnicy znajdą pod adresem BaroqueCycle.com.

Inwokacja

Czego chcesz, muzo? Wiem, że tam jesteś. Więdnący z tęsknoty śpiewacy mówili, Żeś jasna jak płomień, lecz płocha jak duch. Ja i me pióro, zatopieni w płynnym cieniu, Mrok tylko możemy szerzyć, wypełniając nim dnie I ryzy papieru. Lecz bez ciebie nie będzie światła. Czemu szemrzesz w ciemności? Masz przecież Pióra ogniste. Niech świetlne bicze przeszyją noc. Zerwij z twarzy mglisty całun. Daj mi to, czego potrzebuję.

Ale nie, nie ma cię w mroku. Jak ośmiornica Poruszam się w oparach własnych chmur, Dla ciebie odstręczających, dla nas obojga – nieprzeniknionych. Tylko pióro może przeszyć taką pomrokę.

Księga pierwsza

Żywe srebro

Ci, którzy swe spekulacje opierają na hipotezach, (...) mogą wprawdzie stworzyć oryginalny romans, ale pozostanie on romansem, niczym więcej.

Roger Cotes w przedmowie do drugiego wydaniaPrincipia Mathematica sir Isaaca Newtona,

Bostońskie błonia 12 października 1713, godzina 10:33:52

Kiedy Enoch wyjeżdża zza węgła, kat podnosi właśnie pętlę nad głowę kobiety. Tłum na błoniach na chwilę przestaje modlić się i szlochać. Kat nieruchomieje z podniesionymi rękoma, do złudzenia przypominając cieślę, który celuje kalenicą w przygotowaną w wiązarze wypustkę. Pętla wycina z nowoangielskiego nieba niewielki krążek błękitu. Purytanie wpatrują się w niego z rozdziawionymi ustami i – najwyraźniej – coś sobie myślą. Enoch Rudy dojeżdża na obrzeża tłumu i wstrzymuje pożyczonego konia. Widzi już, że kat bynajmniej nie zamierza chwalić się publice mistrzowsko zawiązanym węzłem, lecz odsłania jej krótkotrwałą – a dla purytanina nader kuszącą – wizję wrót do nieba, przez które każdy musi kiedyś przejść.

Boston rozłożył się wśród wzgórz, które leżą w podmokłej niecce niczym kulka lodów w łyżce. Prowadzącą wzdłuż trzonka łyżki drogę przegradza brama, za nią zaś – jak w każdym mieście – znajduje się szubienica. Do bram i muru przybite są zwłoki ofiar – lub to co z nich pozostało. Enoch właśnie przybył tamtędy do Bostonu i doszedł do wniosku, że okropne widoki się skończyły, a dalej będą już tylko kościoły i gospody. Okazało się jednak, że za bramą widział trupy pospolitych rabusiów, skazanych za doczesne zbrodnie. To, co dzieje się w tej chwili na błoniach, to sprawa natury duchowej.

Sznurowa pętla niczym korona spoczywa na posiwiałych włosach ofiary. Kat ciągnie ją w dół. Głowa kobiety rozpycha ją jak główka dziecka przeciskającego się przez drogi rodne. Pętla przechodzi przez najszersze miejsce czaszki i raptownie opada na ramiona skazanej. Kolana uginają się i rysują wyraźniej pod fartuchem, fałdy sukienki składają się teleskopowo; kobieta zaraz osunie się na ziemię. Kat jedną ręką podtrzymuje ją jak tancerz partnerkę, a drugą zaciska węzeł. Urzędnik odczytuje wyrok śmierci, nudny i bezbarwny jak umowa dzierżawy. Gapie drapią się i przestępują z nogi na nogę. Brakuje rozrywek, jakich publiczne wieszanie tradycyjnie dostarcza w Londynie: nikt nie gwiżdże, nie ma żonglerów ani kieszonkowców. Daleko, na drugim końcu błoń, oddział brytyjskich żołnierzy ćwiczy musztrę, maszerując wokół pagórka, na którym ulokowana jest zbudowana z kamienia prochownia. W głosie dyrygującego nimi irlandzkiego sierżanta słychać złość i znudzenie; wiatr niesie go bardzo daleko, niczym odór dymu.

Enoch nie przybył tu wprawdzie oglądać wieszania czarownic, ale skoro już się jakieś trafiło, należy okazać dobre maniery i zostać do końca. Rozlega się dudnienie werbla, po którym nagle zapada niezręczna cisza. Tej egzekucji daleko do najgorszych, jakie widział: ofiara nie miota się i nie wierzga, sznur nie pęka, węzeł trzyma... W gruncie rzeczy jest to kawał dobrej, nadspodziewanie rzetelnej katowskiej roboty.

Nie bardzo wiedział, czego się spodziewać po Ameryce. Okazało się, że jej mieszkańcy do wszystkiego – także do egzekucji – podchodzą z chłodną, wyrachowaną przedsiębiorczością, która jest zarazem rozczarowująca i godna podziwu. Załatwiają najtrudniejsze sprawy z zimną krwią, jak migrujące na tarliska łososie. Zupełnie jakby rodzili się z wiedzą, którą inni ludzie dopiero muszą sobie przyswoić, wraz z baśniami i przesądami, od krewnych i sąsiadów. Może to dlatego, że większość z nich przybyła tu na statkach.

Kiedy odcinają ze sznura zwiotczałe ciało wiedźmy, nad błoniami zrywa się północny wiatr. Na skali sir Isaaca Newtona, na której zero oznacza temperaturę zamarzania wody, dwunastka zaś ciepłotę ludzkiego ciała, zimny podmuch miałby jakieś cztery do pięciu stopni; gdyby w Bostonie zjawił się nagle Herr Fahrenheit z jednym z tych swoich nowiutkich, napełnionych rtęcią termometrów, zarejestrowałby nieco ponad pięćdziesiąt kresek. Ale ten północny wiatr, wiejący co roku jesienią, przeszywa chłodem, którego żaden instrument nie zmierzy. Przypomina ludziom, że jeśli za parę miesięcy nie chcą umrzeć z zimna, muszą zgromadzić opał i uszczelnić szpary w ścianach domostw. Stojący u stóp szubienicy zachrypnięty kaznodzieja bierze poryw wiatru za przejaw obecności samego szatana, który przybył zabrać duszę wiedźmy do piekła, i czym prędzej dzieli się tym spostrzeżeniem ze swoimi owieczkami. Patrzy przy tym Enochowi prosto w oczy.

Enoch czuje, jak w znajomym preludium strachu boleśnie wyostrzają mu się zmysły. Niby dlaczego nie mieliby postawić przed sądem i skazać za czary właśnie jego?

Jak go widzą? Człowiek w trudnym do określenia wieku, choć bez wątpienia doświadczony przez życie, z opadającym na plecy siwym kucykiem, rudą jak miedź brodą, jasnoszarymi oczami i twarzą ogorzałą i pobrużdżoną jak kowalski fartuch z wołowej skóry. Jest ubrany w długi podróżny płaszcz i dosiada pięknego karego konia. Do siodła ma przytroczony kostur i staromodny rapier. Za pasem nosi dwa pistolety – na widoku, tak żeby Indianie, rozbójnicy i francuscy rabusie dostrzegli je, zanim rzucą się nań z zasadzki (teraz wolałby się z nimi nie afiszować, ale sięganie po nie w takiej chwili, choćby po to, żeby je schować, nie wydaje mu się najlepszym pomysłem). Gdyby ktoś przeszukał juki, znalazłby w nich nie tylko przeróżne przyrządy i buteleczki z rtęcią, ale też wiele niezwykłych – i, jak wkrótce by się przekonał, niebezpiecznych – ksiąg hebrajskich, greckich i łacińskich, upstrzonych tajemnymi symbolami, znanymi tylko alchemikom i kabalistom.

Ludzie jednak traktują majaczenia klechy nie jak wezwanie do samosądu, lecz jak sygnał do rozejścia się, co też czynią, rozmawiając półgłosem. Brytyjczycy w czerwonych mundurach strzelają z muszkietów; syczące dudnienie wystrzałów brzmi tak, jakby ktoś garściami piasku ciskał w ogromny bęben. Enoch zsiada z konia i wtapia się w tłum kolonistów. Otula się płaszczem, zasłaniając pistolety, odrzuca kaptur i upodabnia się do jednego z wielu zwyczajnych, zmęczonych wędrowców. Nie patrzy ludziom w oczy. Kiedy zerka z ukosa na ich twarze, ze zdziwieniem stwierdza, że nie ma na nich przeświadczenia o słuszności wyroku.

– Jak Bóg da, to będzie ostatni raz – mówi jeden z nich.

– Ma pan na myśli ostatnią wiedźmę? – pyta Enoch.

– Ostatnią egzekucję.

Tłum płynie jak woda, omywając podnóża stromych wzgórz. Przechodzi przez cmentarz na południu błoń (pełen zmarłych Anglików) i podąża główną ulicą w ślad za trupem czarownicy. Większość domów – podobnie jak kościołów – jest zbudowana z drewna. Hiszpanie postawiliby w mieście jedną kamienną katedrę, olbrzymią i całą w środku wyzłoconą, ale koloniści nie bardzo mogą się porozumieć w jakiejkolwiek kwestii, przez co Boston do złudzenia przypomina Amsterdam: małe kościółki stoją przy każdej przecznicy, niektóre trudne do odróżnienia od stodół, a w każdym można posłuchać kaznodziei przekonanego o własnej nieomylności. Dobrze chociaż, że udało im się dogadać w sprawie zabicia wiedźmy.

Niosą ją teraz na nowy cmentarz, który z niewiadomych powodów ulokowali tuż obok spichlerza. Enoch nie ma pojęcia, czy to połączenie – przechowywanie zmarłych razem z Chlebem Życia – to jakiś przemyślany komunikat miejskiej starszyzny, czy raczej zwyczajny przejaw złego gustu.

Enoch widział już niejedno płonące miasto i dostrzega w Bostonie ślady wielkiego pożaru. Spalone domy i kościoły odbudowuje się w kamieniu. Kondukt dochodzi do miejsca będącego głównym skrzyżowaniem miasta: droga biegnąca od bramy przecina w tym miejscu szeroką ulicę, prowadzącą wprost nad morze i przechodzącą w długi pirs, którego część wybiega daleko w głąb portu. Po drodze przebija się przez skruszony mur z kamieni i drewnianych bali – to resztki nieużywanego już falochronu. Nad samym morzem stoją koszary. Pirs sięga tak daleko w morze, że przy jego końcu swobodnie cumuje jeden z największych okrętów marynarki wojennej. Enoch spogląda w przeciwnym kierunku. Na stoku wzgórza widzi umocnione stanowiska armat, a przy nich ubranych w niebieskie mundury artylerzystów, uwijających się przy ogromnym, przypominającym kadź moździerzu. Żelazne pociski mogą w każdej chwili polecieć na pokład francuskich i hiszpańskich galeonów, które odważyłyby się zapuścić w głąb zatoki.

Kreśląc w myślach linię łączącą trupy u bram miasta, prochownię na błoniach, szubienicę i baterie portowe, Enoch uzyskuje jedną z prostych tworzących kartezjański układ współrzędnych (Leibniz nazwałby ją osią odciętych). Rozumie już, czego boją się mieszkańcy Bostonu i w jaki sposób księża i generałowie pospołu rządzą miastem. Na razie nie wie jeszcze, co znajdzie się w przestrzeni nad i pod osią. Bostońskie wzgórza są okolone bezkresnymi, płaskimi jak stół mokradłami zlewającymi się z morzem lub płynnie przechodzącymi w rzekę, a od strony lądu tworzą rozległą, pustą połać, na której geodeci z linami i przymiarami mogą kreślić najdziwniejsze krzywe, jakie przyjdą im do głowy.

Enoch wie, gdzie znajduje się początek tego układu współrzędnych, ponieważ rozmawiał z kapitanami statków zawijających do Bostonu. Schodzi nad wodę, do miejsca, gdzie długi pirs wyrasta z lądu. Wśród pięknych, kamiennych domów kupców morskich znajduje ceglastoczerwone drzwi, nad którymi zwiesza się kiść winogron. Otwiera je i wchodzi do eleganckiej tawerny. Goście w wykwintnych szatach, z kordelasami u pasa, odwracają się w jego stronę: to handlarze niewolników, sprzedawcy rumu, melasy, herbaty i tytoniu, oraz kapitanowie statków przewożących te wszystkie towary. Tawerna mogłaby znajdować się w dowolnym porcie świata; takie same gospody w Londynie, Kadyksie, Smyrnie i Manili goszczą takich samych ludzi. Nawet gdyby o tym wiedzieli, nie przejęliby się faktem, że pięć minut drogi od tawerny wiesza się czarownice. Enoch czuje się wśród nich znacznie swobodniej niż na ulicy – ale nie wszedł tu po to, żeby się napawać swobodą. Kapitana van Hoeka, do którego przyszedł, nie ma w tawernie. Wycofuje się więc, zanim właścicielowi uda się go czymś skusić.

Wraca do Ameryki, pomiędzy purytanów, wchodzi w labirynt wąskich zaułków i kieruje się na północ. Przeprowadza konia po rozchwierutanej kładce nad młynówką. Na wodzie unosi się flotylla drzazg spod struga jakiegoś cieśli, które mkną z biegiem strumienia niczym wyruszające na wojnę okręty. Słaby nurt popycha w stronę portu ekskrementy i szczątki zabitych zwierząt. Woda śmierdzi stosownie do wyglądu. Wiatr niesie odór znajdującej się w pobliżu mydlarni, gdzie nienadający się do spożycia zwierzęcy tłuszcz przerabia się na świece i mydło.

– Przypłynąłeś z Europy?

Czuł, że ktoś za nim idzie, ale chociaż kilka razy się odwracał, nikogo nie dostrzegł. Teraz już wie dlaczego: śledził go młody chłopak, ruchliwy jak kropla rtęci, którą nie sposób przycisnąć palcem. Zdaniem Enocha ma około dziesięciu lat. Przypomina sobie, żeby się uśmiechnąć, i rozchyla wargi. Stałe zęby dopiero rozpychają się w różowych dziąsłach, tak że widać zaledwie ich skrawki; mleczaki trzymają się na kawałkach skóry i telepią jak szyldy tawern na łańcuchach. Dzieciak ma raczej osiem lat, ale bardzo wyrósł na diecie z dorsza i kukurydzy – przynajmniej wedle londyńskich standardów. W ogóle jest nad wiek dojrzały; brakuje mu tylko ogłady towarzyskiej.

Enoch mógłby odpowiedzieć: „Owszem, przypłynąłem z Europy, gdzie chłopcy, zwracając się do starszych, mówią »proszę pana«, o ile w ogóle odważą się odezwać”, ale nie radzi sobie z niezwykłym dla niego nazewnictwem.

– Z Europy... – powtarza. – Tak tu mówicie? Bo tam mówi się po prostu „świat chrześcijański”.

– Przecież tu też mieszkają chrześcijanie.

– Chcesz przez to powiedzieć, że świat chrześcijański znajduje się właśnie tutaj. Oczywiste jest jednak to, że przybyłem skądinąd. Jak się nad tym zastanowić, to może faktycznie „Europa” będzie lepszym określeniem.

– A jak inni ją nazywają?

– Czy ja wyglądam jak nauczyciel?

– Nie, ale tak mówisz.

– Widzę, że znasz się na nauczycielach?

– Tak, proszę pana – odpowiada chłopiec, zająkując się w chwili, gdy dostrzega pułapkę, w którą zaraz wpadnie.

– A mimo to, w poniedziałkowy poranek...

– W szkole nikogo nie było, bo wszyscy poszli oglądać egzekucję. Nie chciałem siedzieć tam sam i...

– I co?

– I jeszcze bardziej wysforować się naprzód z nauką.

– Jeżeli jesteś mądrzejszy od innych, powinieneś się do tego przyzwyczajać, a nie robić z siebie imbecyla. Twoje miejsce jest w szkole.

– Szkoła jest miejscem nauki. Gdyby pan był tak uprzejmy, żeby odpowiedzieć na moje pytanie, czegoś bym się dowiedział, a to prawie to samo, jakbym był w szkole.

Nie ulega wątpliwości, że chłopiec jest niebezpieczny. Enoch postanawia przystać na jego propozycję.

– Możesz mnie nazywać panem Rootem. A ty...

– Jestem Ben, syn Josiaha. Mydlarza. Z czego się pan śmieje, panie Root?

– Śmieję się, bo mało gdzie w świecie chrześcijańskim... To znaczy, mało gdzie w Europie synowie mydlarzy chodzą do szkół. To charakterystyczna cecha... twoich rodaków.

Enoch gryzie się w język, żeby nie powiedzieć „purytanów”. W Anglii, gdzie purytanie są wspomnieniem, pamiątką dawno minionych czasów, a w najgorszym razie natrętami sterczącymi na rogach ulic, słowo to doskonale określa prostaków z kolonii nad Zatoką Massachusetts. Odkąd jednak przybył do Ameryki, na każdym kroku uświadamia sobie, że prawda jest o wiele bardziej złożona. Siedząc w londyńskiej kawiarni, można rozprawiać beztrosko o islamie i muzułmanach, ale w Kairze te same dywagacje tracą sens. A Enoch znalazł się właśnie w takim purytańskim Kairze.

– Odpowiem na twoje pytanie – mówi, uprzedzając chłopaka. – Jak ludzie nazywają miejsce, z którego przybywam? Powiem tak: islam, kultura większa, bogatsza i pod wieloma względami bardziej wyrafinowana od naszej, z którą chrześcijaństwo styka się na wschodzie i południu, dzieli cały świat na trzy części. Jest część, którą sama zajmuje: dar al-Islam. Jest część, z którą łączą ją przyjazne stosunki: dar as-sulh, czyli Dom Pokoju. To, co zostaje, jest dar al-harb, czyli Domem Wojny. Z przykrością muszę stwierdzić, że to ostatnie określenie znacznie lepiej niż „świat chrześcijański” przystaje do zamieszkanych przez chrześcijan rejonów kuli ziemskiej.

– Słyszałem o wojnie – zauważa spokojnie Ben. – Kończy się. W Utrechcie podpisano traktat pokojowy. Francja dostanie Hiszpanię, Austria hiszpańskie Niderlandy, a my Gibraltar, Nową Fundlandię, St. Kitts i... – Zniża głos. – I handel niewolnikami.

– Właśnie! Asiento!

– Ciii! Są tu ludzie, którym się to nie podoba, proszę pana. Niebezpieczni ludzie.

– Macie tu jakichś barkerów[1]?

– Tak, proszę pana.

Enoch przygląda się uważnie chłopcu. Człowiek, którego szuka, jest w pewnym sensie barkerem, więc dobrze by było wiedzieć, jak się na takich zapatrują ich mniej fanatyczni krewniacy. Ben jednak okazuje raczej ostrożność niż niechęć.

– Ale to tylko jedna wojna...

– Wojna o sukcesję hiszpańską – przytakuje Ben. – Wywołała ją śmierć hiszpańskiego króla Karola II w Madrycie.

– Zgon tego nieszczęśnika był raczej pretekstem do wypowiedzenia wojny niż jej rzeczywistą przyczyną. Poza tym, wojna o sukcesję hiszpańską była drugą – i, mam nadzieję, ostatnią – kampanią wielkiej wojny, która wybuchła ćwierć wieku temu, zaraz po...

– Wspaniałej Rewolucji!

– Rzeczywiście, niektórzy tak ją nazywają. Pilny z ciebie uczeń, Benie. To godne pochwały. Zatem na pewno wiesz, że w czasie tej rewolucji katolicki król Anglii został wypędzony z kraju, a jego miejsce zajęła para monarchów protestanckich.

– Wilhelm i Maria!

– W rzeczy samej. Ale czy zastanawiałeś się nad tym, dlaczego właściwie protestanci i katolicy toczyli wojnę?

– Więcej uczymy się o wojnach wśród samych protestantów...

– No tak. To zjawisko występujące wyłącznie w Anglii, ale ze zrozumiałych względów najbardziej was interesujące. Twoi rodzice przybyli tu właśnie po jednym z tych konfliktów.

– Po wojnie domowej.

– Którą wygraliście. Później jednak nastąpiła restauracja, która była dla was prawdziwą katastrofą. I tak oto znaleźliście się tutaj.

– Trafił pan w sedno, panie Root. Właśnie dlatego mój ojciec, Josiah, opuścił Anglię.

– A matka?

– Urodziła się w Nantucket, proszę pana. Ale jej ojciec uciekł tu przed pewnym niegodziwym biskupem, ponoć bardzo hałaśliwym... Tak słyszałem.

– No, Benie, w końcu cię przyłapałem. Masz na myśli arcybiskupa Lauda[2], srogiego prześladowcę purytanów, jak często nazywano twoich ziomków, za czasów Karola I. Purytanie okrutnie się zemścili: w roku pańskim tysiąc sześćset czterdziestym dziewiątym, przy Charing Cross obcięli rzeczonemu Karolowi głowę.

– Cromwell.

– Właśnie, Cromwell maczał w tym palce. No dobrze, Benie. Stoimy tak sobie przy tej młynówce, ja zaczynam marznąć, koń się niepokoi... Jak już zaznaczyłem, znaleźliśmy punkt, w którym twoja erudycja ustępuje miejsca niewiedzy. Z przyjemnością dotrzymam umowy, to znaczy nauczę cię czegoś, abyś po powrocie do domu mógł powiedzieć Josiahowi, że przez cały dzień byłeś w szkole. Co nie zmienia faktu, że twój nauczyciel może przedstawić mu inną wersję wydarzeń, sprzeczną z twoją. Ale mniejsza z tym. W zamian oczekuję od ciebie paru drobnych przysług.

– Służę uprzejmie, panie Root.

– Szukam w Bostonie pewnego człowieka. Starego człowieka. Podobno tu mieszka.

– Jest starszy niż pan?

– Nie, ale może na takiego wyglądać.

– No to ile ma lat?

– Widział na własne oczy, jak królowi Karolowi I obcinano głowę.

– Czyli co najmniej sześćdziesiąt cztery.

– Widzę, że sumy i różnice masz w małym palcu.

– Podobnie jak ilorazy i iloczyny, panie Root.

– Uwzględnij zatem wskazówkę, jakiej ci udzielę: człowiek, którego szukam, mógł bez przeszkód śledzić przebieg egzekucji, ponieważ ojciec wziął go na barana.

– Miał zatem najwyżej parę lat. Albo z jego ojca był naprawdę kawał chłopa.

– W pewnym sensie był. Dwa dziesięciolecia wcześniej w Izbie Gwiaździstej arcybiskup Laud kazał mu obciąć uszy i nos. On jednak nie dał się zastraszyć i dalej agitował przeciw królowi. Przeciw wszystkim królom.

– Był barkerem. – I tym razem słowo zostaje wypowiedziane bez cienia pogardy w głosie. To niesamowite, jak bardzo Boston różni się od Londynu.

– Wracając do twojego pytania, Benie: Drake nie był siłaczem.

– Czyli syn, którego wziął na barana, był małym dzieckiem. Mógłby mieć teraz jakieś sześćdziesiąt osiem lat. Ja jednak nie znam żadnego pana Drake’a.

– Drake to imię ojca, nie nazwisko.

– Jak zatem brzmi nazwisko?

– Na razie ci nie powiem – odpowiada Enoch. Człowiek, którego szuka, może mieć paskudną opinię wśród tutejszych. Kto wie, czy już go nie powiesili na błoniach.

– Jak mam panu pomóc go znaleźć, jeśli nie wiem, jak się nazywa?

– Zaprowadź mnie do promu do Charlestown. Wiem, że syn Drake’a spędza dużo czasu na północnym brzegu Rzeki Karola.

– Proszę za mną. Mam nadzieję, że ma pan srebro.

– O tak, mam srebro.

* * *

Obchodzą pagórek po północnej stronie miasta. Od jego podnóża wybiegają w morze liczne keje, mniejsze i starsze niż główne nabrzeże. Leżące na brzegu żagle, reje, maszty i stengi tworzą rozległą, niepojętą plątaninę, jak litery na stronicy książki w oczach niepiśmiennego wieśniaka. Enoch nigdzie nie widzi van Hoeka ani Minerwy. Zaczyna się obawiać, że przyjdzie mu chodzić po tawernach, wypytywać, tracić czas i zwracać na siebie uwagę.

Ben prowadzi go prosto do pirsu, przy którym stoi gotowy do drogi prom do Charlestown. Na pokładzie stłoczyli się niedawni świadkowie egzekucji i Enoch musi zapłacić dodatkowo za przewiezienie konia. Rozwiązuje sakiewkę i zerka do środka. Rzucają mu się w oczy herby hiszpańskich królów, odbite w srebrze i znajdujące się w różnych stadiach zatarcia, deformacji i obłamania. Imiona królów zmieniają się – monety bito w Nowej Hiszpanii za panowania różnych władców – ale po imieniu zawsze widnieje napis D.G. HISPAN ET IND REX, czyli „Z łaski bożej król Hiszpanii i Indii”. Wszyscy królowie umieszczają na swoich monetach podobne przechwałki.

Te słowa nie mają wielkiego znaczenia; przecież i tak mało kto umie je przeczytać. Liczy się fakt, że kiedy człowiek stojący na smaganym zimnym wiatrem bostońskim nabrzeżu chce wsiąść na prom, który jest własnością Anglika, nie może zapłacić za podróż monetami bitymi przez sir Isaaca Newtona w Królewskiej Mennicy w londyńskiej Tower. Jedyny uznawany tu pieniądz pochodzi z Hiszpanii. Identyczne monety przechodzą w tej samej chwili z rąk do rąk w Limie, Manili, Makau, Goa, Bandar Abbas, Mokce, Kairze, Smyrnie, Madrycie, Marsylii, na Malcie i Wyspach Kanaryjskich.

Człowiek, który kilka miesięcy wcześniej odprowadził Enocha do portu w Londynie, powiedział:

– Złoto wie o rzeczach, o których żaden człowiek nie ma pojęcia.

Enoch potrząsa sakiewką, aż podskakują odłamki monet. Próbuje wypatrzyć wśród nich pojedynczy wycinek srebrnego krążka – jedną ósmą peso, czyli jednego reala. Wkrótce jednak zdaje sobie sprawę, że większość reali wydał po drodze na różne niezbędne drobiazgi i najmniejszy kawałek, jaki mu został, to połówka monety. Całe cztery reale.

Rozgląda się i dosłownie rzut kamieniem od nabrzeża dostrzega kuźnię. Kowal mógłby mu rozmienić tę połówkę – wystarczyłoby jedno uderzenie młotem.

Przewoźnik czyta Enochowi w myślach. Nie udało mu się zerknąć do sakiewki, ale usłyszał donośny brzęk uderzających o siebie całych monet, niezakłócony blaszanym podzwanianiem ułomków.

– Odbijamy – oznajmia z satysfakcją.

Enoch otrząsa się z zamyślenia, przypomina sobie, co ma zrobić, i podaje przewoźnikowi połówkę srebrnego krążka.

– Chłopak płynie ze mną – stwierdza z naciskiem. – A potem odwiezie go pan z powrotem.

– Niech będzie.

Ben nie śmiał żywić nadziei, że tak mu się poszczęści, ale mimo wszystko w skrytości ducha na to liczył. Jest zbyt powściągliwy, żeby się do tego przyznać, lecz przejażdżka do Charlestown jest dla niego równie wielką atrakcją jak rejs na Karaiby i żywot pirata łupiącego hiszpańskie galeony. Kiedy wchodzi na pokład promu, można odnieść wrażenie, że nie dotyka stopami trapu.

Charlestown leży niespełna milę od Bostonu, po drugiej stronie ujścia leniwej rzeki. Zielone wzgórze jest upstrzone długimi, smukłymi stogami siana, które suszy się na łąkach okolonych murkami z kładzionych bez zaprawy kamieni. Na stoku od strony Bostonu, poniżej wierzchołka, ale ponad bezkresną równiną zalewową i porośniętymi pałką mokradłami, pojawiło się miasto – po części wykreślone przez geodetów, po części zaś pleniące się swobodnie niczym bluszcz.

Należący do przewoźnika muskularni Afrykanie chodzą w tę i z powrotem po pokładzie, zataczając na nim krótkie łuki i młócąc czarną wodę Zatoki Karola długimi, umocowanymi w dulkach wiosłami. Pióra wioseł tworzą w wodzie złożone układy zawirowań, te przemieszczają się ku rufie, splatają i dzielą, kreśląc przecinające się spłaszczone stożki, których przekroje sir Isaac najprawdopodobniej wyliczyłby z pamięci. Hipoteza zawirowań przysparza wielu problemów. Niebo wygląda jak delikatna sieć z napiętego jutowego sznura i obrobionych ośnikiem pni drzew – zacumowane przy brzegu statki szarpią się i dygoczą w podmuchach wiatru niczym konie spłoszone hałasem odległych wystrzałów. Nieregularne fale chlupoczą o kadłuby, na których roi się od bosych robotników, utykających dokuczliwe szpary smołą i pakułami. Kiedy prom się porusza, wzrok płata człowiekowi figle i statki wyglądają, jakby się ślizgały po wodzie na boki. Enoch, który ma to szczęście, że jest odrobinę wyższy od większości pasażerów, oddaje Benowi wodze konia i zaczyna przeciskać się przez ciżbę na pokładzie, próbując odczytać nazwy na dziobach.

Statek, którego szuka, rozpoznaje jednak nie po napisie, lecz po aflastonie pod bukszprytem. Rzeźba przedstawia szarooką kobietę w złoconym hełmie, która z wężową tarczą i – co zrozumiałe – sterczącymi sutkami rzuca wyzwanie zimnym wodom północnego Atlantyku. Na szczęście Minerwa nie podniosła jeszcze kotwicy, ale jest wyładowana po brzegi i wygląda, jakby lada chwila miała wyjść w morze. Na jej pokład są właśnie wnoszone kosze świeżego, parującego chleba. Enoch odwraca się plecami do brzegu i z obrośniętego pąklami słupa odczytuje stan wody. Spogląda też na księżyc, szacując jego wysokość nad horyzontem. Wkrótce zacznie się odpływ; Minerwa z pewnością będzie chciała z niego skorzystać.

Udaje mu się w końcu zauważyć na fordeku van Hoeka, który podpisuje właśnie jakieś dokumenty. Stojąca beczka służy mu za biurko. Jakaś niezwykła, telepatyczna siła każe mu podnieść wzrok i dostrzec Enocha na pokładzie promu.

Van Hoek spogląda na niego i nieruchomieje.

Enoch nie reaguje. Patrzy mu tylko w oczy – wystarczająco długo, by van Hoek zaczął się wahać, czy pośpieszne rzucenie cum rzeczywiście będzie najszczęśliwszym pomysłem.

Kolonista w czarnym kapeluszu próbuje zawrzeć znajomość z jednym z Afrykanów. Ten wprawdzie bardzo słabo mówi po angielsku, ale nie stanowi to dla nich przeszkody, gdyż biały mężczyzna najwyraźniej zna parę słów w jednym z afrykańskich narzeczy. Niewolnik ma bardzo ciemną skórę. Ponieważ na jego lewym barku widnieje wypalony herb króla Hiszpanii, pochodzi zapewne z Angoli. Życie na pewno wygląda dla niego dziwacznie. Najpierw dał się złapać Afrykaninowi bardziej bojowemu niż on sam. Zakuty w łańcuchy trafił do lochu w Luandzie, gdzie został oznakowany rozpalonym żelazem dla potwierdzenia, że zapłacono za niego cło. Z lochu trafił na pokład statku, który zawiózł go do zimnego kraju zamieszkanego przez bladoskórych ludzi. Można by pomyśleć, że po takich przeżyciach nic go już nie zaskoczy, ale słowami tego barkera jest najwyraźniej zdumiony. Sam barker gestykuluje z ożywieniem – bynajmniej nie dlatego, że nie umie się wysłowić. Zakładając, że jest w stałym kontakcie z podzielającymi jego poglądy londyńczykami (a byłoby to założenie nader rozsądne), najprawdopodobniej tłumaczy Angolczykowi, że wszyscy niewolnicy – on również – mają pełne prawo chwycić za broń i wzniecić bunt.

– Piękny wierzchowiec. Przywiózł go pan z Europy?

– Nie, Benie. Wypożyczyłem w Nowym Amsterdamie... To znaczy, w Nowym Jorku.

– Dlaczego popłynął pan do Nowego Jorku, skoro człowiek, którego pan szuka, mieszka w Bostonie?

– Tak się złożyło, że najbliższy statek z Londynu do Ameryki płynął właśnie tam, nie tutaj.

– Musi się panu ogromnie śpieszyć.

– Zaraz pośpieszę się jeszcze bardziej i wyrzucę cię za burtę, jeśli nie przestaniesz wyciągać takich wniosków.

Ben milknie, ale tylko na chwilę – w sam raz, żeby podejść Enocha z innej strony.

– Właściciel rumaka musi być pańskim dobrym przyjacielem, skoro go panu pożyczył.

Enoch zdaje sobie sprawę, że musi zachować ostrożność. Właściciel karego ogiera cieszy się w Nowym Jorku powszechnym szacunkiem. Jeżeli Enoch będzie się upierał przy zażyłości z nim, a potem zrobi w Bostonie krwawą jatkę, reputacja owego dżentelmena zostanie poważnie nadszarpnięta.

– Niezupełnie. Poznałem go zaledwie kilka dni temu, kiedy zapukałem do drzwi jego domu.

Benowi nie mieści się to w głowie.

– Dlaczego w ogóle pana przyjął, skoro się nie znaliście? Proszę mi wybaczyć, ale biorąc pod uwagę pański wygląd i tę broń... Jak to możliwe, że pożyczył panu tak niezwykłego wierzchowca?

– Wpuścił mnie za próg, ponieważ zanosiło się na zamieszki, a ja poprosiłem o schronienie. – Enoch zerka nad ramieniem chłopca na barkera, po czym nachyla się do Bena. – Posłuchaj, opowiem ci coś ciekawego. Kiedy mój statek zawinął do portu, Nowy Jork przywitał nas niezwykłym widowiskiem. Tysiące niewolników z Irlandii i Angoli biegały ulicami, wymachując widłami i płonącymi żagwiami. Żołnierze maszerowali za nimi w zwartym szyku i strzelali salwami. Biały dym z luf muszkietów unosił się w powietrzu i mieszał z czarnym dymem z płonących magazynów. Niebo przypominało rozpalony, sypiący skrami tygiel, cudowny, kiedy się na niego patrzyło, ale, jak się obawialiśmy, niegościnny dla wszelkiego życia. Nasz pilot wstrzymał statek, dopóki przypływ nie zepchnął nas z redy. Przybiliśmy do bronionego przez żołnierzy pirsu. Ale mniejsza o szczegóły. – Enoch zauważa, że jego wywód niepotrzebnie przyciąga uwagę słuchaczy. – Dzięki temu zamieszaniu udało mi się dostać do jego domu. Pożyczył mi konia, ponieważ obaj jesteśmy członkami pewnego stowarzyszenia. W dodatku można powiedzieć, że przybyłem tu właśnie na zlecenie tej organizacji.

– Czy to coś w rodzaju Towarzystwa Barkerów? – pyta szeptem Ben.

Przysuwa się do Enocha i zerka podejrzliwie na mężczyznę, który naucza niewolnika. Zauważył już mnogość broni, z jaką obnosi się Enoch, i skojarzył ją z gawędami rodziców, którzy z pewnością opowiadali mu o wstrętnej sekcie przeżywającej rozkwit w czasach, gdy królobójstwa i łupienie kościołów były na porządku dziennym.

– Nie, filozofów – ucina szybko Enoch, zanim jego rozmówca zdąży popuścić wodze wyobraźni.

– Filozofów!

Spodziewał się, że ta odpowiedź rozczaruje Bena, ale dzieciak jest wyraźnie podekscytowany. A więc nie mylił się: to niebezpieczny chłopak.

– Filozofów naturalnych, chłopcze, nie tych drugich...

– Nienaturalnych?

– Celne sformułowanie. Są ludzie, którzy właśnie filozofów nienaturalnych obarczyliby winą za wojny protestantów z protestantami w Anglii i z katolikami wszędzie poza nią.

– Kim wobec tego jest filozof naturalny?

– Człowiekiem, który stara się zapanować nad swym błądzącym umysłem poprzez trzymanie się obserwowalnych faktów, oraz, o ile to możliwe, kierowanie się regułami logiki przy dowodzeniu swych hipotez. – Ta odpowiedź niczego Benowi nie wyjaśnia. – Naturalista przypomina sędziego, który żąda faktów i gardzi plotką, pogłoskami i sentymentami. Tak jak wasi sędziowie, którzy w końcu wybrali się do Salem i dowiedli, że tamtejsi mieszkańcy powariowali.

Ben kiwa głową. To dobrze.

– Jak się nazywa ten wasz klub?

– Towarzystwo Królewskie w Londynie.

– Ja też zostanę jego członkiem. I takim sędzią, jak pan powiedział.

– Natychmiast po powrocie mianuję cię jednym z nas, Benie.

– Czy w kodeksie Towarzystwa jest zapisane, że w razie potrzeby jego członkowie muszą sobie nawzajem pożyczać konie?

– Nie. Powinni jednak płacić składki, bo te zawsze są potrzebne. A ten człowiek od lat z nimi zalega. Sir Isaac, który jest przewodniczącym Towarzystwa, krzywo patrzy na takich jak on. Wyjaśniłem temu dżentelmenowi z Nowego Jorku, dlaczego źle jest znaleźć się na czarnej liście sir Isaaca. Moje argumenty wydały mu się na tyle przekonujące, że bez dalszej dyskusji pożyczył mi swojego najlepszego wierzchowca.

– Piękny koń – przyznaje Ben, gładząc chrapy zwierzęcia.

Z początku ogier spoglądał na niego nieufnie, ponieważ Ben jest drobny, ruchliwy i śmierdzi padliną. Z czasem jednak nauczył się traktować go jak ruchomy pachołek, zdolny dodatkowo do kilku prostych czynności, takich jak drapanie po nosie i odganianie much.

Przewoźnik jest bardziej rozbawiony niż zły, kiedy odkrywa barkera spiskującego z jednym z jego niewolników. Przegania go dobrodusznie, barker zaś wybiera Enocha na swą następną ofiarę i próbuje na początek nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Enoch odsuwa się i udaje, że bez reszty pochłania go obserwacja coraz bliższego brzegu. Prom właśnie opływa tratwę zbudowaną z olbrzymich bali, która wynurza się z ujścia rzeki. Wszystkie bale są opatrzone znakiem Królewskiej Strzały. To oznacza, że będą budulcem dla okrętów marynarki wojennej.

Za Charlestown rozciągają się luźne zbiorowiska chałup i małe osiedla, połączone wydeptanymi przez bydło ścieżkami. Największa z nich prowadzi aż do Newtowne, gdzie mieści się Kolegium Harvarda. Większość lądu przypomina jednak zwyczajny las, nad którym unoszą się dymy (choć drzewa nie płoną) i z którego dochodzi stłumiony stukot siekier i młotów. Z oddali dobiegają sporadyczne odgłosy muszkietowych wystrzałów, niosące się echem z wioski do wioski – całkiem interesujący system przekazywania informacji na znaczne odległości. Enoch nie ma pojęcia, jak w tym całym rozgardiaszu znajdzie Daniela.

Podchodzi do pogrążonej w rozmowie grupy, która uformowała się na środku pokładu, osłonięta od wiatru ciałami mniej wykształconych obywateli – nie ulega bowiem wątpliwości, że dyskutanci są z Harvardu: mieszanina nadętych pijaczków i rzutkich mężczyzn o wyrazistej mimice, którzy przetykają swoje wypowiedzi fatalną łaciną. Niektórzy wyglądają, wypisz wymaluj, jak typowi skwaszeni purytanie, inni noszą ubrania, które zaledwie przed rokiem wyszły w Londynie z mody. Mężczyzna w popielatej peruce, o ciele w kształcie gruszki i zaczerwienionym nosie, wygląda na dziekana tego pośpiesznie zwołanego uniwersytetu. Enoch czeka, aż na niego spojrzy, i dyskretnie odsłania rapier – nie po to, żeby mu grozić, ale by wyraźnie określić swój status.

– Proszę, proszę, dżentelmen z zagranicy! Witamy w naszej skromnej kolonii.

Enoch machinalnie wykonuje stosownie uprzejme gesty i udziela wymaganych obyczajem zdawkowych odpowiedzi. Wzbudza spore zainteresowanie, co jasno dowodzi, że w Kolegium Harvarda niewiele ostatnio dzieje się ciekawego. Czegóż się jednak spodziewać po uniwersytecie, który liczy sobie zaledwie trzy czwarte wieku? Pytają, czy Enoch pochodzi z Niemiec; odpowiada, że niezupełnie. Zgadują, że sprowadza go jakiś problem natury alchemicznej; ich domysły brzmią znakomicie, lecz są chybione. Kiedy uznaje, że nadeszła odpowiednia chwila, wyjawia im nazwisko człowieka, którego szuka.

W życiu nie słyszał takiej pogardy w ludzkim głosie. Wszyscy, jak jeden mąż, są zniesmaczeni, że dżentelmen przebył Atlantyk, a teraz także Zatokę Karola, tylko po to, by psuć sobie podróż rozmową z kimś takim.

– Nie znam go – kłamie Enoch.

– Pozwól zatem, panie, że przygotujemy cię na spotkanie z nim – proponuje jeden z rozmówców. – Daniel Waterhouse jest człowiekiem niemłodym, z którym w dodatku czas obszedł się mniej łaskawie niż z panem.

– Przysługuje mu tytuł doktora, prawda?

Ciszę, która zapada, mącą stłumione gniewne pomruki.

– Nie jest moim zamiarem poprawianie panów – ciągnie Enoch. – Chciałbym jednak mieć pewność, że nie urażę go, gdy spotkamy się twarzą w twarz.

– Istotnie, jest doktorem – przytakuje gruszkowaty wykładowca. – Jednakże...

– Doktorem czego?

– Trybików – odpowiada ktoś, budząc powszechną wesołość.

– Ależ skąd! – mityguje zebranych dziekan w udawanym przypływie życzliwości. – Wszystkie te jego trybiki na nic by się zdały bez primum mobile, źródła siły i motywacji...

– Mały Franklin!

Oczy wszystkich zwracają się ku Benowi.

– Dziś jest nim młody Ben, jutro jego miejsce może zająć mały Godfrey Waterhouse, a później, kto wie, może jakiś gryzoń w kołowrotku. Co nie zmienia faktu, że ta vis viva jest przekazywana do przekładni doktora Waterhouse’a za pośrednictwem... No, słucham? Kto mi powie?

Dziekan, niczym Sokrates, demonstracyjnie przystawia otwartą dłoń do ucha.

– Wałków? – zgaduje jeden.

– Kołków! – wykrzykuje drugi.

– Doskonale! A zatem nasz kolega, doktor Waterhouse, jest doktorem... Czego?

– Kołków! – odpowiada gromadka unisono.

– No więc nasz doktor od kołków bez reszty poświęca się swojej pracy – przyznaje z podziwem dziekan. – Całymi dniami chodzi w jednym ubraniu...

– Kiedy siada do posiłku, z rękawów sypią mu się opiłki...

– To lepsze niż pieprz!

– I tańsze!

– Czy zamierza pan może dołączyć do jego Instytutu?

– Czy może raczej go przejąć?

Przezabawne.

– Słyszałem o tym Instytucie, ale właściwie niewiele o nim wiem – przyznaje Enoch Root. Spogląda na Bena, który, zaczerwieniony po czubki uszu, odwraca się plecami do wszystkich i gładzi końskie chrapy.

– Nie ma się pan czego wstydzić. Wielu uczonych mężów trwa w stanie podobnej niewiedzy.

– Po przybyciu do Ameryki doktor Waterhouse zaraził się miejscową odmianą grypy, której objawy polegają głównie na tym, że chorzy szukają coraz to nowych zajęć i wyszukują nowe problemy, zamiast pokusić się o rozwiązanie starych.

– A zatem nie jest zadowolony z tego, jak funkcjonuje Kolegium Harvarda? – dziwi się Enoch.

– Ależ tak. Założył...

– ...osobiście ufundował...

– ...i położył kamień węgielny...

– ...a po prawdzie to raczej belkę węgielną...

– ...pod... jakżeż on to nazywa?

– Instytut Sztuk Technicznych Kolonii Zatoki Massachusetts.

– Gdzie znajdę ów Instytut doktora Waterhouse’a? – indaguje Enoch.

– W pół drogi z Charlestown do Harvardu. Proszę podążać za zgrzytem kół zębatych, aż stanie pan przed najmniejszym i najbardziej zadymionym domostwem w całej Ameryce...

– Jest pan człowiekiem uczonym i światłym – wtrąca dziekan. – Jeżeli pańskie poszukiwania dotyczą filozofii, czy nie lepiej byłoby, gdyby skierował pan swoje kroki do Kolegium Harvarda?

– Pan Root jest wysoce poważanym filozofem naturalnym! – wypala Ben, z najwyższym trudem powstrzymując się od płaczu. Z tonu jego głosu łatwo wywnioskować, że uczonych z Harvardu uważa raczej za filozofów drugiego rodzaju. – I członkiem Towarzystwa Królewskiego!

O rany...

Dziekan robi krok w przód, pochyla się nad Enochem i garbi jak spiskowiec.

– Proszę o wybaczenie. Nie wiedziałem.

– Nic się nie stało.

– Powinien pan wiedzieć, że doktor Waterhouse znalazł się pod silnym wpływem Herr Leibniza...

– ...tego samego, który podkradł sir Isaacowi rachunek różniczkowo-całkowy...

– Właśnie. I podobnie jak Leibniz zaraził się tym metafizycznym myśleniem...

– ...cofnął się w ten sposób do ery scholastyki, szanowny panie... nie bacząc na to, że sir Isaac nader jasno wykazał, jakim jest ona przeżytkiem...

– ...teraz zaś pracuje jak obłąkany nad Maszyną, którą zaprojektował zgodnie z wyłożonymi przez Leibniza zasadami i która, jak mniema, pozwoli mu odkrywać nowe prawdy na drodze obliczeń!

– A może nasz gość ma wyegzorcyzmować demony Leibniza? – sugeruje któryś z bardziej podchmielonych słuchaczy.

Poirytowany Enoch odchrząkuje grudkę żółci – humoru gniewu i porywczości.

– To krzywdzące dla doktora Leibniza nazwać go zwykłym metafizykiem – stwierdza.

Pierwszą reakcją na prowokację jest chwila ciszy, która jednak zaraz ustępuje miejsca rozbawieniu i ekscytacji. Dziekan uśmiecha się kwaśno i stroszy bojowo piórka.

– Przy Harvard Square jest taka mała tawerna. To doskonałe miejsce, by pozbawić naszego dżentelmena złudzeń...

Wizja dzbana z piwem i okazji do oświecenia tych wesołków jest niebezpiecznie kusząca. Brzeg Charlestown zbliża się jednak nieubłaganie; niewolnicy wykonują coraz krótsze pociągnięcia wiosłami. Minerwa szarpie cumy, dosłownie rwie się do wyjścia w morze na fali odpływu.

Nie ma czasu do stracenia. Enoch wolałby zachować dyskrecję, ale po tym, jak Ben go zdemaskował, może co najwyżej działać szybko i skutecznie.

Poza tym stracił już cierpliwość.

Wyciąga z kieszeni na piersi złożony i zalakowany list i – z braku lepszego określenia – wywija nim w powietrzu.

Uczeni biorą od niego list, obracają go w rękach i oglądają ze wszystkich stron – z jednej widnieje adres „Doktor Waterhouse – Newtowne – Massachusetts”. Wygrzebują z wyłożonych aksamitem kieszonek monokle i badają pieczęć: grudę czerwonego wosku wielkości pięści Bena. Poruszają wargami i wydają dziwne, stłumione dźwięki, usiłując nagiąć spierzchnięte usta i języki do niemczyzny.

Wszyscy jednocześnie zdają sobie sprawę z tego, co próbują czytać, i cofają się gwałtownie, jakby list był grudą białego fosforu, która nagle stanęła w ogniu. Dziekan zostaje z nim sam i podaje go Enochowi Rudemu z miną rozpaczliwą i błagalną. Ten jednak postanawia go ukarać i nie śpieszy się z odebraniem pisma.

– Bitte, mein Herr...

– Angielski w zupełności wystarczy – zapewnia go Enoch. – Ba, ja wręcz wolę angielski.

Znajdujący się na obrzeżach zakapturzonego tłumu krótkowzroczni naukowcy są oburzeni, że nie dano im odczytać napisu na pieczęci. Koledzy szepczą im słowa w rodzaju „Hanower” i „Ansbach”.

Jeden z nich zdejmuje kapelusz i kłania się Enochowi. Następny robi to samo.

Nie zdążyli nawet zejść na ląd w Charlestown, a profesorowie już zrobili zamieszanie. Tragarze i niedoszli pasażerowie spoglądają ze zdumieniem na zbliżający się prom, ustępując przed okrzykami „Z drogi!”, popartymi zamaszystymi gestami. Prom staje się pływającą sceną, na której roi się od kiepskich aktorów. Enoch zastanawia się, czy któryś z nich naprawdę wierzy, że wieść o ich gorliwości dotrze aż na dwór w Hanowerze i do uszu ich przyszłej królowej. Trochę to makabryczne: zachowują się tak, jakby królowa Anna już dawno umarła i została pochowana, a tron przejęła dynastia hanowerska.

– Gdyby raczył mi pan powiedzieć, że szuka Daniela Waterhouse’a, natychmiast bym pana do niego zaprowadził. Bez zbędnych ceregieli.

– Pomyliłem się, Benie – przyznaje Enoch. – Powinienem był ci zaufać.

W rzeczy samej. Teraz, kiedy się nad tym zastanawia, wydaje mu się oczywiste, że w takiej małej mieścinie albo Daniel musiał zwrócić uwagę na Bena, albo Ben zainteresować się Danielem. Albo jedno i drugie.

– Znasz drogę?

– Ależ oczywiście!

– No to wskakuj. – Enoch wskazuje skinieniem głowy konia.

Benowi nie trzeba tego dwa razy powtarzać: z pajęczą zwinnością wdrapuje się na grzbiet wierzchowca. Enoch siada za nim najszybciej jak to możliwe, biorąc pod uwagę powagę sytuacji i siłę bezwładności. Razem wciskają się w siodło. Ben siedzi Enochowi na kolanach, z nogami odgiętymi do tyłu i wklinowanymi między jego uda i końskie żebra. Rumak, nie oglądając się na profesorów i prom, zbiega po trapie, gdy tylko ten opiera się o nabrzeże. Co zwinniejsi uczeni próbują ich gonić ulicami Charlestown, ale jako że Charlestown w ogóle ma niewiele ulic, pościg nie trwa długo. Wyjeżdżają na zachód, na cuchnące bagniska, które przypominają Enochowi podobnie podmokłe, brudne i trapione miazmatycznymi wyziewami okolice innego miasteczka mędrców – angielskiego Cambridge.

– Trzeba przejechać przez tamten zagajnik, a potem przejść w bród strumień – mówi Ben. – W ten sposób zgubimy profesorów i, być może, znajdziemy Godfreya. Widziałem z promu, jak szedł z wiadrem w tamtą stronę.

– Czy Godfrey to syn doktora Waterhouse’a?

– Tak, proszę pana. Jest o dwa lata młodszy ode mnie.

– A czy na drugie imię ma przypadkiem William?

– Skąd pan to wie?

– Przypuszczam, że ochrzczono go tak na cześć Gottfrieda Wilhelma Leibniza.

– Czy to przyjaciel sir Isaaca i pański?

– Mój tak. Sir Isaaca nie. To zbyt długa historia, by ją teraz przytaczać.

– Wystarczyłoby jej na książkę?

– Nawet na kilka. Tym bardziej że jeszcze się nie skończyła.

– A kiedy się skończy?

– Czasem obawiam się, że nigdy. Ale dzisiaj, Benie, razem przyśpieszymy nadejście jej ostatniego aktu. Daleko jeszcze do Instytutu Sztuk Technicznych Kolonii Zatoki Massachusetts?

Ben wzrusza ramionami.

– Instytut leży w pół drogi między Charlestown i Harvardem, blisko rzeki. Stąd będzie więcej niż mila, ale mniej niż dwie.

Koń nie ma ochoty wchodzić między drzewa, Ben zeskakuje więc z siodła i zagłębia się w gąszcz, żeby wypłoszyć małego Godfreya. Enoch znajduje bród na przecinającym zarośla strumieniu, po czym objeżdża lasek dookoła. Po drugiej stronie zagajnika Ben toczy walkę na jabłka z mniejszym i słabiej opalonym chłopcem.

Enoch zsiada z konia, doprowadza do zawarcia rozejmu i sadza obu chłopców na siodło. Sam idzie przodem, prowadząc zwierzę za uzdę – przynajmniej dopóki koń nie orientuje się, że zmierzają do widocznego nieopodal drewnianego domu. Trudno się zwierzęciu dziwić: jest to jedyny budynek w okolicy, a w dodatku prowadzi do niego wydeptana, choć słabo widoczna ścieżka. Od tej pory wystarczy, że Enoch idzie obok konia i podkarmia go jabłkami.

– Kiedy zobaczyłem, jak obrzucacie się jabłkami w tym ponurym, wietrznym, purytańskim krajobrazie, przypomniała mi się scena, którą widziałem dawno temu.

– Gdzie? – pyta Godfrey.

– W Grantham, w Lincolnshire. Lincolnshire to część Anglii.

– Kiedy dokładnie? – dopytuje się Ben jak rasowy empirysta.

– To pytanie trudniejsze, niżby się mogło z pozoru wydawać. Pamiętam wiele rzeczy, ale w bardzo chaotyczny sposób.

– Dlaczego udał się pan do tego ponurego miejsca? – wtrąca Godfrey.

– Żeby się pozbyć natręta. W Grantham mieszkał aptekarz, niejaki Clarke, nieznośny męczydusza.

– Dlaczego zatem pojechał pan do niego, zamiast go unikać?

– Naprzykrzał mi się listownie. Chciał, żebym dostarczył mu pewne niezbędne w jego fachu towary. Od lat to robił, od czasu kiedy znów można było przesyłać listy.

– A dzięki czemu stało się to możliwe?

– W moim zakątku świata, a mieszkałem wtedy w Saksonii, w mieście zwanym Lipskiem, sprawił to pokój westfalski.

– Tysiąc sześćset czterdziesty ósmy! – wyjaśnia Ben Godfreyowi z wyraźną wyższością. – Koniec wojny trzydziestoletniej.

– Dla króla konflikt zakończył się odłączeniem głowy od reszty ciała – dodaje Enoch. – To położyło kres wojnie domowej i w Anglii zapanował jaki taki pokój.

– Tysiąc sześćset czterdziesty dziewiąty – mruczy Godfrey. Udaje mu się uprzedzić Bena.

Enoch zastanawia się, czy Daniel był na tyle nieostrożny, żeby raczyć syna opowieściami o królewskiej egzekucji.

– Skoro ten Clarke niepokoił pana od lat, musiał pan pojechać do Grantham w połowie lat pięćdziesiątych – zauważa Ben.

– A przecież nie jest pan aż taki stary – dodaje Godfrey.

– O to zapytaj ojca – odpowiada Enoch. – Ja na razie staram się jak najdokładniej rozstrzygnąć kwestię kiedy do tego doszło. Ben ma rację. Nie mogłem działać pochopnie i udać się do Grantham wcześniej, powiedzmy w roku pięćdziesiątym drugim, ponieważ mimo królobójstwa wojna ciągnęła się jeszcze kilka ładnych lat. Pod Worcester Cromwell zmiażdżył rojalistów po raz setny i ostatni. Karol II uciekł do Paryża, zabierając ze sobą wszystkich swoich popleczników, którzy jeszcze pozostali przy życiu. Prawdę mówiąc, nawet widziałem ich w Paryżu.

– W Paryżu?! Co pan tam robił? – Ben nie może się nadziwić. – To fatalny pomysł jechać z Lipska do Lincolnshire przez Paryż!

– Widzę, że z geografii jesteś lepszy niż z historii. Jaką zatem trasę byś mi polecił?

– Przez Niderlandy. To chyba zrozumiałe.

– Tam również zajechałem. Odwiedziłem w Hadze niejakiego pana Huygensa. Ale nie popłynąłem do Anglii z holenderskiego portu.

– Czemu? Przecież Holendrzy są znacznie lepszymi żeglarzami od Francuzów.

– Owszem. Czy pamiętasz jednak, co zrobił Cromwell zaraz po zwycięstwie w wojnie domowej?

– Przyznał wszystkim ludziom, nawet żydom, prawo swobodnego wyznawania wiary – odpowiada Godfrey jakby recytował katechizm.

– No tak, zgoda... O to przecież chodziło od samego początku, prawda? A poza tym?

– Wymordował mnóstwo Irlandczyków – podsuwa Ben.

– To też prawda, w dodatku bolesna... Ale tego również nie miałem na myśli. Odpowiedź brzmi: wydał Akt Nawigacyjny. I wypowiedział Holandii wojnę morską. Jak zatem widzisz, drogi Benie, jadąc przez Paryż, obrałem wprawdzie drogę dłuższą, ale znacznie bezpieczniejszą. Poza tym, paryżanie również mi się naprzykrzali, a byli znacznie bardziej majętni od pana Clarke’a. Dlatego też pan Clarke musiał odstać swoje w kolejce, jak to się mówi w Nowym Jorku.

– Dlaczego tylu ludzi się panu naprzykrzało? – pyta Godfrey.

– Pewnie sami bogaci torysi!

– „Torysami” zaczęliśmy ich nazywać znacznie później – poprawia Bena Enoch. – Ale pytanie jest jak najbardziej na miejscu: co takiego miałem w Lipsku, na czym zależało aptekarzowi z Grantham i dworzanom Karola, którzy siedzieli w Paryżu i czekali, aż Cromwell zestarzeje się i umrze z przyczyn naturalnych?

– Czy to ma coś wspólnego z Towarzystwem Królewskim?

– Niezły strzał. Spryciarz z ciebie, Benie. Sęk w tym, że w tamtych czasach nie było jeszcze Towarzystwa. Nikomu się nawet nie śniło o filozofii naturalnej w takim sensie, jak dziś ją rozumiemy. To znaczy, było paru ludzi, którzy dostrzegali światełko prawdy: Francis Bacon, Galileusz, Kartezjusz; robili, co mogli, żeby przyciągnąć do niego jak najwięcej zwolenników. Ale w tamtych czasach jegomościów, którzy interesowali się funkcjonowaniem świata, znacznie bardziej kusiła inna metoda, zwana alchemią.

– Mój tata nie cierpi alchemików – oznajmia z dumą Godfrey.

– Chyba nawet wiem dlaczego. Mamy jednak rok tysiąc siedemset trzynasty. Wiele się zmieniło. A wtedy w interesujących nas obszarach wiedzy nie było wyboru: albo alchemia, albo nic. Znałem wielu alchemików. Dostarczałem im surowce, których potrzebowali. Niektórzy z angielskich rojalistów też parali się tą sztuką; należało to wtedy do dobrego tonu. Nawet król na wygnaniu miał własne laboratorium. Kiedy dostali w skórę od Cromwella i czmychnęli do Francji, nie mieli do wyboru wielu rozrywek. Pozostało im tylko...

Gdyby Enoch opowiadał tę historię dorosłym, w tym miejscu wyliczyłby prawdziwe uciechy, jakim oddawali się na obczyźnie angielscy uchodźcy.

– Tylko co, panie Root?

– Badanie tajemnych praw rządzących Bożym Stworzeniem. Niektórzy, w szczególności John Comstock i Thomas More Anglesey, dostali się pod przemożny wpływ monsieur LeFebure’a, nadwornego aptekarza francuskich królów. I razem wiele czasu poświęcili alchemii.

– Ale czy nie były to w gruncie rzeczy bzdury, nonsensy, głupoty, oszukaństwa i idiotyzmy?

– Godfrey, jesteś żywym dowodem na to, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Kimże jestem, aby dyskutować o tych sprawach z twoim ojcem? Owszem, to była piramidalna bzdura.

– No to po co pojechał pan do Paryża?

– Prawdę powiedziawszy, między innymi po to, żeby być przy koronacji francuskiego króla.

– Którego? – pyta Godfrey.

– Tego samego, którego dziś mają. – Ben jest zły, że muszą tracić czas na wyjaśnianie tak oczywistych spraw.

– Wielkiego króla. Ludwika XIV. Jego oficjalna koronacja odbyła się w tysiąc sześćset pięćdziesiątym czwartym roku. Został namaszczony specjalnym anielskim balsamem, który liczy sobie tysiąc lat.

– Rety... Ależ musi cuchnąć!

– We Francji to rzecz względna.

– Skąd oni go wzięli?

– Mniejsza o to. Stopniowo zbliżam się do odpowiedzi na pytanie „kiedy?”. Koronacja nie była jedyną przyczyną mojej wizyty, chociaż rzeczywiście chodziło o to, że dzieje się tam coś ważnego. Huygens, błyskotliwy młodzieniec ze świetnej haskiej rodziny, pracował wówczas nad zegarem wyposażonym w wahadło. To było arcydzieło! Naturalnie, wahadła znano już od dawna, ale to Huygens wprowadził prostą i zarazem piękną poprawkę, która sprawiła, że jego zegar naprawdę odmierzał czas! Widziałem prototyp w Holandii: tykał w haskiej rezydencji, pławiąc się w promieniach popołudniowego słońca z Plein... To taki plac, położony tuż obok holenderskiego pałacu królewskiego. Stamtąd udałem się do Paryża, gdzie Comstock i Anglesey mozolili się nad, jak to słusznie zauważyłeś, głupotami. Naprawdę chcieli się czegoś dowiedzieć, ale brakowało im geniuszu Huygensa i odwagi, która pozwoliłaby stworzyć całkiem nową dyscyplinę naukową. Alchemia była dla nich jedyną drogą do celu.

– Jak udało się panu przedostać do Anglii, skoro na morzu trwała wojna?

– Popłynąłem z francuskimi przemytnikami soli – wyjaśnia Enoch takim tonem, jakby odpowiedź była oczywista. – Wielu angielskich dżentelmenów dochodziło do wniosku, że lepiej będzie siedzieć cicho w Londynie i bawić się w alchemików, niż opływać kraj dookoła i wojować z Cromwellem i jego Armią Nowego Wzoru. Bez kłopotu zatem pozbyłem się w Londynie towaru i napełniłem sobie kiesę. Stamtąd przemknąłem się do Oxfordu. Chciałem odwiedzić Johna Wilkinsa i wziąć sobie kilka egzemplarzy Cryptonomiconu.

– A co to jest? – zaciekawia się Ben.

– Bardzo dziwna, stara księga, okropnie gruba i pełna bzdur – wyjaśnia Godfrey. – Tata podkłada ją czasem pod drzwi, kiedy nie chce, żeby wiatr je zatrzasnął.

– To zbiór tajnych kodów i szyfrów, które Wilkins jakiś czas temu spisał – tłumaczy Enoch. – Był wtedy przełożonym Kolegium Wadhama, wchodzącego w skład uniwersytetu w Oxfordzie. Kiedy się u niego zjawiłem, szykował się do złożenia najwyższej ofiary na ołtarzu filozofii naturalnej.

– Został ścięty? – zapytał Ben.

– Torturowali go? – zawtórował mu Godfrey.

– Okaleczyli? – spróbował ponownie Ben.

– Nie. Ożenił się z siostrą Cromwella.

– Zaraz... – Godfrey marszczy brwi. – Mówił pan, że wtedy nikomu się jeszcze nie śniło o filozofii naturalnej.

– Nikomu poza Johnem Wilkinsem i tym, którzy raz w tygodniu spotykali się w jego lokum w Kolegium Wadhama. Do Klubu Filozofii Doświadczalnej należeli Christopher Wren, Robert Boyle, Robert Hooke i inni, o których też powinniście byli słyszeć. Zanim do nich dotarłem, zlikwidowali siedzibę w apartamentach Wilkinsa i zmienili środowisko na mniej zapalne: przenieśli się do sklepu aptekarza. Nie kto inny, jak właśnie on namówił mnie, abym udał się na północ i złożył wizytę panu Clarke’owi w Grantham.

– Czy udało nam się już ustalić rok, w którym do tego doszło?

– Jeszcze chwileczkę, Benie. Zanim dotarłem do Oxfordu, zegar wahadłowy, który widziałem na stole w domu Huygensów w Hadze, został ostatecznie wycyzelowany i wprawiony w ruch. To była pierwsza konstrukcja, która naprawdę zasługiwała na nazwę zegara. Galileusz w swoich eksperymentach mierzył czas, badając własny puls lub słuchając muzyki. Za to od czasów Huygensa używaliśmy już wyłącznie zegarów odmierzających, jak twierdzą niektórzy, czas absolutny, ustalony, niezmienny. Czas boski. Później Huygens opublikował książkę na ten temat, ale najważniejsze jest to, że jego zegar zaczął bić i odmierzać Wiek Filozofii Naturalnej w roku pańskim...

1655

Albowiem między prawdziwą wiedzą a błędnymi doktrynami niewiedza jest środkiem.

Hobbes, Lewiatan

We wszystkich królestwach, cesarstwach, księstwach, arcybiskupstwach i elektoratach, które zdarzyło się Enochowi odwiedzić, karą za przemienianie nieszlachetnych metali w złoto – czasem za samą próbę przemiany, a czasem wręcz za myślenie o niej – była śmierć. Nie martwił się tym zbytnio. Był to tylko jeden z tysięcy pretekstów, którymi władcy podpierali się przy likwidacji niewygodnych osób; w dodatku jeden z tych, które stawiały ich w dobrym świetle. Ale jeśli ktoś mieszkał na przykład we Frankfurcie nad Menem, gdzie zarówno arcybiskup-elektor von Schönborn, jak i jego główny minister i zausznik Boyneburg z zapałem praktykowali Sztukę, najprawdopodobniej nic mu nie groziło.

Co innego w cromwellowskiej Anglii. Odkąd purytanie zabili króla i przejęli władzę, Enoch wolał nie kręcić się po Wspólnocie (jak nazwali swoje nowe państwo) w szpiczastym kapeluszu ozdobionym gwiazdkami i księżycami. Enoch Rudy nigdy należał do tego rodzaju alchemików, ale stara sztuczka z gwiazdami i księżycami pozwalała skutecznie wyciągać pieniądze od nadmiernie ufnych zwolenników Sztuki – nawet jeśli konieczność chodzenia po prośbie kłóciła się z rzekomą umiejętnością zamiany ołowiu w złoto.

Z biegiem czasu Enoch stał się kimś w rodzaju eksperta w kwestii długowieczności. Minęło zaledwie kilka dziesięcioleci, odkąd niejaki doktor John Lambe – samozwańczy czarownik, lubiący się przechwalać swoimi koneksjami na dworze – zginął zlinczowany na londyńskiej ulicy. Tłum uznał, że Lambe jest odpowiedzialny za niedawną burzę i huragan, który zdarł ziemię z grobów kilku nieszczęśników zmarłych podczas ostatniego nawrotu zarazy. Nie chcąc skończyć jak Lambe, Enoch ćwiczył umiejętność prześlizgiwania się po obrzeżach ludzkiej percepcji, jak sen, który nie zakotwiczy się solidnie w pamięci i rozwiewa się bez śladu w obliczu pierwszych porannych myśli i wrażeń.

Zatrzymał się na tydzień czy dwa u Wilkinsa i uczestniczył w spotkaniach Klubu Filozofii Doświadczalnej, które były dla niego prawdziwym objawieniem, gdyż od wybuchu wojny domowej żadne wieści nie przenikały poza granice Anglii. Uczeni mężowie z Lipska, Paryża i Amsterdamu zaczynali traktować Albion jak skalistą wysepkę na północnym Atlantyku, która znalazła się we władaniu uzbrojonych po zęby kaznodziejów.

Wyglądał przez okna apartamentów Wilkinsa i obserwował podążających na północ podróżnych. Zaskoczyła go liczba odważnych kupców i domokrążców wszelkiej maści, którzy – korzystając z zakończenia wojny – wyruszali w głąb kraju handlować z wieśniakami; dobrze wiedzieli, że kupią ich produkty za znacznie mniejsze sumy niż na miejskim targowisku. Wyglądali w większości na rasowych purytanów, toteż Enoch nie miał ochoty podróżować w ich towarzystwie. Poczekał więc na pełnię Księżyca i bezchmurną noc i wyruszył do Grantham po zmierzchu, by przed świtem przybyć na miejsce.

* * *

Przed domem Clarke’a panował porządek, z czego Enoch wywnioskował, że pani Clarke jeszcze żyje. Zaprowadził konia na tyły zabudowań, na podwórze przed stajnią. Wszędzie walały się popękany tygle i moździerze, upstrzone żółtymi, czerwonymi i srebrnymi plamami. Osmolony piec wznosił się wysoko nad otaczającymi go hałdami węgla. Podwórze zaściełały odłamki stwardniałych szumowin, zgarniętych z powierzchni stopionego w tyglach metalu; niczym odchody pozostałe po procesach alchemicznych mieszały się teraz z miękkimi ekskrementami koni i gęsi.

Clarke wyszedł na podwórze bocznymi drzwiami. Szedł tyłem, trzymając oburącz napełniony po brzegi nocnik.

– Nie wylewaj tego – poradził mu Enoch. Odezwał się pierwszy raz od dwóch dni, toteż głos miał zgrzytliwy i zachrypnięty. – Z moczu można wydobyć wiele ciekawych substancji.

Aptekarz rozpoznał Enocha i stanął jak wryty. Najpierw prawie upuścił nocnik, a kiedy udało mu się go jednak utrzymać w rękach, natychmiast tego pożałował, ponieważ ten skomplikowany manewr wzbudził w naczyniu złożone, niebezpieczne fale. Próbując im przeciwdziałać, Clarke ugiął nogi w kolanach i ruszył posuwistym krokiem przez zamarzniętą trawę, w której jego bose stopy wytapiały wyraźne ślady. Fale w nocniku spieniły się i aptekarz musiał ratować się pośpiesznym wylaniem zawartości na ziemię. Koguty zamieszkujące Grantham w hrabstwie Lincolnshire przegapiły wprawdzie przybycie Enocha, teraz jednak jak na komendę obudziły się i wszczęły zgodny jazgot dla uczczenia wyczynu Clarke’a.

Słońce przez kilka godzin ślizgało się po horyzoncie, jak spasiona kaczka, która próbuje z wody zerwać się do lotu. Zanim jednak dzień rozpoczął się na dobre, Enoch siedział już u Clarke’a w aptece i gotował wywar z liści przywiezionego ze wschodu ziela.

– Weź małą garstkę i wrzuć do wrzątku...

– Woda robi się brązowa!

– A teraz zdejmij kociołek z ognia, bo inaczej napar paskudnie zgorzknieje. I daj mi sitko.

– Co ty sobie wyobrażasz, że ja spróbuję tego świństwa?!

– Nie tylko spróbujesz, ale wypijesz. Nie rób takiej ponurej miny. Ja pijam je od miesięcy i nie odczuwam żadnych przykrych skutków.

– Poza uzależnieniem.

– Aleś ty podejrzliwy. Marathowie nie piją nic innego!

– Aha! Więc miałem rację z tym uzależnieniem!

– Daj spokój. Ma działanie lekko pobudzające.

– Mhm... Niezłe, całkiem niezłe – przyznał po chwili Clarke, kiedy ostrożnie spróbował napoju. – Na jakie przypadłości pomaga?

– Na żadne.

– Ach tak... To co innego. Jak się nazywa?

– Różnie: cza, czaj, the, taj. Pewien holenderski kupiec ma w Amsterdamie kilka ton tego ziela. W magazynie...

– No nie, Enoch. – Clarke parsknął śmiechem. – Nie dam się wciągnąć w żadne zagraniczne machinacje handlowe. Ten cały taj jest może nieszkodliwy, ale wątpię, żeby udało się przekonać Anglików do tak egzotycznego napoju.

– Jak chcesz. Porozmawiajmy zatem o innych towarach.

Enoch odstawił filiżankę, sięgnął do zdjętych z końskiego grzbietu juków i zaczął wyjmować woreczki z siarką zebraną we Włoszech na zboczach płonącej góry, długie na palec samorodki antymonu, flakony ciężkie od rtęci, maleńkie gliniane tygle i retorty, palniki spirytusowe oraz księgi ilustrowane drzeworytami przedstawiającymi projekty przeróżnych pieców. Rozłożył to wszystko na aptecznych ladach i stołach, pokrótce tłumacząc przeznaczenie poszczególnych przedmiotów. Clarke stał z boku i z całych sił zaplatał palce – trochę po to, żeby je rozgrzać, a trochę po to, żeby nie rzucić się łapczywie na leżące przed nim dobra. Odkąd ostatni raz miał podobne cuda w rękach, minęły całe lata, przez kraj przetoczyła się wojna, a przy Charing Cross spadła królewska głowa. Domyślał się, że zamieszkali na kontynencie adepci Sztuki przez cały ten czas bez przeszkód zgłębiali tajniki Bożego Stworzenia. Enoch jednak dobrze wiedział, że europejscy alchemicy niczym nie różnią się od Clarke’a. Tak samo jak on mieli nadzieję – i zarazem bali się – że Enoch wróci do nich z wieścią, że jakiś pracujący w odosobnieniu angielski uczony odkrył tajemnicę uzyskiwania filozoficznej rtęci ze zwykłej, ciemnej, zimnej, ekskrementalnej materii świata; że posiadł klucz do przemiany metali, osiągnął najwyższą mądrość i przeniknął sekret nieśmiertelności.

Enoch był raczej posłańcem niż kupcem. Dostarczanie siarki i antymonu traktował jak przyjacielską przysługę; przyjmował pieniądze, żeby mieć z czego pokryć wydatki, ale najważniejsze ładunki przewoził w głowie. Rozmawiali z Clarkiem przez kilka godzin.

Ze strychu dał się słyszeć łoskot kroków, senne tupanie i piskliwe głosy. Schody rozskrzypiały się i rozjęczały jak statek w czasie sztormu. Służąca napaliła w piecu i przyrządziła owsiankę. Pani Clarke wstała i podała śniadanie aż nazbyt licznym dzieciom.

– Czy naprawdę minęło aż tyle czasu? – spytał Enoch. Wsłuchując się w dobiegający zza drzwi szczebiot, próbował policzyć dziecięce głosiki.

– To nie nasze – wyjaśnił Clarke.

– Prowadzicie stancję?

– Niektórzy gospodarze posyłają swoje pociechy do szkoły mojego brata. Mamy na górze wolny pokój, a żona przepada za dziećmi.

– A ty?

– Jedne lubię bardziej, inne mniej.

Młodzi lokatorzy uporali się z owsianką i rzucili do wyjścia. Enoch nieśpiesznie podszedł do okna, złożonego z małych romboidalnych szkiełek wielkości męskiej dłoni, zielonkawych, zdeformowanych i pełnych bąbli. Każdy fragment był samodzielnym pryzmatem, toteż światło słońca zalewało pokój kaskadą tęcz. Dzieci przypominały różowe cętki, prześlizgujące się ze szkiełka do szkiełka; czasem rozpadały się na kawałki, by zaraz się połączyć, jak rozlane na stole kropelki rtęci. Wizja ta niespecjalnie dziwiła Enocha, który zawsze postrzegał dzieci w podobny sposób.

Jeden z chłopców – drobny, jasnowłosy – przystanął pod oknem i zajrzał do środka. Musiał mieć bardziej wyczulone zmysły od reszty, ponieważ wiedział, że pan Clarke od rana ma gościa. Może dobiegł go pomruk głosów Enocha i Clarke’a, a może usłyszał dobiegające ze stajni rżenie obcego konia. Albo cierpiał na bezsenność i przez szparę w ścianie obserwował Enocha, kiedy ten przed świtem kręcił się po gospodarstwie. Przytknął teraz stulone dłonie do skroni, odcinając dopływ padającego z boku światła; jego ręce wyglądały jak zbryzgane kolorowymi farbami. W jednej trzymał jakiś drobny przedmiot, zabawkę lub broń, zrobioną z kawałka sznurka.

Drugi chłopiec zawołał coś do niego. Maluch obrócił się na pięcie i popędził przed siebie jak jaskółka.

– Czas na mnie – stwierdził Enoch, nie bardzo wiedząc, dlaczego to mówi. – Nasi pobratymcy z Cambridge wiedzą już zapewne, że byłem w Oxfordzie. Będą wściekli.

Grzecznie, lecz stanowczo zbył wysiłki Clarke’a zmierzające do zatrzymania go w domu: podziękował za owsiankę i wymówił się od wspólnej modlitwy, tłumacząc, że wypocznie w Cambridge.

Koń miał zaledwie kilka godzin na to, żeby sobie podjeść i się zdrzemnąć. Kiedy Enoch pożyczał go od Wilkinsa, rozumiało się samo przez się, że będzie go traktował po ludzku. Zamiast dosiąść go, wziął zwierzę za uzdę i poprowadził główną ulicą Grantham w stronę szkoły, zagadując do niego przyjaźnie.

Wkrótce dostrzegł małych lokatorów stancji. Zdążyli już znaleźć kamienie, które koniecznie należało kopnąć, psy, którym brakowało towarzystwa, i kilka późno dojrzałych jabłek, które jeszcze trzymały się gałęzi. Przystanął w cieniu długiego muru i śledził rozwój sytuacji przy jabłonce. Widać było, że operacja wymagała pewnej dozy planowania – czyli szeptanej narady, do jakiej zapewne doszło poprzedniego wieczoru we wspólnej sypialni. Jeden z chłopców wspiął się na drzewo i pomalutku przesuwał po interesującej wszystkich gałęzi. Była za cienka, żeby mógł bezpiecznie na nią wejść, ale liczył na to, że pod jego ciężarem zegnie się dostatecznie nisko, by najwyższy z kompanów mógł w wyskoku dosięgnąć jabłka.

Mały blondynek obserwował z rozdziawioną buzią bezowocne wysiłki podskakującego kolegi. Sam jednak zamierzał wprowadzić w życie własny plan, którego zapowiedź Enoch dostrzegł wcześniej przez okno: na końcu sznurka miał przywiązany kamień. To była nie byle jaka sztuczka, tak umocować kamień. Rozkręcił go na sznurku i wyrzucił w stronę gałęzi z jabłkami. Kamień owinął się wokół niej, co pozwoliło chłopcu ściągnąć ją w dół, przez co znalazła się w zasięgu ręki. Wysoki chłopak niechętnie odsunął się na bok, ale blondynek oburącz przytrzymywał sznurek i upierał się, żeby to on zerwał jabłko. Widząc malujące się na jego twarzy uwielbienie, Enoch omal nie jęknął z rozpaczy.

Twarz wysokiego chłopca przedstawiała mniej przyjemny widok. Miał ogromną ochotę na jabłko, ale bał się podstępu. W końcu jednak błyskawicznie wyciągnął rękę i zerwał owoc. Zgarnąwszy łup, zerknął podejrzliwie na blondynka, próbując dociec jego motywacji. Spochmurniał i wyraźnie się zaniepokoił. Odgryzł kawałek jabłka. Mniejszy chłopiec wpatrywał się w niego jak w obraz. Trzeci ich kompan zszedł z drzewa i z trudem odplątał sznurek od gałęzi. Obejrzał przywiązany do niego kamień i uznał, że kpina będzie najbezpieczniejszym wyjściem z sytuacji.

– Nadawałbyś się do robienia koronek! – zawołał i zachichotał.

Ale blondasek nie odrywał wzroku od swojego mistrza.

Ten zaś splunął na ziemię i cisnął jabłko ponad płotem na podwórko, gdzie dwie świnie natychmiast zaczęły się o nie bić.

Dalszy rozwój sytuacji był trudny do zniesienia. Enoch zaczynał żałować, że podążył śladem uczniaków. Dwóch głupszych chłopców popędziło blondynka przed sobą, spoglądając nań szeroko otwartymi oczyma i widząc cząstkę tego, co dostrzegł w nim Enoch. Z daleka dolatywały urywki ich szyderstw:

– Co ty masz na rękach?

– Co tam mamroczesz? Farba?

– A po co ci farba? Pewnie rysujesz obrazki, co? Nie? Malujesz meble?!

– Nie widziałem żadnych mebli! Ach tak, mebelki dla lalek?!

Enocha – jako rasowego empiryka – nie interesowały trywialne okoliczności, w jakich blondynek rozczaruje się swoim ukochanym. Podszedł do jabłonki i obejrzał jego zabawkę.

Chłopiec oplótł kamień siatką w kształcie dwóch spiral: jedna z nich owijała go zgodnie z ruchem wskazówek zegara, druga przeciwnie. Przecinając się, tworzyły wzór w kształcie rombów, podobny do siatki ołowianych oprawek, w których tkwiły szkiełka w oknie domu Clarke’a. Nie był to zapewne zbieg okoliczności. Splot z początku układał się nierówno, ale po pierwszym rządku supełków chłopiec nauczył się uwzględniać odcinek sznurka potrzebny na zawiązanie węzła i pod koniec siatka rombów była regularna jak precesja zodiaku.

Enoch ruszył żwawym krokiem dalej i dotarł do szkoły w samą porę, by stać się świadkiem nieuniknionej bójki. Blondynek miał zaczerwienione oczy i zarzygany owsianką podbródek; można było się domyślić, że dostał pięścią w brzuch. Jeden z uczniów, samozwańczy mistrz ceremonii (w każdej szkole się taki znajdzie), zagrzewał przeciwników do walki, zwracając szczególną uwagę na blondynka, który był mniejszy, obrażony i wyglądał na pewną ofiarę. Szkolna brać nie posiadała się ze zdumienia – i zachwytu – kiedy malec wyszedł na plac i podniósł gardę.

Enoch na razie nie zamierzał się wtrącać. Przyda się maluchowi odrobina zadziorności. Talent nie był niczym nadzwyczajnym; rzadkość stanowiła zdolność przetrwania mimo posiadania talentu.

Doszło do zwarcia. Padło zaledwie kilka ciosów, zanim mniejszy chłopiec wykonał jakiś sprytny ruch, rzucił się przeciwnikowi do nóg i powalił go na ziemię. Natychmiast wyrżnął go kolanem w krocze, potem w splot słoneczny, a na koniec przycisnął mu nogą gardło. Nagle leżący na plecach wysoki chłopak zaczął się rozpaczliwie wyrywać – wyglądało na to, że blondynek usiłuje mu oberwać uszy. Jak wieśniak, prowadzący krowę za wpięte w nos kolucho, blondasek podniósł przeciwnika za uszy i zaciągnął pod pierwszą z brzegu ścianę – tak się złożyło, że był to mur olbrzymiego, wiekowego kościoła w Grantham. Przycisnął mu twarz do muru i zaczął szorować nią o kamień, jakby chciał mu ją zetrzeć z czaszki.

Do tego momentu mali obserwatorzy entuzjastycznie reagowali na rozwój wydarzeń; nawet Enoch musiał przyznać, że poruszyły go pierwsze oznaki zwycięstwa. Widząc jednak, że tortura się przeciąga, chłopcy tracili zainteresowanie, odwracali się, zaczynali uciekać. Blondynek wpadł w szał, do złudzenia przypominający erotyczną ekstazę: poruszał się niezdarnie i młócił powietrze rękoma, jakby ciało nie mogło pomieścić rozsadzających go namiętności, jakby stało się brzemieniem, które uniemożliwia eksplozję i rozkwitnięcie ducha.

W końcu jakiś dorosły (brat Clarke’a?) wyskoczył z budynku i przemierzył plac dzielący szkołę od kościoła chwiejnym krokiem człowieka, który nie nawykł do szybkiego poruszania się; trzymał w ręce laskę, ale nawet nie dotykał nią ziemi. Był tak wściekły, że nie próbował rozdzielić chłopców, lecz bez słowa zaczął wymachiwać laską. Wkrótce znalazł się w zasięgu ciosu, stanął w rozkroku i wziął się do roboty: laska wydawała przenikliwy świst, zakończony soczystymi plaśnięciami. Kilku lizusów uznało, że mogą już bezpiecznie wrócić na plac boju. Pierwszych dwóch odciągnęło blondynka od jego ofiary, która skuliła się pod murem w pozycji płodowej, osłaniając zmasakrowaną twarz dłońmi rozpostartymi jak okładki książki. Przełożony szkoły cały czas namierzał ruchomy cel, jak teleskop podążający za ruchem komety, ale blondynek najwyraźniej nie odczuł jeszcze żadnego z zadanych mu przezeń ciosów: na jego twarzy malował się uparty wyraz słusznego triumfu. Podobnie, pomyślał Enoch, musiał wyglądać Cromwell, kiedy przyglądał się rzezi Irlandczyków pod Drogheda.

Zawleczono go do szkoły, gdzie czekała nań dalsza kara. Enoch wrócił konno do apteki Clarke’a, powstrzymując głupią chętkę, żeby przegalopować przez miasto jak Kawaler[3].

Clarke popijał taj i jadł biszkopty, pogrążony w lekturze nowego traktatu alchemicznego. Zgłębiając tajniki łaciny, poruszał wargami, do których przykleiły mu się okruszki ciasta.

– Kim on jest? – spytał bez zbędnych wstępów Enoch, stając w progu.

Clarke postanowił udawać niewiniątko i milczeć. Enoch podszedł do schodów. Imię chłopca nie miało wielkiego znaczenia – ot, jedno z wielu angielskich imion.

Na górze znajdowała się jedna duża, niekształtna izba o nisko zawieszonych, poharatanych toporkiem dźwigarach i szorstko otynkowanych ścianach, które dawno nie były bielone. Enoch rzadko bywał w pokojach dziecinnych, ale to wnętrze bardziej przypominało kryjówkę złodziei, porzuconą przez nich w pośpiechu i przypadkiem odnalezioną przez konstabla, pełną dowodów intrygujących, sprytnych i głupawych machinacji, które nagle musiały zostać zarzucone. Zatrzymał się w progu. Jak na empiryka przystało, powinien wszystko obejrzeć, ale niczego nie zmieniać.