Wydawca: Novae Res Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 465 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie za życie - Magdalena Folta

Którą prawdę wybierasz?

Czy istnieje świat równoległy – drugi wymiar rzeczywistości? Dla bohaterów tej książki, terapeutki i jej niezwykłego pacjenta, znalezienie odpowiedzi na powyższe pytanie staje się kwestią fundamentalną. To od niej będzie zależało, jak potoczy się ich dalsze życie: czy będą umieli zaakceptować przeszłość i bez lęku spojrzeć w przyszłość.

Czy sny mogą być bardziej prawdziwe niż rzeczywistość? Gdzie leży granica między prawdą a obłędem? A może istnieje więcej niż jedna prawda?

Moje zmysły dawno czegoś takiego nie doświadczyły. Poprzez zawartą w książce tajemnicę, niepokojącą atmosferę oraz oniryczną konwencję, przekroczyłam granicę jawy i snu. I nadal zadaję sobie pytanie, czy to wszystko jest tylko efektem wyobraźni autorki?
Wioleta Sadowska, subiektywnieoksiazkach.pl

Intrygująca, tajemnicza, poruszająca. „Życie za życie” to niezwykła powieść z głębokim przesłaniem, która uczy postrzegania świata i ludzi takimi, jakimi są naprawdę.
Katarzyna Jóźwiak, www. bialynotes.pl

Magdalena Folta nie narzuca nam gotowych rozwiązań. Wręcz przeciwnie, skłania nas do tego, byśmy zastanowili się nad tym, czy faktycznie istnieje coś poza znaną nam rzeczywistością.
Maria Derejczyk-Zwierzyńska, www.czytelnia-mola-ksiazkowego.pl

"Zastanawiała się, co tak naprawdę ją do niej sprowadza.
– Herbaty? – Sabina już szła do kuchni, gdy pani Zosia złapała ją za przedramię.
– Proszę zaczekać.
Te oczy nie były spokojne. Jakby chciały hipnotyzować.
– Kuba to nie przypadek – powiedziała.
Sabina nie wiedziała, co znaczą te słowa.
– Nie rozumiem – rzekła.
– Kuba to klucz. – Zosia wciąż przygniatała ją wzrokiem.
– Proszę mówić jaśniej, pani Zosiu. – Sabina czuła ciarki na plecach. Ta wizyta zupełnie się jej nie podobała.
I padły słowa będące sednem:
– To przekaz od matki."

Opinie o ebooku Życie za życie - Magdalena Folta

Fragment ebooka Życie za życie - Magdalena Folta

PROLOG

„Są zjawiska i sytuacje, których rozum nie potrafi pojąć. Są na świecie sceptycy, ludzie, którzy wypierają wiarę nauką i odwrotnie. Są również ci, którzy nie zajmując żadnego stanowiska, doświadczają czegoś niesamowitego, co odmienia ich życie.

Jest to historia chłopca, który wprowadził niemały zamęt w pewnej rodzinie. Historia o tym, jak patrzył i umiał dostrzegać. Jak poruszył światem, mimo że był sam naprzeciw jego ogromu. Co zrobił i co po sobie zostawił?

Jest to historia, której fragmenty są intrygujące i naruszają granicę między tym, co realne, a tym, co niemożliwe.

A może prawdziwe?

Na to pytanie musicie odpowiedzieć sami…”

CZĘŚĆ I

I

Pamiętam to jak dziś, bo od tego wszystko się zaczęło…

– A teraz dam ci kartkę i długopis, napisz coś o sobie. Wróć do przeszłości i przedstaw to, co zapamiętałeś.

Obserwowałam go uważnie. Chciałam wybadać stan psychiczny i emocjonalny pacjenta. Był w trakcie terapii, którą wcześniej prowadziła inna osoba, jak się okazało, zbyt młoda, żeby coś wskórać. Natomiast ja… Moja obecność była jak zrządzenie losu – miałam zrobić sobie przerwę, myślałam nawet o wcześniejszej emeryturze… ale coś mnie tknęło.

Ten jeden jedyny – może ostatni – raz przyjechałam odwiedzić „stare śmieci”. Gdy weszłam do kliniki, dowiedziałam się o przypadku młodego Kuby. Mogłabym przysiąc, że gdy otworzyłam drzwi, jego oczy aż zaświeciły. Spojrzał na mnie tak przenikliwie, że poczułam się nieswojo. To przeważnie terapeuta jest tym, który „miażdży wzrokiem i panuje nad sytuacją”. Niestety… prócz tego jednego przejawu emocji na początku, był jak zamknięta księga – jakbym patrzyła na obraz, który nie wywołuje żadnych uczuć. Każde moje spojrzenie odbijało się od niego, nie mogąc przeniknąć w głąb skrywanych myśli. Coś ścisnęło mnie w żołądku… Czyżbym nie umiała do niego dotrzeć? Mój zapał jednak nie ustawał – nie byłam już na początku swojej kariery, ale nadal zależało mi tak jak wtedy, gdy dostałam pierwszego pacjenta… Miałam prawdziwe powołanie, nie było mowy o porażce.

W tej branży nie można postrzegać wykonywanej pracy wyłącznie w kontekście swojej pozycji na rynku czy zarobków… Według mnie to również sprawa honoru – ktoś musiał wygrać w tej walce – albo ja zniszczę wroga, czyli chorobę pacjenta, albo ona pokona mnie…

Zawahał się. Ostatecznie sięgnął po zestaw, który mu podsunęłam – jakby był niezdecydowany, którą ręką chwycić za długopis. Co z tobą, chłopcze… – pomyślałam. Patrzyłam, jak w końcu zaczyna wpisywać pierwsze słowa.

Miał odruch, który posiadają dzieci w szkole: jeśli ktoś patrzy w twoją kartkę, obrzuć go złowieszczym spojrzeniem i zasłoń ją. Zrobił to, po czym stawiając kropkę nad i swojego zachowania, odwrócił się do mnie plecami i zagłębił we własny tekst.

Niechętnie współpracował. Bardzo często tak bywa, gdy pacjent twierdzi, że nic mu nie dolega. Jakby cały świat próbował mu wmówić, że nie ma racji. Tak naprawdę kto lubi takie sytuacje? Jesteśmy skorzy do kłótni przy zwykłej wymianie poglądów, które nie mają punktu wspólnego. Co dopiero więc stawiać czoła wszystkim dookoła…?

Rozumiałam go, a przynajmniej z całego serca starałam się to zrobić.

Pierwszy raz zetknęłam się z historią Kuby, wertując wcześniej jego kartotekę. To nie było jednak wystarczające. Chciałam ją postrzegać inaczej – jego oczami. Czekałam cierpliwie, aż skończy pisać. Kiedy na zegarze wybiła godzina oznaczająca koniec naszej terapii, oddał mi papier. W tym samym momencie rozległo się pukanie. Mogłam uchodzić za rentgen, bo drzwi jeszcze się nie otworzyły, a już wiedziałam, że ujrzymy w progu jego matkę. Właściwie kobietę, która od niedawna doglądała go i dawała dach nad głową. Razem z mężem przygarnęła chłopca do siebie. Byli jeszcze na „okresie próbnym” swoich relacji.

Adopcja – wiele prawdziwie kochających rodzin tworzy się w ten sposób… Jakub nazywał tę panią „opiekunką”. Nie używał słowa „matka”. Nie dlatego, że nie czuł jeszcze miłości do tej kobiety, ale przez wzgląd na szacunek, jakim ją darzył. Nie chciał wypowiadać wyrazu „matka”, którym gardził. Ta kwestia była dla mnie istotnym tematem. Właściwie zagadką. Rodzice Jakuba zginęli w wypadku samochodowym, o czym doskonale wiedział. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego wypierał ich z serca.

 

Nie zdążyłam odczytać notatki Kuby, gdy do gabinetu wparowała zniecierpliwiona młoda kobieta – pani terapeutka, którą zastępowałam. Widziałam, że z przyjemnością podałaby mi płaszcz i wskazała drzwi do wyjścia.

Naturalne zachowanie nadgorliwej osoby, która dopiero co dorobiła się własnego miejsca w klinice – walczyła o nie jak lwica, mimo że na horyzoncie nie było zagrożenia, a ja dobrowolnie zdecydowałam się na emeryturę.

Nie chciałam komentować tej nieżyczliwej postawy. Wystarczył mi obraz niezadowolonej miny. Przecież całą godzinę siedziałam na jej fotelu i – nie daj Boże – kręciłam się na nim, jakbym była u siebie. Mimowolnie uśmiech wyskoczył mi na usta. Czy ja byłam taka sama w jej wieku?

– Pani już dziękuję – powiedziała z niepohamowaną wrogością, a ja w myślach dokończyłam dalszą część zdania, która w odczuwalny sposób zawisła między nami – „i wyłaź z mojego gabinetu”.

– Życzę powodzenia – starałam się odpowiedzieć dyplomatycznie, mimo że zupełnie co innego przeszło mi przez myśl.

 

Cieszyłam się, że zrobiłam własne notatki. Szanowna „pani doktor” nawet nie zechciała odczytać, co wyszczególniłam w sprawie Kuby. Jedynie włożyła dokumenty (które niemal wyrwała mi z ręki) do teczki, po czym przerzuciła stronicę swojego kajetu. Pojawiło się inne nazwisko – kolejnego pacjenta. Każdy z nich to tylko nowe zagadnienie, jedna godzina z ośmiu do przepracowania i następne zero doliczone do sumy na koncie bankowym.

Wyszłam z gabinetu, ale tego dnia cały czas miałam w głowie młodą terapeutkę. Dumnie stała na tle swoich osiągnięć uhonorowanych dyplomami. Była tak pewna siebie… Dopiero stawiała pierwsze kroki na drodze kariery. W mojej ocenie były nie do końca właściwe. Znacznie bardziej ekscytowała się pracą pod kątem zarobku niż sensu i faktycznej specyfiki zawodu. Pomijała najważniejszy fakt – że boryka się z problemami innych ludzi… W tym fachu trafia się na różne stany emocjonalne i niekiedy w rękach terapeuty leży życie pacjenta… Depresja, stany lękowe… Do tego rodzinne tragedie w połączeniu ze zbyt słabym charakterem i jest gotowy dramat. Mogłabym ją uświadomić, ale stwierdziłam, że powoli sama dojdzie do wszystkiego. Bez dwóch zdań potrzebowała sporo czasu, praktyki, doświadczenia i może niestety – o kilka za dużo – nieudanych prób pomocy. Jednak każdy uczy się na swoich błędach i nim nabierze wprawy, niejeden raz pogubi się w całej plątaninie emocji.

 

Nie byłam samotniczką, lubiłam towarzystwo i często wychodziłam z inicjatywą zaproszenia kilku znajomych na lampkę wina czy długie rozmowy. Tym razem nie miałam siły, by przygotowywać przekąski i zabawiać innych. Potrzebowałam wyciszenia, zebrania myśli i możliwości wgłębienia się w sprawę Kuby. Nie był oficjalnie moim pacjentem, ale zapiski, które sporządziłam, leżały na dnie torebki. Wymagały analizy rozpoznawczej. Była to prośba mojego eksprzełożonego…

Po spotkaniu, gdy wychodziłam z kliniki, oznajmił, że będą szukać doświadczonego terapeuty. Jeśli mogę, żebym oceniła wagę problemu. Wiedziałam, że miał na końcu języka, by zapytać, czy chciałabym się podjąć tej ostatniej terapii. Prosząc o diagnozę, już częściowo wprowadzał swój plan przydzielenia mnie do Jakuba. Znał mój charakter pod tym względem i miał świadomość, jak szybko angażuję się w sprawę.

Idąc wówczas do gabinetu, zastanawiałam się, dlaczego to robię. Doskonale wiedziałam, że to jedno spotkanie ma być przynętą. „Pułapka-zagrywka”, żebym to ja sama poprosiła o cykliczną terapię z Kubą. Chyba po prostu czułam, że chcę poznać tego chłopca. To było silniejsze ode mnie, a nawet od moich wcześniejszych rozważań na temat emerytury…

Najbardziej ryzykowne było to, że jeśli jednak odrzucę tę sprawę i przydzielą innego doktora, mimo wszystko będę chciała maczać w niej swoje palce. Skrzywiłam się na samą myśl podważania kompetencji innych. Wiedziałam, jak bardzo jest to niestosowne i nieprofesjonalne…

Nie mogłam zapomnieć chwili, gdy weszłam do gabinetu. Kiedy Jakub zobaczył mnie po raz pierwszy. Może ten błysk w oku był przejawem zaskoczenia. Nie wiedział, że zachodzi zmiana terapeuty i w drzwiach pojawi się ktoś nowy. Jednak nie dawało mi to spokoju, zwłaszcza że ja też poczułam się nieco dziwnie. Jakby uczucia zawirowały. Fala naprzemiennego ciepła i chłodu uderzała bez skrupułów. Wtedy nie zwróciłam na to uwagi. Zwykłe przejście z pomieszczenia do pomieszczenia. Klimatyzacja była włączona, nic więc dziwnego, że odczułam zmianę temperatury. Nie mogłam jednak zaprzeczyć, że chadzałam tamtędy tyle razy i nigdy nie zarejestrowałam podobnego doznania. Nalałam lampkę wina. Może nie był to czas na znajomych, ale kieliszek w dłoni wydawał się pasować idealnie do sytuacji.

 

Długa kąpiel zadziałała kojąco. Czułam, jak mięśnie powoli się rozluźniają, a ja zrzucam ciężar minionego dnia. Zadzwonił telefon, co było niczym kromka chleba spadająca masłem do podłogi – zawsze, po prostu zawsze musi być coś, co zakłóci chwilę dla siebie. Wyszłam i cała ociekająca wodą zostawiałam ślady na podłodze. Uśmiechnęłam się, myśląc, że gdyby Paweł – mój mąż – to widział, dostałabym reprymendę. Jego pedantyczne podejście do świata kiedyś działało mi na nerwy, później zaczęłam je doceniać, następnie szanować jako jedną z głównych cech jego charakteru, aż wreszcie zakochałam się bez pamięci…

Dawne czasy, ale wciąż na te wspomnienia serce uderzało trzy razy szybciej. Nie lubiłam, gdy wyjeżdżał, ale delegacje w jego branży były czymś naturalnym. Oboje byliśmy ambitni i stojąc na kościelnym kobiercu, patrząc sobie w oczy, dodawaliśmy w myślach klauzulę „oraz że będę akceptować twoją pracę do ostatniego dnia, gdy będzie dla ciebie tak ważna, jak dla mnie moja”.

Gdy biegłam do dźwięczącego aparatu, noga podwinęła mi się niebezpiecznie, powodując poślizg. Przytrzymałam się poręczy. Kiedy podniosłam słuchawkę, po drugiej stronie usłyszałam nieukrywane uczucie ulgi, okazane długim westchnieniem.

– Już myślałam, że nie ma pani w domu… – odezwał się cichy głos. (Może w domu byłam, ale czy to odpowiedni moment na rozmowy, gdy trzęsłam się z zimna? – ta myśl pojawiła się mimochodem, ale szybko odtrąciłam ją, skupiając się na sednie rozmowy).

– Przepraszam, z kim mam przyjemność? – zapytałam.

– Nie przedstawiłam się… Jestem matką, to znaczy opiekunką Jakuba. Chłopca, który dzisiaj…

– Tak, wiem – przerwałam jej w pół zdania, byłam zbyt ciekawa dalszej treści. – Czy coś się stało?

W międzyczasie zastanawiałam się, skąd rodzice Kuby mają mój numer telefonu. Ostatecznie uznałam, że nie jest to teraz najważniejsza kwestia.

– Właściwie to tak i nie. Nasz Kuba… on bardzo opornie współpracował z wcześniejszymi terapeutami… nie jest z nim dobrze, naprawdę się martwimy…

Wiedziałam, co zaraz usłyszę. Chcieli mnie prosić o pomoc. Może rozmawiali z moim byłym przełożonym, może Kuba tego chciał, może to ich pomysł… Nie było to dla mnie istotne – bardziej zaskakiwał mnie fakt, że w głębi serca już dawno podjęłam decyzję. Wcześniejsze rozważania i wahanie, czy zaangażować się w tę sprawę, występowały w roli przykrywki przed samą sobą. Pozory, ukrycie niekonsekwencji w działaniu w kwestii przejścia na emeryturę…

Z pracą przez życie i tak do grobowej deski, hm? – pomyślałam.

Z uśmiechem na twarzy przyjęłam, że wracam do zawodowej gry.

 

Zanim przyłożyłam głowę do poduszki, wyjęłam notatki sporządzone na terapii. Zauważyłam, że przejęłam po mężu nawyk pedantycznego dbania o każdy szczegół. Zwłaszcza w kwestii prowadzenia akt. Lubiłam, gdy papier, który trzymałam w rękach, miał przejrzysty i zrozumiały wyraz…

Żadnego chaosu – stanowiło to symbol tego, co chciałam zaoferować moim pacjentom. Sprawdzanie zapisków potraktowałam jako uhonorowanie dnia. To był ten moment, gdy człowiek zrobił wszystko, co musiał zrobić, a zanim odda się w krainę snu, ma jeszcze siłę na coś przyjemnego. Przynajmniej do chwili, kiedy oczy stają się zbyt ciężkie, aby z nimi walczyć i je utrzymać. Jak małe dziecko wyczekujące prezentów, tak samo ja czułam ekscytację, gdy otwierałam zagiętą kartkę, którą zapisał Kuba. Cały dzień zastanawiałam się, co na niej zobaczę. Jak opisał swoje dzieciństwo? Co było według niego godne poświęcenia uwagi, a co pominął? Co chciał wymazać z pamięci, a co intensywnie w niej tkwiło…?

Jakie było zdziwienie, gdy mój wzrok padł na kulfony, które dla mnie zostawił. Między nimi był krótki przekaz.

 

„Droga Pani,

Proszę zajrzeć w moje akta – co prawda nie stworzyłem albumu i zapomniałem o kartce, ale kilkakrotnie pisałem o sobie i mam tego powyżej dziurek w nosie. Wierzę, że znajdziemy nić porozumienia, ale nie tędy droga…

 

Pozdrawiam, zdrowy i pełen władz umysłowych – Jakub”

 

W pierwszym momencie zapanowała kompletna pustka w mojej głowie. Nie wiedziałam, o co chodzi z „albumem i kartką”, chłopak zupełnie zbił mnie z pantałyku. Dopiero chwilę później usilnie próbowałam uporządkować napływ przeróżnych emocji. Wskoczyły jednocześnie i niespodziewanie. Konsekwentnie zajmowały jeszcze niedawno istniejącą pustkę. Z dwojga złego, zawsze lepiej coś czuć niż błądzić w próżni. Nawet jeśli boli, przynajmniej wiesz, że żyjesz – pomyślałam.

Jeszcze raz skierowałam wzrok na końcówkę jego wypowiedzi. Nie mogłam powstrzymać unoszącego się kącika moich ust. „…pełen władz umysłowych…”

Uśmiechnęłam się. Z jednej strony wyczułam w tej wiadomości autentyczną prośbę, by wreszcie przestać używać wyuczonych sloganów: „napisz o sobie”, „powiedz, co cię gnębi”, „jak pamiętasz swoje dzieciństwo?”. Jakby próbował nakierować mnie na faktyczny problem.

Dlaczego więc nie wyjawił, z czym chciałby się do mnie zwrócić? Może bawiło go, że musiałam dostać się do sedna sprawy, pokonując labirynt zagadek. Za dużo analizujesz, przecież to wciąż dziecko – zganiłam się w myślach, co szybko sprowadziło mnie na ziemię. Bez przesady. Chyba za wcześnie na tworzenie teorii spiskowych.

Równocześnie nie mogłam wyzbyć się uczucia irytacji. Nie dlatego, że Kuba nie wykonał mojego polecenia i nie opisał się tak, jak prosiłam, ale poczułam się jak uczennica, która dostała reprymendę. Wytyczną, co robić, żeby było dobrze. Irytacja nie była dobrą oznaką… Stwierdziłam, że powinnam dać sobie chwilę wytchnienia. Nie chciałam się zdenerwować i stracić obiektywnego spojrzenia na sprawę. Jeszcze raz rzuciłam okiem na kartkę. Szybko ją jednak schowałam, bo samoistnie pojawiła się uwaga na temat jego tekstu, a raczej luźnej formy – jakby pisał do koleżanki, do której ma prawo zwracać się w tak swobodny sposób. Krótka adnotacja, zostawiona naprędce…

Zanim na dobre zasnęłam, zastanawiałam się, czy Jakub jest świadom tego, co próbuje tak intensywnie wypierać. Czy ma poczucie swojej choroby, czy uważa, że to tylko nasz bezpodstawny wymysł.

II

Przemierzając drogę prowadzącą do kliniki, odniosłam wrażenie, jakbym widziała to otoczenie w innej odsłonie. Chodząc tędy tyle razy, nie zwracałam na nic szczególnej uwagi. Tym razem – dla odmiany – poczułam się jak nowicjusz pierwszego dnia w pracy.

Przez ostatnie dwa miesiące byłam z dala od tego miejsca. Miałam podjąć decyzję odnośnie do emerytury, a Paweł delikatnie próbował powiedzieć, że czas w końcu zacząć żyć w oparciu o siebie nawzajem. Nie tylko praca i obowiązki. Mieliśmy oszczędności, które miały posłużyć na wstęp do nowego etapu życia. Kto by przypuszczał, że kilka tygodni później znów zaparkuję auto na swoim od dawna zarezerwowanym miejscu.

Idąc prężnym krokiem, rozmyślałam o pacjentach… właściwie o jednym i tym razem na pewno ostatnim. Po porannym telefonie od męża wyczułam, że był rozczarowany. Nie to chciał usłyszeć. Ale ja też nie przypuszczałam, że pojawi się Kuba. Zwłaszcza w dniu, gdy przyjadę pożegnać klinikę.

Plan Pawła po zakończonej delegacji również zakładał przejście na emeryturę. Wszystko pięknie zbiegłoby się w czasie i moglibyśmy wystartować w zaplanowaną trasę… Oboje uwielbialiśmy podróżować. Od zawsze marzyliśmy o zupełnie bezstresowej, beztroskiej wyprawie. Wtedy człowieka nie interesuje, co trzeba ugotować na obiad, czy zakupy są zrobione, rachunki zapłacone, a pranie wywieszone… Czasami każdy potrzebuje poczuć się naprawdę wolny. Dla jednych jest to pięć minut w swoim ogrodzie, dla innych czas spędzony z ukochaną osobą… Dla nas – zwiedzanie.

– Pani doktor! – Z zadumy wyrwał mnie głośny krzyk.

Obróciłam się i zobaczyłam mojego wciąż aktualnego przełożonego. Podbiegł z taką miną, jakby dopiero co otrzymał kupon o wartości okrągłej kwoty z sześcioma zerami. Skąd ten przyklejony uśmiech? – zastanawiałam się. –Czyżby nadal z ekscytacją przeżywał fakt, że przejęłam terapię Kuby?

W każdym razie traktował mój powrót jako swój sukces. Jakbym nie wiedziała, że próbował mną sterować. Uśmiechnęłam się do swoich myśli i nie chcąc psuć tej radosnej dla niego chwili, podałam rękę na powitanie.

Szliśmy ramię w ramię, rozmawiając o standardowych zagadnieniach związanych z liczbą obowiązków w nadchodzących godzinach pracy. Jeśli istnieje coś takiego jak ściąganie na siebie czyjegoś wzroku, to młoda pani terapeutka miała tę sztukę opanowaną do perfekcji. Wychodząc ze swojego auta, aż przystanęła na mój widok. Następnie obdarzyła mnie takim spojrzeniem, które automatycznie zatrzymało na niej mój wzrok. Nie wiedziałam, czy na pewno chciałam to widzieć: oburzenie wymieszane ze strachem, złość i pragnienie mordu tańczyły w jej oczach. Jak iskierki buchające z ognia. Dokładnie – w tym przypadku wywołałam ogień. Pożar właściwie. Moja obecność w biurze zdecydowanie nie mogła go ugasić. Nie chciałam podcinać nikomu skrzydeł i ingerować w rozwój kariery, dlatego też odmówiłam powrotu do mojego starego gabinetu, który obecnie zajęła młoda terapeutka. Wolałam zwykłe biurko we wspólnej sali. Nie zależało mi na własnych czterech ścianach, chciałam pomagać ludziom. Poza tym fakt, że miałam przed sobą ostatnią terapię, nie powodował uczucia zadomowienia – wręcz przeciwnie, czułam się zaledwie gościem.

Tego dnia przyjechałam zapoznać się z istniejącą już dokumentacją na temat Jakuba. Nie lubiłam czytać tego, co napisał ktoś inny. To tak, jakbym musiała zrozumieć jego myśli. Może ja inaczej interpretowałabym zachowanie chłopca? Niestety tak wyglądało „przejmowanie pacjenta”. Nie mogłam zaczynać od zera. Wtedy Kuba odniósłby wrażenie zatoczonego bezsensownie kręgu… Wszyscy terapeuci mają swoje indywidualne metody, podejście i pytania, ale pewne rzeczy się powielają. Jak chłopak słusznie zauważył, każdy próbował poznać jego wspomnienia. Poczułam, że popełniłam błąd, prosząc go o to samo. Miałam nadzieję, że nie stracił do mnie zaufania – do mnie jako terapeutki. Dla pacjenta świadomość, że czuwa nad nim ktoś wiarygodny i trzymający sytuację w ryzach, daje poczucie bezpieczeństwa. Wówczas chętniej wyjawia swoje skryte myśli.

Mimo że droga naszej terapii dopiero się zaczynała, akurat wtedy pomyślałam, że będzie wyboista.

 

Stukając energicznie do drzwi mojego dawnego gabinetu, usłyszałam szorstkie zaproszenie. Jakbym co najmniej wysyłała niewidoczne fluidy świadczące, że to akurat ja stoję za drzwiami. Przeszło mi przez myśl, że może ta kobieta nie tylko na mnie reaguje w ten sposób, a jest zwyczajnie nieuprzejmą, młodą i jeszcze nieopierzoną… panią doktor. Znów poczułam się rozbawiona jej zachowaniem. Weszłam i z uśmiechem powitałam „rywalkę”.

– Witam, pani doktor. – Chciałam jej oddać tym zwrotem szacunek, ale na widok skrzywionej miny zakończyłam przełamywanie lodów oziębłego traktowania.

– W jakiej sprawie pani do mnie przychodzi? – zapytała i nawet nie raczyła spojrzeć w moim kierunku.

Czasami los sprzyja temu, by w naturalny sposób utrzeć komuś nosa. Prawie podziękowałam mu za tę możliwość. Stanęłam tuż nad nieznośną panią terapeutką i patrząc z góry, powiedziałam stanowczym tonem:

– W związku z moim powrotem do kliniki, przyszłam po dokumentację Jakuba. Teraz ja się nim zajmę.

Po tym, jak wcześniejszego dnia wyrwała mi dokumenty z ręki, te słowa były dla niej jak policzek. Zrobiłam pauzę, aby napawać się miną „koleżanki”, po czym serdecznie docisnęłam w czułe miejsce:

– Sama pani rozumie, nie możemy brodzić w jednym miejscu. Liczy się reputacja firmy i, przede wszystkim, dobro naszych pacjentów.

To było tak, jakby powiedzieć komuś z uśmiechem na twarzy, że tego dnia wygląda wyjątkowo paskudnie. Jak nie lubię być zołzą, tak wtedy triumfowałam. Odnalazłam się w roli mojego przełożonego z rana – z kuponem na milion dolarów! Mogłam jedynie przypuszczać, co wtedy o mnie myślała. Musiałam ukrócić w ten sposób to, jak mnie traktowała. Nie zrobiłam ani nie miałam zamiaru robić jej krzywdy. Czasami trzeba komuś coś uświadomić, by zszedł na ziemię i poprawił się na przyszłość. Niekiedy można to zrobić po dobroci, niestety innym razem – w bardziej brutalny sposób. Nie lubiłam być złośliwa. Właściwie kibicowałam karierze młodej psychoterapeutki. Z taką ambicją mogła wiele osiągnąć.

Gdy wstała z krzesła, żeby znaleźć dokumentację, zauważyłam, że poczerwieniała ze złości. Nie wiedząc dlaczego, zrobiło mi się jej żal. Kiedy podawała mi akta, spojrzałam jej w oczy i zobaczyłam w nich taką bezradność, jakiej się nie spodziewałam.

– Dziękuję – powiedziałam, a będąc już przy drzwiach, odwróciłam się i dodałam: – Mam sentyment do tego gabinetu. – Tym razem słuchała mnie uważnie. Dalej chowała urazę, ale nie była wyniosła. – Wierzę jednak, że zostawiam go w dobrych rękach. – Uśmiechnęłam się i nie czekając na jej reakcję, wyszłam z poczuciem dobrze wykonanego zadania.

 

W klinice zawsze był ruch – ludzie przychodzili, wychodzili, dzwoniły telefony, sekretarki umawiały spotkania. Tym razem kompletnie uszło to mojej uwadze. Dokumenty, które trzymałam w rękach, pochłaniały mnie do reszty. Pierwsze wpisy Kuby. Jakim jesteś człowiekiem, chłopcze…? – to pytanie było jak klucz do drzwi, które z całego serca chciałam otworzyć.

 

19 listopada

 

Mam dziewięć lat. Jestem Kuba – Jakub. Jakub, Jakub, Jakub. Tak do mnie wołają. Tak proszę do mnie mówić.

Mieszkam w dużym, zielonym domu. Nie chcę tam być. Lubię tylko ogród z huśtawką i piaskownicą. Bawimy się tam z innymi dziećmi. Kilkoro jest złych – boję się, że zawsze tacy będą. Ale są inni – dobrzy. Ja też jestem dobry.

 

Pierwszy wpis Jakuba. Duże kulfony zajęły prawie całą kartkę. Był jeszcze małym chłopcem, gdy pisał te słowa. Drugi raz przeczytałam tekst. „Jestem dobry” – mało dzieci tak o sobie mówi. Rzadko zastanawiają się, jakimi są ludźmi, i rzadko precyzują spostrzeżenia na zasadzie „dobra i zła”…

Dziewięć lat – bardzo szybko skierowano go na terapię. Jakie miał objawy? Zerknęłam na adnotację terapeuty, który wpisał swoje uwagi. Między potokiem słów wyłapałam fragmenty – „zamknięty w sobie”, „separuje się od otoczenia”, „gubi kontakt z rzeczywistością”, „często koloryzuje fakty”, „podaje sprzeczne informacje”. Niektóre z tych zarzutów – według mnie – były opisem zachowań normalnych dla dziewięciolatka. Które dziecko nie lubi wymyślać niestworzonych historii i twierdzić, że są prawdziwe? Przecież co drugie z nich chowa w garażu tygrysa, a w szafie najnowszy model latającego statku. Poza tym, skoro rodzice twierdzą, że znaleźli swoje potomstwo w kapuście – dlaczego dzieciaki nie mogą podkoloryzować kilku faktów, a następnie nie trafić za to na kozetkę i długoletnie leczenie…? Bez sensu.

Kto cię tu skierował, skoro byłeś jak inne dzieci…? – pomyślałam i czytałam dalej.

 

26 listopada

 

Nic się nie zmieniło. Dalej nie mam mamy i taty. Inne dzieci też nie mają. Co jest bardziej normalne? Mieć mamę i tatę czy nie? Czy jeśli my mieszkamy w zielonym domu, to znaczy, że jesteśmy lepsi czy gorsi? Kiedy przyjdzie do nas jakiś pan i pani i wezmą nas ze sobą? Kiedy ja znowu będę synem?

 

Po tym fragmencie na moment oderwałam wzrok. Musiałam przetrzeć oczy, bo nagle napłynęły do nich łzy. Natychmiast poczułam ukłucie w sercu… Nie chciałam o tym wspominać, ale samo wtargnęło do mojej głowy. Nie mogłam mieć własnych dzieci, nigdy nie brałam pod uwagę adopcji… A tam tyle maluchów każdej nocy prosi o „pana i panią”, którzy dadzą im trochę miłości.

Próbowałam to zignorować, ale nie mogłam zaprzeczyć, że na moment pojawiła się myśl: „wzięłabym cię ze sobą…”. Był taki spragniony ciepła, bliskości, ciekawy świata… Jakie to przykre, że nikt nie udzielał mu odpowiedzi na pytania, które kotłowały się w tej małej główce.

Zaczęłam czytać dalej. Ewidentnie dostał upomnienie, że powinien pisać o faktach, a nie zadawać pytania. Od następnej linijki zupełnie zmienił się sposób jego wypowiedzi.

 

Lubię się uczyć. I spać. Tam jest lepiej.

 

Co miał na myśli? Czy chodziło o sny? – zastanawiałam się i kolejny raz sięgnęłam po zapiski terapeuty: „Chłopiec wyobraża sobie, że mieszka w innym miejscu i ma ludzi, którzy go kochają”. I na tej podstawie oddano go na terapię? – prychnęłam. Nie mogłam wyłapać sensu tego leczenia.

Widocznie nie tylko ja tak uważałam, bo kolejny wpis pojawił się po pięciu latach. Cóż za przeskok. Wzięłam kartkę, która była mniej pożółkła od wcześniejszych i odczytałam już zupełnie inny charakter pisma. Nawet po tym można poznać, jak zmienił się człowiek. Nie mówiąc o sposobie wypowiedzi czy jego poglądach…

 

21 października

Jestem Kuba, mam 14 lat. Moje wspomnienia? Marne. Od dawna zamieszkały w domu dziecka. Czy szczęśliwy? Niekoniecznie…

 

Widziałam, że nieco lepiej wychodziło mu pisanie o uczuciach. Kolejne kartki zawierały informacje na temat życia codziennego. Chodził na terapię do jednego lekarza przez cztery miesiące, później znów była przerwa, a pod koniec sierpnia nowa osoba wzięła go pod swoje skrzydła. Był bardzo mądry jak na swój wiek. Tworzył dużo ciekawych wpisów, które dawały do myślenia.

Sięgając po kolejne notatki, zastanawiałam się, gdzie jest ich reszta. Nie było ciągłości wpisów z tego okresu. Mogły się zawieruszyć lub znów doszło do jakiejś zmiany. Zdecydowanie to drugie. Niemożliwe, by zgubić tyle dokumentacji – zwłaszcza że następny wpis był z dwóch lat później i brzmiał następująco:

 

Jestem Kuba, mam 16 lat. Jeśli jeszcze raz ktoś zapyta mnie o „przeszłość”, obiecuję – stworzę własny album i będę nosił go ze sobą… I oczywiście pokazywał wam na wstępie. No i najważniejsze, w kilku egzemplarzach skopiuję kartkę, na której pierwsze słowa będą brzmiały tak jak te powyżej: „Jestem Kuba, mam … lat” – a w miejsce kropek dopiszę wiek.

Ale jest progres – zostałem adoptowany.

 

Rozbawił mnie. Poczułam dziwną ulgę. Może dlatego, że przypomniałam sobie wiadomość, jaką mi zostawił na kartce z terapii (wreszcie zrozumiałam sens „albumu i kartki”). Jego swoboda wypowiedzi nie była objawem braku szacunku. On po prostu taki był. Właściwie sprawiał wrażenie zwyczajnego, młodego, ironicznego urwisa… Wyłącznie z opowieści na jego temat spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Może również zapiski terapeutów, które czytałam w dzień, gdy go poznałam, wiele mi zasugerowały… Portretowano go często w poważnie oskarżycielskich słowach. „Żyje w swoim urojonym świecie” – to tylko jeden z cytatów.

Pogubiłam się. Były dwie strony medalu… Po chwili jednak sięgnęłam jeszcze raz po pierwszą kartkę. Odczytałam słowa, jakie zanotował, po czym ponownie przeanalizowałam ostatni wpis.

Z chłopca, jakim był – łaknącego ciepła, domu, rodziny… – zmienił się w dość zdystansowaną osobę. Oczywiście jest to możliwe – ludzie potrafią się zmienić o sto osiemdziesiąt stopni, nie wiedząc kiedy. Zmiany są nieuniknione jako czynnik rozwoju… Nieraz wystarczy sekunda – trauma, wypadek, cokolwiek. Jednak to wszystko nie było dla mnie spójne. Gdybym go nie widziała, nie poznała osobiście… może wtedy uwierzyłabym w treść tych dokumentów i zapisanych na nich myśli… Właśnie dlatego początkowo uznałam, że próbował mnie obrazić – tą notatką, jaką od niego dostałam pierwszego dnia. Przecież osobowość, którą zauważyłam wówczas na terapii, bardzo odbiegała od tej przedstawionej w liście. W nim wydawał się zirytowany albo wyniosły – a w rzeczywistości spokojny, skryty. Nawet jego zachowanie tamtego dnia przeczyło listowi – był niepewny siebie, lekko przestraszony.

Skąd takie skrajności?

 

I stała się jasność. On się nie zmienił – Jakub się ukrywał. To była świadoma maska, którą przed nami zakładał. Już po kilku jego notatkach widziałam, że był bystry, ale że potrafił być przebiegły?

W co ty grasz… – pomyślałam. – Chcesz nas zmylić, ukrywając siebie, czy boisz się przedstawić faktyczną chorobę? A może to właśnie ona każe ci ubierać maskę?

 

Tamtej nocy nie spałam. Myślałam. Czasami każda minuta wydaje się godziną. Zwłaszcza w bezsenne noce… ale bywają również wyjątki. To był jeden z nich. Nie wiedziałam, jak to możliwe, że ledwie położyłam się do łóżka, a już promienie słońca tańczyły w pokoju, informując o nowym dniu.

Wstałam zaparzyć kawę. Nie czułam zmęczenia czy senności. Byłam zbyt podekscytowana myślą, że niebawem spotkam się z moim pacjentem. Ktoś mógłby stwierdzić, że to ja oszalałam – zwłaszcza że nie rozstawałam się z aktami. Wciąż miałam nadzieję, że znajdę jakąś podpowiedź.

Dlaczego wcześniej nie wróciłam z wakacji? Dlaczego Kuba pojawił się tak późno? – powtarzałam w kółko, wiedząc jednocześnie, jak bardzo jest to bez sensu. Nie można cofnąć czasu i zmienić biegu historii, która już zapisała się w konkretny sposób. Poza tym od zawsze wyznawałam poglądy mówiące, że życie to rodzaj układanki. Każda z jej części dopasowuje się w odpowiednim momencie – niczego nie można przeskoczyć, pominąć lub odrzucić… Nie powstałby wtedy kompletny obrazek.

Ingerencja we wszystko, co się przytrafia, jest niemożliwa, więc akceptacja zaistniałej sytuacji, konieczna.

 

Zadzwonił telefon. Zdziwiłam się, ale jednocześnie zaniepokoiłam. To jedna z tych chwil, gdy nagły lęk przedostaje się do świadomości i człowiek boi się zgadywać, co jest nie tak. Po czym i tak to robi…

– Słucham?

– Witam, pani doktor. – Nie od razu poznałam głos, zaskoczyła mnie jego barwa i ton. Uśmiechnęłam się. To młoda terapeutka. Nigdy wcześniej nie słyszałam jej w tak pokojowym nastroju. – Dzwonię, bo chciałabym prosić panią o spotkanie.

Brwi aż podskoczyły mi do góry. Chyba to było ostatnie, o czym mogłam pomyśleć.

– W jakiej sprawie? – zapytałam. Moja ciekawość była tak wielka, że miałam ochotę ją ponaglić. Na szczęście kontynuowała.

– Proszę przyjechać do kliniki. Znalazłam nowe zapiski z terapii Jakuba. Chciałabym je pani przekazać…

Usiadłam. Utrzymanie się wówczas na nogach było trudniejsze niż zdobycie Mount Everest.

– Zaraz będę. – Odłożyłam słuchawkę, ale nie ruszyłam się z miejsca. Kolejne elementy układanki właśnie chciały wpasować się na swoje miejsce. Wzięłam kluczyki do auta. Nie pozwólmy im czekać – pomyślałam. Chwilę później przemierzałam dobrze mi znane ulice. O łaskawy losie, zlikwiduj wszelkie możliwe korki i czerwoną sygnalizację świetlną.

 

Weszłam, a właściwie wbiegłam do kliniki. Nie zareagowałam na zaczepki portiera, który w gruncie rzeczy był przemiłym człowiekiem. Siedząc już w gabinecie, ganiłam się za moje zachowanie. Owszem, są sprawy ważne i ważniejsze, ale nie zasłużył na brak uprzejmości. Nie mógł wiedzieć, co jest przyczyną mojego roztargnienia. Nie chciałam go zignorować czy urazić. W oczekiwaniu na koleżankę po fachu, raz na jakiś czas powtarzałam sobie: Pamiętać, by załagodzić sprawę z panem Staszkiem.

Ta myśl zniknęła jak miły sen przy dźwiękach drażniącego budzika, kiedy otworzyły się drzwi, a w nich pojawiła się Pani Jolanta. Młoda terapeutka. Właśnie tego dnia podała mi rękę i powiedziała swoje imię, prosząc tym samym, żeby zwracać się do niej „na ty”. Uznałam to za bardzo miły gest. Z przyjemnością przyjęłam propozycję. Widziałam, że wzięła do siebie moje wcześniejsze słowa i że zrozumiała ich przekaz. Zapunktowała – i nie dlatego, że przyznała mi rację, ale dlatego, że potrafiła przyznać się do błędu. Była trochę niepewna. Badała grunt w kwestii mojego postrzegania jej osoby… Chciałam jednak, by sama doszła do tego, że tak naprawdę obdarzyłam ją sympatią.

– Proszę. Nie jest tego wiele, ale może się przyda – rzekła i podała mi dokumenty.

– Jestem tego pewna – odpowiedziałam.

Na mój uśmiech zareagowała autentycznym speszeniem. Tak to jest, gdy relacja między ludźmi zacznie się w dziwny, może trochę nieprzyjemny sposób. Późniejsze próby uprzejmości bardzo często budzą skrępowanie… Moją myśl przerwały jej słowa:

– Chciałabym ostatecznie wyjaśnić swoje wcześniejsze zachowanie… Doskonale zdaję sobie sprawę, jak to musiało wyglądać. Młoda, jeszcze niedoświadczona, a utopiłaby w łyżce wody… – mówiła jednym tchem. Była rzeczowa, ale w oczach okazywała skruchę. – Ja… czasami za bardzo wczuwam się w swoją rolę… W związku z tym, że doszłam do tego stanowiska sama… – Przerwała na chwilę. Wiedziałam, że na pewno wiele czynników składało się na jej wcześniejszą postawę. Widocznie uznała, że było ich zbyt wiele, by wszystko tłumaczyć, dlatego spuentowała krótkim: – Chciałam przeprosić.

Tego rodzaju słowa z ust nieco dumnej i bardzo ambitnej osoby to prawdziwy wyczyn. Przyznanie się przede mną – jej niedoszłą rywalką – i przede wszystkim przed samą sobą… Musiało być trudno tak otwarcie o tym mówić. Byłam jej za to wdzięczna. Wymieniłyśmy poglądy na temat oczywistości, że w każdej sprawie – nawet najdrobniejszej – tylko szczera rozmowa może kierować na właściwe tory. Miałyśmy razem współpracować, więc o wiele lepiej żyć w dobrych stosunkach. Ciężko nawiązywać dobry kontakt, gdy na pozór jest wszystko w porządku, a w rzeczywistości ogrom niedomówień buduje mur nie do przebicia.

Chciałam wówczas, żeby to, co powiedziała, było prawdziwe. Widziałam, że się przejmowała. Mogłabym ręczyć głową, że przez ostatnie dni ciągle analizowała, jak oczyścić tę sytuację i siebie w moich oczach. Czyżby nagły obrót sprawy? Z wrogiego nastawienia przechodzimy do zażyłości? – pomyślałam. Co prawda w naszym przypadku było jeszcze daleko do takiego stanu, ale niespodziewanie uchyliła się furtka. Zapowiadała się miła znajomość. Dobrze było wreszcie zakopać topór wojenny. Atmosfera została oczyszczona.

 

Lubiłam przed spaniem poświęcić czas na krótką analizę. Wziąć koc i z podwiniętymi nogami otulać się nim. Tym razem zrobiłam tak samo. Po całym dniu siedząc z kubkiem kakao – pod pretekstem oglądania telewizji – błądziłam myślami. Miałam świadomość upływającego czasu i przebłyski obrazów, które mimowolnie udało się mi zarejestrować. Nie wiedziałam, jakie programy przewinęły się w ciągu całego wieczoru – byłam pochłonięta do reszty rozmyślaniami. Czekałam na telefon od męża, ale przeczuwałam, że dziś nie zadzwoni. Wróciłam do wydarzeń z minionego dnia. Jasna cholera, zapomniałam o Panu Staszku. Zerwałam się gwałtownie i poszłam nakleić karteczkę na lodówkę z drukowanymi literami: RANO WSTĄPIĆ DO CUKIERNI.

 

Praca była moim szkieletem dnia. W oparciu o godziny, które jej poświęcałam, ustalałam wizyty na basenie, spotkania ze znajomymi czy popołudniowe zakupy. Była sednem, bez którego dzień wydawał się pusty – niekompletny. Jednak jadąc z rana ulicami zatłoczonego miasta, klęłam pod nosem jak szalona. Wymyślałam wszelkie groźby pod jej adresem. Dlaczego klinika jest akurat w takim miejscu – w samym centrum. Kto to widział, żeby w tak żółwim tempie poruszać się do przodu! Najchętniej rozparcelowałabym każdą z dróg, która do niej prowadzi.

Tym razem również czułam narastające emocje, ale próbowałam opanować irytację. Patrzyłam na mały zegarek, który błyszczał mi na nadgarstku. Prezent od Pawła – mimowolnie się uśmiechnęłam. Niestety wskazówka na srebrnej tarczce mówiła, że dochodzi „za dziesięć minut będę spóźniona…”. Nienawidziłam tej godziny.

Parkując na wyznaczonym miejscu, chwyciłam za torebkę z cukierni. Tym razem choćby świat miał legnąć w gruzach, planowałam zamienić dwa słowa z portierem i wręczyć mu słodki podarunek. Przynajmniej to wyszło mi idealnie. Ze zniecierpliwieniem słuchałam informacji na temat wizyty wnuków, ale przełknęłam to w ramach pokuty za wcześniejszy dzień. Za błędy się płaci – pomyślałam.

 

Raptownie otworzyłam teczkę, która zawierała dokumenty Jakuba. Musiałam poznać nowe, powierzone mi wpisy i dogłębnie je przeanalizować. Moje spotkanie z nim zbliżało się wielkimi krokami. Obawiałam się, że nie zdołam wszystkiego rozszyfrować, nim upłyną te dni. Zrezygnować bez podjętej próby…? W innym życiu!

Notatki wydawały się najnowsze. Prawdopodobnie pochodziły z czasu, gdy Jolanta miała chłopca pod swoją opieką. Nie mogłam się wyzbyć wrażenia, że młoda terapeutka chciała mi utrudnić behawioralne rozpoznanie pacjenta. Może faktycznie się zawieruszyły… – pomyślałam. Ostatecznie oddała wszystko, co dotyczyło terapii Kuby. Nie po to broń została zawieszona, bym podejrzewała ją na każdym kroku o złe zamiary – powtarzałam sobie. Jeśli partnerstwo nie opierałoby się na zaufaniu, równie dobrze mogłam nakazać Pawłowi, by rezerwował bilet powrotny.

Uparta natura skłoniła mnie, żeby jednak przez chwilę spojrzeć na notatki pod kątem wyłapania jakichś niedociągnięć. Ostatecznie wybiłam sobie z głowy szpiegowanie mojej poprzedniczki. Skoro wymagałam, by była względem mnie w porządku, musiałam się rewanżować tym samym. Bez wstępnych założeń, że próbowała coś ukryć czy przeinaczyć. Zaczęłam ponownie przeglądać dokumenty – tym razem wyłącznie w celu odnalezienia odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie.

Wpisy, które czytałam już kolejny raz z rzędu, były dla mnie niezrozumiałe. Odnosiłam wrażenie, że chociaż bardzo się staram, błądzę po omacku. Nie było w nich spójności. Żadnego elementu wspólnego, niczego, co mogło stać się punktem zaczepienia. Zastanawiałam się nawet, czy rozpatrując zachowanie Jakuba, powinnam zwrócić uwagę na przypadłość zespołu dysocjacyjnego. Tylko to przychodziło mi do głowy. Kilka osobowości w jednej postaci… – może to miało jakiś sens.

Po wcześniejszej analizie jego notatek mocno pielęgnowałam teorię „maski i gry”, ale nowe materiały kompletnie zburzyły ten pogląd. Jakby znów chciał pokazać nam siebie z innej perspektywy, w której odrzucał motyw zabawy w kotka i myszkę. Szczerość i jeszcze raz szczerość? – zapytałam w duchu. Gdyby nie wpisy z wcześniejszych lat zestawione z nowymi dokumentami, przeraziłby mnie fakt, że jego poglądy były zbyt bliskie poglądom zdrowej osoby… Kto ma rację, my czy ty, Jakubie? Kto na końcu tej rozgrywki powie chwalebny zwrot „a nie mówiłem?”.

 

Zbliżał się wieczór. Siedziałam już w pustej sali i przyglądałam się gładkim ścianom. Musiałam gdzieś zaczepić wzrok. Czułam, że zaczynam dreptać w miejscu. Rozważałam wszystko już tyle razy…

Nie dość, że nie mogłam odbić się od tego, co już wiedziałam, to miałam jeszcze inny problem. Swobodę umysłu zagłuszała dźwięcząca jak echo jedna myśl pochodząca z zapisków Jakuba: ile osób, tyle teorii. Jak wielu specjalistów jeszcze potrzeba, by w końcu padła faktyczna diagnoza – jesteś zdrowy? Albo uniwersytety nie przygotowują do leczenia, albo faktycznie tracę zmysły. Do kogo mam się zwrócić, by usłyszał moje wołanie…?

Ten fragment budził we mnie dreszcze. Czułam się, jakbym stała przed kratami celi, w której umieszczono niewinnego człowieka. Naprawdę wolałam się mylić niż przypisywać mu jakąś z chorób, ale gdzieś w głębi serca czułam, że nie bez powodu nasze drogi się skrzyżowały.

III

Usiadłam wygodnie w fotelu, by ponownie stworzyć chronologiczny bieg historii Kuby. Od rana warowałam w gabinecie. Musiałam się dobrze przygotować.

Pracując już tyle lat w zawodzie, mierzyłam się z przeróżnymi rodzajami zachowań – zdobyłam spore doświadczenie w tej dziedzinie. Tym bardziej nie rozumiałam lęku i presji, jaką na siebie nałożyłam. Nie jesteś świeżakiem. Niejedno widziałaś, niejednej historii dopisałaś szczęśliwe zakończenie, wszystko masz pod kontrolą – powtarzałam sobie.

Z jednej strony – oczywiście, że chciałam podołać zadaniu… Było to dla mnie wyzwanie i wyróżnienie, że po raz kolejny zostałam wybrana do terapii okrzykniętej „trudnym przypadkiem”. Jednak nie opuszczała mnie myśl, że jestem za stara na zarywanie nocy dla sprawy. Co gorsza, jestem mniej podatna na zgłębianie wiedzy i moja chłonność umysłu kończy się o godzinie dwudziestej, kiedy wracam zmęczona do domu. Ta teoria budziła sprzeciw wewnętrznej opozycji. Na: „Potwierdzam, jesteś za stara”, odpowiadała: „Nie gadaj bzdur, rozdrabnianie psychiki człowieka na czynniki pierwsze to twoje życie”. Istna batalia. Najgorsze, że to nie był na nią odpowiedni czas. Jak na złość zegar pospiesznie przesuwał wskazówki, zbliżając mnie do ponownego spotkania z Jakubem.

Jak mam pomóc jemu, skoro dzisiaj ja potrzebuję pomocy – pomyślałam zrezygnowana.

Wzięłam dwa głębokie wdechy. Jakież było moje rozczarowanie, gdy myśli nadal bez przerwy odskakiwały gdzieś daleko. Gubiłam wątek, po czym znów do niego wracałam. Zaczepiałam o kilka tematów, a ostatecznie nie znalazłam poszukiwanego rdzenia. Panował ogólny chaos, nie tylko w moim umyśle. Kartki walały się na biurku, nawet nie mogłam znaleźć długopisu, który w najmniej oczekiwanym momencie postanowił zniknąć z zasięgu wzroku. Dlaczego zawsze tak jest, że gdy się czegoś pilnie potrzebuje, akurat wtedy jest nieosiągalne?

Usłyszałam głosy w korytarzu. Portier witał przybyłych gości. Nadchodzącego Jakuba. Działałam automatycznie – szybkie złożenie papierów, które wylądowały w szufladzie (nawet długopis się znalazł), przemieszczenie się z krzesła na fotel przy kozetce i nagle wszelkie obawy zniknęły. Znów czułam się silna i pewna siebie. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu – pomyślałam. Plan na spotkanie sam ułożył się w mojej głowie, a ja odetchnęłam z ulgą. Czekam na ciebie, Jakubie. Pozwól, że się tobą zajmę.

 

Jak na chłopca w tym wieku był naprawdę przystojny. Kompletnie nie rozumiałam, skąd u niego to poczucie nieśmiałości i skrytości. W większości przypadków nienaganna aparycja dodaje pewności siebie, przebojowości… Mimo że nie wygląd zewnętrzny świadczy o wartości człowieka, oczywiste jest, że każdy nastolatek wykorzysta go do posiadania wianuszka wielbicielek, gotowych do odrabiania zadań domowych na piątkę.

– Dzień dobry– powiedział.

Przemknął od drzwi i pokonał dzielącą nas odległość. Znów ten sam, spokojny chłopiec, nie ten z notatek zostawianych do wglądu terapeutów. Widziałam, że obserwuje. Rzucał spojrzeniem raz na jakiś czas. Nie chował się z tym, analizował mnie i robił to przeszywająco. Tym razem uodporniłam się na jego wzrok – wystarczyło, że zaskoczył mnie nim poprzednio.

Kiedy oddałam mu powitanie, mój głos zabrzmiał oschle. Bardziej niż tego chciałam.

– Usiądź – dodałam nieco łagodniej. Chciałam, by czuł się swobodnie, by zawiązała się rozmowa – płynna, energiczna… Niestety, ta chęć brzmiała jak niedoścignione marzenie – przynajmniej wtedy.

Musiałam uzbroić się w cierpliwość. Nie był skory do jakichkolwiek spontanicznych wypowiedzi.

– Zaczniemy w oparciu o twoją wiadomość z ostatniej terapii.– Wyczekiwałam jakiejś reakcji… Na próżno. Wpatrzony w okno, nawet nie nawiązał kontaktu wzrokowego, na co bardzo liczyłam.

– Nie chcesz ze mną rozmawiać? Napisałeś w wiadomości, że jest problem… że chcesz…

Nie spojrzał na mnie, ale przerwał mi swoją wypowiedzią:

– Ciągle są jakieś problemy, pani doktor. Ale pani to wie. Proszę mi i sobie pomóc.

Zbił mnie z tropu. Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi.

– Bardzo chcę ci pomóc. Musisz ze mną rozmawiać, współpracować…

– Od dawna to robimy. – Spojrzał na mnie wymownie. Boże, jak bardzo nie rozumiałam, co do mnie mówi. Jakby faktycznie żył w innym świecie.

– Jakub… – zaczęłam.

– Ja nie jestem chory – znów mi przerwał. Powiedział to z nutką emocji, co natychmiast wywołało ciarki na moich ramionach. Prawie jak zaczątek dobrej rozmowy – pomyślałam. Musiałam dmuchać na zimne.

– Dobrze. Nie jesteś chory. Powiedz mi więc, dlaczego tutaj przychodzisz? – Nie odpowiadał, więc ciągnęłam dalej: – Jesteś już dużym chłopcem… Dużym i przede wszystkim mądrym… Mógłbyś wyjaśnić mami…opiekunce – poprawiłam się natychmiast, nim przez nieuwagę zatraciłabym tę namiastkę kontaktu. Kontynuowałam: – że wszystko jest w porządku. Uważasz, że jest?

Prześwidrował mnie spojrzeniem i powiedział:

– Wolę, gdy jest pani po mojej stronie.

Zastanawiałam się, czy dałam mu kiedykolwiek odczuć jakieś moje wahania. Widział, że gorączkowo błądzę myślami, więc dodał:

– Tutaj traktuje mnie pani jak obcego. Proszę się wsłuchać w swoje wspomnienia. Czekałem na panią – mówił to z takim przekonaniem, że niestety nie mogłam powstrzymać się od zapisania kilku słów w notatniku: „Chłopiec nie odnosi się do zagadnień rozmowy, jego odpowiedzi nie nawiązują do pytań. Broni swoich przekonań, mówi półsłówkami.”

– I co pani tam zapisała? – zapytał, patrząc na swoje dłonie. – To co wszyscy? – Podniósł wzrok, bym mogła wyczytać w jego spojrzeniu lekki zawód. – Chłopiec to i tamto… jakby jakaś bezosobowa forma życia.

Poczułam, że robi mi się gorąco.

– Powiedz mi, kiedy jestem po twojej stronie?– Uznałam, że niczego nie wskóram, jeśli nie zacznę mówić jego językiem.

– Proszę nie być jak tamta terapeutka… Ona mnie nie słuchała. A ja do niej mówiłem. Do pani też mówię. To jest prawda… Jest inne miejsce, a ja chcę, by pani mi pomogła. Uwierzyła.

– Spokojnie. Jestem tu po to, żeby cię usłyszeć… – Posłużyłam się cytatem z jego notatki, ale nie zareagował. Miałam nadzieję, że odczyta to jako objaw mojej uwagi, zaangażowania. Nic. Zmyliła mnie jego obojętność.

Postanowiłam spróbować drugi raz. Zacytowałam kilka zwrotów z wpisów z ostatnich sesji. Nie było to dawno, więc musiał pamiętać. Na koniec dodałam:

– Napisałeś, że wołasz i nikt cię nie słucha. Chciałabym, żebyś mógł ze mną porozmawiać o wszystkim.

– Nie przypominam sobie.

Dyskretnie zerknęłam na jego notatki. Upewniłam się, że nic nie przekręciłam. Dlaczego nie chciał się przyznać do swoich słów? Natychmiast ponownie pomyślałam o zespole dysocjacyjnym. To byłoby logiczne wyjaśnienie, skąd luki w pamięci.

– Powiedziałeś, że czekałeś na mnie. Jak mam to rozumieć?

Wreszcie wzbudziłam jego ciekawość.

– Chciałem, żebyśmy się spotykali także tutaj. To bardzo ważne, żebym miał kogoś ze sobą…

Próbowałam nie pokazać, że zaczynam rozumieć, jak duży jest problem. Kuba był poważnie chory. Nie wiedział tego. Nie mógł, bo żył w swoim świecie. Musiałam go uświadomić i skierować na leczenie. Obawiałam się, że moja obecność nie załatwi wszystkiego…

Mówił o mnie tak, jakbyśmy się znali. Zapisałam w dzienniku, że prawdopodobnie jestem dla niego kimś w rodzaju symbolu. Musiałam rozszyfrować, jaką historię ze mną wiąże.

– Też? – zapytałam. – Gdzie jeszcze się widujemy?

Chciałam, by kontynuował. Zadając te pytania, miałam jednak wrażenie, jakbym jedną nogą wchodziła w jego grę czy też wizję świata.

– Tam pani mnie nie traktuje jak nienormalnego… – powiedział bardziej do siebie. Wyczułam nawet wyrzut, ale szybko zmienił ton i dodał: – Proszę mi pozwolić działać… pomożemy sobie nawzajem.– Ożywił się. Jakby miał nadzieję, że się zgodzę, że jest bliski, by mnie przekonać.

Przeraziłam się jego rozszerzonych źrenic.

– Co to za miejsce? Znam je? – próbowałam wymijająco nadal brnąć w temat.

– Tak. – Uśmiechnął się jakby do przywołanej wizji, która zaistniała mu w głowie. Później spochmurniał i powiedział: – Pytając mnie o to, utwierdza mnie pani w przekonaniu, że długa droga przede mną.

Przed tobą? – pomyślałam i o mało nie wyrwało mi się to z ust: „przecież to ja wytaczam głazSyzyfa ciągłych pytań i braku sensownych odpowiedzi…”.

– Opisz mi to miejsce – zaproponowałam.

Rozległo się pukanie do drzwi. Oboje skierowaliśmy głowy w kierunku dźwięku. Jak to możliwe, że czas już minął? Opiekunka Jakuba powitała mnie ciepłym uśmiechem. Już dawno nikt nie sprawił mi tyle smutku, zjawiając się, by odebrać pacjenta… Musiałam czekać tydzień, by dowiedzieć się, w jakie miejsce zabierze mnie Kuba. Siedem odległych dni, w których wiedziałam, że będę dręczyć się zagadnieniami pozostawionymi w zawieszeniu…

– Do zobaczenia– powiedział i obdarował mnie spojrzeniem pełnym nadziei i prośby. – Proszę mi uwierzyć.

 

Nie mogłam otrząsnąć się po minionej sesji. Słowa Jakuba kotłowały się w mojej głowie. Zdania przeskakiwały – jedno przez drugie – powielając się niczym echo w głębokiej studni. Nigdy nie spotkałam takiej osoby jak Kuba…

Zastanawiałam się nad jego przypadłością. Czy kiedykolwiek miałam z nią styczność? Wiele rzeczy się zapomina, ale jeśli chociażby raz coś usłyszę lub poznam, później nawet ukryte w podświadomości nie brzmi tak obco. Niestety w tym przypadku kompletnie nie mogłam skojarzyć objawów z niczym wcześniej mi przyswojonym.

Poszłam do biblioteki, by poszerzyć wiedzę. Nie było możliwe, by nagle trafić na coś, co okaże się zupełnym przełomem – musiałam jednak zagłębić się w lekturę mądrzejszych ode mnie. Już nie łudziłam się, że poznam odpowiedź, buszując po zapiskach Kuby. To jedynie mogło zasiać więcej wątpliwości.

Medycyna – ścisła nauka. Nawet w niej nie zawsze wszystko jest jednak wiadome. Czasami lekarze nie są w stanie przewidzieć i wytłumaczyć sprzeczności, które odbiegają od informacji zawartych w książkach. Co dopiero w kwestii psychiatrii… Człowiek niekiedy sam zatraca się w tym, co jeszcze jest do przyjęcia, a co już odbiega od norm… Tylko w matematyce można na sto procent przewidzieć, że dwa i dwa zawsze da cztery. Ta trywialna oczywistość dodała mi odrobiny pokrzepienia – w końcu jakaś stabilizacja w natłokuniewiadomych.

Gdy wychodziłam z kliniki, miałam wrażenie, że moja głowa eksploduje. Nawet barokowy przepych nie umywał się do tego, który w niej panował.

Na parkingu spotkałam koleżankę po fachu. Zdziwiłam się, że nie byłam jedyna, dobrowolnie zamieniająca swój wolny czas na dodatkowe informacje w sprawie pracy. Normalni ludzie od dawna siedzieli z rodzinami w domach, delektując się końcówką dnia.

– Ty tutaj? – zapytałam z uśmiechem. Co prawda widywałam ją tylko raz na kilka dni, parząc kawę w firmowej kuchni, ale lubiłyśmy się.

– Wystraszyłaś mnie– powiedziała, trzymając rękę na łomoczącym sercu. Autentycznie miała przerażenie w oczach. Chwilę później dostrzegłam, że była równie zmęczona jak ja.

– Wybacz. Ciężki dzień? – zapytałam dla podtrzymania rozmowy. Raczej nie była w nastroju, choć przypuszczałam, że to przepracowanie powodowało kiepski humor.

– Zgadza się. – Powoli schodziły z niej emocje. Na bladą twarz wstąpiły kolory.

– Do domu? – zapytałam, szukając kluczyków od auta. Niech to szlag, że zawsze najfajniejsze torebki to te, w których później niczego nie można znaleźć. Uśmiechnęłam się do niej, bo obdarzyła mnie porozumiewawczym spojrzeniem.

– Już od jakiegoś czasu przeznaczam specjalną kieszonkę na klucze. Polecam– powiedziała uprzejmie i wsiadając do samochodu, dodała: – Uciekam, bo padam ze zmęczenia.

– Do jutra! – Pomachałam, odprowadzając wzrokiem odjeżdżające auto koleżanki. Dopiero gdy zniknęło za rogiem, uświadomiłam sobie, że stoję na parkingu zupełnie sama. Nie wiedzieć dlaczego, obleciał mnie strach. Rozpoczęłam szybsze przeszukiwanie torebki. Musiały zostać w klinice… Chwilę później przemierzałam schody ku szklanym drzwiom.

 

Nie lubiłam chodzić ciemnymi korytarzami i uliczkami. To tak jakbym zaprzeczała sama sobie – oglądając horrory, nagminnie krytykowałam bohaterów wchodzących do przerażającej piwnicy. Kto normalny dobrowolnie przekracza próg jaskini smoka? Zawsze to powtarzałam. W gruncie rzeczy po prostu rozładowywałam narastający wówczas strach. Musiałam zaczynać rozmowę, żeby nie panikować zanadto. Tym razem czułam się podobnie. Jak bohater filmowy. Z tą jedynie różnicą, że nie wiedziałam, jaką scenę mam odegrać, a na rękach od dawna miałam gęsią skórkę.

Odnalazłam swoje biurko i natychmiast wzrok trafił na pęk kluczy. Szybko wzięłam je do ręki i już miałam wracać, gdy coś mnie tknęło, by wykorzystać zaistniałą sytuację.

Często rozważałam, czy w biurze można się czegoś doszukać pod osłoną nocy. Byłam przecież sama w klinice… (nie licząc strażników). To się nazywa mieć w sobie chochlika – albo po prostu nadmierną ciekawość. Przez moment analizowałam, co zrobić. Im więcej pojawiało się argumentów przeciw ekstremalnym wymysłom, tym bardziej chciałam zostać. Zaśmiałam się pod nosem, uświadamiając sobie, że kobieta w moim wieku raczej szuka innej formy rozrywki niż nocny włam do swojej firmy.

Niech żyje ciekawość… – pomyślałam. Niestety nie mogłam się jej wyzbyć, w przeciwieństwie do odczucia strachu, o którym zapomniałam, a właściwie, który został wyparty przez ekscytację.

Czułam się jak nastolatka stojąca przed rozwidloną ścieżką. Którą wybrać– tę, którą powinnam pójść czy tę, która kusi?

Doprawdy, było to pytanie z dziedziny czysto retorycznych… Niemniej wszystkie myśli i rozważania odeszły w nieznane, gdy nagle otworzyły się drzwi.

 

Patrzyłyśmy na siebie z identycznym zaskoczeniem. Mało serce nie wyskoczyło mi z piersi, gdy usłyszałam dźwięk naciskanej klamki. I nie dlatego, że czułam się przyłapana na gorącym uczynku – przecież tak naprawdę zapomniałam kluczy. Plan, który zaistniał przypadkiem, nie był moim pierwotnym celem ponownego przybycia do kliniki. Mogłam się jedynie cieszyć, że wraz z jego narodzinami nie zaczął wyświetlać się na moim czole. Wtedy trudno byłoby zaprzeczyć, iż chciałam zabawić się w detektywa…

– Jola… –powiedziałam, udając ulgę. – Przeraziłam się, że ktoś się włamał… –kontynuowałam.

Chyba nawet nie do końca mnie słuchała. Miała tak rozbiegane oczy, że aż poczułam się nieswojo – jeszcze bardziej niż chwilę wcześniej na jej widok. Zastanawiałam się, co robiła w głównej sali o tej porze. Paradoksalna myśl, biorąc pod uwagę fakt, że ja również w niej byłam. Nie wyglądała na wystraszoną, że kogoś spotkała – była speszona, że tym kimś byłam ja. Trzymała w ręce teczkę – albo ją chciała odnieść, albo wynieść… Czyżby plan się nie powiódł? – pomyślałam. Cieszyłam się, że moja skleroza w sprawie kluczy ujawniła się w odpowiednim momencie.

Zapanowała konsternacja. Dopiero wtedy zobaczyłam, że przy moim biurku uchylona jest jedna z szuflad. Prawdopodobnie czegoś szukała. Ale dlaczego u mnie? Wolałam nie wszczynać awantury – nie był to czas ani miejsce. O ile buszowanie po firmie najlepszy smak miałoby nocą, tak stanie twarzą w twarz z osobą świadomą, że została przyłapana – nieco ryzykowne.

Próbowała się wytłumaczyć. Powiedziała, że chciała zostawić mi wiadomość, gdyż jutro nie będzie jej w pracy. Czyżby informacja, która była tak ważna, że specjalnie pofatygowała się z nią do firmy, miała znaleźć się na dnie mojej szuflady? To naprawdę miało sporo sensu… – pomyślałam ironicznie.

– Przepraszam, że zajrzałam do środka.– Wskazała na biurko. – Szukałam jakiegoś długopisu.

Rozejrzałam się szybko po blacie – faktycznie nie było niczego, czym można byłoby naskrobać chociażby dwa głupie słowa…

– Najmocniej przepraszam– powtórzyła i dodała: – Proszę.– Podała mi teczkę, którą trzymała w ręku. – Te zapiski są z czasu, gdy Kuba pierwszy raz trafił do szkolnego psychologa. Uznałam, że powinna pani to mieć… jak najszybciej. Zwłaszcza po dzisiejszej terapii.

Wzięłam dokumenty i odczułam napływające poczucie wstydu. Zastanawiałam się, skąd u mnie ciągłe podejrzenia wobec Jolanty… Czyżbym każdą sytuację umiała podciągnąć pod skrywane do niej uprzedzenia? Byłam niemal pewna, że wyglądała na speszoną… Może zwyczajnie się wystraszyła – myślałam. – Widziała, że kiepsko to wszystko wygląda. Nie pierwszy raz ktoś znalazłby się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie… Poczułam się okropnie. Raczej to ja miałam na jej tle problem, a nie odwrotnie.

 

Siedząc w aucie wciąż na parkingu kliniki, zastanawiałam się nad zaistniałą sytuacją.

Chyba łapię paranoję – pomyślałam. Drwiłam sama z siebie, gdy powtarzałam: pani psycholog z nadwrażliwością na koleżankę z pracy… Żałosne. Zastanawiałam się, ale chyba wolałam nie wiedzieć, w jakim świetle mnie to stawia. Najgorsze było to, że uświadomiłam sobie faktyczny cel nocnego szpiegowania w firmie. Tak naprawdę co ja chciałam, a przede wszystkim co mogłam tam znaleźć…? Dziwnym trafem, pierwszym miejscem, które planowałam przejrzeć, był gabinet Joli…

Uruchomiłam silnik. Musiałam odpocząć.

 

Z zamysłem przepatrzenia zdobytej dokumentacji wlewałam w siebie gorący płyn. Kakao przed snem. Nie wiedziałam, czy miało pomóc zasnąć, czy wyparzyć wyrzuty sumienia… Nie potrafiłam sobie wytłumaczyć, dlaczego mimo że lubiłam Jolę, nie umiałam jej zaufać. Chociaż miałyśmy kiepski start, widziałam w niej jakąś cząstkę siebie sprzed lat. Ambicja, determinacja… może trochę dumy, ale i poczucie chęci niesienia pomocy…

A jednak szukałam w niej czegoś złego. Jakby nadal toczyła się gra „kto prędzej zniszczy przeciwnika”. Na samą myśl o tym przeszły mnie ciarki. Ciężko mi było uwierzyć, że bezpodstawnie wyszukiwałabym u tej kobiety cechy, które później próbowałabym jej przypisać. Jakby miały być usprawiedliwieniem do ciągłych podejrzeń. Zawsze ufałam swojej intuicji, a tym razem poczułam, jakby mnie zdradziła. A może czas świetności w byciu dobrym psychologiem dobiegł końca…? Miałam ochotę ukryć łzę ociekającą po policzku, ale tego wieczoru nie musiałam być twarda – pozwoliłam jej spokojnie wydrążyć swój ślad.

Przeglądając notatki szkolnego psychologa, wyczytałam ogrom rzeczy, które już wiedziałam na temat Jakuba. Myśl, że Jola tak usilnie chciała przekazać mi dokumentację, podsycała zapał czytania – musiało być tam coś, co miało zwrócić moją uwagę.

Po chwili uświadomiłam sobie, że znów odbiegłam od akt. Analizowałam, dlaczego Jola po prostu nie zadzwoniła, by powiedzieć, że ma dla mnie materiały. Ostatnim razem właśnie tak postąpiła. Jakby na potwierdzenie, że jestem przewrażliwiona, znów znalazłam logiczne wyjaśnienie tej sytuacji. Mój numer kontaktowy był zapisany w firmie – chcąc nie chcąc, musiała tam pojechać. Będąc już na miejscu, wygodniej zostawić dokumenty z dopiskiem „ważne” niż dzwonić, bym po nie przyjechała następnego dnia. Z rozmowy, którą półsłówkami przeprowadziłyśmy, będąc jeszcze w klinice, dowiedziałam się, że wpisy zdobyła po południu. Wtedy właśnie naszła ją myśl, by sprawdzić szkolne kartoteki. Tam często jest dużo adnotacji na temat uczniów – opisy nauczycieli, psychologów, jakieś uwagi potrzebne na wywiadówki. Dobry trop – musiałam przyznać, że jest kreatywna. Tym razem byłam z niej autentycznie zadowolona. Pojawił się cień nadziei, że nie miałam zaburzonego postrzegania jej osiągnięć i niedociągnięć. Mimo to nie poczułam się lepiej. Nie umiałam się przed sobą usprawiedliwić.

Jak to często bywa – ci, co radzą innym, nie potrafią pomóc sobie…

 

Następny dzień przyniósł mi trzeźwe spojrzenie na sprawę. Cieszyłam się, że mogę spokojnie pojechać do kliniki, nie myśląc, że natknę się tam na Jolę.

Przekładałam kartki, ponownie wertując słowa pedagogów. Wreszcie pojawił się temat przewodni, o którym prawdopodobnie myślała Jola…

Sny.

Kilkakrotnie padło stwierdzenie, że Kuba o nich mówił. Czyżby to był jego „inny wymiar”? Miejsce, do którego chciał mnie zabrać? Analizowałam, czy to możliwe, że o mnie śnił, mimo że wcześniej się nie znaliśmy…

Za dużo pytań, za mało odpowiedzi.

Zadumałam się.

Tylko Kuba mógł być moją przepustką do rozpoznania. Czy potrafiłam czekać do kolejnej sesji?

Aż zakłuło mnie w sercu…

Musiałam.

 

Minęły dwa długie dni, które spędziłam na rozmyślaniu. Zastanawiałam się, czy nie powinnam nagrywać rozmów z Kubą, by właśnie w takich momentach móc je przewijać. Zapewne odbiór jego słów byłby dla mnie za każdym razem odkrywany na nowo. To tak jak z filmami czy książkami… Dopiero oglądane lub czytane następny raz pozwalają odnaleźć coś, co wcześniej umknęło. Każdy kolejny raz to nowe spostrzeżenia…

Zanotowałam w kalendarzu: „kupić dyktafon”.

Zadzwonił dzwonek do drzwi. Wyszłam z myślą, że może nowi sąsiedzi przyszli zrobić komitet powitalny, ale nie. Na ganku stała opiekunka Jakuba.

Czasami życie potrafi zaskoczyć.

– W czym mogę pomóc? – Nie umiałam ukryć zdziwienia.

– Pani doktor…

– Zapraszam, proszę wejść – przerwałam jej, otwierając szerzej drzwi. Nie wiedziałam, co było tak naglące, by złożyć mi osobistą wizytę.

 

Wstawiając wodę na kawę, kątem oka patrzyłam na kobietę siedzącą w moim salonie. Kompletnie obca, a jednak mi bliska. Pewnie przez wzgląd na powiązanie z Jakubem odbierałam ją jak dobrą znajomą, pomijając formy grzecznościowe i zwrot „pani”.

Wyglądała na zmartwioną. Błądziła myślami gdzieś daleko i tylko ona wiedziała, gdzie. Sprawiała wrażenie, jakby tą zadumą odgradzała się od otoczenia. Człowiek siedzący z boku nie miał wstępu w tę sferę jej prywatności.

Była pochłonięta tak mocno rozmyślaniami, że nawet standardowy odruch obejrzenia nowego miejsca, do którego przyszła, nie był w stanie naruszyć jej skupienia. Ani razu nie zwróciła uwagi na detale pokoju, jakby siedziała w nim setny raz i znała go na pamięć. Nawet ja niekiedy spoglądałam z zaciekawieniem na ściany i analizowałam, skąd się biorą nowe plamy pojawiające się w cyklicznym tempie. Nigdy tego nie rozumiałam, zważywszy, że nie mieliśmy małych dzieci, które zawsze wiedzą lepiej, jak zmodernizować wystrój wnętrza.

Aż bałam się pytać, z czym do mnie przychodzi. Bezpieczniej było podać kawę na stół i czekać, by sama wyjawiła powód wizyty. Tak też zrobiłam. Wyjęłam ciasteczka z szafki i postawiłam na szklanym blacie.

– Kawa zaraz będzie.– Uśmiechnęłam się i poprawiając z przyzwyczajenia poduszki na sofie, usiadłam wygodnie.

– Proszę wybaczyć, że zajmuję prywatny czas… Mogę za niego zapłacić w formie…

– Niech pani nie mówi głupstw– zaprotestowałam. – Proszę mówić, co się stało.

Popatrzyła na mnie z wdzięcznością. Nie jak człowiek, któremu darowano dług – widać, że pieniądze nie miały większego znaczenia. To była wdzięczność za moją szczerą chęć pomocy. Jak mogłabym odmówić, widząc przed sobą obraz zatroskanej matki, na próżno starającej się dotrzeć do swojego syna? Obawiałam się, że nie będę umiała dać jednoznacznej wskazówki.

Jednak obawa była uczuciem podrzędnym w stosunku do niegasnącej nadziei. Czasami to nie ukazanie właściwej drogi jest sednem, a wsparcie w jej pokonywaniu.

Czajnik zawołał.

Cieszyłam się, że moment, w którym mogłam teoretycznie powiedzieć „nie potrafię temu zaradzić…”, oddalił się na kilka minut. Jakby to co najmniej łagodziło późniejsze poczucie sprawionego zawodu i niedosyt w spełnieniu powierzonej mi roli. Nie ma to jak zamknąć przed kimś symboliczne drzwi, które w jego mniemaniu były ostatnią deską ratunku. Oczywiście moja ewentualna bezradność nie była przesądzona, ale z całego serca chciałam jej uniknąć…