Życie za życie - Alex Dahl - ebook + audiobook

Życie za życie ebook i audiobook

Alex Dahl

4,2

Opis

Dwie matki.

Dwie córki.

Jedno serce.

Minął rok, kiedy życie Alice Miller rozpadło się na kawałki, po tym jak utonęła jej córka, Amelie. Rok wypełniony słowami otuchy ze wszystkich stron i nie kończącymi się kondolencjami. Jednak Alice znajduje ukojenie tylko w alkoholu i pigułkach nasennych.
Pogrążona w ciężkiej depresji kobieta, nie dba już o nic.

Pragnie tylko tego, by Amelie powróciła.

Wszystko się zmienia, kiedy dowiaduje się o istnieniu dziewczynki, której przeszczepiono serce jej córki. Dziewczynka żyje tylko dlatego, że bije w niej serce Amelie. W najciemniejszych zakamarkach mózgu Alice zaczyna się kształtować pewien bardzo niebezpieczny plan…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 376

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 10 min

Lektor: Agnieszka Krzysztoń

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

Dla Oscara i Anastasii

 

 

 

 

 

 

Łzy pochodzą z serca, a nie z mózgu.

Leonardo da Vinci

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ I

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

 

 

Alison

 

Budzę się cały czas, o ile w ogóle zasypiam. Budzik wyświetla godzinę na ścianie po stronie Sindrego, a ja leżę i wpatruję się w dwie pulsujące kropki między cyframi. Jest tuż po drugiej w nocy, a Sindrego nie ma. Był tutaj, kiedy zasnęłam. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wysuwam rękę spod ciepłej kołdry i głaszczę chłodne, puste miejsce, w którym powinien znajdować się mój mąż.

Kilka nocy temu stało się to samo. Nagle obudziłam się ze snu, którego nie pamiętałam, i znalazłam się w tym czarnym, cichym pokoju. Zamrugałam kilka razy, próbując dostrzec w ciemności zarys dużego ciała Sindrego – nie chciałam go dotykać, żeby nie pomyślał, że czegoś chcę – nie byłabym w stanie znieść jego ciepłych, uważnych dłoni na mojej skórze. Dopiero po kilku chwilach zorientowałam się, że go nie ma. Wstałam z łóżka i usiadłam na parapecie, spojrzałam na las i teren poza nim, na światła miasta wznoszące się na wzgórzach, wyruszające na spotkanie gwiazdom. Jak na początek października była to bardzo chłodna noc, pomarańczowy księżyc wisiał nisko nad Tryvannem. Cieszyłam się, że mojego męża nie ma – dobrze było chociaż przez kilka chwil nie musieć udawać snu.

Już miałam wrócić do łóżka, gdy dostrzegłam jakiś ruch między drzewami naprzeciwko domu, z boku żwirowej drogi. Delikatnie odsunęłam się od okna, gdy Sindre wyszedł z lasu w jasnoniebieskiej koszuli schowanej niedbale w spodnie i swych drogich skórzanych mokasynach. Na piersi miał plamę błota. Przez kilka sekund stał na ukośnej przestrzeni między domem a samochodem, tak jakby nie potrafił zdecydować, czy wrócić do środka, czy odjechać. Odwrócił się w kierunku domu, w stronę miejsca, w którym stałam, i dopiero wtedy zobaczyłam jego twarz, wykrzywioną w okropnym, niemalże nierozpoznawalnym grymasie. Gdyby mężczyzna stojący przed naszym domem nie miał na sobie ubrań mojego męża, chyba bym go nie rozpoznała.

Wrócił tam dzisiaj wieczorem? Podnoszę się z parapetu i przez chwilę stoję przy oknie. Dzisiejsza noc jest burzowa, z szarymi chmurami i silnym wiatrem, ganiającym liście po ogrodzie. Las rozpoczyna się na końcu naszego trawnika, widzę mgłę, która przyłącza się do wiatru w półprzezroczystych kręgach. Spacer po tym lesie sprawia przyjemność, można słuchać wiatru, który porusza trzeszczącymi gałęziami, wpuścić chłodną noc do wnętrza siebie, wdychać wilgotne powietrze aż do żołądka. Mogłoby to choć na chwilę załagodzić palenie. Wytężam wzrok i skupiam się na miejscu, z którego wyłonił się Sindre innego wieczoru, ale ponieważ księżyc nie świeci, nie jestem w stanie odróżnić kształtu mężczyzny od drzewa, nawet jeśli rzeczywiście ktoś tam stoi. Mógłby stać przede mną i na mnie patrzeć, a ja bym go nie widziała.

Podchodzę do drzwi i nasłuchuję, a potem je uchylam. W tym domu rzadko panuje cisza – jakby z wnętrza jego ścian rozbrzmiewał słaby szum, bas wszystkich dźwięków wydawanych przez naszą rodzinę – dzisiaj jednak jest cicho. Przystaję na półpiętrze, oczy szczypią mnie w jasnym świetle rzucanym przez lampy, próbuję dosłyszeć ten pocieszający pomruk, ale bezskutecznie. Patrzę na drzwi pokoju Amalie i poraża mnie dzikie przerażenie wywołane tym, co znajduje się za nimi. W żołądku szaleją płomienie, tak jakby chciały zająć wszystkie mroczne korytarze w moim wnętrzu. Ściskam się za brzuch i zmuszam się do odwrócenia wzroku od drzwi Amalie. Próbuję pomyśleć o czymś, co mogłabym policzyć, i do głowy przychodzą mi tylko schody. Siedemnaście. Siedemnaście stopni, dam radę. Mogę zejść na dół, nalać sobie trochę wody, a potem wrócić na górę, minąć pokój Olivera, minąć pokój Amalie, tak po prostu; dam radę, robiłam to już wcześniej, teraz mam tylko kiepską noc, to wszystko, a gdy wrócę na górę, wezmę tabletkę z nocnego stolika i chociaż odpoczynek nie będzie prawdziwy, czeka mnie tępy, pozbawiony snów letarg.

W kuchni stoję przy zlewie w ciemności. Teraz słyszę ten pomruk domu. Cały czas trzymam się za brzuch, tak jakby tylko dzięki temu moje wnętrzności miały nie wypaść. Palenie zanika, teraz zamienia się w coś w rodzaju rdzy – tak jakbym przegryzła baterię.

Ostre zaburzenia lękowe, mówi lekarz.

Hej, misiaczku, szepczę. Założę się, że widzisz mnie teraz, nawet jeśli ja nie mogę zobaczyć ciebie. Jeśli mnie słyszysz, możesz dać mi jakiś znak, jakikolwiek, najmniejszy? Talerz, który spada na podłogę, światło, które nagle się zapala, jakieś zwierzę, które zaczyna wyć na zewnątrz? Zobaczyłabym cię w tych odłamkach szkła, w tym jasnym świetle, usłyszałabym cię w dźwięku… Znak, kochanie, mój ukochany aniołku, proszę, przemów do mnie…

Gdzieś nagle zapala się światło – kwadratowy rozbryzg z niego wpada przez okno i rozlewa na podłodze za mną. Natychmiast łapię się oburącz zlewu, moje serce wali tak mocno, że ledwo jestem w stanie oddychać. Chcę otworzyć usta, by ponownie wypowiedzieć jej imię, ale nie mogę wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Pochylam się w stronę okna i uświadamiam sobie, że światło wpada ze strony garażu po drugiej stronie wąskiej drogi.

 

***

 

Sindre stoi się przy blacie roboczym, który biegnie wzdłuż całej ściany garażu. To właśnie tam zazwyczaj stoi zimą, cierpliwie smarując narty biegowe naszej rodziny – najpierw wąskie narty wyścigowe Olivera, potem jego własne, potem moje dla początkujących, a na koniec krótkie, szerokie narty Amalie z iskrzącymi się kryształkami śniegu i rozciągającą się ku czubkom twarzą Królowej Elsy. Stoję w przestrzeni między domem a garażem, próbuję oprzeć się wiatrowi, który jest o wiele silniejszy, niż myślałam, i widzę te małe narty wiszące wysoko na ścianie. Sindre stoi do mnie plecami, mogę jednak dostrzec większość tego, co znajduje się na blacie. Mój mąż porusza się dziwnie, raz szybko i gwałtownie, raz powoli i płynnie, i trochę czasu zajmuje mi uświadomienie sobie, że poleruje broń. Odłącza lunetę od długiej matowej strzelby, trzyma lunetę pod światło, a następnie wyciera soczewkę czerwoną szmatką. Za kilka tygodni wyjeżdża na polowanie na łosie. Wyleciało mi to z głowy. Wyjeżdża co roku o tej samej porze – oczywiście musi się do tego przygotować.

Za rogiem domu zaczyna lać deszcz, kłuje mnie boleśnie w twarz i dłonie, jeszcze mocniej owijam się swetrem, ale jest mi i tak zimno i może wydobywam z siebie cichy krzyk, bo Sindre nagle się odwraca i podchodzi do wąskiego okna, by wyjrzeć na zewnątrz. Nie wiem dlaczego, ale przyciskam się do ściany obok okna, żeby mnie nie widział. A przecież mogłabym zapukać cicho do drzwi, wejść do garażu i przytulić mego męża od tyłu. Mogłabym zaproponować mu kawę – nie wyobrażam sobie, żeby tej nocy któreś z nas wróciło jeszcze do łóżka. Ale tego nie robię. Stoję w przejściu, patrzę, jak ostrożnie rozkłada i składa dwie strzelby, jak wyciera ściereczką wszystkie zagłębienia i otwory. Gdy kończy, z wiszącej nad jego głową półki zdejmuje kartonowe pudło. Wygląda jak nijakie brązowe pudełko po butach. Otwiera je, wyjmuje gazetę, kawałek kuchennego ręcznika, a potem jakiś przedmiot.

Z początku nie wiem, co to jest, bo ma niewielkie wymiary, a ponieważ Sindre stoi tyłem do mnie, częściowo blokuje mi widok. Odkłada to coś i robi kilka kroków w prawo, pewnie żeby wziąć coś innego. Teraz już wiem, co to jest – stalowoszara krótka broń palna, której nigdy wcześniej nie widziałam. Otwiera kolejne pudełko, to jest mniejsze, i wyjmuje z niego kilka nabojów. Podnosi jeden z nich pod światło i go ogląda, a potem wkłada do komory. To samo robi z pozostałymi nabojami.

Czasami myślę o innym życiu Sindrego, życiu, które wiódł przede mną. Przed naszą rodziną. Wyobrażam go sobie takim, jaki wtedy był: w wojskowym hełmie i mundurze, biegającego po górach Hindukusz i Badachszan, otaczającego najbardziej poszukiwanych przestępców wojennych i terrorystów na świecie. Ukrywał się w jaskiniach i chatach pasterzy, pił wodę z niesamowicie czystych górskich potoków i stopniowo zbliżał się do celu, aż wreszcie był tak blisko, że mógł go zdjąć. Widzę go, mrużącego jedno oko i wpatrującego się w celownik, patrzącego na męską głowę, kładącego pewnie palec na spuście i wymierzającego precyzyjny, stłumiony strzał. Nigdy go nie pytałam, ile zabił osób. Nazywa to neutralizowaniem. Nie wiem, czy wie, ile osób. Czy w ogóle prowadził takie statystyki? Ja z pewnością bym prowadziła.

Życie, które Sindre prowadził przede mną i naszą rodziną, zdaje się być niemal niemożliwym kontrastem do życia, które wiodłam ja: dorastałam w rejonie Zatoki San Francisco, potem podróżowałam po świecie – najpierw dla zabawy, a później dla pracy, pisałam felietony do błyszczących czasopism i dodatków do gazet. Przeprowadziłam wywiady z szefowymi państw od Nowej Zelandii po Islandię, badałam subkultury narkotykowe w południowoamerykańskich więzieniach dla kobiet i przyglądałam się rosnącej konsumpcji wina na podstawie obserwacji amerykańskiej klasy średniej. Kiedy Sindre podróżował, to do Iraku, Afganistanu, Pakistanu – miejsc, w których miał zabijać.

Ponownie podnosi broń, waży ją w dłoniach, odwraca i delikatnie się do niej uśmiecha. Przychodzi mi do głowy, że być może wkrótce jej użyje, że może szybko przyłożyć ją do skroni i wypalić. Nadal nie wchodzę do środka, stoję i patrzę. Po co mojemu mężowi pistolet? Rozumiem, że musi trzymać strzelby na polowania, nie wyobrażam sobie jednak, do czego byłaby mu potrzebna broń krótka. Może trzyma ją od zawsze, tylko mi o tym nie wspominał? Nie wiem o nim wielu rzeczy i ta aura tajemniczości, która zdaje się wrodzona, była jedną z cech, które przyciągały mnie do niego najbardziej.

Sindre odkłada broń z powrotem do pudełka, a pudełko wstawia na półkę. Przez chwilę stoi przy blacie nieruchomo i ze zwieszoną głową. Patrzę na jego dłonie – w słabym świetle wyglądają na miękkie i niewinne. Może on myśli to samo, bo podnosi je w stronę światła i obserwuje, kilka razy je odwraca. Potem składa je w takim samym geście, jak wtedy, gdy po raz pierwszy trzymał nasze dziecko, jeszcze śliskie, prosto z mojego łona – jedna dłoń pod pupą, druga pod główką. Odwracam się od niego, patrzę na liście wirujące obok moich stóp. Gdy ponownie podnoszę wzrok, Sindre przygląda się wnętrzu swoich dłoni, tak jakby zastanawiając się, do czego są zdolne. Wracam do domu.

 

***

 

Leżę w łóżku od niecałych pięciu minut, gdy drzwi cicho się otwierają. Jeśli mąż dotknie mojej twarzy lub dłoni, poczuje chłód skóry i zorientuje się, że byłam na zewnątrz. Ale mnie nie dotyka. Kładzie się na łóżku i oddycha głośno i miarowo, tak jakby już spał. Dziwnie pachnie, jak połączenie metalu i mokrej ziemi, i zakładam, że to zapach oleju do polerowania broni. Nagle pragnę, żeby mnie dotknął – chcę poczuć, jak jego cudownie miękkie dłonie powoli głaszczą mnie po włosach, zjeżdżają w dół do szyi, potem do piersi, znowu do szyi, potem są w dole kręgosłupa… Powoli odwracam się w jego stronę i kładę dłoń w miejscu między nami. Przestrzeń ta jest szeroka i zniechęcająca. Przykładam rękę do dolnej części jego pleców, pod wpływem mojego dotyku czuję delikatne drgnięcie. Wkładam rękę pod koszulkę i delikatnie kreślę kółka na jego skórze, on jednak nie reaguje na moją pieszczotę ani nie odwraca się w moją stronę. Wreszcie cofam dłoń i przyciskam ją do piersi, tak jakby dotykanie go sprawiło mi ból.

Mamusiu, czy kiedykolwiek było ci przykro z powodu tego, co się jeszcze nie wydarzyło, na przykład tego, że będę duża?

Tak. Oczywiście.

Dlaczego?

Bo wtedy nie będziesz mnie już potrzebowała, będziesz niezależna i pyskata i zbyt wyluzowana, by zadawać się ze swoją starą matką.

Mamusiu, tak się nigdy nie stanie!

Chodź tutaj i przytul swoją mamę, misiaczku.

Z obu stron!

Dobrze, z obu stron.

Mamusiu, co byś zrobiła, gdybyś mnie nie miała?

Serce by mi pękło.

Serca nie mogą pękać!

Owszem, mogą.

A jak się żyje ze spękniętym sercem?

Nie wiem.

Budzę się, wyrwana ze snu, dysząca w naszej chłodnej, znajomej mi sypialni. Jest ranek i mojego męża nie ma. Zostawił szeroko otwarte okno, choć w nocy temperatura spada poniżej zera. Siadam w łóżku, kręci mi się w głowie, zamykam oczy i próbuję pozbyć się tego snu.

A jak się żyje ze spękniętym sercem?

Wstaję i zakładam szlafrok na piżamę. Nie pamiętam, kiedy ostatnio ją prałam. Po burzy pojawiło się lśniące, błękitne niebo, przez chwilę stoję na półpiętrze i je podziwiam. Potem patrzę na zamknięte drzwi do pokoju Amalie. Mogłabym je otworzyć. Mogłabym je uchylić i krzyknąć w szczelinę: „Pora wstawać, Mills!”. Z reguły i tak już nie spała, bawiła się na podłodze swoimi zabawkami Sylvanian albo rysowała coś przy biurku. Odwracam się i schodzę na dół.

– Cześć – słyszę jakiś głos i podskakuję ze strachu, upuszczam torebkę z herbatą. To Oliver, siedzi przy kuchennym stole, w dłoniach trzyma iPada, ma poważną minę, a jego brązowe oczy mają fioletowe obwódki, tak ciemne, że wygląda, jakby ktoś go pobił.

– Och. Och, cześć, Oliverze – mówię zachrypniętym szeptem. Włączam czajnik, unikam wzroku pasierba. Nie wiedziałam, że tu jest, chociaż, szczerze mówiąc, kompletnie przestałam panować nad tym, kiedy ostatnio u nas był i kiedy powinien być u matki.

– Wczoraj miałem jechać do mamy – mówi, jakby próbując mi to wytłumaczyć.

– Och.

– Postanowiłem zostać. Z wami.

– Dobrze, kochanie… – mówię. – To… to wspaniale. – Niezgrabnie poruszam się po kuchni, szukając moich słodzików, ulubionego kubka, mleka, jakbym nie wiedziała, gdzie się to wszystko znajduje. Biedny chłopak, martwi się, myśli, że ja i Sindre nie powinniśmy być teraz sami, razem. Przypominam sobie ostatnią noc, Sindre w garażu o drugiej, otoczony bronią. Może Oliver ma rację, może nie powinniśmy być tu sami. Płomienie wypalają we mnie coraz większą dziurę, mam ochotę cisnąć parujący kubek z herbatą na podłogę i zacząć wrzeszczeć. Gdyby nie było Olivera, wzięłabym coś na uspokojenie. Może naleję sobie do herbaty kieliszek wódki. Albo dwa. Nie chcę, żeby Oliver tu był, patrzył na mnie, próbował pocieszyć mnie na swój niezgrabny sposób, chcę, żeby pojechał do matki i został u niej tak długo, żebym mogła się wypłakać i wykrzyczeć, rzucać talerzami, a potem zemdleć na sofie w środku dnia, utulona przez alkohol ze świadomością, że spokój potrwa tylko chwilę.

– Ali?

– Tak. O co chodzi? – mówię silniejszym głosem. Zbyt silnym, zbyt ostrym. Wyczuwam, jak młody się kurczy, zmuszam się do uśmiechu, a potem się odwracam.

– Ja… Zastanawiałem się, czy zanim wyjdę, mogłabyś mi pomóc z pracą domową. Eee… Z geografii.

– Pewnie – odpowiadam i siadam obok niego.

Wyciąga z plecaka pomiętą kartkę papieru.

– „Użyj dowodów na poparcie następującego stwierdzenia lub mu zaprzecz: pogoda w Skandynawii jest coraz bardziej ekstremalna” – czyta.

– Dobrze – mówię, ale dokładnie w tej chwili z oka Olivera spada na papier wielka łza, która rozmazuje słowo „bardziej”. A potem kolejna, kolejna i kolejna.

– Ej – mówię, odwracam się w jego stronę, ale jego twarz nagle tak bardzo przypomina twarz Amalie, że muszę oderwać od niego wzrok i spojrzeć na stół. Ona jest tam w jego krzaczastych brwiach, we wrażliwych, brązowych oczach, w piegowatym, chudym nosie i potarganych włosach koloru ciemnego blondu. Często zdarza się, że Amalie prześladuje mnie w gestach lub wyrazach twarzy Sindrego lub Olivera. – Ej – mówię raz jeszcze, ale teraz nie mówię już do niego, a do niej. – Chodź tutaj – szepczę i przyciągam go do siebie, bo nie potrafię znieść jego widoku. I dopiero wtedy daje sobie pozwolenie na płacz, trzęsie się w moich ramionach przez długi czas, aż wreszcie się uspokaja niczym małe, wyczerpane dziecko.

– Chcesz iść ze mną dzisiaj nad jezioro? Albo może pójdziemy zobaczyć Mgiełkę? – pytam. Mgiełka to kucyk Amalie. Kilka razy w tygodniu chodzę do niej i po prostu obok niej staję, kładę dłonie na jej ciepłym, miękkim ciele.

– Ja… Muszę iść do szkoły…

– Nie, kochanie. Nie musisz – odpowiadam.

 

***

 

Idziemy wokół jeziora po żwirowej drodze, od czasu do czasu zatrzymując się, osłaniając oczy przed słońcem i wpatrując się w wodę. Oczy Olivera są czerwone i zapuchnięte. Zaciska mocno usta – które też są czerwone, tak jakby bardzo mocno przygryzał wargi. Oliver odziedziczył po ojcu zdolność do odzyskiwania równowagi w idealnej ciszy. Ja skupiam się na oddechu, kontrolowaniu palenia w żołądku, nadal jednak muszę liczyć. Liście, drzewa, kroki, ile dni minęło, odkąd była tu Amalie – nie, nie, to nie. Nie. Spróbuj ponownie. Kamienie, które Oliver wrzuca do wody, liczbę kręgów na powierzchni jeziora, które powstają, kilka ostatnich ptaków kierujących się na południe. Przez jakiś czas siedzimy na kamienistej plaży.

– Moja mama mówi, że tobie jest trudniej niż tacie – mówi Oliver. Zaciskam palce na małym, gładkim kamieniu. – Ale… Ale ja sądzę, że jemu może jest trudniej – mówi ostrożnie, patrząc na mnie swoimi oczami o kształcie migdałów, oczami Amalie, falująca grzywka wpada mu do oczu. – Bo on ma mnie i nie może tak po prostu… umrzeć. Ani uciec. Ale ty możesz. Gdybyś chciała. Mogłabyś tak po prostu zniknąć i nigdy nie wrócić do domu, w którym wszędzie wyczuwa się jej obecność. Ja… Mam nadzieję, że tego nie zrobisz.

Patrzę na mojego pasierba: na jego guzowate białe palce i obgryzione paznokcie, na czerwone plamy idące od kołnierzyka koszuli do jego szyi i szczęki, na jego bladą twarz dziecka, chociaż ma już trzynaście lat. Kiwam głową i oboje patrzymy na stalowoszarą wodę, spokojną dzisiaj tak bardzo, jakby była skuta lodem, i nie mam żadnych słów, zaczynam więc znowu liczyć; liczę kamienie, których dotyka moja dłoń, próbuję nie myśleć o paleniu w żołądku i wpatruję się w chłodną wodę. Cały czas jednak mam ochotę do niej wbiec, zostawiając chłopca na brzegu.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 2

 

 

 

 

Iselin, trzy miesiące wcześniej

 

To jak dotąd najgorętszy dzień w roku. Od wielu lat, tak mówili w wiadomościach. Kaia nie spędziła go na zewnątrz ze skakanką, nie skakała na trampolinie, nie biegała ze zraszaczem. Przez cały dzień leżała na sofie i drzemała, tuląc starego wyświechtanego Kota Bobby’ego, oglądając Dorę i przyjaciół. Obserwuję ją przez otwarte drzwi tarasu, na którym siedzę, sącząc z kieliszka tanie, słodkie różowe wino. Zbierają się ciemne chmury i nie zdziwię się, jeśli w ciągu godziny zacznie lać. Kaia jest jeszcze bardziej zmęczona niż zwykle, nie dałam rady namówić jej na zjedzenie niczego poza kilkoma lodami cytrynowymi. W mieszkaniu jest potwornie gorąco, chociaż znajduje się ono w piwnicy domu innej rodziny i ma betonowe ściany. Zimą ja i Kaia często chodzimy w nim w kurtkach.

Słyszę, jak mieszkające nad nami dzieci bawią się po drugiej stronie ogrodu. Są to trzej hałaśliwi mali chłopcy, Kaia czasami obserwuje ich z wysokiego okna wychodzącego na ogród; oni zawsze się poruszają, bawią, biegają, walczą i skaczą – ale Kaia nie za bardzo zna te aktywności. W domu głównie siedzi i rysuje albo siedzi na sofie i ogląda bajki. Gdy ma dobry dzień, siada i bawi się domkiem Sylvanian, który udało mi się kupić jej na siódme urodziny. Biorę łyk wina – to mój jedyny luksus tego dnia – i patrzę, jak nad moją głową szybko przelatuje powietrzna karetka, tak blisko, że na chwilę zatykam uszy. Kaia się nie rusza. To już druga powietrzna karetka, którą widzę tego popołudnia, wcześniej słyszałam tylko szum śmigieł. Może coś się stało w mieście – nie mam jak się o tym dowiedzieć.

Z ciszy, którą pozostawia po sobie helikopter, wyłania się kolejny dźwięk. Z początku wydaje mi się, że to z bajki – to taki radosny dźwięk, jakby muzyka dla dzieci, potem jednak uświadamiam sobie, że to telefon. Gdy wreszcie go znajduję, przestaje dzwonić. Cztery nieodebrane połączenia ze szpitala. Patrzę na Kaię, której mała szara twarz jest przyciśnięta do poduszki. Moje serce zaczyna dziko walić. Wyciągam poduszkę i Kaia delikatnie opada na siedzenie sofy. Nadal się nie porusza. Ma na sobie białą bawełnianą podkoszulkę z żółtymi plamami po lodach. Ciemne, gęste włosy ma zaplecione tuż przy czaszce, tak jak lubi, przy skroniach odstaje kilka krótkich pasemek. Nie mogę bez ciebie żyć, szepczę. Wybieram numer szpitala, biorę do ręki bezwładną dłoń Kai, mocno ją ściskam.

– Kiedy możecie przyjechać? – pyta głos po drugiej stronie słuchawki.

W taksówce obserwuję, jak helikopter gwałtownie podnosi się gdzieś z boku dużej skoczni narciarskiej i szybko leci pod spuchniętymi czarnymi chmurami w kierunku, w którym zmierzamy. Czy to może mieć związek z…? Kaia leży na moich kolanach, ssie kciuk i wykręca podniszczone ucho Kota Bobby’ego. Z moich oczu leją się łzy tak szybko, że nie mam szans ich powstrzymać. Kapią na Kaię, znikają w jej włosach. Obserwuję, jak jej plecy unoszą się i opadają, kładę dłoń w miejscu, w którym znajduje się jej serce. Czuję je, puka rytmicznie w opuszki moich palców. Z mych zaciśniętych ust wydobywa się cichy krzyk, w lusterku wstecznym widzę spojrzenie taksówkarza. Uśmiecha się niepewnie, ja jednak odwracam wzrok. Kaia powoli i z trudem się odwraca, żeby na mnie spojrzeć. Jej usta są niemalże tak blade jak skóra, mają niebieskawy odcień, żyły znaczą czoło niczym żyłki marmur.

– Nie martw się, mamusiu – szepcze. Kiwam głową i pochylam się, żeby ją pocałować, poczuć jej zapach, i z moich oczu leją się kolejne łzy, gdy taksówka zatrzymuje się przy krawężniku przed dziecięcym szpitalem Rikshospitalet.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 3

 

 

 

 

Alison

 

Ląduję o dziewiątej, napisano w wiadomości, i muszę najpierw przejrzeć wszystkie poprzednie, żeby w ogóle stwierdzić, dokąd poleciał. Wylądowałem na Charles de Gaulle, to wiadomość z wczorajszego ranka. Paryż, konferencja. Teraz pamiętam. Pamiętam też zeszłą noc, jak obudziłam się w środku nocy na podłodze przy łóżku Amalie i kilka minut leżałam, wpatrując się w sufit, nie śmiąc odwrócić głowy ani o centymetr w stronę łóżka. W ciągu tych minut ona nadal tam była, w jednoczęściowym flanelowym pajacu z Królową Elsą, tuląca misia, leżąca twarzą do ściany, delikatne ramionka unosiły się i opadały w bezpiecznej, łagodnej ciemności. Wreszcie położyłam dłoń na pustym, chłodnym prześcieradle. Potem zeszłam na dół do kuchni. Usiadłam, zaczęłam pić wódkę i przez wiele godzin przeglądałam Instagrama. Obudziłam się w tym samym miejscu, przy kuchennym stole, z włosami mokrymi od wódki, nadal trzymając telefon. Promienie jesiennego słońca dźgały mnie w oczy.

Jest prawie południe, a mój mąż ląduje o dziewiątej. Będziemy tu razem sami do poniedziałku, do powrotu Olivera. Rozglądam się po pomieszczeniu, żeby wymyślić, co robić dalej. Wkrótce będę musiała wyjść na spotkanie z Karen Fritz. Rozważam niepójście do niej: będzie tam siedziała i spokojnie czekała, jej palce będą bawić się nicią, a oczy będą skupione na wiszącym nad drzwiami zegarze. Zmartwi się czy po prostu odetchnie z ulgą, że nie musi spędzać całej godziny na siedzeniu naprzeciwko żałosnej kobiety, którą się stałam? Sprawdzam telefon, przeglądam wiele nieotwartych wiadomości. Nowa od Halvora Bringiego, mojego starego szefa w „Speilet”: Cały czas o tobie myślimy. Zadzwoń do mnie, gdy będziesz na to gotowa. Uściski, Halvor. Naciskam „Skasuj”. Kolejna wiadomość od Eriki, mojej jedynej amerykańskiej przyjaciółki w Norwegii, choć teraz jest mi tak obca, że nawet nie pamiętam jej twarzy. Kochanie, zadzwoń do mnie. „Skasuj”.

Otwieram francuskie drzwi do ogrodu z przodu domu i siadam na kamiennych schodach, choć panuje mgła i włoski na moich ramionach stają z zimna. Wyobrażam sobie mojego męża na konferencji, jego zmęczoną, obojętną twarz zwróconą w stronę postaci przemawiającej z przodu wielkiego audytorium, niesłuchającego, płynącego z niejasnymi prądami jego mózgu. Później wieczór spędzony w opuszczonym hotelowym barze, mój mąż pije jedną szkocką po drugiej, patrzy na migoczące w oddali światła Paryża. Prosty hotelowy pokój z różowymi i limonkowymi poduszkami, sen wywołany lekami. Jesteśmy teraz tacy sami, a jednak jeszcze nigdy się tak od siebie nie oddaliliśmy.

Kilka tygodni temu pojechałam ponownie zobaczyć się z doktorem Bauerem w sprawie mojej częstej utraty orientacji. Znam go od wielu lat i to on pierwszy polecił mi Karen Fritz. Słuchał uważnie, gdy próbowałam wyjaśnić mu przerażenie, gdy nagle nie wiedziałam, gdzie jestem i co robię. Drżącym głosem powiedziałam, że może to jakiś wczesny etap demencji, że może powoli tracę rozum. Może to jest nawet choroba Creutzfeldta-Jakoba. Ostatecznie komuś się to ciągle przytrafia. Albo guz mózgu – może te tępe bóle głowy i mrowienie w palcach, w połączeniu z zapominaniem i oszołomieniem, to objawy czegoś złowrogiego, rosnącego głęboko w moim mózgu? Mówię, że idę na górę, i zapominam po co. I to się przytrafia wciąż i wciąż. Innego dnia chowam MacBooka do zmywarki, tak jakby był talerzem. Słyszę głos męża, ale nie jestem w stanie zrozumieć słów.

Doktor poczekał, aż skończę mówić. Czy twoje serce wali jak szalone? Masz retrospekcje? Sypiasz?

Cały czas. Tak. Niewiele. Wręczył mi składaną niebieską ulotkę z napisem „Radzenie sobie z żałobą”. Wypisał więcej recept.

Metaliczny, natarczywy dźwięk. Zanim uświadamiam sobie, że to jest telefon, przestaje dzwonić. Przychodzą dwie wiadomości.

Kochanie, chcesz coś z Paryża?

A potem: Jestem już w drodze na lotnisko.

Był taki czas, że chciałabym dostać wiele rzeczy z Paryża. Torebkę z miękkiej skóry, drogiego szampana, ręcznie produkowane ekologiczne świece z Merci, kupione od jakiegoś artysty ołówkowe szkice przedstawiające most Aleksandra III. Śmieję się cicho z tego, że takie rzeczy w ogóle istnieją. Że kiedykolwiek o nie dbałam. Drogie, szybkie poprawiacze humoru, które kiedyś działały, ale już nigdy nie odniosą żadnego skutku. Zwracam twarz ku słońcu, które na chwilę pojawiło się między dwiema wielkimi ponurymi chmurami. Nie, kochanie, dziękuję. Wracaj szybko do domu, odpisuję wreszcie, ale wcale nie mam tego na myśli; nie chcę, żeby mój mąż wracał szybko do domu, nie chcę, żebyśmy znowu obchodzili siebie jak obcy ludzie.

 

***

 

Gdy przyjeżdżam, spóźniona, Karen przytrzymuje dla mnie drzwi. Przechodzę obok niej do skromnie umeblowanego, niewielkiego pomieszczenia. Siadam w głębokim białym fotelu i czekam, aż ona zapyta, jak się czuję, ale nie pyta. Zaczyna robić na drutach i czeka, aż to ja zacznę mówić.

– Śnię o niej – mówię, wpatrując się w szybkie dłonie Karen Fritz, które cały czas dobierają włóczkę i ją owijają, wciąż i wciąż od nowa.

– I jak się z tym czujesz?

– Śniłam o tym, jak spytała mnie, co bym zrobiła, gdybym już jej nie miała. Rzeczywiście kiedyś o to spytała.

– To brzmi bardzo niepokojąco, Alison. – Nie odpowiadam, a Karen nie namawia mnie, żebym mówiła dalej. Po prostu robi na drutach i czeka. Możemy siedzieć tak przez całą sesję, w kompletnej ciszy. I kilka razy tak właśnie było. – Wróciłam nad jezioro. – Druty się zatrzymały, ale nie usłyszałam żadnego komentarza. – Nie zapytasz mnie dlaczego, nie zabronisz mi tego mówić czy jak?

– Czy tego właśnie chcesz?

– Nie… Nie wiem, czego chcę. I czy w ogóle jeszcze czegoś chcę.

– Nie sądzisz, że to źle? – Był czas, kiedy uznawałam terapię za tak przydatną i konieczną, jak oddychanie powietrzem czy picie wody, uważała tak większość amerykańskich specjalistów, których wówczas znałam. Spędzałam mnóstwo godzin na różnych sofach, rozwijając swoje poplątane myśli przed obcymi ludźmi, a potem odchodziłam, zawsze czując, że coś mi się rozjaśniło. Wydawało mi się, że przetwarzanie wszystkich usłyszanych historii jest użyteczne, bo nie da się spędzać życia na podróżowaniu po świecie jako dziennikarka i nie zbierać materiału do przyszłej terapii. Teraz jednak nie da się nie zauważyć ironii tego wszystkiego – to jak plasterek na ranę postrzałową. Patrzę na Karen Fritz i próbuję liczyć rzędy kędzierzawej ochrowej wełny, wylewającej się spod ciągle poruszających się dłoni kobiety. Dwadzieścia, dwadzieścia jeden.

– Mój mąż ma broń – mówię, rozkoszując się przerażeniem na jej twarzy.

 

***

 

O ósmej jest już od dawna ciemno, a ja idę do łóżka. Nic nie wzięłam, nic nie wypiłam. Rozważam wstanie i wzięcie Temazepamu; moje kończyny byłyby przyjemnie ołowiane, mogłabym się naprawdę przespać, nie lubię jednak brać tego, gdy jestem sama. Myśl o tym, że Sindre wróci do domu i będzie mnie obserwował podczas wywołanego lekami snu, napawa mnie niepokojem, bo mógłby dokładnie przyjrzeć się mojej pozbawionej cenzury twarzy i poczuć odrazę.

Myślę o Sindre w samolocie, jego szerokich stopach na dywanie, dużych kolanach naciskających na fotel przed nim, o trzymanym w dłoni drinku. Będzie opierał się o okno, patrzył na światełka poniżej, przypominające złote koraliki przyszyte do czarnej tkaniny, podczas gdy samolot będzie leciał na północ. Po chwili, kiedy światła się rozproszą, jego umysł się oczyści – i codzienny hałas dotyczący rachunków, transportu, relacji, gotowania, bycia rodzicem oraz wszystkich rutyn znajdzie się daleko. Samolot zacznie spokojnie i cicho mruczeć, światła w kabinie zostaną przyciemnione i Sindre przyciśnie twarz do plastikowego okna. Gwiazdy staną się niemalże tak wyraźne i bliskie jak wysoko w górach. Wyobrażam sobie, że latanie go uspokaja, że pozwala mu oczyścić umysł, rozebrać go do kości. Prawda jest jednak taka, że nie mam pojęcia, co go uspokaja, nie wiem już, co mój mąż myśli i czuje.

Zanim usłyszę klucz w zamku na dole, miną godziny. Godziny spędzone na liczeniu i szeptaniu do Amalie. Policzyłam czas, jaki upłynął: dwieście dziewięć minut, oraz liczbę tabletek nasennych, które wzięłam już w tym tygodniu: dziewięć, oraz niewytłumaczalne dźwięki z zewnątrz, które przedostały się przez otwarte okno do sypialni: jedenaście. Policzyłam, ile razy w zeszłym miesiącu byłam odwiedzić ukochanego kucyka Amalie, Mgiełkę: dwa. Naliczyłam liczbę urodzinowych tortów, które upiekłam dla mojej córki: pięć, i przypomniałam sobie każdy z nich. Policzyłam, ile razy piknął mój telefon: dwa, a potem, ile razy leciałam samolotem z Amalie: co najmniej trzydzieści dwa. Uwielbiała to i zawsze układała usteczka w małe „o”, gdy samolot wznosił się ponad chmury.

Zaczynam liczyć sekundy między odgłosem przekręcanego w zamku klucza a krokami Sindrego na schodach, ale doszłam już do czterystu, a jego nadal nie ma. Co on tam robi? Czekam w ciemności, przebudzona, chociaż gdy położy się obok mnie, będę udawać, że śpię. Nie przychodzi. Wstaję z łóżka i cicho podchodzę do drzwi. Z dołu dochodzi stłumiony dźwięk telewizora, mój mąż musi leżeć na sofie i go oglądać albo po prostu przed nim usnął. U jego stóp będzie leżała pusta butelka po winie, może dwie. Przechodzę przez półpiętro i staję na schodach, patrzę na ścianę, na której kiedyś wisiały duże zdjęcia Amalie. Miejsca te są nieznacznie ciemniejsze i zakurzone, powstały tam upiorne ramki. Patrzę na szeroko otwarte drzwi do pustego pokoju Olivera i na zamknięte drzwi do pokoju Amalie. Również pustego. Nasłuchuję i uświadamiam sobie, że to, co słyszę, to głos Sindrego, a nie telewizor.

Powoli schodzę po schodach, uważając, aby nie wejść na środek czwartego stopnia, bo skrzypi. Staję na korytarzu na dole. Rzeczywiście, jest to głos Sindrego, dobiegający z jego gabinetu. Zamknął drzwi, ale spod szpary pod nimi wylewa się na płytki srebrne światło. Jego głos jest niski i chociaż nie rozumiem słów, od czasu do czasu słyszę śmiech. Boli mnie ręka i uświadamiam sobie, że wbiłam w nią paznokcie tak mocno, że w bladej skórze pozostały wyryte głębokie półksiężyce. Odwracam się i idę na górę. W łazience łykam Temazepam bez popicia. Unikam swojego wzroku w lustrze i idę do łóżka, zwijając i rozwijając w ciemności pulsującą dłoń, aż wreszcie moje kończyny tracą bolesne napięcie, a moje powieki stają się tak ciężkie, że nie mogę ich rozdzielić i…

tatuś usiadł przy moich stopach w błotnistym piasku, zasłaniając uszy, żeby nie słyszeć krzyków i mojego szlochu, i ogłuszającego ryku helikoptera, gwałtownie się ku nam zbliżającego, smagającego wodę jeziora. Nasze oczy spotkały się dopiero w helikopterze.

Dalej, dalej, dalej – powiedziałam do poszarpanej kreski, linii życia, linii, która miała zdecydować, czy zostaniesz, czy odejdziesz. Nie mogłam na ciebie patrzeć, chociaż trzymałam cię za rękę. Czułaś to? Wiedziałaś, że przy tobie jestem? Byłam w stanie patrzeć tylko na tę linię. No dalej, no dalej, no dalej, misiaczku, mówiłam. Linia zaczęła się zmieniać od ostrych szarpnięć do łagodnych wirów i pomyślałam, że to musi być dobrze, przecież każdy chce, żeby linia życia stała się spokojna i przewidywalna, ale te łagodne wiry zamieniały się powoli w coraz bardziej płaską linię z maleńkimi szczytami, a ja patrzyłam na nie i wrzeszczałam, no dalej, no dalej, no dalej, ale ona coraz bardziej się wyrównywała, aż wreszcie była tylko najokrutniejszą możliwą płaską kreską, a odgłos śmigieł został zagłuszony przez jednostajny, przerażający dźwięk.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 4

 

 

 

 

Iselin, trzy miesiące wcześniej

 

– Proszę – szepczę raz po raz. Proszę, proszę. Nie po raz pierwszy znajduję się tutaj na tym krześle, w tym pokoju. Nie po raz pierwszy się za nią modlę. Modliłam się za nią na długo, zanim dowiedziałam się, że muszę to robić. Wpatruję się w wypolerowaną podłogę, potem w plastikowe lilie na stole, potem w moje dłonie z obgryzionymi paznokciami przy wszystkich palcach oprócz kciuków.

Jestem dziwnie spokojna.

Tyle razy szykowałam się na jej śmierć, że teraz jestem w stanie spojrzeć jej w oczy. Wiedziałam, że może nadejść przed moją śmiercią, więc nie miałam wyjścia.

Mimo to się modlę.

Moja siostra Noa często każe mi wizualizować to, czego nie mogę kontrolować, więc to robię; Kaia na stole operacyjnym w tym właśnie momencie, oczy zamknięte, twarz popielata, ale spokojna, kilka kosmyków ciemnych włosów wyłaniających się spod ciasnego, zielonego czepka, dłonie odwrócone i bezbronne. Ile ja bym dała, żeby Noa tu teraz przy mnie była, żeby trzymała mnie za rękę.

Gdzieś w tym budynku ktoś inny przestanie się modlić. Nagle zostanie połknięty przez tę samą śmierć, która szarpała cień Kai, odkąd się ona urodziła. A nawet zanim jeszcze się urodziła. Ta śmierć jest najjaśniejszym światłem, tak jasnym, że niczym zła gwiazda poparzy każdego, kto się do niej zbliży. W tej właśnie chwili rzuca swoje zimne, ostre światło na moje dziecko, jednak Kaia nie idzie w stronę jej blasku, frunie w moją stronę szybciej od światła. Otworzy oczy i spojrzy w moje, musi. Jej serce, nowe serce, jej ostatnia szansa, jej jedyna szansa, podejmie pracę w piersi, zacznie bić, musi.

 

***

 

Jest środek nocy i przez wiele godzin na zmianę siedziałam, stałam i chodziłam.

– Proszę spojrzeć – mówi doktor Harari. Prowadzi mnie korytarzem do wielkiego pokoju wypełnionego odgłosami pikających i szumiących maszyn. – Tam. – Kiwam głową i patrzę na moje leżące na łóżku dziecko, na wpół zakopane pod rurkami i sprzętem. Widzę tylko plamę jej ciemnych włosów na poduszce i czubek nosa pod maską z tlenem. Doktor Harari wskazuje ekran, na którym rytmicznie rzuca się i opada neonowa zieleń. – Bije stabilnie – mówi.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 5

 

 

 

 

Alison

 

Jeszcze nie ma szóstej, ale już jest ciemno jak w najciemniejszą noc. Chciałabym być teraz w lesie, gdzie jedynym światłem byłby blask księżyca i gwiazd i łagodne lśnienie śniegu, który zaczął padać tego ranka. Zamiast tego jestem w sklepie obuwniczym Steen & Strom i wpatruję się w półki, próbuję coś wybrać. Jakąkolwiek parę butów. Sindre powiedział, że nie musimy iść na kolację, ale ja odparłam, że powinniśmy spróbować. W którymś momencie musimy spróbować. Prawda? A jednak myśl o uprzejmej rozmowie z kolegami z pracy Sindrego i ich żonami sprawia, że chce mi się płakać.

Biorę z półki jakieś zwykłe czarne szpilki, wyjmuję stopę z baranich kozaków. Wkładam stopę w skarpetce w szpilki, ale nie pasują. Wciskam ją mocniej, ale bolą mnie palce, i to właśnie dlatego w moich oczach stają łzy – tak przynajmniej udaję. Patrzy na mnie jakaś kobieta. Mrugam gwałtownie, ale nagle czuję się potwornie zmęczona i mam wrażenie, że nie dam rady wstać ze stołka, na którym siedzę. Liczę do dziewięćdziesięciu czterech. Wstaję i podaję buty dziewczynie na kasie. Dziewczyna ma na głowie kapelusz czarownicy z woalem w kształcie pajęczej sieci. Sindre miał rację. Udawanie, że się żyje, robienie planów na kolację, wychodzenie z domu, przymierzanie butów – to wszystko jest złe. Odchodzę od kasy, chociaż dziewczyna właśnie wbiła sprzedaż i coś mówi, ja jednak biegnę już po ruchomych schodach, a potem jestem już na zewnątrz na Nedre Slottsgate na mroźnym powietrzu, pozwalam, by łzy lały się po mojej twarzy, by zamazywały instalację świetlną ponad głowami przechodniów. I wtedy obok mnie na czerwonym świetle staje taksówka, wsiadam do niej i dopiero gdy opadam na siedzenie z tyłu, uświadamiam sobie, że zostawiłam moje uggsy w sklepie z butami. Mam mokre skarpetki i zmarznięte stopy.

– Proszę jechać – szepczę. – Proszę, proszę po prostu jechać. – Zaczynam liczyć latarnie, czerwone światła i drzewa, i ludzi, i beat piosenki w radiu, nie potrafię jednak powstrzymać mojego umysłu, który osuwa się w mrok.

Dziewięćdziesiąt cztery dni bez ciebie, Mills. Dziewięćdziesiąt cztery noce bez snu. Dwa tysiące dwieście pięćdziesiąt sześć godzin, odkąd zamknęłam oczy na jedną chwilę i straciłam cię na zawsze. Nie poprosiłam cię o wybaczenie, wiem jednak, że powinnam. Wszystko, co zostało stracone, wszystko, czym byłaś, wszystko, czym mogłabyś zostać, przepadło przeze mnie. Zrobię to. Przyniosę ze sobą misia Dinky i usiądziemy pod drzewem w cichym, zacienionym miejscu, które dla ciebie wybraliśmy, obok twoich dziadków. Albo pójdę nad jezioro, tam będę czuła, że jestem blisko ciebie. Albo po prostu spędzę resztę życia na powtarzaniu w moim sercu tylko jednego słowa.

Przepraszam.

Przepraszam.

Przepraszam.

 

***

 

Idę boso po zaśnieżonym podjeździe, czuję na sobie pełen niedowierzania wzrok kierowcy taksówki, który wyjeżdża z powrotem na drogę. W domu świeci się światło, ale gdy otwieram drzwi, uderza mnie idealna cisza. Nasz dom nigdy nie jest cichy. Kiedyś myślałam, że sam dom wydaje z siebie jednostajny dźwięk, ale gdy Sindre był w Paryżu, doszłam do wniosku, że to Sindre jest źródłem tego dźwięku, że ciągle próbuje zagłuszyć ciszę. Nawet w nocy. Wrzuca na noc do pralki buty do biegania, tak żebym mogła leżeć w ciemności i nasłuchiwać walenia w bębnie. Albo udaje, że zapomniał wyłączyć radio w swoim gabinecie, tak że od czasu do czasu słyszę pomruk głosów, dogania mnie w tym dziwnym miejscu, gdy nie śpię, ale też nie jestem przebudzona. W niektóre wieczory, gdy zrobiliśmy już wszystko, co należało zrobić, i w domu jesteśmy tylko ja i on, włącza telewizor, muzykę w kuchni i radio w gabinecie, żebym nie zorientowała się, że czegoś nie ma.

A jednak teraz jest cicho. Czuję w żołądku ostre szarpnięcie, ogromny strach. A co, jeśli Sindre nie dał rady już tego znieść, jeśli zlekceważył całe to złamane życie i zostawił mnie z nim samą? Może wisi gdzieś na górze, jeszcze ciepły. A jeśli rozwalił sobie głowę? Powoli wchodzę po schodach, pozostawiając za sobą błotniste ślady i roztapiający się śnieg. Nasłuchuję jakichkolwiek dźwięków, zaniepokojona brakiem hałasu w tle, do którego jestem przyzwyczajona, nadal jednak nie wołam jego imienia. Jeśli odpowie mi cisza, nie zniosę tego. Słyszę delikatny szelest dochodzący z naszej sypialni na końcu korytarza.

Sindre stoi przed lustrem zajmującym całą ścianę w naszej prywatnej łazience, próbuje zawiązać krawat, który wiązał już tyle razy w swoim życiu, ale jego dłonie za bardzo się trzęsą, a gdy mnie widzi, ściąga krawat jednym gwałtownym ruchem i rzuca go do wanny. Opada na podłogę, a ja siadam obok niego i już tam zostajemy, ja zaczynam skubać fugę między dwiema płytkami na podłodze, on opiera głowę o ścianę, zamyka oczy, cicho mruczy, jego dłoń drży w mojej.

 

***

 

Tym razem to ja zostawiam na dole włączony telewizor. Przez długi czas leżymy w łóżku i się przytulamy, po raz pierwszy od bardzo dawna.

– Czuję, jakbym stracił również ciebie – szepcze Sindre.

– Bo straciłeś – odszeptuję i oboje płaczemy. – Nie jestem już sobą.

– Ja też nie.

– Nie.

– To takie szalone, ale… Czasami winię ją, wiesz. Wiem, jak to brzmi. Ale tak jest.

Chcę powiedzieć, że czuję to samo; że czasami ja też ją winię. Raz bardzo mocno trzasnęłam drzwiami jej sypialni, bo byłam na nią tak wściekła za to, że mnie zostawiła. Ogarnęła mnie dzika wściekłość i na nią wrzeszczałam, wrzeszczałam na moje utracone dziecko. Złapałam wielkie zdjęcie Amalie, zrobione w ostatni dzień przedszkola, które wisiało na półpiętrze, i cisnęłam nim po schodach. Jak mogę jednak powiedzieć na głos, że ja również czasami obwiniam małe dziecko za jego własną śmierć, do której doszło pod moją opieką? Wszyscy wiedzą, że to była moja wina.

Przepraszam.

Przepraszam.

Przepraszam.

Cisza jest długa i ciężka, zakładam, iż Sindre wreszcie zasnął. Słucham dochodzącego z dołu nagranego śmiechu w jakimś serialu komediowym i delikatnie głaszczę Sindrego po plecach. Nagle podskakuje, bierze moją dłoń, odwraca się do mnie.

– Muszę ci coś powiedzieć – mówi. – Raz zastrzeliłem dziecko… Ja… Zawsze powtarzałem sobie, że to był błąd, straszna pomyłka, oczywiście, że tak, ale… – przerywa, próbuje odzyskać kontrolę nad oddechem.

– Ciii – szepczę i kładę palec wskazujący na jego ustach. Delikatnie go całuję, ale po jego twarzy leją się łzy. Przyciskam go do siebie tak mocno, że czuję każdą część jego ciała.

– Ali, robiłem okropne rzeczy. Robiłem więcej, niż musiałem.

– Nie – szepczę. Delikatnie gładzę go po brwiach, potem po głowie, do szyi, gdzie uciskam kciukami spięte mięśnie.

– Tak.

– Nie – powtarzam, bo nie chcę wiedzieć.

– A co, jeśli to, co się nam przytrafiło, jest karą? No wiesz, karma. Karma – powtarza, jak gdyby nigdy wcześniej nie słyszał tego słowa. – Nie zniosę tego. Nie mogę. Nie mogę przestać myśleć, że to ja to na nas sprowadziłem.

– Ciii – mówię z większą siłą. Ponownie przyciskam palec do jego ust, a potem powoli się od niego odwracam. Czuję dziwny ruch po jego stronie łóżka i z początku myślę, że wstaje, potem jednak uświadamiam sobie, że szlocha i wbija pięści w zagłówek. Odwracam się i mocno przytulam mojego męża. Kładę dłoń na jego piersi i czuję szybkie walenie jego serca, tak jakby był szczęśliwy, a nie zrozpaczony. Nie wiem, jak być sobą, i nie wiem, jak pomóc Sindremu.

Na samym początku ślubowaliśmy, że pozostaniemy razem, że nauczymy się żyć tym życiem zamiast innym, że postąpimy słusznie i oddamy jej narządy, aby uchronić kogoś innego przed taką stratą. Czuliśmy, że ona bardzo by chciała, żebyśmy wyszli z tego cało, że gdybyśmy się położyli i umarli, jej życie stałoby się bezużyteczne. Bardzo się staraliśmy i na samym początku, kiedy ludzie ciągle gromadzili się wokół nas, kiedy świat niczego od nas nie oczekiwał, kiedy apatia wywołana lekami na receptę była jeszcze nowością, prawie uwierzyłam, że to może być prawda, że jakoś damy radę. Nie mogłam wtedy wiedzieć, że z każdym dniem to będzie coraz ostrzejsze i większe, że moje serce zgnije, że wszystko, co kiedyś było dobre, zostanie zniszczone, że to będzie niczym guz w głowie, spychający każdą normalną funkcję mózgu w ciasne, mroczne kąty mojej czaszki.

Odwracam się od Sindrego i zamykam oczy.

Jesteś, misiaczku. Masz rozpuszczone włosy, a gdy biorę cię na ręce, łaskoczą mnie w czubek nosa. Mocno cię przytulam, tak jak koala nosi swoje dziecko. Gdy nazywam cię moim małym misiem koalą, śmiejesz się prosto do mojego ucha, twój głos wlewa się do całego mojego istnienia. Delikatnie stawiam cię na plaży, a twoje krótkie różowe palce u stóp zanurzają się w mokrym piasku. Stoisz przez chwilę i wpatrujesz się w nakrapianą słońcem wodę, a potem wchodzisz do niej, słońce oświetla twoje plecy. Odwracasz się, żeby mieć pewność, że na ciebie patrzę, i ja to robię, nigdy nie spuszczam cię z oczu. Przez długi czas się chlapiesz, piszczysz i śmiejesz, i ja też się śmieję z twoich min, z machających rąk, z nóg pokonujących wodę. Po chwili mówię, że masz wracać, ale nie słuchasz.

Na wpół płyniesz, na wpół brniesz dalej, tam, gdzie złota i przezroczysta woda zamienia się w ciemną i atramentową niczym nocne niebo. Wracaj, mówię, potem krzyczę, mój głos odbija się echem po wodzie, ale ty nie wracasz, jesteś już tylko małą plamką na środku jeziora. W tym podświadomym stanie, ale świadoma tego, co się dzieje, nie mogę się ruszyć nawet o centymetr. Mogę tylko stać i krzyczeć. Wracaj, misiaczku. Proszę, proszę, wróć. Kiedy wracasz, po bardzo długim czasie, po tym jak zdarłam sobie gardło, wyciągam cię z wody, jesteś przerażona moją reakcją. Podnoszę cię, oplatam się w pasie twoimi nogami, moje serce wali w twój policzek i szepczę ci we włosy: Tak bardzo mnie przestraszyłaś, misiaczku.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 6

 

 

 

 

Iselin, dwa miesiące wcześniej

 

– Jesteś gotowa? – pytam. Kaia kiwa głową i podnoszę ją delikatnie niczym nowo wyklute pisklę. Czuję na szyi jej zimne dłonie, sadzam ją na stojącym przy krawężniku wózku i zarzucam jej na ramiona gruby fioletowy koc. Patrzy na dom, jakby nigdy wcześniej go nie widziała, choć minęło dopiero pięć tygodni. Wracałam tu co tydzień po czyste ubrania i przygotowane na szybko posiłki, a potem pędziłam z powrotem do szpitala, do niej.

– Wiesz co? – mówię, gdy otwieram drzwi i wjeżdżam wózkiem do środka. Patrzy na mnie swoimi wielkimi, pytającymi oczami, ale wydaje się być daleko stąd, tak jakby nie do końca rozumiała, co powiedziałam. – Mam dla ciebie niespodziankę. Właściwie to dwie.

Podnoszę ją z wózka i na wpół niosę, na wpół prowadzę do salonu. Wszystko posprzątałam – wyszłyśmy w biegu, zostawiłyśmy porozrzucane zabawki – ale mieszkanie nadal wygląda na małe.

Sadzam ją na sofie, opiera się, podciąga do siebie stopy, powoli rozgląda się po pokoju. Widzi duże, owinięte papierem przedmioty przy zasłonie oddzielającej jej wnękę sypialnianą od reszty pokoju.

– Co to jest? – pyta.

– To dla ciebie.

– Co to jest?

– To prezent powitalny, kochanie.

– Mogę go otworzyć?

– Tak.

– Mamusiu, czy możesz otworzyć go za mnie?

– Może pomogę ci zejść na podłogę i otworzymy go razem?

– Możesz go dla mnie otworzyć? – Moja córka wygląda na taką malutką i wyczerpaną. Chociaż jest krucha, w jej oczach widać błysk siły, i mówię sobie, że to nic dziwnego, że po tym, co przeszła, jest zarówno wyczerpana, jak i wykończona psychicznie. Ale jej się udało.

Powoli i teatralnym gestem odwijam różowo-żółty papier, odsłaniając wielkie, nierówne kartonowe pudło pod spodem. Kaia chichocze, a potem, gdy uświadamia sobie, co to jest, robi wielkie oczy.

– Sylvanian Grand Regency Hotel!

– Tak – mówię, popychając pudło w jej stronę, żeby mogła go dotknąć. – Ze wszystkimi możliwymi figurkami. – Podaję jej drugie pudło, które stało za pierwszym. To odwija sama, poważna i skupiona, a potem patrzy na mnie ze szczęściem w oczach. Było tam zwiniętych wiele, wiele mniejszych pudełek z figurkami: niedźwiedziami, króliczkami, psami i kotami, z małymi szczęśliwymi rodzinami.

– Dziękuję – szepcze. – Wow.

– To z Heart Foundation – mówię, a Kaia kiwa głową.

– Mam takie szczęście.

Kochanie, nie masz pojęcia, jakie masz szczęście. Nie masz zielonego pojęcia.

 

***

 

Tej nocy Kaia śpi obok mnie, rozkłada się na łóżku jak mała rozgwiazda, ale nie chcę jej ruszać z obawy, że zrobię jej krzywdę. Od czasu do czasu się wierci, miauczy niczym zraniony kot, krzywi się, a ja obserwuję ją w miękkim blasku świecących na zewnątrz latarni. Mogłam wrócić tutaj sama. Mogłam zostać postawiona przed faktem dokonanym, że moja przyszłość będzie pozbawiona Kai. Przełykam z trudem ślinę i leżę, nasłuchując cichego szumu wody, płynącej w rurach gdzieś na górze.

Kiedy ponownie się budzę, Kaia cicho płacze.

– Boli – mówi. – Nie mogę oddychać.

Natychmiast siadam, jestem przerażona.

– Gdzie boli? Oddychasz zwyczajnie. – Kaia nie odpowiada, a ja szukam włącznika światła i wtedy sobie uświadamiam, że ona śpi, że mówi przez sen.

– Proszę – szepcze po chwili, a potem: – Mamo!

– Ciii – mówię w miękkie włosy zasłaniające jej uszy. – Mamusia jest tutaj. – I tak zostajemy, wtulone w siebie, nasłuchuję oddechu mojej córki, aż na niebie pojawia się późnojesienne słońce.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 7

 

 

 

 

Alison

 

– Nie mogę oddychać – mówię po dłuższej ciszy. Karen Fritz robi na drutach, starannie je owija delikatną fioletową wełną. Nie wygląda na szczególnie zmartwioną tym, co powiedziałam, jest wyszkolona, by okazywać współczucie w sposób profesjonalny. Za nią wisi rysunek przedstawiający stado ptaków frunących nad nadmorskim miastem pełnym czerwonych domów. Może to Lofoty albo Grenlandia? Liczę ptaki: dwadzieścia dwa. Zamykam oczy i wyobrażam sobie siebie pośród nich; słony wiatr smagający moją twarz, odgłos rytmicznego, łagodnego machania skrzydłami, rozwijający się przed nami granatowy ocean.

– Alison.

– Tak – odpowiadam głosem tak słabym, jakbym właśnie dostała cios w żołądek. Próbuję nabrać głęboko powietrza, ale napotyka ono przeszkodę na samej górze płuc. – Nie mogę oddychać – powtarzam.

– A jednak oddychasz.

– Tak, ale z ogromnym trudem, tak jakbym nie mogła nabrać dostatecznie dużo powietrza. – Gapię się na ptaki frunące po niebie, na lśniące stalowoniebieskie morze. Widzę siebie nad jego powierzchnią, dotykającą ciemnej wody, przełykającą wielkie łyki słonej wody, otwierającą oczy i mrugającą wśród mieszaniny szarości i błękitów, moje kończyny stają się powolne i chłodne, potem nieruchomieją.

– Fakt, że doświadczasz tego uczucia, nie wydaje mi się dziwny.

– Nie mogę… – zaczynam, ale nie kończę zdania, bo nie wiem, co chciałam powiedzieć. Rozważam wstanie i wyjście, robiłam tak już nieraz. Ale nie mam dokąd uciec. Ptaki ponownie, wciąż wolne, szybują nad oceanem, ich paciorkowate ślepia wpatrzone w horyzont, myślą tylko o locie, odpoczynku i pokarmie. Nie rozumiem, skąd dochodzi ten okropny, przenikliwy dźwięk, dopóki Karen Fritz nie kładzie swojej robótki na stole, nie wstaje, nie przemierza odległości między naszymi fotelami i nie klęka obok mnie.

– Już dobrze – mówi, wciskając miękką chusteczkę w moją zaciśniętą pięść. – Alison, zamknij oczy. Właśnie, nie otwieraj ich, skup się na oddechu.

Ale ja nie mogę oddychać.

– Chcę iść do domu – szepczę.

 

***

 

W kuchni wlewam wódkę do szklanki i szybko ją piję. Nasłuchuję odgłosów wydawanych przez Sindrego, ale nic nie słyszę. Drzwi do jego gabinetu są zamknięte, podłogę na korytarzu rozświetla srebrne światło. Czyżby znowu zasnął na krześle? Zakładam kożuchowe buty i wychodzę na zewnątrz. Postanawiam iść pieszo, choć to dość daleko.

 

***

 

Teraz, jesienią, jezioro wygląda inaczej niż w lipcu. Woda jest czarna, na płyciznach rozjaśnia się do złotobrązowej, a dym z kominów okolicznych gospodarstw dryfuje w stronę miejsca, w którym stoję na mokrej plaży. Wdycham dym, próbując kontrolować swój oddech. Jest jeszcze bardzo wcześnie rano, przed ósmą, a wódka, którą wypiłam przed przyjściem tutaj, kłuje mnie w brzuchu. Jesień była kiedyś moją ulubioną porą roku, uwielbiałam deptać po pomarańczowych liściach, ostre poranne powietrze, zapach dymu i opróżnionej ziemi.