Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 276

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Żydzi i słowa - Amos Oz, Fania Oz-Salzberger

Dlaczego słowa są dla wielu Żydów aż tak bardzo ważne? Pisarz Amos Oz i profesor historii Fania Oz-Salzberger próbują wyjaśnić to w swoim żywym i pouczającym dyskursie. Przywołują różnorodne teksty związane z historią i kulturą żydowską: księgi religijne, komentarze, wiersze i utwory prozatorskie, pieśni, powiedzenia, dowcipy. A wszystkie te teksty i zawarte w nich słowa tworzą łańcuch, który spaja kolejne pokolenia Żydów od Abrahama po dzień dzisiejszy.

Autorzy koncentrują się na czterech głównych zagadnieniach: zachowanie ciągłości, pozycja i rola kobiet, czas (ale i bezczas), zbiorowość a jednostka. Prezentują zarazem galerię ważnych w dziejach Żydów postaci – od tych najdawniejszych, jeszcze anonimowych (na przykład domniemanej autorki Pieśni nad Pieśniami), poprzez mniej lub bardziej znanych rabinów, aż po pisarzy doby współczesnej. Czyli przede wszystkim ludzi piszących, bo właśnie utrwalone przez Żydów słowa oraz niekończący się  międzypokoleniowy dialog mają dla autorów książki znaczenie podstawowe.

Opinie o ebooku Żydzi i słowa - Amos Oz, Fania Oz-Salzberger

Fragment ebooka Żydzi i słowa - Amos Oz, Fania Oz-Salzberger

Amos Oz Fania Oz-Salzberger

Żydzi i słowa

Przekład Piotr Paziński

Czytelnik

Warszawa 2014

Przedmowa

Nasza książka to esej, a nie dzieło z gatunku beletrystyki. Bywa miejscami surowa, teoretyczna, ale też zabawna. Próbujemy powiedzieć w niej coś nowego o zagadnieniu, które ma starożytny rodowód, podzielić się osobistym spojrzeniem na jeden tylko aspekt żydowskiej historii: związki Żydów ze słowami.

Autorami są ojciec i córka. On jest pisarzem i badaczem literatury, ona – profesorem historii. O sprawach, o których piszemy w tej książce, zaczęliśmy rozmawiać, kiedy jedno z nas miało mniej więcej trzy lata. Niemniej jednak kwestia naszego współautorstwa wymaga kilku słów wyjaśnienia.

Najlepiej będzie, jeżeli powiemy wprost, o czym nasz esej traktuje. Otóż rzecz w tym, że żydowska historia i naród żydowski zachowują wyjątkową ciągłość, która nie ma charakteru etnicznego ani politycznego. W żydowskiej historii obecne są oczywiście rodowody etniczny i polityczny, ale to nie one są najważniejsze. Przeciwnie, narodowa i kulturalna genealogia Żydów zawsze zasadzała się przede wszystkim na przekazywaniu słów z pokolenia na pokolenie. Chodziło o wiarę, to jasne, ale może bardziej nawet o teksty, które były od dawna dostępne w formie pisanej, a co ważniejsze – od początku zawierały w sobie zalążek sporu. Tak się w ogóle rzeczy mają w żydowskiej historii. Szacunkowi towarzyszy odrobina dystansu, poczuciu własnej wartości – samokrytycyzm, niekiedy zjadliwy, kiedy indziej dowcipny. Naukę niezwykle się ceni, ale rodzina liczy się jeszcze bardziej. Obydwie podstawy żydowskości przeważnie występują razem: ojcowie, matki, nauczyciele; synowie, córki, uczniowie i uczennice; teksty, pytania, dyskusje. Jak było z Bogiem – nie wiemy, ale żydowska ciągłość zawsze zależała od słów.

Dlatego można powiedzieć, że nasza historia wyraża się jako opowieść. Dzieje Żydów składają się z wielu historii i jeszcze większej liczby opowieści. Niemało badaczy i pisarzy próbowało zgłębić ten labirynt; wybraliśmy się tam również i my, poszliśmy niektórymi ścieżkami i teraz pragniemy o tym opowiedzieć. Będzie to wspólna, przeplatająca się relacja pisarza i profesor historii, nasza własna rozmowa, która dołączy do tysięcy innych głosów.

W tej niewielkiej książce nawet nie próbowaliśmy omówić wszystkich żydowskich tekstów, nawet spośród tych najbardziej znanych czy wpływowych. Wielu nigdy nie czytaliśmy. Forma eseju ułatwia prowadzenie gęstej narracji i umożliwia panoramiczne spojrzenie na wiele tematów, wszelako grzeszy selektywnym doborem materiału, brakiem obiektywizmu i aroganckimi generalizacjami. Zdając sobie sprawę z wad i ograniczeń gatunku, pragniemy oświadczyć, że bierzemy pełną odpowiedzialność za wspomniane mankamenty – te i inne, które czytelnik być może odkryje. To skądinąd jeszcze jeden temat naszej książki: w żydowskiej tradycji każdy czytelnik jest korektorem, każdy uczeń – krytykiem, a każdy autor, nawet Autor wszechświata, domaga się, by zadawać mu wiele pytań.

Jeżeli powyższe uwagi was przekonują, nasze wspólne dzieło, ojca i córki, być może ma sens.

I. Ciągłość

Trzydziestoma dwiema cudownymi ścieżkami mądrości Jah, Pan Zastępów, Bóg Izraela, Bóg Żywy i Król Świata, El Szadaj Miłościwy i Miłosierny, Wysoki i Wzniosły, Mieszkający na Wysokości i Święty – Imię Jego, wyrył i stworzył swój świat przez trzy: przez liczbę, słowo i pismo. Dziesięć sefir nicości oraz dwadzieścia dwa podstawowe znaki1.

Żydowska ciągłość zawsze zależała od słów, tych wypowiadanych i tych zapisywanych, od rozrastającego się labiryntu interpretacji, dyskusji i sporów i od niepowtarzalnych relacji łączących poszczególnych ludzi. W synagodze, w szkole, zwłaszcza w domu – wszędzie dwa albo trzy pokolenia toczyły swoje rozmowy.

Tym, co nas ze sobą wiąże, jest tekst, nie krew 2. A jednak Abraham i Sara, rabi Jochanan, Glikl z Hameln, a także autorzy tej książki – wszyscy przynależymy do tego samego drzewa genealogicznego. Ciągłość ta bywa ostatnio kwestionowana. Mówi się, że „naród żydowski” nie istniał, póki nie został wynaleziony przez przebiegłych nowoczesnych ideologów 3. Cóż, nie zgadzamy się z tym. Nie dlatego, byśmy byli nacjonalistami. Pragniemy odzyskać nasz rodowód – to jeden z celów tej książki. Chcemy także pokazać, który rodowód wart jest w naszej opinii odzyskania.

Nie chodzi nam o kamienie, plemiona czy chromosomy. Do tego, by śledzić i uchwycić żydowską ciągłość, nie trzeba być archeologiem, antropologiem ani genetykiem. Ani ortodoksyjnym Żydem. Ani nawet w ogóle Żydem. Można również nie być antysemitą. Wystarczy być czytelnikiem.

W przepięknym wierszu Żydzi nieżyjący już poeta Jehuda Amichaj napisał:

Żydzi to nie jest naród historyczny,

Nawet nie archeologiczny, Żydzi

To naród geologiczny, który ma swoje pęknięcia,

Zwaliska, warstwy i pokłady wrzącej lawy.

Jego kroniki mierzy się

Inną skalą4.

Naród geologiczny. Ta niezwykła metafora może równie dobrze odnosić się do innych narodów. Nie musi opisywać wyłącznie Żydów. Dla nas jednak, kiedy myślimy o żydowskiej ciągłości jako ciągłości zasadniczo tekstualnej, brzmi ona wyjątkowo donośnie. Żydowska narodowość „historyczna”, etniczna, genetyczna jest opowieścią pełną pęknięć i niedoli. Stanowi krajobraz po geologicznej katastrofie. Czy aby na pewno możemy rościć sobie prawo do biologicznych związków z galilejskimi Żydami z czasów Imperium Rzymskiego? Szczerze mówiąc, mamy wątpliwości. Zbyt wiele w naszych żyłach płynie krwi konwertytów i wrogów, przysłowiowych Chazarów i Kozaków. Z drugiej strony, współcześni genetycy utrzymują, że niektóre geny towarzyszą nam od jakiegoś czasu…

Bardzo to wszystko ciekawe, ale to w ogóle nie nasz temat.

Ciągłość istnieje. Możemy przyjrzeć się naszym kronikom, opowiedzieć naszą historię. Ale nasza „inna skala” – to słowa. I o tym jest ta książka.

Na samym początku powinniśmy głośno i wyraźnie powiedzieć, jakimi jesteśmy Żydami. Obydwoje jesteśmy świeckimi Izraelczykami. Z takiego samookreślenia wynika kilka rzeczy. Po pierwsze, nie wierzymy w Boga. Po drugie, hebrajski jest naszym językiem ojczystym. Po trzecie, nasza żydowska tożsamość nie wywodzi się z religii. Przez całe życie czytamy żydowskie teksty, napisane po hebrajsku i w innych językach, są one dla nas kulturalną i intelektualną bramą do świata. Ale to nie znaczy, że nasz kościec ma charakter religijny. Po czwarte, w środowisku, w którym żyjemy, w nowoczesnej i świeckiej części izraelskiego społeczeństwa, takie sprawy jak lektura Biblii, cytowanie Talmudu, a nawet zwyczajne zainteresowanie żydowską przeszłością, coraz częściej mają charakter polityczny. Dostrzega się w nich w najlepszym razie pewien atawizm, w najgorszym – przejaw nacjonalizmu i triumfalizmu. Owo współczesne liberalne wycofanie się z tego, co żydowskie, ma wiele przyczyn i niektóre z nich są zrozumiałe; prowadzi jednak na manowce.

Czym jest świeckość dla izraelskich Żydów? Z pewnością czymś więcej niż dla innych niewierzących. Od myślicieli XIX-wiecznej Haskali do współczesnych nam autorów hebrajskich żydowska świeckość zapełniła niejedną półkę z książkami i okazała się rosnącą przestrzenią twórczej myśli. W kilku zdaniach świetnie uchwycił to wielki izraelski pisarz Izhar Smilanski, publikujący pod pseudonimem Samech Izhar. Oto fragment jego eseju pt. Odwaga bycia świeckim:

Świeckość to nie permisywizm ani chaos bezprawia. Świeckość nie odrzuca tradycji, nie odwraca się plecami do kultury, jej wpływów i dokonań. Takie oskarżenia to coś więcej niż tania demagogia. Świeckość to inne pojmowanie człowieka i świata, niereligijne. Człowiek może od czasu do czasu odczuwać potrzebę poszukiwania Boga. Natura tych poszukiwań nie jest istotna. Nie ma gotowych odpowiedzi, nie ma gotowych rozwiązań, które czekałyby na szukającego. W samych odpowiedziach czai się zresztą pułapka: oddaj wolność za spokój. Imię Boga to spokój. Ale kiedy spokój się ulotni, wolności też już nie będzie. Co wtedy?5

Ludzie świadomi własnej świeckości nie szukają wytchnienia, lecz przeciwnie – intelektualnego niepokoju. Kochają pytania bardziej niż odpowiedzi. Dla świeckich Żydów, takich jak my, hebrajska Biblia to wspaniały wytwór ludzkiego umysłu. Wyłącznie ludzkiego. Kochamy ją i studiujemy. Zadajemy pytania.

Niektórzy współcześni archeolodzy powiadają nam, że przedstawione w Piśmie królestwo Izraela było, jeśli idzie o kulturę materialną, karłem bez znaczenia. Dla przykładu, biblijne opisy ogromnych budowli Salomona to późniejsze polityczne fałszerstwo. Inni uczeni kwestionują jakąkolwiek ciągłość pomiędzy starożytnymi Hebrajczykami a współczesnymi Żydami. Być może to właśnie miał na myśli Amichaj, gdy pisał o narodzie „nawet nie archeologicznym”. Ale wszystkie te ustalenia naukowców, obojętnie, czy słuszne, czy nie, nie są dla nas jako czytelników istotne. Nasza Biblia nie potrzebuje ani boskiego natchnienia, ani materialnych dowodów swojej prawdziwości. Rościmy sobie do niej prawo, choć nie ze względu na nasze chromosomy.

Czytanie Tanachu (hebrajskiej Biblii) w oryginale zapiera dech.

Czy ją „rozumiemy” do ostatniej sylaby? Jasne, że nie. Zapewne nawet najsprawniejsi użytkownicy współczesnej hebrajszczyzny opacznie pojmują sens wielu biblijnych słów. Starożytni używali ich przecież często w innym znaczeniu6. Posłużmy się wybornym przykładem z Księgi Psalmów: „Na których [cedrach Libanu] ptaki gnieżdżą się, chasida broszim bejta” (Ps 104,17). Współczesny Izraelczyk zrozumie drugą część tego wersetu następująco: „bocian, któremu cyprysy domem”7. Oto ujmująca oszczędność starożytnej hebrajszczyzny! Starczą zaledwie trzy wyrazy, by uchwycić obraz bociana, który zakłada dom na drzewie cyprysowym. Jakże kolorowe i smakowite to słowa, trzy rzeczowniki mieniące się znaczeniami!8 Wróćmy jednak do naszych rozważań. Szkopuł w tym, że dzisiaj w Izraelu bociany nie zakładają gniazd na cyprysach. W ogóle rzadko kiedy u nas gniazdują, przelatują tylko w drodze z Afryki do Europy i z powrotem, a wtedy też, zatrzymując się na noc, raczej nie wybierają spiczastych cyprysów na miejsce odpoczynku.

Wobec tego musimy być w błędzie: albo chasida to nie bocian, albo brosz to nie cyprys. Nieważne. Fraza jest urocza i wiemy na pewno, że chodzi w niej o drzewo i ptaka, że stanowi pochwałę Bożego stworzenia, czy jeśli wolicie – piękna natury. Psalm 104 oferuje hebrajskiemu czytelnikowi tyle obrazów, sprawia tak intensywną i wyrafinowaną rozkosz, że można go porównać do magicznych wierszy Walta Whitmana. Trudno nam powiedzieć, czy tak samo dzieje się w przekładzie.

Biblia jest tedy czymś więcej niż tylko świętym tekstem. Jej literacka chwała przekracza analizy uczonych i lekturę pobożnych. Biblia porusza i podnieca tak, jak czynią to wielkie dzieła literatury: niekiedy Homer, czasem Szekspir, bywa że Dostojewski. Ale jej historyczne znaczenie zasadza się na czymś zupełnie odmiennym. Prawda, także inne poematy zapoczątkowały jakąś religię, ale żadne dzieło literackie w sposób równie efektywny nie wypracowało kodeksu praw i nie legło u podstaw etyki społecznej.

Z Biblii, rzecz prosta, narodziły się niezliczone inne książki. Jak gdyby ona sama wysłuchała i wypełniła swoje przykazanie, które na jej kartach przypisuje się Bogu: „rozradzajcie się i rozmnażajcie” (Rdz 1,22). A zatem, nawet jeśli uczeni i krytycy mają rację i w starożytnym Izraelu nie wznoszono pałaców i nie doświadczano cudów, to literacki dorobek Biblii sam jest cudem i wspaniałością. Pojmujemy to w całkowicie świeckim sensie.

Zważmy jednak wszystkie za i przeciw. Moglibyśmy wypowiedzieć niejedno miłe zdanie na temat żydowskiej specyfiki, ale w naszej książce stanowczo nie zamierzamy wychwalać jakiejkolwiek naszej wyższości czy odrębności. Żydowska kultura nigdy nie zamykała się na inspiracje z zewnątrz. Nawet kiedy zwalczała obce wpływy, nierzadko po cichu godziła się z ich obecnością. Dlatego dla nas Tołstoj to taki sam gigant jak Agnon, a Baszewis Singer nie góruje nad Tomaszem Mannem. Wiele rzeczy kochamy w „gojskiej” literaturze i nie tak znów mało nie lubimy w żydowskiej tradycji. Nie jesteśmy w stanie zaakceptować niejednej napuszonej biblijnej opinii i nie możemy stosować się do wielu biblijnych przepisów. Według nas wszystkie książki są omylne.

Na szczególną uwagę zasługuje żydowski model rozmów międzypokoleniowych.

Starożytne teksty hebrajskie nieustannie zajmują się dwiema relacjami o zasadniczym znaczeniu: rodzic–dziecko, nauczyciel–uczeń. Wydaje się, że obydwie pary są nawet ważniejsze od związku kobiety i mężczyzny. Słowo dor, pokolenie, pojawia się w Biblii i Talmudzie dziesiątki razy9. Obydwie księgi lubują się w wyliczaniu łańcuchów pokoleń, sięgających odległych czasów i wybiegających w daleką przyszłość. Największy nacisk kładzie się na związek dwóch ogniw: ojca i syna. (Cierpliwości, matki i córki też pojawią się w tej książce). Od Adama i Noego po upadek królestw Judy i Izraela, Biblia wciąż mówi o ojcach i synach, z których większość należy do skrupulatnie wyliczanych genealogii.

Nic w tym nadzwyczajnego. Wiele kultur, może nawet wszystkie, uczyniło z ojcowsko-synowskiego paradygmatu fundament pamięci zbiorowej, mitologii, etosu i sztuki. Biblijne dramaty ojców i synów można osadzić w uniwersalnym kontekście. To wieczne historie o miłości i nienawiści, lojalności i zdradzie, podobieństwie i różnicy, dziedzictwie i jego braku. Niemal wszystkie społeczności pielęgnowały nakaz snucia międzypokoleniowych opowieści, niemal wszystkie kultury pochwalały przekazywanie pałeczki kolejnym generacjom. Taka była zawsze podstawowa funkcja ludzkiej pamięci: rodzinnej, plemiennej, w końcu narodowej.

Imperatyw jest uniwersalny, ale Żydzi mają na jego punkcie prawdziwą obsesję. „Żadna inna cywilizacja antyczna – pisze Mordecai Kaplan – nie może się równać z judaizmem, jeśli idzie o nacisk, jaki kładziono na nauczanie młodych i wpajanie im tradycji i zwyczajów ich ludu”10. Czy takie uogólnienie jest sprawiedliwe wobec innych starożytnych cywilizacji? Nie pretendujemy do tego, by to oceniać. Wiemy jednak, że żydowscy chłopcy, i to wszyscy, nie tylko ci z bogatych i uprzywilejowanych rodzin, od najmłodszych lat mieli kontakt ze słowem pisanym.

Oto zdumiewająca prawidłowość żydowskiej historii, przynajmniej od czasów misznaickich: każdy chłopiec powinien iść do szkoły jako trzylatek i kontynuować naukę do trzynastego roku życia. Chłopcy mieli obowiązek się uczyć, ich rodzice – przypilnować tego, a społeczność – zapewnić im edukację, a nierzadko za nią zapłacić. W takiej szkole, składającej się często z jednego pokoju, jednego nauczyciela i uczniów w różnym wieku, chłopcy uczyli się hebrajskiego, żeby po latach osiągnąć biegłość w czytaniu i pisaniu w języku, który nie był mową ich matek, a w gruncie rzeczy nie był nawet językiem mówionym od czasów, kiedy powstawał Talmud. Studiowali wszyscy, niezależnie od klasy społecznej, rodowodu czy dochodów. Rzecz jasna, niejeden porzucał naukę jeszcze przed bar micwą, ale analfabetami pozostawało naprawdę niewielu.

Tajemnica tej edukacji polegała na tym, by rozpocząć ją jak najwcześniej i mądrze do niej zachęcać za pomocą słodyczy, w miarę jak dziecko przyswajało sobie pierwsze litery alfabetu. W innych kulturach chłopcy pozostawali pod opieką matki do czasu, gdy byli na tyle duzi, że mogli pociągnąć pług albo unieść miecz. Żydzi rozpoczynali wychowywanie dzieci w starożytnej tradycji, gdy te rozumiały już pojedyncze słowa. Historie opowiadano dwulatkom, trzylatkom czytano książki. Nauka zaczynała się w momencie, gdy niemowlaka odstawiano od piersi.

Żydowska obsesja dotyczyła również narzędzi, za pomocą których starożytna wiedza trafiała do latorośli. Bardzo wcześnie w naszej historii uzależniliśmy się od słowa pisanego. Od książek. Nasza wielka opowieść i wbudowany w nią imperatyw przekazywania jej dalej przechodziły z pokolenia na pokolenie na tabliczkach, papirusach, arkuszach pergaminu i kartkach papieru. Kiedy piszemy tę książkę, nasza profesor historii sprawdza wszystkie cytaty na swoim iPadzie i nie może oprzeć się następującej refleksji: oto historia piśmiennictwa zatoczyła koło. Od tabliczki do tabliczki, od zwoju do przewijania tekstu na ekranie.

Pora teraz na drugą relację: nauczyciel–uczeń. Wszystkie kultury oparte na książkach muszą ją wytworzyć.

Kto był naszym pierwszym nauczycielem, a kto uczniem? Według żydowskiej tradycji to Mojżesza uważa się za nauczyciela wszystkich nauczycieli. Problem w tym, że ani Aaron, ani Jozue, określani mianem uczniów Mojżesza, wcale nie zachowują się jak uczniowie. Żaden z nich nie został też wielkim nauczycielem. Za pierwszy biblijny duet nauczyciel–uczeń uznać wypada dopiero kapłana Elego i proroka Samuela. Zauważcie: obydwaj biologiczni synowie Elego zeszli na złą drogę, podczas gdy jego potomek duchowy poradził sobie znakomicie. Taka jest cierpka prawda: własne dzieci mogą okazać się wielkim rozczarowaniem, ale dobry uczeń rzadko cię zawiedzie.

Nauczyciel i uczeń, rabin i talmid – oto stały element postbiblijnej literatury żydowskiej, aż do naszych czasów. Relacja ta powstaje w rezultacie wolnego wyboru – „Wybierz sobie rabina”, powiada Miszna – stąd też różni się bardzo od więzów, jakie łączą ojca z synem. Choć są również i podobieństwa. Oczywiście, rabinom niezmiennie okazywano cześć i szacunek, ale i uczniów częstokroć doceniano. W Talmudzie opinia inteligentnego ucznia nierzadko bierze górę nad opinią nauczyciela. Prawda o głębi relacji nauczyciel–uczeń ujawnia się najlepiej w przypadku sławnych duetów: Hillela i jego studenta Jochanana ben Zakaja czy rabiego Akiwy i rabiego Meira. Miłość i podziw związane są z dyskusją i sporem. Tak być powinno. Spór, w granicach rozsądku, jest częścią gry. Dobry student to taki, który rozumnie krytykuje swojego nauczyciela, proponuje nową, lepszą interpretację.

Rabin i jego uczeń nigdy nie stanowili odizolowanej pary. Od studentów oczekuje się, że kiedyś sami zostaną nauczycielami, będą współtworzyć łańcuch uczonych, który przetrwa wiele pokoleń. Klasyczna maksyma z Miszny głosi, co następuje: „Mojżesz otrzymał Torę na Synaju, przekazał ją Jozuemu, Jozue starszyźnie, starszyzna prorokom, prorocy członkom Wielkiego Zgromadzenia” (Pirke Awot 1,1)11.

Taka wyliczanka – powiada nam profesor Rachel Elior – nie oddaje sprawiedliwości kapłanom i lewitom. A przecież to oni byli pierwszymi skrybami i nauczycielami Tory. Mieli własną długą tradycję, ale geologiczne pęknięcie oddzieliło ich od mędrców z czasów Drugiej Świątyni, którzy zamknęli kanon Pisma i zabronili dodawać do niego kolejne księgi, otwierając tym samym nową, szeroką drogę dla Tory ustnej. Terminem tym określamy dyskusje rabiniczne, które ostatecznie złożyły się na Misznę, a później na Talmud. Interpretowanie Tory pisanej – tak uważano – rozpoczęło się wkrótce po tym, jak jej tekst został dany na Synaju, jednak praktyka zapisywania tychże dyskusji jest znacznie późniejsza, pochodzi z epoki po zamknięciu kanonu biblijnego. W ten sposób narodził się nowy model nauczania, oparty na rozmowie, swobodnej wymianie myśli, interpretacji i potyczkach uczonych na temat kanonicznych ksiąg. Stulecia płynęły, a dyskusje te spisywano na pergaminie.

W burzliwej epoce Drugiej Świątyni narastały konflikty pomiędzy kapłanami, przywiązanymi do starych tekstów w ich literalnym brzmieniu, a mędrcami, przyzwyczajonymi do dyskusji. Mędrcy – to znów Rachel Elior – stworzyli prawdziwie demokratyczny (choć wyłącznie męski) świat debaty i interpretacji. Owszem, powstała w nim hierarchia intelektów, ale zasadniczo był to świat otwarty dla każdego mężczyzny, niezależnie od statusu społecznego. Wystarczyła skłonność do gimnastyki umysłowej.

Zwróćcie uwagę na niezwykłą dynamikę. Otóż nie mamy tu do czynienia z prostym przejściem od mowy do pisma. O ile wczesne, ustne nauki rzeczywiście prędko spisywano, to te spisane teksty jeszcze się rozrastały, były redagowane i wreszcie uświęcane, by znów stać się punktem wyjścia dla kolejnych dyskusji, które też zaczęto zapisywać, tworząc z nich nowe książki. W ten sposób żydowska kultura osiągnęła biegłość zarówno w mowie, jak i w piśmie. Wbudowane w nią napięcie pomiędzy tym, co innowacyjne, a tym, co uświęcone (krzyżujące się zresztą z podziałem na naukę pisaną i ustną), przetrwało do dzisiaj.

I tak to szło. Tanaim, czyli tanaici, mędrcy Miszny, przekazali pałeczkę dalej – amoraim, czyli amoraitom, twórcom Talmudu. Od nich z kolei pracę przejęli saworaim (saworaici), którzy ostatecznie zamknęli Talmud, następnie, około roku 700 ery chrześcijańskiej – geonim (gaoni), z kolei w późnym europejskim średniowieczu – riszonim (pierwsi) i wreszcie achronim (ostatni), działający u progu ery nowożytnej. Achronim byli rzeczywiście ostatni, bo w późniejszych wiekach żydowska ortodoksja utknęła w miejscu, niezdolna do odnawiania samej siebie. A wtedy żydowska nieortodoksja podjęła tradycję i na własną rękę wyznaczała zmienny kurs, manewrując między Mojżeszem a nowoczesnością. Tak powstał nowy łańcuch uczonych, otwartych na nieżydowski świat, czerpiących z niego, rozdyskutowanych i podzielonych na frakcje. Mamy tu Mojżesza Mendelssohna (trzeciego wielkiego Mojżesza po proroku i Majmonidesie), Aszera Ginzberga (bardziej znanego jako Achad HaAm), Gershoma Scholema, Franza Rosenzweiga, Martina Bubera, Emmanuela Lévinasa, Mordecaia Kaplana, Abrahama Joshuę Heschela, Jeszajahu Leibowitza. Każdy z nich na swój sposób należy do długiego łańcucha żydowskich uczonych, który w sensie mitycznym, ale i tekstualnym, zapoczątkowany został przez Mojżesza, pierwszego nauczyciela.

Nieco dalej, już nie jako ogniwa łańcucha, choć przeważnie z jakimś rabinem w rodzinie, matką uczoną w Piśmie czy też własnym wspomnieniem synagogi, stoją kolejni: Heine i Freud, Marks i bracia Marx, Einstein i Hannah Arendt, Hermann Cohen i Derrida. Wymieniamy ich nie z tego powodu, że byli Żydami (nie zamierzamy zajmować się spisywaniem sławnych Żydów ku pokrzepieniu serc), lecz dlatego, że jako myśliciele i artyści w sposób oczywisty byli naznaczeni czymś głęboko żydowskim, właśnie w tekstualnym sensie tego słowa.

Jest jeszcze trzecia grupa. Współcześni „odszczepieńcy” mają swe korzenie wśród tych, którzy zdecydowali się odciąć od ortodoksji i tradycyjnego wychowania rabinicznego, ale uczynili to na tyle późno, że żydowska edukacja wywarła na nich swój wpływ. Byli wśród nich Jezus, Józef Flawiusz, Spinoza i, podobnie jak w wypadku dwóch poprzednich grup, jeszcze wielu, wielu innych.

O ile nauki historyczne mają coś w tej sprawie do powiedzenia, jest oczywiste, że przytoczona powyżej wyliczanka z Miszny, prezentująca łańcuch starożytnej tradycji, pełna jest luk i niejasności. Większość tamtych wydarzeń spowija zasłona mitu. Nie mamy pewności, czy Mojżesz naprawdę istniał. Co do Jozuego, to jak już sugerowaliśmy – był raczej lokalnym watażką niźli uczonym w Torze. Kim zatem byli członkowie starszyzny?12 Cóż wiemy o Wielkim Zgromadzeniu? Co działo się we wczesnych latach niewoli babilońskiej?

Nie wiemy, a uczeni, do których mamy zaufanie, nie dostarczają nam odpowiedzi. Wiemy jednak, że już przed pierwszym tysiącleciem przed erą chrześcijańską, a więc trzy tysiące lat temu, mówiącym po hebrajsku Izraelitom znana była idea ludu skupionego wokół pamięci zbiorowej, przekazywanej w tekstach. Na tym polegało przymierze, po hebrajsku brit, przez które wyrażano wierność Bogu od czasów Abrahama, a później Mojżesza, gdy pojawiły się ustna i pisana Tora. Brit Abrahama obejmował rodzinę; Mojżesz był pasterzem ludu (am), który wywodził się od dwunastu synów Jakuba, zwanego Izraelem (stąd „synowie Izraela”). Czy Abraham i Mojżesz to postacie mityczne? Być może. Tak czy owak, łańcuch – pojmowany jako pewna idea i tekst – istnieje od chwili, gdy Izraelici zaczęli posługiwać się pojęciem brit. W III wieku przed erą chrześcijańską owa tradycja piśmiennicza ustabilizowała się i okrzepła, aby już nie wygasnąć.

A zatem mniej więcej wtedy, w III wieku, gdy Żydzi wędrowali w znoju szlakiem „narodu geologicznego, który ma swoje pęknięcia, zwaliska, warstwy i pokłady wrzącej lawy”, ich własna pamięć przestawała mieć charakter geologiczny. Skończyły się uskoki i muldy, mitologie i zagadki. Zaczęła powstawać biblioteka, która potem rosła. Mamy ją dziś na swoich półkach i w laptopach.

Tanaim pracowali w parach. Pięć generacji przywódców Sanhedrynu, po dwóch w każdym pokoleniu, partnerów i dyskutantów. Najsławniejsi z nich to członkowie ostatniego duetu, Hillel i Szamaj, najzagorzalsi rywale intelektualni. Potem nadszedł czas Miszny. Sześć pokoleń mędrców, w każdym przywódca z domu Hillela Starszego, jego biologiczny potomek. Już samo śledzenie tego, jak w Misznie przenikają się dwie relacje: ojcowsko-synowska i nauczycielsko-uczniowska, jest niezwykle interesujące. Czy łagodny Hillel rzeczywiście spłodził tylu wybitnych uczonych – rzecz w sumie bez znaczenia. Spłodził ich w sensie intelektualnym, tyle można pokazać w tekście i to w zupełności wystarczy.

Dwa Talmudy to kolejny etap. Jerozolimski – sześć pokoleń uczonych; Babiloński – osiem. Wszyscy komentowali Misznę, zapewniając w ten sposób ciągłość tradycji, już pisanej. W ciągu stuleci obydwie społeczności talmudyczne dorobiły się własnych rabinów i uczniów, którzy sami zostawali rabinami.

Zwróćcie uwagę na nieustanną podwójność, znak firmowy ortodoksyjnego żydowskiego nauczania po dzień dzisiejszy. Studia rabiniczne uwielbiają pary: równych sobie przeciwników, jak Hillel i Szamaj, albo nauczyciela i ucznia. Niekiedy zdarza się, że biologiczny ojciec, nauczyciel i współdyskutant to jedna i ta sama osoba. Wyobraźcie sobie wszystkie psychologiczne uwarunkowania! Był to świat zmaskulinizowany, kobiety raczej w nim nie występowały, analityczny, skupiony na rywalizacji, werbalny i libidynalny.

Intelektualna rywalizacja była twarda. „Hillel Starszy miał osiemdziesięciu uczniów. Trzydziestu z nich było wartych tego, żeby spoczął na nich Duch Boży, jak to było z Mojżeszem, naszym nauczycielem. Trzydziestu zasługiwało na to, by zatrzymało się dla nich słońce na niebie, jak to było z Jozuem, synem Nuna. Pozostała dwudziestka była przeciętna” (Talmud Babiloński, Bawa Batra 134a). Tak narodziła się żydowska Liga Bluszczowa, przynajmniej tak ją widzieli studenci. Bo studia rabiniczne to nie jest zajęcie dla bojaźliwych.

Inaczej niż w Atenach Sokratesa i na wielu współczesnych uczelniach, w żydowskich akademiach dostęp do mistrza i nauczyciela miały nie tylko bogate dzieci. Najwięksi rabini bywali skromnymi rzemieślnikami i robotnikami. Szamaj był murarzem, Hillel – drwalem, rabi Jochanan – szewcem, rabi Icchak i rabi Jehoszua – kowalami, rabi Jose – garbarzem. Resz Lakisz był dozorcą w sadzie, rabi Nechemia – garncarzem. Tę długą listę profesji chętnie przypomina się dzisiaj w Izraelu, służy jako argument w debacie o stanie społeczności ultraortodoksów, ich awersji do nowoczesnej edukacji i pracy zawodowej.

Niektóre zagadnienia, które tak zajmowały tanaitów i amoraitów, wydają się nam obce i nieciekawe, jedno wszelako musimy przyznać: Miszna i Talmud dokumentują działalność największej hierarchii uczonych aktywnych przed nadejściem epoki zachodnich uniwersytetów.

Już w Misznie widać zainteresowanie intelektualnymi korzeniami i świadomość ich istnienia. Mędrcy nieraz formułują znakomite pytania o historię: Co sprawiło, że kamienne tablice Mojżesza stały się ustną Torą? W jaki sposób ją później spisano? Czemu porzucono pierwotny alfabet hebrajski i zastąpiono go kwadratowym pismem asyryjskim? Rabi Jose uważał, że wiele lat po tym, jak Mojżesz dał Torę, Ezdrasz zapisał ją w oryginalnym, to jest kwadratowym alfabecie. Inny rabin dodaje, że takimi właśnie literami spisano pierwszy zwój, tyle że później, wskutek grzechów Izraela, kwadratowy alfabet został Żydom odebrany, aż do czasów Ezdrasza, kiedy go odzyskali.

Spór o alfabet to zapewne jedna z najstarszych dyskusji w dziedzinie, którą dzisiaj nazywamy historiografią książki. Uderzające, że nawet tanaici odczuwali potrzebę wypełnienia białych plam w dawniejszej historii. Dlatego tworzyli genealogie uczonych. My przeciwnie, nie jesteśmy przywiązani do idei ciągłości od czasów Mojżesza. Bywały przecież okresy w dziejach dawnego Izraela, zwłaszcza w epoce żelaza, kiedy edukacja była rzadkością, ludzie pracujący na roli z trudem wiązali koniec z końcem, a miasta, choć rosły, to zaraz padały od miecza.

Ale tak się składa, że Tora pochodzi z tej samej epoki żelaza i wyraźnie nie godzi się na to, by ktokolwiek wychowywał męskich potomków w nieznajomości Pisma Świętego. Nie zachowały się żadne świadectwa historyczne mówiące o tym, że którakolwiek starożytna czy średniowieczna wspólnota żydowska składała się z samych analfabetów. Wynika z tego, że przez dwa i pół tysiąca lat żydowskim uczonym udało się zachować ciągłość edukacji, dzięki czemu większość żydowskich mężczyzn lepiej lub gorzej dawała sobie radę z czytaniem. Oto rodowód piśmienności.

W naszej postfreudowskiej epoce tamte związki, nauczyciela z uczniem, ojca z synem, przenikające się wzajemnie i metaforycznie spokrewnione, wzbudzają wielkie zainteresowanie. Pomyślcie tylko: żydowska tradycja zezwala, a nawet zachęca do tego, by uczeń powstał przeciwko nauczycielowi, spierał się z nim i dowodził, że tamten się myli (do pewnego stopnia). To freudowski moment, dosyć rzadki w tradycyjnych kulturach, klucz do intelektualnej innowacji (do pewnego stopnia). Nie mamy pojęcia, czy rabinicznie wykształceni Żydzi byliby w stanie sami wybić się na nowoczesność, czy potrzebowali do tego impulsu z zewnątrz, wiemy jednak, że udzielili światu lekcji, jak może wyglądać dobra edukacja ufundowana na dyskusji. A także – spójrzcie na Marksa, Freuda i Einsteina – nauczyli nas czegoś o potężnej figurze ojca, pokoleniowym buncie i przeformułowaniu starych prawd.

Do pewnego stopnia, powiadamy, ponieważ bunt ma swoje granice. Nie możecie odrzucić wszystkiego, co wiąże się z Bogiem, wiarą i Torą. Jeśli tak uczynicie, będziecie przekreśleni. Nawet gdybyście byli tak błyskotliwym i wybitnym mężem, jak Elisza ben Abuja, upadły geniusz Miszny, który stał się poganinem. Jego imię zostało wymazane. Zaczekajcie jednak: przecież Elisza był zbyt wielkim uczonym, żeby dało się o nim tak całkiem zapomnieć. Wciąż jest cytowany. Jako acher, „tamten”.

To z kolei prowadzi nas do omówienia udziału Boga w rozlicznych biblijnych i talmudycznych historiach. Nawet niewierzący nie mogą zignorować zasadniczej roli, jaką Bóg pełni w tych opowieściach. Samotny Stwórca jest potężnym czynnikiem sprawczym – choć od pojawienia się Adama i Ewy nigdy nie będzie działał całkowicie na własną rękę. Ludzie zaczynają poruszać tryby historii – wraz z Wszechmogącym, albo sami, pod jego nieobecność. W Biblii, a zwłaszcza w Talmudzie, Bóg jest ojcem, lecz nie takim, jakim go postrzegają chrześcijanie. Jest ojcem wszystkich dzieci Izraela, a poprzez działający na wygnaniu swój żeński aspekt, szechinę, Bożą Obecność, trochę im nawet matkuje. Jednak przede wszystkim jest surowym i wymagającym Nauczycielem. Historia żydowskiego Boga to historia zmieniających się koncepcji ojcostwa: od starożytnego, wszechwiedzącego i często rozgniewanego Pana Zastępów, po ojca współczesnego, a właściwie jego brak, wyrażający się w płaczu osieroconych, pozbawionych wiary dzieci.

Teraz wiadomo, czemu w naszej książce zdecydowaliśmy się pisać o Wszechmogącym w konkretnym rodzaju, rodzaju męskim. Wielu Izraelczyków nie zdaje sobie sprawy, że istnieją w żydowskim świecie inne, postępowe liturgie, w których Bóg ma postać żeńską albo dwupłciową, albo w ogóle pozbawiony jest jakichkolwiek genderowych konotacji. Jednak nasza świecka perspektywa wyrasta z tego pokolenia nowoczesnych sceptyków, którzy – jak pisarz Szmuel Josef Agnon, o którym jeszcze będzie tu mowa – porzucali Boga-ojca. Czy inaczej: czuli się przez niego porzuceni.

Kiedy rabi Meir wezwał Eliszę ben Abuję do pokuty, ten odparł (siedząc na koniu w szabat!), że słyszał słowo Boże dobiegające zza zasłony: „Nawróćcie się, synowie przekorni (Jr 3,14) – ale nie acher”. Bóg, Ojciec i Nauczyciel, może wybaczyć wielu grzesznym synom, lecz nie Eliszy, który będąc przedtem tak blisko zgłębienia boskości, podważył samą koncepcję bóstwa. Dlatego Bóg porzucił swego ukochanego syna, aby zmarniał przed bramami niebios. Nie mógł nawet zesłać go do piekła, ponieważ Elisza był przecież uczonym w Torze.

Całe szczęście, są jeszcze bracia. Powiedziane jest w Talmudzie Babilońskim, że po śmierci Eliszy rabi Meir i rabi Jochanan tak zamotali sprawę, że gdy dzisiaj przewracacie karty traktatu Chagiga, konkretnie jego piętnastą stronicę (gdzie znajduje się wspomniana historia Eliszy), dusza grzesznego mędrca achera udaje się na spoczynek, prawdopodobnie w raju.

Wiele talmudycznych debat było całkowicie uprawomocnionych. Odnotowywano je z dumą. Judaizm dobrze znosi ducha rywalizacji – może dlatego, że po zakończeniu każdej dysputy jej uczestnicy rozchodzili się do domów, do żon i dzieci, do gorącej strawy na stole. Ich intelektualny świat był bez wątpienia całkowicie zmaskulinizowany, nie znali jednak celibatu i nie żyli po spartańsku.

Tak na marginesie: znane słowo „hucpa” (chucpa) wywodzi się od talmudycznego sformułowania bejt din chacuf, zuchwały sąd. Chodziło o dwuosobowy trybunał, który wydawał orzeczenia w sprawach finansowych wbrew opinii mędrców, którzy byli zdania, że sąd powinien składać się przynajmniej z trzech osób. Rzecz prosta, rabini toczyli spory, czy orzeczenia „zuchwałego sądu” są ważne, czy nie. Niektórzy uważali, że tak. Hucpa może irytować, ale będzie nam towarzyszyć.

Talmud jest piękny, kiedy z godnością znosi wielkie spory. Oto jedna z takich kuszących opowieści (bo jakże byśmy mogli nie przytoczyć tego smakowitego kąska z Talmudu?), o piecu Achinaja i Bogu, który postanowił wtrącić się do rabinicznej debaty – i został pokonany. Skomplikowana historia (TB, Bawa Metsija 59b) wije się jak wąż, nieraz może wprowadzić w błąd, no i kończy się klęską jednego z rabinów. Trudno. Jej sedno wciąż przemawia do współczesnego czytelnika:

Owego dnia rabi Eliezer wysunął wszystkie możliwe zarzuty, ale nie przyznano mu racji. Wtedy rzekł: „Jeśli halacha [prawo] zgadza się ze mną, to niech tego dowiedzie to drzewo świętojańskie”. I oto drzewo świętojańskie przesunęło się ze swego miejsca o sto łokci; niektórzy mówią: o czterysta łokci. Odparli na to: „Nie przeprowadza się dowodu z drzewa świętojańskiego”13.

Sam temat tej drobiazgowej dyskusji, który dotyczył pieca, a może na przykład węża, nie jest aż tak istotny. Fascynuje co innego: oto Bóg decyduje się interweniować i dokonuje licznych cudów, żeby wesprzeć rabiego Eliezera ben Horkanosa. Teraz dochodzimy do sedna opowieści: grupa rabinów uznała, że cuda nie mogą posłużyć jako argument w debacie.

Wtedy [Eliezer] rzekł: „Jeśli halacha zgadza się ze mną, to niech tego dowiedzie ta odnoga rzeki”. I oto odnoga rzeki cofnęła się. Odparli na to: „Nie przeprowadza się dowodu z odnogi rzeki”. Wtedy rzekł: „Jeśli halacha zgadza się ze mną, to niech tego dowiodą ściany akademii talmudycznej”. I oto ściany akademii pochyliły się i zagroziły runięciem. Wtedy rabi Jehoszua zakrzyknął na nie, mówiąc: „Kiedy uczeni spierają się o halachę, to co wam do tego!”.

Nieszczęsne ściany pozostały krzywe: „nie zawaliły się, z szacunku dla rabiego Jehoszuy, ale się też nie wyprostowały – z szacunku dla rabiego Eliezera; po dziś dzień stoją pochylone”. Lubimy tę anegdotę, bo objaśnia dwie rzeczy: na czym, wedle Talmudu, polega szacunek dla uczonego i co Talmud myśli na temat architektury. Ale wróćmy do głównego wątku.

Oto punkt kulminacyjny. Bóg podnosi głos i wspiera rabiego Eliezera:

Wtedy [Eliezer] rzekł: „Jeśli halacha zgadza się ze mną, to niech tego dowiodą niebiosa”. I oto odezwał się głos z nieba, który przemówił: „Co macie przeciwko rabiemu Eliezerowi? Halacha jest zawsze jak on”. Wtedy powstał rabi Jehoszua i rzekł: „Nie jest w niebiosach” (Pwt 30,12).

Jakże to brzemienny w skutki moment w historii żydowskiej myśli. Rabi Jehoszua to nasz Prometeusz. Nawet Talmud zatrzymuje się na chwilę, szukając słów.

Co to znaczy: „Nie jest w niebiosach”? Rabi Jeremiasz odrzekł: „Tora została już dana z góry Synaj. Nie zważamy na żaden głos niebieski, albowiem już na górze Synaj zapisałeś w Torze: «Wedle większości należy postanawiać» (Wj 23,2)”.

W tym momencie Tora należy do ludzi. W debacie większość przegłosowuje Wszechmogącego. Ni mniej, ni więcej.

Zastanawiacie się pewnie, jak Bóg przyjął ten ziemski werdykt. Rabini zapytali go, a odpowiedź znajduje się w tym samym traktacie:

Rabi Natan, spotkawszy proroka Eliasza, spytał go, co Święty, niech będzie błogosławiony, uczynił w owej godzinie. Ten odrzekł: „Uśmiechnął się skrycie i powiedział: «Moje dzieci mnie pokonały, moje dzieci mnie pokonały»”.

Jeśli mielibyście w swoim życiu przeczytać tylko jedną stronicę Talmudu, wybierzcie właśnie tę.

Większość spraw, które roztrząsa Talmud, jest nam, świeckim Izraelczykom, całkowicie obca. Duże partie tekstu są dla nas niedostępne – czy to dlatego, że napisano je po aramejsku, czy też z tego powodu, że wydają się atawistyczne, legalistyczne albo nazbyt drobiazgowe. Biblia, przeciwnie, pełna jest znajomych miejsc, zachwycających opisów przyrody i godnych podziwu typów ludzkich. Ponadto Talmud bywa często utożsamiany z religijnym i narodowym ekstremizmem. Dlatego większość świeckich Żydów – z nielicznymi wyjątkami – pozostawia go wierzącym i fanatykom.

Ale to właśnie Talmud, zwłaszcza fragment o piecu Achinaja, wytyczył radykalną nową drogę, porzucając biblijną zażyłość z Bogiem, kiedy można było liczyć na Jego interwencję. Piec Achinaja – jak błyskotliwie i zwięźle sformułował to Menachem Brinker w prywatnym liście do autorów – oznacza przejście od proroctwa ku egzegezie.

To epokowa chwila. Znika samotny prorok, który utrzymywał bezpośrednią łączność z Wszechmogącym. Pojawia się interpretator, który toczy nieprzerwaną rozmowę z innymi egzegetami i wykorzystuje własną inteligencję do lektury świętych tekstów, wreszcie otwartych na rozmaite odczytania. Abraham spierał się z Bogiem, Mojżesz wielokrotnie powtarzał Jego słowa. Rabini Miszny i Talmudu zajęci są określaniem znaczenia słów, rozwikływaniem sprzeczności, objaśnianiem tego, co powiedział Bóg, Abraham, Mojżesz, albo dyskutowaniem z nimi. Proroctwo ma charakter mistyczny, egzegeza jest ludzka. Tak ludzka, że jakakolwiek mistyczna interwencja jest niepożądana.

Mówiąc całkiem serio, żydowska miłość do książek wywodzi się właśnie z Talmudu:

Powiedziano o rabim Jochananie ben Zakaju, że przestudiował wszystko: Pismo, Misznę, Gemarę, halachę i hagadę, wszelakie niuanse zawarte w Torze i te, które są w Pismach, wnioski, analogie, rachuby wynikające z kalendarza, gematrie, rozmowy aniołów i rozmowy demonów, palm, powiedzonka praczek i bajki, które opowiadają sobie lisy, wielkie i małe sprawy… (TB, Suka 28a)

Ben Zakaj był jednym z najświetniejszych umysłów Talmudu. Lista lektur tego nienasyconego mędrca jest znacznie dłuższa, ale i tak wiemy, o co chodzi. Gdyby żył dzisiaj, przypominałby owego człowieka, który w opowiadaniu Woody’ego Allena „przeleciał Finnegans Wake na kolejce górskiej w Coney Island”14. Zwróćcie uwagę na eklektyzm: współczesny rabi Jochanan z równą rozkoszą pochłaniałby do porannej kawy Tołstoja i Toni Morrison, a czyniłby to, przeglądając jednocześnie wiadomości na dwóch portalach internetowych na swoim tablecie i studiując napisy na torebce z drugim śniadaniem. Znamy ten typ. Nie trzeba być rabinem (ani Żydem), żeby należeć do klubu.

Wyjaśnienie rabiego Jochanana było jednak równie pobożne, co jego lektury: „Abym darzyła miłujących mnie mieniem, i abym napełniała skarbce ich” (Przyp 8,21). Mamy tu skądinąd dobry przykład talmudycznego „hiperlinku”. Oto autor odsyła swoich dobrze wykształconych czytelników do Księgi Przypowieści Salomona, a konkretnie – do pochwały mądrości, która sama zwraca się do czytelników i mówi: „Lepsza bowiem mądrość nad korale, a żadne klejnoty nie dorównywają jej” (8,11). Jochanan dokonuje częstego dla Talmudu przesunięcia: mądrość, która w Przypowieściach Salomona ma charakter polityczny, legalistyczny i praktyczny, staje się mądrością talmudyczną, książkową. Zawiera się w książkach, we wszystkich ich rodzajach.

Jesteśmy pewni, że zastanawiacie się, cóż to takiego owe „rozmowy palm”? Sami chcielibyśmy wiedzieć, znaleźliśmy się tymczasem w dobrym towarzystwie, bo również Raszi, wielki komentator, nie miał pojęcia, o co chodzi. Inni egzegeci mówią nam jednak, że kiedy staniecie między dwiema palmami, które chylą się ku sobie, to w niezbyt wietrzny dzień być może usłyszycie, jak ich korony ze sobą rozmawiają. Cóż, cały świat jest tekstem.

Zróbmy dygresję i powiedzmy trochę o pozawerbalnych składnikach pamięci kulturowej. Nie wiemy, czy rozmowom palm rzeczywiście można przypisać jakiś sens, ale jesteśmy pewni, że tradycja nie składa się wyłącznie ze słów. Każda kultura odciska na swoich uczestnikach także znaki muzyczne, pewne obrazy i obyczaje. Żydzi nie stanowią tutaj wyjątku. Kulturowy słownik zawiera gesty, mimikę, znajome zapachy i smaki. Żydzi w diasporze mieli obowiązek pozostawić w swoich domostwach kawałek niepomalowanej ściany – na pamiątkę zburzenia Świątyni. Dzięki temu zwyczajowi nagi kamień stawał się słowem, a dom – księgą. Opowiadał historię tak długo, jak długo sam istniał. Podobnie talerz sederowy, pełen symbolicznych pokarmów, kolorową narracją uzupełnia słowa pesachowej Hagady. Nie będziemy się jednak w to zagłębiać i zwiedzać pozawerbalnych żydowskich bibliotek. Starczą nam słowa.

Płomienna miłość do tekstu, której wyrazicielem był Jochanan ben Zakaj, przerodziła się w długi i skomplikowany związek uczonych Żydów z ich słowem pisanym. O innym mędrcu, Jonatanie ben Uzielu, powiadano, że „kiedy siedział i studiował Torę, każdego ptaka, który przelatywał nad nim, pożerały płomienie” (TB, Suka 28a). Nie mamy tu do czynienia z dobrotliwym świętym Franciszkiem, który rozmawia ze zwierzątkami i ptaszkami. Płomienna żądza wiedzy łatwo mogła rozniecić ogień fanatyzmu. Albo przynajmniej być przyczyną tego, że mędrzec unikał ludzi. Rabi Jochanan podobno „przez całe swoje życie […] nie wypowiedział słowa, które nie miałoby związku z Torą, nigdy nie przeszedł czterech kroków bez nauki Tory albo bez tefilinu, i zawsze pierwszy stawiał się w domu nauki” (tamże).

Jest dosyć prawdopodobne, że mędrcy Talmudu nie byli miłymi ludźmi. Z rzadka, o ile w ogóle, słyszymy ich, jak prowadzą zwyczajne rozmowy. Nie zmienia to faktu, że byli chyba świetnymi nauczycielami. Ta konstatacja prowadzi nas znów do głównego tematu. Przyjrzyjmy się połączeniu dwóch funkcji: rodzica i nauczyciela. Miało ono, jak się zaraz okaże, zasadnicze znaczenie dla zachowania tekstualnej ciągłości Żydów.

Tradycyjne chrześcijaństwo rozdziela funkcję biologicznego rodzica i nauczyciela doktryny. Ksiądz nie może być waszym rodzicem – chyba że metaforycznie. Żaden chrześcijański Hillel Starszy nie mógł liczyć na to, że osobiście spłodzi swoich najlepszych uczniów. Co do nas, jesteśmy zdania, że przyjemniej jest, kiedy człowiek może nauczać własne potomstwo. Ale też nie idealizujmy: wyobraźmy sobie biednego rabina, jak próbuje skupić się w swojej małej izdebce pełnej wrzeszczących dzieci i wymyślić jakieś halachiczne orzeczenie. Dach przecieka, żona zrzędzi pod nosem. Czyżby nasz rabin nigdy nie zazdrościł sąsiadom, pulchnym mnichom siedzącym nieopodal w zacisznym klasztorze?

Nu azoj, cóż więc?, jak mawiano w jidysz w naszych rodzinnych stronach.

Zarówno w Biblii, jak w Talmudzie słowa ben (syn) i limed (nauczać) często występują w tym samym zdaniu. Z kolei rzeczowniki hore (rodzic) i more (nauczyciel) wywodzą się z tego samego gramatycznego rdzenia. Pisaliśmy już o tym, że talmudyczny nauczyciel często bywał ojcem swojego studenta. Jose ben Honi poczynił zrazu uroczą i przenikliwą uwagę (rzecz jasna, można się z nią nie zgadzać): „Człowiek zazdrości każdemu, z wyjątkiem własnego syna i ucznia” (TB, Sanhedryn 104b).

Żydowskie źródła pełne są wzmianek o ojcach-nauczycielach. Najsurowsi rabini okazywali się najczulszymi ojcami, kiedy tylko ich synowie uczynili coś, co było powodem do dumy. I odwrotnie, łagodny na ogół rodzic bywał niezwykle stanowczy, gdy w grę wchodziła nauka, a jego potomek (pamiętajmy: zazwyczaj trzylatek) miał iść do szkoły, żeby spędzać tam długie i ponure dni nad książkami.

Wyedukowana progenitura to klucz do przetrwania zbiorowości. Dzieci, tak chłopców, jak i dziewczynki (prawda: na różne sposoby, równość tu nie obowiązywała), wychowywano tak, by strzegły zbiorowej mądrości, której przybywało w ciągu pokoleń, i aby potrafiły przekazać ją dalej w postaci obyczajów, praktycznych umiejętności oraz opowieści. Nie jest to skądinąd wyłącznie żydowska przypadłość, ale uniwersalna ludzka tendencja: w synach i córkach dostrzegać tych, którzy kiedyś przejmą pałeczkę. Synowie marnotrawni i córki, które „zeszły na złą drogę”, nieletni buntownicy i wściekli młodziankowie – stanowią zagrożenie. Przez nich płomień pamięci zbiorowej może wygasnąć. Odwracają się od ojców i matek, przestają opowiadać historie.

Rozważcie jednak pewną żydowską osobliwość. Opowiadanie historii zostało całkiem wcześnie powiązane z tekstem pisanym. Nauczyciele uczyli z książek. Mądrość przekazywana z ust do ust przybrała postać kodeksu. Od starożytności ojcowie dysponowali gotowymi tekstami, które mogli odczytywać synom. Formułkę „z pokolenia na pokolenie” (Psalm 145) całkiem dosłownie ryto w kamieniu, zapisywano na papirusie, pergaminie, a wreszcie na papierze. Biblijne zalecenie „I opowiesz synowi twojemu…” (Wj 13,8; czasownik higid podkreśla, że chodzi o ustną opowieść) zostało zapisane, a tekst stał się częścią kanonu. Z Biblii trafiło do Talmudu Jerozolimskiego i Babilońskiego, potem powtórzył je Majmonides, ale przede wszystkim trwało w popularnej formie – w tekście Hagady.

Ta niewielka książeczka, czytana podczas wieczerzy w wigilię święta Pesach, wywodzi się z epoki Drugiej Świątyni, choć najstarsza wersja, jaką dysponujemy, pochodzi dopiero z X wieku ery chrześcijańskiej, z czasów urodzonego w Egipcie filozofa Saadii Gaona. Hagada stanowi zbiór starożytnych tekstów i średniowiecznych pieśni, dopiero co zapisanych. Samo słowo hagada