Życie za wszelką cenę - Lisa Genova - ebook
Opis

Kto choruje na ALS? Z tego, czego był świadkiem w klinice, odpowiedź brzmi: każdy. (…)
ALS nie ma żadnych uprzedzeń, alergii ani fetyszów. To zabójca, który nie dyskryminuje. Dlaczego czterdziestopięcioletni pianista koncertowy zapada na ALS? A dlaczego nie?

Lisa Genova, neurobiolożka i bestsellerowa autorka Motyla powraca z przejmującą historią o żalu, przebaczeniu, wolności i wartości zdrowia.
Życie za wszelką cenę to wzruszająca, mistrzowska historia o szukaniu odkupienia i tym, co znaczy znaleźć spokój w przebaczeniu.
Richard to wybitny pianista. Jego błyskotliwa kariera i świetny wygląd sprawiły, że stał się egocentrykiem, który nie widzi nic, poza czubkiem własnego nosa. Tylko on tak mistrzowsko potrafi łączyć emocje z bezbłędną techniką. Tak było jeszcze osiem miesięcy temu.

Teraz Richard zmaga się z ALS (stwardnienie zanikowe boczne). Jego prawe ramię jest sparaliżowane, a palce pozbawione możliwości gry. Utrata ręki jest dla pianisty jak śmierć. A wie, że za chwilę to samo stanie się z lewą ręką. I na tym się nie skończy.

Karina, nauczycielka gry na pianinie i żona Richarda, sądzi, że bezpowrotnie straciła swoją szansę na spełnione życie. Paraliżują ją strach i wymówki. Obwinia za wszystko Richarda i ich nieudane małżeństwo.

Choroba Richarda postępuje i nie jest on już w stanie samodzielnie żyć. Trochę wbrew sobie, to Karina staje się jego opiekunką. Gdy mięśnie, głos i oddech Richarda zanikają, zarówno on, jak i ona próbują naprawić swoją przeszłość, zanim będzie za późno.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 334

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla moich rodziców

Kupamięci Richarda Glatzera, Kevina Gosnella,

Chrisa Connorsa iChrisa Engstroma

Dlaczego tkwisz wwięzieniu, skoro drzwi sąszeroko otwarte?

Rumi

PROLOG

Richard gra drugą część Fantazji C-dur op. 17 Schumanna, finałowy utwór swojego solowego recitalu wAdrienne Arsht Center wMiami. Bilety wyprzedały się co do ostatniego, a mimo to na sali nie czuć energii, jaką daje pełna widownia. Tomiejsce nie mawsobie podobnego prestiżu i tej onieśmielającej presji, coLincoln Center albo Royal Albert Hall. Może wtym tkwi problem? Ten recital tonic wielkiego.

Zaplecami Richard nie madyrygenta ani orkiestry. Tak woli. Uwielbia skupiać nasobie całą uwagę publiczności, czuje napływ adrenaliny, wiedząc, żejest jedyną gwiazdą wieczoru. Koncerty solowe tojego wersja skoków zespadochronem.

Zauważył jednak, żeprzez cały dzisiejszy koncert ślizga się podźwiękach, zamiast głęboko je wygrywać. Jego myśli odpływają winną stronę, naprzykład dosteku, który zje później naobiad whotelowym pokoju, dosamoświadomej analizy swojej niedoskonałej postawy, krytykowania swojego płaskiego wykonania, zabardzo obecny wtuiteraz, niemogący zatracić się wmuzyce.

Technicznie jest bez zarzutu. Niewielu żyjących artystów potrafiłoby przejść przez ten niezwykle wymagający izłożony utwór bez żadnej pomyłki. Zwykle kocha go grać, zwłaszcza pompatyczne akordy wdrugiej części, uwielbia ich moc imegalomanię. Amimo todziś nie czuje emocjonalnej więzi zżadnym ztych elementów.

Liczy nato, żewiększa część publiczności, jeśli nie wszyscy, nie dysponuje tak wysublimowanym słuchem, bydosłyszeć różnice. Dodiabła, większość znich pewnie nawet nie słyszała tej fantazji Schumanna. Nigdy nie pogodzi się ztym, żemiliony całymi dniami puszczają Justina Biebera iumrą, nigdy nie zachwyciwszy się Schumannem albo Lisztem, albo Chopinem.

Małżeństwo tocoś więcej niż noszenie obrączki…

Karina powiedziała mu tak kilka lat temu. Dziś Richard tylko nosi obrączkę. Odwala robotę napół gwizdka inie jest pewien, poco. Przebrnie przez ten ostatni fragment ipoprawi się najutrzejszym występie, zanim znów zawita wLos Angeles. Jeszcze pięć tygodni wtrasie. Zanim wróci dodomu, nadejdzie lato. Idobrze. Uwielbia lato wBostonie.

Gra ostatnią frazę adagia trzeciej części. Nuty sąłagodne, uroczyste, pełne nadziei. Wtym momencie często wzrusza się dołez wreakcji nawyjątkową delikatność muzyki, ale dziś nie towarzyszą mu żadne emocje. Nie czuje nadziei.

Uderza ostatnią nutę idźwięk wybrzmiewa przez chwilę, zanim się rozproszy, rozpłynie. Namoment nasali zalega cisza, której bańkę przekłuwa wkońcu burza oklasków. Richard wstaje irobi zwrot dopubliczności. Kłania się wpas, jego palce muskają dół smokingu. Ludzie wstają. Gdy reflektory nieco się unoszą, widzi ich twarze – uśmiechnięte, entuzjastyczne, pełne uznania izachwytu jego osobą. Znów się kłania.

Jest kochany przez wszystkich.

Iprzez nikogo.

ROZDZIAŁ 1

Rok później

Gdyby Karina urodziła się piętnaście kilometrów nawschód lub zachód, wBytomiu lub Gliwicach zamiast wZabrzu, jej życie potoczyłoby się inaczej. Nawet jako dziecko nigdy wtonie wątpiła. Lokalizacja jest wkwestii przeznaczenia równie istotna, cowsprzedaży nieruchomości.

WGliwicach każda mała dziewczynka uczęszczała nabalet. Uczyła go pani Gosia, niegdyś uznana prima balerina Polskiego Baletu Narodowego zczasów sprzed stanu wojennego. Ztego powodu wychowywanie córki wbądź co bądź ponurych Gliwicach miało dodatkowe zalety, nie wspominając już oogromnym przywileju, żekażda mała dziewczynka miała możliwość pobierania nauki utakiej utytułowanej nauczycielki. Gliwiczanki rosły wtrykotach, tiulach izwłosami spiętymi wkoczki, licząc, żekiedyś tanecznym krokiem opuszczą swoje miasto. Choć Karina nie wiedziała konkretnie, codziało się polatach ztymi dziewczynami, była przekonana, żewiele znich, jeśli nie wszystkie, pozostało dokładnie tam, gdzie się urodziło. Podjęły pracę wszkołach, wyszły zamąż zagórników iprzekazały swoje niespełnione sny obaletowej karierze córkom – kolejnemu pokoleniu uczennic pani Gosi.

Gdyby Karina pochodziła zGliwic, zpewnością nie zostałaby baletnicą. Miała okropne stopy – niezdarne płetwy, praktycznie pozbawione wysklepienia – oraz mocną budowę ciała – długi tors ikrótkie nogi, bardziej stosowne dopracy wobejściu niż dopas de bourrée. Nigdy nie stałaby się ulubioną uczennicą pani Gosi. Rodzice Kariny przestaliby opłacać lekcje baletu węglem ijajkami, nim osiągnęłaby etap, naktórym tańczy się wbaletkach. Gdyby jej życie rozpoczęło się wGliwicach, nadal wiodłaby życie wtym mieście.

Dziewczynki mieszkające wpobliskim Bytomiu nie uczęszczały nabalet. Dzieci zBytomia miały kościół. Chłopców szykowano naksięży, dziewczynki dozakonu. Karina mogłaby zostać zakonnicą, gdyby wychowała się wBytomiu. Rodzice pękaliby zdumy. Może jej egzystencja byłaby lepsza ibardziej szlachetna, gdyby wybrała Boga. Ale życie Kariny nigdy właściwie nie było jej wyborem. Wychowała się wZabrzu, zaś wZabrzu mieszkał pan Borowicz, nauczyciel gry nafortepianie. Nie był utytułowany jak pani Gosia ani nie prowadził prawdziwej szkoły muzycznej. Udzielał lekcji wsalonie swojego domu, który cuchnął kocimi sikami, starymi książkami ipapierosami. Ale pan Borowicz był świetnym nauczycielem. Oddany izasadniczy, umiał zmotywować uczniów, aprzede wszystkim uczył ich wszystkich grać Chopina. BowPolsce Chopina czci się tak samo, jak Jana Pawła II iBoga. Tonarodowa trójca święta.

Karina nie urodziła się zdrobnym ciałem baletnicy, ale dostała odlosu silne ramiona idługie palce pianistki. Nadal pamięta swoją pierwszą lekcję zpanem Borowiczem. Miała wtedy pięć lat. Połyskujące klawisze, dźwięki, które natychmiast sprawiły jej przyjemność, historia nut opowiadana jej palcami. Odrazu topolubiła. Wprzeciwieństwie doinnych dzieci nigdy nie trzeba jej było zaganiać doćwiczeń – wręcz przeciwnie, odganiano jąodinstrumentu. Przestań grać iodrób lekcje. Przestań grać inakryj dostołu. Przestań grać iidź spać. Karina nie potrafiła się oprzeć muzyce. Nadal nie potrafi.

Ostatecznie fortepian stał się jej przepustką zkomunistycznej Polski doCurtis Institute of Music, Ameryki iwszystkiego, conastąpiło potem. Wszystkiego. Tajedna decyzja – byuczyć się grać – zapoczątkowała sekwencję zdarzeń, pchnęła kulkę wmaszynie Rube’aGoldberga. Nie byłoby jej tuteraz, naprzyjęciu zokazji ukończenia liceum przez Hannah Chu, gdyby wwieku pięciu lat nie zaczęła pobierać lekcji gry nafortepianie.

Karina parkuje swoją hondę zaczyimś mercedesem, jej samochód jest ostatni wsznurze aut stojących napoboczu, przynajmniej trzy przecznice oddomu Hannah. Podejrzewa, żelepszego miejsca nie znajdzie. Zerka nazegarek umiejscowiony nadesce rozdzielczej. Spóźniła się pół godziny. Idobrze, Pojawi się namoment, złoży gratulacje, apotem zniknie.

Obcasy miarowo stukają ochodnik. Karina staje się żywym metronomem, jej myśli płyną wrytm kroków. Bez fortepianu nigdy nie poznałaby Richarda. Ile tojuż godzin poświęciła napodobne dywagacje? Gdyby jezliczyła, okazałoby się, żespędziła nad tym tematem dni, tygodnie, może nawet więcej. Zmarnowała tyle czasu, rozmyślając nad tym, comogłoby się stać, adoczego nigdy nie dojdzie.

Może byłaby zadowolona, żenie opuściła swojej ojczyzny, byrobić karierę pianistki? Nadal mieszkałaby zrodzicami, spała wswoim pokoju zdzieciństwa. Albo poślubiłaby nudnego mężczyznę zZabrza, który zarabiałby naniełatwe, ale godne życie, aona zajmowałaby się domem iwychowywała piątkę ich dzieci. Oba okropne scenariusze sąteraz dla niej atrakcyjne zewzględu najedną wspólną cechę: wobu tych scenariuszach nie czułaby się samotna.

Agdyby studiowała naEastman School of Music zamiast wCurtisie? Niewiele zabrakło, by tak się stało. Jeden, dość przypadkowy wybór. Wtym scenariuszu też nigdy nie poznałaby Richarda. Nigdy nie zrobiłaby kroku wtył, zakładając zaroganckim iniesłabnącym optymizmem dwudziestopięciolatki, żebędzie miała swoją drugą szansę, żekoło fortuny raz jeszcze się zatrzyma, swoją potężną strzałką pokazując prosto nanią. Całe lata czekała naswoją kolej. Niestety. Czasem życie daje ci tylko jedną szansę.

Ale zdrugiej strony, gdyby nie poznała Richarda, naświat nie przyszłaby ich jedyna córka Grace. Karina wyobraża sobie alternatywną rzeczywistość, wktórej jej jedyna córka nigdy nie została poczęta, itawizja natyle jej się podoba, żezaczyna wręcz żałować, iż się nie zdarzyła. Gani samą siebie, zawstydzona, żepozwoliła sobie natak okropną myśl. Kocha Grace ponad wszystko, ale prawda jest taka, żenarodziny dziecka doprowadziły Karinę nakolejne rozdroże, dochwili wrodzaju Gliwice vs Bytom vs Zabrze. Skręt wlewo sprowadził naświat Grace i związał Karinę zRichardem. Przez kolejne siedemnaście lat pętla ujej szyi była, wzależności oddnia, ciasna jak smycz lub stryczek. Naprawo znajdowała się niewybrana ścieżka. Kto wie, dokąd wiodła?

Żal snuje się cieniem za każdym jej krokiem jak pies, kiedy kamienną ścieżką zmierza doogrodu usytuowanego natyłach domu państwa Chu. Hannah dostała się nastudia doNorth Dame, dokładnie tam, gdzie chciała. Kolejna uczennica wyprowadza się zdomu. Hannah nie będzie kontynuować nauki gry nainstrumencie. Jak większość uczniów Kariny pobierała lekcje, ponieważ chciała sobie wpisać tęumiejętność wpodaniu nastudia. Rodzice mają zwykle ten sam motyw, ale zdecydowanie mniej się ztym kryją. Azatem Hannah bez większego entuzjazmu odbębniała cotygodniowe półgodzinne zajęcia, pozbawiony duszy obowiązek zarówno dla nauczycielki, jak iuczennicy.

Tylko nieliczni uczniowie Kariny naprawdę lubili grać, akilku miało nawet talent ipotencjał, tyle żeżaden nie kochał muzyki natyle, bydalej kształcić się wtym kierunku. Atotrzeba kochać. Nie mogła ich winić. Wszystkie te dzieci miały nadmiar obowiązków, były zestresowane izbyt skupione nadostaniu się na„najlepszą” uczelnię, bypozwolić swojej pasji się rozwijać. Roślina nie wyrośnie zziarenka bez miłości okazywanej jej przez słońce iwodę.

Ale Hannah nie była tylko uczennicą Kariny. Odpierwszej klasy dokońca gimnazjum była też najlepszą przyjaciółką Grace. Wspólne zabawy, pidżama party, skautki, drużyna piłkarska, wycieczki dogalerii handlowej idokina – przez wiele lat Hannah była dla Grace jak młodsza siostra. Kiedy Grace poszła doliceum, aHannah została wgimnazjum na ostatni rok, dziewczynki wnaturalny sposób znalazły sobie nowych znajomych. Nigdy się nie pokłóciły, poprostu podryfowały naspokojnych wodach nadwie oddzielne, ale nadal sąsiadujące wyspy. Odczasu doczasu się odwiedzały.

Dzisiejsze ważne wydarzenie wżyciu Hannah dla Kariny nie powinno wiele znaczyć, ale wydaje jej się czymś epokowym, jak gdyby doświadczała większej straty, niż tylko żegnała się zkolejną uczennicą. Tozdarzenie przywołuje wspomnienia sprzed roku iKarina czuje się tak, jakby dzieciństwo Grace zakończyło się poraz drugi. Zostawia kartkę zżyczeniami nastoliku zprezentami iwzdycha.

Choć Hanna znajduje się nakońcu dużego ogrodu, Karina zauważa jąniemal natychmiast, jak stoi nabasenowej trampolinie, azanią kolejka mokrych chłopców idziewcząt. Wbasenie siedzą przeważnie chłopcy, skandując jej imię iprowokując ją dodziałania. Karina czeka, byzobaczyć, cobędzie. Wkońcu Hannah odbija się oddeski izimpetem wpada dowody, ochlapując rodziców zebranych wokół basenu. Dorośli narzekają, strzepując wodę zrąk itwarzy, ale uśmiechają się. Dzień jest gorący iten mały prysznic pewnie przyniósł im chwilową ulgę. Karina zauważa wśród nich mamę Hannah, Pam.

Skoro Hannah przenosi się doIndiany, Karina podejrzewa, żenie będą się już więcej widywać zPam. Ich czwartkowe spotkania przy winie ustały niedługo przed tym, jak Grace poszła do liceum. Przez ostatnie kilka lat kobieca przyjaźń ograniczyła się dokilku mało satysfakcjonujących momentów przed cotygodniową lekcją Hannah lub po niej. Pam, obarczona obowiązkiem rozwożenia trójki dzieci naróżnorodne zajęcia pozaszkolne pocałym mieście, często zabardzo się spieszyła, żeby nawet wejść dośrodka, iczekała nacórkę waucie, nie gasząc silnika. Karina machała doniej zganku w każdy czwartek o siedemnastej trzydzieści, gdy Pam odjeżdżała.

Karina miała zamiar dziś nie przychodzić. Teraz też czuje się skrępowana faktem, żepojawiła się tusama. Manaturę introwertyczki, niechętnie odkrywa kulisy swojego małżeństwa, atym bardziej rozwodu. Zakładając, żeRichard nie postanowił publicznie prać ich brudów, cobyło dość pewne, nikt nie znał szczegółów. Miejscowi plotkarze sami więc wymyślili sobie, cozaszło. Ktoś musi mieć rację, aktoś nie. Poukradkowych spojrzeniach, milknących rozmowach isztucznych uśmiechach Karina poznaje, jaką rolę przypisano jej wtej historii.

Zjej byłym mężem sympatyzują wszczególności kobiety. Oczywiście, tonaturalne. Mają go zaświętego celebrytę. Ktoś taki, jak on, zasługuje nato, byzwiązać się zkimś bardziej eleganckim, kimś, kto doceni, jaki jest wyjątkowy, kimś, kto mu dorówna. Podejrzewają, żeKarina zazdrościła mu osiągnięć, gardziła uznaniem, jakie zyskał, była rozgoryczona jego sławą. Ona jest tylko podrzędną nauczycielką gry napianinie zprzedmieść, która demonstruje szesnastolatkom, jak grać Chopina. Odrazu widać, żebrak jej pewności siebie, żeby być żoną takiego wielkiego człowieka.

Oniczym nie wiedzą. Nie mają bladego pojęcia.

Grace skończyła właśnie pierwszy rok naUniwersytecie Chicagowskim. Karina miała nadzieję, żewróci nawakacje dodomu ipójdzie znią naimprezę Hannah, ale dziewczyna postanowiła zostać nakampusie izałapać się nastaż wprojekcie organizowanym przez swojego profesora matematyki. Dotyczył czegoś zdziedziny statystyki. Karina jest dumna zcórki, żedostała się doprojektu, amimo toczuje ukłucie wbrzuchu, znajome uczucie rozczarowania. Grace mogła wybrać lato zmatką, ale tego nie zrobiła. Karina zdaje sobie sprawę, jakie toniedorzeczne, że czuje się pominięta, anawet zapomniana, ale zawsze reagowała bardzo emocjonalnie. Tak jest skonstruowana itosię już raczej nie zmieni.

Rozwód Kariny iRicharda został sfinalizowany wewrześniu, gdy Grace zaczynała maturalną klasę, adokładnie rok później córka wyprowadziła się domiasta oddalonego otysiąc kilometrów. Najpierw odszedł Richard, potem Grace. Karina zastanawia się, czy kiedyś przywyknie dociszy wdomu, dopustki, wspomnień, które unoszą się wkażdym pokoju, równie wyraźne, coobrazy naścianach. Tęskni zagłosem córki rozmawiającej zkimś przez telefon, jej chichoczącymi przyjaciółkami, butami rozrzuconymi wkażdym pokoju, jej gumkami dowłosów, ręcznikami iubraniami napodłodze, niepogaszonymi lampami. Tęskni zacórką.

ZaRichardem nie tęskni. Kiedy się wyprowadził, jego nieobecność odczuła bardziej jak nową obecność niż stratę. Błogi spokój, który zagościł wdomu pojego odejściu, wypełniał więcej przestrzeni niż jego ludzka postać ikolosalne ego. Nie tęskniła zanim ani wtedy, ani teraz.

Ale samotne chodzenie natego rodzaju rodzinne imprezy wytrącało jązrównowagi, jak gdyby siedziała naskraju taboretu o dwóch nogach. Więc w tym sensie za nim tęskni. Za stabilnością. Ma czterdzieści pięć lat i jest rozwódką. Stanu wolnego. WPolsce uważano by, że topowód dowstydu. Ale ona ponad połowę życia spędziła wAmeryce. Wtym świeckim kraju taka sytuacja była zupełnie normalna inikogo nie dziwiła. Mimo toKarina czuje wstyd. Choć wyjechała zPolski, wpewien sposób nigdy jej nie opuściła.

Nie rozpoznając żadnego zrodziców, Karina bierze głęboki oddech izaczyna długi, niezręczny, samotny spacer wstronę Pam. Poświęciła niedorzecznie dużo czasu, byprzygotować się natęimprezę. Która sukienka, które buty, które kolczyki? Wymodelowała włosy naszczotce. Wczoraj nawet poszła namanikiur. Tylko poco? Przecież nie próbuje zrobić wrażenia naPam, Hannah czy obecnych turodzicach. Nie liczy też nato, żekogoś tupozna. Nie szuka faceta.

Wie dlaczego. Prędzej szlag jątrafi, niż da komukolwiek powód, byspojrzał nanią ipomyślał: „Biedna Karina. Jej życie jest wrozsypce inajwyraźniej ona też”. Drugim powodem jest Richard. Pam iScott Chu są też ijego przyjaciółmi. Richard został pewnie zaproszony. Karina mogła naturalnie zapytać Pam, czy jej były mąż figuruje naliście gości – nie żeby tomiało jakiekolwiek znaczenie, poprostu wolałaby wiedzieć wcześniej – ale ostatecznie stchórzyła.

Karinie przewraca się wżołądku namyśl, żeon może tubyć, acogorsza, może się tupojawić zjedną zeswoich najnowszych, chudych, dwudziestokilkuletnich panienek uwieszonych ujego ramienia, spijających zust każde jego nadęte słowo. Karina pociera ustami, żeby poprawić szminkę.

Rozgląda się poogrodzie. Nie widzi Richarda ani wpobliżu Pam, ani wgrupce rodziców gawędzących obok basenowej altany. Karina rozgląda się uważnie. Nie mago.

Idzie dodomku przy basenie iwtapia się wgrupkę rodziców zaprzyjaźnionych zeScottem iPam. Wszyscy natychmiast przestają rozmawiać irzucają sobie porozumiewawcze spojrzenia. Czas się zatrzymuje.

– Cześć, cosię dzieje? – pyta Karina.

Znajomi spoglądają naPam.

– Yyy… – stęka matka Hannah zwahaniem. – Właśnie rozmawialiśmy oRichardzie.

– Tak? – Karina szykuje się wduchu, żezaraz usłyszy coś upokarzającego. – Akonkretnie?

– Odwołał trasę koncertową.

– Aha. – Nie sątowstrząsające wieści. Już wcześniej zdarzało mu odwoływać występy itournée. Pewnego razu tak się poróżnił zdyrygentem, żeodmówił grania znim najednej scenie. Innym razem wostatniej chwili trzeba było znaleźć zastępstwo zaRicharda, boupił się wbarze nalotnisku iprzegapił swój lot. Karina zastanawia się, jaką wymówkę znalazł sobie tym razem. Ale Pam, Scott ipozostali patrzą nanią zpoważnymi minami. Jak gdyby powinna wtej sprawie wyrazić swoje współczucie.

Karina czuje, jak wżołądku wzbierają jej emocje, jej wewnętrzne arterie szybko wypełnia wściekły, protestujący tłum, oburzony, żeKarina poraz kolejny musi się zczymś takim zmagać iże Pam nie jest wobec niej bardziej wtej kwestii taktowna. To, żeRichard odwołał trasę, nie jest jej sprawą. Rozwiodła się znim. Jego życie tojuż nie jej problem.

– Naprawdę oniczym nie wiesz? – pyta Pam.

Wszyscy wnapięciu czekają naodpowiedź, niczym teatralna publiczność.

– Oczym? Jest umierający, czy co?

Zust wymyka się jej nerwowy chichot, któremu nikt nie wtóruje.

Karina próbuje znaleźć wśród rodziców choć jednego, którego rozbawił jej żart, nawet jeśli był zbyt ostry. Ale wszyscy albo robią oburzone miny, albo odwracają wzrok. Wszyscy zwyjątkiem Pam. Jej oczy zdradzają niechętne potaknięcie.

– Karino, on maALS.

ROZDZIAŁ 2

Richard leży włóżku. Właśnie obudził się podobrze przespanej nocy. Przytomnymi, szeroko otwartymi oczami wpatruje się wkawałek odchodzącej farby nasklepionym suficie, bezpośrednio nad nim. Czuje, jak coś nadciąga – czyjaś niewidzialna obecność zakrada się potajemnie, jest jak jony niosące wsobie ładunki, brzęczące wpowietrzu, zanim jeszcze zacznie się burza zpiorunami – ale jedynym, coRichard może zrobić, jest leżeć spokojnie iczekać, aż minie.

Jest wswojej własnej sypialni, choć powinien budzić się wnowojorskim Mandarin Oriental. Wczoraj wieczorem miał zagrać solowy recital wDavid Geffen Hall wLincoln Center. Uwielbia Lincoln Center. Miejsca naniespełna trzystuosobowej sali wyprzedano już wiele miesięcy wcześniej. Gdyby był whotelu, pewnie zabierałby się dozamówienia śniadania. Prawdopodobnie dla dwojga.

Ale nie jest wMandarin wNowym Jorku inie towarzyszy mu żadna urocza kobieta. Leży sam, wswoim łóżku, wbostońskim mieszkaniu naCommonwealth Avenue. Ichoć jest głodny, czeka.

Jego agent Trevor wydał oświadczenie wsprawie odwołania trasy, podając zapowód zapalenie ścięgien. Richard nie rozumie, jaki jest cel publikowania tego typu mylących informacji. Wcześniej czy później trzeba chwycić byka zarogi. Bobyk biegnie zimpetem wprost naniego.

Fakt, napoczątku Richardowi wydawało się, żemazapalenie ścięgien, potwornie irytującą, ale częstą przypadłość pianistów, która mija dzięki odpoczynkowi irehabilitacji. Był potwornie sfrustrowany, żemusi zrobić sobie kilkutygodniową przerwę odgry, zmartwiony, żeźle topodziała najego techniczne umiejętności. Miało tomiejsce siedem miesięcy temu, choć ma wrażenie, że zdarzyło się winnym życiu. Czego byteraz nie dał, żeby mieć zapalenie ścięgien.

Możliwe, żejego agent wciąż tkwi wzaprzeczeniu. Jesienią Richard mazaplanowany koncert zChicagowską Orkiestrą Symfoniczną. Trevor jeszcze go nie odwołał, nawypadek gdyby dotego czasu Richard poczuł się lepiej. Richard torozumie. Nawet teraz, sześć miesięcy podiagnozie, nadal nie dokońca doniego dociera, comu dolega icosię wydarzy. Wciągu dnia, kiedy czyta albo bierze dorąk kubek kawy, nie zauważa usiebie żadnych symptomów. Czuje się całkowicie normalnie ialbo zapomina, żeostatnie kilka miesięcy wogóle miały miejsce, albo narasta wnim arogancka buta.

Neurolog napewno się pomylił. Towirus. Spięty mięsień. Borelioza. Zapalenie ścięgna. Przejściowy problem, który teraz minął. Nic mu nie dolega.

Ale nie mija kilka godzin, jak jego prawa dłoń przestaje nadążać zatempem Preludium gis-moll Rachmaninowa. Albo upuszcza kubek, który staje się dziwnie ciężki, choć kawa wypełnia go tylko dopołowy. Albo nie masiły, żeby poradzić sobie zobcinaczem dopaznokci. Spogląda naswoje groteskowo długie paznokcie lewej dłoni istarannie przycięte naprawej.

Tonie jest przejściowy problem.

Nie zagra jesienią wChicago.

Jest nagi. Zawsze sypiał nago, przez wszystkie te lata spędzone wtowarzystwie Kariny ubranej wzakrywającą ją poszyję flanelową piżamę ipodkolanówki. Richard próbuje ją sobie wyobrazić nagą, ale namyśl przychodzą mu tylko kochanki. Zwykle tobygo podnieciło izprzyjemnością zacząłby się masturbować, byrozproszyć myśli, ale strach związany ztym, cogo czeka, obudził wnim niepokój ijego kutas leży bezwładnie inieruchomo jak reszta ciała.

Jego ciepło stworzyło pod kołdrą przyjemny kokon, stanowiący diametralny kontrast znieprzyjemną temperaturą wjego sypialni. Richard przygotowuje się naszokującą ostrość zimnego powietrza naswojej skórze, gdy zedrze zsiebie pościel. Chce wszystko widzieć, gdy tonadejdzie.

Mierzy wzrokiem swoje ręce, knykieć każdego palca, zwłaszcza wskazującego iśrodkowego naprawej dłoni. Próbuje doszukać się nieregularności naklatce piersiowej ibrzuchu pomiędzy jednym adrugim oddechem. Następnie spogląda nanogi ipalce ustóp. Jego zmysły sąpobudzone igotowe, niczym umyśliwego, który rozgląda się zaprzebłyskiem białego futra.

Czeka. Jego ciało jest jak garnek pełen wody nazbyt rozbuchanym palniku. Totylko kwestia czasu. Woda wkrótce się zagotuje. Oczywiście Richard liczy nato, żetosię nie stanie. Ale mimo towjakiś przewrotny sposób leży tam, witając objawy, gdy tańczą pojego ciele.

Napowierzchnię wypływa pierwszy bąbelek, ledwie pstryknięcie wlewej łydce. Wibruje tam przez kilka sekund jako zapowiedź czegoś większego, poczym przeskakuje odrazu domięśni czworogłowych uda, tuż nad kolanem. Wtedy zaczyna pulsować nasada prawego kciuka. Raz zarazem, bez ustanku.

Richardowi trudno znieść ten konkretny objaw, spazm wdominującym kciuku, ale nie może odwrócić odniego wzroku. Wmilczeniu błaga mikroskopijnego wroga, który wnim tkwi, byprzestał. Zupełnie przypadkiem – Richard wie, żenie posiada żadnej władzy nad tym, cosię znim dzieje – pulsowanie opuszcza jego dłoń iprzenosi doprzestrzeni pomiędzy dłonią apowięzią, jak mysz ryjąca norę wścianach domu, iatakuje jego prawy biceps. Następnie dolną wargę. Nagłe, trzepoczące skurcze przechodzą falami zjednej części ciała dodrugiej, szybko, niczym wrzenie.

Czasem drganie pozostaje wktórymś miejscu nadłużej. Wczoraj utknęło wpunkcie naprawym tricepsie, nie większym niż ćwierćdolarówka, nękając przez kilka godzin urywanym, powtarzalnym pulsowaniem. Zagnieździło się tam, męcząc tomiejsce zmaniakalną obsesją, chorą miłością, aż Richard zaczął panikować, żeból nigdy nie ustąpi.

Amimo toRichard macałkowitą pewność, żeból minie. Wktórymś momencie drganie wkażdej grupie mięśni – wrękach, nogach, ustach, przeponie – ustanie nazawsze, powinien więc polubić drgania. Ibyć zanie wdzięcznym. Drganie oznacza, żejego mięśnie nadal sązdolne doreakcji.

Narazie.

Jego motoneurony sązatruwane koktajlem toksyn, którego składu nie zna ani jego lekarz, ani żaden naukowiec natej planecie, i cały system motoneuronów kręci się wspirali śmierci. Jego neurony umierają, amięśnie, które karmią, mrą zgłodu, spragnione bodźców. Każde drganie tojęk, krzyk, błaganie mięśnia, bygo ocalić.

Nie da się ich ocalić.

Jeszcze nie sąmartwe. Przypominają lampkę rezerwy paliwa informującą oprawie pustym baku, sąjak system wczesnego ostrzegania. Leżąc nagi izziębnięty nałóżku, Richard zaczyna przeliczać. Zakładając, żewbaku jest siedem ipół litra paliwa, gdy włącza się lampka rezerwy, ajego bmw pali wmieście około jedenastu litrów nasto kilometrów, pokona jeszcze siedemdziesiąt kilometrów. Próbuje tosobie zwizualizować. Ostatnia kropla paliwa zostaje wykorzystana. Mechanizm silnika przestaje pracować. Auto się zatrzymuje. Pada.

Drga mu prawa strona dolnej wargi. Nie wnikając wanatomię, zastanawia się, ile paliwa dla mięśni pozostało wjego ciele iżałuje, żedrgań nie można przeliczyć.

Ile kilometrów jeszcze mu zostało?

ROZDZIAŁ 3

Pokonując pięć przecznic wstronę Commonwealth Avenue, Karina jest ledwie świadoma swojego otoczenia – wróbli dziobiących okruchy zupuszczonej mufinki pod parkową ławką, odważnego tatuażu smoka nanagim torsie mijającego jądeskorolkarza, agresywnego szumu kółek deski, młodej pary oazjatyckich rysach, trzymającej się zaręce, wiatru niosącego odór papierosów, dziecka płaczącego wwózku, szczekającego psa, zmieniającej się choreografii aut ipieszych nakażdym skrzyżowaniu. Jest skupiona wyłącznie naswoich myślach.

Jej serce bije mocniej, niż wymaga tego spacerowe tempo, przez cowKarinie wzbiera niepokój. Amoże, cobardzo prawdopodobne, odpoczątku czuła niepokój, nacozareagowało jej serce? Przyspiesza kroku, byzsynchronizować to, codzieje się wjej wnętrzu, zzewnętrznymi działaniami, przez coczuje się tak, jak gdyby dokądś się spieszyła. Zupełnie niepotrzebnie zerka nazegarek. Nie może przybyć zawcześnie ani zapóźno, skoro on nawet się jej nie spodziewa.

Zaczyna się pocić. Gdy przystaje nanastępnym rogu, czekając nazielone światło, wyciąga chusteczkę ztorebki, poczym dyskretnie wkłada dłonie pod koszulkę iociera pachy. Szuka kolejnej chusteczki, ale bezskutecznie. Czoło inos wyciera więc dłońmi.

Gdy dochodzi doposesji Richarda, przystaje przed schodami ipodnosi głowę kuoknom natrzecim piętrze. Zajej plecami iglice Kościoła Świętej Trójcy iprzeszklony budynek Johna Hancocka wznoszą się ponad dachy brązowych kamienic poprzeciwnej stronie Commonwealth Avenue. Richard mapiękny widok zokna.

Taulica wdzielnicy Black Bay wBostonie jest wyjątkowo ekskluzywna. Tosiedziba bostońskich braminów, kuzynów mieszkańców zBeacon Hill. Richard mieszka wtej samej okolicy, coelita Bostonu – prezes BioGO, chirurg zeszpitala Massachusetts General, właściciel dwustuletniej galerii sztuki naNewbury Street, która znajduje się wposiadaniu jego rodziny odczterech pokoleń. Choć jej były mąż zarabia przyzwoite pieniądze, jak napianistę wręcz rewelacyjne, ten adres jest zdecydowanie nawyrost, nawet jak naniego. Tak pewnie ujawnia się uRicharda kryzys wieku średniego, tomieszkanie tojego błyszczące, czerwone porsche. Pewnie spłaca gigantyczny kredyt.

Nie widziała go odrozdania świadectw, gdy Grace kończyła liceum ponad rok temu. Inigdy tunie była. Toznaczy przejechała tędy dwa razy wieczorem – zakażdym razem niby poto, byuniknąć korków, celowo zbaczając zpreferowanej drogi dodomu, którą zwykle wracała zcentrum Bostonu – zwalniając natyle, bykierowcy zanią nie zaczęli trąbić, iledwie zauważając wysokie sufity izłotą łunę światła woknach mieszkania.

Karina nie może znieść faktu, żetoRichard wyprowadził się zdomu izaczął odpoczątku, wnowym miejscu. Wspomnienia znim związane nawiedzają jąwkażdym kącie ich niegdyś wspólnego gniazda, zarówno te dobre – rzadsze, jak ite bardziej powszechne, złe. Wymieniła materac izastawę. Ściągnęła zdjęcie ślubne ześciany wsalonie, wzamian wieszając tam ładne lustro. Ale tobez znaczenia. Karina jest dokładnie tam, gdzie on ją zostawił, wciąż mieszka wich domu, jego energia pozostała wbudynku jak plama zczerwonego wina nabiałej bluzce. Choćby tysiąc razy wyprała, brązowy kleks nie zniknie.

Mogła się przeprowadzić, zwłaszcza teraz, gdy Grace wyjechała nastudia. Tylko dokąd? Icobyrobiła? Jej upór, tanieprzenikniona geologia jej osobowości, nie pozwolił naprawdę zastanowić się nad tymi pytaniami, uznając jezanonsensowne. Została więc tam, gdzie jest, zastygła wich domu wstylu kolonialnym ztrzema sypialniami, wmuzeum ich upadłego małżeństwa.

Grace miała już prawo jazdy, kiedy Karina iRichard się rozwiedli, była więc wstanie sama jeździć do„domu” ojca. Jego kawalerskiej jamy. Karina podchodzi doschodów prowadzących dodrzwi wejściowych kamienicy iczuje kwaśny posmak wustach. Gdy dociera donajwyższego stopnia, smak zust dotarł już dożołądka isłowo „obrzydzenie” przejmuje mikrofon wjej wewnętrznym monologu. Jest jej niedobrze, czuje się chora. Ale tonie ona jest chora, upomina samą siebie, tylko Richard.

Kwaśność wżołądku buzuje, fermentuje. Pocoona tu przyszła? Cochce zrobić, copowiedzieć? Okazać litość, współczucie, pomóc? Zobaczyć nawłasne oczy, jak zły jest stan jej byłego męża, tak samo jak kierowcy obracają się zasiebie, gdy widzą wypadek naautostradzie? Żeby dobrze przyjrzeć się katastrofie, nim pojadą dalej?

Jak będzie wyglądał? Karina nie mażadnego punktu odniesienia, zwyjątkiem Stephena Hawkinga. Pacynka, wewnętrzu której nie maręki, sparaliżowany człowiek, wymęczony, niezdolny dotego, byoddychać bez udziału maszyn, jego kończyny, tors, głowa ułożone nawózku inwalidzkim, jak gdyby był materiałową lalką znogami wypełnionymi watą, pod którą głos podkłada komputer. Czy tak właśnie będzie wyglądał Richard?

Może nawet nie zastanie go wdomu? Może jest wszpitalu? Powinna była najpierw zadzwonić. Ale telefon wjakiś sposób wydał się jej bardziej przerażający niż zebranie się naodwagę, bybez zapowiedzi stanąć wdrzwiach Richarda. Część niej wierzy, żetoona wywołała tęchorobę, mimo żewie, iż takie myślenie jest narcystyczne iabsurdalne. Ile razy życzyła mu śmierci? Iteraz on faktycznie umiera, aona jest podłą, nikczemną kobietą, która napewno pójdzie dopiekła zatakie myślenie, anawet gorzej – zaczerpanie ztakich myśli chorej przyjemności.

Karina staje przed domofonem, jednocześnie chcąc iść na górę istąd uciec. Wszystkie sprzeczności wywołały wniej wielkie niezdecydowanie, rozrywając jąodśrodka. Gdyby miała nacoś postawić, stwierdziłaby, żeucieknie. Wyrywa się jednak zmarazmu i, zaskakując samą siebie, naciska przycisk domofonu.

– Słucham. – Zgłośnika rozlega się głos Richarda.

Karina czuje, jak serce łomocze jej wzaciśniętym, kwaśnym gardle.

– Toja, Karina.

Odgarnia włosy zauszy ipoprawia ramiączko stanika, które nieprzyjemnie przykleiło się dojej spoconego ciała. Czeka, że Richard wpuści jąnagórę, ale nic się nie dzieje. Grube, białe zasłony zakrywające szybki wdrzwiach uniemożliwiają sprawdzenie, czy ktoś będzie wychodził zbudynku. Wtedy słyszy kroki idrzwi się otwierają.

Richard nic nie mówi.

Karina spodziewa się, żejej były mąż zrobi zdumioną minę, ale nic ztego. Jego twarz jest kompletnie nieruchoma, zwyjątkiem oczu, które zdradzają lekki uśmiech, może nie szczęśliwy zpowodu tego, żesię widzą, ale będący wyrazem zadowolenia, jakby miał rację. Na ten widok Karina natychmiast czuje, że popełniła wielki błąd. Jej przyjście tutaj było katastrofalnym pomysłem.

Richard nadal milczy, podobnie jak ona, itaniewerbalna zabawa wcykora zajmuje być może dwie sekundy, ale toczy się wmorderczo wolnym tempie, wykraczając poza granice czasu iprzestrzeni.

– Powinnam była zadzwonić.

– Wejdź.

Wspinając się natrzecie piętro, Karina przygląda się krokom Richarda izulgą stwierdza, żesąstabilne inormalne. Jej były mąż podpiera się wprawdzie lewą ręką obalustradę, ale choć ani namoment nie ściąga zniej dłoni, balustrada zdaje się nie być mu potrzebna. Tonie rampa dla niepełnosprawnych. Ztyłu wygląda nacałkowicie zdrowego.

Tobyła plotka.

Ale się dała nabrać.

Gdy wchodzą dojego mieszkania, Richard prowadzi Karinę dokuchni wykończonej ciemnym drewnem, zczarnymi blatami ibateriami zestali nierdzewnej, nowoczesnej imęskiej. Proponuje jej miejsce nabarowym stołku przy wyspie kuchennej, skąd można zajrzeć dosalonu – fortepian marki Steinway, kanapa zczarnej skóry, orientalny dywan zich dawnego pokoju rodzinnego, laptop nabiurku przy oknie, regał zksiążkami – oszczędny, uporządkowany wystrój, wktórym instrument gra najważniejszą rolę.

Nablacie kuchennym stoi przynajmniej dwadzieścia butelek wina, wtym jedna odkorkowana, obok kieliszka zdużą czarką, wktórym nadnie znajduje się odrobina czerwonego płynu. Richard uwielbia wino, masię zakonesera, ale częstuje się czymś zeswojej kolekcji dopiero powystępie, gdy świętuje jakieś osiągnięcie, jest na wakacjach, albo przynajmniej dokolacji. Tymczasem jest środa inie wybiło nawet południe.

– Te sązpiwniczki. ToChâteau Mouton Rothschild rocznik dwa tysiące. Jest wyjątkowe. – Wyciąga kieliszek zszafki. – Przyłączysz się?

– Nie, dzięki.

– Taniespodziewana wizyta – pokazuje dłonią raz nasiebie, raz nanią – wymaga alkoholu, nie sądzisz?

– Powinieneś tyle pić?

Richard parska śmiechem.

– Nie opróżnię dzisiaj tych wszystkich butelek. Dopiero jutro ipojutrze, ipopojutrze.

Bierze piękną, czarną butelkę zwytłoczoną naniej złotą owcą, już otwartą, inalewa Karinie obfity kieliszek, ignorując jej odpowiedź. Karina upija łyk iuśmiecha się zobowiązku, nieporuszona.

Richard znów się śmieje.

– Wciąż masz podniebienie jak zwierzę hodowlane.

Toprawda. Karina nie potrafi rozróżnić drogiego Mouton odwina, które kupuje się wbaniaku, ale kompletnie jej tonie przeszkadza. Jedna idruga cecha doprowadzały Richarda doszału. Anadodatek, zwrodzonym lekceważeniem przed chwilą nazwał jąwłaściwie głupią świnią. Karina zaciska zęby, próbując nie wypuścić zust komentarza, który napewno byznich wyskoczył, gdyby tylko jeotworzyła, ioprzeć się chęci, bychlusnąć mu wtwarz jego cennym winem zasto dolarów.

Richard obraca wdłoni kieliszek, wącha, upija łyczek płynu, zamyka oczy, czeka, przełyka, pochwili oblizuje wargi. Otwiera oczy iusta, poczym spogląda nabyłą żonę, jakby właśnie doznał orgazmu albo zobaczył Boga.

– Jak możesz się tym nie delektować? Pora jest doskonała. Spróbuj jeszcze raz. Wyczuwasz zapach czereśni?

Karina upija kolejny łyk. Wino jak wino. Nie czuje nic szczególnego.

– Nie pamiętam, kiedy ostatnio piliśmy wspólnie wino.

– Cztery lata temu wlistopadzie. Wróciłem właśnie zJaponii, byłem wyczerpany powszystkich tych lotach. Zrobiłaś gołąbki iwypiliśmy butelkę Châteaux Marginaux.

Karina wpatruje się wniego zaskoczona izaintrygowana zarazem. Nie pamięta tamtego wieczoru, który ztaką lekkością iuśmiechem przywołał jej były mąż, izastanawia się, czy tamto zdarzenie nie było dla niej wystarczająco wyjątkowe, czy może wspomnienie zbladło, przytłoczone innymi doświadczeniami. Zabawne, jak historia ich życia może się zmieniać wzależności odnarratora.

Ich spojrzenia się spotykają. Jego oczy wydają się nieco starsze, niż zapamiętała. Albo nie starsze. Smutniejsze. Ajego rysy sąbardziej wyostrzone. Choć zawsze był chudy, widać, że dodatkowo stracił nawadze. Izapuścił brodę.

– Widzę, żeprzestałeś się golić.

– Próbuję czegoś nowego. Podoba ci się?

– Nie.

Richard uśmiecha się iupija kolejny łyk wina. Stuka wbrzeg kieliszka palcem, nic nie mówiąc, aKarina nie jest wstanie się domyślić, czy były mąż zastanawia się, jak jej dogryźć, czy też pokazuje, żenad sobą panuje. Tobyłoby coś nowego.

– Słyszałam, żeodwołałeś trasę koncertową.

– Skąd wiesz?

– W„The Globe” napisali, żetozapalenie ścięgna.

– Ipotoprzyjechałaś? Zobaczyć moje ścięgna?

Rzuca jej przynętę, chce skłonić, bywypowiedziała togłośno – trzy litery. Jej lękliwe serce znów bije zbyt szybko. Przybliża czarkę doust, unikając jego pytania iswojej odpowiedzi, iprzełyka spory łyk wina wraz zprawdziwym powodem, dla którego tuprzyjechała.

– Kiedyś sądziłam, żeodwołujesz koncerty, żeby ściągnąć nasiebie uwagę.

– Karino, przez kolejne kilka tygodni porzucę tysiące ludzi, którzy mieli wplanach spędzić wieczór, poświęcając miswoją uwagę. Odwołanie trasy tozupełnie coś odwrotnego.

Znów patrzą sobie w oczy, aenergia przepływająca między nimi balansuje między intymną więzią akonfrontacją.

– Ale twoją uwagę udało misię ściągnąć. – Uśmiecha się.

Wtyka nos wczarkę swojego kieliszka iwciąga aromat czerwonego płynu, poczym wychyla ostatni łyk. Spogląda nabutelki nablacie iwyciąga jedną ztylnego rzędu. Nakłada obręcz korkociągu naszyjkę izaczyna przekręcać, ale ręka mu słabnie, zanim zdąży się wkręcić wkorek. Unosi korkociąg iprzygląda się korkowi, pocierając go palcem. Przejeżdża dłonią ospodnie, jakby była mokra.

– Butelki lakowane woskiem otwiera się ciężko jak skurwysyn.

Znów ustawia korkociąg wpozycji isiłuje się znim, ale jego palce cochwilę zsuwają się, bezsilne wobec mechanizmu przyrządu. Niewiele myśląc Karina już mazaproponować, żewyręczy Richarda, gdy ten niespodziewanie rzuca korkociągiem nadrugą stronę kuchni. Karina robi odruchowy unik, choć przyrząd nie zmierza wjej kierunku.

– Proszę bardzo – rzuca Richard oskarżycielsko. – Towłaśnie przyszłaś zobaczyć?

– Nie wiem. Nie wiedziałam.

– Jesteś teraz zadowolona?

– Nie.

– Potoprzyszłaś. Zobaczyć, jak się upokarzam?

– Nie.

– Nie mogę dłużej grać, aprzynajmniej nie tak dobrze itosię już nigdy nie zmieni. Dlatego właśnie odwołano moją trasę, Karino. Towłaśnie chciałaś usłyszeć?

– Nie.

Karina patrzy mu woczy, które zioną wściekłością, ale pełne sąprzerażenia.

– Pocowięc przyszłaś?

– Wydało misię tosłuszne.

– Jaka zciebie wzorowa katoliczka, zatroskana oto, cojest słuszne, aconie. Zcałym szacunkiem, skarbie, nie wiedziałabyś, cojest słuszne, nawet gdyby tocoś zerżnęło cię odtyłu.

Karina kręci głową, zniesmaczona jego słowami, rozczarowana samą sobą, żetego nie przewidziała. Prostuje się.

– Nie przyszłam tupoto, żebyś mnie maltretował.

– No iproszę, znów wytaczasz ciężkie działa. Nikt cię nie maltretuje. Przestań używać tego słowa. Zrobiłaś Grace pranie mózgu. Dlatego właśnie nie chce zemną rozmawiać.

– Nie obwiniaj mnie oto. Może Grace nie rozmawia ztobą, bozachowujesz się jak fiut.

– Amoże dlatego, żejej matka tomściwa suka.

Karina bierze zaszyjkę butelkę, której Richard nie mógł otworzyć, irozbija jąokrawędź blatu.

– Topachnie czereśniami – mówi drżącym głosem.

– Wynoś się.

– Żałuję, żewogóle tuprzyszłam.

Trzaska drzwiami izbiega poschodach, jakby ktoś jągonił. Miała dobre intencje. Jak tomożliwe, żewszystko tak fatalnie się potoczyło.

Jak tomożliwe?

Czuje, jak odśrodka rozdziera jąwściekłość iżal. Jej nogi nagle stają się miękkie izbyt wycieńczone, bez sił, bykontynuować marsz.

Siada nanajwyższym stopniu schodków przed domem ispogląda napiękny widok – biegaczy naCommonwealth Avenue, gołębie wparku, strzeliste wieże Kościoła Świętej Trójcy iniebieskie szkło Hancocka – inie przejmując się, kto jąusłyszy, zaczyna płakać.

ROZDZIAŁ 4

Richard siada przy fortepianie poraz pierwszy odtrzech tygodni, odsiedemnastego sierpnia, dnia, kiedy prawy palec wskazujący, ostatni zpalców prawej ręki, stał się głuchy na jego życzenia. Testował go cały dzień. Szesnastego sierpnia był wstanie delikatnie nim stukać. Trzymał się tego osiągnięcia, żałośnie celebrując mierny ruch, który wymagał ogromnego mentalnego ifizycznego wysiłku iktóry bardziej przypominał mizerne drżenie niż prawdziwe uderzenie. Richard koncentrował całą swoją życiową nadzieję natym palcu, który jeszcze osiem miesięcy temu potrafił tańczyć poklawiszach donajbardziej skomplikowanych utworów bez najmniejszego zająknięcia, uderzając wkażdą nutę zodpowiednią siłą.

FORTISSIMO!

Diminuendo.

Palec wskazujący Richarda, jak każdy palec jego prawej dłoni, był precyzyjnie wykalibrowanym instrumentem. Jeden błąd popełniony podczas prób, gdy choć jednemu zpalców brakowało pewności, siły lub pamięci, sprawiał, żeRichard natychmiast przerywał grę izaczynał utwór odpoczątku. Pomyłki były niedopuszczalne. Dla jego palców nie istniały wymówki.

Osiem miesięcy temu jego dłoń posiadała pięć najdoskonalszych palców naświecie. Dziś cała dłoń iręka sąsparaliżowane. Dla niego stały się martwe, jakby należały już dozwłok.

Richard podnosi swoją pozbawioną życia prawą dłoń ikładzie ją naklawiszach, ustawiając prawy kciuk narazkreślnym C, zaś mały palec naG. Czuje śliski chłód klawiszy. Ten dotyk działa najego zmysły, uwodzi go. Klawisze pragną, byjepieścić, czekają najego sygnał, jednak on nie może zareagować itozdarzenie nagle wydaje mu się najokrutniejszą chwilą jego życia.

Wpatruje się przerażony wswoją martwą rękę spoczywającą nabieli pięknych klawiszy. Nie chodzi wyłącznie oto, żejego ręka jest pozbawiona ruchu, martwa, ajego palce się nie podkurczają. Cała dłoń jest zbyt płaska, pozbawiona tonu, osobowości. Zwyrodniała, zwiotczała, niezdolna dodziałania. Wygląda nasztuczną niczym kostium naHalloween, rekwizyt filmowy, woskowa proteza. Niemożliwe, aby doniego należała.

Powietrze wpokoju gęstnieje, nie sposób wciągnąć jewpłuca iRichard odnosi wrażenie, żenie wie, jak się oddycha. Dopada go fala paniki. Kładzie palce lewej ręki naukochanych klawiszach, ramię prosto, nadgarstek uniesiony, dłoń przykurczona, irobi ostry wdech. Ciężko dyszy, jakby uciekał przed wielkim niebezpieczeństwem, podczas gdy jego zrozpaczone oczy rozglądają się poklawiszach iobu dłoniach, nie wiedząc, co robić. Co on, docholery, może zrobić?

Zaczyna grać pierwszy koncert fortepianowy Brahmsa, prawdziwe nuty lewą ręką ipartię prawej ręki wswojej wyobraźni. Wminione wakacje grał ten pięćdziesięciominutowy koncert naotwartym powietrzu zBostońską Orkiestrą Symfoniczną wCentrum Muzyki Tanglewood. Osiemdziesiąt siedem stron nut napamięć, odegranych doperfekcji, jak jeszcze nigdy nikt. Wniektóre wieczory muzykę gra się gładko ijest się zatonagradzanym oklaskami, ale winne muzyka wykracza ponad zmysłowe rozumienie. Richard żyje dla tych nadzmysłowych nocy.

Tego wieczoru wparku cała orkiestra stała się czymś więcej niż zespołem grającym covery Brahmsa. Byli jak otwarty kanał, pobudzali muzykę dożycia, a on czuł ekstatyczne, energetyczne połączenie pomiędzy swoją duszą iduszami innych muzyków, duszami publiczności siedzącej natrawie, duszami nut. Nigdy nie był wstanie adekwatnie opisać, naczym polega ijakie daje odczucie taniezwykła alchemia. Używać języka, byprzekazać magię muzyki Brahmsa, tojak używać drewnianej szkolnej linijki dozmierzenia prędkości światła.

Grając wyłącznie lewą ręką, zamyka oczy, bynie patrzeć naodrętwiałe zwłoki drugiej dłoni itoposklejane, wspólne wystąpienie pięciu palców iwyobraźni, przez chwilę jest dla niego satysfakcjonujące. Ale wtedy popada wswój niemożliwy dowyplenienia nawyk i