Wydawca: Muza Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 206 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zygzakiem przez życie - Henryk Gołębiewski, Tomasz Solarewicz

W szczerych do bólu słowach Henryk Gołębiewski opowiada o swoim wyjątkowo barwnym, ale czasem także czarno-białym życiu. W latach siedemdziesiątych był gwiazdą seriali dziecięcych ("Wakacje z duchami", "Podróż za jeden uśmiech", "Stawiam na Tolka Banana"), potem zniknął nagle z ekranu, aby powrócić po dwudziestu latach kultową rolą Ediego w filmie pod tym samym tytułem.

Biografia skrzy się anegdotami z planów filmowych, ukazuje przygody i przemyślenia człowieka, który mimo wielkiej popularności zachował wyjątkową skromność i wciąż pozostaje sobą. Jest czasem brutalny, czasem nieco sentymentalny, ale zawsze wyjątkowy i zawsze niebanalny.

Opinie o ebooku Zygzakiem przez życie - Henryk Gołębiewski, Tomasz Solarewicz

Fragment ebooka Zygzakiem przez życie - Henryk Gołębiewski, Tomasz Solarewicz

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Irma Iwaszko

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Sławomira Gibka

Zdjęcie wykorzystane na okładce i zdjęcia wykorzystane na wyklejkach:

© fot. Piotr Wachnik

© for the text by Henryk Gołębiewski and Tomasz Solarewicz

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-287-0106-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2016

Wydanie I

FRAGMENT

1

JAK TO SIĘ ZACZĘŁO, CZYLI ABEL, TWÓJ BRAT…

Henryk Gołębiewski – Henryk Balon (z lewej), Edward Dymek – Waldemar Pacuch i Filip Łobodziński – Karolek Matulak (kadr z filmu Abel, twój brat) (© POLFILM/EAST NEWS)

TOMEK SOLAREWICZ: Heniu, pamiętasz swój pierwszy scyzoryk?

HENIO GOŁĘBIEWSKI: No jasne! Z jednej strony miał wysuwane ostrze, a z drugiej taki wichajster z otworem w kształcie kwadratu. Dobry był do wyciągania gwoździ… Miałem też oczywiście finkę, taką harcerską, w pochwie przy pasku. Grałem nią w pikuty z kolegami. Wbijało się nóż w piasek z różnych pozycji – od najłatwiejszej do najtrudniejszej. Była „rączka”, „widełki”, „łokieć”, „zegarek”, „bródka”, „nos”, „czółko” i tak dalej w ten deseń. Młodzi mogą nie wiedzieć, ale była to dość ryzykowna gra, zwłaszcza gdy ostrze opierało się na nosie lub między oczami. Trzeba było z tej pozycji tak rzucić nożem, aby wykonał w powietrzu obrót i wbił się w ziemię. Czasem kosa się wysmyknęła i nieszczęśnik wracał do domu z porysowaną facjatą… Grało się również w „państwa” – zakreślało się koło i przedzielało je kreską na pół. Jedna połówka należała do jednego rywala uczestnika zabawy, druga do drugiego. Chodziło o to, żeby wbijając nóż w pole przeciwnika, wykroić z niego jak największą część dla siebie. Wygrywał ten, kto zdobył całkowicie półkole rywala.

Kiedy byłem starszy, dostałem piękny szwajcarski scyzoryk, wielofunkcyjny, z czerwonymi okładkami i herbem Szwajcarii. Miał mnóstwo bajerów – pilniczek, nożyczki, korkociąg, wkrętak, otwieracz do kapsli… W tamtych czasach to był szczyt marzeń każdego chłopaka.

Ale chyba nie tylko w noże grałeś?

U nas, na Dąbrowskiego (tzw. Pierwsza Kolonia Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej), nie można było się nudzić. Razem z kolegami z podwórka graliśmy, w co się dało. Nawet sami wymyślaliśmy zabawy. Przecież dziecięca wyobraźnia nie zna granic… Nie to co teraz – siedzenie przed komputerem jak niewolnik. Dawniej wracało się ze szkoły, teczka leciała w kąt, skibka w grabę i na podwórko! Od czasu do czasu wpadało się z powrotem do chaty, żeby wziąć kromkę chleba posypaną cukrem i polaną wodą. Żebyś wiedział, jak to smakowało! Pamiętam, jak kiedyś wymyśliliśmy grę w berka, ale… na drzewach! To było w małpim gaju na Polach Mokotowskich. Ganialiśmy się, przeskakując z gałęzi na gałąź jak Tarzan. Ten, kto zleciał na ziemię, odpadał. Tak samo ganialiśmy się po dachach.

I nikt się nie połamał?

Czasem ktoś bęcnął na ziemię, ale byliśmy wysportowani jak cyrkowcy. A siniaki i podrapane kolana to była dla nas normalka. Ganialiśmy się po dachach, buszowaliśmy po piwnicach. Ale najważniejsza była gra w nogę. Nawet wieczorem, prawie po ciemku. Dopóki nas rodzice nie zawołali. Grało się również w kapsle, zwłaszcza w maju, kiedy trwał Wyścig Pokoju. Na murku lub na trasie wytyczonej na ziemi albo wyrysowanej kredą na chodniku. Każdy chciał być Szozdą czy Szurkowskim. Popularne były wtedy rowery dla młodzieży, tzw. półkolarzówki, takie o mniejszym wymiarze kół.

Miałem taką w Zielonej Górze, nazywała się Start. Wyglądała jak kopia prawdziwej szosowej kolarzówki. Wyposażona była w przerzutki, a pod ramą miała bidon na oranżadę…

Ale kolarzem nie zostałeś, tylko scenarzystą. Wracając do zabaw z dzieciństwa. Grało się w ciupy – podrzucając kamień, w zbijaka, w zośkę, w bąka… Albo po prostu wisiało na trzepaku, wykonując różne ewolucje – podciąganie, wiszenie głową do dołu, kołowrotki i takie różne…

Pamiętasz jakąś podwórkową wyliczankę?

Ene due rabe,

Zjadł Tadeusz żabę.

Żaba Tadeusza

W brzuchu mu się rusza.

Zresztą, czego myśmy nie urządzali! Gonitwy po piwnicach, łażenie na czereśnie – co mogło się skończyć poszarpaną przez psa stróża nogawką, obieranie korków do gołej siarki i potem rzucanie ich dla draki przechodniom pod nogi… A nierzadko taki korek wybuchał nam w palcach. Piekło jak cholera. Tak samo kombinowaliśmy ze szturmówkami. Nie, nie chodzi wcale o chorągiewki, tylko o zapałki z bardzo długą siarkową główką, można je było kupić normalnie w kiosku. Strzelaliśmy nimi z procy – już zapalonymi. A nawet samodzielnie konstruowaliśmy petardy! Pirotechnikę mieliśmy w małym palcu. Kiedyś z bratem i kolegą skonstruowaliśmy taką mocną petardę, odpaliliśmy i w nogi! Nagle słyszę krzyk brata. To ormowiec złapał go i wali pałą. I w tym momencie petarda wybuchła. Huk taki, że bębenki pękają. Ormowiec padł na ziemię, bo myślał, że to bomba. A my w tym czasie dyla.

Rozrabiałeś?

Hmm… Aniołkiem to ja nie byłem. Już w pierwszej klasie zacząłem szurać. Liczyła się przygoda i dobra zabawa. Pamiętam, że kiedyś włamaliśmy się do piwnicy, żeby buchnąć kombinezon płetwonurka. To było tak: krążyła plotka, że w Morskim Oku na Dolnym Mokotowie zatopiony jest niemiecki czołg, a w drugiej wersji – jakiś skarb. I my postanowiliśmy to coś odszukać. A tak się złożyło, że w sąsiednim bloku mieszkał płetwonurek. I mu się zmarło. Więc plan był taki, że buchniemy ten kombinezon i odnajdziemy skarb. Na szczęście pomysł spalił na panewce. Inaczej pewnie byśmy się potopili.

Częstym naszym psikusem było związywanie sznurkiem drzwi sąsiadów mieszkających naprzeciw siebie. Dzwoniliśmy jednocześnie do obu mieszkań, a sąsiedzi ciągnęli za klamki i nie mogli otworzyć, wtedy my przecinaliśmy sznurek i dawaliśmy dyla. A obydwaj sąsiedzi lądowali na podłodze. Co jeszcze? Grało się w karty – oczywiście na zapałki, grało się „na pieniądze” rzucane pod murek lub opuszczane prosto na ziemię. W pierwszym przypadku wygrywał ten, którego moneta upadła najbliżej murka – wtedy zgarniał wszystkie pozostałe monety. W drugim zwycięzcą zostawał ten, którego moneta nakryła jedną z pozostałych. W zimie też się nie nudziliśmy. Dozorca brał szlauch, wylewał wodę na podwórku i mieliśmy własne lodowisko. To była nagroda za pomoc w grabieniu liści. Popularne były wtedy łyżwy na dwóch ostrzach.

Były bezpieczniejsze i łatwiej zachowywało się na nich równowagę. Popularne też były własnoręcznie zrobione pojazdy „trajkotki” – czyli łyżwy przymocowane do deski. Takie ówczesne bojery, tyle że bez żagla.

Ale jeździło się również po prostu na gołych butach za samochodem, trzymając się zderzaka. Kiedyś w kilku schowaliśmy się za syrenką. Kierowca ruszył i po jakimś czasie zorientował się, że ciągnie kogoś za sobą. Postanowił nas zgubić. Zaczął raptownie hamować i przyspieszać, żeby pozbyć się balastu. Skończyło się na tym, że on odjechał, a my zostaliśmy… z tylnym zderzakiem w łapach! Co jeszcze? Urządzaliśmy bitwy na śnieżki. Najbardziej dostawało się dziewczynom, chociaż czasem i one urządzały na nas zasadzkę i bombardowały ze wszystkich stron. Potem my – w rewanżu – nacieraliśmy im uszy śniegiem.

Urządzaliście też walki bokserskie…

He he… Podpuszczali nas starsi koledzy z podwórka. Jeśli doszło do jakiejś sprzeczki, mówiło się: „Chodź na colę!”, czyli wychodziło się na solo. Był taki sąsiad – Kowboj – wynosił z domu dwie pary oryginalnych rękawic bokserskich i zakładał je rywalom. Dookoła zbierała się cała ekipa z podwórka – starsi, młodsi. Na dany znak rozpoczynała się walka. Bez sędziego.

Ile rund?

Rund? Nie było żadnych rund! Boksowało się dotąd, aż jeden z przeciwników padł na glebę. Oczywiście wiara głośno dopingowała walczących. A ci starsi mieli niezły ubaw. My mieliśmy po osiem, dziesięć lat, a oni piętnaście, siedemnaście, i po prostu nas podpuszczali dla draki. Walka była honorowa, kończyła się podaniem rąk i sztamą. Możesz sobie wy­obrazić, jak my – małe szczuny – komicznie wyglądaliśmy w wielkich, profesjonalnych bokserskich rękawicach…

Henio i jego druh Barszczyk (zdjęcie z archiwum domowego)

Miałeś jakichś ulubionych kumpli?

Barszczyk i Kuba. Nasza trójka miała odlotowe pomysły. Podszywaliśmy się pod harcerzy i zbieraliśmy makulaturę i butelki, a potem na zdobycznym wózku wieźliśmy ten majdan do skupu. W zimie robiliśmy szopkę z pudełka po butach – w środku był żłóbek, figurki wycięte ze świętych obrazków, wata udająca śnieg, a nawet żaróweczka! Kolędowaliśmy tak po domach, drąc się: „Przybieżeli do Betlejem paasterzeee!”. Potem inkasowało się drobne i pukało do następnych drzwi. Za zebraną forsę grało się w „kupki”, kupowało słodycze, lody albo bilety do kina. Ponieważ były drogie, musieliśmy coś wykombinować – wchodził jeden łepek do sali (oczywiście legalnie), a gdy zgasło światło, skradał się w ciemności, uchylał drzwi wyjściowe za kotarą i wpuszczał resztę kolegów.

Nie zapomnę zabawnej sytuacji, jak kiedyś na wagarach poszliśmy do kina. Sala kompletnie pusta, tylko ja, Barszczyk i Kuba. Gaśnie światło, zaczyna się tradycyjna wówczas kronika filmowa, a po niej film – o ile pamiętam, miał tytuł Strategia pająka. Jakiś historyczny, Boże, co za nuda!

Wszyscy uderzyliśmy w kimę i przespaliśmy cały seans. Po projekcji, gdy zapaliło się światło, bileter nie mógł nas dobudzić. I zdumiał się, że do kina wszedł jeden, a na koniec seansu wychodzi trzech.

Natomiast latem, bardzo często chodziliśmy na basen, na Legię. Przełaziliśmy niepostrzeżenie przez płot, żeby nie płacić za bilety.

I nikt was nie przyhaltował?

Czasem noga się powinęła. Wtedy przez godzinę musieliśmy zbierać papierki za karę. Ale potem w nagrodę mogliśmy się kąpać do woli! Oprócz tego chodziliśmy na korty, żeby podawać tenisistom piłeczki. Biegaliśmy zziajani jak charty. Wtedy też dostawaliśmy parę groszy.

Henio i jego druh Barszczyk po latach… (zdjęcie z archiwum domowego)

Jak reagowali rodzice na twoje psikusy?

Ojciec był cierpliwy. Grał w warcaby, rozwiązywał krzyżówki, wysyłał totolotka… Szczerze mówiąc, bardziej bałem się Mamy, bo ona potrafiła chwycić za ścierkę i przylać.

Opowiedz mi o nich.

Rodzice poznali się w czasie wojny, kiedy wywieziono ich na roboty do Niemiec, do miejscowości Greven w Nadrenii Północnej-Westfalii. Po kapitulacji hitlerowców początkowo chcieli tam zostać na stałe, tam też urodził się mój najstarszy brat Janek. Niewiele brakowało, a dziś szprechałbym jak rodowity Fryc. Ale w końcu wrócili do Polski.

Ojciec pracował jako brygadzista w Żelbecie, ale poza tym także jako malarz pokojowy łapał prywatne fuchy – w domu potrzebny był przecież każdy grosz. Ja i bracia chodziliśmy razem z nim, do pomocy. Zapytanie: „Idziesz na prywatkę?” oznaczało tyle, co: „Czy idziesz pomalować komuś chatę?”. Malowaliśmy co się dało – mieszkania, domki, piwnice, garaże.

Ojciec lubił wypić i wtedy szedł w tango… Ale w pracy nie bumelował, nawet dostawał nagrody i premie za dobrą robotę. Na święta przynosił paczki z zakładu pracy. Pamiętam, jak kiedyś malował jakieś pomieszczenie. Jego brygadzista, wiedząc, że Ojciec lubi golnąć, specjalnie postanowił przypilnować, żeby nie przyniósł ze sobą alkoholu. Wtedy Ojciec, z miną niewiniątka, pokazał mu puste kieszenie. A kiedy uspokojony brygadzista odszedł, jak gdyby nigdy nic wyjął flaszeczkę z… wiadra z farbą! Przepłukał pod zlewem i miał napitek. Taki był pomysłowy. Kiedy brygadzista wrócił, to nie mógł się nadziwić, jakim cudem Ojciec jest na lekkim gazie. Wtedy otrzymał rezolutną odpowiedź – że „to od oparów farby”…

Innym znowu razem wracał dość podcięty do domu. Ale jakoś mu nie szło. Co postawił jeden krok do przodu, to dwa do tyłu. Po prostu się cofał.

Co tu robić? Przecież w ten sposób oddala się od domu, zamiast się do niego zbliżać. W końcu wpadł na odkrywczy pomysł, żeby iść tyłem – jeden krok do przodu i dwa do tyłu. I takim oryginalnym sposobem dotarł, już bez problemów, do chaty!

Mój ojciec, Valdi, też lubił zabalować, ale wiedział, kiedy przestać. Ja tego po nim nie mam. Jak idę w tango, to na całego.

Tomek, czy to ma być moja biografia, czy twoja? Zamknij wreszcie papę, bo teraz ja mówię.

Git.

Do pracy fizycznej byłem wprawiany od małego, w końcu żadna praca nie hańbi. Byle uczciwie zarobić na chleb. Tak mnie nauczono i tak mi zostało do dziś. Żadnej pracy się nie boję. I umiem wszystko zrobić. No, może prawie wszystko.

Ale pospać lubisz.

Bez przesady.

Mama Henryka Gołębiewskiego (zdjęcie z archiwum domowego)

A jaka była twoja Mama?

No więc moja Mama to była święta kobieta. Pracowała ciężko w przetwórni warzywno-owocowej, przy konserwach. To było daleko – aż na Płudach, tam gdzie często jeździliśmy też na grzyby. Zawsze jak wracała z pracy, to miała bardzo zmarznięte ręce.

Potem wzięła sprzątanie w Sport-Touriście na Moliera, bo było bliżej. A jak brakowało pieniędzy, to brała od ludzi brudne ciuchy i prała. Nauczyła mnie szacunku dla innych i wrażliwości na cudzą krzywdę.

Wiesz, Tomek, zawsze się zastanawiam, jak tych dwoje wspaniałych ludzi wykarmiło dziewięcioro dzieci? Bo nas było dużo – pełna drużyna piłkarska. Mama stała na bramce, a Tata strzelał gole, he he… Tak żartowaliśmy. Sześciu braci, trzy siostry, Mama i Tata. Siostry – Wieśka, Danka i Baśka, bracia – Janek, Tadek, Stasiek, Kostek, Czesiek i ja. Zabawne było to, że na jednej i tej samej klatce schodowej mieszkało aż czterech Mieczysławów – sąsiad, jego syn, mój Tato i mój brat. Gdy ktoś zawołał: „Mietek!”, to jednocześnie wychodziło czterech gości, bo nie wiadomo było, o którego chodzi. Dlatego brata przemianowaliśmy na Kostka. Ale nie tylko jego, każdy z nas miał jakąś ksywę – Tadek to był Bury, Stasiek – Żółty Kieł, Czesiek – Ptica, a ja – tylko się nie śmiej – Grochówa.

Cała nasza rodzina mieszkała w trzech pokojach na Dąbrowskiego, najpierw na pierwszym piętrze. Ale potem zamieniliśmy się z sąsiadami na parter, bo nasze tupanie było nieco uciążliwe. Żyliśmy skromnie, ale biedy nie było. Pomagaliśmy sobie wzajemnie. Ojciec sam wędził kiełbasę i mięso w beczce w ogródku – pod nią było palenisko, a na wierzchu powieszona mokra szmata. Co niedziela jeździł na wyścigi konne na Służewcu. Pamiętam, jak mnie zabierał razem z siostrą Basią – nawet obstawialiśmy zakłady. Taak, Ojciec miał duszę hazardzisty… Zresztą mam to po nim. Lubię grać w karty, na automatach, w pingla, w bilard… W dzieciństwie wymyśliliśmy z braćmi odjazdową grę, nazwaną przez nas „syfon”. Polegała na tym, że dwóch z nas siadało naprzeciwko siebie i kciukami wzajemnie naciskaliśmy sobie na nos. I to z całej siły! Wtedy się odliczało: „Sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy”. Ten, któremu pierwszemu poleciały łzy z oczu (a bolało cholernie), przegrywał.

A, to dlatego masz krzywy nos…

Między innymi. Inna zabawna historia. Otóż tak jak reszta braci, chodziłem do szkoły numer sześćdziesiąt dziewięć. Uczył nas tam muzyki starszy dystyngowany pan – Zdzisław Ryłko. Pięknie grał na skrzypcach. Którejś mroźnej zimy jeden z moich braci otworzył w klasie okno na oścież. I po chwili słychać brzdęk, brzdęk, brzdęk, brzdęk! W skrzypcach naszego szacownego nauczyciela popękały wszystkie struny, z powodu mrozu. Ale nikt się nie przyznał. Pan Ryłko miał swoje charakterystyczne powiedzenie, coś w stylu: „Muzyka to jest sztuka piękna i…”. Odpytywał nas z niego na każdej lekcji, a inny mój brat za cholerę nie mógł zapamiętać tej formułki. I dopiero na koniec roku, tuż przed wakacjami, bezbłędnie wyrecytował całość. Nauczyciel tak się tym wzruszył, że specjalnie dla brata zagrał jakiś piękny utwór na tych swoich skrzypcach.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz