Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 379 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życiorysta - Janusz Rudnicki

 

 

Janusz Rudnicki, jeden z najważniejszych polskich pisarzy.

W swoich esejach bierze na warsztat rozmaite postaci z panteonu literatów, postaci historycznych, oryginałów: od Danuty Wałęsowej poprzez braci Grimm, Kafkę, aż po Hitlera. Tom szkiców biograficznych z osobistym autorskim wymiarem.

Opinie o ebooku Życiorysta - Janusz Rudnicki

Fragment ebooka Życiorysta - Janusz Rudnicki

Ja­nusz Rud­nic­ki

ŻYCIO­RY­STA

Co­py­ri­ght © by Ja­nusz Rud­nic­ki, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

W STRONĘ BIO­GRA­FII

Dia­bel­skie na­sie­nie

Ri­chard Wa­gner, Mein Le­ben

Jo­achim Köhler Der letz­te der Ti­ta­nen. Ri­chard Wa­gners Le­ben und Werk

Cla­as­sen Ver­lag, Mo­na­chium 2001

...baj­ka będzie długa. Był raz so­bie Ri­chard Wa­gner, co miał sieczkę w mózgu. Ale o nieszczęsnym tym człowie­ku po­tem, naprzód sko­czy­my so­bie na ple­cy jego mat­ce. Opłaca się, już cho­ciażby ze względu na burz­li­we dzie­je jej żądne­go przygód łona. Naprzód me­tre­sa, po­tem żona, po­tem żona nie­wier­na, a po­tem wdo­wa od sied­miu boleści i zno­wu żona.

Ofi­cjal­nie Jo­han­na Ro­si­ne Bertz uro­dziła się w roku 1778 nie­da­le­ko Lip­ska. Trzy in­for­ma­cje, praw­dzi­wa jed­na. Na­zy­wała się bar­dziej przaśnie, Pärtz, a lat odjęła so­bie czte­ry. Stoi również, że jej ro­dzi­ce mie­li być właści­cie­la­mi młyna, ciepło, ciepło, ale nie gorąco, byli so­bie pie­ka­rza­mi. Tak za­mo­tała życio­rys swój, tak po so­bie po­za­mia­tała, że do dziś (na przykład na ge­niu­smo­thers.com) fi­gu­ru­je jako córka księcia Con­stan­ti­na. A to było tak...

Ma lat piętnaście, kie­dy umie­ra jej mat­ka, pan pie­karz za­raz przy­pro­wa­dza so­bie do domu świeżą ba­gietkę, Ro­si­ne wy­trzy­mu­je z ma­cochą rok, po czym z domu się wy­pro­wa­dza, zni­ka wszyst­kim z oczu, na kil­ka do­brych lat. Za sprawą pew­ne­go księcia i ofi­ce­ra o na­zwi­sku Con­stan­tin von Sach­sen-We­imar, o którym Go­ethe po­wie­dział, że na de­fi­ladę woj­skową wyciągnie go tyl­ko dziw­ka, a o którym my dzi­siaj po­wie­my, że słowo „ruch” cho­dziło dla nie­go w pa­rze tyl­ko i wyłącznie ze słowem „fryk­cyj­ny”. Ro­zej­rzał się więc był książę z wy­so­kości ma­je­sta­tycz­ne­go ko­nia swe­go po oko­li­cy i wzrok mu na szes­naście lat młod­szej szes­nastolatce dęba stanął. I wyciągnął so­bie ją, Ro­sinę, czy­li Ro­dzynkę, z jej do­mo­we­go cia­sta. Zda­je się, że za przy­zwo­le­niem ojca, któremu rzu­cił za­pew­ne jakiś grosz za młode i ponętne ciało, w którym nie gościł jesz­cze żaden męski or­gan.

Nie była je­dyną, książę Con­stan­tin był ama­to­rem cias­ta z wie­lo­ma ro­dzyn­ka­mi, ale tak roz­miesz­czo­ny­mi, że nie wcho­dziły so­bie w tym ha­re­mie w drogę. Naszą umieścił był w Lip­sku, u pew­nej ma­da­me, która miała na­uczyć ją ele­men­tar­nych form dwor­skiej ety­kie­ty, lecz efektów nie do­cze­kał, po­nie­waż wziął i na­gle umarł. Zo­sta­wiw­szy roz­pro­szo­ne po oko­li­cy zdez­o­rien­to­wa­ne i bez­pańskie sie­rot­ki. Oraz cały zastęp ano­ni­mo­we­go po­tom­stwa. Ro­si­ne miała pe­cha, nie zaszła, więc nie mogła mieć rosz­czeń, rada książęca (za­sia­dał w niej Go­ethe) przy­znała jej nędzną od­prawkę i to by było na tyle, Fräule­in, masz lat dzie­więtnaście, radź so­bie te­raz sama.

I po­ra­dziła so­bie. Usiadła przed lu­strem i z czu­pry­ny swo­jej lu­do­wej, ze sku(n)dlo­nych włosów swo­ich uwiązała ele­ganc­ki kok. Ta­ki­mi oto dwo­ma ru­cha­mi: izbę, w której miesz­kała, za­mie­niła w „zakład wy­cho­waw­czy dla młodych ary­sto­kra­tek”, ko­chan­ka zaś w „księcia we­imar­skie­go”. Z którego później uczy­niła ojca chrzest­ne­go, awan­sując tym sa­mym do książęcej córki. Kon­takt z ro­dziną ze­rwała zupełnie i w ten sposób za­tarła ślady na ścieżce, po której dojść można by w jej bio­gra­fii do miej­sca z na­pi­sem „Ściśle taj­ne”. La­kier na ary­sto­kra­tycz­nej fry­zu­rze trzy­mał długo, po­dob­nie zresztą jak cu­kier pu­der na bio­gra­fii Wa­gne­ra. Pod­trzy­my­wał on, ten po­twor­ny snob, wersję mat­ki, twier­dził, że w żyłach jego płynie błękit­na krew, że jest ary­sto­kratą. W ogóle całą swoją au­to­bio­gra­fię, którą za­ty­tułował Mein Le­ben, pociął nożyca­mi au­to­cen­zo­ra tak, że na świat wyszła książka o wyglądzie le­d­wo trzy­mającej się na no­gach strzyżonej owcy. Wy­dat­nie po­ma­gała mu w tym dru­ga jego żona, Co­si­ma, pre­kur­sor­ka wstrzy­ki­wa­nia bo­tok­su przy ope­ra­cjach bio­gra­ficz­nych. Przez długie lata wa­gne­ro­boj­ni bio­gra­fiści utrzy­my­wa­li ich ka­no­niczną wersję, pękać zaczęła ona późno, do­pie­ro w dru­giej połowie XX wie­ku. Aż pękła całko­wi­cie pod piórem Jo­achi­ma Köhle­ra, w roku 2001 uka­zała się w Niem­czech cegła pod tytułem Ostat­ni z ty­tanów. Życie i dzieło Ri­char­da Wa­gne­ra.

Książka jak wiel­ka sza­fa, na te­mat kom­po­zy­to­ra nie brak w niej żad­nej półki. Łącznie z tymi naj­bar­dziej in­tym­ny­mi. Köhler po­da­je tak wie­le po­zy­cji źródłowych, że za­da­nie mam uprosz­czo­ne, nie muszę ska­kać po in­nych tytułach jak pi­ja­ny zając po ciem­nym le­sie. W Pol­sce uka­zała się ona już trzy lata później pod tytułem Ostat­ni z ty­tanów, w przekładzie Ro­ber­ta Resz­ke, ale wy­chodzę z założenia, że czy­tała ją tak nie­wiel­ka gru­pa czy­tel­ników, że wa­gne­ry­zo­wać mogę się do woli. I co z tego, że styl raz nie­co, po­wiedz­my, że oso­bli­wy, a raz głowę trza za­dzie­rać, bo tak pod­nios­ły. I że stra­ciłem pół go­dzi­ny na usta­le­nie chro­no­lo­gii wy­da­rzeń, bo za­miast „ośmio­let­ni ge­niusz”, jak w ory­gi­na­le, pada w pol­skim „osiem­na­sto­let­ni”. I tak nie będę myr­czeć (z cze­skie­go), po­nie­waż tłumacz wy­ko­nał pracę iście ty­ta­niczną, Hut ab!

Ro­si­ne ma lat dwa­dzieścia czte­ry i wy­cho­dzi za mąż, za ju­rystę z Lip­ska, Frie­dri­cha Wa­gne­ra. Frie­drich myśli, że poślu­bia ko­bietę dwu­dzie­sto­let­nią, o ary­sto­kra­tycz­nym po­cho­dze­niu, ale oka­zu­je się, że Ro­si­ne nie tyl­ko nie odróżnia Go­ethe­go od Schil­le­ra, ale na­wet nie wie, że ta­ko­wi ist­nie­ją. Trud­no, Frie­drich przełyka tę żabę, jego młoda żona ma inne przy­mio­ty, a mia­no­wi­cie: tem­pe­ra­ment, którym try­ska, urodę, którą urze­ka, i pro­sto­li­nij­ność, którą bawi.

Para za­miesz­ku­je w Lip­sku i wkrótce Ro­si­ne po­wi­ja, ro­dzi pierw­sze dziec­ko, ro­dzi dru­gie dziec­ko, ro­dzi trze­cie dziec­ko, ro­dzi czwar­te dziec­ko, ro­dzi piąte dziec­ko, ro­dzi szóste dziec­ko, ro­dzi siódme dziec­ko, ro­dzi ósme dziec­ko, a w roku 1813 ro­dzi dzie­wiąte, którym jest Ri­chard. Ro­si­ne ma wte­dy lat trzy­dzieści sie­dem, na por­tre­cie wygląda atrak­cyj­nie, oczy piękne i duże jak nie­bo nocą, na którym świecące kur­wi­ki w po­sta­ci gwiaz­dek. Por­tret ten wy­ko­nał Lu­dwig Gey­er (po nie­miec­ku brzmi jak „sęp”, a więc coś jak Lud-wik Sem­po­liński), bli­ski przy­ja­ciel Frie­dri­cha, jesz­cze bliższy przy­ja­ciel domu i tak bli­ski przy­ja­ciel Ro­si­ne, że do dziś nie­wy­jaśnio­na jest do końca kwe­stia oj­co­stwa Wa­gne­ra. Jakoś po­dej­rza­nie po­dob­ne jest do Lu­dwiga dziec­ko nu­mer dzie­sięć. Frie­drich tego kukułcze­go jaja nie do­cze­ku­je, umie­ra na­gle, kie­dy Ro­si­ne jest w czwar­tym mie­siącu ciąży.

Ri­chard ochrzczo­ny zo­sta­je jako Wa­gner, w wie­ku lat pół zo­sta­je półsie­rotą i na­zy­wa się Ri­chard Gey­er, a w wie­ku lat piętna­stu, zgod­nie z wolą własną, zno­wu na­zy­wa się Ri­chard Wa­gner.

Dzie­ciństwo ma mały Ri­chard ra­czej podłe, wy­cho­dzi mu ono usza­mi. Ciągnie mu za nie oj­czym lub oj­ciec. Boi się go, i ma rację. Ten ma­larz i ak­tor sto­su­je spe­cy­ficz­ne me­to­dy wy­cho­waw­cze, wo­bec całego sta­da dzie­ci ra­czej pobłażliwy, na nie­go jak­by się za­wziął. Wa­gner do końca życia pamiętał będzie wielką, żelazną lalkę, którą ten po­sta­wił w spiżarni, żeby od­uczyć go w niej łaso­wać. Star­sze sio­stry pamiętają jedną scenę, stoją pod drzwia­mi i płaczą, bo za nimi Lu­dwig Gey­er tłucze swe­go pa­sier­ba lub syna ba­ci­kiem, który ten kupił so­bie za parę skra­dzio­nych ze skar­bon­ki sio­stry gro­szy.

Za uszy ciągnie go też mat­ka i jest to je­dy­ny kon­takt cie­le­sny, jaki z nią ma. Z tą „oschłą ko­bietą w czep­ku”, tak ją za­pa­miętuje. Trzy­mała go na dy­stans, jak­by był trędo­wa­ty. A dziec­ko chciało tu­le­nia, piesz­cze­nia chciało dziec­ko, pocałunków, cmok­nięć. A tu nic, przerębla, zim­na Zośka. I ciągle te wy­jaz­dy, te roz­sta­nia, mat­ka i Lu­dwig rzu­cają nim po bliższej i dal­szej oko­li­cy jak psem. Na przykład kie­dy ma lat sie­dem. Miesz­kają w Dreźnie, jest tak trud­ny i zner­wi­co­wa­ny, że wysyłają go na rok pod opiekę pa­sto­ra, na wieś. Do domu jeździ tyl­ko na fe­rie, jeździ lub idzie, ktoś mu tam to­wa­rzy­szy, ma trzy go­dzi­ny na pie­chotę. Kie­dy musi wra­cać do pa­sto­ra, po­pa­da w stan odrętwie­nia, za do­mem tęs­kni jak Ro­bin­son Cru­soe, pierw­szy jego i je­dy­ny wte­dy przy­ja­ciel, to­wa­rzysz w cier­pie­niu.

We wrześniu 1821 Lu­dwig Gey­er kładzie się do łóżka i już z nie­go nie wsta­je. Umie­ra, gruźlica, po Ri­char­da wysyłają gońca, mat­ka pro­si, aby za­grał coś umie­rającemu na for­te­pia­nie, uczy się do­pie­ro, więc coś tam plum­ka, a po­tem śmierć na­pa­wa go ta­kim lękiem, że nie umie na­wet płakać. Myśli, że te­raz wróci do domu, do mat­ki, ta­kie­go wała. Już w dzień po­grze­bu pa­stor za­bie­ra go z po­wro­tem na wieś, a stamtąd następne­go dnia bie­rze go do sie­bie, do miej­sco­wości Eisle­ben, brat zmarłego, złotnik, na prak­tykę. Uczy się u ko­lej­ne­go pa­stora i ter­mi­nu­je w warsz­ta­cie u wuj­ka. Ma ter­mi­no­wać, za­miast tego ucie­ka na ryby, łowi je dla bab­ci. I ćwi­czy ta­niec na li­nie, za­fa­scy­no­wa­li go węd­row­ni akro­ba­ci.

Mija dzie­więć mie­sięcy i Jaś Wędrow­ni­czek ru­sza w ko­lejną wędrówkę. Po­dają go so­bie jak cegłę, po­zby­wają się go jak brzyd­kie­go kaczątka, jak czar­nej owiecz­ki. Te­raz bie­rze go do sie­bie Adolf Wa­gner, brat zmarłego Frie­dri­cha. I już po paru dniach nie wy­trzy­mu­je, od­da­je go ja­kiejś tam szwa­gier­ce, bo Ri­chard, bojąc się przed­miotów mar­twych, że ożyją, krzy­czy ze stra­chu w dzień i dręczo­ny kosz­ma­ra­mi krzy­czy ze stra­chu w nocy.

Z ro­dzeństwem nic go nie wiąże, ani w dzie­ciństwie, ani w młodości, ani po­tem, ważna jest je­dy­nie Ro­sa­lie. Ona pierw­sza, naj­star­sza z całej ple­ja­dy, on przed­ostat­ni. Dzie­li ich lat dzie­sięć, łączy wie­le, po­ma­ga mu, opie­ku­je się nim, a po­tem, kie­dy sta­je się znaną ak­torką, wspie­ra go w ka­rie­rze mu­zy­ka. Anioł w jego życiu, a po­tem Gwiaz­da Wie­czor­na w jego twórczości, która wska­zu­je mu drogę wyjścia z otchłani śmier­ci, ale mnie jego twórczość kom­po­zy­tor­ska, jego dra­ma­ty mu­zycz­ne i ich reżyse­ria nie ob­chodzą tu w ogóle. Jego pu­bli­cy­sty­ka również. Z jed­nym istot­nym wyjątkiem, którym będzie tekst spłod­zo­ny przez nie­go pod tytułem Żydo­stwo w mu­zy­ce. Mnie ob­cho­dzi on sam i jego dzień po­wsze­dni, na­wet okru­chy tego dnia. Za którymi węszę po ośmiu­set stro­nach Ostat­nie­go ty­ta­na jak szczur.

Nie ob­cho­dzi mnie więc, że Wa­gner w szki­cach do Par­si­fa­la uwo­dzi­cielkę wy­obraża so­bie „w nie­dba­le na­rzu­co­nej suk­ni, z włosa­mi w nieładzie”, bo taki właśnie ro­ze­ro­ty­zo­wa­ny por­tret Ro­sa­lie pięćdzie­siąt lat wcześniej na­ma­lo­wał Lu­dwig Gey­er, ob­cho­dzi mnie, że oj­czym ten ad­o­ro­wał ją już ocho­czo, za­nim ją ocho­czo za­adop­to­wał. „Czu­le miłował ją oj­czym, na­zy­wający ją swym «dusz­kiem»”. To właśnie ten styl tłuma­cza oso­bli­wy, ale nic to, nic to, tu cho­dzi o rzecz ka­ry­godną, tu cho­dzi, no nie bójmy się słów, o pe­do­fi­lię, a przy­najm­niej silną jej su­ge­stię. Kom­ple­men­to­wał ją już w swo­jej do­mo­rosłej po­ezji, kie­dy miała lat trzy­naście, za­raz też zajął się jej wy­kształce­niem, i w wie­ku lat piętna­stu Ro­sa­lie stała już na sce­nie na własnych no­gach. Grała po­tem Ofe­lię i Małgo­rzatę, zro­biła ka­rierę, ale naj­ważniej­szym był dla niej on, oj­czym, a dla nie­go naj­ważniej­sza była ona, pa­sier­bi­ca, którą jakoż wte­dy ero­tycz­nie spor­tretował on, a nie, jak później sądzi­li bio­gra­fo­wie, pa­sierb (lub syn) Wa­gner. To ją za­bie­rał ko­chający Lu­dwig na to­urnée, a nie żonę, Ro­sinę (cho­dziła już w czep­ku), i to ona była u jego boku, kie­dy zaczął cho­ro­wać... Do cze­go ja w su­mie zmie­rzam? Ano do tego, żeby zo­ba­czyć so­bie całą tę ro­dzinę z lotu: oto przy­ja­ciel żyje z żoną przy­ja­ciela, pod jedną kołdrą i da­chem, żona nie ma nic prze­ciw­ko temu, wręcz prze­ciw­nie, zacho­dzi w dzie­wiątą ciążę, nie wiedząc z kim, następnie zacho­dzi w dzie­siątą, te­raz już wiedząc, że z ko­chan­kiem, następnie mąż umie­ra i głową ro­dziny sta­je się ko­cha­nek. Czas so­bie trochę leci, dzie­ci rosną, a szczególnie jed­no, i pa­sierb za­mie­nia matkę na córkę. I w tym wszyst­kim zner­wi­co­wa­ny, na­przy­krzający się wszyst­kim lit­tle Ri­chard, nad którym ro­dzi­ce łamią so­bie głowę, kom­bi­nując, jak się go po­zbyć... No do­bra, te­raz za­dzie­ram kiecę i lecę.

Lat dzie­więć, powrót do domu, Dre­zno, szkoła. W szko­le igno­ro­wa­ny, bo mały i nie­wy­da­rzo­ny. Robi wszyst­ko, żeby zwrócić na sie­bie uwagę. Nie­na­tu­ral­nie głośno mówi na przykład. Wszędzie go pełno na przykład. Efekt: opędzają się od nie­go jak od mu­chy. (Tak będzie przez lata, z pierw­szy­mi kom­po­zy­cja­mi również, próby i porażki. Z pierw­szy­mi dziewczętami również. Ale on jak wańka-wstańka).

Lat piętnaście, Lipsk, przy­jazd do Adol­fa Wa­gne­ra, wuj­ka. Ten prze­ka­zu­je mu bi­blio­tekę ojca (lub oj­czy­ma), akt do­niosły wiel­ce. Ri­chard de­cy­du­je się na zmianę na­zwi­ska, umarł Gey­er, niech żyje Wa­gner! Wuj pod­wi­ja rękawy i zastępuje mu szkołę, bo w niej kłopo­ty. Otwie­ra mu głowę i pa­ku­je w nią pełne łopa­ty pod­staw fi­lo­lo­gii kla­sycz­nej, Szek­spi­ra, Go­ethe­go i całą tę ple­jadę, po czym łopatę odkłada, bie­rze taczkę i ładu­je do środ­ka tony nie­miec­kie­go ide­ali­zmu, czy­taj: duch nie­miec­ki to król świa­ta, za­try­um­fu­je on wcześniej czy później nad ra­chi­tyczną, im­por­to­waną i de­ka­dencką er­satz­kul­turą. Następnie głowę za­my­ka mu na trzy spu­sty i klu­cze wy­rzu­ca do Białej El­ste­ry, żeby utonęły w niej na za­wsze, i utonęły, nie­miec­ki duch za­try­um­fuje nad Wa­gnerem tak, że już po jego śmier­ci przeżre się on na­wet ro­ba­kom.

Lat dwa­dzieścia, Würzburg, po­byt u jed­ne­go z bra­ci, już jako zna­ny w miarę au­tor. Wszyst­kie wcześniej­sze zbliżenia cie­le­sne ro­dza­jem za­wra­ca­nia dupy lub ręko­dziel­nic­twa, tu do­pie­ro pierw­szy, pełny, strze­li­sty akt miłosny, z Fre­de­ri­ke Ga­lva­ni, z po­cho­dze­nia Włoszką. Z oka­zji dwóchset­le­cia uro­dzin w maju 2013 w cen­trum mia­sta, za­raz pod Szpi­ta­lem Miesz­czańskim, uro­czy­ste odsłonięcie ta­bli­cy pamiątko­wej z na­pi­sem: In unse­ren Stadt hat 1833 Ri­chard Wa­gner zum er­sten­mal hi­ne­ine­ja­ku­liert, czy­li: „W na­szym mieście w roku 1833 Ri­chard Wa­gner po raz pierw­szy eja­ku­lo­wał do środ­ka”.

Lat dwa­dzieścia je­den i dwa, ze sce­ny rzu­ca na nie­go urok Wil­hel­mi­ne Pla­ner, ak­tor­ka fe­to­wa­na. Za­ko­chują się w so­bie, ale z pamięcią, bo nie będą do sie­bie pa­so­wać. W skrócie, on chciał miłości, ona sta­tecz­ności, on sze­ro­kich wód, ona przy­sta­ni, on muzy i ko­chan­ki, ona dy­ry­gen­ta i utrzy­man­ka, on bo­skie­go wia­tru, ona so­lid­nych żagli. Poza tym on parę lat młod­szy, dla­te­go wkrótce ona przej­mie rolę star­szej sio­stry, a później umrze, na­wet nie wia­do­mo gdzie, wia­do­mo, że w nędzy i w sa­mot­ności. Ale na ra­zie oni na bani, czy­taj: za­ko­cha­ni. Na ra­zie ona, Min­na (od Wil­hel­mi­na), po­ma­ga mu w ka­rie­rze mu­zycz­nej, ona po­ma­ga mu w od­pra­wia­niu wie­rzy­cie­li, bo on goły i zaciąga długi, gdzie może, ona, uwa­ga, kie­dy za­my­ka się w po­ko­ju, żeby nikt go nie wi­dział, wcho­dzi i całuje po mat­czy­ne­mu to słynne, czer­wo­ne zna­mię, które od cza­su do cza­su wy­ska­ku­je mu na twa­rzy, i ona, to ważne, nie od­ma­wia mu, dzie­li z nim łoże, kie­dy tyl­ko mu się za­chce. Pro­blem w tym, że dzie­li też to łoże z in­ny­mi, pod wa­run­kiem że hoj­ny­mi. Me­ce­na­sa­mi te­atru lub ary­sto­kra­ta­mi. Wa­gner nie może jej za­pew­nić sta­tu­su god­ne­go diwy, więc za­pew­nia go so­bie sama, poza tym, no umówmy się, jej Ro­meo nie­cie­ka­wej jest apa­ry­cji i po­stu­ry. Wa­gner smaży się w ogniu za­zdrości, okres na­rze­czeństwa przedłuża się, ona tra­ci cier­pli­wość, ucie­ka od nie­go, do Ber­li­na, on po­pa­da w obłęd, pi­sze, że za­bi­je sie­bie, po­tem się roz­myśla, chce zabić ją, po­tem się roz­myśla, za­kli­na, żeby wróciła, ona wra­ca. I le­d­wo się utrzy­mują na pełnym mo­rzu namiętności, w dziu­ra­wej łódce na wzbu­rzo­nych fa­lach, z le­wej bur­ty za­zdrość, z pra­wej bur­ty wściekłość, po­za­bi­ja­li­by się wiosłami, gdy­by je mie­li.

Lat dwa­dzieścia trzy. Zo­sta­je jej mężem, w Królew­cu, w dniu ślubu kłócą się, on in­ge­ru­je w jej strój, in­te­re­sują go ko­bie­ce fatałasz­ki, ta in­for­ma­cja jest ważna.

Są w Kłaj­pe­dzie, ona, ciągle jesz­cze piękna i po­dzi­wia­na, utrzy­mu­je go, miał rację, kie­dy pisał do niej wcześniej: „Je­stem po­twor­kiem, zsza­rzałym i sczer­niałym liściem w ziel­ni­ku Twe­go życia, nie­udacz­ni­kiem”.

Są zno­wu w Królew­cu, scen małżeńskich ciąg dal­szy, on ucie­ka przed wie­rzy­cie­la­mi, ona przed nim, z po­wodów jak wyżej. Min­na go zdra­dza, on sza­le­je, wy­zy­wa ją po no­cach od naj­gor­szych, a po­tem klęka przed nią i płacze, i prze­pra­sza. Świad­kiem tego piekła jest Na­tha­lie, młod­sza sio­stra Min­ny w wer­sji ofi­cjal­nej, po­tem okaże się, że to jego pa­sier­bi­ca, bo Min­na uro­dziła dziec­ko, sama jesz­cze dziec­kiem będąc. I tak lecą ich noce i dnie, aż jed­ne­go z nich Wa­gner wra­ca z próby do domu głodny jak świ­nia, a stół pu­sty. Rozgląda się, kuch­nia też pu­sta, je­den pokój, dru­gi, pu­sto, i mówi po pol­sku, bo znał parę słów: „Co jest, kur­wa?!”. I w pościg za nimi, bo uciekły, aż do Dre­zna, tam się godzą, po­tem zno­wu kłócą, aż w końcu Wa­gner bie­rze bat i pi­sto­let i pędzi do ho­te­lu, w którym ko­lej­ny ko­cha­nek, któremu uda­je się uciec, no i tak to.

Lat dwa­dzieścia sześć, Wa­gner tra­ci ko­lejną pracę i nie ma szans na spłatę długów. Ucie­kają z Rygi, kie­ru­nek Paryż, mia­sto bez wie­rzy­cie­li, podróż nie­bez­piecz­na, bo ci re­kwi­rują Wa­gnerowi pasz­port. W ta­jem­ni­cy wy­prze­dają me­ble i wy­ru­szają, przez zie­loną gra­nicę. Pru­sy mi­jają, ale pod Królew­cem dyliżans wy­wra­ca się i Min­na tra­ci ciążę, jak na chodzący bank sper­my przy­stało, nie wia­do­mo z kim. Jako pasażero­wie na czar­no, na żaglow­cu siedzą jakiś czas pod pokładem, w oko­li­cach zam­ku Hel­singör (Ham­let) sztorm, w ka­ju­cie cier­pią na prze­mian, raz na ata­ki lęku, raz na cho­robę morską, sta­tek tra­ci rufę, chro­nią się na wy­brzeżu nor­we­skim, zno­wu wypływają, zno­wu szturm, taki, że ka­pi­tan tra­ci orien­tację, sta­tek wy­pa­da z kur­su, a ra­zem z nim ku­fer Min­ny ze srebrną za­stawą. Cała podróż trwa mie­siąc, miała trwać ty­dzień.

W Paryżu Wa­gner ka­rie­ry mu­zycz­nej nie robi, i słusznie, słaby jest jesz­cze i wtórny, sta­je się za to wir­tu­ozem w sztu­ce wyłudza­nia i pożycza­nia pie­niędzy. Albo sto­su­je me­todę dro­gich leków, bez których umrze, albo gro­zi mu więzie­nie, albo już w więzie­niu sie­dzi. Kłamie tak za­wzięcie, że sam w to za­czy­na wie­rzyć, w au­to­bio­gra­fii Moje życie pi­sze o la­tach nędzy i głodu w Paryżu, gówno praw­da.

Po­zna­je Fran­cisz­ka Lisz­ta, do swo­je­go pa­ry­skie­go kółka przyj­mu­je go He­in­rich He­ine, udzie­la mu na­wet pożycz­ki. Bawi go ten mały, ga­da­tli­wy człowiek, mówiący spiesz­nie i bez prze­rwy, rękami i no­ga­mi. Wa­gner bro­ni go w nie­miec­kiej pra­sie, za­rzu­ca Niem­com, że ska­za­li na ba­nicję „najświet­niej­sze na­zwi­sko na­szej li­te­ra­tu­ry”. W ar­ty­kułach posługu­je się jego pi­kant­nym sty­lem, z jego tekstów przej­mie po­tem mi­to­lo­gicz­nych bo­ha­terów (Święty Gra­al, Par­si­fal, Tri­stan, Izol­da, Wal­ki­rie...) i po­roz­sta­wia na swo­jej ko­smo­lo­gicz­nej sce­nie. Na­wet jego La­tający Ho­len­der to też in­spi­ra­cja hi­sto­rią, którą opo­wie­dział mu He­ine. Wa­gner, jak na małost­kową mendę przy­stało, wszyst­kie­go się po­tem wy­prze, nie będzie mógł prze­cież przy­znać, że cała jego pan­ger­mańska świąty­nia stoi na żydow­skich fun­da­men­tach.

Lat trzy­dzieści pięć, umie­ra się mat­ce. Wy­obraża so­bie, że bie­rze ją do sie­bie jej książę. Wa­gne­ra to nie ob­cho­dzi zupełnie, już wcześniej, na jej sześćdzie­siąte czwar­te uro­dzi­ny, w liście do jed­nej z sióstr wy­rod­ny syn na­pi­sze, że le­piej trzy­mać się od niej z da­le­ka, bo jest jak wi­rus, roz­no­si złe plot­ki. Brzy­dzi się jej „na­prawdę po­twor­nym skąpstwem i ego­izmem”, tak w ory­gi­na­le, w pol­skim tłuma­cze­niu jej „ohydną am­bicją”, what the fuck?!

Lat trzy­dzieści sie­dem. Do­sta­je an­ty­se­mic­kiej, pa­to­lo­gicz­nej aler­gii, opętany nie­miec­kim me­sja­ni­zmem z jed­nej i chy­ba jed­nak stra­chem przed kon­ku­rencją w mu­zy­ce z dru­giej stro­ny pi­sze opu­bli­ko­wa­ny ano­ni­mo­wo pam­flet Żydzi w mu­zy­ce („Neue Ze­it­schrift für Mu­sik”). Po­moc­ne mu były pi­sma Feu­er­ba­cha, który zakałę ludz­kości, ołowia­ne­go człowie­ka liczbę porównał so­bie do „nie­po­so­lo­nej macy żydow­skiej”. Ser­wuję z sa­me­go tek­stu i z tu i tam roz­pro­szo­nych wy­po­wie­dzi.

Żyda wygląd zewnętrzny: odrażający. Jego mowa: głośna, prze­ni­kli­wa, bucząca. Jego mo­dli­twa: gul­go­ta­nie, jodłowa­nie i pa­pla­nie. Jego pie­niądze: lep­kie od krwi po­ko­leń, dzięki nim ten potwór za­garnął władzę i prze­niknął społeczeństwo nie­miec­kie.

Żyd jest przeklęty, bo zabił miłującego ludz­kość bo­ha­te­ra słonecz­ne­go i zawłasz­czył dzie­dzic­two świa­to­we. Żydo­stwo i sztu­ka to woda i ogień, bo ju­da­izm to re­li­gia ego­izmu. Żyd po­wi­nien mieć za­kaz wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du mu­zy­ka.

Za cały fi­nan­so­wy syf od­po­wie­dzial­na jest ary­sto­kra­cja, urzędni­cy i Żyd, ten wijący się węgorz. Znik­nie on z po­wierzch­ni zie­mi, jak Sy­bil­la, doj­dzie do „wy­zwo­le­nia ro­dza­ju ludz­kie­go”. Te wszyst­kie głosy więc w obro­nie Wag­nera, ja­ko­by fa­szyści mie­li­by dopuścić się nad­in­ter­pre­ta­cji jego an­ty­se­mi­ty­zmu o dupę roztrząść, ten półobłąka­niec był pre­kur­so­rem osta­tecz­ne­go roz­wiąza­nia kwe­stii żydow­skiej. On su­ge­ru­je zagładę, już wte­dy. Je­den z jego później­szych fanów za­pi­sze w dzien­ni­ku po lek­tu­rze Mo­je­go życia: „Tę książkę musi czy­tać co roku każdy młody ar­ty­sta, który chciałby zwątpić w ten świat. To jest źródło od­wa­gi, wy­trwałości i siły prze­trwa­nia. Dla­cze­go mie­li­byśmy zwątpić, gdy w tym roz­chwia­nym cza­sie aku­rat nam nie wie­dzie się naj­le­piej, jeśli taki ge­niusz jak Wa­gner nie stra­cił od­wa­gi”. Go­eb­bels nie zwątpił.

Na sta­rość, kie­dy an­ty­se­mi­tyzm w Niem­czech prze­kształca się w po­pu­lar­ny ruch, dum­ny jest z tego, że jego tek­sty dały jemu początek, snu­je pla­ny wy­gna­nia Żydów z nie­miec­kich ziem, pi­sze ar­ty­kuł Po­znaj sie­bie sa­me­go, w którym su­ge­ru­je, że osta­tecz­ne roz­wiąza­nie pro­ble­mu żydow­skie­go leży w rękach Niemców.

Lat pra­wie czter­dzieści, drgaw­ki kon­wul­syj­ne małżeństwa z Minną. Pro­po­nu­je jej wspa­niałomyślnie połowę apa­naży, które udało mu się wy­cyc­kać od zamężnej, ale za­ko­cha­nej w nim wiel­bi­ciel­ki (Jes­sie Laus­sot), którą ma­try­mo­nial­nie wo­dzi za nos.

Miesz­ka w Zu­ry­chu, sam, na ba­ni­cji. Była Wio­sna Ludów, był po stro­nie re­wo­lu­cji, kie­dy wróci po amne­stii do Nie­miec, sta­nie się po­wier­ni­kiem i przy­ja­cie­lem króla Ba­wa­rii Lu­dwi­ka II, za­go­rzałego kon­ser­wa­ty­sty, ale to pół bie­dy, idio­ty, ja­kie­go w hi­sto­rii tronów ze świecą szu­kać. Na ra­zie więc w Zu­ry­chu sam, ale ota­cza­ny co­raz większą ilością wiel­bi­cie­li. Uwiel­bia luk­sus, prze­pych. Jego bu­du­ar to szma­rag­do­wa or­gia, ak­sa­mit i je­dwab, a on sam w zie­lo­nym ki­mo­no, jak raj­ski pta­szek. Uwięzio­ny w klat­ce cho­rującego ciała. Sys­tem tra­wien­ny mu sia­da, żyje, jak by to po­wie­dzie­li w Kędzie­rzy­nie, między Scyllą a Cha­rybdą, to­jest, między za­twar­dze­niem a wzdęciem, jak­by wszyst­kie dzi­siej­sze re­kla­my w pol­skiej TV jemu były de­dy­ko­wa­ne. W brzu­chu piekło, na no­gach żyla­ki he­mo­ro­idal­ne, na twa­rzy róża. Kie­dy po­ja­wia się prześla­dujące go od dzie­ciństwa zna­mię na po­licz­ku, w które całowała go Min­na, puch­nie mu nos i war­gi. Na wiosnę roku 1851, jak to na wiosnę, róża roz­kwi­ta tak buj­nie, że roz­ple­nia się po całym cie­le, Wa­gner wygląda jak wyjęty z wa­zo­nu. Ra­tun­ku przed zakaźną wy­sypką szu­ka w wan­nie, bie­rze „kąpie­le w siar­ce” i te­raz go widzę dokład­nie, tego diabła wcie­lo­ne­go, widzę, jak z wan­ny wy­sta­je mu ogon.

No i ner­wy, ru­ina kom­plet­na, nad­wrażliwość, hek­tycz­ność, wy­bu­chy złości, bez­sen­ność, tar­za­nie się w po­cie włas­-nym. Po­ma­ga mu szam­pan, a kie­dy prze­sta­je wy­star­czać, prze­rzu­ca się na mik­sturę na ba­zie opium (lau­da­num), którą in­spi­ru­je się też Char­les Bau­de­la­ire. Przyj­mo­wać ją będzie do końca, nie re­zy­gnując da­lej z szam­pana i ko­nia­ku, oto źródło jego słyn­nych, chro­nicz­nych stanów eks­ta­tycz­nych. W jed­nym z listów na­pi­sze: „w rze­czy sa­mej czuję się do­brze je­dy­nie wte­dy, gdy wy­chodzę z sie­bie”. Wy­cho­dził tak często, że pra­wie nie wra­cał, kie­dy od­wie­dził go Liszt, z radości przez kwa­drans płakał i śmiał się jed­no­cześnie, a po­tem kil­ka­dzie­siąt razy dzien­nie rzu­cał mu się na szyję. A kie­dy to nie wy­star­czało, ta­rzał się po zie­mi. „Cu­dow­ne kro­pel­ki” prze­rwały czte­ro­let­ni okres twórcze­go kry­zy­su, osiągał sta­ny som­nam­bu­licz­ne, nie­sio­ny na fa­lach opium za­pi­sał szu­miące fale Renu, tak zro­dził się dra­mat ko­smicz­ny Pierścień Ni­be­lun­ga. Au­tor bio­gra­fii: „To, co następne stu­le­cie miało określić mia­nem doświad­cze­nia psy­cho­de­licz­ne­go, już w 1853 roku było ka­ta­li­za­to­rem kre­atyw­ności Ri­char­da Wa­gne­ra”.

Lat czter­dzieści i czte­ry, miesz­ka zno­wu z Minną, ta już poważnie cho­ru­je na ser­ce. Miesz­ka, nie żyje, Min­na ma za­kaz wstępu do sy­pial­ni, do której wstęp wol­ny ma Ma­thil­de We­sen­donck, ko­chan­ka i me­ce­na­ska. Po­tem wyjeżdża z nią do We­ne­cji, miesz­ka i kom­po­nu­je w go­tyc­kim gma­chu, ścia­ny po­kryć każe czer­wo­ny­mi ta­pe­ta­mi, do sy­pial­ni wsta­wić żela­zne łoże, do sa­lo­nu for­te­pian, o którym mówi „mój łabędź”. Sce­ne­ria jak z Twin Pe­aks, on w sa­mym środ­ku, two­rzy, zno­wu cier­piąc, woda pit­na w We­ne­cji ata­ku­je mu sys­tem tra­wien­ny, na no­dze robi mu się czy­rak, w dzien­ni­ku no­tu­je wiel­kość, jak „mo­ne­ta dwu­fran­ko­wa”, i głębokość, jak „mo­ne­ta czte­ro­gro­szo­wa”. Mu­siał przy­mie­rzać.

Lat czter­dzieści sie­dem, zno­wu w Paryżu. Wy­naj­mu­je dom z ogro­dem, płaci z góry za trzy lata. Ścia­ny każe obić różowym je­dwa­biem, wzdłuż gzym­su je­dwab­ne róże, na su­fi­cie gir­lan­dy. Jak w bur­de­lu, jeśli dodać wszech­obec­ny za­pach olej­ku różane­go. Jego kom­na­ta nie­dostępna dla gości, osłonięta kur­ty­na­mi z je­dwa­biu da­ma­sceńskie­go, zno­wu różowe gir­lan­dy, łóżko du­bel­to­we z po­dusz­ka­mi z ka­cze­go pu­chu, na su­fi­cie wiel­kie lu­stro. I on w tym wszyst­kim, jak ko­ko­ta, jak kur­ty­za­na, jak la­fi­ryn­da, jak pri­ma­don­na. Jak ma­da­me de Pom­pa­do­ur. W fatałasz­kach. W liście do służącej, za­po­wia­dając powrót do domu, pro­si, aby roz­py­liła „fla­kon naj­lep­szych pach­ni­deł”, i pyta, czy „różowe maj­tecz­ki są już go­to­we”? Nie służącej, jego. Ma­estro pod­ko­chi­wał się w pan­ta­lo­nach ob­szy­tych ko­ronką. Cała jego gar­de­ro­ba, z je­dwa­biu, pełna była chwościków i różyczek. Sam przy­go­to­wy­wał wy­kro­je, re­gu­lar­nie abo­no­wał żurna­le pa­ry­skie. Wy­obrażam so­bie jego wdzięczące się po­zy­cje do lu­stra na su­fi­cie, tak już po pro­stu miała, ta na­sza nie­sfor­na Ry­sia. Prze­bie­rał się tyl­ko wte­dy, kie­dy był sam, jeśli złapała go na tym Min­na, tłuma­czył, że bawi się w sza­ra­dy. Po­tem, już w Bay­reuth z drugą żoną, na zamówie­niach ko­bie­cych strojów łącznie z hal­ka­mi pisał, że to dla Co­si­my.

Min­na zde­gra­do­wa­na zo­sta­je do roli go­spo­dy­ni, seks? Może za­po­mnieć. Jesz­cze długo nie, a po­tem wca­le. Le­karz jej za­bro­nił, za na­mową podstępne­go Wa­gne­ra, ze względów zdro­wot­nych. Pro­gram obo­wiązków małżeńskich skur­czył się do zera.

Co­raz częściej od­wie­dza go Co­si­ma, przyj­mu­je ją na par­te­rze, Min­na sie­dzieć musi na piętrze, w Zu­ry­chu, z Ma­thildą, było od­wrot­nie, nie mogła wcho­dzić na górę.

Co­si­ma jest córką Lisz­ta, Wa­gner uwiel­bia Lisz­ta, zra­zu. Po­tem mniej, nie miał ani jed­ne­go przy­ja­cie­la, wo­bec którego byłby lo­jal­ny. Z całej twórczości au­to­ra Rap­so­dii Węgier­skich naj­bar­dziej po­do­bały mu się jego córki. Zaczął już wcześniej, od piętna­sto­let­niej pa­sier­bi­cy (Ma­rie von Wit­t­gen­ste­in), ale cho­le­ra wie, kie­dy dokład­nie i w ja­kim mieście, jest mniej więcej połowa XIX wie­ku, oni wszy­scy skaczą wte­dy po Eu­ro­pie jak ping-pon­gi w bębnie ma­szy­ny lo­sującej, a au­tor bio­gra­fii nie za­wsze kwa­pi się z lo­ka­li­zacją. Wokół Ma­rie za­ta­czał co­raz węższe kręgi, ale jako pod­sta­rzały już trochę ka­ra­kan nie miał szans, więc odpłynął. I za­raz roz­pięte swo­je żagle skie­ro­wał na Lisz­ta córkę następną, na­tu­ralną, choć ta już mężatka, ale nic to. Da­rem­ne pod­cho­dy, z przy­czyn jak wyżej, aż w końcu osia­da na trze­ciej z ko­lei, na Co­si­mie, z le­we­go łoża, choć ta już mężatka, ale nic to. I nie ma pojęcia, na ja­kiej to osiądzie mie­liźnie.

Co­si­ma wygląda jak grusz­ka w oc­cie, cera żółta, nos długi. Po­tem, z bie­giem lat, za­mie­ni się w sam ocet. Na ra­zie Ri­chard od­bi­ja ją mężowi, Han­so­wi von Bülow (dy­ry­gent i pia­ni­sta). Hans sza­le­je z za­zdrości, a oj­ciec, Liszt, sza­le­je z wściekłości, bo sam za­aranżował to małżeństwo córce, ale nic to nie po­ma­ga. Wa­gner, po dwu­dzie­stu dzie­więciu la­tach małżeństwa, ro­zej­dzie się z Minną, następnie Co­si­ma ro­zej­dzie się ze swo­im Han­sem, a po­tem (1870) ten pierw­szy żeni się z tą drugą, o dwa­dzieścia czte­ry lata młodszą i już, ta­kie to pro­ste, że poza­zdrościć.

Lat pięćdzie­siąt je­den, wpro­wa­dza się do oka­załej wil­li w Mo­na­chium, jest na utrzy­ma­niu Lu­dwi­ka II, jego fi­nan­so­we ta­ra­pa­ty kończą się raz na za­wsze. Wysławia go pod nie­bio­sa i de­ifi­ku­je, na­wet wte­dy, kie­dy ten znie­wieściały ho­mo­sek­su­ali­sta posiłki spożywa w to­wa­rzy­stwie białego ko­nia i pa­ra­du­je w ko­stiu­mie białego łabędzia. Sto­su­nek między nim a do­bro­czyńcą jego określa jako „nie­zna­ny w hi­sto­rii związek miłosny”, cho­ciaż wie, że „Baj­ko­wy Król” to nie­po­czy­tal­ny kre­tyn (jako taki właśnie słusznie po­zba­wio­ny zo­sta­nie tro­nu).

Wa­gner nu­rza się więc w po­li­ty­ce, wy­pie­ra się swo­jej przeszłości re­wo­lu­cyj­nej i sym­pa­ty­zu­je z mo­nar­chią i kle­ry­ka­li­zmem. Swe­mu słudze każe zwra­cać się do sie­bie „Wa­sza Łaska­wość”. Na dwo­rze knu­je, in­try­gu­je ze wszyst­ki­mi i prze­ciw­ko wszyst­kim, a kie­dy król nie chce zwol­nić ja­kie­goś tam mi­ni­stra, szan­tażuje Lu­dwi­ka (praw­do­po­dob­nie ujaw­nie­niem skłonności do so­do­mii). Ten jed­nak nie ule­ga, Wa­gner do­sta­je na­kaz opusz­cze­nia Ba­wa­rii i jego rola ura­to­wa­nia i wskrze­sze­nia wiel­kich Nie­miec za po­mocą nie­go sa­me­go kończy się.

Lat pięćdzie­siąt dwa, sta­je się po raz pierw­szy oj­cem. Pal­ma wiel­kości od­bi­ja mu już zupełnie, po­wie Co­si­mie, że „Duch Święty pragnął, bym otrzy­mał od cie­bie syna”. Im człowiek mniej­szy, tym ma­nia wiel­kości większa. To on, Wa­gner, czu­je się jak narzędzie he­glow­skie­go du­cha świa­ta, on jest punk­tem kul­mi­na­cyj­nym całego pro­ce­su roz­wo­ju ludz­kości, to on, jak Chry­stus, roz­pięty jest „na krzyżu idei nie­miec­kiej”. A kom­po­zy­to­rzy, tacy na przykład jak ta prze­chrzta Men­dels­sohn, umie­rają z zawiści po usłysze­niu jego kom­po­zy­cji. Tak twier­dził na se­rio ten osza­lały, naj­większy fan sie­bie sa­me­go. I to świat, nie on, Wa­gner, musi przy­sto­so­wać się do nie­go, Wa­gnera. Z jed­nym wyjątkiem, Co­si­my. Ta ko­stycz­na, to­por­na, bi­go­te­ryj­na, mdła, za­ciekła wąsko­to­ro­wa dre­zy­na i po­zo­rant­ka ręce swe za­mie­ni na se­ka­tor i wy­tnie z jego bio­gra­fii, z tego roz­bu­cha­ne­go, cho­re­go na soki własne żywopłotu wszyst­kie jego na dzi­ko od­ra­stające pędy. Spa­li dużą część listów, ocen­zu­ru­je jego dzien­ni­ki, po­tnie jego wypo­wiedzi, wszyst­ko po to, żeby zo­stał po nim po­mnik ze spiżu, dla po­tom­nych.

Wa­gner zga­dzał się na wszyst­ko, wo­bec niej był spo­leg­liwy jak grób, jest prze­cież cza­sa­mi tak, za­uważa in­te­li­gent­nie au­tor, że górujący nad ko­bie­ta­mi mężczyźni pod­porządko­wują się im właśnie dla­te­go, że nad nimi górują.

Na jed­nym ze zdjęć ona, zgar­bio­na nie­co, sie­dzi, on stoi. Jak­by się wy­pro­sto­wała, mógłby ją pocałować w czoło, Co­si­ma jest wyższa piętnaście cen­ty­metrów. Ona jak de­ska do pra­so­wa­nia, on jak żelaz­ko. Któregoś dnia de­ska po­wie­działa stop, ko­niec tego, nie będziesz już po mnie tyle jeździło. Tak, Co­si­ma zażyczyła so­bie, że so­bie sek­su nie życzy. Seks nie li­co­wał z jej li­cem, co­raz bar­dziej pobożnym i bi­go­te­ryj­nym, więc pożycie sek­sualne zre­du­ko­wała do mi­ni­mum i apo­stoł miłości cie­le­snej zo­stał na su­chym lo­dzie jej zim­ne­go ciała.

Lat sześćdzie­siąt je­den i więcej, prze­pro­wa­dzają się do Bay­reuth, jest królem własne­go ope­ro­we­go Olim­pu. Jest czczo­ny i uwiel­bia­ny, z wyjątka­mi, na śmierć i życie kłóci się z Nie­tz­schem. O wszyst­ko, Nie­tz­sche­go rażą jego wiel­ko­pańskie ma­nie­ry, a Wa­gner po­dej­rze­wa Nie­tz­sche­go o pe­de­ra­stię, cze­go ten nie może przeżyć. Nie może też znieść Co­si­my, jej wpływ na Wa­gnera uważa za zgub­ny, przez nią smak Wa­gnera „zniżył się do po­zio­mu ka­to­lic­kich in­stynktów”. Co­si­ma wy­kreśla go z dzien­ników własnych i Wa­gnera, strąca w nie­byt, su­ge­ru­je też mężowi, że Nie­tz­sche może być Izra­elitą. To de­wo­cyj­ne bab­sko z piekła ro­dem tak za­cho­dzi fi­lo­zo­fo­wi za skórę, że ten już w zakładzie psy­chia­trycz­nym w Je­nie wy­zna­je do pro­to­kołu, że „spro­wa­dziła mnie tu moja żona, Co­si­ma Wa­gner”.

Lat sześćdzie­siąt pięć, Wa­gner sta­je się co­raz większą górą cier­pie­nia. Kości go bolą (reu­ma­tyzm), lu­zują się je­li­ta, ciąży mu prze­pu­kli­na, w żołądku sza­le­je ka­tar lub wzdęcia, w od­by­cie he­mo­ro­idy, skórę zżerają mu czy­ra­ki, na twa­rzy zno­wu wy­kwi­ta róża. Do­chodzą skur­cze mięśnia ser­co­we­go, za­po­wia­da­ne przez sen­sa­cje żołądko­we, si­nie­je wte­dy i ma­cha jak opętany rękami. Po­ma­ga so­bie „kro­pla­mi opiu­mo­wy­mi”, ale to one właśnie stają się jego zgubą, za­bi­ja swo­je ciało na raty.

Pije na umór, rok przed śmier­cią na próbie do Par­si­fa­la jest tak za­la­ny, że omal nie wpa­da do kanału or­kie­stro­wego.

Męczy się, jesz­cze trochę, a uniósłby się w po­wie­trze i pękł jak ba­lon, lecz nie na­tchnio­ny własną twórczością, ale potężną ilością gazów w żołądku i je­li­tach. Jego le­karz za­le­ca mu złą dietę, re­zul­tat jest taki, że sam do­star­cza ciału ma­te­riału do przy­spie­szo­ne­go pro­ce­su fer­men­ta­cji.

Lat sześćdzie­siąt dzie­więć, z całą ro­dziną wyjeżdża do We­ne­cji, wy­naj­mu­je apar­ta­ment z kil­ku­na­sto­ma po­ko­ja­mi, do dys­po­zy­cji ma dwóch gon­do­lierów. W sza­fie dro­go­cen­ne płasz­cze z bro­ka­tu i je­dwa­biu, każdy ma nazwę od miej­sca jego oper. Nosi też płaszcz z zie­lo­ne­go za­mszu, wygląda jak Fi­ga­ro, „jego włosy far­bo­wa­ne na biało w od­cie­niu sre­brzy­stym mie­nią się szma­rag­do­wo”.

W dzień śmier­ci mówi: „muszę na sie­bie uważać”. W łóżku Co­si­ma ściąga mu z głowy jego duży, ak­sa­mit­ny be­ret. Nie chce już żad­nych okładów, do­cho­dzi do rup­tu­ry pra­wej ko­mo­ry ser­ca, wy­pa­da mu ze­ga­rek, mówi: „Mój ze­ga­rek!”, i to są jego ostat­nie słowa.

Wdo­wa wcześniej uzgad­nia z mężem, że umrze wraz z nim, ogra­ni­cza się jed­nak do ścięcia włosów. Następnie, pa­ra­dując w jego ak­sa­mit­nym be­re­cie, stop­nio­wo przej­mu­je wszyst­kie jego funk­cje i wkrótce sta­je się sze­fową fe­sti­wa­lu w Bay­reuth. Wa­gne­ra cho­wa za do­mem, tam gdzie po­grze­ba­no ulu­bio­ne jego psy. I tam zgnił do końca człowiek, który kie­dyś miał osiem lat, łowił dla bab­ci ryby, kon­kret­nie ru­dzi­ki, i tańczył nie­zdar­nie na li­nie.

Sa­mobójstwo Han­ne­lo­re Kohl

He­ri­bert Schwan, Die Frau an se­iner Se­ite.

Le­ben und Le­iden der Han­ne­lo­re Kohl

(pol. Ko­bie­ta u jego boku. Życie i cier­pie­nie Han­ne­lo­re Kohl)

Hey­ne, München 2011

To było po­nad 10 lat temu, a pamiętam, co pomyślałem, kie­dy po jej śmier­ci zo­ba­czyłem okładkę „Ti­ta­ni­ca”: pomyś­lałem mia­no­wi­cie: „o kur­wa”. Po­wie­dzieć, że „Ti­ta­nic” to ma­ga­zyn sa­ty­rycz­ny, to mało. To anar­chi­zujący, nie­rzad­ko wście­kle in­te­li­gent­ny po­li­tycz­ny per­for­man­ce. (Nie­daw­no uka­zało się w nim za­baw­ne zda­nie w liście do re­dak­cji: „Te­zie, że łatwiej po­wie­dzieć, niż zro­bić, za­prze­cza język pol­ski”). Tak więc: na okładce Hel­mut Kohl jako świeżo upie­czo­ny wdo­wiec, z trochę lu­bieżnym wy­ra­zem twa­rzy i pod­pi­sem „Sin­giel roku”. Wy­pa­dli z koła czy nie? W sen­sie rzu­tu młotem lub dys­kiem.

Stoję w księgar­ni, trzy­mam w ręku nową o niej książkę i myślę, kupić czy nie? Okrop­na okładka, ta jej fry­zu­ra jak fale Du­na­ju. Ta biżute­ria, ta jej głowa wspar­ta na dłoni, ta ręka łokciem wspar­ta na fo­te­lu. Je­stem damą, szla­chetną, mądrą i wy­ro­zu­miałą, i piękną je­stem. Zdjęcie jak z wy­sta­wy zakładu fo­to­gra­ficz­ne­go w mieście, które dum­ne jest z sa­me­go tyl­ko fak­tu, że nim jest. Prze­rzu­cam, kart­kuję, styl jesz­cze gor­szy od okładki, ja­kieś re­fe­ren­cje w CV po­mie­sza­ne z ta­ki­mi kwiat­ka­mi jak „naj­uko­chańszy oj­ciec, po­nad wszyst­ko uko­cha­ne dzie­ci...”. Co robić z ta­kim fan­tem? Za dwa­dzieścia euro?

Ku­puję, ze względu na Koh­la. Ze względu na jego wy­lew krwi i życie na wózku in­wa­lidz­kim, któremu, ze względu na wagę pasażera, za­mon­to­wa­no do­dat­ko­wy aku­mu­la­tor. Kohl ma trud­ności z mówie­niem, lecz jest jesz­cze w pełni władz umysłowych.

Za oknem ostat­ni dzień lata, po­go­da w Luk­sem­bur­gu ba­jecz­na, po­nad dwa­dzieścia stop­ni, a ja z ołówkiem w ręku ślęczę nad książką. No to je­dzie­my (z tym kok­sem).

Püppi, mała Püppi! Locz­ki, oczki, cudo nie dziec­ko, płowowłosy aniołek. Püppi to, Püppi tam­to, każdy jej sa­mo­dziel­ny krok, każdy nowy ząbek skru­pu­lat­nie od­no­to­wy­wa­ny w dzien­ni­ku mat­ki. A po­tem każdy jej postęp w na­uce gry na for­te­pia­nie, a jakże, mat­ka była pustą jak wy­dmusz­ka, za­ko­chaną w po­zo­rach snobką.

Lata trzy­dzie­ste, miesz­kają w Bre­mie, a po­tem, po awan­sie ojca, w Lip­sku, w oka­załym, jak na wiel­ko­miesz­czaństwo przy­stało, miesz­ka­niu. Je­den dom, a w tym domu dru­gi, a w tym dru­gim trze­ci, bo tak, bo Püppi naprzód do­stała ol­brzy­mi do­mek dla la­lek, z ol­brzy­mimi lal­ka­mi (sztuk sześćdzie­siąt), a po­tem, pod cho­inkę, do­mek za­baw, wszyst­kie dzie­ci z sąsiedz­twa za­zdrościły, z me­bel­ka­mi, do­nicz­ka­mi na kwia­ty i drzwia­mi, do których wcho­dziła na stojąco, i do domu tego wsa­dziła do­mek la­lek, dla­te­go je­den dom, a w tym domu dru­gi i tak da­lej. A ro­we­rek trzy­kołowy? A wrot­ki, łyżwy, nar­ty? Wszyst­ko to tata, bo tata, Wil­helm Ren­ner, wzięty inżynier, mało był w domu i na wy­rzu­ty su­mie­nia kładł so­bie okłady z pre­zentów. Jeśli wy­ciecz­ka, to luk­su­so­wym kam­pe­rem, który sam za­pro­jek­to­wał, z lodówką w środ­ku już w roku 1938! Trzy­oso­bo­wa ro­dzi­na miała sprzątaczkę, praczkę, pra­so­waczkę i ro­zu­mie się, gu­wer­nantkę. Która była dla małej Han­ne­lo­re jak bie­gun południo­wy, ciepła i uczu­cia pełna. Bo mat­ka, Ire­ne, była jak bie­gun prze­ciw­legły, oschła, wy­niosła i zim­na jak stal, z której pro­du­ko­wa­no amu­nicję w kon­cer­nie zbro­je­nio­wym HA­SAG. Pro­dukcją tą kie­ro­wał z po­wo­dze­niem Wil­helm. I z po­wo­dze­niem piął się do góry, jego ka­rie­ra ros­ła pro­por­cjo­nal­nie do eks­pan­sji III Rze­szy na Eu­ropę. Na Polskę szczególnie, bo do Pol­ski właśnie dy­rek­tor kon­cer­nu wyjeżdżał co­raz częściej, fir­ma jego przejęła i roz­bu­do­wała trzy fa­bry­ki amu­nicji. Do NSDAP wstąpił już w roku 1933, parę dni po tym, jak stał się oj­cem. I jako prze­ko­na­ny i gor­li­wy na­zi­sta wy­trwał w swo­jej par­tii kon­se­kwent­nie do końca. Ro­dzi­na po nie­miec­ku jak z pa­pie­ro­wej wy­ci­nan­ki, ko­stycz­na, opętana dys­cy­pliną mat­ka i ob­da­ro­wujący dziec­ko pre­zentami oj­ciec, który za­miast stro­ju Mikołaja pa­ra­do­wał po domu w mun­du­rze SS-mana.

Wcze­sne dzie­ciństwo Han­ne­lo­re było jak z baj­ki, mała księżnicz­ka w kra­inie prze­py­chu. Pierw­sze co pamięta to syl­we­ster 1939, mogła wte­dy zo­stać dłużej i pa­trzeć na sztucz­ne ognie. Schron prze­ciw­lot­ni­czy mie­li w domu, fraj­da, cie­szyła się, kie­dy prze­pa­dały jej lek­cje, poza tym mog­ła bawić się tam, skacząc po dwu­piętro­wych łóżkach.

Na dzie­siąte uro­dzi­ny do­sta­je górę pre­zentów, wiel­kie przyjęcie dla dzie­ci z całej uli­cy... Wzmian­kuję o tych uro­dzi­nach tyl­ko dla­te­go, że wiem, że już za dwa lata sta­nie się coś strasz­ne­go. Mam nad wszyst­ki­mi po­sta­cia­mi z książki prze­wagę, wyświe­tlam so­bie scenę, w której Püppi pędzi w tym dniu na ro­we­rze i krzy­czy: „Z dro­gi, z dro­gi, dzie­ci śmie­ci, tu je­dzie Püppi, za dwa lata zgwałcą ją So­wie­ci!”.

Wil­helm Ren­ner co praw­da pro­chu nie wymyślił, ale za to, in­stru­ując swo­ich inżynierów, wal­nie przy­czy­nił się do po­wsta­nia bro­ni Pan­cer­faust. W roku 1944 kon­cer­no­wi HA­SAG udało się po­troić ich pro­dukcję, stały się one wzor­co­wym zakładem III Rze­szy. Ha­ro­wało w nich na trzy zmia­ny jesz­cze pod ko­niec woj­ny sześćdzie­siąt czte­ry tysiące nie­wol­ników, z tego czter­dzieści tysięcy cu­dzo­ziemców! Od­po­wie­dzial­nym za za­pew­nie­nie siły ro­bo­czej był „uko­cha­ny Pap­pi”, który do Lip­ska ściągał jeńców z obozów kon­cen­tra­cyj­nych, między in­ny­mi z Maj­dan­ka. Tak długo jak funk­cjo­no­wały ta­kie fa­bry­ki, tak długo Hi­tler pro­wa­dzić mógł wojnę. Tacy jak Wil­hem Ren­ner byli mo­to­rem napędo­wym wo­jen­nej ma­szy­ne­rii. Kawałkami puz­zli, które składały się na por­tret Hi­tlera.

Niem­cy pod na­lo­tem dy­wa­no­wym, palące się bom­by fos­fo­ro­we, tłumy ciągnące uli­ca­mi, wa­go­ny to­wa­ro­we na dwor­cu w Lip­sku pełne za­mar­z­niętych lu­dzi i ran­nych, umie­rających żołnie­rzy, tej apo­ka­lip­sy nie za­po­mni. Po­tem uciecz­ka z mia­sta, a po­tem gwałt, zbio­ro­wy, po którym wy­rzu­ci­li ją przez okno „jak wo­rek ce­men­tu”, Trau­ma podwójna, pamiętać będzie o tym z każdym bólem uszko­dzo­ne­go wte­dy kręgosłupa. Liczbę zgwałco­nych na te­re­nie Nie­miec ko­biet i nie­let­nich dziewcząt sza­cu­je się dzi­siaj na 1,9 mi­lio­na, jeśli tak, to Ar­mia Czer­wo­na czer­wo­na była również od krwi zgwałco­nych ofiar.

Po woj­nie, bida z nędzą, tułacz­ka, spa­nie po kątach. Uczy się za­sy­piać na ple­cach, a po­tem spać bez ru­chu, nie ob­ra­cając się, żeby nie prze­szka­dzać in­nym, ta „tech­ni­ka” zo­sta­je jej do końca życia.

Za­szy­wają się gdzieś na głębo­kiej pro­win­cji w stre­fie fran­cu­skiej, ojcu się uda­je, nie wyciągają go z jego szczu­rzej nory za fra­ki i nie sta­wiają przed sądem, cho­ciaż po­win­ni. Nie sądzę, żeby przez głowę przeszła mu kie­dy­kol­wiek myśl o tym, że za gwałt na córce od­po­wia­da w pew­nym sen­sie on sam.

W szko­le na­zy­wają ją „Naleśnik” (sze­ro­kie kości po­licz­ko­we), ma kom­plek­sy, za­my­ka się w so­bie, sta­je się nie­uf­na. Do­brze się uczy (języki obce), wyjeżdża na parę mie­sięcy do Paryża jako opie­kun­ka do dziec­ka, tam od­wie­dza ją Hel­mut, znają się już.