Wydawca: My Book Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 570 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Żyrafy w chabrach - Bożena Niesłuchowska-Pinkos

Żyrafy w chabrach to kontynuacja opowieści o życiu i przygodach trzech przyjaciółek: Jolki, Małgosi i Doroty, znanych czytelnikom z pierwszej części pt. Żyrafy w oborach. Akcja toczy się kilka lat później, na świecie są już ich dzieci. Dodajmy, dzieci z piekła rodem. Ich pomysły sprawiają, że życie przy ul. Malczewskiego nigdy nie może być monotonne.
Jak w pierwszej części, nadal zaskakują babka i matka, i to nie tylko strojami. Ponadto do grona niebanalnych postaci dołączają m.in. prowadząca gospodarstwo sióstr Irencia (kobieta wielkiego serca… i równie wielkiej postury), oraz Ryszarda, pseudonim „Glista” (donosicielka, brzydka i zakompleksiona ulubienica dyrektorki przedszkola, w którym pracuje Jolka). W tym niezwykłym towarzystwie ani główne bohaterki książki, ani czytelnicy nie mają szans na choćby odrobinę nudy!

Opinie o ebooku Żyrafy w chabrach - Bożena Niesłuchowska-Pinkos

Fragment ebooka Żyrafy w chabrach - Bożena Niesłuchowska-Pinkos

Bożena Niesłuchowska-Pinkos
Żyrafy w chabrach
© Copyright by Bożena Niesłuchowska-Pinkos 2013Rysunek na okładce: Grzegorz Niemyjski
ISBN 978-83-7564-395-4
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Wszyscy ludzie bez wyjątku kochają wiosnę. Uważnie przyglądają się kwiatom, które zaczynają kwitnąć na łąkach i rabatkach, i z radością witają powracające z zagranicznych wojaży ptaki.

Ja również jestem wielbicielką wiosny, bo tak się składa, że właśnie z tą porą roku wiążą się najważniejsze wydarzenia mojego życia.

Uwielbiam kwiaty wiosenne – wszystkie bez wyjątku, a już w apogeum zachwytu wprawia mnie widok kwitnących drzew, bo przecież to nadzwyczajny cud! Taki cud, który od kilkudziesięciu lat oglądam w nabożnym podziwie i próbuję utrwalić w rozmaity sposób, a to za pomocą aparatu fotograficznego, kamery, albo też w przypływie szału twórczego usiłuję namalować go na kartonie. Ta ostatnia czynność za każdym razem uświadamia mi, iż to, co robię, to profanacja.

Wena jednak mnie nie opuszcza i czuję parcie na twórczość. Wszyscy są tacy aktywni, nawet moje koty! Całymi dniami polują na wszystko, co lata, brzęczy, a stary pies namawia mnie na częste i długie spacery. Ja także nie zamierzam odpuszczać. Postanowiłam, zatem opisać dalsze losy bohaterów książki Żyrafy w oborach: Jolki, Małgosi, ich przebojowej babki, pięknej Doroty, matki i ojca.

W tej części pojawią się również nowe postacie i przygody z ich udziałem.

Książkę dedykuję moim dobrym duchom, aniołom: mężowi, synowi, siostrze, Krzysiowi, mojej pani Jadzi, Jackowi, Ani i Dorocie.

***

Śnieg padał od kilku dni, z małymi przerwami, tej nocy jednak sypał bezustannie. Ulice pokryte były białym puchem, który litościwie ukrywał brzydotę domów i zaśmiecone zaułki miasta. Białe płatki, które sypały z nieba, wyglądały jak ogromne skrawki bibuły.

Miasto powoli budziło się do życia. Przy małej uliczce Malczewskiego w oknach domów niespiesznie zaczęły zapalać się światła. Mieszkańcy wybierali się do pracy, w ciepłych domach parzyli aromatyczną kawę i oglądali bajkowy krajobraz za oknem.

Na podjeździe ogromnego bliźniaka miotała się jakaś mocno opatulona postać, która zgarniała śnieg z podjazdu na niewielką górkę, mrucząc coś pod nosem. Ton, jakim wypowiadała słowa, wskazywał, że były to, delikatnie mówiąc, wyrazy przynajmniej nieeleganckie.

Ciąganie łopaty do odgarnia śniegu już wyraźnie wyczerpało opatuloną osobę, bo stanęła pod niewielką hałdą, niecierpliwie odrzuciła narzędzie pracy, wyjęła z czeluści ubrań telefon komórkowy, wystukała numer, po czym przytupując i podskakując, rozpoczęła wędrówkę do bramy wjazdowej i z powrotem. Czynności te wykonywane były w towarzystwie prychań i głośnego monologu, co sprawiło, że na pierwszym piętrze domu otworzyło się okno, z którego spłynęło pytanie:

– A ty co, zwariowałaś. Podjazd odśnieżasz? Nie masz co robić? – zapytała rozespana Gosia.

– Lepiej się schowaj, bo jak wejdę na górę, to ci dupę skopię. Zła jestem. Do pracy idę. Nie widać? – warknęła Jolka.

– No, jakoś nie bardzo. Nogami się idzie, a ty kopiesz i bluzgasz, i jeszcze biegasz, a może to jakaś gimnastyka przed pracą, co?

– A co mam robić, auto zakopane w garażu. Piotrek w delegacji, to chciałam odkopać, ale gdzie tam. Biała zima, też coś – dodała z niesmakiem.

– No, ale przestałaś odśnieżać?

– Tak. Na taksówkę czekam.

– To dlaczego nie w domu? Tak cię już zasypało, że jak bałwan wyglądasz.

– Zaraz przyjedzie taksówka.

– Akurat, poczekasz sobie. Chyba że czołg zamówiłaś, to wtedy będzie szybciej. Przez zaspy się przebije bez problemu – powiedziała Gosia.

– Ty, a ty nie masz co robić, uwal się i leż, jak mawia nasza niezastąpiona Irencia. A nie – z gołymi cycami w oknie wisi i poucza mnie, co mam robić.

– Irencia już wstała i pierożki lepi. Ja zaraz do niej idę, a tobie radzę: wchodź do domu, bo to się skończy tak jak wtedy, jak na golasa po ulicy latałaś.

– Zaraz przyjdę, ale do ciebie i wtedy zobaczysz, co się stanie. – Jolka dała za wygraną.

W przestronnej jasnej kuchni Małgosi, pełnej sosnowych mebli, królowała Irencia w towarzystwie stu tysięcy pierogów. Pierogi były wszędzie: na stole, na ladach, stolnicach. Nawet na parapecie. Jolka oniemiała:

– Jezus! A wy co, na jarmarku świątecznym to będziecie sprzedawać? A może w stołówce dla bezdomnych rozdawać?

– Pani Jola nie marudzi. Wigilia u was. Ludzi dużo, to i poźryć trzeba dać – oświadczyła Irencia, wielka jak piec kaflowy w starym budownictwie.

– Irenciu, ale to za dużo. – Jolka tonem przepełnionym perswazją usiłowała powstrzymać szaloną kucharkę.

– A tam, wiele się pani zna na jedzeniu i wiele pani wie, co i ile trzeba. Niech pani do papierów idzie, a nie w robocie przeszkadza. – Irencia skończyła dyskusję i Jolka zrozumiała, że to koniec. Nie byłaby jednak sobą, gdyby nie spróbowała, w myśl swojej życiowej zasady: „a może jednak?”.

– Irenciu, tych pierogów jest za dużo. Może niech Irencia co innego ugotuje? – zaproponowała.

– Już i inne gotuję. – Irencia machnęła umączoną ręką w kierunku trzech garów wielkości kotłów grzewczych, które pyrkotały na ceramicznej płycie kuchenki.

– Matko Święta, a co w tym jest?! – krzyknęła Jolka.

– Co trzeba jest, kapusta z grochem, galaretka z rybów, barszcz i tyle – odparła Irencia. Była już wyraźnie zniecierpliwiona i Jolka nie chciała jej dłużej denerwować.

Zdenerwowana Irencia była nie do zniesienia, zamieniała się w fontannę, płakała długo i rozpaczliwie, zawodząc przy tym głośno, a stan taki potrafił utrzymywać się do kilku godzin. Lepiej było ustąpić, niż słuchać ryku babsztyla.

Irencia zamieszkiwała dom, który znajdował się w niewielkim oddaleniu od willi sióstr i ich rodzin. Kilka lat temu niedługo po urodzeniu dzieci Jolka i Małgosia chciały wrócić do pracy i usilnie szukały pomocy domowej, ale takiej, która za małe pieniądze, wyżywienie i mieszkanie pomogłaby im przy dzieciach i w domu. Środki finansowe, jakimi dysponowały, były raczej skromne i w związku z tym szukanie szło jak po grudzie. W końcu udało się!

Przez miesiąc gospodarstwo prowadziła sympatyczna emerytka, pani Czesia, która pod koniec dnia zwykle spała pijana w łazience. Kłopot polegał jednak głównie na tym, że zaraz po przebudzeniu rozbierała się do naga i za nic w świecie nie dawała się ubrać. Twierdziła, że jest w okresie klimakterium i dlatego jej tak gorąco, a po prawdzie klimakterium pani Czesławy to była historia. Po miesiącu cała rodzina miała dosyć. Czesia musiała odejść.

Następny miesiąc był czasem Honoraty. Ta umiała przyrządzać wyłącznie chińskie zupki i gotować jajka. Zajmowała się głównie oglądaniem wszystkich nowel w telewizji i zdobieniem długich tipsów. Na delikatną uwagę Jolki, że może paznokcie należałoby skrócić, za karę przez tydzień na obiad nawet chińskich zupek nie było. W końcu po wielkiej awanturze, podczas której Jolka życzyła jej miłego podcierania się z sześciocentymetrowym bolcem z akrylu w dupie, Honorata odeszła. Ponieważ życzenie wypowiedziane przez Jolkę miało miejsce przy bramce wyjściowej, było ogólnie słyszalne. Traf chciał, że akurat obok przechodziła Irencia, która mocno zainteresowała się zajściem i w związku z tym zaczęła rozmowę, którą zdenerwowana Jolka podtrzymała i podczas której okazało się, że Irencia szuka rozpaczliwie zajęcia. Na dodatek jest sąsiadką mieszkającą o kilka domów dalej. W tej samej chwili Irencia dostała pracę u sióstr. Na tę decyzję nie miał wpływu fakt, że nowa opiekunka dzieci i kucharka kiedyś w przeszłości straciła pracę z powodu kradzieży rolki papieru toaletowego i dwóch mydełek z hotelu „Holiday” w Warszawie. Wyznała to szczerze i wcale nieproszona, a uczyniła to na kolanach na chodniku przed domem, co niezmiernie wzruszyło Jolkę, i Małgosię.

Irencia pochodziła z małej wsi pod Pułtuskiem. Miała młodszego brata, którym opiekowała się po śmierci rodziców. Chłopak był bardzo kochliwy i zmieniał narzeczone jak rękawiczki. Jego kolejna panienka zamieszkiwała w Warszawie i dlatego Irencia dla dobra tej miłości sprzedała dom i gospodarstwo i kupiła mieszkanko w stolicy. Brat odkochał się niedługo, a Irencia rozpoczęła karierę zawodową jako konserwator powierzchni płaskich, czyli sprzątaczka w warszawskim hotelu „Holiday”. Pracowała tam dwadzieścia dwa lata, aż do momentu, kiedy dała się skusić i zabrała do domu rzeczony papier i dwa reklamowe mydełka. Grzech ten ciążył jej na sumieniu od wielu lat, zadręczała nim wszystkich księży, u których spowiadała się często i z upodobaniem. Za żadne skarby nie chciała przyjąć do wiadomości, że przestępstwo zostało już dawno zapomniane i odpuszczone i przez Boga, i ludzi.

Do Legnicy trafiła również z powodu rozpustnego braciszka hydraulika, który pracując na delegacji, zakochał się w cudnej Rosjance – Tatianie. Postanowił osiąść przy niej do końca swoich dni. Irencia sprzedała mieszkanie w Warszawie, kupiła dom od Tatiany i zamieszkała w nim sama, bo brat i Taniusza niedługo wyjechali w cholerę do Rosji, zostawiając ją z ruiną w postaci domiszcza o powierzchni dwustu dwudziestu metrów kwadratowych.

Z racji wieku i braku znajomości żadnej pracy znaleźć nie mogła. Zresztą może i dostałaby jakąś, gdyby nie to, że, zanim zostawiła podanie, opowiadała z upodobaniem o swojej przestępczej działalności w taki sposób, jakby była przynajmniej członkiem mafii wołomińskiej, a papier toaletowy i mydło sztabkami złota. Jeszcze jeden powód, dla którego Irenci nikt nie chciał zatrudnić, to sposób, w jaki obiecywała poprawę. Klękała tak jak przed siostrami przed biurkiem przyszłego pracodawcy, waliła się w szeroką pierś i tłukła łbem z czarnymi lokami o podłogę, przysięgając poprawę i uczciwość w wykonywaniu obowiązków. Wszyscy, którzy chcieliby ją zatrudnić, bali się jej ogromnie, a poczucie strachu potęgował jej wygląd. Irencia miała sto osiemdziesiąt sześć wzrostu, ważyła jakieś sto sześćdziesiąt kilo. Niesamowite wrażenie robiły jej oczy: jedno było niebieskie, a drugie czarne, co sprawiało, że wyglądała tak, jakby każdym z osobna z uwagą przyglądała się rozmówcy.

Dumą i chlubą kobiety były włosy, czarne loki sięgające do połowy tyłka, które z upodobaniem nosiła rozpuszczone i niesforne. Wplatała w nie kolorowe kokardki, koraliki, wpinała spineczki z motylkami i biedronkami. Dekoracje znajdowały się głównie na czubku głowy i tuż nad czołem. W chwilach uroczystych zaplatała włosy w dwa lub jeden warkocz, również suto zdobiony wyrobami ze sklepu „Wszystko za 5 zł”, a na naprawdę wielkie okazje trefiła kok wielkości bocianiego gniazda i ozdabiała go dodatkami stosownymi do okazji, na przykład kwiatami albo koralami, albo też grzebykami z kolorowego plastiku. Stroiła się z upodobaniem w kolorowe fartuchy ze stylonu i kamasze z kolorowymi sznurowadłami. Wyglądała jak armata pokryta pstrymi szmatkami. Siłę miała wręcz nadludzką, nie było takiego ciężaru, którego nie potrafiłaby udźwignąć. Doskonale gotowała, chociaż ilości sporządzonego jedzenia nadawały się do wyżywienia średniej wielkości wioski. Jak obierała ziemniaki, to robiła to z pasją i było ich całe wiaderko, jak zupka – to kociołek. Rodzina musiała zakupić dwie dodatkowe zamrażarki w celu przechowywania nadprodukcji żywności. Najważniejsze jednak było to, że kochała dzieci i jak zauważył kiedyś Krzysiu, Irenci brakowało tylko piersi pełnych mleka i wtedy byłaby matką pełną gębą. Chłopcy uwielbiali ją nad życie, mówili o niej „Konisia”, bo często bawiła się z nimi w konisia, woziła ich na plecach obydwu naraz, rżała i podskakiwała, gotując przy tym obiad lub sprzątając domy. Pieniądze, które jej płacono, były niewielkie, ale jedzenia i miłości nikt Irence nie żałował.

Wychodziła do domu późno w nocy i wracała bladym świtem, kiedy wszyscy jeszcze spali, żeby przygotować śniadanie. Na protesty, że nie musi tak ciężko pracować, była głucha i nieczuła. Były jednak dni, kiedy Irencia w myśl zasady, że „nawet anioły mają doły”, nie odzywała się do nikogo, nie bawiła się w konia i podwajała ilość gotowanych potraw. Działo się to wtedy, gdy przychodził list lub paczka od Taniuszy i Ceśka. Irenka czytała godzinami tych kilka zdań lub oglądała bezsensowne prezenty. Jeden z nich, pierwszy, jaki otrzymała, nosiła ze sobą stale, w kieszeni fartuszka – była to „łódeczka”, inaczej mówiąc, wędka do połowów pod lodem. Pamiątka była nadzwyczaj poręczna przy egzekwowaniu dyscypliny podczas zbyt swawolnych zabaw Jacka i Wojtusia, pociech obydwu sióstr, powierzonych opiece Irenci, jak również do oganiania się od insektów, których latem nie brakowało. W takich momentach przydatności wędki Irencia wzruszała się niebywale i powtarzała w upojeniu:

– Od razu widać w tym prezencie serce brata, bo skąd mógł wiedzieć, że w pracy będzie mi potrzebny?

Dom Irenci niszczał. Nie zamierzała się go jednak pozbywać, gdyż głęboko wierzyła w powrót kochasia zza wschodniej granicy:

– A bo to pierwszy raz Cesiek kocha? Pokocha i wróci – mawiała.

Do pełni szczęścia brakowało Irenci krowy i kilku kurek, ale na ich hodowlę nikt nie chciał wyrazić zgody, całkowicie ignorując jej argumenty o świeżych jajkach i mleku. Podstępna próba przerobienia na oborę garażu Piotrka została w porę udaremniona i zakończyła się jedynie zakupem kaczki, która zamieszkała w drwalce. O poczynaniach Irenki doniósł bowiem rodzinie Franek, „przydupas hrabini Sabci”, jak o nim lekceważąco mawiała sama Konisia.

Stanu cywilnego Irencia była mężatką. Z ludzi najbardziej lubiła babkę i chłopców, innych traktowała lekceważąco i zaledwie tolerowała, no, może jeszcze Piotr i Krzysiu ze względu na fakt bycia dobrymi mężami mieli u niej niewielkie fory. Na wizyty babki Heleny robiła koki i przyklejała na włosy nalepki w postaci różnych kwiatków, ptaszków i tym podobnych wariactw. Tę sympatię babka Helena w pełni odwzajemniała i popierała Ircię we wszystkim, co ta robiła, nazywała ją darem z nieba i doradzała, jak ta ma tresować wnuczki.

Po raz pierwszy wigilia miała się odbyć w domu przy Malczewskiego, w poprzednich latach stale mówiło się, że chłopcy są za mali, żeby w domu zamieszanie robić. W końcu Jolka oświadczyła, że przy takim podejściu to nawet w wieku osiemnastu lat chłopcy będą zbyt mali i kategorycznie zarządziła wigilię u siebie i siostry. Nie wzięła lekkomyślnie pod uwagę faktu, że w przygotowaniach weźmie udział Konisia, i teraz, stojąc w ciepłej kuchni, patrzyła z przerażeniem na hałdy pierogów i kotły na kuchni.

– Irenko, czy to nie za dużo tej kapusty i barszczu? – dopytywała Jolka.

– Już raz powiedziałam, że się pani nie rozumie na kuchni, a zresztą to czemu pani tu stoi i wtranca się w to, czego pani nie wie!

– Bo ja do pracy idę i na taksówkę czekam – odparła Jolka, podchodząc jednocześnie do okna – a garaż zasypany – dodała.

– No śnieg pada, to zasypany, a taksówka to, nie przyjedzie tak szybko, siadnie se pani, a ja raz dwa odgarne śnieg – zdecydowała Irencia.

– Nie, nie trzeba. Ja na taksówkę poczekam.

Ale Irencia już znikła za drzwiami.

– Ty – zwróciła się Jolka do siostry – co my z tym żarciem zrobimy?

– Nie wiem, ale wczoraj zadzwoniła babka i powiedziała, że lubi pierożki. Tyle na pocieszenie, że Irencia różne zrobiła.

– U mnie wczoraj ciasto piekła. Masakra. Kto to zje? Siedem rodzajów!

– Zwariowałaś – szepnęła Gosia z niedowierzaniem

– Wcale nie. Byłoby więcej, ale schowałam mąkę, a po nową iść nie chciałam.

– A właściwie, to czemu ty do pracy idziesz? – zreflektowała się Gosia. – Przecież wolne miałaś mieć?

– No miałam. Dobrze to ujęłaś, ale Hanka rękę złamała na nartach i dzwoniła w nocy.

– W nocy! Na nartach jeździła? W ogóle, to od kiedy potrafi?

– No, nie potrafi, dlatego złamała łapę, i dzięki Bogu na tym się skończyło, a na nartach jeździła na Łysej Górze z tym jej nowym facetem. Tam są tak zwane nocne jazdy.

– Następna najmądrzejsza na całym świecie. Nie dość, że nie umie jeździć, to jeszcze w nocy się wybrała. Myślała, że po ciemku widać nie będzie?

– A cholera ją wie? Łapa w trzech miejscach złamana. W jednym jakoś tak w poprzek i na dodatek operacyjnie tego złożyć nie mogą, bo jakieś nerwy tam przebiegają czy coś i mogą coś tam poprzecinać.

– To jak? Ona bez gipsu?

– A jakimiś szmatami jej to owiązali i siedzi w szpitalu, a narzeczony jeździ po okolicy i bawi się na stokach. To dopiero macho, co?

– No, to cudnie. To może jej pierożków weźmiesz? Ubędzie trochę – zapytała Gosia z nadzieją.

– Czy ty normalna jesteś? Ona jest w Kamiennej Górze w tym szpitalu. Jechać tam mam? Jak chcesz, to paczką jej wyślij.

– No, to szkoda. – Gosia westchnęła ciężko. Po czym przechyliła całą swoją postać w kierunku okna. – Jolka, ona śpiewa, słyszysz?

– Tak, akurat śpiewa. Ryczy jak ranny bawół.

Gosia jeszcze raz wsłuchała się w ryk za oknem i rozpoznała ulubioną piosenkę Irenci, która poznała w Warszawie:

Gdy kina Wolność neon z trudem się zapala

I na portierni spać się kładzie nocny stróż,

Obciągam w bramie łyk, nie czeka na mnie nikt,

Bo ja naprawdę nie potrafię kochać już.

Dalsza część utworu opisywała życie nieszczęsnego malkontenta, a mianowicie takie fakty jak wyrywanie dla niego w przeszłości złotych zębów przez zakochaną emerytkę i całowanie jego nóg przez jakieś dwie anonimowe panny, pobyt w więzieniu i stosunek do świata, który mu wisi z braku umiejętności darzenia kogokolwiek uczuciem. Fragment o całowaniu budził w Jolce szczególną odrazę, bo wyobraziła sobie dwie niedomyte, owłosione nogi, które ktoś namiętnie całuje, i zbierało się jej na wymioty. Zawsze prosiła Irencię, aby ta pomijała tę zwrotkę, ale w szale wokalnej twórczości solistka stale zapominała o obietnicy i owłosione nogi w pieśni występowały niezmiennie.

– Po policję zadzwonią! Jest za dwadzieścia szósta! – Gosia była przerażona.

– Coś ty, nie zadzwonią, wszyscy się jej boją. – Jolka lekceważąco wzruszyła ramionami. – Mogłaby, co prawda, kolędy dzisiaj śpiewać, ale co mi tam, byle o tym całowaniu do mnie nie dotarło, a tych pierogów Mieczysławowi mogę wziąć. Żona go znowu rzuciła!

– Znowu? A teraz z jakiego powodu?

– Poznała kogoś i zakochała się na śmierć i życie.

– Ta to ma zdrowie. To może na święta go zaproś?

– Nie, już się Julia nim zajęła, ale pierogów to ona mu raczej nie zrobi. Zajmie się nadrabianiem zaległości prokreacyjnych, bo od ostatniego porzucenia to upłynęło jakieś parę miesięcy.

– Erotomanka jakaś ta cała Julia. – Gosia była wyraźnie zdegustowana.

– E tam, erotomanka, jak ma, to korzysta. Zresztą, nie dyskutuj głupio, tylko dawaj reklamówkę, zanim Irencia wróci.

Jak na zawołanie w drzwiach stanęła ośnieżona Irencia.

– Niech se pani Jola jedzie tem autem, już te odśnieżace jeżdżają po jezdniach. Po co to auto trzymać w budynku? Co to, stworzenie jakie, czy co? – gderała. – Jak mówiłam, żeby kurniczek zrobić albo obórkę, to wszystkie mnie u dupy mniały i moje gadanie. – Irencia skończyła przemowę z ciężkim westchnieniem, po czym powiodła rozżalonym wzrokiem po siostrach i gwałtownie zatrzymała spojrzenie na reklamówce trzymanej przez Gosię. – A ta torba to na co pani? – zapytała podejrzliwie.

– Na pierożki dla takiego jednego bezdomnego pana – odparła Gosia przymilnie, bo wiedziała, że Irencia dla żadnej fanaberii nie odda ani jednego pieroga przeznaczonego dla babki.

– Dla którego pana co?

– No takiego, co sam na święta został i może głodny jest. – Gosia grała na uczuciach Irenci.

– To tak! Ja ręce do łokciów urabiam dla wszystkich, a jeszcze jakichści chłopów pierożkami dla pani Helenki będę karmić? Niech no pani powie, pani Jolu, żeniaty on jest ten chłop?

– No, niby tak. – Jolka ociągała się z odpowiedzią.

– To niech jemu baba sama zrobi. – Irencia kategorycznie zakończyła rozmowę.

– Ale ona jego zostawiła na same święta. – Gosia podjęła jeszcze jedną desperacką próbę.

– A to widać wiedziała, czemu takiego drania zostawia. Tym bardziej nic mu nie dam!

– Irenciu, ale winien czy nie, głodny ma być? – prosiła Gosia, bardziej dla zasady, niż z przekonania o tym, że odniesie jakikolwiek sukces.

– Nie dam i tyle, niech mnie panie głowy nie zawracają, bo roboty mam do nagłej krwi. Ludziów będzie pełno, a jeszcze mi tam potrzeba jakiegoś zboczeńca karmić, co żonę martretuje i napastowuje, kiedy jemu tylko się zapragnie, ? A po mojem trupie!

Zdumione siostry spojrzały na Irencię i w tym momencie zrozumiały, że popełniły fatalny błąd i że żadnych frykasów robionych ręką oddanej gospodyni Mieczysław nie spróbuje.

Przypomniały sobie, jak zaraz po występie pod furtką, wtedy, gdy przyjmowały ją do pracy, Irencia opowiedziała im swoje całe życie, a w nim w tym życiu niebagatelną rolę odegrała historia miłości, która dana była Irenci w udziale. Przy czym narzeczony okazał się chamem parszywym, zwyrodnialcem, erotomanem i w ogóle bydlakiem najgorszym.

Jako młoda i niedoświadczona panna poznała Irencia na wiejskiej zabawie chłopca. Na imię miał Zenon. Był o głowę od niej niższy i o połowę chudszy, ale w pijanym widzie było mu wszystko jedno, z kim tańczy, byleby tylko tańce zakończyły się na sianie w pobliskiej stodole. Tak też się stało. Na protesty Irenci, że nie pasują do siebie, że ona wyższa, Zenon odparł, że przecież jak się położą, to i tak się wyrówna. Naiwny myślał, że pozbędzie się kłopotu i szybko zapomni o przygodzie, ale nie znał Irenci, która owszem, do stodoły poszła, dziewictwo oddała, ale w konsekwencji, jako kobieta bogobojna, a teraz upadła, zamierzała Zenka poślubić. Stało się tak, że chłopak ze strachu przed olbrzymią narzeczoną robił wszystko, co Irencia kazała. Posłusznie kupił garnitur, Irencia nabyła sukienkę, przypominającą krojem i rozmiarem kapę na małżeńskie łóżko, no i welon z różami z plastiku i z trenem do samej ziemi, a w przypadku Irenki do połowy dupy. Welon zapadł jej w serce nawet mocniej niż narzeczony, gdyż jego opis zajął jej w opowieści z dobre dziesięć minut. Wesele miało odbyć się w Remizie Strażackiej, tam, gdzie młodzi się poznali Uczta była przygotowana jak należy, świnie przerobione na kiełbasy i pasztety czekały cierpliwie na stołach, a drżąca Irencia, prowadzona przez Zenona do ołtarza, była przeszczęśliwa. Wszystko odbywało się według planu, chociaż jak głosiła fama, we wsi ludzie zakładali się, że Zenek przed ślubem ucieknie, ale nic takiego się nie stało. Szedł pokornie, prowadząc narzeczoną pod ramię. W pewnym momencie niezdarny i przestraszony oblubieniec potknął się o czerwony dywan, rozścielony na cześć nowożeńców i w ostatniej niemal chwili Irencia chwyciła go za kark, strofując ostro, jak to było w jej zwyczaju. Zdenerwowany Zenon wyrwał się z żelaznego uścisku potężnej dłoni narzeczonej i wydarł się na cały kościół:

– A gówno się z tobą ożenię! Żebyś mnie biła, co?!

Po tym okrzyku odwrócił się i już, już prawie udało mu się uciec, kiedy Irencia zwinnie chwyciła go za połę marynarki i przy wszystkich gościach, całej wsi i księdzu proboszczu oświadczyła tubalnym głosem:

– Ja ci dam, kurduplu, gówno! Brałeś, kiedy chciałeś, to się żeń! Bo ci wszystkie zęby z mordy wbiję! A już, łachudro, do ślubu!

Swoje żądanie Irenka poparła mocnym kopniakiem, wymierzonym celnie w wątłe pośladki narzeczonego. Nieudana próba ucieczki nie zniechęciła jednak Zenona. Gdy stanęli u stóp ołtarza, odwrócił się nagle i zanim ktokolwiek zdążył mu przeszkodzić, jak strzała wybiegł z kościoła. Poniżona przed całą wsią Irencia odnalazła wkrótce zbiega i zmusiła do zawarcia związku małżeńskiego, ale już w USC. Zenek się ożenił tylko po to, żeby trzy dni później uciec pod osłoną nocy i słuch o nim zaginął. Irencia przeżyła to wydarzenie bardzo mocno. Całą miłość przelała na brata i od tej pory każdy chłop był dla niej zboczeńcem i każdy maltretował swoją żonę. No chyba że ta żona go biła, bo wtedy odnosił się do niej z szacunkiem. W skrytości ducha uważała, że zarówno Jolka, jak i Małgosia leją swoich mężów, bo w przeciwnym wypadku nie żyliby tak układnie i szczęśliwie. Na nic zdawały się tłumaczenia sióstr, kiedy Irencia pochwaliła je za właściwą tresurę małżonków. Ona swoje wiedziała: chłop niebity jest nieposłuszny, gnuśny i tylko mu dupa i inne głupoty w głowie.

Cała historia przypomniała się Jolce i Gosi w jednej chwili.

Irencia nie zamierzała dłużej dyskutować. Dała temu wyraz, odwracając się tyłem do sióstr i rozpoczynając nucenie tubalnym głosem pieśni o owłosionych nogach

Widząc, że nic nie wskóra, Jolka z westchnieniem wyszła w zimowy poranek i pojechała do pracy w zastępstwie innej ofiary nieszczęśliwej miłości.

***

Już w czasie remontu domu, zanim na świat przyszły dzieci, Jolka i Gosia wpadły na pomysł, żeby na dole w spiżarni zrobić drzwi, które łączyłyby obydwie części bliźniaka. Pomysł okazał się zbawienny i zarazem bardzo praktyczny. Kiedy po urodzeniu chłopców siostry z trudem radziły sobie z obowiązkami, nie musiały co chwilę wybiegać na taras w celu uzgodnienia jakiegoś ważnego zagadnienia, tylko kulturalnie przez spiżarnię z dzieckiem przy piersi wchodziły do salonu i odbywały narady ginekologiczno-macierzyńskie. W miarę upływu czasu pomysł sprawdzał się coraz bardziej. Do Jolki przychodzili goście, a za chwilę przez spiżarnię wchodziła Gosia z rodziną, albo odwrotnie. Nawet awantury rodzinne, które toczyły się w którymś z salonów, komentowane były wzajemnie, co doprowadzało do jeszcze większej i bardziej wybuchowej wymiany poglądów. Zazwyczaj z mężami kłóciły się siostry, bo zarówno Piotr, jak i Krzysiu byli jak dawniej spokojni i opanowani i niczym wytrawni bramkarze piłki odpierali ataki małżonek.

Teraz, kiedy chłopcy mieli już po sześć lat, tajne przejście było wprost zbawieniem! Początkowo, kiedy byli jeszcze mali, sprawiało to pewne trudności, gdyż zarówno Wojtek, jak i Jacek zatrzymywali się w spiżarni i wyjadali z niej wszystko, czego im jeść nie było wolno. Od czasu jednak, kiedy w głowę Wojtka wbiła się ostrym kantem puszka z kiszonymi ogórkami i rozcięcie trzeba było szyć, młodzieńcy nieco hamowali swoje zapędy i wyżerali zapasy z dolnych półek, a już głowa Irenci pracowała nad tym, co na tych najniższych piętrach się znajdowało.

Teraz, kiedy Konisia zajęła się robieniem „śledzi w pierzynkach” w miednicy i kutii w wiaderku, Małgosia postanowiła sprawdzić, co robią chłopcy. Weszła na piętro, zajrzała do pokoju syna, zobaczyła tylko puste łóżko. Wszystko było jasne. Był u Wojtka.

Skoro jednak byli razem i nie wiadomo na dodatek jak długo, to wszystko mogło się zdarzyć! Chłopcy byli bowiem nieodrodnymi synami swoich mam.

Gosia pospiesznie wbiegła do domu Jolki. W pokoju Wojtka było pusto. Zaczęła nawoływać – nawet nie zauważyła, że w akwarium pływają dwa banany. Po chwili do jej uszu dobiegły odgłosy z sypialni siostry i szwagra. Ostrożnie, pełna najgorszych przeczuć, uchyliła drzwi. Na szerokim łóżku w towarzystwie półmiska z pierogami siedziały dwie pociechy, jedna o smolistych włosach i takich oczach, a druga niebieskooka i lnianowłosa.

– Co robicie, chłopcy? – zapytała Gosia głupio.

– Śniadanie sobie jemy – odparł Jacek pogodnie – a co, mamusia nie widzi?

– A dlaczego pierogi, a nie zupkę mleczną?

– Bo dzisiaj jest pusto – odparł Wojtek.

– Co to jest pusto? Gdzie jest pusto? – dopytywała zdezorientowana ciotka.

– No, Konisia mówiła, że jak jest pusto, to nie wolno jeść tłustego, a mleko jest tłuste, sam widziałem na kartonie, ile to ma tłuszczu – oświadczył Wojtek.

– A! Post! – ucieszyła się Gosia. – Ale wy nie musicie pościć, wy jeszcze mali jesteście.

– Mali to my jesteśmy do wszystkiego, tylko jak na nas krzyczycie, to zawsze jesteśmy duzi – odpyskował Jacek.

– Nie pyskuj, jak już najedliście się tych pierogów… A to co?! – Dopiero w tym momencie Gosia dostrzegła zagarnięte w kąt kolorowe papiery po świątecznych prezentach.

– My tylko chcieliśmy… – zaczął Wojtek

– Jasna cholera. Poczekajcie, jak tylko twoja matka wróci, to miała być niespodzianka!

– Ale my chcieliśmy zobaczyć, co kto dostanie. Zaraz zapakujemy. – Jacek błagalnie patrzył na matkę.

– Jeszcze tego brakuje, żeby babki dowiedziały się, że w Mikołaja nie wierzycie! – Pakować, ale już!

– To nie nasza wina, że dziadek spadł ze schodów i karetka go zabrała. A jak spadł, to się wydało, że pod brodą jest on! Teraz wszystko na nas!

– Zresztą Konisia powiedziała, że każdy chłop to gnój, i Mikołaj też, a w ogóle go nie ma, bo gdzie by z tą tłustą dupą w jakiś komin wlazł. Powiedziała, że chłopy sami to wymyślili, że niby takie dobre – poparł brata Wojtek.

Małgosia oniemiała.

– Kiedy wam Irencia to powiedziała?

– No, wtedy, jak dziadek spadł i Wojtek płakał, że to nie Mikołaj – odpowiedział Jacek.

– W przedszkolu wiedzą? – spytała groźnie.

– Niektórzy wiedzą, ale nie od nas – zastrzegł się Jacek.

– Dominik to złapał tatę, jak ciastka zjadał i mleko pił, a jego mama krzyczała, żeby prędzej, a inni to różnie, u nas to tylko maluchy wierzą, że ten pacan jest.

– Ja wam dam pacana! Zbierać papiery i wszystko na miejsce. Jak ciotka wróci z pracy, to zaraz zamurujemy drzwi!

– My nie umiemy pakować. – Wojtek patrzył błagalnie na ciocię.

– Tak? A jakbym nie weszła, to co? Kto by to zapakował?

– No, my.

– To do roboty, a ja za dziesięć minut tu wrócę i sprawdzę

Gosia wściekła jak osa poszła porozmawiać z Irenką, która nie tylko nie wyraziła skruchy, ale udowadniała, że Mikołaj to palant i że jak pan Maciej upił się z dziadkiem Jankiem, a potem spadł ze schodów, to sam winien, że dzieci prawdę poznały. Zresztą, po co o Mikołaju opowiadać, jak jest tyle pięknych baśni. Na ten przykład Trędowata albo Profesor Wilczur. Na nic zdały się argumenty, że to nie są baśnie, tylko szmiry, książki bez wartości.

Irencia oświadczyła, że pani Gosia to wcale się na literaturze nie zna i niech głupot jej, Irenci, nie opowiada, bo jak ona zechciała kiedyś przeczytać książkę, co jej pani Jola dała, to ją tylko głowa rozbolała.

– Takich głupotów, jak tam piszą, to nawet w domu dla waryjatów nie wymyślą. Wstyd i obraza boska, żeby o takich pisać i kary na takich nie było.

– A jaką to książkę Irence dała moja siostra, co? – Gosię bardzo mocno zainteresowało, o jakiej pozycji literackiej Irencia ma taką niepochlebną opinię.

– No, jak tam jej było? O takiej jednej rudej, co z domu dziecka ją wzieni i potem tylko jeden kłopot był tylko, bo ona jakaści głupia była!

– Irenciu, to bardzo piękna opowieść, Ania z Zielonego Wzgórza – Gosia była oburzona krytyką jej ukochanej książki dzieciństwa!

– Nie wiem, jak jej tam było, bo aby na przodzie przeczytałam, ale głupia była i tyle!

Irenka była kobietą o mocnym charakterze i w nosie miała wszelkie kanony, zarówno literackie, jak i życiowe. Odwróciła się tyłem do Gosi i gromkim basem kontynuowała ulubioną pieśń:

Mój arogancki śpiew rozpalał w żyłach krew

Szalona młodość rozszumiała się jak dąb.

Kiedyś mnie młoda zapoznała literatka

I na chawirę w willi zaprosiwszy swej,

Kawiorem pasła mnie, mówiła: „Mój ty śnie,

Będziesz miał wszystko, tylko wiernym być mi chciej”.

Małgosia westchnęła i wróciła do domu siostry. Dwa aniołki siedziały właśnie w pokoju Wojtusia i kroiły na plasterki wyłowione z akwarium banany i w tej postaci wrzucały pożywienie ponownie rybkom.

– Czy was nawet na moment nie można zostawić samych?! – Gosia straciła panowanie nad sobą. – Co wy robicie?! Ryby zdechną!

– Nie. Przecież to witaminy! A ty zawsze mówisz, że w owocach są witaminy – odparł Jacek rezolutnie.

– Ryby powtarzam jeszcze raz, ryby karmi się specjalnym pokarmem, tam są wszystkie potrzebne im witaminy. Pod żadnym pozorem nie dajemy im bananów, jabłek. Nic podobnego!

– To mandarynek też nie? – zapytał rozczarowany Wojtek.

– Nie, mandarynek też nie!

– A Wacek wszystko je.

– Wacek to jeż i nie Wacek, tylko Igiełka, tak się umówiliśmy.

– Dlaczego Igiełka? On też nie ma siusiaka, jak mąż babci Sabiny?

– Dosyć! Co to za dyskusja, kto wam opowiada takie bzdury?

– Babcia Helena powiedziała, że on, ten hrabia, nie miał siusiaka.

– Matko, ja oszaleję! To bzdura, jeż nazywa się Igiełka, a nie Wacek! I nie ma nic wspólnego z mężem babci Sabiny. A teraz, co z tymi mandarynkami?

– Wycisnęliśmy rybkom sok – odparli chłopcy chórem.

– Tak? To teraz umyjemy akwarium, a wasze wyjście do ogrodu stoi pod znakiem zapytania! Marsz do domu. – Gosia wypchnęła syna za drzwi. – A ty – zwróciła się do siostrzeńca – za pięć minut jesteś u mnie w kuchni. Ubranie masz przygotowane w pokoju.

Gdy tylko za Gosią zamknęły się drzwi Jacek powiedział szeptem do brata:

– Sama umyje. Ryb jej będzie szkoda, a z nami nie będzie się chciała użerać.

Jolki ciągle nie było. Piotr miał wrócić lada moment, a Krzysiu już wyszedł. Irenka gotowała, ozdabiała i śpiewała, na Gosię spadł zatem obowiązek zajęcia się chłopcami. Wydzielana codziennie godzina przy komputerze minęła jak z bicza trzasnął, w perspektywie było jeszcze ubieranie choinki, ale to robili sami mężczyźni i zanim zjawią się w domu, należało chłopcom zagospodarować czas. Gosia zawołała dzieciaki i udzielając im stosownych instrukcji, zakładała na nich czapki, szaliki i rękawiczki.

– Pójdziecie do ogrodu i możecie lepić bałwana. Jak wróci wujek Piotr i tatuś, to ubierzecie choinkę, ale jak coś zmalujecie, to powiem, że przeszukaliście prezenty, jasne?

– Jasne jak słońce! A Franciszek jest?

– Jest. Chyba tak, bo drewno miał rąbać do kominka, tylko macie go nie denerwować! I nie wypytywać, i nie powtarzać tego, co on mówi!

– Wiemy, wiemy. – Jacek lekceważąco machnął ręka.

– Ciociu, a do tego bałwana to możemy z domu zabrać guziki, mopa i czapkę?

– Możecie. Tylko żebym żadnych wygłupów dzisiaj już nie musiała oglądać! Akwarium sama umyję. Dzisiaj jest bardzo ważny dzień, Wigilia. Przyjdą goście i dostaniecie prezenty. Ja mam jeszcze dużo pracy i muszę pilnować Konisi, bo nagotuje Bóg wie czego i nie będzie komu jeść, jak co roku. Chociaż to i tak nie ma sensu, bo ona robi, co chce!

– Tak, Konisia dużo gotuje, a potem z mamusią musicie wynosić wszystko w siatkach, żeby wyglądało, że jemy.

– Skąd to wiecie?! – Gosia była przerażona wszędobylstwem malców.

– No co, my oczu nie mamy, przecież mamy po dwa, nie widzisz? – Jacek wytrzeszczył niebieskie ślepka w stronę matki.

– Dobra, dobra, to następna tajemnica, którą musicie zachować, rozumiemy się? No, to już. Wynocha do ogrodu! A, jeszcze psy weźcie, niech pobiegają.

Już po chwili na podwórku słychać było głośny śmiech, krzyki i ujadanie psów. Uspokojona Małgosia weszła do garderoby i tam zaczęła pakować świąteczne prezenty.

Chłopcy bawili się świetnie. Nieco przygłucha Diana i ślepawy Reks przypomnieli sobie szczenięce lata i biegały jak szalone. Na te hałasy zza domu wyłoniła się potężna postać Franciszka, ubrana w ciężki kożuch obwiązany skórzanym paskiem, w walonkach i w wielkiej baranicy – prezencie od Jolki. Czapa była dumą i chlubą Franciszka, najchętniej nosiłby ją nawet latem. Cała rodzina podejrzewała, że Franek latem śpi z nią, a zimą i jesienią w niej. Usłyszawszy rwetes, postanowił przywitać przyszywanych wnuków i zrugać za brewerie.

– Co tam? Ścichnijcie trochu, przecie nie na targu jesteśta.

– Franciszku, my bałwana lepimy, żeby było ładnie, jak goście przyjadą!

– To se lepta, tylko ciszy, bo krzyk taki, jakby kogo mordowały. – To powiedziawszy, Franciszek odwrócił się na pięcie, poszedł do drwalki, skąd za chwilę dały się słyszeć mocne uderzenia siekiery i odgłos spadających na ziemię kawałków drewna.

Chłopcy w pocie czoła toczyli po ziemi kule, z których zamierzali złożyć postać bałwana. W planach konstrukcyjnych, bałwan miał być dorodny, taki, żeby można go było dostrzec z okien domu i żeby widzieli go również okoliczni sąsiedzi. Po uzyskaniu odpowiednich rozmiarów śnieżnego kadłuba okazało się, że w żaden sposób nie dadzą rady ustawić pojedynczych części na siebie.

– Trudno. Trzeba poprosić Franciszka – zdecydował Jacek.

– To idź ty. Ja byłem ostatnio, jak szybę wybiliśmy.

– Dobra – Jacek był, podobnie jak rodzice, sprawiedliwy i rzetelny. – Idę!

Za niedługi moment wyszedł zza rogu w towarzystwie Franciszka, który gderał:

– Po co taki wielki ten stwór?

– No, żeby go widać było. Pomóż nam, Franciszku, bo ujebalim się strasznie, a jeszcze trzeba zrobić dużo rzeczy.

– Nie mówta ujebalim, tylko urobilim się – pouczył ich Franciszek. – Wasze rodzice nie chcom, żebyśta tak mówili.

– Ale to takie ładne słowo, ujebalim – powtórzył w upojeniu Wojtek.

– Ja też bardzo lubię, jak mówisz, Franciszku, że jesteś ujebony – przypodchlebiał się Jacek.

– To dajta te ulepy! – Udobruchany Franciszek ustawił kule na sobie i zaproponował, że w celu lepszego dostępu do wyższych partii bałwana pożyczy im taboret, który ma w drwalce.

Teraz nastąpił ostatni etap, a mianowicie wykańczanie dzieła i podniesienie jego walorów estetycznych poprzez użycie odpowiednich gadżetów. Aby jednak tego dopełnić, należało ponownie wejść do domu i zabrać spod łóżka pudełko z nagromadzonymi drobiazgami. Pudło znajdowało się w pokoju Wojtka, ale nakrycie głowy dla bałwana ukryte było w piwnicy w połowie Jacka. Żeby nie przedłużać, chłopcy podzielili się obowiązkami i każdy ruszył po swoje skarby schowane przed wzrokiem dorosłych, którzy mieli dziwny zwyczaj robienia awantur z byle powodu. Niedawno właśnie taką awanturę wywołali, bo nie podobał im się portret namalowany przez nich i przez ich siostrę Olę, która chociaż baba, to miała jaja, jak mówiła babcia Helena o ich tatusiach. Portret postanowili namalować pastelami olejnymi na ścianie przy wejściu na taras. Akurat na tej ścianie nie wisiał żaden obrazek, a Franciszek bardzo ładnie odnowił kolor. Obraz przedstawiał trzy osoby: dwóch mężczyzn i jedną kobietę. Płeć osobników można było rozpoznać po tym, że panowie mieli włosy krótkie, a kobieta długie warkocze. Na tym koniec różnic. Każda osoba trzymała w ręku karabin, laser i nóż i każdy głupi od razu zorientowałby się, że jest to portret Oli, Jacka i Wojtka. Wszyscy krzyczeli, że chyba zwariowali! Tyle pracy Franciszka poszło na marne, aż babcia Sabina wstawiła się za nimi i powiedziała, że to jest jedyne i prawdziwe dzieło sztuki w tym domu, i wtedy wszyscy już nic nie mówili, tylko kazali im zejść z oczu i zabrali pastele.

Teraz należało ustroić bałwana i udowodnić wszystkim, że potrafią samodzielnie zająć się przygotowaniem ogrodu na przyjęcie świąteczne.

Pudło przyniesione przez Wojtka pełne było przeróżnych skarbów, które chłopcy natychmiast zaczęli montować w śnieżnej postaci. Praca przebiegała w ciszy i w skupieniu, czasami tylko przerywana była sapaniem, spowodowanym nadmiernym wysiłkiem fizycznym.

– Popatrz – powiedział w pewnym momencie Wojtek – jaki piękny nos znalazłem. – I zademonstrował bratu długi, różowy przedmiot, zapakowany w foliowy futerał.

– Super, a gdzie był!?

– W prezentach, a na papierze było napisane „Dla Doroty, do otwarcia później”. To widać nic ważnego, potem cioci oddamy.

– Pokaż. – Jacek z zainteresowaniem obejrzał cudo. – Ładny. „Różowy mocarz” – przeczytał napis na dole plastikowego opakowania. – Co to może być?

– Mocarz to silny, a zresztą na nos się nadaje, jak trzeba!

– Dobra, to mocujemy tego mocarza!

Po pół godzinie dwaj mali chłopcy stali przed ogromnym bałwanem i podziwiali swoje dzieło. Ślepia śniegowego jegomościa patrzyły na świat niebieskimi oczami, zrobionymi z ogromnych, turkusowych kolczyków Jolki, usta wycięte zostały z jednej filcowych podkładek leżących na stoliku, na dwóch dolnych kulach-brzuchach pyszniły się różne guziki, które Jacek pracowicie obcinał z poszczególnych części garderoby matki. Niektóre z nich były tak mocno przyszyte, że trzeba było obciąć je z kawałkami materiału, ale katorżnicza praca opłacała się jak najbardziej. Pełne napięcia minuty spędzone w garderobie w obawie przed nadejściem Gosi dały oszałamiające efekty. Pod pachą bałwan, zamiast szczotki, trzymał elegancki mop na zielonym kiju. Na jego głowie tkwił czarny elegancki kapelusz z woalką, będący własnością, duma i chlubą Hrabiny Sabci, a ukoronowaniem dzieła był piękny, różowy wibrator, wetknięty w sam środek bałwanowej twarzy.

***

W łagodną ciszę wieczoru wdarł się niesamowity ryk, który sprawił, że w oknach wszystkich okolicznych domów ukazały się zaciekawione i wystraszone twarze. Środkiem zaśnieżonej ulicy sunęło czarne BMW, a hałas, który wydobywał się spod auta, spowodowany urwanym tłumikiem, był nie do zniesienia. W końcu zaległa całkowita cisza. Samochód zatrzymał się na podjeździe domu, którego mieszkańcy tłumnie wylegli na ganek. Z auta wydobyła się najpierw jedna osoba, spowita w kudłate futro, sięgające do samej ziemi, rozejrzała się dookoła i patrząc na publiczność zebraną przed domem, powiedziała:

– O proszę, jak miło, że wszyscy na nas czekacie, ale to przecież jeszcze czas.

– Miło? Czekacie? – odezwała się Jolka z przekąsem. – Cała ulica wyszła, bo pewnie myśleli, że to jakiś smok albo Godzilla atakuje. Z takim rykiem żeście przyjechali.

– A ty jak zwykle. Z niczego niezadowolona. Tłumik Maciej urwał po drodze, i tyle.

– To trzeba było taksówką przyjechać, a nie widowisko z siebie robić.

– Taksówka mogła mi do futra nie pasować.

Jolka zaniemówiła na moment

– Zwariowałaś? Jak taksówka ci do futra może pasować?!

– Kolorem, tumanie, kolorem! Idź już do domu, bo ci dam w dupę i tyle! – Babka była wyraźnie zniecierpliwiona.

– Co tam? O co znowu awantura? – zapytała matka wyłaniająca się z drugiej strony auta.

– Twoja córeczka mnie tak wita! Po tobie taka gościnna! Auto się jej nie podoba!

– Dlaczego się nie podoba? – zapytała zdziwiona matka. – Przecież zawsze się jej podobało.

– Och, dajcie spokój. – Gosia była wyraźnie zniecierpliwiona i zmarznięta. – Wchodźcie do domu.

– Nie tak szybko. Musimy jeszcze prezenty i jedzenie zabrać – odparł ojciec, otwierając bagażnik.

– Na Boga jedynego! Tylko nie jedzenie! – wrzasnęła Jolka.

– Weź ją do domu – rozkazała babka Piotrowi – bo naprawdę jej wtłukę

– A mogłaby babcia to zrobić teraz? – zapytał Wojtek z nadzieją. – Jeszcze nigdy nie widziałem, jak ktoś tłucze moją mamusię. To byłby piękny widok, no nie? – zwrócił się z pytaniem do Jacka.

– Do domu, smarkacze! – Jolka zagarnęła dzieci i głośno oświadczyła, że idzie się przebrać.

W drzwiach o mało nie została stratowana przez Irencię, która koniecznie chciała przenieść babkę Helenę przez zaspy na własnych rękach. Babka wzbraniała się, jak umiała, matka sarkała na Irenkę, a Maciej z ojcem zbierali sypiące się po ziemi paczki z prezentami. Właśnie w tej samej chwili nadeszła Sabina z Franciszkiem i przed domem zrobił się taki rejwach, że nikt nikogo nie słyszał i wszyscy mieli do siebie pretensje. W świetle latarni Małgosia dostrzegła, że na czubku matczynej głowy lata jakieś ptaszysko, ale w szale znoszenia prezentów, paczek i głośnego komentowania nie zdołała rozpoznać, jaki to gatunek. Westchnęła tylko w duchu i pomyślała, że trzeba być przygotowanym na wszystko.

Tymczasem Jolka w ciszy sypialni ubierała się na wigilijną kolację. Zastanawiała się właśnie, gdzie też mogła włożyć cudowne turkusy, które kupiła w galerii i zamierzała włożyć właśnie dzisiaj, przekopała całą komodę i nic! Wściekła szperała w szufladzie z biżuterią i zastanawiała się, co zawiesić na uszach, kiedy nagle w drzwiach stanęła wystraszona Gosia:

– Ty, matka ma na głowie wypchanego ptaka, ale nie wiem jakiego, bo ciemno jest.

– Ty tak jak babka oszalałaś! Zdechłego ptaka?

– Nie zdechłego, tylko sztucznego albo wypchanego!

– No, to jak wypchany, tu zdechły, a śmierdział?

– Nie śmierdział, ale machał skrzydłami.

– No to żywy – zdecydowała Jolka.

– To co, przywiązała go sobie do głowy?

– Ty go widziałaś i było się przyjrzeć, a nie dupę mi ptakami zawracasz. Ja kolczyki gdzieś zgubiłam!

– Te kolczyki?!

– No!

– Smarkacze tu byli rano, ale tylko żarli pierogi w waszym łóżku i prezenty odpakowali. Kolczyków nie widziałam, sama musiałaś gdzieś schować.

– Pewnie musiałam, ale nie mogę sobie za cholerę przypomnieć gdzie.

– Znajdą się. Chodź, idziemy, bo jeszcze wszystko przed nami.

W salonie przekształconym na dzisiejszy wieczór w jadalnię panowało takie zamieszanie, że w pierwszym momencie Jolka i Gosia nie mogły odróżnić nie tylko osób, ale także czynności, jakie wykonywały. W końcu jednak udało im się dostrzec chodzących na czworakach: Macieja, ojca, Franciszka, własne dzieci i rodzonych mężów. Panowie w pozycji czworonożnej układali w piramidę prezenty, które, jak oświadczyła dzieciom babka, zapracowany Mikołaj kazał dowieźć na miejsce. Choinka była imponująca, rozłożysta i wysoka, ale nawet pod tym olbrzymim drzewkiem z trudem mieściły się pakunki. Jolka, która nie widziała jeszcze ubranego drzewka, z zaskoczeniem przyglądała się dyndającym na gałązkach plastikowym jajkom wielkanocnym oklejonych brokatem i zagadkowym tekturowym emblematom, na których, przy bliższym patrzeniu, można było dostrzec sceny z życia codziennego rodziny, na przykład płaczącej Irenci czy też sikającego w ogrodzie Reksia. Taktownym milczeniem pominęła łańcuchy zrobione z kolorowych gazet i ozdoby w postaci bohaterów bajek zbieranych przez cały rok w McDonaldzie, ale na widok matki aż stęknęła. Stuknęła w bok siostrę i wyszeptała:

– Ty, ona się przebrała za choinkę.

– Matko Boska! – Gosia nie była w stanie wydusić ani jednego słowa więcej.

Matka ubrana była w zieloną suknię, uszytą z falban rozszerzających się ku dołowi, na których naszyte były połyskujące, kolorowe tasiemki. Na czubku koka nie było ani śladu ptaka. Siedział sobie za to złoty anioł, który przy każdym gwałtowniejszym ruchu machał skrzydłami, a matka nawet paznokcie miała pomalowane na zielono! Widać było, że jest z siebie bardzo zadowolona. Co chwila bowiem zerkała w lustro i wykrzywiała się w udawanych uśmiechach. Sukienka, jak to zwykle u matki bywało, była obcisła i za mała o jakieś dwa rozmiary.

Obserwację matki-choinki przerwał im głos wychodzącej z holu babki:

– Irenciu, ja tutaj tobie przywiozłam grzybki marynowane, bo…

Babka nie skończyła zdania. Zobaczyła bowiem zieloną córkę i wszelkie słowa zamarły jej na ustach, ale tylko na moment, bo już po kilku sekundach powróciła do równowagi i zapytała z przekąsem:

– Czy ty już całkiem oszalałaś? Choinka już jest?! I co, do licha ciężkiego, masz na głowie?

Matka, która akurat krzywiła się przed lustrem, odwróciła się powoli i powiedziała:

– Nigdy się na modzie nie znałaś, to kreacja jedyna i niepowtarzalna. Nikt na świecie takiej nie ma! Nikt, rozumiesz?

– No pewnie, że nikt, bo nikt by się tak nie ubrał, nikt normalny! A na ten pusty łeb co sobie wsadziłaś?

– Tylko nie pusty, nie pusty! Anioła mam, nie widzisz? To nowe trendy, takie nietuzinkowe dekoracje fryzur na uroczyste wieczory. A co miałam sobie niby wybrać na Wigilię? No? Co, twoim zdaniem!

– Ja tam nie wiem, co miałaś sobie w ten kołtun włożyć, ale wiem jedno, nie anioły ani inne głupoty są modne, tylko długie włosy, najlepiej blond, proste do pasa i rozpuszczone, o takie:

I babka zdecydowanym ruchem zerwała z głowy kaptur, spod którego spłynęły jej na ramiona długie pasma sztucznych włosów. Na to zjawisko nikt nie mógł pozostać obojętny. Ojciec zastygł pod choinką i wpatrywał się w teściową z otwartymi ustami, chłopcy usiedli na ziemi, a Franciszek głośno zawołał:

– No, niech mnie ślag trafi!

Tylko Sabina, która rozstawiała talerzyki, ani na jeden moment nie przerwała swojego zajęcia. Była mądrą kobietą i przez ostatnie lata tak uodporniła się na stałe zmiany wyglądu obydwu dam, że nic jej nie było w stanie zaskoczyć. Wierna Irencia w nowym stylonowym fartuchu i z bocianim wieńcem na łbie darła się wniebogłosy:

– Pani Helenko! Jaka pani jest piękna! Jak anioł! Jak kwiat, jaki przecudny!

– Ty jedna, Irenciu, znasz się na tym, co piękne. – Babka łaskawie skinęła głową sojuszniczce i przystąpiła do zdejmowania różowego futra.

Sukienka z czerwonej lycry w ogóle nie zrobiła na nikim wrażenia, ale na ogromnych piersiach babki spoczywał złoty łańcuch z dyndającym na jego końcu niekompletnie ubranym kulturystą, i to już wyprowadziło z równowagi Jolkę.

– Czy babcia tego gołego chłopa musi przy stole wszystkim prezentować? Naprawdę nie było już nic innego do wyboru? A jeżeli chodzi o to, kto babcię tak ustroił, to ja już się domyślam, to ta pomocnica babcina z bożej łaski!

– Następna się odezwała! Tak jak mamunia zna się na modzie jak zając na ananasach! Ja wiem doskonale, co wam by pasowało! Może różaniec sobie miałam powiesić, co? A niedoczekanie wasze! Monika mi doradziła, ona ma więcej gustu niż cała nasza rodzina, ot, co!

– A kto ci każe różaniec wieszać?! Ale coś przyzwoitego, coś ładnego, a nie jakiś wisiorek obsceniczny!

– Jaki obsceniczny? Co w nim niestosownego widzisz? Gołego mężczyzny nigdy nie widziałaś?!

– Widziałam, ale nie nad wigilijnym stołem!

Spod choinki wyszli chłopcy.

– Babciu, gdzie masz tego gołego pana?

– On, bączki, nie jest wcale goły, to kulturysta. – Babka łagodnie zwróciła się do prawnuków. – Ma na sobie majtki.

– E, to szkoda. – Jacek z Wojtkiem wrócili na opuszczone pozycje.

– Ja ci mówię… – powiedziała wściekła Jolka.

– A tam! Już cię słucham! Moniki tylko słucham – dodała babka, a potem odwróciła się do Jolki tyłem i ostentacyjnie zaczęła układać na ramionach długie blond sploty.

Monika od trzech lat pracowała w knajpie babki. Trafiła tam z ogłoszenia. Z kelnerki, w niedługim czasie, stała się prawą ręką szefowej. Nikt w rodzinie nie miałby nic przeciwko takiemu obrotowi sprawy, tym bardziej że babka bez względu na mocny charakter miała już swoje lata i praca w restauracji nie była jej tak naprawdę do niczego potrzebna, ale Monisia, z wykształcenia fryzjerka, została także stylistką starszej pani. Doradzała babce nie tylko w kwestii wyboru kolorów włosów i fryzur, ale także dobierała jej stroje! Ba, mało tego, że dobierała, to jeszcze osobiście kupowała. Tak się fatalnie złożyło, że Monia – samotna matka z nastoletnim synkiem Orestem – posiadała z kolei w Niemczech swoją mamusię, która wspólnie z niemieckim mężem prowadziła jakiś pensjonat. Kochająca córeczka bardzo często odwiedzała ojczyma i matkę, a tam w sklepach słynących ze specjalizowania się w handlu dużymi rozmiarami kupowała babce różne koszmarne i niestosowne ciuchy. Sama stylistka wyglądała jak pierwowzór złego smaku i gustu. Jej wygląd zewnętrzny był dziełem natury tylko w niewielkim stopniu, w większej części efektem działalności chirurga plastycznego bądź też kosmetyczki. Kolory włosów i fryzury zmieniała równie często jak babka. Podobnie zresztą było z oczami, które zmieniały barwę w zależności od tego, jakie szkła właścicielka włożyła tego dnia, a gama posiadanych soczewek kontaktowych była bardzo bogata. Znajdowały się w tej kolekcji takie perełki, jak na przykład szkła z motywami roślinnymi w postaci liści marihuany bądź też bratków i niezapominajek. Monisia miała również sztuczne zęby, które wstawiła sobie za ciężkie pieniądze, ale trzeba jej oddać sprawiedliwość, że porcelanowe implanty nie były jej fanaberią, lecz koniecznością, gdyż jej własne zęby wybił jej w szale zazdrości kolejny narzeczony. Dzięki botoksowi wstrzykiwanemu w usta, w miarę potrzeb, które to potrzeby określała sama właścicielka, całe uzębienie było stale widoczne, nawet wtedy, gdy właścicielka milczała. Wydęte wargi sprawiały, że Monia wyglądała jak zmutowany glonojad, a na dodatek taki, który nosi w jęzorze kolczyk. O takich drobiazgach jak powiększanie piersi, podciąganie pośladków czy orzeł wystający z majtek, a wytatuowany pracowicie przez niemieckiego artystę, nawet nie warto wspominać.

Babka była zachwycona swoja pomocnicą. Uwielbiała, jak to określała, jej świeżość spojrzenia na nowe tendencje w modzie i całkowity brak krytycyzmu w stosunku do swoich wyczynów. Monisia miała skłonności do bywania w gabinetach wróżek i magów. Stale zawierała niewłaściwe znajomości z mężczyznami, a w klatce domu, w którym mieszkała, wieszała ogłoszenia, które zachęcały okoliczne emerytki do sprawowania opieki nad jej pierworodnym, w czasie kiedy mamusia zajęta była kolejnym absztyfikantem. Oprócz złego wpływu na babkę i koszmarnego wyglądu miała także zalety: była bowiem uczciwa, pracowita i bardzo schludna. Cechą, którą babka ceniła u swojej pomocnicy najbardziej, był jej zgodny charakter. Zgodny, gdyż Monia nigdy, ale to nigdy nie krytykowała żadnych pomysłów babki, co najwyżej doradzała jej kolejną głupotę. Tym razem także nie zawiodła. Strój, jaki babka miała na sobie, i długie włosy, a także goły kulturysta to jej najnowszy wyczyn w dziedzinie stylizacji starszej przyjaciółki.

Po dokładnym obejrzeniu babki i matki śpiewający niemieckie kolędy krawat Macieja ani kamizelka ojca w czerwone renifery na nikim nie zrobiły większego wrażenia. Tylko dzięki Piotrowi i Krzysiowi udało się opanować emocje związane z dopiero co odbytymi pyskówkami i zasiąść do wigilijnej kolacji.

Stół wigilijny przypominał stragan na wschodnich bazarach. Znajdowało się na nim z dziesięć rodzajów rybek w wersjach smażonych, pieczonych, w galaretach, rodzynkach, orzechach i sam Bóg jeden wie, w czym jeszcze. Na półmiskach wiły się śledziki w śmietanie, w oleju, w pierzynkach, a na salaterkach i w miseczkach stały sałatki i przystawki. Waza wielkości małego wiaderka pełna była barszczu, do którego przygotowano uszka w ilości przekraczającej ludzką zdolność pojmowania. Na myśl, że to zaledwie preludium, bo jeszcze pierożki mają się pojawić, Jolce ugięły się kolana. Nie było jednak czasu na dyskusje. Stało się! Mogła lekkomyślnie nie planować wigilii w domu. Wzruszona babka jako nestorka rodu chwyciła za talerzyk z opłatkiem i rozpoczęła składanie życzeń. Nie w smak jednak były jej te wzniosłe chwile, gdyż z natury była lekkomyślna i mało romantyczna, i szybko zarządziła rozpoczęcie kolacji. Gosi, która zechciała odczytać uroczyście wybrany fragment Biblii i zaproponowała wspólną modlitwę, powiedziała, że nie przyjechała tutaj na mszę, tylko na kolację, a jak Gosia taka spragniona modlitwy, to niech sobie na pasterkę poleci o północy, to przynajmniej jej na zdrowie po kolacji pójdzie.

I tak się rozpoczęła pierwsza wspólna wieczerza wigilijna w domach rodzinnych Małgosi i Jolki. Nie był to jednak koniec atrakcji gdyż ojciec, swoim starym zwyczajem, w towarzystwie teściowej musiał szukać pokrzepienia w czymś mocniejszym. Obydwie córki zabroniły co prawda w dniu Wigilii spożywania alkoholu, ale i tak nikt ich nie słuchał, a ojciec z Maciejem i Franciszkiem z kubków od śliwkowego kompociku spożywali wódeczkę. A robili to tak skutecznie, że prezenty spod choinki wyciągali na leżąco, a kartki z imionami odczytywali wspólnie i z ogromnym trudem.

Matka z babką okazały się absolutnymi rekordzistkami nie tylko w ilości, ale także w pomysłowości, jeśli chodzi o podarki. Chłopcy byli co prawda, oburzeni zestawami do zabawy w piaskownicy, ale komplet szpiegowski i prawie prawdziwe pistolety wzbudziły ich niekłamany podziw. Zupełnie zignorowali skórzane ogrodniczki, bluzeczki w zajączki i biedronki i natychmiast zabrali się do pożerania kolorowych galaretek w kształcie robaków. Może to objadanie się słodyczami przeszłoby im bezkarnie, ale zamiast podjadać świństwo dyskretnie, gówniarze kładli czarne pająki z lukrecji na białych talerzykach, dokładali do tego po dżdżownicy i jakimś innym obleśnym robalu i kroili to nożem. Jolka nie wytrzymała i wsypała dwie torby świństwa do wiadra. Babka była oburzona. Tym bardziej że niczym niezrażone dzieci wynalazły w innej z torebek czekoladowe chrabąszcze, które zakupiła matka. Na te owady nikt nie zareagował. Mało tego – każdy zjadł przynajmniej jednego żuka i chciał jeszcze. Matka triumfowała.

Obdarowywani biesiadnicy z niecierpliwością rozrywali kolorowe papiery i torebki i wydobywali z ich wnętrza zawartość. Sabina w osłupieniu przyglądała się dziwacznemu kompletowi obscenicznej bielizny z piórami pawia znajdującymi się w kroczu, a Jolka straciła całkowicie zdolność mówienia na widok lakierowanych kozaków w kolorze wściekłego różu, z ostrogami, na których dyndały srebrne dzwoneczki. Wszyscy bez wyjątku zwrócili uwagę na ryk, jaki wydobyła z siebie Irencia. Powodem był prezent gwiazdkowy w postaci opaski-diademu wysadzanego plastikowymi perłami i barwnymi szkiełkami. Wątpliwej urody ozdobę uradowana Ircia wcisnęła na czerep z bocianim gniazdem i poszła oglądać się w lustrze. Widok tego prawie królewskiego insygnium spowodował, że panowie spod choinki zdrowo pokrzepili się kompocikiem „z prądem”. Odpakowywanie podarunków zajęło biesiadnikom sporo czasu i wkrótce okazało się, że trzeba szykować się na Pasterkę. Chłopcy, co prawda, marudzili, ale nie było rady. Ich kochana Konisia nie zamierzała pozostać w domu. Jej zamiarem było zaprezentowanie wśród licznej rzeszy zgromadzonych wiernych, diademu. Na propozycję założenia czapki popatrzyła na Gosię takim wzrokiem, jakby ta chciała poderżnąć jej gardło.

Powrót z uroczystej mszy nastąpił bardzo późno i przebiegał w absolutnej ciszy. Odwrotnie niż w drodze na pasterkę, gdy towarzystwo spod choinki śpiewało kolędy w akompaniamencie krawata Macieja. Po wyczerpaniu repertuaru, który ograniczał się do znajomości pierwszych zwrotek kolęd, panowie sięgnęli do zasobów muzyki ludowej i rozrywkowej. Piosenek o treści frywolnej zakazano im śpiewać ze względu na obecność dzieci.

Rankiem Jolkę obudziło mocne szarpanie za ramię.

– Pani Jolu, niech pani idzie. Przyszli te, co obok mieszkają – mówiła przerażona Irencia.

– Co, co takiego? – Jolka nieprzytomnie popatrzyła na Ircię.

– Niech się pani ubiera, bo stoją na dole i krzyczą, że to skandal, czy jak tam. No, już.

– Matko! To święta przecież! Czy ja sobie pospać nie mogę? – Jolka była wściekła. – Idź Irenciu, ja zaraz zejdę.

– Tylko zara, żeby nie tak jak to u pani.

W holu na dole stała sąsiadka z jakimś obcym facetem w czapce, a właściwsze w stosunku do niego byłoby określenie „spory krasnoludek”.

– Słucham, co się stało? – zapytała Jolka

– Co się stało? I pani ma czelność pytać? Niech pani przez okno wyjrzy!

Chcąc nie chcąc, Jolka podeszła do parapetu. Na środku ogrodu stał olbrzymi bałwan, ubrany w świąteczny kapelusz Sabiny, z oczami z jej kolczyków i z nosem z wibratora, który kupiła dla wygłupu na prezent dla Doroty.

– O Matko Boska! – jęknęła

– Jak to Matko Boska?! Jak to?! Co to ma być?! Wnuki moje przyjechały w odwiedziny, Kiejstut – przyjaciel rodziny z Wilna, i co, w ogrodzie bałwan z interesem w twarzy!

– Zaraz, natychmiast się tym zajmę. – Jolka nie była w stanie zdobyć się na inną odpowiedź.

– Ja myślę! – Sąsiadka była oburzona. – Chodź, Kiejstucie – przywołała do siebie olbrzymiego krasnoludka.

Karzełek jednak w ogóle nie słuchał, tylko roziskrzonym wzrokiem wpatrywał się w Irencię. Diadem na jej włosach połyskiwał w świetle żarówki, fartuch mienił się wszystkimi kolorami tęczy, a Irencia płoniła się jak dziewica i odpowiadała nieśmiałymi spojrzeniami na miłosną depeszę pisaną oczyma Kiejstuta.

– Kiejstut! Mówię do ciebie! Ogłuchłeś, co?

– Idu, tylko to zjawisko pożegnam. – I Kiejstut zbliżył się do Irenci z następującą przemową: – Ja pierwy raz taku kobietu widzu, jak zamok na Litwie, jak armata największa, ja jeszczu tu wrócu – obiecał.

Jolka z sąsiadką stały jak zamurowane. Zachwycony urodą Irenci krasnal sięgał jej, razem z czapką, nie dalej niż do pasa. W miejscu, gdzie znajdowały się kolana Irci, u niego zaczynały się nogi w ogóle. Stojąc mocno wyprostowany, mógł spokojnie, bez wysiłku, pocałować ją w pępek. Obydwoje wpatrywali się sobie w oczy i świat wokół przestał istnieć.

– Niech pani coś zrobi – syknęła sąsiadka.

– Ale co?

– Niech pani tę słonicę odciągnie, zanim będzie za późno.

– To niech ją pani odciąga – powiedziała Jolka obojętnie – dla mnie mogą tak stać do jutra.

Ze spiżarni wychyliła się rozczochrana głowa Gosi.

– Jolka, czy ty Boga w sercu nie masz? Są święta.

– Ty lepiej wyjrzyj przez okno, to ci się świąt odechce.

– Po co za okno? A to kto, ten mały?

– Kiejcośtam – odparła starsza siostra

– Tylko nie coś tam – wtrąciła się rozeźlona sąsiadka – to Kiejstut jest.

– A co on robi? – zainteresowała się Gosia

– Chyba się w niej zakochał – powiedziała Jolka obojętnie.

– Zwariowałaś? On jej do pasa sięga. – Gosia była zbulwersowana.

– A co, nie słyszałaś nigdy, że miłość jest ślepa?

– W tym przypadku to powiedziałabym, że potrójnie ślepa.

Dyskusji obydwu pań przysłuchiwała się zdenerwowana sąsiadka. W pewnym momencie nie wytrzymała i głosem pełnym rozpaczy zawołała:

– Kiejstut! W tej chwili chodź tutaj! A wy to świństwo z ogrodu usuńcie albo na policję zadzwonię!

– O czym ona mówi? – zapytała zdziwiona Gosia

– Mówiłam. Wyjrzyj przez okno.

– Po co?

– Jak wyjrzysz, to będziesz wiedziała.

Gosia lękliwie podeszła do parapetu i z wielką ostrożnością popatrzyła na ogród. Bałwan jak należy stał w kapeluszu, z wibratorem na swoim miejscu.

– Jak zaraz złapię tych gnojków, to pozabijam! I skąd oni wzięli wibrator?

– Dorocie kupiłam pod choinkę – odparła Jolka.

– No tak. Mogłam się spodziewać. Czekaj, czekaj, a to nie twoje kolczyki ma w oczach?

– Tak, to moje kolczyki. I tego najbardziej nie odpuszczę.

Podczas gdy siostry rozmawiały o bałwanie, zakochani od pierwszego wejrzenia stali w dalszym ciągu w tym samym miejscu i z cielęcym zachwytem wpatrywali się w siebie. Kurdupel w ogóle nie reagował na bodźce z otoczenia, a Irencia lekko zgięła kolana, w celu głębszego wpatrzenia się w oczy Kiejstuta.

– Zanim zabierzemy się za tych smarków, trzeba przedtem rozgonić to towarzystwo – powiedziała Jolka.

– To rozganiaj – oparła Gosia. – Popatrz, ona też nie może dać rady.

Rzeczywiście. Sąsiadka, w pomarańczowych lokówkach na łbie, zapierała się ile sił na krzywych nóżkach i usiłowała odciągnąć wielbiciela od Irenci. Ten jednak stał jak wmurowany. Odciąganie było trudne nie tylko z powodu uporu chłopa, ale także dlatego, że Irencia co chwila niecierpliwie machała dłonią i odganiała natrętkę. Ogólnie rzecz biorąc, scena przypominała jak żywo uliczną bójkę. Irencia odgrywała w niej rolę napastnika usiłującego dosięgnąć przeciwnika, a Kiejstut osobę blokującą ciosy.

– Co to za brewerie? – odezwała się babka. – Czy nawet w święta już odpocząć nie można?

Na jej widok zareagowali nawet zauroczeni. Babka długie włosy zaplotła w romantyczny warkocz w stylu Roszpunki, a na sobie miała suknię na szelkach, które ozdobione były ogromnymi, różowymi guzikami. Wyglądała tak, jakby na jej piersiach wyrosły monstrualne brodawki. Kolor guzików i ich umiejscowienie przywoływały obraz gołego niemowlaka przy piersi. Widać było, że jest z siebie bardzo zadowolona i że podoba się jej reakcja otoczenia.

– Co ty, mamką jakąś jesteś, że z takimi gulami chodzisz? – wyrwało się Jolce.

– Jaką mamką? Też coś.

– No tak wyglądasz, jakbyś do karmienia piersią wszystkich zapraszała. Tylko cię do elektrycznej dojarki podłączyć.

– Tobie nigdy nie dogodzi. – Babka lekceważąco machnęła ręką – Pytam, co się tu wyrabia?

Na widok babki odblokowała się spłoniona Irencia.

– Pani Helenko najmilsza, poznałam Kajtusia – oświadczyła rozanielona.

– Kajtusia? No tak, masz rację. Rzeczywiście Kajtuś – zgodziła się babka.

Sąsiadka, korzystając z nieuwagi Irci, chwyciła za ramiona wielbiciela i z impetem wpadła razem z nim na ustrojoną choinkę. Choinka, podobnie jak u Gosi, ubrana była w brokatowe jajka, tekturowe zawieszki i własnoręcznie wypiekane przed trzema laty pierniczki. Pod ciężarem ciał zachwiała się mocno i z wielkim hukiem runęła na podłogę, pokrywając sobą zebrane towarzystwo. Zapadło pełne grozy milczenie, które trwało zaledwie przez kilka sekund. Po chwili spomiędzy gałęzi wyłoniła się babka w warkoczu, obficie posypana brokatem, później Jolka z Gosią, a następnie Irencia, która chwyciła drzewko w mocne dłonie i postawiła je zdecydowanie na podłodze. Pośród jajek i pierników na podłodze leżeli romantyczny Kiejstut i sąsiadka w lokówkach.

– I co pani narobiła? – Pierwsza odzyskała głos Jolka

– To wszystko przez te bezeceństwa w waszym ogrodzie się stało. – Sąsiadka broniła się z całych sił.

– Akurat! A kto choinkę wywrócił? – Gosia była wściekła.

– Muszę go ze szponów tego dinozaura uwolnić. Jak oni wyglądają?

Opanowana babka otrzepywała się z brokatu, mówiąc:

– No, wyjątkowo się zgadzam. Ani do Boga, ani do ludzi.

– Pani Helenko! – krzyknęła zrozpaczona Irencia. – I pani przeciw mnie?!

– Nie przeciw, tylko za tobą, – odparła babka. – Popatrz, co to za chłop. To krasnal jakiś. Troll, a nie chłop.

– Mnie się podoba – oświadczyła niezłomnym tonem Irencia. Chwyciła w objęcia romantycznego Litwina i trzymała go przy piersi, jak dziecko ulubionego misia.

W tym czasie sąsiadka z obrzydzeniem oglądała jajka leżące na podłodze i strząsała z siebie okruchy ze starych pierników. Nie pozostała jednak obojętna na toczącą się akcję i gdy zobaczyła swojego gościa w objęciach Irci, zdecydowanie oświadczyła:

– Ja mam tego dosyć. Kiejstut! Idziemy. Jak chcesz, to wracaj potem do tego gniazda rozpusty. Nawet choinki nie ubrali jak należy, tylko jajka pozawieszali – powiedziała. – A teraz, jak sobie życzysz, to po walizkę i możesz tutaj zostać.

– Wrócu, zaraz wrócu – oświadczył karzełek radośnie. Wyrwał się z objęć Irenci, ucałował jej dłonie i z rozpędu jedno kolano i chwytając sąsiadkę za rękę, opuścił dom.

Rozmarzona Ircia, patrząc w ślad za odchodzącym, powiedziała tonem heroiny z przedwojennego romansu:

– Na razie, cudny obrazie.

Zamieszanie i hałas panujące w salonie zwabiły domowników i gości, a przede wszystkim małych winowajców. Stali sobie w pidżamkach i patrzyli niewinnie na dorosłych. Całe zgromadzone towarzystwo, oprócz babki, ubrane było w nocne stroje. Rozczochrane i rozespane wykrzykiwało swoje pretensje. Każdy czuł się mocno skrzywdzony, bo niedane mu było wypocząć po trudach wigilii. Ojciec z Maciejem zagalopowali się do tego stopnia, że oskarżyli wszystkich o zmuszanie ich do spożywania alkoholu. Babka, jak zwykle niezastąpiona w takich sytuacjach, skierowała wszystkich do okna i wyjaśniła, że po pierwsze, to winę za całe zamieszanie ponosi Jolka, bo kupiła sobie wibrator; dzieci, bo wyjęły go z nocnej szafki bez wiedzy matki; ojcowie, bo zamiast gówniarzy pilnować, całymi dniami pracują; a Gosia, bo ich nie dopilnowała. Na zakończenie poinformowała zebranych, że kłopoty dopiero się zaczną, bo Irencia zakochała się dziesięć minut temu w takim właśnie wibratorze, bo jak popatrzeć na całość tego, co zdobyło jej serce, to pewnie o ten drobny detal chodzi, bo reszty i tak nikt nie zauważy. Po czym zaprezentowała zgromadzonym stojącego w ogrodzie bałwana.

Szok, jakiego doznali wszyscy, którzy obejrzeli dzieło, sprawił, że na moment zapadła całkowita cisza. Po chwili Jolka dopatrzyła się w kolorowych skrawkach umieszczonych na dwóch brzuchach bałwana guzików od zamszowej kurtki Gosi. Niedane było jej dokończyć rozpoczętego zdania, gdyż siostra – jak muza tragedii w kapciach i koszuli nocnej – wybiegła do zaśnieżonego ogrodu. Szok termiczny, jakiego doznała, wskakując, za przeproszeniem, gołym zadkiem w śnieżną zaspę pozbawił ją tchu. Zrobiła się czerwona, potem zbladła i na oczach zszokowanej widowni podniosła się z zaspy i pobiegła w stronę bałwana. Zrozpaczona wyrywała z jego spasionego śniegiem brzucha guziki z kawałkami materiału. Większość z nich pochodziła z kostiumów i garsonek, które lubiła najbardziej.

Widzom ponownie odebrało mowę, ale już po chwili wszyscy zaczęli nawoływać ją do powrotu, pod groźbą zapalenia płuc, pęcherza i nerek.