Opis

Opisane postacie, związki i sytuacje powstały w wyobraźni Autorki w czasie wieloletniej podróży kosmicznej, odbywanej w poszukiwaniu Planety Wiecznej Miłości, Szczęścia i Dobrobytu, i są efektem przeciążeń i braku grawitacji panujących we Wszechświecie.

Jedne z nich dawno rozpadły się, niektóre wciąż trwają, inne będą zawsze trwać, niezależnie od tego, czy ktoś je zauważy, czy nie, czy napisze o nich, czy nie, czy opowie, czy może przemilczy. Wszyscy bohaterowie są od początku świata obecni obok nas, a wielu z nich jest w nas samych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 132

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Anna Rychter

Żyjąca w Polsce i inne stany nieważkości

Strona redakcyjna

KorektaWojciech Gustowski

Projekt okładki Iwona Kalinowska

Projekt typograficzny i skład Krzysztof Szymański

© Anna Rychter i Novae Res s.c. 2014.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7722-041-2

Konwersja do formatu EPUB/MOBI:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

Żyjąca w Polsce i inne stany nieważkości

Klik, klik, klik... Jabłka potoczyły się po mokrej podłodze. Zbrylony śnieg, pomieszany z solą i piaskiem, wnosił do sklepu każdy klient, wchodząc z ulicy. Błotnista maź zwiastowała nadchodzącą bezsprzecznie wiosnę. Ale czy należało cieszyć się z tego powodu? Szara rzeczywistość raczej nie zazieleni się razem z liśćmi na drzewach. „Nie przypuszczałam, że ta reklamówka nie wytrzyma krótkiej drogi z zielonego ryneczku do najbliższego supermarketu”, pomyślała Tańcząca z Siatami i zaczęła rozglądać się za swoimi zakupami. Właściwie każdy market był teraz blisko. Było ich coraz więcej, i więcej i niedługo każdy będzie miał swój. Tańcząca z Siatami schyliła się i zaczęła zbierać owoce. O tej porze w sklepie było dużo ludzi. Ten, kto jeszcze miał pracę, wracał właśnie do domu i po drodze dokonywał zakupów. Pełno było też matek z dziećmi i emerytów. Kilku osiedlowych Muszkieterów Pryty przyszło nabyć niezbędne do codziennego życia produkty alkoholowe.

Już po drodze do sklepu Tańcząca z Siatami minęła oczekujący na ławce inny zastęp znanych jej z twarzy Muszkieterów Pryty, którzy są w tym miejscu chyba od zawsze. Przypominają drogowskaz na osiedlę lub wizytówkę. Gdyby poleciało się w kosmos i po kilku latach wróciło głęboką, śnieżną nocą, i choćby wysiadły wszystkie urządzenia nawigacyjne, wystarczyłoby się skierować ślepym instynktem na osiedle, bo dzięki zawsze obecnym tam Muszkieterom Pryty, miało się pewność, że lądowanie nastąpiło we właściwym miejscu. Teraz pewnie już stoi tutaj kolejne pokolenie małomiasteczkowych herosów. Ich wiek jest trudny do określenia, są jakby „zunifikowani”. Mają wiecznie czerwone twarze z sinymi plamami, które wyglądają jak po porażeniu prądem. Do tego rzadkie, wyliniałe włoski, drżące rączki i poplątane nóżki. Wyróżnia ich charakterystyczna, bełkotliwa mowa, nie wiadomo, na jaki temat. Kiedy ich mijasz czujesz charakterystyczny smrodek skwaśniałej pryty, silnie nasyconej dwutlenkiem siarki, półrocznego potu, uryny, tanich fajek od „ruskich”, wysmażonego łoju i przegranego życia. Muszkieterowie Pryty stoją na posterunku niezależnie od pory dnia, roku i pogody. Niestraszny im upał, deszcz, wiatr czy mróz. Owiani tytoniem, pełnym czadu z dymiącego wciąż reaktora w Czarnobylu, pilnują swoich miejsc jak wasale lenna nadanego przez Pana. Dzięki nim pobliskie sklepiki mogą liczyć na całkiem niezły dzienny utarg. Zawdzięczają to wewnętrznej dyscyplinie Muszkieterów Pryty. Już rano flaszka być musi, na obiad też trzeba wypić, i przed snem, żeby mieć kolorowe sny, bo szara rzeczywistość skrzeczy. Muszkieterowie nie są jednak całkowicie oderwani od rzeczywistości, bo postęp i technika wdarły się również i w ich życie. Przemysł monopolowy pomyślał o swoich wiernych klientach. Dla większego bezpieczeństwa, żeby cenny trunek nie wyśliznął się z drżących rąk starszych Muszkieterów, szlachetny nektar pakowany jest w papierowe kartoniki. Bowiem w pewnym wieku człowiek nie ma już tyle czucia, żeby odkręcić korek od flaszki albo brak mu zębów, żeby umiejętnie odkorkować ambrozję. Asortyment jest dobrany do potrzeb tej malowniczej, wcale nie takiej mniejszości osiedlowej. Etykiety na flaszkach i kartonach mówią same za siebie: „Beczka wiśniowa mocna”, „Kawaler”, „Wino Warka” (La patik). Spożywający takie trunki Muszkieterowie Pryty są tak charakterystyczni, że gdyby ich nagle zabrakło, osiedle straciłoby swój klimat i smak. Ale czas pędzi nieubłaganie i, jak to w życiu bywa, zdarzają się smutne chwile. Oto po latach wiernej służby pod drzewami, krzaczkami czy na zdewastowanych ławeczkach przy piaskownicy, odchodzi do Pana jakiś Muszkieter Pryty. Czasami pada jak rażony wszechmogącym piorunem, w tym samym miejscu, w którym spędził ostatnie lata. Niekiedy zżerany powoli od środka, gaśnie w oczach. Bywa, że wychudzony na wiór nie ma już żołądka, wątroby, płuc czy jelit, ale jeszcze przywlecze się do kompanii, zawita na posterunek, z którym tak mocno się zżył. Jeszcze upije, chociaż łyczek ukochanej prytki, postoi, popatrzy, ucieszy znanym widokiem niewidzące prawie oczy, nasyci ucho dźwiękiem spadającego na chodnik korka. Inni Muszkieterowie pocieszą go, poklepią po zgarbaciałych pleckach, dodadzą otuchy i fantazji rycerskiej na nową, wieczną drogę życia. Oni wiedzą, że to już nieuchronny koniec i ktoś nowy będzie musiał go zastąpić. Kogoś trzeba będzie przyjąć do swego zacnego grona. Ale nie może to być byle łach! Nowy kandydat powinien się „wkupywać” przez kilka kolejnych dni i stawiać kolejkę za kolejką, żeby przejść otrzęsiny i dostąpić zaszczytu pasowania na Muszkietera Pryty. A tymczasem honorowa delegacja przedstawicieli korbola pójdzie na ufundowany przez rodzinę pogrzeb nieszczęśnika. Nie stać ich wprawdzie na wianek, kwiaty czy znicz, ale pójdą chociaż na mszę żałobną do kościoła, po raz pierwszy od wielu lat. Nad trumną weterana postawią ostatni krzyżyk, martwiąc się w duchu, że nie będzie już mu dane codzienne „szarpnięcie z gwinta”. Taka armia jest niedroga w utrzymaniu. Muszkieterowie Pryty są wolni jak ptaki. Mało co ich rusza. Nie leczą się, wytwarzają niewiele śmieci. Pustą flaszkę zamieniają na pełną, a wokół nich leżą jedynie pety, korki, tudzież kartoniki. Nie mają żadnych zobowiązań, nie uznają nakazów, zakazów, obowiązków czy godzin pracy. Rodzina może poczekać, aż oni będą gotowi po całym dniu powrócić na jej łono. Nędzne renciny, jakieś zasiłki, pięć, dziesięć złotych podkradane żonie, matce, siostrze czy dziecku, to wszystko składa się na miesięczną gażę Muszkieterów Pryty. Stałe zarobkowanie nie wchodzi w grę. Nie mają na to ani czasu, ani zdrowia, żeby jeszcze ładować forsę w ten cholerny ZUS albo w jakiś inny filar. Swoje przecież już zrobili. Teraz czas na zasłużony odpoczynek w gronie szlachetnych Muszkieterów...

Nagle jak spod ziemi wyrósł ochroniarz. Odsunął stolik z koszykami, bo tam też potoczyły się jabłka. Tańcząca z Siatami wzięła nową reklamówkę i szybko zebrała resztę owoców.

Plastik, plastik, plastik... Plastikowe biusty, plastikowe członki, plastikowe pieniądze, plastikowa wędlina. Dlaczego tak mało jest papierowych toreb? Taką plastikową reklamówkę mewa wywlecze z wysypiska śmieci, zaniesie nad morze, a tam połknie ją jakiś żółw w porę niezatruty przez mazut z tankowca i będzie cierpiał, aż skona w męczarniach z syntetykiem w żołądku. Plastik. I dobrodziejstwo, i przekleństwo. Wiadomo, że wszystko w nadmiarze szkodzi, nawet miłość może stać się toksyczna i zabójcza...

Kolejka po koszyki topniała wolno i Tańcząca z Siatami mogła teraz spokojnie przemyśleć, co ma jeszcze kupić. Tak naprawdę to nie lubiła przychodzić do tych dużych sklepów. Ludzie, którzy byli tu zatrudnieni, mieli zawsze wymuszony dla klientów uśmiech, a ich gardłowe „dzień dobry” brzmiało jakby było zaprzeczeniem wszelkiej uprzejmości. Ostatnimi czasy głośno było o różnych patologiach związanych z pracą w marketach. Powodem były ekstremalnie niskie zarobki i nienormowany czas pracy, gdyż sklep był otwarty w soboty, niedziele i święta, a w niektórych marketach podobno sprzedawcy pracowali w pampersach, bo pracodawca nie uznawał żadnych przerw. Ciekawe jak było w tym sklepie? Kto tutaj ma założonego pampersa? Kasjerka czy może ochroniarz? Trudno było dojrzeć, gdyż ekspedientka siedziała przy kasie, a ochroniarz był w uniformie. Desperaci pozbawieni innych możliwości zarobkowania pilnowali jednak swoich stanowisk i godzili się na wszystkie stawiane im warunki. Na bezrybiu i rak ryba. Szczególnie przy 20-40 procentowym bezrobociu na tzw. „ścianie wschodniej” każdy etat był na wagę złota. Bywały przypadki, że ktoś nie wytrzymywał i walczył o swoje prawa w sądzie. Taki proces trwał jednak miesiącami, zyskać na nim można było niewiele, a stracić pracę na pewno.

Myśląc o niedoli pracowników hipermarketów, Tańcząca z Siatami zaczęła przeglądać witrynę z mrożonkami. „Znowu podrożały”, pomyślała, patrząc na pyzy z mięsem – żelazne danie wtorkowego obiadu. Tego dnia wszyscy spieszyli się do swoich dodatkowych zajęć, a ugotowanie klusek zabierało jedynie dziesięć minut. Nawet największy tuman kulinarny mógł dokonać tego samoczynnie, posiłkując się instrukcją użycia wyrobu znajdującą się na odwrocie opakowania. Głównie chodziło o to, żeby domownicy rodzaju męskiego sami obsłużyli się wtorkowego popołudnia. Tańcząca z Siatami w ten dzień tygodnia miała wolne. W domu mówiła, że pracuje dłużej, bo ma zaległości w papierach. Tak naprawdę szła na aerobik do pobliskiej szkoły. Musiała wykraść dla siebie tę godzinę w tygodniu, bo przez zimę strasznie przytyła i chciała zrzucić chociaż dwa, trzy kilogramy, i przy okazji nadprogramowych zajęć wykluczyć okazję do zjedzenia tłustych kluch. Ciężko jej było utrzymać wagę. Wiecznie podminowana i nerwowa, w kółko podjadała. Niby były to same dietetyczne produkty, ale szybko obrastała w puch i miała wyrzuty sumienia w stosunku do swojego ciała, którego było coraz więcej, szczególnie po zimie. Nie znosiła siebie grubej, w szerokich ubraniach maskujących oponki tłuszczu, a w dodatku nie dawała sobie rady z ciągłym myśleniem o pracy, zarobkach, rodzinie, tyciu, dietach, miłości, chorobach, polityce i pampersach dla kasjerki z supermarketu. Tańcząca z Siatami pracowała w budżetówce. Tam nie było lepiej. Władzę dzierżyły od kilkunastu lat niezmiennie

Miłościwie Panujące.

Zupełnie przypadkowo osadzone w wyższych sferach małego miasteczka, piastowały swój urząd z godnością, jak przystało na koronowane głowy Królestwa Prowincji. Weekendowe wykształcenie zdobyte w czasie panowania nie poprawiło manier ani nie zatarło genetycznych śladów ich pochodzenia. Nie brakowało im jednak sprytu, instynktu samozachowawczego i prymitywnej inteligencji. Uczyły się szybko nowej roli, jaką przypadkowo zesłał im łaskawy los. Bez skrupułów czerpały z posiadanej władzy wszystkie możliwe profity. Wyjazdy służbowym samochodem do fryzjera, lekarza czy po zakupy stały się codziennością. Moc ich władzy objawiła się zaraz po wstąpieniu na tron. Zaczęły niszczyć każdego, kto potencjalnie mógł zagrozić ich panowaniu. Siatką intryg i wzajemnego podpuszczania oplotły wszystkich Poddanych, wyszukując wśród nich słabszego ogniwa. Dzięki pomocy Życzliwych zawsze udawało im się wyłowić jakąś Parszywą Owieczkę spośród gronaSpolegliwych Baranków. To była woda na ich młyn! Zaczynała się systematyczna eksterminacja. Konfrontacje z donosicielami, wojna na pisma, pozbawione podstaw inwigilacje, sprawdzanie każdego ruchu Parszywej Owieczki, degradacja zawodowa, podważanie zdolności, wykształcenia, intelektu, walorów urody, pochodzenia czy stanu zdrowia, w tym psychicznego. Był to darmowy zastrzyk adrenaliny dla Miłościwie Panujących w majestacie ich władzy. Wtedy obie kwitły jak czereśnie przy wiejskiej chałupie. Walka prowadzona była, aż do ostatecznego wyeliminowania parszywca. Kończyło się zwolnieniem z pracy, degradacją lub całkowitym podporządkowaniem się Miłościwie Panującym. Zdarzały się jednak przypadki, że na arenę wkraczała jakaś Niepokorna i sama usiłowała przeciwstawić się Miłościwie Panującym. Zaczynała bronić swojej godności czy nadszarpniętej ambicji lub też walczyć o poprawę warunków pracy. O Niewdzięczna! Zamiast cieszyć się, że dostąpiła godności życia w Królestwie Prowincji pod berłem Miłościwie Panujących, to ona szerzy bunt? Rozpoczynały się igrzyska. Miłościwie Panujące wytaczały przeciwko takiej najcięższe armaty. Rączka w rączkę, solidarnym frontem niszczyły Niepokorną, nie biorąc pod uwagę żadnych argumentów. Śmierć zawodowa, połączona z zsyłką do najgorzej płatnej pracy była w najlepszym wypadku karą za nieprzemyślany zryw. Na wsparcie koleżanek Niepokorna nie miała co liczyć, bo strach i zachowawczość brały zawsze górę, więc szybciutko zostawała na arenie sama jak gladiator czekający na ruch kciuka Cezara. Kciuki Miłościwie Panujących zawsze były opuszczone do dołu. W małej firmie, w małym mieście nic się nie działo. Czas jakby zatrzymał się, aby utrwalić na wieczność wizerunek Miłościwie Panujących w Królestwie Prowincji. Zmieniały się opcje polityczne, tasowały się ekipy na wyższych szczeblach, zmieniał się wojewoda, prezydent, premier, a Miłościwie Panujące wciąż trwały na swoich stołkach. I wcale nie dlatego, że były niezastąpione. One po prostu niczego nie robiły dla swoich Poddanych. Nie chciały dla nich podwyżek, nagród, przywilejów. Dbały tylko o swoje interesy i bacznie uważały, żeby nie dać się strącić z tronu. Dla władz miasteczka były po prostu najlepsze. Nie sprawiały żadnych kłopotów, nie kłuły w oczy, nie absorbowały ich tęgich głów błahymi sprawami, posiadały bowiem swoje państwo w państwie. Niczym „baba w babie”. Narastające problemy firmy załatwiały na miejscu, nie pozwalając żadnej sprawie wyjść na zewnątrz. Wewnętrzny zamordyzm i brak perspektyw innej pracy dodatkowo pomagały im rządzić, a szara rzeczywistość ściany wschodniej w Polsce „B” sprzyjała na co dzień. Zżerane jadem małomiasteczkowej zawiści, Miłościwie Panujące całe dnie poświęcały na pracowite obserwowanie, czy któraś z Poddanych ma może nowe buty, sweterek albo płaszcz. A może przyjechała do pracy własnym samochodem albo nie daj Boże taksówką? Przecież to niemożliwe, żeby przy tych zarobkach było kogokolwiek stać na taki wydatek!

Większość Poddanych miała odpowiednie wykształcenie, kwalifikacje i staż pracy, ale to nie miało dla Miłościwie Panujących żadnego znaczenia. Same ustalały wynagrodzenie dla poszczególnych osób, kierując się kluczem domniemanej zamożności. Życie prywatne Poddanych było ulubionym przedmiotem dociekań Miłościwie Panujących. Pracujący mąż, alimenty na dzieci, emerytura ojca czy renta babci były dla nich wystarczającym wyznacznikiem luksusu Poddanych. Nagrody, awanse czy podwyżki dostawały jedynie ze dwie, trzy Uprzejmie Donoszące. Reszta miała cieszyć się, że w ogóle pracuje, bo w hipermarketach mają jeszcze gorzej. I ile muszą się natyrać! Pracowitość, kreatywność lub pomysłowość Poddanych budziły trwogę i obrzydzenie w Miłościwie Panujących, i były dla nich sygnałem zamachu na piastowane przez nie stanowiska. Podpisywały się łaskawie pod pracą Poddanych, często nie mając pojęcia, o co naprawdę chodzi. To, co gdzie indziej było przepustką do awansów i nagród, tu mogło służyć jedynie do wyśmiania. Atmosfera w pracy była okropna. Każdy przychodził odpracować swoje osiem godzin i szedł do domu, żeby następnego dnia znowu zanurzyć się w małomiasteczkowe piekiełko, w którym swoją smołę gotowały Miłościwie Panujące. Monotonia i stagnacja, przerywane od czasu do czasu igrzyskami, stanowiły o dniu powszednim w Królestwie Prowincji pod ich berłem.

Co pewien czas jednak ktoś z Poddanych brał sprawy w swoje ręce i wyjeżdżał do Włoch, Wielkiej Brytanii czy Niemiec. Miłościwie Panujące chętnie dawały takiej Desperado urlop bezpłatny. Firma dzięki temu oszczędzała, a one wykazywały dbałość o finanse miasta. Za nieobecnych i tak trzeba było pracować za darmo, bo wyjazdy zazwyczaj trwały krócej niż 3 miesiące. Kiedy Desperado wracała z wojaży, dobrze było na powrót wkupić się w łaski i podziękować Władzy za bezpłatny urlop. Skromny souvenir był zawsze mile widziany. Przy służbowych biurkach, w godzinach pracy, w oparach wspomnień, odbywało się przesłuchanie Desperado nawróconej na łono Królestwa Prowincji. Miłościwie Panujące chłonęły wiedzę o dalekich krajach i robiły pobieżne bilanse zarobków kwartalnych emigrantek, przemyślając jakby tu im dokręcić śrubę finansową. Zawiść, zazdrość i fałsz wyzierały z oczu Miłościwie Panujących. One za nic nie mogły pozwolić sobie na taki wyjazd. Na wieczność przykute do swoich tronów, musiały na miejscu pilnować praw dynastycznych. A po nich choćby czołgi. Taka nasza mała ojczyzna.

Jak określić ten fenomen, dzięki któremu Miłościwie Panujące niezlustrowane trwały przez tyle lat u steru władzy? Może wzorem były szkolenia esbeckie oparte na mistrzowskiej propagandzie, zamordyzmie i szantażu, a może po prostu zwyczajne wyczucie ludzkich słabości i lęku przed utratą pracy w sytuacji dwudziestoprocentowego bezrobocia w miasteczku?

Większość Grupy Trzymającej Władzę w firmie nie miała niezbędnego wykształcenia, by móc dłużej utrzymać się przy korycie. Jednak polskim sposobem umiała załatwić sprawę na długie lata. Donosicielstwo, spolegliwość, przymykanie oczu na słabości Miłościwie Panujących, wódeczki, zakąseczki w czasie godzin pracy, drobne przysługi i usługi darmowe – to wszystko trzymało mur oddanych Towarzyszy Walki i Pracy. Kto nie był z nimi, był przeciwko nim. A to zupełnie się nie opłacało: gorsza pensja, przykre uwagi, zawistne spojrzenia, pomijanie przy podwyżkach i awansach – słowem margines firmy. Próby przeciwstawienia się autokratycznej władzy były równoznaczne z samobójstwem zawodowym. Perspektywa przyszłej emerytury, na którą można było dzięki Miłościwie Panującym zapracować, była żałosna po wieloletnich beznadziejnych zarobkach. A Miłościwie Panujące wciąż na przekór historii trzymały się dzielnie. Miały wszak główny powód, dla którego za wszelką cenę broniły swojego Królestwa Prowincji. Były w elicie finansowej pracujących w mieścinie kobiet, na które czekała niezła emerytura, poprzedzona sowitą odprawą. Śmiały się w nos każdemu, kto chciał dochodzić swoich praw i buntował się przeciw panującym stosunkom. Żadne kontrole nie wykazywały nieprawidłowości. Część Poddanych miała płace maksymalne, a część minimalne, całość zaś tworzyła zgrabną średnią krajową i do niczego nie można się było przyczepić. Na zewnątrz Królestwo Praworządności. Sielanka w świetle prawa. W środku Stan Nieważkości. Brak grawitacji.

Jedną z pierwszych Desperado, która wzięła los w swoje ręce i pojechała do Europy dorobić do skromnego budżetu, była Rozwiedziona. Miłościwie Panujące chętnie udzieliły jej kilkumiesięcznego urlopu bezpłatnego, bo mogły odetchnąć od narzekań na niską płacę.

Rozwiedziona i Psychopata

Rozwiedziona była w rozpaczliwej sytuacji. Po rozstaniu z Psychopatą, została sama z trójką Latorośli, tysiącem złotych pensji